Profil użytkownika

 

 

 


komentarze: 881, w dziale opowiadań: 773, opowiadania: 373

Ostatnie sto komentarzy

Witaj Zygfrydzie89,

 

Masz rację co do topologii i epilogu. Nieprecyzyjnie użyłem tych określeń.

Jeżeli chodzi o wybory dwójki bohaterów w drugiej części opowiadania, to albo je za bardzo skomplikowałem, albo niejasno opisałem ich motywy. Sprawa do przemyślenia i fajnie dostać feedback.

Cieszę się, że, mimo tych niedociągnięć, tekst się podobał. Wielkie dzięki za odwiedziny i komentarz!

Hej!

Potrafisz niezwykle płynnie prowadzić narrację, czytałem z przyjemnością. Tekst zdecydowanie jest o czymś i skłania do refleksji. Bardzo dobrym zabiegiem było wprowadzenie postaci cesarza. Jest to postać niejednoznaczna, która zamienia prostolinijną opowieść w nieco bardziej złożone zagadnienie moralne. Gratuluję dobrego tekstu.

Pozdrawiam!

Gratuluję OldGuard oraz MichaelowiBullfinch zdobytego piórka! Oba opka są świetne. Dziękuję członkom loży za komentarze, które dają do myślenia.

Hej! 

 

Zacznę od technikaliów. To tylko kilka, bo wiele omijałem:

(…) tata wyszedł na nocną zmianę, zostawiając mieszkanie w idealnych warunkach, aby po cichu się z niego wymknąć. W plecaku brzęczały mu przedmioty, które uważał za niezbędne: tępy scyzoryk w kształcie karabinu, bandaże, woda utleniona, telefon, latarka, zapasowe baterie i kilka diabełków. 

W pierwszej chwili pomyślałem, że to ojcu brzęczał scyzoryk w plecaku. Ale to tylko małe potknięcie techniczne.

Jednocześnie w tym rozdzialiku świetnie scharakteryzowałaś rodziców poszczególnych dzieci (i pośrednio też te dzieci).

Realistyczne i przekonywujące to wszystko.

Wypatrywała wszystkiego, co mogłaby opowiedzieć następnego dnia swoim koleżankom, podczas porannej wycieczki po wszystkich warzywniakach i osiedlowych sklepikach w okolicy.

To drugie “wszystkich” bym skreśił. “Osiedlowych” wystarczy, “w okolicy” zbędne moim zdaniem.

Szukała sensacji, którą tego wieczoru było jej dane zobaczyć.

Coś tu nie gra, chyba czas.

Szukała sensacji, którą tego wieczoru było jej dane zobaczyć. Kiedy zaczęło zmierzchać, zobaczyła trójkę dzieci

Powtórzenie.

Stefanowi z każdą chwilą ten pomysł coraz mniej się podobał. Mieli ze sobą telefon, ale w tym lesie i tak nie było zasięgu. (…)

Fajny ten VI rozdzialik. Dobra analiza Stefcia, widać, że chłopak myśli o wielu rzeczach i jest ostrożny. 

Stefan przegrywał walkę z własnymi myślami, które już od dłuższego czasu były dalekie do wcześniejszej euforii, którą odczuwał marząc o przygodzie, jaką było poszukiwanie kolegi.

Zbyt rozbudowane zdanie. “jaką było poszukiwanie kolegi” to bym wykreślił. Każdy wie o jaką przygodę chodzi. “Wcześniej” też zbędne, bo wynika z kontekstu (marzył o przygodzie wcześniej). 

do wcześniejszej euforii, którą odczuwał marząc o przygodzie, jaką było poszukiwanie kolegi. Wcześniej 

Powtórzenie.

zaczął powiewać porywisty wiatr,

Powtórzenie.

 

W VII rozdziale (i nie tylko) fajnie budujesz klimat. Dużo szczegółów, na plus.

ale nie był mordercą. Jeszcze nie. 

To nie zabrzmiało zbyt optymistycznie. ;) W sensie, to brzmi jakby planował być tym mordercą.

drzew.W

Brakuje spacji.

zamachnął się z taką siłą, że byłby w stanie złamać go jak suchą gałązkę. Chłopiec kątem oka dostrzegł Beti, która zamachnęła się

Powtórzenie.

 

Epilog trochę przeczy całej historii, albo nie załapałem.

 

Ogólnie niezłe opowiadanie, choć nierówne. Niektóre fragmenty są dużo lepiej napisane, nad innymi warto byłoby popracować. Fabuła klarowna i względnie przekonująca. Można sobie wyobrazić psychopatycznego narkomana, mordercę dzieci, choć już trudniej pojąc, że policja nie przeszukała okolic. Dzieciakowi trudno byłoby zadźgać scyzorykiem dorosłego faceta.

Najsilniejszą stroną tekstu są dobrze scharakteryzowani bohaterowie oraz klimat. 

 

Pozdrawiam!

 

 

 

Nie ma tu ani jednego nadmiarowego słowa, każde uderza z mocą. Piękna impresja, która skłania do zatrzymania się i wzięcia głębszego oddechu. “Cisza między dźwiękami” to jak pustka między ścianami, która tworzy dom. Pozdrawiam i dziękuję za piękny tekst!

Witaj Lesnylutku! Refleksja nad tematem głosowania podana z przymrużeniem oka. Przejście z wagi dwudziestu dwóch punktów na cztery i pół miliona trochę zbyt radykalne. I nastąpiło tzw. samozaoranie pana Bogdana. Nie wiem czemu, ale bohater skojarzył mi się z pewnym elektrykiem. ;) Humor dobry, minimalnie zbyt rozwlekłe w niektórych miejscach. Pozdrawiam i klikam do biblioteki.

Hej!

 

Ciekawy pomysł i dobrze napisane. Rzeczywiście, coś jest na rzeczy z tą pogonią za ulepszaniem wyglądu, aż do poziomu groteski. Pokazałeś to w brutalny sposób, ale właśnie taki prowokuje do zastanowienia się. Ekstremalne modyfikacje ciała prowadzą do upiornych konsekwencji. Inne pytanie: na ile wygląd wpływa na naszą tożsamość?

Mała uwaga – na miejscu matki nie zgodziłbym się chyba na takie poświęcenie ze strony córki. 

 

Pozdrawiam!

Hej! Wygląda na jakiś rodzaj opętania i walki nosiciela z demonem. Mi się podoba, taka krótka, ale mocna scenka. Bardzo obrazowe i w moim klimacie. Pozdrawiam!

Część Ambush!

 

Momentami było bardzo fajnie, ale chwilami napięcie nieco opadało. 

Przepraszam jeżeli były dłużyzny, starałem się ich unikać. Teraz myślę, że mogłem końcówkę nieco uprościć i “wydestywlować”, żeby wydarzenia były klarowniejsze (less is more).

Natomiast dostrzegłam dwie poważne zalety. Raz, znalazłam SFowowść. Cięłam brzytwą, oglądałam z prawej i z lewej i czuję się przekonana. Udało Ci się przenieść mnie w odległe galaktyki. 

Miło to słyszeć i bardzo dobrze, że cięłaś brzytwą! :) 

Drugi aspekt jest nieco powiązany, ale podobają mi się wszelkie technikalia. Opisy skał, maszyn, operacji w złożu robią wrażenie, a mówię to jako absolwentka techniku geologicznego ;)

Zaskoczyłaś mnie z tym technikum geologicznym. Czyli mój tekst przeszedł test technika i nie ma rażących błedów? To cieszy. Myślę, że podstawowy research zrobiłem: sprawdziłem jaka mogłaby być głębokość odwiertu, jakie rodzaje skał i gdzie leżą, co i po co mogliby wydobywać, warunki na Tytatnie typu grawitacja i temperatura, itp.

Dlatego, choć nie rzucona na kolana, ale usatysfakcjonowana będę na TAK. 

Bardzo się cieszę, że ostatecznie zdecydowałaś się być na tak! Wielkie dzieki za docenienie i pozdrawiam serdecznie!

Witaj MichaelBullfinch!

 

A ja stanę w kontrze do większości komentujących. Moim zdaniem fajny zabieg, żeby nie rozwijać wątku czym tak naprawdę artefakt jest, a skupić się na wydarzeniach, które wokół artefaktu się dzieją.

No to jesteś jedynym, którego przekonał ten zabieg, co mnie niezmiernie uszczęśliwiło! Zgadza się, że chciałem pokazać wydarzenia głównie z punktu widzenia biorących w nich udział (choć narrator jest wszechwiedzący), a oni mogli tylko domyślać się jaką wartość ma znalezisko (na podstawie jego cech fizycznych, oraz tego, jak bardzo korpo je chciała mieć). 

Świetnie rozbudowałeś bohaterów, niby nic ważnego się nie działo w ich rozmowach z początku, ale pozwoliło to ich polubić. Ogólnie każdy bohater jest ciekawy, łącznie z tymi drugoplanowymi i nawet małpką. W tej kwestii jestem zachwycony. 

Fajnie, że spodobali Ci się bohaterowie. Ben poświęcił się, bo był samotnikiem, który nie potrafił sobie znaleźć miejsca w życiu, a poświęcenie dla kumpla nadawało jego życiu jakiś sens (choć jednocześnie to życie kończyło). Co do Miquela, to, gdyby przeżył, zaszyfrowana wiadomość do żony (z lokalizacją artefaktu) nie odgrywałaby właściwie żadnej roli.

Gorzej wypadło tempo, niektóre fragmenty troszkę mi się dłużyły, jak rozmowa z hitmanem, gdy Miquel jechał po wiertła, ale nie traktuj tego jako wielki zarzut, ogólnie czytało się w miarę równo i byłem wciągnięty.

Dla mnie taka uwaga jest cenna, bo pokazuje, żeby mocniej ciąć niektóre fragmenty. Problemem jest to, że znam tekst tak dobrze, że nie wiem który fragment jest oczywisty dla czytelnika, a który wnosi coś nowego. Być może ten akurat fragment był zbyt długi. Metodą na to jest pewnie odczekanie, aż się trochę tekst zapomni, ale to pewnie bym musiał odstawić tekst na pół roku. ;)

Język, w dużej mierze techniczny, może nie zachwycił, ale z pewnością jest bardzo poprawnie, nie potykałem się.

Tak, jestem świadom tego. Piszę w dość prosty sposób. Sprawa nad którą powinienem popracować. 

Bardzo podobało mi się zakończenie, może i bohaterowie przypłacili to życiem, ale udało im się wyrolować złoli. 

Bohaterowie zginęli, bo znaleźli coś, czego nie powinni. Taki to już ten świat na skraju cywilizacji: brutalny i bezwzględny.

Ogólnie świetnie się bawiłem i w tym miejscu muszę powiedzieć, że żałuję, że nie dotarłem tu wcześniej z braku czasu, bo z pewnością dołożyłbym pół TAK-a. Wybacz, nie zdążyłem. Ale mam nadzieję, że sama chęć coś dla Ciebie znaczy, życzę Ci Piórka, bo bardzo umiliłeś mi wieczór tym tekstem. Czekam na kontynuację.

Dziękuję za przeczytanie i przychylną recenzję! Wiele to dla mnie znaczy. Cieszę się, że test Cię rozerwał. Będzie kontynuacja. 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Hej! Całkiem ciekawe, i nieźle napisane. Przyznam, że fantasty to nie do końca moje klimaty. Widzę przewrotność Twojego świata: demony są dobre, Jasny Bóg jest zły – czy to jakiś charakterystyczny element dark fantasty? To pewnie głupie pytanie, ale nic nie wiem o tym gatunku. Aigulf jako Ganzo odkupuje swoją winę poświęcając życie – ma to logikę. Jednak brakuje mi wyjaśnienia jego nagłej przemiany. Czy tak mocno podziałała na niego rozmowa ze starcem? Niejasne jest też dla mnie dlaczego Samo nagle zmienił się w kota. Rozumiem, że też był demonem, ale czemu przemiana nastąpiła akurat w momencie, kiedy leciała w niego tyczka?

Ogólnie spoko opowiadanie, polecam do biblioteki.

Hej! Temat nie jest nowy. Chiński filozof Zhuangzi w trzecim wieku p.n.e. zastanawiał się, czy przyśniło mu się, że jest motylem, czy też jest motylem, któremu śni się, że jest filozofem. Treść w jakimś stopniu też przywodzi na myśl “Vanilla Sky”.

