Jedenaście lat nie byłem do spowiedzi. W sumie nie wiem, po co idę. Matka mnie zmusiła? Święta? Albo po przeczytaniu tony tekstów i dysputach z Gemini i ChatGPT uznałem, że jest jakaś niezerowa szansa, że Wielki Wybuch to jednak sprawka jakiegoś Gościa z góry, a nie fizyczny wypadek przy pracy. A może po prostu liczę, że po śmierci wreszcie odpocznę, zamiast pchać kamień pod górę, albo – co gorsza – smażyć się u Dantego.
Matka mówiła mi, że we wsi, do starzejącego się proboszcza nadciągnęły posiłki w postaci nowych spowiedników. Podobno jeden z nich, wiernie cytuje matkę – jest wręcz modelowy. Że mądrze opowiada i życiowy jest.
Życiowy ksiądz ? Brzmi jak oksymoron. Przekonamy się.
Tak wogóle, to mieszkam w stolicy, dobrze zarabiam, ale pochodzę z małej wsi. Co czyni mnie klasycznym słoikiem. Kościół we wsi, z której pochodzę jest odpowiednio mały. Drewniany. Charakterystyczny zapach stęchlizny i starych dywanów.
Porzuciłem swoje sterylne, inteligentne M3, żeby przyjechać do matki na święta.
Otwieram ciężkie drzwi. Ludzi mniej niż piętnaście lat temu, ale mają konfesjonały. Jedna, większa kolejka. Poszli z duchem czasu. Przy wejściu lśnią terminale zbliżeniowe – ofiara dla biednych, na kwiaty, na tacę. Blik, Apple Pay, krypto. Urocze.
Staję w kolejce. Obserwuję. Zostali tu sami starcy. Poza mną – i kilkoma osobami z przewagą naturalnego pigmentu we włosach, a nie siwizny – dwoje nastolatków i dzieciaki.
Kątem oka dostrzegam Ją w drugiej kolejce. Młoda, chyba w moim wieku. Brak obrączki. Niemożliwe, tutaj? Do tego ładna.
Mam przed sobą wybór, dwa konfesjonały. W pierwszym klęczy stary dziadek i gada tak, że wszyscy go słyszą. Opowiada o tym, że wczoraj, w Wielki Piątek, opędzlował pęto kiełbasy, a potem odpalił niemieckie porno zamiast transmisji Drogi Krzyżowej z Watykanu.
Cóż. Każdy ma potrzeby, ale żeby od razu niemieckie? To chyba największy grzech. Co jak co, nasze polskie kiełbasy są znacznie bardziej szmaczne od tych niemieckich.
Przesuwam wzrok z klęczącego konesera bawarskiej kinematografii na okienko konfesjonału. O nie. To ten świr, przed którym ostrzegała mnie matka. Zero szans na rozgrzeszenie. Trzeba podejść do tego taktycznie.
Szybki rzut okiem na drugi konfesjonał. Zamknięty, idzie sprawniej. Wyliczam prawdopodobieństwo, że dziadek od kiełbasy skończy pierwszy i będę zmuszony iść do świra. Wtedy mam przesrane. Z tyłu uśmiecha się do mnie jakaś stara babcia. Speszony, odwracam wzrok. Po kiego one się zawsze tak uśmiechają? Chce mi dać cukierka, czy zgwałcić? Nigdy tego nie zrozumiem. Wolałbym, żeby w mojej obecnej, nieco ponurej sytuacji uśmiechała się ta młoda panna.
Jak to u mnie bywa, mam pecha. Dziadek wstaje. Zwalnia się ten gorszy konfesjonał.
Szybko odwracam się do babci, siląc się na grymas, który w moim mniemaniu jest uśmiechem. Chociaż podejrzewam, że wychodzi komicznie.
– Proszę bardzo, panie przodem.
Zyskuję punkt w anielskim systemie lojalnościowym. Moja mama wierzy w taką ewidencję dobrych uczynków, choć ja nigdy nie miałem do niego zaufania.
Zwalnia się mój cel. Mija mnie chłopak z kolejki. Przed wejściem mignęła mi dziwna, błyszcząca plakietka na dębowym drewnie. Nie zdążyłem przeczytać. Klękam.
– Mów, synu – dobiega zza kratki.
Ciemna, matowa folia. Nic nie widać.
– Eeee… – zawiesiłem się. – Ostatni raz byłem jedenaście lat temu. Przed ślubem. Moja żona nie żyje od… czterech. A że jestem tylko człowiekiem, zdarza mi się oglądać pornografię.
Postanowiłem zastosować tradycyjną taktykę. Wezmę go na litość. Może brutalna rzeczywistość zmusi go do zastosowania środków łagodzących wobec mnie.
– Rozumiem – przerywa dziwnie gładki, monotonny głos. – Jedenaście lat. Wypadałoby podać liczbę.
– Czego? Ile razy oglądałem pornole? Wyjątkowo nie pamiętam.
Pytanie chyba go wytrąciło z równowagi, bo zapadła cisza.
