Dyszałam, z trudem łapiąc powietrze. W tej obcej, przepełnionej chłodem krainie, nie czułam się bezpieczna. Wsparta jedynie na rozdygotanych wielogodzinnym wysiłkiem rękach, bezskutecznie próbowałam poruszyć dolną częścią ciała, która stała się zaskakująco ciężka.
Wreszcie udało mi się unieść lekko głowę i spojrzeć w tył. Byłam zaplątana. Prawdopodobnie w mocno splecioną, gęstą sieć rybacką.
Znieruchomiałam, bo nieco dalej dostrzegłam postać mężczyzny w łachmanach, wpatrującego się we mnie z mieszaniną podziwu i strachu.
– Jakaś ty piękna! Kim jesteś? – zapytał drżącym głosem.
Słysząc ludzki głos, mimowolnie poczułam przejmujący głód. Ileż lat pływałam po oceanach, morzach i rzekach, szukając jakiejkolwiek strawy! Teraz była na wyciągnięcie ręki…
– Jeść! – wyszeptałam. – Daj mi ryby! – Patrzyłam łapczywie na jego połów, wystający z drewnianego wiadra.
– Nie mogę. – Pokręcił głową. – To dla mego ludu. Ale dam ci podpłomyk. Ja się obejdę.
Siłą powstrzymywałam się przed zachowaniem, jakim obdarzyła mnie natura, a z gardła zaczęły wydobywać się już pojedyncze dźwięki…
Wyciągnęłam dłoń i porwałam kęs mącznej strawy wyciągniętej z kieszeni jego obdartych spodni. To na szczęście uciszyło mój tłumiony, śmiercionośny śpiew.
Nie smakowało mi. Placek był pełen niezmielonych ziaren i kłujących plew, mimo to jadłam zachłannie. Wiedziałam, że tylko tak mogę przeżyć.
– Jesteś rybakiem? – zapytałam.
Kiwnął głową.
– Wars. A ty?
Nie zdążyłam odpowiedzieć.
Pomógł rozplątać krępującą sieć i oniemiały spojrzał na mnie z przestrachem, cofając się.
Potem szepnął:
– Nie jesteś człowiekiem…
– Zawa – przedstawiłam się szeptem, lecz chyba mnie nie dosłyszał…
Popatrzyłam smutno. Znowu to samo. Wszędzie ludzie reagowali identycznie. W dodatku mimo opuszczenia rodzinnych, ciepłych mórz i błąkania się wiekami po północnych krańcach świata, nadal jeszcze z trudem powstrzymywałam naturalne żądze. A te były zgubne dla wszystkich śmiertelników bez żadnego wyjątku!
Spoglądałam na niego i zastanawiałam się, czy jest kolejnym mordercą, który rzuci się na mnie z zamiarem zabicia. Ileż razy to już przerabiałam, iluż mężczyzn musiałam z tego powodu rozszarpać…
On jednak niespodziewanie rozejrzał się z trwogą, po czym jął zakrywać całe moje ciało gałęziami zrywanymi z pobliskich drzew. Znów byłam obwinięta siecią.
– Muszę cię ukryć, moja piękna, aby nikt ciebie tu nie znalazł i nie skrzywdził.
Zmęczona uśmiechnęłam się lekko i z ulgą opadłam na piaszczysty brzeg. Leżąc ciągle na brzuchu, zasnęłam, ukołysana jednostajnym szumem rzecznych fal i wytęsknionym poczuciem ulgi.
Wzleciałam duszą ponad plażę, jak to miałam w zwyczaju podczas snu, i patrzyłam z góry, jak poznany nad rzeką rybak podszedł, uklęknął, po czym uniósł mnie delikatnie na rękach, całą opatuloną siecią z wetkniętymi weń kawałkami drzew i liśćmi.
Dotąd jeszcze żaden dotyk nie był mi równie miłym…
Jego jednego mogłabym pokochać całym sercem i nigdy, przenigdy, nie uczyniłabym mu żadnej krzywdy – pomyślałam w duszy.
