Zmierzchało. A może dopiero świtało? W którymś momencie Diuk Gabuar przestał zwracać uwagę na pory dnia czy roku. Człowiek jego pokroju szybko dostosowywał się do każdych warunków.
– Zgłodniałem – rzucił znienacka, ale wiatr porwał jego słowa. – Karczmy mi trza. Karczmy i piwa.
Zadowolony z siebie zaczął podśpiewywać pod nosem sprośną piosenkę, którą zasłyszał lata temu.
„Od rana lotała,
każdymu dowała.
Ale mie ni doła,
bo potym już społa”.
Nie znał dalszych zwrotek, ale tę lubił na tyle, że mógł nucić cały dzień. Tym razem jednak skończył zaledwie po kilkunastu minutach, bo wiatrzysko, które towarzyszyło mu na drodze od dłuższego czasu, w końcu się na coś przydało i rozwiało zalegającą w dolinie mgłę.
– Ha! – wykrzyknął. – Ha! Karczma jak się patrzy! Jadło i popita czekają. A kto wi, może i karczmarzowa ma czym pooddychać.
I pognał, ile sił w nogach, aby sprawdzić, jak hojnie los obdarował karczmarzową.
Duża i jedyna izba była całkiem pusta i śmierdziało w niej końskim łajnem. Diuk Gabuar skrzywił się z wyższością, bo tak wypadało, ale zapach go nie odrzucał. Przygody prowadzą krętymi, niebezpiecznymi i często zwyczajnie cuchnącymi ścieżkami, którymi szedł z godnością. Większą przykrość sprawił mu za to brak nie tylko rumianej karczmarzowej, ale nawet brak karczmarza.
Pierwszy okrzyk wzywający do co rychlejszego nakrywania stołu pozostał bez odpowiedzi. Drugi i kolejne również. Diuk Gabuar nie był w ciemię bity, wiedział, co to oznacza.
– Głodnym przyszedł, głodnym pójdę. – Wzruszył ramionami i już miał wychodzić, gdy stanął jak wryty.
Na zewnątrz coś się poruszyło. Wyraźnie usłyszał tupot kilku stóp i ledwo wstrzymywany śmiech. Mężczyzna nie zastanawiał się długo. Poprawił miecz i odważnie wyszedł z karczmy.
***
– Rzuć w niego jabłkiem.
– Sama rzuć.
– Ja rzucałam ostatnio w starą Maryannę.
Umorusane dzieciaki obserwowały zza pagórka, jak brudny i obdarty mężczyzna w średnim wieku wychodzi ze stodoły i rozgląda się na boki. W ręku trzymał sękaty kij.
– Ja rzucę, ale od razu uciekamy, bo jak rodzice się dowiedzą, że drażniliśmy włóczęgę, to dopiero przetrzepią nam skórę.
Nadgniłe jabłko poszybowało wysoko, ale nie trafiło w cel. Upadło jednak wystarczająco blisko, aby zwrócić na siebie uwagę.
***
Diuk Gabuar uskoczył przed nadlatującym pociskiem. Przypadł do ziemi i z gracją wprawionego w bojach wojaka odturlał się na bezpieczną odległość. Zmrużył oczy, rozglądając się za przeciwnikiem. Coś tutaj nie pasowało. Podniósł się i otrzepał z kurzu. Wyciągnął przed siebie miecz i podszedł w stronę pocisku.
– Jobko – mruknął, zerkając na podgnity owoc. – Rzucono wy mie jobkiem.
Usiadł w trawie i podrapał się po brodzie. Nie był to atak z zasadzki, do którego zdążył przywyknąć przez lata. Zasadzki cuchnęły tchórzami, a ta pachniała jedynie owocem nadgryzionym przez czas. Mężczyzna podniósł je, obejrzał z obu stron i zanurzył zęby w mniej zgniłej połowie.
– Niezłe – zawyrokował.
Zza pagórka dobiegł zduszony chichot, ale nie wybił go z rytmu, bo Diuk Gabuar szanował jedzenie. Przeżuł je dokładnie, przełknął, otarł usta wierzchem dłoni i dopiero wtedy zwrócił twarz w stronę pagórka.
– Wim, że tom jestyście – oznajmił donośnie, tonem człowieka, który wie wszystko. – Wychodźta, bo zara byndę liczyć do trzech, a jak skończa liczyć, to nie dej Stwórca.
Cisza.
– Roz.
Nadal cisza.
– Dwo.
Cisza, że ani mru-mru.
– Dwo i połowa.