Tekst od początku mnie wciągnął i byłem ciekaw w jaki sposób wplączesz bohaterkę w świat na granicy snu i jawy. Poczucie imersji wzmagały naturalne dialogi (szczególnie z przyjaciółką) i sugestywne sceny (fajny opis klubowego klimatu w starym magazynie: fluoroscencyjnych drinków, poliestrowych futer nastolatek, laserów czy poświaty na twarzy Todda). Logika też jest na miejscu i dobrze, że istnieje metoda na rozpoznanie rzeczywistości poprzez obserwację tarcz zegarów. 

Koncówka wskazująca, że bohaterka jest już od dawna w “sieci” kontrolowanego snu oraz chwyt z Toddem, który okazał się pracownikiem firmy, zgrabnie zamknęły fabułę. Nie ukrywam, że bardzo lubię opowiadania, w których poczucie rzeczywistości się rozjeżdza. Twoje czytałem z wielką przyjemnością. Klikam i pozdrawiam!

Ładne i pozytywne. 

– Masz skrzydła?

– Jak się umyjesz, to ci pokażę.

Sprytnie aniołek zagrał.

Chyba się zdenerwował. Usiadł na krześle. Podrapał się po głowie.

– No to nie wiem. Myślałem, że to zadziała. Nie chcę stracić tej roboty.

I drugie celne zagranie. Coraz bardziej mi się ten anioł podoba. :)

– Niby tak, ale jesteś już moją trzecią. Poprzednie dwie się zabiły. Jak ty zrobisz to samo, ześlą mnie do Czyśćca.

Anioły do czyśćca nie trafiają, ale niech będzie. ;) Może trochę jej nakłamał, ale w dobrej sprawie?

 

Podoba mi się pomysł na anioła, który pokazuje się od “ludzkiej” strony. Przez chwilę nawet pomyślałem, że role się odwrócą, anioł się posypie i to dziewczyna będzie go ratowała. :)

No ale może aniołek tak sprytnie to wszystko sobie wymyślił, żeby na nią wpłynąć. Wówczas powinien dostać awans.

 

Pozdrawiam!

 

Witaj Ślimaku Zagłady!

 

 Zabrakło mi bliższego wyjaśnienia, czym mianowicie jest artefakt, co czyni go tak cennym, że korporacja jest gotowa ponosić znaczne koszty i ryzyko, żeby go zdobyć (gdyby chodziło o samo zbadanie struktury materiału, to mają już wcześniejsze próbki).

Tak, wiem i przyjmuję krytykę. Następnym razem publikując będę pamiętał, żeby powiedzieć nieco więcej na temat centralnego przedmiotu opowiadania. Prawie każdy czytelnik mi to zarzucił, więc nie ma co polemizować. Moje założenie, żeby pozostawić artefakt tajemniczym, nie sprawdziło się.

Na marginesie: nie chodziło tylko o zbadanie struktury znaleziska, bo, jak słusznie zauważasz, to już wstępnie zrobili z wcześniejszymi dwiema próbkami. Mogło chodzić np. o następujące kwestie:

1. Supertwardy materiał nie wpadł w ręce konkurencji – chcieli zdobyć przewagę konkurencyjną (brutalna gra między gigantami w przemyśle wydobywczym). 

2. Nie potrafili skopiować tego materiału, a potrzebowali do wierteł (praktycznie niezniszczalnych).

3. Kostka posiadała inne własciwości, które były bardzo cenne.

W kategoriach opowiadania przygodowego nie jest to bardzo satysfakcjonujące, że bohaterowie dość chaotycznie próbują poradzić sobie z nasłanym agentem i na koniec giną, natomiast może to być trafne jako przesłanie o tym, że rozwój techniczny ludzkości nie wyhamowuje bezwzględności i żądzy zysku – w tym też pomogłoby lepsze naświetlenie stawki.

Moim zamysłem byo pokazanie właśnie tego o czym mówisz – rozwój technologiczny nie zmienia natury ludzkiej. Może ułatwia kontrolę nad ludźmi? 

 Może jako element większego świata tekst sprawdziłby się lepiej, jako samodzielny utwór jest w porządku, ale co do Piórka będę na NIE.

Rozumiem, to cenna uwaga.

 

Interpunkcję skoryguję. “Spowita cieniem” jest poprawne, zgoda. “Trójgran” brzmi ciekawie, ale nie wiem czy ktokolwiek by zrozumiał o jaka bryłę chodzi. 

 

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie oraz za wnikliwe komentarze.

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Cześć Beeecki!

 

Zacznę od plusów, bo jest ich dużo więcej. (…) Pod tym kątem Twój tekst oceniam bardzo pozytywnie. Fabuła jest wartka, technologia zdaje się mieć swoje uzasadnienia i sens, a do tego nie jest wprowadzana sztuka dla sztuki, tylko zgrabnie wtłoczona w wydarzenia. (…) Do tego dodałeś wyrazistych, mięsistych bohaterów i aurą klimatu wokół nich. No lejtenant jest kapitalny!

Przywróciłeś mi wiarę, że jednak to moje pisanie ma jakiś sens. Bo po komentarzu Hollyhell trochę zwątpiłem. :) 

No i wszystko pięknie, tylko ten artefakt nieszczęsny…

Tak, to już niestety wiem. ;) Mam naukę na przyszłość. Element, który chciałem pozostawić w sferze domysłów i który, jako tajemnica, miał wzbudzać tym większe zainteresowanie historią, okazał się przysłowiowym gwoździem do trumny. ;) 

Czy nie mogło być “sceny po napisach”, gdzie wierchuszka korporacyjna zbiera się na zarządzie z naukowcami i analizują konsekwencje nieznalezienia artefaktu, zdradzając, choćby odrobinkę, czym on jest i do czego służy?

Tak, zdecydowanie tak powinienem był zrobić. Albo gdzieś w tekście dać sugestię. Next time. 

Niemniej, urzekłeś mnie i przez całe czytanie myślałem sobie “jestem na TAK”. Abstrahując od wyżej wskazanych przeze mnie plusów, ma to też ten swój subiektywny aspekt oceny. Po prostu mi się to opko bardzo podobało, tak Muza zadecydowała.

Miód na moje uszy, dziękuję bardzo za tak pozytywną opinię oraz głos na “TAK”! Właściwie najbardziej mnie cieszy, że opowiadanie Ci się po prostu podobało, bo to dla mnie najważniejsze. Tekst przede wszystkim musi się dobrze czytać. Inna sprawa, że żeby się dobrze czytał, wiele kryteriów musi być spełnionych. 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Rozumiem ból publikowania pojedynczych opowiadań w świecie, który tworzysz, mam koło 30 stron notatek o Verdis, których nie mogę zamieścić w każdym z krótkich opowiadań, więc rzeczy muszą po prostu być w tle (…) Publikujesz te opowiadania tutaj, czy w innym miejscu? 

Chyba jedyne co się da w takiej sytuacji zrobić, to skomponować dany fragment w taki sposób, żeby sam w sobie stanowił jak najbardziej atrakcyjny tekst dla czytelnika: miał wyraźny początek i koniec, nie odnosił się za dużo do świata “zewnętrznego” (bo czytelnik nie wie co zrobic z taką informacją), żeby był oparty na jakimś autonomicznym pomyśle. W szczególności zamknięcie jest ważne (morał, plot twist, coś, co daje do myślenia itp.).

Publikuję tu, moje ostatnie opko jest własnie taką próbą, ale jak przeczytasz komentarze, to zobaczysz, że chociaż w miarę się podobało, to dla czytelników jest za dużo znaków zapytania.

Co do zakończenia, myślałem, czy Kara nie zrobiła by czegoś drastyczniejszego. 

Myślę, że jest ok. Mnie zainteresowała bardziej postać młodszej córki (bo jest aktywna i ambitna, wchodzi w ryzykowne sytuacje, łamie schemat). Fajnie jakby znalazła pracę, która nie jest po prostu prostytucją, ale czymś charakterystycznym dla Twojego świata. Może coś z mindhive? Sprzedaje nie tyle (nie tylko) ciało ale i umysł? Chociaż pewnie to działa inaczej.

Dla niej życie się skończyło. Każda następna scena będzie echem wyborów i przemilczeń, które podejmowała, gdy był jeszcze czas na reakcję. 

Jeżeli chcesz rozwijać Karę, to pomyślałbym jak ją związać z wątkiem fantastycznym.

Podobało mi się. Mocne wejście w psychikę bohaterki i twist na końcu. Tak jak i w “Cygance”, którą przed chwilą skończyłem, świetnie tworzysz klimat grozy (deszcz, walące wycieraczki, sama w samochodzie itd.). Postać Krzyśka i jego relacja z bohaterką analogiczna do postaci Adama z poprzedniego tekstu – facet próbujący uratować dziewczynę, która z jakiegoś powodu zapada sie w mrok. Brakuje elementu fantastyczego. Pozdrawiam!

Hej!

 

Mroczny, klaustrofobiczny tekst. Napisany jakby “na jednym tchu”. Kruki, gawrony, styczniowe światło, utwór Niemena o snach i mgle, powtarzająca się scena z cyganką i towarzysząca temu wszystkiemu nieokreślona groza zahaczają o atmosferę sennego koszmaru. 

Przyznam, że szkoda mi się zrobiło męża, który robił co mógł, żeby nawiązac kontakt z bohaterką. O ojcu, który w szpitalu popija spirytus, nawet nie wspomnę. Relacja z matką oparta jest o uniki i pretensje. Jednym słowem, bohaterka żyje w swoim wyizolowanym, przepełnionym lękiem świecie. Pokazałaś to perfekcyjnie.

 

Dłoń trzymająca błyskotkę jest długa i smukła, powleczona pomarszczoną skórą o odcieniu bursztynu. Szpiczaste paznokcie czerwienią się na tle szarego futra, w które ubrana jest Cyganka.

Ten opis jest świetny. Zazgrzytał mi natomiast inny fragment. O ile: “Podejdź złociutka” dobrze oddaje postać cyganki, to już: “Bogaci Cyganie (…) jeżdżą wypasionym mercedesem” dużo mniej. “Wypasiony” to raczej slang młodzieżowy.

 

Czy uchroniłoby to przed śmiercią tamtą kobietę? Tamta kobieta miała dziecko, ja nie mam dzieci. Nigdy nie chciałam mieć.

Jaką kobietę?

 

Samochód rusza do tyłu. Powinnam ich zatrzymać, oddycham tylko z ulgą. Chwilę potem rozlega się huk…

Huk samochodu? “Nie wziął okularów?” – dlatego? 

 

Jest tu kilka wątków, których nie rozumiem. Czytając, miałem wrażenie, że wydarzyło się coś tragicznego, czego nie dopowiadasz. Chodzi po prostu o porwanie bohaterki? O to, że sama się na to zdecydowała? Poddanie się cygance jest metaforą rezygnacji z życia osoby w depresji?

 

Ogólnie duży plus, klik i pozdrawiam!

Witaj! Niezłe, podobało mi się. Jestem właśnie po przeczytaniu części o matce, dwóch córkach i zmaganiu się z nagłą biedą. Tam nieco zabrakło fantastyki, natomiast w tym tekście jest już sama fantastyka, i to z pomysłem. Jednocześnie, zgadzam sie z opinią Roberta Raksa, że to bardziej scenka niż opowiadanie. Chętnie przeczytałbym coś dłuższego opartego na koncepcji hivemind. 

Po prostu jeszcze czuję, że brakuje mi warsztatu, aby napisać coś dłuższego.

Próbuj!

 

Pozdrawiam!

Hej!

 

O ile dobrze zrozumiałem, kobiety znalazły się w slumsach, bo ich dom zniszczyła akcja jakiegoś superbohatera? To kojarzy mi się z “The Boys”, ale też z opowiadaniem “Hell is the Absence of God” Teda Chianga, gdzie efektem ubocznym pojawiających się na Ziemi aniołów były m.in. pożary, zniszczenia domów i oślepienia ludzi. 

Matka nie dopuszczająca do siebie prawdy, próbująca robić dobrą mine do złej gry, powtarzająca sobie, że ich sytuacja jest tylko chwilowa, jest postacią prawdopodobną. Dynamika między siostrami również przekonuje. Młodsza córka trochę desperacko idzie drogą na skróty, starsza nie wytrzymuje tego i popada w uzależnienie. Ok, drobiazgowo i realistycznie to opisałeś.

