- Opowiadanie: Finkla - Historia upadku Dymitra Siergiejewicza

Historia upadku Dymitra Siergiejewicza

Tym razem fantastyka jest dość subtelna, ale jest – w historii alternatywnej i w jednej z postaci.

Obraz “Pod kopułami” Pani Anny Słoncz stanowił inspirację.

Zapraszam do lektury.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Ślimak Zagłady

Oceny

Historia upadku Dymitra Siergiejewicza

1. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje

 

Weszliśmy z batiuszką Mykołą do cerkwi, by odprawić pierwszą liturgię po jutrzni. Serce ścisnęło mi się z żalu – w nawie nie zobaczyłem ani jednego prawosławnego chrześcijanina. Co za upadek! Dopiero w babińcu, za ażurową ścianką dostrzegłem dwie niewyraźne sylwetki. Po zielonej chuście w kwiaty rozpoznałem starą Jekaterinę. Drugiej kobiety chyba dotychczas nie spotkałem.

Westchnąłem smętnie, widząc tę pustą cerkiew. Spojrzeliśmy z batiuszką po sobie i przystąpiliśmy do liturgii. Ciężkie czasy nastały. Wiernych ubywało z tygodnia na tydzień, ale tak źle jeszcze nigdy nie było.

Pokłoniliśmy się trzykrotnie. Wypowiedziałem słowa w świętej mowie cerkiewnosłowiańskiej:

– Pobłogosław, władyko.

Batiuszka odrzekł:

– Błogosławiony Bóg nasz, w każdym czasie, teraz i zawsze, na wieki wieków.

Wspólnie wygłosiliśmy:

– Władyko, pobłogosław naszemu carowi, Aleksemu Mikołajewiczowi, drugiemu tego imienia.

 

2. Bo z pracy rąk swoich będziesz pożywał

 

Mijały miesiące. Powoli pustka w cerkwi podczas nabożeństwa stawała się normą, a nie wyjątkiem. Wreszcie nadszedł dzień, który okazał się dla mnie czarniejszy od smoły w kotłach piekielnych.

Dawno temu, kiedy jeszcze uczęszczałem do pierwszej szkoły i uczyłem się azbuki, ówczesny metropolita układał się z carem, który poprzysiągł ochronę najświętszej cerkwi. A teraz złe języki podszepnęły naszemu umiłowanemu imperatorowi, że puste świątynie nie potrzebują aż tylu kapłanów, że to zbyt wiele kosztuje, a pieniądz niezbędny na pilniejsze potrzeby…

Biskup wezwał mnie na rozmowę. Długie godziny siedziałem na twardej ławce w wagonie, wśród tłumu ludzi przygniecionych codziennymi troskami. I oni nie szanowali sutanny. Oj, wcale nie.

A po tej podróży biskup, wygłosiwszy zwyczajowe formuły i pozdrowienia, oznajmił:

– Ojcze Dymitrze Siergiejewiczu, możecie albo wyjechać na misję do Etiopii, albo porzucić posługę w cerkwi.

Poprosiłem o czas do namysłu, ale w głębi serca doskonale wiedziałem, co powie Nastka.

I nie pomyliłem się – Nastka, moja pokorna i spokojna żona, wykrzyczała, że ani myśli jechać gdzieś do czarnej Afryki. A już na pewno nie zabierze tam, do kraju malarii i śpiączki, naszego Paszeńki, który dopiero co skończył roczek.

Przyszło mi więc rozstać się z cerkwią. Na szczęście prezbiter pozwolił nam zachować pokój na plebanii, póki nie znajdę nowej pracy. Dusza człowiek z naszego Mykoły Iwanowicza.