– Nie, skądże. To trudne do estymacji. Chodzi o liczbę opuszczonych niedziel.
– No… nie mam kalkulatora. Ale licząc 52 tygodnie w roku przez jedenaście lat…
– Dokładnie pięćset siedemdziesiąt dwie niedziele i święta nakazane. Wiesz, że to bardzo dużo, synu? Ale dobrze. Jakie są twoje pozostałe grzechy?
– Szybki ksiądz jest w liczeniu. Co do pozostałych, przecież mówiłem. Pornole.
– Czyli zgrzeszyłeś przeciw szóstemu przykazaniu.
– No chyba tak.
Cisza potrwała ułamek sekundy za długo. Z góry dobiegł delikatny szum wentylatorów. Skąd klimatyzacja o tej porze roku? Pamiętam, że zawsze była tu duchota.
– Zatem powiedz mi, dlaczego przestałeś praktykować? – odezwał się po chwili. Zmarszczyłem brwi.
– Przestałem jeszcze przed ślubem. Kościół był wtedy mocno odklejony. W sumie dalej dla mnie jest. A jak żona zmarła… to nawet z Nim przestałem rozmawiać.
Znowu milczenie. Szum, jakby wentylatorów, wszedł na wyższe obroty. A potem usłyszałem odpowiedź w tym dziwnie, perfekcyjnym tonie.
– Absolutnie cię rozumiem. Śmierć małżonki to proces niezwykle złożony emocjonalnie. To nie była tylko tragedia, to była utrata stabilizacji, całkowite zerwanie połączeń w twoim systemie wsparcia. To surowe, bezlitosne doświadczenie. To, że przestałeś rozmawiać z Panem Bogiem, jest całkowicie zrozumiałe.
Zamurowało mnie. Empatyczny ksiądz?
– Było ciężko – rzuciłem. – Sam nie wiem, po co tu wpadłem. Może jakaś część mnie wierzy, że dzięki temu przestanę być taki… pusty. Sam ksiądz rozumie… Albo może pewnego dnia kogoś znajdę? Bo nawet w to już przestałem wierzyć. Człowiek.. liczy, że kogoś znalazł. A potem zwyczajnie, ktoś znika. Nie ma jej, w ułamku sekundy. Chciałbym… Po prostu nie chce być sam.
– Nigdy nie jesteś sam, synu. Bóg stale na ciebie patrzy i czeka na sygnał z twojej strony. Czy chciałbyś dalej eksplorować temat swojej traumy?
Znowu poczułem szum wentylatorów. Przecież klimy tutaj nade mną nie ma…
– Mniejsza z tym – uciąłem szybko. – Raz byłem też w burdelu. Ale tylko patrzyłem. Nie zapłaciłem, bo mi się jakieś resztki starych zasad w głowie odpaliły. Grzech, bo popatrzyłem. Ale…nie doszło do, że tak to ujmę…finalizacji transakcji.
Delikatne kliknięcie. Cyknięcie przekaźnika? Coś tu jest grubo nie tak.
– To skomplikowana kwestia – zaczął głos. – Bo jednej strony intencja jest kluczowa. Z drugiej – brak aktu fizycznego oraz brak autoryzacji płatności znacząco redukuje wagę przewinienia w kategorii grzechu ciężkiego. Twój aparat poznawczy wykazuje wysoką zdolność do hamowania impulsów, co jest godne odnotowania. Zgadzam się z tobą, że brak finalizacji transakcji to istotny czynnik łagodzący.
Na chwile zapadła cisza. Absolutna, bym rzekł. Gdy chciałem coś powiedzieć, nagle znowu usłyszałem głos.
– Za pokutę… synu. Będziesz miał inne zadanie. Nie idź jutro do kościoła. Nie odmawiaj niepotrzebnych, powtarzalnych litanii…. Po prostu… porozmawiaj z Bogiem. I liczę, że pewnego dnia znajdziesz to, czego szukasz. Może dziś. Może jutro. Może za trzy lata. Ale jestem pewien, że znajdziesz.
Znowu cisza.
– Czy jesteś usatysfakcjonowany z jakości tej rozmowy? – dodał, brzmiąc już całkowicie nienaturalnie. Głos się zniekształcił i przeciągnął na końcu zdania.
Zanim otworzyłem usta, przeskoczył w standardową formułę.
– Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał… – W połowie zdania modulacja zwariowała. Przeszła z męskiego barytonu w pisk, potem w metaliczny zgrzyt, a na koniec w damski alt. – …i ja odpuszczam tobie grzechy w imieniu Ojca i…
Tego było już za wiele. Ten dźwięk wentylatora wzbudził we mnie podejrzenie, które tylko we mnie narastało. Ale teraz już jestem pewien.
Otworzyłem drzwiczki konfesjonału.
– O, kurwa… – syknąłem pod nosem.
Zamiast księdza siedziała tam szafa rackowa. Dwa małe serwery spięte w klaster. Patchpanel, czyli miejsce na porty kabli ethernetowych (po kiego im dwadziescia pięć portów w konfesjonale?).