Mam dwie uwagi krytyczne. Po pierwsze, tak jak sam przyznałeś, to bardziej opowieść z gatunku obyczajowych, niż fantastyka (opowiadanie w zasadzie nie zmieniłoby się, gdyby ich dom zniszczyła wojna/ rewolucja/ wybuch gazu/ dron itp.). Po drugie, nie widzę tu spajającej klamry. Co prawda opowiadanie posiada wyraźny początek: nowy dom oraz koniec: odejście młodszej córki, ale w moim odczuciu to za mało. Mam chyba też z tym problem u siebie, bo chcę pokazać wycinek większego świata poprzez serię tekstów, które czytałyby się jako “pełnoprawne” opowiadania, a nie jako rozdziały.

Myślę, że opko by mogło zyskać, gdyby jednak młodsza córka znalazła pracę, która nie jest po prostu prostytucją (chociaż daljesz jedynie aluzje, że to właśnie ta praca), a czymś zawierającym w sobie element fantastyczny i niespodziewany. Może coś związanego z bohaterami, może coś zupełnie innego?

 

Mimo tych zastrzeżeń historię trzech kobiet czytałem z zainteresowaniem. Opowiadanie oparte było na względnie udanym niuansowaniu psychologicznym postaw osób, które znalazły sie w obliczu nagłego i niezawinionego nieszczęścia i które zostały potraktowane niesprawiedliwie. Dlatego polecę opko do biblioteki. Pozdrawiam!

Hej!

 

Gratuluję nieposkromionej wyobraźni i poczucia humoru! Barwni bohaterowie i afera międzynarodowa. Bardzo przyjemna lektura.

Fajna gra brzmieniem z tym Nietzschem (pamiętaj o “z” w jego nazwisku). :) Niby banalne, ale w kontekście akurat tamtego dialogu zagrało. 

Zastanawia mnie jak Adam odgadywał pogodę na odległość? Czy myślał o danym obszarze i wtedy pojawiał sie ból? 

– Ahmed, ty psie! – Mustafa zdzielił napastnika ozdobną główką laski, z którą rozstawał się w wyjątkowych tylko okolicznościach (a te do takich nie należały). – Dobierasz się do mojej Ipek?!

Tu chodzi o Ahmeda czy o Adama?

 

Klik ode mnie i pozdrawiam!

Witaj Grzesiek12!

 

Perfekcyjnie streściłeś opowiadanie, wplatając w streszczenie komentarze. Chciałbym się odnieść do jednego zdarzenia, według mnie ważnego, które chyba za słabo podkreśliłem w tekście.

Miguel odbiera podejrzany telefon. Jakiś Rosjanin proponuje mu nielegalne odkupienie znalezionego na Tytanie metalowego przedmiotu za dużą kwotę pieniędzy. Miguel jednak jest ostrożny, obawia się o swoje życie i swoich bliskich. 

Postanawia ratować przed zagrożeniem swoją żonę i synka oraz Bena. Uwikłał się w duże kłopoty. 

Po telefonie od Rosjanina, Miquel wyrzuca kostkę na powierzchnię Tytana. Wysyła zakodowaną informację żonie, w której na początku podaje współrzędne geograficzne miejsca, gdzie wyrzucił ten obiekt, a później robi aluzję do koordynatów: “5209342020581019. Pamiętaj, że są różne stopnie szczęścia. Nas od niego dzielą minuty, może sekundy.” Stopnie, minuty i sekundy – to długość i szerokość geograficzna. Kieruje też żonę do zaufanego człowieka, Santiago, który być może będzie wiedział co zrobić z tą wiadomością. 

 

Wielkie dzięki za dokładne przeczytanie oraz obszerny komentarz. Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Witaj Galicyjski Zakapiorze!

 

Raczej “idealny” po prostu, “idealizować” odnosi się do wyobrażenia o czymś.

Pełna zgoda.

…tudzież wszystko inne?

Ok.

Literówka – chyba? "Matchę"? Albo "mate" jeśli chodziło o yerbę?

Chodziło o yerba mate. Literówka.

Eee on może wysłać SMS na marsa, ale do Bena już nie?

On na Marsa wysyłał wiadomość do żony urządzeniem przeznaczonym do jednorazowej sytuacji awaryjnej (kupionym specjalnie w tym celu na czarnym rynku), którego sygnał dochodził tylko do podobnego urządzenia na Marsie (inny system kodowania?) “Zwykłego” smsa mógł ktoś z korpo przechwycić. Ogólnie, obaj byli w lekkiej paranoi.

Co do samej wiadomości do Bena, to o czym miałby go właściwie informować? Że oszukał Olega, mówiąc że kostka leży w szybie, a tak naprawdę wywalił ją gdzieś na powierzchnię Tytatna? Mógł nie chcieć, żeby Ben to wiedział. 

Otwierasz w tekście wątek za wątkiem, rzucasz okruszki i detale świata przedstawionego, i może nawet te pootwierane wątki i detale są ciekawe a klimat spaceoperowo-korporacyjny daje się odczuć, więc lektura nawet była przyjemna, ale potem to wszystko zostawiasz – wątki są niepodomykane, nawet te dotyczące tytułowego artefaktu, a detale okazują się bez znaczenia, nawet jeśli na ich opis zużyłeś całe paragrafy.

Tak, to prawda, ciężko z tym polemizować. Tak jak pisałem wczesniej, to jest szerszy świat, jednak sądziłem, że w jakimś stopniu opko będzie można odebrać jako zamkniętą całość. Moje pierwsze pytanie do betującej OldGuard było właśnie: “Czy to się czyta jak całość, czy jak fragment”. Odpowiedziała, że może być jako całość. Więc jest to pewnego rodzaju kompromis, którego jestem świadomy.

W komentarzach widzę, że planowana jest kontynuacja – no więc widzę, że moje wrażenia nie były całkowicie błędne i mogę się zgodzić jak najbardziej, że jest tu potencjał na kontynuację, i nie wykluczam, że po przeczytaniu całości spojrzałbym na tekst cieplejszym okiem, ale widząc tylko to, co mam przed sobą, nie będę tu mógł dać TAK-a.

To zrozumiałe. Fajnie, że mimo wszystko uważasz wątki za ciekawe i że udało mi sie w jakiś tam sposób oddać klimat spaceoperowo-korporacyjny. :)

 

Dzieki za czas poświęcony na przeczytanie i recencję, również pozdrawiam!

 

Witaj!

 

Zgrabnie napisane, dające do myślenia opko. Podobała mi się pierwszoosobowa narracja, oparta o dialogi, która nadała tekstowi dynamikę. Nie czuć prawie 20k znaków. Ogólnie temat skojarzył mi się z filmem “Oszukać przeznaczenie”.

Mimo pozytywnego odbioru tekstu, poczułem mały niedosyt, bo temat moża było bardziej poeksplorować, jeszcze głębiej wejść w mechanizm nieuchronności przepowiedni i zjawisko samospełniającej się przepowiedni.

Tym niemniej wciągająca lektura! Polecam do biblioteki i pozdrawiam!

 

– Dzień dobry, reprezentuję spółkę – powiedziałem. – Mam dla pana ważną wiadomość.

(…)

– Ss… Spółkę? Tę spółkę…? – Wychudzony, na oko czterdziestoletni, mężczyzna z nieudolnie maskowaną łysiną wyglądał na szczerze zdumionego.

(…)

– Dzień dobry, jestem przedstawicielem Spółki – powiedziałem do własnego odbicia. – Zginiesz w pożarze, a twoja śmierć pociągnie za sobą wiele niewinnych ofiar.

(…)

– Witajcie, drodzy widzowie. Mam na imię Cezary i jestem przedstawicielem Spółki. Mam dla was ważną wiadomość. Wszyscy umrzemy, wkrótce.

Dlaczego słowo “spółka” w dialogu czasem z wielkiej, czasem z małej litery?

– Muszę jednak przyznać, że trochę niepokoi mnie odejście od scenariusza. Nie widziałeś, co powiedzieć?

Literówka?

 

Hej!

 

To komplement. Nie bawisz się w poprawność polityczną i ja to szanuję, bo ta kwestia strasznie mnie irytuje i bardzo ogranicza, zwłaszcza artystów.

To mnie cieszy. Zastanawiałem się tylko gdzie niepoprawność polityczna w osadzeniu kogoś o rosyjskim nazwisku w roli złola. ;) Bo teraz to raczej mainstream.

No, księżyc, dobra. Tak, ale nie wspomniałeś, że nie mogą się poruszać po Tytanie.

Rozdział zaczyna się opisem jak Miquel jedzie samochodem (porusza się). Oleg też do nich przyjechał pojazdem. Jeżeli przez “poruszanie się” masz na myśli jedynie chodzenie, to da się po Tytanie chodzić w skafandrze. Głównym problemem jest bardzo niska temperatura i atmosfera. Ale to kwestie techniczne, długa dyskusja.

Wiele rzeczy można wyciągnąć z kontekstu, ale gdy ja tak robiłam, to mnie besztano. Dlatego ja sama teraz besztam, zarazili mnie.

Szczerze Ci powiem, że po przeczytaniu Twoich komentarzy przeszło mi to przez głowę. :)

No ale puścił Miquela, tylko dlatego, że uwierzył Benowi na słowo… Tym bardziej że widział, jak sabotowali z tym robotem. No, nie klei mi się to.

 Ale puścił go, jednocześnie informując innego agenta korporacji, żeby go przechwycił. Jest o tym informacja na końcu, tzn. że Miquela zabija inny agent. Czyli Miquel był pod kontrolą.

Co Oleg mógłby zrobić? Nie zgodzić się na wypuszczenie Miquela? Wtedy Ben by mu nie pokazał gdzie ukrył kostkę. Co dalej? Musiałby ich torturować. Na Bena nic nie miał, bo Ben nie miał rodziny. Tortury to ostateczność, tak wynikało z rozkazu Hemmera. Oleg wolał “deal”. Czemu miałby nie wierzyć Benowi, skoro to Miquel go oszukał z robotem? “Gadaj, bo jak nie to cię zabiję” – nie jest tak skuteczne jak się wydaje. 

Gdy to teraz wyjaśniłeś, to może ma to więcej sensu, ale pierwsza reakcja był jaka była.

Rozumiem Cię i przyznaję, że postać Hemmera jest nieco przerysowana. OldGuard też mi zwróciła na to uwagę w becie. Może powinienem go trochę “utemperować”. Tylko, że zniuansować postać, a jednocześnie pokazać jej charakter w krótkim opowiadaniu, jest nie lada sztuką. 

zażądał

Tak. Przepraszam. :)

Nadal nie rozumiem, czemu się Oleg wkurzył, że Miquel jedzie, skoro nie wiedział, że ma on przy sobie kostkę. Może to niskie ciśnienie, może to niskie IQ.

Dlatego, że przypuszczał, że Miquel może uciekać z kostką. Było to mało prawdopodobne, ale taka możliwość istniała. Ale nie mógł tego sprawdzić na odległość. Oleg mógł tylko wybadać Miquela rozmową. Dlatego był tak miły i zaproponował mu pieniądze. Miquel się zgodził, dobrze to zagrał, co uspokoiło Olega. Potem Oleg udał się na platformę, gdzie Ben (który był tam sam) potwierdził, że kostka jest na dnie odwiertu (bo tak myślał, bo tak ustalili z Miquelem). Ma to sens?

No tak. Mógłby im zagrozić, że ich zabije czy coś, jak mu nie dostarczą kostki w ciągu 48 godzin czy ile tam trwają doby na Tytanie. W sensie, jak ja bym była złoczyńcą, to bym tak zrobiła. Ale możliwe też, że byłabym kiepskim złoczyńcą.

Po co w ogóle Hemmer, przełożony Olega, wysyłał go osobiście? Przecież sam mógł zadzwonić i im zagrozić. Czterdzieści osiem godzin to jest wystarczająco dużo czasu, żeby obaj zwiali do strefy niekontrolowanej przez korporację (Miquel to rozważa gdy dzwoni do niego Oleg). Właśnie po to Hemmer kontaktował się z Olegiem, żeby ten osobiście dopilnował odebranie kostki i uniemożliwił im ucieczkę.