W zapadającym mroku zaniósł mnie cichaczem do swej chaty i ułożył na sienniku obszytym niedźwiedzią skórą. Sam czuwał w przedsionku.
Zbudziłam się nocą. Z zewnątrz dobiegały przerażające odgłosy: ni to walki, ni to rozpaczliwych błagań, wymieszane z szyderczymi groźbami i płaczem niewinnych. Uniosłam głowę, myśląc o moim wybawicielu. Powiększająca się na zewnątrz łuna wskazywała, że ktoś w wiosce rybackiej wszczął pożar, napadając na jej mieszkańców. Musiałam pomóc ukochanemu i jego krewniakom.
Zamknęłam oczy i wypowiedziałam kilka słów zaklęcia. Nigdy jeszcze tego nie robiłam, bo też nigdy dotąd nikogo nie pokochałam szczerą, żarliwą miłością.
Poczułam drżenie ciała. Ogon zabłyszczał i pojedyncze łuski zaczęły z niego wyskakiwać na pobliskie klepisko, powiększając się błyskawicznie i przybierając kształty niewieście, by następnie oblec się w magiczny metal…

Mój rybak wpadł zdyszany do chaty z zastygłym na pobladłych ustach okrzykiem: „Schroń się!”, zatem – pewnie z zamiarem ratowania mnie bądź ukrycia. Teraz, widząc, co się dzieje, patrzył tylko oniemiały, jak przemieniam się z syreny w kobietę, zaś mój ogon ulega podziałowi na zaczarowane wojowniczki, zdolne pokonać każdą armię śmiertelników.
Minęło ledwie kilka chwil, a okrutni wrogowie leżeli pokotem, ubici. Pożar został ugaszony, dobytek uratowany. Mieszkańcy wioski z ulgą dziękowali walecznym kobietom za ocalenie, a one odjeżdżały dla niepoznaki ku brzegowi rzeki, na którym poprzedniego dnia wydostałam się z wody.
Odtąd tam miały swoją siedzibę, strzegąc całymi wiekami mieszkańców znad Wisły przed najeźdźcami z południa, zachodu, północy i wschodu. Zbroje, hełmy, miecze i tarcze, a także mężne serca mej armii niewieściej, wywodzące się od samej boskiej Ateny, a tutaj nieznane, nie miały sobie równych. Wszyscy z trwogą opowiadali bądź rozpisywali się o tajemniczej armii walecznych białogłowych, która obrała za swą siedzibę nadwiślańskie ziemie. Kupcy z południa mówili, że tak walczą tylko Amazonki, więc na ich cześć tereny owe nazwano później Mazowszem.
Od tamtej pory mogłam poruszać się swobodnie, na dwóch nogach, niczym szczególnym już nie wyróżniając się wśród mieszkańców rybackiej osady. Nikt bowiem nie wiedział, że jestem obdarzona nieśmiertelnością, podobnie jak moje wojownicze towarzyszki.
Ukochany, skromny Wars o gołębim sercu, został wkrótce księciem osady, poślubił mnie i odtąd, jako księżna Zawa, dawna syrena zniszczonej przez Rzymskie Imperium Grecji, razem z nim rządziłam wioską, nazwaną po zespoleniu naszych imion Warszawą.
I dziś jeszcze czasem schodzę z pomnika (zostawiając na postumencie jedynie powłokę), by spacerować nocami brzegiem Wisły, przypominając sobie pierwsze spotkanie z ukochanym Warsem. A on, również obdarowany nieśmiertelnością, jako nieodłączny pierścień na mym palcu, przybiera wówczas ludzką postać, jest przy mnie na wieki, zawsze tak samo wierny i oddany. Towarzyszą nam, skryte w tarczy i mieczu, waleczne kobiety, zawsze gotowe bronić nadwiślańskiego kraju.

(pomnik Syrenki Warszawskiej, Powiśle, Wikipedia)