 

3. Kto nie chce pracować, niech też nie je

 

A znalezienie stałej pracy okazało się niezwykle trudne. Od czasu do czasu trafiała się dorywcza robota – na dzień, góra dwa. Przeważnie fizyczna – noszenie jakichś kufrów, skrzyń czy pudeł. Nie miałem nic przeciwko takiej pracy – niestary byłem, wciąż jeszcze silny… Ale płacili marnie. Dzień mordęgi ledwie wystarczał na wyżywienie naszej trójki przez tenże dzień. A co robić, kiedy nie udało mi się znaleźć nawet takiego zajęcia?

Za prace wymagające umiejętności pisania lub czytania płacono o wiele lepiej. Razu pewnego umówiłem się na zastępowanie chorego pisarza sądowego. Przez cztery dni zarobiłem na utrzymanie rodziny przez półtora tygodnia. Ale potem pisarz wyzdrowiał i wrócił na stanowisko. A co przez ten czas nasłuchałem się o krzywdach ludzkich, naoglądałem łez, tego jeszcze przed miesiącem ani sobie nie wyobrażałem. Oj, twarde jest nasze prawo dla prostego człowieka.

Kochana Nastka też rozglądała się za rozmaitymi pracami, żeby jakoś łatać dziury w naszym budżecie. A to coś wyhaftowała, a to podreperowała znoszoną odzież. Nie mogła pójść na służbę, bo kto nająłby babę z rocznym Paszeńką przy piersi?

 

4. W każdej pracy jest zysk, a gadanie na próżno do niedostatku

 

Tego dnia jak zwykle raniutko udałem się na rynek, żeby szukać jakiegoś zajęcia. Podszedł do mnie pewien człowiek. Od razu znać było kogoś ważnego: ciemnoszary surdut, kamizelka w czarno-czerwone wzorki, a tak misterne, że oczy bolały patrzeć, cylinder, safjanowe rękawiczki, złota dywizka, w dłoni laseczka z główką z kości słoniowej… Lekko utykał na prawą nogę.

– Dymitr Sergiejewicz?

Przytaknąłem.

– Chodźmy do szynku – ukazał laseczką na pobliską kamieniczkę, pod którą kłębił się tłumek spragnionych mieszczan i chłopów z okolicznych wiosek – porozmawiamy przy gorzałce jak mężczyzna z mężczyzną.

– Wódka odbiera rozum – zaprotestowałem nieśmiało.

– Chciałem zaproponować wam robotę, omówić szczegóły przy kieliszeczku. Ale jeśli nie chcecie…

– Jeden kieliszeczek na rozgrzewkę nie zawadzi – odparłem pośpiesznie.

Poszliśmy więc do szynku. Tam nieznajomy przedstawił się jako Leonid Martinowicz Swietłyj. Zamówił dwa kieliszki gorzałki i talerz wędlin. Trunek palił w gardle, aż się zakrztusiłem, chociaż był zimny, a kieliszek pokrył się rosą.

– Zagryźcie chlebem albo szynką, Dymitrze Siergiejewiczu.

Kiedy odzyskałem oddech, Leonid Martinowicz przeszedł do rzeczy:

– Potrzebuję pomocnika, aby uporządkować bibliotekę. Chodzą słuchy, że nadajecie się do tego jak mało kto. Płacę pięć rubli dziennie.

Pięć rubli wystarczyłoby mi do wyżywienia rodziny przez okrągły tydzień, zgodziłem się więc bez wahania.

 

Pracu u Leonida Martinowicza okazała się bardzo przyjemna. Biblioteka wielkością niemal dorównywała całej plebanii batiuszki Mykoły Iwanowicza. Od sufitu do podłogi ciągnęły się półki wypełnione książkami. Samych Pism Świętych naliczyłem ponad dziesięć. Różne wydania, wszystkie bogato zdobione. A do tego żywoty świętych i inne dzieła teologiczne. Na hagiografiach ujrzałem mnóstwo dopisków ołówkiem na marginesach. Nie podobało mi się bazgranie po książkach, a po tych tyczących się naszej świętej cerkwi, to już w ogóle rzecz granicząca z herezją. Ale nie mogłem nie podziwiać gospodarza, który zgromadził tak bogaty księgozbiór.