W rozkazie od Hemmera jest procedura jak postępować w takich sytuacjach. Zacząć od perswazji i przekupstwa (czyli po dobroci), poprzez szantaż i dopiero, jak to nie poskutkuje, stosować tortury. 

Pamiętaj, że kostka była dla korporacji bardzo cenna, odnaleźli do tej pory jedynie dwie. Dlatego nie mogli dopuścić, żeby ktoś z platformy z nią uciekł. Może było to mało prawdopodobne, ale dmuchali na zimne.

No, użyłam skrótu myślowego. Chodzi mi ogólnie o odkrycie jakiegoś fantastycznego znaleziska na planecie.

Ok, rozumiem. Jeszcze jedna rzecz. Kostka była mega twarda, tępiła diament. Dla korporacji górniczej taki materiał mógłby być przełomem technologicznym, dającym im mega przewagę konkurencyjną. Byłby wart fortunę, nawet, gdyby nie mieli pojęcia jak powstał albo czym jest.

 

Jeszcze raz dzięki za przeczytanie i czas poświęcony na recenzję!

Hej HollyHell91!

 

Dzięki za przeczytanie i krytyczne uwagi. Odniosę się tylko do tych, co do których mam wątpliwości.

Nikt tak nie mówi. Zamieniłabym na: dziwne.

Ben tak właśnie mówi. :) I to go wyróżnia.

Kto był zgodny?

Ben i Miquel. Tylko oni tam byli. 

Arthur w tym momencie może szukać innej pracy :)

Nie do końca. On taki jest i nawet Srinivasa musi to znosić. 

co dozbiera?

Z kontekstu wynika, że pieniądze.

W sensie, że ma zamontowany telefon przy uchu?

Tak.

Hehhe :P Widzę, że do Ciebie poprawność polityczna nie ma wstępu. Nie mówię, że to źle :D

Tego komentarza nie rozumiem.

zunifikowanym czym? Kodem, szyfrem? Językiem?

Język to rodzaj kodu. ;) Językiem. 

Nie rozumiem. To oni nie mogą się tam poruszać po tej planecie? Jeśli tak, to nie wspomniałeś o tym wcześniej.

Tytan to nie planeta. Wspomniałem, że Miquel jechał samochodem. Jest to jasne od początku rozdziału i w trakcie. Ale mogłem nie zrozumieć co masz na myśli.

Zawsze mnie to słowo bawi laugh A wiesz, jak jest doba po rosyjsku? ;p

Sprawdziłem. Śmiesznie. :)

Przecież już wcześniej się zatrzymał:

Racja, to pozostałość z poprzedniej wersji. 

Nie odczułam tej sceny, jest opisana zbyt pobieżnie. To dobra okazja do ćwiczeń.

Tu nie do końca się zgodzę. Po prostu chciał wykrzyczeć stres i moim zdaniem to nie wymaga długiej sceny.

Miquel oddychał głęboko. Klatka piersiowa gwałtownie się unosiła i opadała. Wreszcie zaczął krzyczeć. Krzyczał, dopóki nie ulotniło się całe napięcie. Zatrzymał pojazd. Skupił się mocno; próbował uregulować oddech i opanować drżenie rąk.

Myślę, że Twoja wersja jest spoko. Tylko zauważ, że znowu się zatrzymuje, a przecież, jak sama zauważyłaś, już wcześniej się zatrzymał. 

Przecież wcześniej artefakt był na siedzeniu obok:

Tak, tu moja niedokładnośc. Brawo za dokładne czytanie, bo nikt wcześniej tego nie wytknął. Podobnie jak wcześniejsza uwaga z zatrzymaniem się.

Czyją szyję? Swoją? Bena?

Bena, myślałem że to jasne z kontekstu. 

Wyjątkowo głupi ten Oleg. Ja bym najpierw chciała zobaczyć kostkę. Nagle odsłonięta głupota nie pasuje do postaci, którą przez całe opowiadanie kreowałeś. Kolejna rzecz, która wybija mnie z zawieszenia niewiary. Inne będą wymienione poniżej.

A tu pierwsza uwaga z którą się fundamentalnie nie zgadzam. Oleg nie był głupi. Miquel przez telefon powiedział mu (skłamał), że wetknęli kostkę z powrotem do odwiertu. Oleg pierwsze co zrobił, jak Miquel wrócił na platformę, to kazał mu wyjąć tę kostkę robotem-sondą. Jeżeli tego nie złapałaś, to rzeczywiście, dalsza opowieść trochę nie ma sensu, bo potem Miquel próbował sabotować robota itd.

Dlaczego jeden rozdział nazywa się “Oleg Aleksandrovich Smirnoff”, skoro nie został on przedstawiony z perspektywy tego bohatera? Wcześniejsze rozdziały zostały zgodnie przedstawione z perspektywy bohaterów, czemu tutaj tego zabrakło? Konsekwencja.

Tytuł rozdziału wskazuje na osoby biorące w nim udział, a w szczególności te, które się pojawiają po raz pierwszy w opowiadaniu. Nie wskazuje z czyjej perspektywy są pokazywane wydarzenia. Wydarzenia są opisywane z perspektywy wszechwiedzącego narratora.

Arthur za obrażanie Hindusa zostałby natychmiast zwolniony, czego na pewno był świadomy. Myślę, że tak by się nie zachował, wiedząc, że może go to kosztować utratę pracy. I tak, czasami się zdarza, że ludziom uchodzą takie akcje na sucho, ale podkreśliłeś, że Srinivasa był równy rangą Arthurowi, więc myślę, że takie zachowanie, które można śmiało podciągnąć do prześladowania na tle rasowym, raczej nie przeszłoby bez konsekwencji.

Nie ma czegoś takiego jak prześladowanie na tle rasowym na Marsie za kilkaset lat. ;) Hemmerowi dużo uchodziło na sucho, Srinivasa bał się go, jego zemsty, ludzi takich, jak Oleg. Tolerował jego chamstwo. To nie jest współczesna korporacjz z jej DEI. Chyba, że chcesz wyrazić swoje oburzenie co do tego jaka może być przyszłość (niepoprawna politycznie, itp.)

Nie rozumiem też, czemu Oleg nie zażądał, by Miquel mu dostarczył obiekt albo przynajmniej pokazał, gdzie go wyrzucił. Jest to dla mnie dziwne, że typ przekupuje innego typa, by dostać jakiś przedmiot, a potem sam idzie go szukać. Moim zdaniem jest to działanie nielogiczne i wytrąciło mnie z zawieszenia niewiary.

Ten komentarz totalnie mnie zbił z tropu i długo się zastanawiałem co chcesz przez to powiedzieć. Przecież Oleg tego właśnie zarządał, tzn. żeby Miquel wyjął obiekt z dna wywiertu, do którego go rzekomo z powrotem wrzucił. Miquel udał, że dał się Olegowi przekupić. Oleg mu uwierzył, nie przypuszczał, że Miquel ma ze sobą kostkę. Nie miał też możliwości tego sprawdzić, bo był w innym miejscu. Dlatego się wkurzył, że Miquel jedzie. Oleg udał się jak najszybciej na platformę, żeby osobiście przejąć kostkę. Miał czekać w Hubie aż mu Miquel i Ben go przywiozą? Moim zdaniem by się nie doczekał.

Oto ten fragment:

– Podobasz mi się! – W głosie Olega dało się wyczuć ironię. – Dlatego ja dam tjebe sorok millionov. I powiedz mi, gdzie ty masz ten przedmiot?

Miquel odchrząknął. Musiał być sprytny i ostrożny.

– Umieściliśmy go… z powrotem, na dnie otworu.

Z głośniczka rozległ się śmiech, zdawać by się mogło nad wyraz szczery, jakby Oleg śmiał się całym sobą.

– Ty wrzucił go z powrotem v dziuru?

Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział czym są artefakty.

Skoro nikt nie wiedział, czym są, nikt nie znał też ich wartości. Równie dobrze mogły być też bezwartościowe. I o to ta cała jatka? O kostkę, której wartości nikt nie znał? Gdybyś dał czytelnikowi chociaż przypuszczenia, że kostka może być źródłem jakiejś nieskończonej energii albo warta niewyobrażalnych pieniędzy… Ale nie dałeś nam nic. Przez całe opowiadanie przeszłam z pytaniem z tyłu głowy, o co chodzi właściwie z tą kostką. Ale się nie dowiedziałam.

Cóż, i tu nie mogę się zgodzić (a zwykle z pokorą przyjmuję krytykę). ;) Z tego, że Maxwell nie wiedział czym jest artefakt, nie wynika, że nie mógł go używać, albo, że artefakt nie był dla niego cenny. Przykład: kult cargo – śmieci wyrzucane przez pilotów amerykańskich, takie jak: puszki, plastik, metalowe części czy niedopałki papierosów były traktowane przez lud Malezji jak dary bogów, rzadkie surowce lub przedmioty kultu, a nie mieli pojęcia co to jest. Drugi argument: Maxwell nie musiał wiedzieć co to jest, ale mógł wiedzieć jak to działa i wykorzystywać to działanie. Trochę o tym już dyskutowałem z Finklą. Jestem przekonany, że gdyby ludzie znaleźli rzecz o własciwościach nie mieszczących się w ich rozumieniu praw natury (a niezwykła twardość i regularność znaleziska na to wskazywała), byłoby to dla nich niezwykle cenne. 

Motyw odkrycia jakiegoś cennego metalu na planecie nie jest też niczym nowym i odkrywczym. 

Artefakt to nie cenny metal, to coś zrobionego. Taki mały hint w tytule opowiadania. ;)

Przykro mi to pisać, ale opowiadanie doczytałam do końca wyłącznie z poczucia obowiązku.

Tak też to odczułem, że szybko przeczytane i trochę nie podeszło pod gust. No cóż, tak bywa.

 

Również pozdrawiam i dziękuję za życzenia!

Witaj JoluK!

Dzięki za komentarz! Fajnie, że znalazłaś dużo pozytywów w tekście. Trochę szkoda, że za mało na piórko.

 

Jeżeli naczynie, to “nieco mniejsze”

Chodziło mi o próbki w formie sześcianu, które były nieco mniejsze od znaleziska (naczynie zawierało te próbki). 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Witaj! Początkowo nietypowa forma tekstu mnie męczyła. Później zacząłem być ciekaw co ta maszyna od nich chce i czytanie stało się płynne. Ogólnie, co do formy, to moim zdaniem jest dobrze dobrana do tematu.

Napięcie rosło miarowo, choć w kilku miejscach narracja mogłaby iść nieco szybciej do przodu. Utrzymywałeś czytelnika długo w niepewności co do intencji maszyny, ale w pewnym momencie stało sie jasne co jest na rzeczy. Tym razem to chłopak wykazał się intuicją, a dziewczyna brakiem ostrożności. Dość przekonująco pokazałeś jak maszyna może wzbudzić zaufanie, żeby osiągnąć swój cel. To co mówiła nie było nieprawdą, ale też nie było całą prawdą. 

Jest pomysł, jest niezłe wykonanie, dlatego klikam do biblioteki i pozdrawiam!

Hej Grzesiek_W! Będę w końcu musiał obejrzeć to “The Expanse”. ;) Dzięki za komentarz, fajnie, że się spodobało. Pozdrawiam!

Hej! Po Twoim komentarzu postanowiłem zobaczyć co napisałeś i się nie zawiodłem. Ilość tekstów pojawiających się na portalu sprawia, że można łatwo ominąć bardzo przyzwoite opowiadania. Lubię taki styl rozgadanego, lekko ironicznego narratora. Postacie, konflikt i fabuła są prawdopodbne. Pomysł rozbrojenia pamięciowca poprzez “zaszczepienie” mu obrazu dziewczyny (wiadomo, że tylko Polka, ze swoim nienachalnym urokiem, była w stanie temu podołać :) ) był oryginalny. Super opowiadanko!  

Polecam do biblioteki i pozdrawiam!

Cześć! Tekst zawiera duży ładunek emocjonalny. Magiczna chusteczka, która potrafi wytrzeć człowieka od środka, złagodzić buzujące w nim emocje, może wstyd, może doznaną urazę? Któż by nie chciał takiej użyć? Tekst frapujący, choć nieco zagadkowy. Pozdrawiam!