Zza pagórka wyłoniły się trzy głowy, jedna nad drugą, jak gdyby przyroda postanowiła wyhodować sobie dziwaczne stworzenie o trzech parach oczu i kompletnym braku rozsądku. Najmłodsza para oczu mrugała szybciej niż pozostałe.
– Ni jestyście przestympcami – stwierdził Diuk Gabuar, przyglądając im się z powagą. – Przestympcy lepij się chowają.
– A pan jest przestępcą? – zapytała środkowa głowa.
– Bywało i tak – odparł skromie. – Ale tera jestym po dobrej stronie. Mnij wincej.
Troje dzieci wyszło zza pagórka z powolnością charakterystyczną dla tych, którzy nie są pewni, czy aby na pewno chcą wychodzić zza pagórka. Największy z nich, chłopiec o uszach jak dwa różowe talerze, trzymał za plecami resztę jabłek.
– Tyś rzucoł?
– Ona. – Chłopiec wskazał palcem na najstarszą dziewczynkę.
– On kłamie.
– Wszyscy kłamią – odpowiedział Diuk Gabuar filozoficznie i wydmuchał nos w rękaw.
Mężczyzna zmierzył trójkę umorusańców wzrokiem, który przez lata służył mu do lustrowania wrogów.
– Skądeście?
– Stąd – odparł chłopiec z uszami jak dwa różowe talerze i machnął ręką gdzieś w stronę horyzontu.
– Stąd. – Gabuar pokiwał głową z powagą. – Giermkowie stela, z tutyjszych ziem. No, dobrze. Dobrze
– My nie jesteśmy żadnymi gierm… – zaczęła najstarsza dziewczynka.
– Cii – uciął Gabuar i wskazał na chłopca palcem. – Ileś ty w ogóle wiosen widzioł, he?
– Jedenaście.
– Jedynaście wiosen, a łuszy jak u starego dziada. Ale łurośniesz na mocnego wojaka. – Klasnął w dłonie. – A zatem, słuchajta dobrze, bo ni byndę się powtarzoł. Karczmę napadli.
Trójka dzieci obejrzała się za siebie. Za nimi stała stodoła Mietka Rzepy, w której trzymał siano.
– Karczmę?
– Niechybnie napadnięta – potwierdził Gabuar, spoglądając z powagą na stodołę. – A karczmarzowa… ech, no bida wielka, ale ni po to mam miecz u boku, żeby sterczeć i beczeć nad rozlanym miodem.
Wyciągnął zza pasa gruby badyl na dowód.
– Panie – odezwał się znowu najstarszy chłopiec. – A pan tu szuka zbójców?
– Szukom sprawiedliwości – odparł Gabuar z godnością. – Zbójce to przy okazji.
Chłopiec przez chwilę żuł wargę, jakby ważył, czy warto mówić dalej.
– Bo my widzieliśmy coś w lesie.
Gabuar zastygł. Nawet miecz w jego dłoni przestał drżeć w oczekiwaniu.
– Mówta, co wieta.
– Rano w stronę lasu jechała karawana z wozem. Musiała wcześniej mijać, tę, no, tutaj… – Chłopiec machnął dłonią w kierunku stodoły, która chwilę wcześniej awansowała na karczmę.
– Karawana – powtórzył Gabuar powoli, jakby smakował słowo niczym ów nadgniły owoc. – W stronę lasu.
– Czy to zbójcy?
– Ni wim, ale się dowim. – Na potwierdzenie wagi swoich słów, wbił miecz w ziemię i oparł się na nim z miną człowieka, który podjął decyzję nieodwołalną jak zmiana pory roku. – Wy zoś pójdzieta przodem, bo las tutyjszy znom gorzej niż karczmarzową, a jij wcale ni znom.
Nastała cisza, w której dzieci wymieniały się niepewnymi spojrzeniami.
– My to chyba już…
– …mama nas woła.
– Ni słysza żodnyj mamy – stwierdził Gabuar.
– Bo jest daleko, ale na pewno nas już woła.
Po czym cała trójka dała nogę w kierunku wsi z prędkością, która wzbudziłaby szacunek niejednego rycerza.
Diuk Gabuar patrzył za nimi przez chwilę.
– Dobrze – mruknął w końcu do siebie – Jak wilk jes som, to skutycznij poluja.
I ruszył w stronę lasu, z wiernym mieczem w dłoni i pieśnią na ustach. Gdzieś za wielką sosną czekała na niego przygoda.
***
Las przyjął Diuka Gabuara z całą życzliwością, na jaką było go stać, czyli żadną. Już po kilku krokach grunt zrobił się miękki i zdradziecko nierówny, gałęzie biły po twarzy, a raz czy dwa dostrzegł kątem oka szpiegów.