Moim zadaniem było sporządzenie spisu tych dóbr. Najpierw dla każdej księgi przygotowywałem oddzielną fiszkę, a po przerobieniu wszystkich półek z danej tematyki robiłem spis alfabetyczny. Podług autorów, a jeśli ich nie było – podług tytułów.

Leonid Martinowicz nie wymagał pośpiechu. Wprost przeciwnie – jeśli zaszczycał domostwo swoją obecnością, dwa razy dziennie zapraszał mnie na herbatę. Siadaliśmy przy pękatym mosiężnym samowarze z Tuły. Gospodarz nalewał do filiżanek esencji pachnącej szerokim światem, ja dodawałem wrzątku. Służąca Leonida – dziewuszka o egzotycznej, południowej urodzie i nerwowych ruchach – przynosiła przepyszne ciasteczka i rozmaite konfitury. Nie tylko zwyczajne, z malin lub wiśni, ale także z pigwy, płatków róży czy winogron. Potrafiliśmy i godzinę spędzić przy tych smakołykach.

A wieczorem, pod koniec roboczego dnia, gospodarz przychodził do biblioteki z karafką nalewki i dwoma kieliszkami. Początkowo wzbraniałem się przed piciem alkoholu (a nalewki Leonida Martinowicza były o niebo mocniejsze od każdej gorzałki, której kiedykolwiek próbowałem), ale przemówił do mnie argument, że to dla zdrowotności. Siadaliśmy więc na skórzanych fotelach i malutkimi łyczkami sączyliśmy trunek. Jeśli dzień był chłodny, w kominku wesoło trzaskał ogień, napełniając nas przyjemnym poczuciem bezpieczeństwa. My popijaliśmy i gawędziliśmy, a minuty płynęły leniwie jedna za drugą. Nalewki musiały doskonale działać, bo choroby w ogóle się mnie nie imały.

 

5. Nie bądź wśród pijących wino ani wśród obżerających się mięsem

 

Zarobiłem u Leonida tyle rubli, że późną wiosną wreszcie wyprowadziliśmy się z plebanii prezbitera Mykoły i wynajęliśmy przytulny pokoik u Olgi Pawłowny, wdowy, która nie potrzebowała już tyle izb, co dawniej, a za to uważnie oglądała każdą kopiejkę.

Zanim praca nad wielotysięcznym księgozbiorem dobiegła końca, nastała fala upałów, a ja zdążyłem się serdecznie zaprzyjaźnić z Leonidem.

Kiedy wypisałem ostatnią fiszkę, odstawiłem na miejsce ostatnią księgę i sporządziłem listę dla ostatniej półki, pracodawca oświadczył, że jest bardzo zadowolony z tempa pracy i jakości moich usług, więc dla uczczenia finału dzieła nazajutrz zaprasza mnie do najlepszej restauracji w okolicy.

Musieliśmy w tym celu pojechać do miasta gubernialnego M. Uprzedziłem więc Nastkę, że wrócę do domu dopiero następnego dnia, wsiedliśmy do luksusowego powozu Leonida Martinowicza i pojechaliśmy.

Pojazd wygodny, konie silne i wypoczęte, wiorsty mijały niepostrzeżenie jak oddechy. Po trzech godzinach zajechaliśmy do miasta. Dopiero tu przypomniałem sobie, że właśnie mamy dwudziestą rocznicę koronacji naszego umiłowanego cara. Kiedyś, gdy jako diakon musiałem pilnować roku liturgicznego i pamiętać o wszystkich świętach, coś takiego nie mogłoby się wydarzyć. Oj, brak uczciwej pracy niszczy człowieka!