 

 

Witaj! Oparte na prostym pomyśle, ale sprawnie napisane i przyjemnie się czytało. Mimo całej niechęci do szefa, spotkała go zasłużona, ale mimo wszystko nieproporcjonalnie surowa kara. ;) Pozadrawiam!

Hej! Czysto napisane (bez zbędnych ozdobników), wciągnęło mnie od pierwszych linijek. Lubię ten rodzaj humoru. Tekst stawia też kilka trafnych pytań, nad którymi warto się zastanowić. Gdybym był czwartoklasiątą powiedziałbym, że zajebiste. Pozdrawiam!

Tarnino!

XD Miluchne ^^

Ufolki w moim świecie są sympatyczne i chcą pomóc. :) Dzięki za zwrócenie uwagi na przecinki.

Zamarkowałem czerpanie wody dłonią i picie, ale dziewczyna tylko patrzyła z przyjaznym uśmiechem.

Enigmatyczne zakończenie. Czy bibliotekarka droczy się z nim, czy chce mu zaserwować suchy post? Tekst skojarzył mi się ze znalezionym jakiś czas temu na YT the backrooms. 

 

Pozdrawiam!

Prosiaczku, po Twoim wyjaśnieniu, że Pragma zmienia naturę konfliktu, jestem w stanie zweryfikować swój wcześniejszy komentarz. Zastanawiam się nad jednym: czy to Pragma sprawiła, że Nel nabrała cech osobowości anankastycznej, albo może je bardziej uwidoczniła? Jeżeli tak, to sytuacja mogła działać na zasadzie samowzmacniającej – perfekcjonizm Nel tym bardziej pchał ją ku poświęceniu dla doskonalenia ludzkości. Wówczas relacja z Pavlem byłaby elementem rozhermetyzowującym jej świat i w konsekwencji zmieniającym decyzję o przejściu do drugiej fazy eksperymentu.

Ale to takie luźne refleksje. Ogólnie zgadzam się, że fantastyka nie musi grać pierwszych skrzypiec. Również pozdrawiam!

Przesłuchałem ten utwór (BWV 1004?). Skomplikowany, szczególnie dla kogoś takiego jak ja, kto ma niewielkie pojęcie o muzyce klasycznej. Naszła mnie refleksja, że szkoda, że w szkole tak mało jest edukacji muzycznej.

To, co we mnie zapisano, istniało najpierw gdzie indziej – ja tylko uczyłem się to utrzymać.

Trochę platońskie.

 

Pięknie napisany szort i interesująca historia o synach Bacha i losach utworu. 

 

Pozdrawiam!

 

Cześć Bruce!

 

Interesujący pomysł na opowiadnie. Co do polskich amazonek, to przypomniała mi się powieść “Ja, Dago” Nienackiego, jego ostatnia, nieco mniej znana. Jest to na poły fantastyczna, na poły historyczna powieść o początkach Polski. Tam również występuje plemię kobiet i jedna z jego przedstawicielek ma duży wpływ na fabułę (i w konsekwencji na proces powstawania Polski).

Podobał mi się moment w którym łuski syreny zamieniły się w wojowniczki. “Zawa” mnie zaskoczyła, ale bardziej pasuje do nazwy stolicy niż “Sawa”. Gra słów Amazonka/ Mazowsze jest świetna!

Zarówno bohaterka jak i jej ukochany są postaciami wzbudzającymi sympatię. 

Co mnie skłoniło do zastanowienia to fakt, że syrena odnajduje się nad rzeką. Nie wiem czemu, ale zawsze kojarzyła mi się z morzem. Musiała przebyć długą drogę z Morza Śródziemnego. 

Polecam do biblioteki.

Witaj!

 

Czytając opisy połączonych ze sobą piwnic pod blokami (szczegółowe i realistyczne), stanęło m przed oczami dzieciństwo. :) Bieganie po tych labiryntach było dla nas wtedy najlepszą zabawą. Pamiętam też latarki z przesuwaną, kolorową szybką, SKO i wiele innych elementów PRLu lat 80-tych, które doskonale opisałeś. 

Fabuła nie jest skomplikowana, ale trzyma w napięciu, szczególnie od momentu wejścia chłopaków do podziemnego korytarza. Zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi czym był odkryty statek i kiedy trafił na polskie ziemie. Najprawdopodbniej przybył z przyszłości. Albo był produktem wyobraźni chłopaków, którzy naoglądali się Star Treka. ;) Jednak stawiam na to pierwsze.

Sprawnie napisane, choć mam kilka uwag krytycznych:

Z klatki wchodziło się przez ażurowe drzwi z lichych, sękatych listew. (…) lądowały na podłodze naszej piwnicy, utrudniając i tak ledwo możliwe poruszanie się. Później wyrastały z nich długie kły, a część, podgryzana przez szczury, lądowała w śmietniku.

Drugi akapit jest długim i niezwykle szczegółowym opisem piwnicy. Z jednej strony fajnie, bo buduje realizm opowieści, z drugiej, tak długi opis już na początku opowiadania może czytelnika zniechęcić.

Zszedłem ostrożnie w jego kierunku. Po kilkunastu metrach doszedłem do końca betonowej ścieżki, która zmieniała się w metalowy, bardzo gruby próg z otworami. Po drugiej stronie było pomieszczenie wielkości dużego pokoju, którego ściany pokrywały rozmaite przyciski i niezrozumiałe napisy. Przekroczyłem próg i spojrzałem na przeciwległy kraniec pomieszczenia, na końcu którego znajdowały się rozsunięte stalowe, malowane w żółte pasy drzwi, przez które wpadało jasne, intensywne, jakby dzienne światło. Powoli ruszyłem po lekko pochylonej w prawo podłodze. Zajrzałem przez otwór i zobaczyłem jasny korytarz, pokryty jakby plastikiem, a częściowo jakby nadmuchaną tkaniną.

Ten fragment jest jednym z centralnych w opowiadaniu i powienien być napisany ze szczególną starannością. Mnie powtórzenia wybiły z imersji.

 

Ogólnie opowiadanie podobało mi się i polecam je do biblioteki.

Hej! Widać, że opowiadanie napisane z dużą swobodą, pełne sugestywnych porównań i szczegółowych opisów, które mocno działają na zmysły. Jest coś wyjątkowego w Twoim stylu.

Historia dziewczyny z tendancjami w gruncie rzeczy samobójczymi i chłopaka szukającego sensu życia. Opowieść psychologicznie się spina. Prowadzona jest w sposób, który przez cały czas utrzymywał moją uwagę.

Jednocześnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że fantastyka stanowi jednak element drugoplanowy, jeżeli nie dekoracyjny. Pragma mogłaby być zastąpiona innym, niefantastycznym elementem, który stopniowo niszczy Nel (anoreksja?) i historia utrzymałaby zręby logiczne. Nadal byłoby to dwoje młodych, zagubionych ludzi, których ratuje miłość.

 

Kilka razy zatrzymał mnie nietypowy szyk wyrazów, albo czegoś mi brakowało w zdaniu. Np.:

dziecięce brzemię, którego nigdy nie powinna była być(?) zmuszona nieść. 

 

Opowiadanie oceniam jako bardzo dobre i polecam do biblioteki.

 

Hej! Zabawna historia. Podobał mi się szczegółowy opis wnętrza zakładu i całego alchemiczno-dentystycznego “osprzętu”. Historia się domknęła, ale martwię się o los dwóch przybyszy. Pozdrawiam!

Witaj OldGuard!

Opowiadnie płynnie przeprowadza czytelnika przez całą gamę emocji, które mogłyby towarzyszyć ludziom w obliczu globalnej zagłady. Niezwykle trudno pokazać ten temat w atrakcyjny sposób, bo był już eksplorowany wielokrotnie, ale Tobie się to udało. Jest coś ujmującego w scenach, które tworzysz, są z jednej strony łagodne, z drugiej nasycone emocjami. 

Mnie klimat skojarzył się z “Melancholią” von Triera i widzę, że jeroh już wymienił ten film. Z kolei końcowe sceny na balu pomiędzy kochankami to udana kropka nad i, przywołująca na myśl wiersz “Miłość od pierwszego wejrzenia” Szymborskiej (pięknie zaśpiewany w “Czerwonym” Kieślowskiego).

Świetny tekst!

Witaj Aferix! Przyjaźń była raczej jednostronna. Ben był samotnikiem, próbującym znaleźć swoje miejsce w świecie, trafił na platformę i Miquela, z którym w jakimś tam stopniu się zżył. Miquel żył raczej swoją rodziną i chęcią wyrwania ich z biedy, choć cenił wiedzę i doświadczenie starszego kolegi. W każdym razie taki był mój pomysł na bohaterów. A o przyjaźni Bena może świadczyć to, że zażądał puszczenia swojego kumpla wolno. Cieszę się, że opko Ci się podobało!

 

Regulatorzy, kłaniam się nisko. 

 

OldGuard, dziękuję bardzo za uznanie w postaci nominacji, to mobilizuje do dalszej pracy! 

Hej!

 

Mnie również przejęła historia Noelii Castillo Ramos. Szczególnie, że sieć obiegły zdjęcia jej smutnej twarzy. A to, co musiała przeżyć w ośrodku dla młodzieży, trudno sobie wyobrazić.

Ty ubrałaś tę prawdziwą historię w szaty literackie. Udało Ci się stworzyć adekwatną do tematu atmosferę. Forma nieco nietypowa, ale rozumiem zamysł – seria suchych wiadomości w kontraście do głęboko emocjonalnej sytuacji. Trochę na siłę dodana fantastyka, choć dla mnie to nie stanowi problemu.

Za podjęcie trudnego tematu i umiejętne stworzenie mrocznej atmosfery polecam do biblioteki.

Dobrze skomponowany i widać, że przemyślany tekst: symetria światów, czarny kruk na dębie (w świecie żywych), oraz biały kruk (w świecie martwej dziewczynki), droga, która w świecie martwych się zapętla, wydarzenia istniejące poza czasem. 

Opowiadanie podziałało na mnie również subtelnym językiem i oniryczną atmosferą, adekwatną do treści. 

Nie przeszkadzał mi lekko abstrakcyjny charakter dialogów, bo dobrze pasował do klimatu opowiadania.

Na jednej siedział nieruchomo ptak o czarnych piórach z chłodnym połyskiem, podobnym do światła uwięzionego w nocy.

Podoba mi się porównanie połysku pióra kruka do uwięzionego światła.

Kroki nabrały gniewnego tempa, chcąc ruchem zmusić świat do odpowiedzi.

Fajnie wyrażona frustracja dziewczynki.

 

Bardzo zgrabny i czysty tekst. Wiadomo, że właściciel należy do kota, a nie odwrotnie. 

– Nie przeszkadzaj mi teraz, jestem w superpozycji.

Ta wypowiedź kota jest mistrzowska. :)

Przeczytalem wszystkie teksty. Najbardziej spodobał mi się opis komunikacji, który zaprezentował Kurojatka. Co do tekstu Holly, to miałem skojarzenia podobne do marzana (bo też myślałem, że to opowiada kobieta). ;)

Cześć!

 

Niegłupia koncepcja podana z humorem. Konkulzja przypomina mi trochę “Nowy Wspaniały Świat” Huxleya, gdzie ludzkość jest kontrolowana przez przedawkowanie przyjemności raczej niż przez terror (bo to pierwsze okazuje się bardziej efektywne). Ogólnie dobrze się czytało, byłem ciekaw końcówki. Lubię też opowiadania zaczynające się od wykładu profesora, który rozważa jakiś paradoks, czy wskazuje na tajemnicę.

Jedyne drobne zastrzeżenie – w dialogach, w odpowiedzi jest czasem powtórzenie części pytania. Moim zdaniem ten zabieg jest lekko nadużyty, choć do pewnego stopnia wzmacnia to komizmiczny charakter scen. 

– Streaming – powiedział powoli Galaktus, jakby tłumaczył coś oczywistego. – Dostęp na żądanie przez sieć podprzestrzenną. (…)

Sieć podprzestrzenną? – zapytał Armstrong.

(…)

– Jesteśmy w remoncie – powiedział Armstrong.

W remoncie? – powtórzył Galaktus.

Wymieniamy wodę w oceanach (…)

Wymieniacie… wodę?