– Rude szpiegi – zaśmiał się głośno. – Tak to się w lesie ni ukryjeta.
Wozy musiały być gdzieś po północnej stronie, jeśli dzieciaki widziały je od drogi. Albo po południowej. Las nie był uprzejmy w kwestii orientacji, a słońce, które rano nie mogło się zdecydować, czy wstać, teraz z podobnym niezdecydowaniem kryło się za koronami drzew, więc nie rozpędzało cieni. Żaden problem, Diuk Gabuar gubił się już w gorszych lasach. I znalazł wyjście ze wszystkich, co i teraz napawało go optymizmem.
Szedł może kwadrans, może dwa, nucąc pod nosem ulubioną przyśpiewkę, kiedy las nagle się przerzedził. I pojawiła się przeszkoda. Gęsta i kolczasta ściana jeżyn sięgała mu do ramion i rozlewała się w obie strony tak daleko, że obejście jej zajęłoby zbyt dużo cennego czasu. Diuk Gabuar stanął. Ostrężyny stały. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, ale żadne nie chciało ustąpić.
– No dobrze – powiedział i wyciągnął miecz zza pasa.
Pierwsze uderzenie wyszło mu całkiem nieźle i odłamało solidny kawał pędu. Drugie było już trochę gorsze, bo ostrężyny, jak każdy przeciwnik z charakterem, oddały. Kolec złapał za rękaw z niesamowitą siłą.
– Ach tak – zakrzyknął mężczyzna. – Tak to mo być.
I rzucił się na przeciwnika całym sobą. Walka była krótka i pozbawiona jakiejkolwiek elegancji po obu stronach. Diuk Gabuar rąbał, szarpał, deptał i przepychał się przez gęstwinę, a ostrężyny broniły się jak mogły. I robiły to całkiem skutecznie. W pewnym momencie mężczyzna zupełnie stracił równowagę i wpadł w sam środek zarośli. Krzaki przyjęły go w swe kolczaste ramiona z entuzjazmem i puściły dopiero po chwili szamotaniny, podczas której mężczyzna wypowiedział na głos kilka gorzkich prawd o przyrodzie.
W końcu nieziemsko zmęczony wyturlał się na drugą stronę. Przez chwilę leżał na plecach, patrząc w górę, gdzie przez korony drzew przeciskało się popołudniowe słońce. Oddychał ciężko, bo coś go kłuło w czterech miejscach jednocześnie. Potem spojrzał na ręce. Były całe czerwone, ale po bliższych oględzinach okazało się, że to krew przeciwnika, nie jego. Wstał powoli, wyprostował się z godnością i spojrzał na pokonane zarośla.
– No. – Skinął głową z uznaniem. – Walczyliścieta dzielnie. Zapamintom wos.
Zrobił kilka kroków i od razu zapomniał o pokonanym wrogu.
Las rzedł stopniowo, ale mężczyzna szedł coraz wolniej i rozglądał się uważnie, szukając wozów. Wyczuł je jego nos. Właściwie wyczuł najpierw dym, a potem zapach, który dym niósł ze sobą. I który był zapachem zupy gotowanej na ogniu, tłustej i cebulowej. Diuk Gabuar poczuł, jak żołądek wydaje z siebie dźwięk, którego w lesie pełnym zbójców wydawać nie powinien. Przykucnął co rychlej za pniem grubego dębu i wystawił nos.
Na polanie, może pięćdziesiąt kroków dalej, stał lichy wóz nakryty szarymi płachtami. Obok palił się ogień, nad którym wisiał kocioł. Wokół kociołka siedziało kilku mężczyzn w różnych stadiach odpoczynku. Jeden leżał na plecach z kapeluszem na twarzy. Drugi strugał coś w milczeniu. Trzeci mieszał w garnku.
Diuk Gabuar szybko ocenił sytuację. Zbójcy. Trzech, a może czterech, bo jeden mógł siedzieć za wozem. Pozornie spokojni, pozornie zajęci zupą, ale on nie dawał się łatwo zwieść pozorom. Spokój zbójcy to tylko inny rodzaj czujności, a czujność zbójcy to tylko inny rodzaj niebezpieczeństwa. I tak dalej, przez kilka kolejnych warstw, aż do samego dna, na którym czekała brutalna, krwawa jatka.
Sytuacja wymagała skradania się. Przykucnął więc niżej i ruszył wzdłuż linii drzew z całą gracją, na jaką było go stać. Stawiał stopy ostrożnie, przenosił ciężar ciała powoli z nogi na nogę i wstrzymywał oddech przy każdym kroku. Był jak cień. Był jak wiatr. Był jak…
Sucha gałąź pod jego stopą pękła z głuchym trzaskiem.