Po przekroczeniu bramy miasta musieliśmy zwolnić ze względu na tłumy ludzi w odświętnych strojach. Wszyscy zebrali się dla uczczenia rocznicy naszego drogiego Aleksego Mikołajewicza. W końcu dotarliśmy pod odpowiednią kamienicę. Restauracja była piękna, a Leonida musieli tu dobrze znać i poważać, bo ktoś w purpurowej liberii bogato szamerowanej złotem – ani chybi właściciel – wyszedł, kłaniając się w pas, aż na ulicę, przytrzymał drzwi, pomógł nam przy wysiadaniu. Uroczyście posadzono nas przy stoliku już nakrytym dla dwóch osób. A co tam nakładli kryształowych kielichów i porcelany pomalowanej na więcej kolorów niż ikonostas, co srebrnych sztućców w rozmaitych rodzajach! Aż nie wiedziałem, jak tego wszelakiego dobra używać, ale umyśliłem sobie, że będę podpatrywać Leonida Martinowicza.

Podano przystawki – gęsie łapki faszerowane mieloną wołowiną i smażone we frytorze – a do nich czerwone wino. W ogóle nie było słodkie, więc niezbyt przypadło mi do gustu, ale nie wypadało odmawiać, toteż wypiłem do dna. Ledwo uporałem się z tym daniem, kelnerzy przytoczyli stoliczek na kółkach, na którym czekały dwie wazki z zupą. Jak mi powiedziano – rakową. Napełniono nam talerze. Smakowała trochę morską rybą, a trochę masłem. Pachniała głównie esencjonalnym rosołem i koperkiem, ale w aromacie wyczuwałem i inne nuty. Do tego znowu wino, tym razem białe i nieco słodsze, więc wypiłem z przyjemnością. Leonid, śmiejąc się, nalał mi kolejny kieliszek.

Dalsza część uczty zlała się w mej pamięci w ciąg potraw, o których wcześniej nigdy nie słyszałem. Jedna pyszniejsza od drugiej, a wszystkie bardzo wykwintne. Straciłem rachubę dań, trunków i spełnianych toastów. Na pewno wypiłem do dna za kolejne lata szczęśliwego panowania jego wysokości imperatora i za zdrowie przewielebnego metropolity. Wychyliliśmy także po kielichu za interesy Leonida Martinowicza i powodzenie mojej rodziny, reszty biesiady nie pomnę…

Wiem tylko, że objadłem się, jak nigdy w życiu. A kiedyśmy wychodzili z restauracji, rozpętała się okrutna burza i musieliśmy szukać schronienia w jakimś innym przybytku.

 

Obudziłem się z bólem głowy w obcym łóżku. Za oknem dopiero świtało, więc uznałem, że mogę jeszcze trochę pospać – latem słońce wcześnie wstaje. Obróciłem się leniwie na drugi bok, a wtedy trafiłem dłonią prosto w dziwnie gładkie włosy niewieście. Jednocześnie poczułem, że wcale nie pachną rumiankiem, jak u mojej Nastki. Ponownie otworzyłem oczy i ujrzałem w niepewnym świetle poranka śpiącą u mego boku nieznajomą brunetkę. Co gorsza, nie miała na sobie koszuli! Wyskoczyłem z łoża jak oparzony, by przekonać się, że i ja nie mam żadnego odzienia.

Szukając w panice choćby portek, przewróciłem krzesło, które narobiło okropnego łoskotu. Niewiasta zamruczała coś i usiadła, bezwstydnie odsłaniając nagie piersi. Jednocześnie do izby wkroczył Leonid Martinowicz w bonżurce.

– Widzę, żeście się już obydwoje obudzili! – powiedział wesoło.

Wymacałem w półmroku jakiś strój i zakryłem nim przyrodzenie.

– Panie, skoro już znalazłeś moją koszulę, zechcesz mi ją podać. – Kobieta zachichotała i władczo wyciągnęła rękę, a ja ze wstydem odkryłem, że przyciskam do męskości nie własną rubachę, a damskie, bogato haftowane, giezło z cieniutkiego płótna.