 

Hej! Składne i dobrze skonstruowane, a w dodatku się rymuje. Wszedłem na YT, żeby usłyszeć tekst w wersji śpiewanej i się nie zawiodłem. Końcówka zaskakująca, działa jak dobra przyprawa do i tak smaczej potrawy. :D

Widzę, że odwiedziłeś mój starszy tekst. Cieszę się, że Ci przypadł do gustu! To tekst, który powstał bardzo szybko, nie był specjalnie poprawiany, i ku mojemu zaskoczeniu otrzymał sporo poytywnych komentarzy. Zaletą szorta jest ilość potencjalnych czytelników. Pozdro!

Cześć Regulatorzy! 

Bardzo się cieszę, że lektura Cię ustatysfakcjonowała! Dziękuję za miłe słowa oraz za czas poświęcony na uwagi techniczne. Są dla mnie cenne, ponieważ pozytwnie wpłyną na jakość tego i przyszłych tekstów.

Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa, albo cudzysłów. Uwaga dotyczy także następnego fragmentu.

Będę o tym pamiętał. Poprawki wprowadzę jutro, bo dziś już robi się późno. Pozdrawiam serdecznie!

 

Witaj Robert Raks!

Wielkie dzięki za tak miłą opinię, to mobilizuje do dalszego pisania! Pracowałem nad proporcjami między polskim a rosyjskim w wypowiedziach Olega (w czym pomogła mi opinia betującej OldGuard). Początkowo jego kwestie były bliższe językowi rosyjskiemu i mogłyby być ciężkie dla czytelnika. Zależało mi na płynności narracji, więc je mocniej spolszczyłem.

Szczególnie cieszy mnie pozytywna uwaga o tempie i dawkowaniu tajemnicy, bo w jednym z poprzednich opowiadań czytelnicy wskazywali, że to był problem.

Czekam na ciąg dalszy, bo historia mnie wciągnęła.

Pracuję nad tym. :)

Dziękuję bardzo za podwójnego klika! Również pozdrawiam!

 

Niedziela rano, środek wsi jest pusty. No, głowa troszkę boli po wczorajszym, ale idę, bo co mam w chałupie robić? Z babą koty drzeć?

Za pocztą kiosk, za kioskiem spożywczak, wszyćko zamknięte. Idę dalej, mijam łąki, a wiatr hula, że mało łba nie urwie. I na łąkach pusto, gospodarz nie wypuścił ni koni, ni krów. Idę szutrem do lasu. Szumi jakby miał się wściec. Ale idę dalej, bo co mam robić? Z babą na Wspaniałe Stulecie paczeć?

No i on właśnie tam był, w lesie, na kamieniu siedział. Szary jak wyschnięta ziemia, wysokości liliputa, z małym łebkiem, brzuszkiem jak balonik ze świńskiej kiszki. Oczy miał za to wielkie, wyłupiaste, ale jakieś mętne. Uszy odstające, radarowate jak młody Jacków. No, taki, powiedziałbym, normalny kosmita. 

I po coś ty, bidoku, w taką pogodę tu przyleciał? Siedzisz na zimnym, jeszcze wilka dostaniesz.

Ja tak sobie w myślach mówiłem, bo do niego to i po co? Gdzie on ludzką mowę by zrozumiał? Bym tylko na darmo szczępił… ten..

Ale jak mu pokażę rękami, to zrozumi. 

To wyciągam do niego grabę, zwyczajnie, na powitanie. A on nic. No tak, przecież u nich to może cośkolwiek innego oznaczać.

Próbuję raz jeszcze. Uśmiecham się od ucha do ucha, jak moja baba, kiedy ocygani Żyda z Borsuczej, bo uśmiech to na ludzi działa. Palnąłem się w łeb. Na ludzi, ale nie na niego, bo to kosmita.

Miarkuję, jakiś nowoczesny znak trza dać. Układam z palców i kciuków serce, wzorem młokosów. A on ani się poruszy. Co się dziwić, serce kosmity to inna inszość. Może kwadratowość, może romboidalność?

To jeszcze z innej mańki go biorę. Podnoszę ręce, jak dziadek, co się szkopowi poddawał i spuszczam raptem, tuż przed nim, oby zmiarkować, czy refleksy jakie posiada. Nic, ani drgnie. Siedzi i wlepia we mnie te gały, jakby mu się za kosmosem cniło. 

O ty! Ja się łatwo nie poddam! Macham rękami, robię przysiady, pajacyki, wywalam język, zezuję, kręcę głową jak szalony…

– Hej! – słyszę za plecami.

Odwracam się. Za mną stoi stworek kropka w kropkę jak ten. Może ździebko wyższy? Mierzy mnie od stóp do głów i mówi: 

– Panie ziemianinie, szkoda energii, Pixi jest ślepy. A na ból głowy to najlepszy jest apap.

 

Komentarz: Zdaje się, że nie do końca spełniłem założenia wyzwania, bo rzuciłem na nie tylko okiem i na szybko machnąłem tekst… Ale niech już tak zostanie. ;)

 

Witaj melendur88!

 

Tak wogóle, to mieszkam w stolicy

W ogóle

Cóż. Każdy ma potrzeby, ale żeby od razu niemieckie? To chyba największy grzech.

Dobre.

Chce mi dać cukierka, czy zgwałcić?

:D

Moja mama wierzy w taką ewidencję dobrych uczynków, choć ja nigdy nie miałem do niego zaufania.

“Do niej” – do tej ewidencji.

Bo jednej strony intencja jest kluczowa.

brakuje “z”

 

Ok, jestem w miejscu gdzie klika i słychać po raz trzeci wentylator i domyślam się kto, a może co, jest za konfesjonałem. ;) Zobaczymy czy zgadnę.

CZY CHCESZ OCENIĆ JAKOŚĆ POSŁUGI?

Posługi zamiast usługi – pasuje.

wyspowiada mnie model językowy. Przepraszam. Modelowy ksiądz.

Udana gra słowem “model”. 

 

Ogólne wrażenia:

Fajny flow, czuć było, że dobrze się bawiłeś pisząc. Chyba Wielkanoc mocno “weszła”. ;) I mi sie udzielił humor. 

Tekst na czasie, bo rzeczywiście, jest kryzys powołań. Jednocześnie zestawiłeś ucieleśnienie bezduszności z tym, co powinno być centrum interakcji duchowej. I ten kontrast nasyca absurd sytuacji. Odniosłem wrażenie, że kilka kwestii modelowego księdza rzeczywiście wygenerował model AI. 

Podobało mi się!

 

 

 

Ale ten złol na Marsie nie był zadowolony z przejęcia poprzedniego. No i nie pokazujesz wyników badań. Tekst daje radę jako samodzielny, ale z zastrzeżeniami.

Nie był zadowolony ze sposobu przejęcia poprzedniego, bo chciał to zrobić możliwie cicho, a akcja wymknęła się spod kontroli i przerodziła się w jatkę. Ta jatka to był błąd agenta, dlatego Hemmer wysyła lepszego, bardziej profesjonalnego (jak sądzi). Korporacja nie chcę nagłaśniać, że znalazła coś cennego, chce mieć to tylko dla siebie.

Nie pokazuję wyników badań, to prawda. Zgadzam się, że można mieć zastrzeżenia, że artefakt nie jest wyjaśniony.

 

Ale skąd wiadomo, że obiekt mija się ze znaną fizyką, jeśli jeszcze żadnego nie udało się zbadać?

Ja mówiłem teraz ogólnie, nie w kontekście opowiadania. W opowiadaniu chyba udało się go trochę zbadać. W każdym razie, to nie pierwszy tego typu obiekt znaleziony na Tytanie, o czym świadczy wydarzenie w Hubie-A, do którego odnosi się Ben. Skoro są skłonni dla niego zabić, to znaczy, że coś tam zbadali i jakoś im to służy. Zgadzam się, że nie ma tego dopowiedzenia w opku i że może to budzić niedosyt. Mimo to, myślę, że opowiadanie funkcjonuje jako całość.

No i imponujący stopień inwigilacji – czy przy każdym nietypowym znalezisku i zepsuciu wiertła korpo wysyła zabójcę? Ile zasobów oni muszą poświęcać na przeglądanie tych nagrań? Tak, robi to algorytm, ale ktoś płaci za komputery i energię dla nich…

Nie, tylko tutaj dostrzegli coś podejrzanego i algorytm był w stanie szybko to zidentyfikować jako potencjalny artefakt (zachowanie inżynierów, obróbka wizualna tego czegoś przez AI, big data itp.). Nie wymaga to aż tak dużo energii, ponieważ tych platform jest tylko kilkaset (a nie miliony, czy miliardy). Pamiętajmy, że to przyszłość i algorytmy są zoptymalizowane. 

Czy ja wiem? Koliber i kwiatki są doskonale do siebie dostosowane, ale czy to wzbudza aż takie emocje? Pewnie nie raz zdarzało się, że ludzie się zabijali dla diamentu, ale jakiś kryształ o nieznanych właściwościach? Wydaje mi się to przesadą.

Moim zdaniem to zależy czy ten obiekt wpisywałby się w znaną fizykę, albo, czy dawałby się wyjaśnić w jej ramach. Koliber i kwiatki posiadają te same komórki co inne rośliny, zwierzęta, podlegają znanym prawom biologi czy fizyki. Jeżeli znaleziono by coś, czego nie można by w żaden sposób zaklasyfikować, to myślę, że wzbudzało by to coś silne emocje. Czy ludzie zabijaliby się o niego? Może nie. Może tylko początkowo tak? Ale na pewno by to coś cenili, jako źródło tajemnicy, która rozwikłana, mogłaby poszerzyć naszą wiedzę. 

Dziękuję Wam za czas włożony w skomentowanie opowiadania, które do najkrótszych nie należy. Miło mnie zaskoczyły pozytywne opinie i cieszę się, że historia dwóch kolegów wydała sie interesująca! Nie wiem na ile to przebija z tekstu, ale jest on samodzielną częścią szerszej historii (bo uniwersum to za dużo powiedziane) i rzeczywiście, niektóre karty zamierzam odkryć w kolejnych opowiadaniach.

 

 

Witaj Bruce!

Bardzo cenię sobię wskazanie potencjalnych błedów technicznych, bo dzięki temu mam okazję popracować nad poprawą warsztatu. Większość to interpunkcja, ale jest też kilka powtórzeń i innych błędów. Przechodziłem przez tekst wiele razy i nie wyłapałem – typowe. :) Poprawię przy najbliższej okazji. 

Wielkie dzięki za miłe słowa komentarza oraz za podwójny klik! To wiele dla mnie znaczy.

Miquel, stary druhu, gdybyś wiedział (przecinek?) jakie cuda twój kompan ukrywa w tej graciarni, martwiłbyś się jeszcze bardziej o jego zdrowie. Ale teraz… za twoje zdrowie!

W tym akurat miejscu powtórzenie jest celowe.

 

Hemmer zareaguje bardzo źle kiedy się dowie, że to nie jest artefkt. Głownych bohaterów też mi było szkoda i nawet chciałem zostawić Miquela przy życiu, ale wtedy jego zaszyfrowana wiadomość do żony byłaby niepotrzebna. Niestety, wydaje mi się, że świat przyszłości będzie tak samo bezwzględny jak obecny, co do tego nie mam złudzeń.

Również pozdrawiam!

 

 

Cześć Melendur88!

Nie lepiej – z podwójnym podbródkiem? 

Chyba racja, chociaż mówi się “drugi podbródek”. Muszę sprawdzić.

Trochę średnio trafione te metafory. Nawet jako historyk stwierdzam, ze ktoś 600 lat potem by takich uwag nie robił. Ja oczywiście to zakumałem, ale nie wiem czy randomowy czytelnik to zrozumie :) Uwierz mi, nie wszyscy wiedzą, jaki charakter miał Ludwik. Z Marksem może być różnie. 

To prawda. Jednak Benjamin to facet, który żyje trochę w swojej bańce, historia jest jego pasją. No i te cytaty żyją w jego głowie, wypowiada je odruchowo, na zasadzie “panie dziejku”, nie przejmując się czy ktoś zakuma o co chodzi. 

To już było trafne. Głownie dlatego, że to był cytat i jak ładnie wspomniałem parafraza.