– Kto tam? – odezwał się mężczyzna przy kotle, nawet nie podnosząc głowy.
Diuk Gabuar zamarł, przytulony do drzewa, z mieczem ściśniętym w dłoni.
– Pewnikiem jaki dziki zwierz – mruknął ten z kapeluszem na twarzy.
Diuk Gabuar odetchnął. Ruszył dalej. Tym razem stawiał stopy jeszcze ostrożniej, ważąc każdy krok i licząc oddechy. Doszedł do następnego dębu, wystawił za niego głowę i dopiero wtedy dostrzegł za wozem coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
– Karczmarzowa – wyszeptał z niedowierzaniem.
Kobieta była starsza niż zakładał i wydawała się wyraźnie zmęczona trudami ostatniej, zapewne przymusowej podróży. Zrezygnowana jadła owies wprost z worka. Zbójcy przywiązali ją postronkiem do najbliższego drzewa. Diuk Gabuar poczuł, jak żal ściska go za serce. Aż sapnął z oburzenia, czym zwrócił na siebie jej uwagę. Podniosła na niego smutny wzrok i po chwili wróciła do jedzenia owsa.
– Trzymajta się, pani – szepnął. – Wkrótce wos uratuja.
Zafrasowany zrobił jeden nieostrożny krok i wówczas stracił równowagę. Wyłonił się zza drzewa w taki sposób, w jaki nikt przy zdrowych zmysłach nie wyłania się zza drzewa – z głośnym krzykiem i szeroko rozpostartymi ramionami. Upadł na czworaka, odturlał się instynktownie, zerwał na nogi i wycelował miecz w pierwszego z brzegu kupca.
– Stać! – ryknął. – Wszyscy stać, bo Diuk Gabuar wos posieka.
Na polanie zapanowała cisza. Mężczyźni zebrani przy ognisku patrzyli zaskoczeni na niespodziewanego gościa.
– Zbójce – oznajmił Gabuar, rozglądając się po twarzach. – Słyszołem jo o wos.
– Jesteśmy kupcami – odezwał się ten przy kotle. Powiedział to spokojnie, tonem człowieka, który nie widzi powodu, żeby się denerwować. Był gruby i łysy, z obfitym wąsem w całości przykrywającym mu usta – Handlujemy płótnem. Wracamy z targu w Byszowinach.
– Tak by zbójce powiedzioły – odparł Gabuar, nie opuszczając broni.
– Mamy listy kupieckie.
– Tak by zbójce powiedzioły.
Gruby westchnął i odłożył łyżkę. Reszta mężczyzn siedziała spokojnie, tylko ten od strugania przeniósł nóż do drugiej ręki, tak na wszelki wypadek, aby wyraźniej zaznaczyć, że go ma.
– Czegóż chcecie?
Diuk Gabuar rozejrzał się po obozowisku. Wzrok jego spoczął na smutnej karczmarzowej, ale wiedział, że musi mieć siłę, aby ją odbić z łap oprychów. A kiszki przypominały o sobie już zdecydowanie zbyt długo.
– Zupa albo życie.
Cisza.
– Wosze życie – doprecyzował, bo w przeszłości zdarzały się już nieporozumienia w tej kwestii.
Mężczyzna z kapeluszem wreszcie zsunął go z głowy i zaczął się natarczywie przyglądać napastnikowi. Wędrował wzrokiem od umazanej błotem twarzy, przez badyl dzierżony z godnością nieadekwatną do sytuacji, aż po znoszone buty. W końcu kiwnął głową.
– Zupa jest za słona.
– Tak trza.
Siedzący przy kociołku mężczyzna przesunął się odrobinę na kłodzie i zrobił miejsce przy ogniu gestem tak naturalnym, jakby całe zajście było umówionym spotkaniem. Diuk Gabuar usiadł, odebrał podaną miskę i wciągnął aromatyczną parę nosem.
– Jes jak trza.
Zupa była dobra. Nie tak dobra jak obiecywał to jej zapach, bo zapach zupy nad ogniskiem zawsze obiecuje więcej niż jest w stanie dotrzymać, ale dobra wystarczająco. Nikt mu nie przeszkadzał w jedzeniu, co też dodawało walorów smakowych. Milczenie podczas posiłku, zwłaszcza przy ognisku, było oznaką szacunku. Z kolei komentarze to oznaka albo nerwowości, albo złego wychowania. Wszyscy siedzieli więc cicho.