Całkiem już nie wiedziałem, co mam począć. Sytuację uratował Leonid, który znalazł moje ubranie, wcisnął mi je w ręce, odbierając strój niewieści, po czym podał go nieznajomej. Przy tym przez cały czas ustawiał się tak, aby osłaniać mnie przed jej wzrokiem, nawet swoją chorą nogę wykorzystywał, aby grać na zwłokę. Uradowany z okazji, pośpiesznie naciągnąłem na siebie chociaż koszulę i spodnie.

Kobieta wyszła, nie czekając na śniadanie. Dopiero kiedy Leonid wcisnął jej kilka rubli do ręki, zrozumiałem, kim była i jak ohydnie zbrukałem święty sakrament małżeński.

– Jak ja to wytłumaczę Nastii? – jęczałem, wpatrując się w filiżankę herbaty. Na śniadanie jakoś nie miałem ochoty.

– A musisz jej cokolwiek tłumaczyć? – zainteresował się Leonid.

– A jakże inaczej? Miałbym okłamywać żonę?

– Nie okłamywać, tylko nie mówić rzeczy, które sprawią jej niepotrzebny ból. Powiedziałeś, że nie wrócisz na noc do domu? Powiedziałeś. Odwiozę cię do domu wczesnym popołudniem, więc żony nie zaskoczysz. A jeśli spyta, mów zgodnie z prawdą, że nie pamiętasz, co robiłeś w nocy. Bo zdaje mi się, drogi Dymitrze, że nie pamiętasz nic a nic?

– Prawda, niemal nic nie pamiętam – odparłem z ulgą. – Żeśmy się gdzieś schronili przed burzą, a później mgła.

 

6. Błogosławieni wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże

 

Jeszcze przez kilka miesięcy nie miałem problemu ze znalezieniem dorywczej roboty. A to pomogłem komu przy żniwach czy sianokosach, a to kupiec najął mnie do rozładunku towaru… Ale z nadejściem jesiennych deszczów ruch w interesie zamarł, a tu potrzebowaliśmy z Nastią nie tylko nakarmić trzy gęby, ale i opłacić pokoik. Oszczędności topniały przerażająco szybko. Spotykałem się z Leonidem przy każdej okazji – im więcej nażłopałem się herbaty i nażarłem frykasów u niego, tym mniej jedzenia potrzebowałem w domu.

Ja miałem mnóstwo wolnego czasu z oczywistych powodów, on zawsze potrafił wygospodarować dla mnie godzinkę czy dwie. Prawdziwy przyjaciel. Często wynajdywał różne okazje, by pójść ze mną do restauracji. Już nie jeździliśmy do gubernialnego M., ale i w naszym rodzinnym miasteczku nie brakowało lokali. Nawet zaproponował, żebym wynosił dla żony i synka to, czego nie daliśmy rady zjeść. Majętny człowiek, a rozumiał mnie jak mało kto.

 

Kiedy pierwsze mrozy zaczęły nocami skuwać ziemię, Leonid rzekł do mnie:

– Znalazłem dla ciebie, Dimo, robotę. Stałą i pewną, na długie lata.

– Jaką, szanowny Leonidzie?

– Możesz zostać protokolantem w Ochranie.

– Ale jakże to?! W tajnej policji, która prześladuje naród?

– Płacą dziesięć rubli tygodniowo. Praca lekka; tylko piórem po papierze wodzisz, w cieple siedzisz, a nie łamiesz grzbiet pod wielopudowymi kupieckimi kuframi, czy to słota, czy to skwar.

– Wybaczcie, Leonidzie, nie mogę przyłożyć do tego ręki. Ochrana słynie z wszelkich podłości… – Rozejrzałem się poniewczasie, czy kto nie słyszał tych nazbyt szczerych słów, ale w salonie oprócz nas nie było nikogo.

W domu zastałem szlochającą Nastię.

– Co się stało?! – krzyknąłem.