Może właśnie tak jak piszesz, nieco parafrazować i mocniej osadzać w kontekście wydarzeń. 

Tu się trochę pogubiłem. Nie do końca wiedziałem co jest pisane, co jest mówione. Troszkę zamieszałeś moim zdaniem te scenę, bo musiałem ją przeczytać dwa razy żeby złapać logikę.

A to wydawało mi się akurat proste. W cudzysłowiu jest pisanie na kartce. Dialog standardowo od myślnika.

Do tego ich wymiana zdań na papierze jest nienaturalnie szybka, piszą długie kwestie z prędkością mowy, zamiast używać skrótów i równoważników. 

Nie do końca. Im się nigdzie nie spieszyło, mimo, że odczuwali zdenerwowanie sytuacją.

Jako człek z branży który widzi ogrom hindusów z managmencie IT, zwłaszcza za oceanem – ogromny plus za rozeznanie. A jak fart, to ci się to udało :)

Też żyję na tej planecie i wiem mniej więcej co sie dzieje. ;)

Angielski zwrot. Zmień to, bo strasznie to kłuje w oczy. Może “Czemu ten pierdolony grubas”? Będzie brzmieć bardziej swojsko. Ja wiem, że mówią to nie-polacy, ale czytają Polacy:)

A może “A to niemiła parówka!”? Żarcik. Póki co zostanę przy swojej wersji. Zresztą to marginalne.

Uprościłbym trochę, bo przez te skróty, nazwy jest na granicy imfodumpu.

Pełna zgoda. I tak już skracałem, bo było dłuższe. Przemyślę. 

Od pierwszych sekund wtopiłem się w ten tekst i szło. Bardzo fajne te wstawki z IT, chyba kolega jak ja pracuje w IT albo jest rozeznany :) Czułem ten klimat, fajnie to wyglądało.

Miło słyszeć, że historia Cię wciągnęła! To chyba najlepszy komentarz dla autora. Nie pracuję w IT, ale mam nieco doświadczenia w tej dziedzinie. 

Ja chciałem poznać ten artefakt a tak naprawdę nie dowiedziałem się o nim nic. Szkoda. Ale wierzę, że bedzie dalsza część, bo fajnie napisane opowiadanie i klimat na plus. (…)

Używasz artefaktu jak walizka z PulpFiction – przedmiotu, który napędza akcję, ale sam w sobie nie ma znaczenia. Ja to tak odebrałem. (…)

Działanie artefaktu i jego pochodzenie jest przemyślane, ale niestety, musisz póki co mi wierzyć na słowo. Ale skoro historia zainteresowała, to postaram się powiedzieć więcej o nim w kolejnych odsłonach. Trochę o jego działaniu jest w tekście “Chwytaj sol, to ma sens”

Napewno polecę do biblioteki bo naprawdę fajne opowiadanie, ale jest poczucie niedostytu końcówką. Gdybym nie zużył swojego “jednego” głosu na najlepsze opko miesiąca to bym zagłosował, by dać ci szansę by oceniła loża. (z zasady głosuje tylko na jedno bo biorę dosłownie słowo najlepszy). Ale jestem pewien, ze zrobią to inni.

Będę czytał następne, liczę na kontynuację :) 

Wielkie dzięki za tak miłą opinię, a szczególnie za gotowość do czytania kontynuacji! To mobilizuje do pracy, a u mnie bywa czasem ciężko z “flowem”. Cenię sobię Twoje uwagi i będę o nich pamiętał przy kolejnych tekstach. Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Cześć OldGuard!

Ostatnio nawet myślałam, co się stało z tym opowiadaniem. Cieszę się, że w końcu ujrzało światło dzienne ;)

To proste – wahałem się czy już publikować, czy może jeszcze skracać, bo komu chce się czytać tekst długości 40k? Nie jest to jeszcze bardzo dużo, ale niebezpiecznie dotyka granicy odstraszania. W końcu się odważyłem wrzucić jak jest. :D

Język jest dość surowy i techniczny, ale przeplatany humorem, co dobrze oddaje klimat. Dla mnie fragment z korpointrygą wypada fajnie, bo dodaje kolejną warstwę – z przygodówki o przypadkowym odkryciu, dostajemy opowieść o grze interesów. Jeśli miałabym wskazać jakiś słabszy punkt, to momentami widać lekkie przegadanie i nadmiar ekspozycji, ale nie razi to jakoś bardzo mimo wszystko :)

Tak, język surowy, niestety, to moja przypadłość. Mam nadzieję, że wynagradza to sama historia i bohaterowie. Z humorem to niegdy nie wiadomo. Co do słabszego punktu – zgoda, mimo pocięcia, ciągle sporo infodumpów. 

To nie jest wcale takie oczywiste, że po 600 latach te odniesienia byłyby niezrozumiałe. Poza tym to element stylizacji języka niż próba precyzyjnego komentarza historycznego ;) A nawet jeśli ktoś nie zna dokładnie kontekstu Ludwika XVI, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens.

Tak właśnie myślałem. To stylizacja, profil postaci. 

Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze coś w tym uniwersum ;)

Pojawi się. Tylko jeszcze muszę nad tym popracować. Jeszcze raz dziękuję za betę!

 

 

Witaj OneTwo!

Dzięki za odwiedziny i przeczytanie. 

Akurat te wtręty o golarce Marksa mi się podobały budowały jakoś bohatera, wyróżniały go. Ja to kupuje.

Cieszy mnie to. :)

Ogólnie tekst jest OK. Początek wiele obiecuje po tym artefakcie, a później tego nie wyjaśnia, idzie w stronę akcji. Ja byłem trochę tym rozczarowany, aczkolwiek czytało się dobrze. Dobry tekst związał by znaczeniowo intrygę i artefakt.

Rozumiem i zgadzam się. Żeby się trochę wytłumaczyć, powtórzę, że opowiadanie, choć stanowi samodzielną część, jest migawką z szerszej historii, gdzie artefakt odgrywa znaczącą rolę. 

 

 

Witaj Finklo!

Nie wiemy także, co robi tajemniczy artefakt oprócz tępienia diamentowych wierteł. Czym jest? Kto go skonstruował? Dlaczego korpo tak usilnie chce zdobyć następny egzemplarz? Co zrobi leżący gdzieś tam sześcianik? Co się stanie, jeśli przypadkiem trafi go jakiś pocisk, przecież w pobliżu toczy się wojna?

Chodziło mi chyba o to, żeby pokazać co się wokół takiego obiektu może dziać. A co, gdyby nic więcej ludzie o nim nie wiedzieli i mieli się nigdy nie dowiedzieć? Po prostu taki dziwny, doskonały twór. Czy też byłby obiektem pożądania władców tego świata? Wywoływałby konflikty?

To wszystko powoduje, że opko aż się prosi o kontynuację.

Ale ogólnie czytało się przyjemnie.

Prosi się o kontynuację, wiem. Będzie kontynuacja. Dzięki za odwiedziny i cieszę się, że czytało się przyjemnie! 

 

 

Witaj AdamKB!

Czytało się dobrze, ale po lekturze pojawiły się pytania o artefakt. Dlaczego nic o nim, ani słowa wyjaśnienia, przypuszczeń, sugestii? To, że piekielnie twardy i że interesuje się nim korporacja, to za mało, jak na oczekiwania czytelnika.

Już wyżej odniosłem się do tego i przepraszam, że nieco zawiodłem oczekiwania. Postaram się to w przyszłości zrekompensować.

Rozśmieszyło mnie ulegnięcie obecnej atmosferze politycznej. Czy tylko wśród Rosjan można znaleźć zawodowego mordercę?

Nie tylko, ale akurat tu tak się zdarzyło. W innym moim opku mordercą jest Anglosas, albo jakiś inny Germanin. ;) W każdym razie Oleg to nie najczarniejszy charakter, to tylko narzędzie. Hemmer jest dużo mroczniejszy.

Nie ma tu żadnego ulegnięcia obecnej atmosferze politycznej, ponieważ unikam przemycania swoich poglądów politycznych do opowiadań. To błędny wniosek.

Bohaterowie w porządku, uważam.

Fajnie, że podobają Ci się bohaterowie. Dziękuję za przeczytanie tekstu i trochę szkoda, że zawiodłeś się nierozwiązaniem tajemnicy artefaktu. Jak już wyżej pisałem, trochę o jego działaniu jest w starszym opku, “Chwytaj Sol, to ma sens”. Również pozdrawiam!

 

Bass to nie okoń i jeśli jest jakaś tradycja “uswojszcznia” bassa jako okonia, to ja jej nie znam… Jak robiłem “risercz” to widziałem, że popularną nazwą tej ryby w polszczyźnie jest albo “bas” albo “bass”. Ręki sobie, oczywiście, uciąć nie dam…

A to mnie zaskoczyłeś, nie wiedziałem że bass czy bas to polska nazwa ryby. Wielokrotnie spotkałem się z tą nazwą w języku angielskim, nigdy w polskim, chociaż czytam zdecydowanie więcej po polsku. :) Sprawdziłem, rzeczywiście istnieje takie hasło w SJP: bass diamentowy, pospolity itd.

Witaj!

 

Przez cały tekst towarzyszyła mi myśl, że to się psychologicznie nie spina, ale końcowe zdania zmieniły moją perspektywę. Potrafiłeś utrzymać czytelnika w wątpliwości o co tu (do diabła!) chodzi, do samego końca. ;)

Bo czy sam “buziaczek” od pani Ruth (szeroko rozumiany) wystarczył, żeby powstrzymać młodzieńca od donosu na policję, a potem aby nakłonić go do zabójstwa Mary Walker? Ale gdy w grę wchodziły czary i morderstwo to co innego.

Ogólnie opko podobało mi się, fajnie wystylizowane, nie za długie i z dobitną końcówką.

 

Dwa fragmenty wybiły mnie z płynności czytania:

powody, dla których uznałem nakreślenie kilku słów za konieczne, są zupełnie podobne

Potrzebne tu słowo “zupełnie”? Albo “podobne” albo “identyczne”. Ale rozumiem, że to element stylizacji.

 

Cofnijmy się do czasów, gdy byłem licealistą na pensylwańskiej prowincji, w spokojnym miasteczku Chester Creek, gdzie mieszkali porządni chrześcijanie, a jeśli lała się krew, to kurza. Początkiem października, koło diabelskiej godziny, wracałem przez las. W świetnym humorze, bo obciążony piętnastofuntowym bassem – nie ma lepszej pory na bassy niż ciepłe noce.

Dlaczego polskie “liceum” a nie “high school”, ale chwilę później “bass” zamiast “okoń”?

Cześć! Opowiadanie, gdzie emocje i przeżywanie wychodzą na pierwszy plan. Młody chłopak, doświadczający niepowodzeń życiowych, w odruchu nagłej odwagi biegnie uratować staruszkę z pożaru. W trakcie akcji ratunkowej przenosi się do dawnej, ogarniętej wojną Warszawy, gdzie uświadamia sobie, że jego problemy są nikłe w szerszej perspektywie ludzkiego cierpienia. W głowie pozostała mi relacja między Witkiem a Miriam, którą widzimy na dwóch poziomach: na początku i na końcu jej życia. To ciekawe i oryginalne, i chciałoby się, żeby ten wątek był pogłębiony. Na marginesie, czy staruszka pamiętała tego chłopaka z czasów wojny? Powinna być zdziwiona widząc go po latach. Równoległość widzę też w nawiązaniu do barwy obrazu, pożoga dosłowna, jako pożar domu, oraz metaforycznie, jako okres wojny i okrucieństwa tudzież zniszczenia z nią związanych. 

Dobrze się czytało, ale zabrakło mi “punchline”, jakiejś mocniejszej narracyjnej klamry. 

Hej! 

 

Fajny pomysł z tytułami rozdzialików, które można odczytywać jako nieco ironicznie potraktowane motta duchownego. W pewnym momencie domyśliłem się mniej więcej do czego tekst zmierza, ale czytałem nadal z ciekawością. Każdy kroczek bohatera, niby niewielki i niewinny, niby postawiony z konieczności, przesuwał go bliżej mrocznej strony. Pytanie, czy było to podświadome dążenie duchownego do zła (słabość charakteru), konieczność wyborów narzucona przez okoliczności, czy może ukryty plan wciągnięcia go w sidła na zasadzie powolnego gotowania żaby (przez Leonida, regulującego temperaturę). Ostatni akapit z refleksjami wskazuje na fatalizm, albo jakiś rodzaj postracjonalizacji – tak musiało być, nie miał wyboru.