Dojadł do końca, odstawił miskę na kolano i spojrzał w ogień przez chwilę z miną człowieka, który ma jeszcze jedno życzenie, ale nie chce być nieuprzejmy.
Sąsiad z kłody nalał kolejną porcję, zanim Diuk Gabuar zdążył cokolwiek powiedzieć. Zjadł więc i tę. Potem odstawił miskę na ziemię, oparł łokcie na kolanach i beknął. Długo i głośno.
– Jes z womi kobita – powiedział, wskazując mieczem na siedzącą przy wozie karczmarzową.
Nastała chwila milczenia, podczas której kupcy wymienili między sobą zdziwione spojrzenia.
– To jest koń.
– To je porwana karczmarzowa i zamirzom ją uwolnić – oświadczył Diuk Gabuar, odkładając miskę z powagą.
Kupiec z wąsem zmierzył go wzrokiem.
– Klacz jest nasza.
– Ni nazywajta szlachytnej kobity klaczą.
Wąsiaty odłożył łyżkę. Ten od strugania przestał strugać. Ostatni, który dotychczas milczał, milczał nadal.
– Wszebor – odezwał się gruby do tego z nożem. – Co o tym myślisz?
– Myślę, że to stara klacz.
– Karczmarzowa – poprawił Diuk Gabuar. – I ni godzi się wypominoć kobicie lot.
Kupcy go zignorowali, naradzając się między sobą.
– I myślę, że zanim dojedziemy do Rzeczkowic, to padnie. A jeśli nie padnie, to i tak potrzeba nam nowej.
– Ale pieniędzy brak.
– Ano brak, ale w Rzeczkowicach jest Skrzypek, który ma nasze pieniądze.
– Ale nie chce ich zwrócić.
– Ano nie chce, ale może się to zmienić.
Mężczyzna z nożem zwrócił się do Gabuara.
– W mieścinie, do której zmierzamy, jest pewien człowiek. Od trzech targów jest nam winien pieniądze, ale coś mi się zdaje, że nie zamierza się z nimi łatwo rozstawać.
– Zajmim się tym – odparł Gabuar natychmiast, bo takie były instynkty człowieka jego profesji.
– I to chciałem usłyszeć. Zatem jest propozycja. Odprowadzacie nas do Rzeczkowic. Bezpiecznie, żebyśmy dojechali z płótnem. Na miejscu rozprawiacie się ze Skrzypkiem i jeśli uda się odzyskać od niego pieniądze, klacz jest wasza.
– Karczmarzowa – poprawił go raz jeszcze. – Do się zrobić.
– Dobrze, ruszamy o świcie.
– Jo żem już gotów.
– Ale my nie.
– No to czekom.
Usiadł z powrotem przy ogniu. Karczmarzowa przy wozie prychnęła cicho, a mężczyzna spojrzał na nią z troską i sięgnął po koc zostawiony na kłodzie. Zaniósł go i okrył ją starannie.
– Weźta to. Nocą może być ziąb.
Ognisko dogasało, las milczał złowrogo. Gdzieś nad drzewami zamrugała pierwsza gwiazdka. Albo przemknął świetlik. Diuk Gabuar nie miał pewności, ale jedno i drugie oznaczało nadchodzący zmrok. Jeszcze tlący się ogień malował otoczenie na pomarańczowo, w żołądku czuć było nadal ciężar za słonej zupy cebulowej, a zbliżający się sen wprowadzał w dobry nastrój. Idealne warunki do śpiewania:
„Od rana lotała,
każdymu dowała…”.
Wszebor odwrócił się gwałtownie na swoim posłaniu.
– Nie śpiewać.
– Tylko se nuca.
– Nie nucić.
Gabuar umilkł na jakieś trzy minuty. Potem zaczął znowu podśpiewywać, ale ciszej, bo kompromis jest fundamentem każdego dobrego sojuszu.
***
Świt przyszedł niezdecydowany i wilgotny. Raczej z gatunku tych mało przyjemnych, które nie nastrajają zbyt dobrze na resztę dnia. Diuk Gabuar był już na nogach, kiedy kupcy jeszcze kręcili się przy wozie i głośno ziewali.
– Czos ruszać – oznajmił Gabuar, który zdążył już obejść polanę trzy razy i był z siebie wyraźnie zadowolony. – Droga czysto. Sprowdziłem.
– A ten kijek to na co? – zapytał Wszebor.
– To miecz.
– Miecz?
– Przeta widać, że miecz.
Wszebor chciał jeszcze coś dodać, ale tylko machnął ręką i poszedł zaprzęgać konia, ale gdy Diuk Gabuar to dostrzegł, zapłonął nagłym gniewem.