– Paszeńka ma straszną gorączkę! Okłady nie pomagają! Nic nie pomaga! Potrzebujemy trzech rubli na lekarza! A nam zostały niecałe dwa… – Żona zalała się kolejną falą łez.

W te pędy pobiegłem z powrotem do Leonida. Wziąłem tę przeklętą robotę i pożyczyłem od niego pięć rubli, aby jakoś dotrwać do pierwszej wypłaty.

 

7. Patrząc, nie widzieli i słuchając, nie słyszeli

 

W nowej pracy było i tak dobrze, jak obiecywał Leonid, i tak źle, jak sam się obawiałem. Owszem, robota nie wymagała wysiłku, siedziałem wygodnie w cieple. Ale co ja się naoglądałem cierpień przy spisywaniu zeznań, co nasłuchałem wrzasków bólu! Ochrana kultywowała niechlubne tradycji opriczniny, a do listy tortur stosowanych przez nich dodała jeszcze kilka wykorzystujących nowoczesną technikę. Na przykład zabierali przesłuchiwanego na bocznicę i przywiązywali tak, żeby nie mógł się ruszyć, a jego stopy leżały na torze, i zaczynali przetaczać pociąg. Albo kładli na szynach jego żonę lub dziecko. Moja Nastia miała szczęście, że nie groził jej taki los. Przynajmniej, dopóki nie zrobiłem nic głupiego.

Na szczęście nie musiałem brać udziału w indagacjach prowadzonych na zewnątrz, co najwyżej niekiedy schodziłem do chłodnego i wilgotnego lochu. Tylko słuchałem szeptanych opowieści o torowiskach czy żywych soplach. Wierzyłem w nie wszystkie – szybko zdążyłem się przekonać, że niektórzy śledczy uwielbiają swoją robotę i torturują ludzi nawet po tym, jak nieodwracalnie odbiorą im zdolność mówienia. A i w normalnej piwnicy, przy użyciu zwyczajnych narzędzi kowala czy cyrulika, można było sprawić człowiekowi niewysłowiony ból.

Cieszyłem się, że jako diakon nie mogłem udzielać sakramentu spowiedzi. Po pierwsze, widziałem, że zawzięty śledczy potrafi wykorzystać nawet najdrobniejsze potknięcia – okłamanie kogoś bliskiego, zaniedbania, zmazy nocne i brudne myśli… A ja nie znałem i tych drobiazgów, więc nie mogłem wskazać żadnego słabego ogniwa w społeczności. Po drugie, brakowało mi wprawy w wyciąganiu skrytych myśli z opornego grzesznika, rozpoznawania wątpliwości po sposobie odwracania oczu, po wyrazie twarzy… Dobrze się stało.

Nie mogłem opowiadać Nastii o tym, co dzieje się w pracy. A już na pewno nie przy Paszce wiecznie kręcącym się w pobliżu w naszej jedynej izdebce. Na szczęście Lionia zawsze chętnie mnie słuchał. Wieczorami siadywaliśmy u niego w salonie, zawsze z kieliszkami koniaku lub innego trunku. Nieśpiesznie sączyliśmy napoje, a ja opowiadałem o wrażeniach z minionego dnia. Gospodarz nadstawiał uszu. Niekiedy miałem wrażenie, że przy opisach co straszniejszych tortur oczy zaczynają mu połyskiwać na czerwono. Ale to musiał być tylko odblask ognia z kominka albo odbicie rozżarzonych węgielków.

 

8. Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono

 

Mijały miesiące, stopniowo dostawałem coraz więcej różnorodnych zadań. Już nie tylko spisywałem protokoły. A to podawałem śledczemu narzędzia, których nazwy w międzyczasie zdążyłem opanować w stopniu doskonałym, a to wyciągałem przesłuchiwanego z celi lub odprowadzałem go z powrotem. Na szczęście, w ślad za nowymi obowiązkami poszedł awans i podwyższenie zarobków. Teraz już dostawałem piętnaście rubli tygodniowo, a i Masza pracująca w naszej kantynie chętnie odkładała dla mnie rozmaite frykasy. Czasami nie szło tego przejeść, więc wynosiłem paczuszkę do domu.