Zgadzam się z poprzednio komentującymi, że pod koniec następuje za duże przyspieszenie. 

Jeszcze jedna rzecz – pasował mi obraz do klimatu opowiadania. Te kopuły rzeczywiście jakby prawosławne.

Podsumowując: wciągająca historia, płynnie napisana, z przyjemnością przeczytałem.

 

Witaj GalicyjskiZakapiorze

 

Miło, że wpadłeś, bo tekst już trochę leży na forum i myślałem, że został zapomniany, a tu niespodzianka. :)

Początek czytało się bardzo fajnie, niestety potem opowiadanie strasznie zwolniło, a finalnie dużo wątków zostało nierozwiązanych. (…)może symboliczne znaczenie którejś sceny między podaniem lekarstwa a spotkaniem z uzdrowicielem mi umknęło, ale odczułem je jako zupełnie zbędne.

Tak, wiem, za bardzo rozbudowałem drugą część, a i pierwsza działałaby lepiej w bardziej skondensowanej formie. Bo pomysł w zasadzie był prosty. Zwróciło mi na to uwagę wielu komentujących więc nie polemizuję. Wskazane błędy poprawiłem.

Pozdrawiam i klik – widzę, że dużo błędów tu było, ale zostały w większości poprawione, w obecnym stanie poza tym, że jedna połowa jest nudniejsza, czyta się to całkiem-całkiem.

Cieszy mnie, że mimo niedociągnięć kompozycyjnych tekst się w miarę fajnie czytało. Dziękuję za polecenie do biblioteki! :)

 

 

Hej Ambush! Fajne, lekkie, kolorowe i wciągające. Podobało mi się balansowanie na krawędzi zwykłego świata (sucha soczewica i przypalony ryż) i zdarzeń nadprzyrodzonych. Powiększająca się dziura w brzuchu to zjawisko rodem z horroru, ale bohaterowie Twojego opowiadania podchodzili do tego z jakąś trudną do określania podskórną pogodą. :)

Nie wszystko załapałem, ale chyba dlatego, że nie przeczytalem pierwszej części. Podzielam uwagę Outta Sewera, że od momentu pojawienia się dwugłowej bestii dialog jest na zbyt dużym stopniu abstrakcji dla czytelnika, który nie zna szerszego kontekstu. Np. o jaki flakonik chodzi?

Witaj! Wciągnęła mnie baśniowa historia dwóch przyjaciółek i przeczytałem tekst z autentycznym zainteresowaniem. Opisy są malownicze i łatwo było mi zanurzyć się w wykreowanym świecie. Pierwsza scena z tajemniczymi bransoletami wzbudzia zainteresowanie. Jeden z bardziej frapujących fragmentów to cud z wiadrem i powstałym z wylanej wody strumieniem, który wiódł Nawoję i Mojmirę w głąb puszczy. I dalej, niepewnośc dziewczyn czy znalazły się w królestwie Mokosza czy Roki. 

W końcówce nie dopowiadasz z czyim dzieckiem wraca Mojmira, co jest w jakimś sensie ciągiem dalszym dylematu przyjaciółek podczas wędrówki w puszczy. Fajnie wplecione tytuły części (i konstrukcja czasowa), rok wcześniej, rok później, w kontekście boga Roka. Satysfakcjonująca opowieść.

 

 Poetycki test, obrazy, które zostają w pamięci. Warto zatrzymać się przy miejscu tragedii i zdobyć na chwilę refleksji, tak jak bohater opowiadania. Czy duch kobiety “uwolnił się” po uratowaniu mężczyzny przed pędzącym autobusem (ulga na jej twarzy, nowy znicz i silny płomień)?

Przeczytałem dwa komentarze i widzę dwie odmienne interpretacje.

 

Witaj! Sprawnie napisane opowiadanie z nieco smutną refleksją – udoskonalenie infrastruktury elektrowni prowadzi do redukcji etatów. O ile dobrze odczytałem sens, bohaterski czyn Nilasa w konsekwencji doprowadza do prawdopodobnej likwidacji podmiotowości syntetyków. Wniosek: nasze poznanie jest ograniczone, trudno przewidzieć jakie konsekwencje będą miały w dłuższej perspektywie czyny i decyzje (podjęte nawet w najlepszej wierze).

Centralną część tekstu stanowi obszerna, realistyczna i zniuansowana dyskusja polityczna, łącząca się logicznie z całością opowiadania. Chociaż sama w sobie jest interesująca, to w kontekście całego tekstu wydaje mi się nieco za długa i zbyt szczegółowa, przez co narracja traci płynność.

Otwierający opowiadanie opis walki Nilasa z awarią elektrowni zrobił na mnie wrażenie i trzymał w napięciu.

Polecam tekst do biblioteki.

Cześć!

 

Klimatyczne, nieco tajemnicze i – jak słusznie zauważył khomaniac – creepy. :) Szkoda, że nie pociągnąłeś wątku opłacenia “małej buzi w ustach” lękami, złymi snami i nadzieją, bo byłem ciekaw co to w praktyce oznacza. Nie pojąłem też dlaczego czas stanął, kiedy facet był u dentysty. Ale może te pytania są niewłaściwie postawione, bo w Miasteczku Górskim nie wszystko da się racjonalnie wyjaśnić. Podobał mi się szorcik. 

Lekkie i zabawne. :) Obawiałem się, że rybka zjadła jakiegoś krewniaka od teściów, dlatego ulżyło mi, że był to “tylko” kotek. Czy za przestawieniem liter w genach coś się kryło? Z taką dysleksją niebezpiecznie brać się za modyfikacje genowe. 

 

– Brajan Malinowski. Zestaw kupowałem u was jakieś dwa… nie tydzień temu.

Nie powinien być przecinek po “nie”?

Rzeczywiście, coraz mniej ludzi chce słuchać (czytać) a coraz więcej mówić (pisać). Dla mnie fabuła jest numerem jeden, potem język. Choć kulawy język potrafi zniechęcić do najlepszej fabuły. ;)

 Sprzedaż raczej nie jest wyznacznikiem jakości, ale smak sukcesu jest słodki (i, jak cukier, daje chwilową satysfakcję).

Zgrabnie napisane.

Lekko napisane, barwne i pełne humoru opowiadanie, przez które z przyjemnością przepłynąłem. Pierwsze skojarzenia miałem z Jakubem Wędrowyczem, ale po tym jak diuk walczył z krzakami, a potem zobaczył w klaczy “Dulcyneę”, wiedziałem, że to polski Don Kichot. :)

Czytając miałem kilka hipotez. Początkowo podejrzewałem, że dzieciaki to chochliki (długie uszy?), które dla zabawy troszkę zamieszały diukowi w głowie (zaczarowane jabłko). Drugie podejrzenie: a może to rzeczywiście karczmarzowa, a dzieciaki zaczarowały kupców? Jednak scena ze Skrzypkiem i z kijkiem-mieczem kazały myśleć, że to jednak Don Kichot. Zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Co jest pewne, to że na tytuł diuka ze swoim rozumem raczej nie zasługiwał (czego domyślić można się już po piosekach w prologu i epilogu).

Ubawiłem się przednio! Czy anonima można polecić do biblioteki?

Witaj Outta Sewer!

 

Frapująca historia z gęstym klimatem. Centralnym punktem jest dylemat bohatera, który w obliczu śmiertelnego zagrożenia postępuje w zasadzie racjonalnie, a mimo to jego czyn jest potworny. A może było inne wyjście niż przytrzymanie chłopca pod wodą? Czy rolą Kazika było rozstrzygać tę sytuację? A może powinien zginąć razem z Frankiem? Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia. 

Przez chwilę przyszła mi do głowy jeszcze jedna interpretacja. Kazik wpycha Franka pod wodę, kiedy martwe ciało ukochanej Kasi wpada do rzeki. Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?

Dobrym kontrapunktem dla “ludowego” klimatu jest pojawienie się gigantycznego pojazdu na czterech nogach. Pojazd wprowadza element surrealistyczny i jednocześnie pokazuje w jak beznadziejnej sytuacji są uciekinierzy. Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?

Bardzo udane opowiadanie, które zmusza do refleksji. Zgłaszam do biblioteki.

 

Detal techniczny,

Ludzie rzucili bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki.

Witaj! Bardzo podobał mi się ten tekst. Świetnie zarysowałaś dystopijny, bezwzględny świat, w którym bohaterka próbuje przebić się ze swoimi marzeniami. Piszesz w naturalny i piękny sposób, z przyjemnością czytałem. Pozdrawiam!

 

Szczegół techniczny:

Z resztą, tak samo jak matka.

 

Dzięki. Skromne nawiązanie do wielu rozmaitych obrazów grozy – symbol, kojarzący się z czymś miłym i sympatycznym (jak choćby klaun, czy laleczka)

Tak, zdecydowanie element pozytywki zagrał dosłownie i w przenośni.

 

Przyciągnięty ogromny księżyc rozświetlił wnętrze.

Zjawa z trupią czaszką omiotła oczodołami ściany z portretami bliskich.

Ten fragment zrobił na mnie wrażenie. Proste dwa zdania, które wprowadziły klimat grozy, jednocześnie przemycając informację, że to może nie być pierwsza śmierć w rodzinie. 

Hej!

 

Piękny, melancholijny, malarski tekst. Zmaganie się z łodzią odczytuję jako zmaganie się z ostatnimi dniami życia. Koniec ma być decyzją starca, a nie przypadkiem, ma być morzem, miejscem, które go definiowało. 

Nieco zabrakło fantastyki (mgła to za mało moim zdaniem, albo nie zrozumiałem jej roli).

 

Uwaga techniczna:

lecz dziś wydawała się nie mieć końca. (…)

Droga zdawała się nie mieć końca. (…)

Plaża z kamienia ciągnęła się bez końca.

Moim zdaniem za dużo.

Witaj!

Moje pierwsze wrażenie: części są zbyt luźno powiązane. Ale po chwili zastanowienia, stwierdziłem, że jednak nie, bo obie dotykają treści ostatecznych, życia i śmierci. Pokazujesz przejście bohaterki od niewiary w Boga (chrześcijańskiego) do przejścia (poprzez praktykę medytacji) w rzeczywistość kojarzącą sie z koncepcjami buddyjskimi. To ta sama bohaterka – u kresu życia, której doświadczenie przeskakuje od konfrontacji z bolesną rzeczywistością hospicjum do ucieczki w subiektywny świat wyobraźni. Ma to sens i ciągłość. 

Pierwsza część wywarła na mnie zdecydowanie lepsze wrażenie: sceny latania, potem migawki z życia bohaterki i jej męża, on, kierujący się swoimi motywami i ona, dla której ważna jest autentyczność wobec siebie samej. To pięknie zostało w tekście pokazane.

Mam natomiast zastrzeżenie do drugiej części: dużo myśli filozoficznych podawanych jednym ciągiem sprawia wrażenie raczej małego eseju zamkniętego w formę dialogu czy monologu niż integralnej częsci opowiadania. Sam lubię takie rozważania i przeczytałem je z uwagą. Nie zmienia to jednak faktu, że część druga zaburza proporcje całości.

Nie jestem pewien czy teksty konkursowe się klika, jeżeli tak, to polecam do biblioteki.

 

Hej!

Rozumiem, że pies zamienił się w potwora i skoczył na nieostrożnego naukowca? Od momentu kiedy Szarik włożył pysk w torbę z fiolkami spodziewałem się mniej więcej końcówki, sądziłem jednak, że piesek ostatecznie będzie na haju i z tego wyniknie jakiś zabawny twist. Miałem też w pewnym momencie myśl, że naukowiec wchłonął związek z powietrza i ma halucynacje – widzi psa przeobrażającego się w wilkołaka. Ale fakt, że projekt nie wyszedł poza etap badań wstepych wskazuje na tragiczny koniec historii.

Tekst przeczytałem z ciekawością, klikam.

 

– Szarik – z werwą pogłaskał psa po głowie – piesku, ty zawsze czekasz.  (…)

Ty zawsze czekasz. – Podrapał jeszcze psa za uchem. 

Potrzebne dwa razy?

Nowa Fantastyka