– Chybaśta rozum postradali, by kobita mioła ciągać wóz.
Kupcy spojrzeli po sobie, każdy z innego powodu zdezorientowany. Wszebor, bo nie wiedział, czy Gabuar żartuje, czy nie. Gruby, bo nie chciał być tym, który będzie musiał tłumaczyć różnice między klaczą a kobietą. A ostatni milczący, bo on po prostu miał w zwyczaju milczeć. W końcu gruby westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią.
– Słuchaj, no – powiedział tonem człowieka, który za chwilę pożałuje, że zaczął ten wywód – To jest klacz. Ma cztery nogi, grzy…
– To jes szlachytna kobita – przerwał mu od razu Gabuar. – Może i znydznioła. Może łobdarta i w łachach. Może i nichytnie rozmawio, bo jij wstyd, ale nie przystoi jij ciągać wozu.
– Ona nie ciągnie ze wstydu, ona ciągnie, bo jest zaprzężona.
– I to mie właśnie boli.
Wszebor odłożył uprząż i spojrzał na niego spode łba.
– A kto, waszym zdaniem, miałby ciągnąć wóz?
Gabuar rozejrzał się po polanie. Spojrzał poważnie na kupców, ale ci uciekali wzrokiem. Milczący milczał. Gruby udawał, że coś go zainteresowało w korze pobliskiego drzewa. Wszebor czekał.
– Jo.
– Słucham?
– Jo – powtórzył Gabuar cierpliwe. – Człek z honorem ni może stoć i tylko patrzyć. Zaprzątnijta mie.
– Nie będziemy zaprzęgać człowieka do wozu.
– A kobitę chcielita?
– Ona jest klaczą!
– Jeszcze roz obrozisz przy mie kobitę, to pożałujeta.
Wszebor odwrócił się do grubego. Gruby wzruszył ramionami z miną człowieka, który dawno przestał rozumieć, co się dzieje, ale zaakceptował to jako nowy stan rzeczy.
– Może niech ciągnie – mruknął.
– Co?
– Mamy pilnować płótna, nie kłócić się o konia. On jest duży, droga płaska. Może niech ciągnie.
Wszebor patrzył na niego przez dłuższą chwilę.
– Dobrze – powiedział wreszcie głosem człowieka, który złożył broń. – Dobrze. Czy zechcecie więc stanąć przed wozem?
– Chyntnie.
Mężczyzna zdjął stary płaszcz i oddał go karczmarzowej, która w odpowiedzi tylko prychnęła, po czym stanął w dyszlach z miną człowieka spełniającego szlachetny obowiązek. Wszebor przywiązał postronki
– Gotowiście?
– Tak.
– To ruszomy.
I ruszyli. Droga szła lekko pod górę, płótna były ciężkie, ale Diuk Gabuar szedł przed wozem miarowym krokiem, z mieczem przy boku i spokojem człowieka, który zrobił jedyną słuszną rzecz. Za jego plecami karczmarzowa szła luzem przy wozie i od czasu do czasu na niego zerkała.
Po chwili ciężar wozu jakby zelżał. Wszebor, trochę wbrew sobie, pchał go od tyłu. Milczący milcząco poszedł w jego ślady. I nawet gruby kupiec dołączył.
***
Rzeczkowice były wsią o tyle znaczącą, że miały rynek. Rynek był o tyle znaczący, że miał pręgierz. Nawet jeśli ten stał trochę krzywo. Kupcy rozstawiali już wóz i prezentowali płótno, a Diuk Gabuar rozglądał się w około. Skrzypka nie trzeba było szukać długo, bo sam wyszedł im na spotkanie.
Gabuar spodziewał się rosłego zbira. Albo przynajmniej człowieka z przerażającą szramą na pół twarzy. Tymczasem na rynku pojawił się mężczyzna niewiele wyższy od beczki, zza której wyszedł, z twarzą koloru gotowanej rzepy i głosem tak cienkim i wysokim, że pierwsze zdanie, które wypowiedział brzmiało jak skrzypienie nienaoliwionej bramy.
– A to co za procesja – pisnął Skrzypek, stając szeroko na krótkich nogach.
Wszebor i gruby kupiec podeszli bliżej.
– Przyszliśmy po należność.
– Należność – powtórzył Skrzypek i parsknął śmiechem. – A kogo przywlekliście za ochronę, że się tak śmiem spytać?
Zmierzył Gabuara od stóp do głów, zatrzymując się kolejno na dziurawym bucie, podartym rękawie i badylu za pasem.
– Jo żem Diuk Gabuar.