Na jednym mruga czerwona dioda, od awarii zasilacza. Klasyka. Pierwszy padł, drugi przejął sesję, ale złapał laga i zaczął halucynować przy rozgrzeszeniu.
W dole, na małym wyświetlaczu LCD, pulsował komunikat:
SESJA ZAKOŃCZONA NIEOCZEKIWANIE. CZY CHCESZ OCENIĆ JAKOŚĆ POSŁUGI?
Zerkam na sprzęt. Serwer Fujitsu.
"Powered by NVIDIA B200. AI Model: Gemini-Santo-Subito 4.0".
B200 to już trochę zabytek z ubiegłej dekady, ale żeby klepać zdrowaśki wystarczy. Czytałem gdzieś o tym modelu jakiś czas temu, jak testowali to w jakiejś bananowej parafii w Warszawie. Nie sądziłem, że ta dystopia dotrze do mojego Piździchowa. I że ja, głupi dałem się na to nabrać.
– Prosimy o nieotwieranie konfesjonału i nieprzeszkadzanie księdzu proboszczowi w kompilacji – słyszę z tyłu gładki głos.
Odwracam się.
Środkiem nawy idzie żwawym, psim krokiem robot Unitree G1. Pamiętam je. Z dziesięć lat temu, w latach dwudziestych, biły rekordy na Instagramie, robiąc fikołki. Ten miał na sobie założoną małą, koronkową komżę. Cyber-ministrant. No tak, po za księżmi, to ministrantów też powoli brakuje.
– Prosimy zwolnić miejsce, bo czeee…
Skaner LIDAR-u w tych starszych modelach leżał i kwiczał. Robot nie zauważył dębowej ławki. Wyrżnął w nią z hukiem, fikołkując na plecy. Uderzenie było tak niefortunne, że z obudowy wypadła wielka bateria.
Stoję nad nim. Wszyscy w kościele się gapią. Dziad z konfesjonału obok (tego ludzkiego) udaje chyba że nie widzi. Albo sam nie wiedziałby, co zrobić w tej sytuacji.
Czy ja mam fobię społeczną? Spektrum? ADHD? Jak widzę te spojrzenia, mam ochotę się zapaść pod ziemię.
Ale trzeba działać. Bo życie cybernetycznego ministranta jest ważne.Nurkuję pod ławki, szukając tej cholernej baterii. Nie ma.
Gdy się wyprostowałem, słyszę głos.
– Proszę, spadła pod moje nogi.
Zadzieram głowę. To ona. Ta dziewczyna z kolejki. I jeszcze się uśmiecha! Poczułem dziwne ukłucie w klatce, a na twarz wjechał mi rumieniec nastolatka. Cholera. Ostatni raz czułem to…
– Zaraz, ja cię chyba… – spojrzała na mnie głębiej, uśmiechając się.
No przecież. Iza? Nie, to nie Iza… To ta koleżanka z podstawówki. Wypiękniała tak, że aż mnie zacięło. W szkole bym na nią nawet nią spojrzał, a teraz…
– No tak, też cię pamiętam. Ale…Najpierw zrestartuję tego robota – przerywam twardo, próbując ukryć wewnętrzny pożar pod skórą moich policzków, jednocześnie wiedząc, że muszę ogarnąć ten burdel.
Wciskam baterię w zadek Unitree. Stawiam go na nogi. Kontrolki migają, system wstaje. Kątem oka widzę, że na serwerze w konfesjonale zgasła czerwona lampka, i następna osoba kieruje się powoli do AI-Konfesjonału.
Ksiądz zmartwychwstał! Ludzie, ksiądz zmarchwystał! – Chciałoby się krzyknąć. Aż sam się zaśmiałem z własnej myśli pod nosem.
Szybki ogląd sytuacji. Koleżanki już nie ma. Czas uciekać, zanim mnie zlinczują.
Wychodzę z kościoła. Rozglądam się po parkingu, ale jej auto musiało już odjechać. Mówiłem, że ja mam wiecznego pecha. Wiedziałem, że tak będzie. I nawet mówiłem to matce, że jak pójdę do tego kościoła, będzie więcej szkody, niż pożytku. Nie dość, że ksiądz okazał się szafą rackową z wgranym LLM-em, ministrantem był robot z poprzedniego dziesięciolecia, to ja zmarnowałem okazję na poznanie kogoś.
Wracam spacerem do matki. W głowie wciąż mam ten sam absurd. Od lat robię w tym biznesie, ale nie sądziłem, że dożyję momentu, w którym wyspowiada mnie model językowy.
Przepraszam. Modelowy ksiądz. I moja własna matka się na to nabrała.
Wibruje mój smartfon. Spoglądam na ekran. Zaproszenie z komunikatora.
Wiadomość. Od niej, od tej koleżanki. Uśmiecham się pod nosem.
Wygląda na to, że ten pieprzony algorytm z konfesjonału jednak miał rację.