– A ten kijek to berło czy buława, panie diuku?
– To miecz.
– Miecz? – Skrzypek podszedł bliżej, przekrzywił głowę i przyjrzał się badylowi z miną znawcy. – Mój syn miał lepszy za dzieciaka. Wyrósł z tego dawno temu.
– Wosz dług u tych szlachytnych kupców trza w końcu spłacić. – Gabuar przeszedł od razu do rzeczy, bo nie po to pchał się przez las, żeby teraz rozmawiać o genealogii Skrzypka.
– A jak go nie ureguluję, to co? Ten patyk mnie ugryzie?
To było o jedno zdanie za dużo. Nie tylko dla Gabuara, ale i dla okolicznej gawiedzi, która przyglądała się całemu zajściu z rosnącą ciekawością.
– Mocie przy sobie cosik ostrygo – wycedził. – Czy tylko w gymbie jesteśta mocni?
Skrzypek zacisnął usta.
– Mam – pisnął w końcu. – Ostrzejsze od waszego patyka. I cięższe. I dłuższe.
– To wyjmijta.
Na rynku zrobiło się nagle bardzo cicho. Skrzypek patrzył na niego przez długą chwilę. Potem splunął na ziemię, odwrócił się do jakiegoś znajomka stojącego wśród gawiedzi i coś do niego mruknął. Ten odmruknął coś w odpowiedzi.
– Dobrze – odezwał się Skrzypek, nie patrząc na Gabuara. – Jutro rano. Tu, na rynku.
– Ni. Jutro stchórzyta i wos tu ni byndzie. Walczyma zaroz.
Skrzypek się wahał, ale zbyt dużo ludzi zebrało się na rynku, aby mógł teraz odejść, nie tracąc twarzy. Sięgnął za pas i wydobył krótki miecz, trochę zardzewiały przy rękojeści, ale mimo wszystko był mieczem, co w tej sytuacji dawało mu przewagę obiektywną i bezdyskusyjną. Gabuar rzucił na niego okiem, rozstawił szerzej nogi i uniósł swoją broń. Ktoś z gawiedzi głośno się zaśmiał.
Dwóch mężczyzn zaczęło krążyć wokół siebie, jak koty szykujące się do walki.
– Ostatnia szansa – pisnął Skrzypek. – Oddajcie kijek i idźcie z powrotem skąd przyszliście.
– Diuk Gabuar się ni cofa.
I ruszył na przeciwnika.
Pierwsze starcie było krótkie i pouczające dla obu stron. Gabuar zamachnął się szeroko i zachwiał pod wpływem własnego ciężaru, Skrzypek odskoczył, ale też ledwo utrzymał pion.
– Och. – Wszebor mruknął. – Żaden z nich nie umie walczyć.
Skrzypek zaatakował niemrawo, Gabuar odskoczył równie niemrawo. Badyl trafił w powietrze, miecz ciął je z drugiej strony.
– Widzę – odparł gruby kupiec.
– Skrzypek przynajmniej ma miecz.
– Ma, ale na razie za wiele mu to nie pomaga.
Istotnie. Skrzypek był szybszy, ale nogi miał krótkie, więc musiał nimi żwawo przebierać. Gabuar był wolniejszy, ale nieprzewidywalny w sposób, który mógł uchodzić za jakąś strategię. Rąbali się przez dobrą chwilę. Młócili powietrze na prawo i lewo. Z góry na dół. Coraz wolniej i rzadziej. Wolniej i rzadziej, za to przy akompaniamencie ciężkich oddechów.
W pewnym momencie Skrzypek znalazł swój rytm. Był to rytm niezgrabny, za to wykorzystujący fakt, że przeciwnik znacząco osłabł. Diuk Gabuar, który miał za sobą godziny ciągnięcia wozu, szybko złapał zadyszkę i zamiast atakować, tylko się bronił.
– Właśnie żegnamy się z pieniędzmi – odezwał się Wszebor z pewnym smutkiem w głosie.
Skrzypek przyparł Gabuara do pręgierza i zaśmiał się tym swoim cienkim śmiechem.
– No i co?
Gabuar nabrał powietrza, ale żadna riposta nie przyszła mu do głowy. I wtedy pomoc przyszła z najmniej spodziewanej strony. Karczmarzowa, która cały pojedynek oglądała z daleka, stojąc przy wozie i zajadając owies, teraz uniosła łeb i wydała z siebie bezceremonialne rżenie. Skrzypek odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Tylko na sekundę, a może i mniej, ale to wystarczyło. Badyl świsnął i trafił w nadgarstek z taką precyzją, że miecz wypadł zanim jego właściciel zdążył zrozumieć co się stało. Dźwięk uderzenia żelaza o kamień rozniósł się po rynku i zaległa cisza.
Skrzypek spojrzał na swoją pustą rękę z niedowierzaniem. Diuk Gabuar nie patrzył na przeciwnika, zamiast tego wpatrywał się z rozanielonym wyrazem twarzy w stronę karczmarzowej.
– Wiedziołem – powiedział cicho. – Wiedziołem, żem ni jes ci obojętny.
– Co? – zaskrzeczał Skrzypek.
– Nic – odparł Gabuar i przyłożył mu badyl do gardła. – Oddajta tera dług.
Pokonany przeciwnik marszczył nos w milczeniu przez chwilę, potem westchnął i wyjął zza pasa sakiewkę. Zapłacił, bo badyl przy gardle i zebrana gawiedź to silne argumenty. Wszebor przeliczył monety i skinął głową na znak, że wszystko się zgadza, a Skrzypek odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę jednej z ciasnych uliczek.
Diuk Gabuar od razu pobiegł do karczmarzowej i zaczął kłaniać się w pas.
– Dzinkuję. Dzinkuję. Piknie dzinkuję.
Karczmarzowa mrugnęła tylko w odpowiedzi i sięgnęła znów po owies.
– Jest wasza. Zgodnie z umową – odezwał się gruby kupiec zza wozu.
– W takim rozie tutej się pożygnamy.
Kupcy zgodzili bez ceregieli, bo mieli jeszcze płótno do sprzedania i nowego konia do kupienia. Gruby skinął głową na odchodne, ten najbardziej milczący, milczał nadal, a Wszebor machnął ręką od niechcenia i rzekł:
– Następnym razem weźcie prawdziwy miecz.
– Mom prawdziwy – odparł Gabuar i poklepał z czułością badyl.
Gdy kurz po walce już osiadł, rzeczkowicki rynek szybko opustoszał. Zostali więc sami – Diuk Gabuar i karczmarzowa. Mężczyzna przez chwilę patrzył w kierunku, w którym droga wychodziła z miasta i ginęła za zakrętem.
– No, zrobił żem swoje i oddołem wom wolność, pani. – Gabuar nachylił się lekko w stronę jej ucha. – Nikt wos tutoj nie trzymo. Możeta iść, gdzie chceta.
Karczmarzowa nie zareagowała.
– Rozumim. Wielki świot może przerożać. Pójdziem zatem rozem, a czos pokaże, co dalej. Nie bójta się mie, pani, wim, jak traktować damy.
To powiedziawszy, ruszył przed siebie, a w ślad za nim ruszyła i uratowana karczmarzowa.
– Widzita drogę? – odezwał się po chwili. – To jes najlypsza z dróg. Taka, co ni wiadomo, co za zakrytem się kryja. Może karczma, może przygoda. A może i jedno i drugie, bo los jes hojny, kieda mu na to pozwolić.
Karczmarzowa szła równym krokiem i przeżuwała coś po raz kolejny.
– Milczyta – zauważył Gabuar. – Dobrze. Milczynie to oznaka rozumu.
Trakt wiódł przez pola, potem przez zagajnik, potem przez most nad strumykiem tak wąskim, że nie potrzebował on tego mostu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy stanęli na rozwidleniu dróg. W lewo szło się podobno do Bronowicy, w prawo do miejscowości o nieznanej nazwie, bo ta część przydrożnej tablicy była zatarta. Gabuar stanął na rozstaju i zamyślił się głęboko.
– Gdzież by tu była jaka karczma, he?
Spojrzał na towarzyszkę.
– W prawo? Jesteśta pewna?
Nie doczekał się wyjaśnienia, ale i tak z uznaniem pokiwał głową.
– W prawo – powtórzył. – Karczmarzowa zno się na karczmach. To łoczywiste.
I skręcił w prawo, a jego kompanka szła za nim. I droga była długa. I słońce ciągle grzało. I gdzieś za horyzontem czekało na Diuka Gabuara kolejne przestępstwo, które wymagało jego uwagi i kolejna sprawiedliwość do wymierzenia.
Aby umilić im ostatnie godziny marszu, zaczął nucić swoją ulubioną piosenkę, szybko jednak pojął, że w towarzystwie damy, trzeba zadbać o maniery. Wymyślił więc inną zwrotkę, która może nie posiadała idealnych rymów, ale za to była szczera. A szczerość w tych stronach jest prawie zawsze najważniejsza.
“Od rana wyndrowała,
przy mie szła i stoła.
Ni godo ani słowa,
bo mądro jij głowa”.