Dzięki temu mogłem wynająć większe mieszkanie – piękne, trzypokojowe, w pobliżu głównej ulicy. Duże okna wpuszczały wiele światła. Drugie piętro dawało pewnie oddalenie od smrodu rynsztoka i świeże powietrze latem. Piece kaflowe w każdej izbie – przytulne ciepło zimą.

Niestety, Anastazja nie potrafiła docenić luksusów, które zapewniałem rodzinie. Ciągle robiła mi wymówki, że kiedyś to żyło nam się lepiej, weselej, bardziej po bożemu… Głupia baba! Raz czy dwa szturchnąłem ją pięścią. Popłakała sobie w kącie, a potem przez jakiś czas bardziej szanowała swojego małżonka. Krótko to trwało, raptem kilka tygodni, ale zawsze to jakaś korzyść.

Tym chętniej gawędziłem z Lionią albo i z Maszą. Jedni ludzie potrafią zawsze witać znajomych uśmiechem i rozumieć ich w pół słowa, inni nie.

 

9. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu

 

Odwiedzałem Leonida Martinowicza niemal codziennie. Któregoś razu zostawił mnie samego na kilkanaście minut, co zdarzało się wcale często – człowiek interesów musi wszak poświęcać trochę czasu rzeczonym interesom. W oczekiwaniu na gospodarza sięgnąłem po album ze zdjęciami – rzecz nowomodna, ale ciekawa, przydatna w pracy śledczej – i zacząłem go kartkować.

Ohohoho! Lionia obracał się w jeszcze wyższych kręgach niż mi się wcześniej wydawało. Co i rusz napotykałem na twarz znaną mi dotychczas jedynie z prasy. Ludzie z dworu imperatorskiego, arcybiskupi, najbogatsi w kraju kupcy…

Podpis po jednym zdjęciem przykuł moją uwagę: „Obchody dwudziestej rocznicy koronacji Jego Wysokości Imperatora Aleksego II”. A na fotografii Leonid w przepięknym ogrodzie w otoczeniu dam dworu w jasnych sukniach i mężczyzn w mundurach galowych. Panie skrzyły się od klejnotów, panowie – od medali. Daleko, na horyzoncie fotokamera uchwyciła nadciągającą chmurę burzową. Pamiętałem ten dzień! Przynajmniej częściowo. I byłem pewien, że Lionia spędził go ze mną, ucztując w mieście gubernialnym M. A burza zmusiła nas do salwowania się ucieczką przed deszczem i szukania schronienia w kolejnym lokalu.

Zacząłem uważniej patrzeć na zdjęcia. Lionia z metropolitą, tuż obok Lionia wśród ludzi otaczających cara, w wielkiej, kapiącej od złota komnacie pałacowej. Ach, jakie przepiękne posadzki! W żadnej cerkwi takich nie widziałem. Podpis: „Negocjacje sojuszu między Dworem a Świętą Cerkwią”. I data – dziewiętnaście lat temu. Car młodziutki, można tę szczupłą figurkę wziąć za chłopca. Metropolita – nie obecny, lecz poprzedni – zmarł, zanim ukończyłem seminarium. A Lionia w ogóle się nie zmienił, wygląda kropka w kropkę jak ten Leonid, który wyszedł z salonu przed kwadransem. Strój inny, bo i moda natenczas panowała odmienna, ale twarz – identyczna.

Kim jest ten człowiek?

 

10. Oddajcie cesarzowi, co cesarskie

 

Naszą komórkę w Ochranie przeniesiono do opuszczonej cerkwi w gubernialnym mieście M. Najpierw wydawało mi się, że to fatalny pomysł, graniczący ze świętokradztwem. Ale po kilku tygodniach uznałem, że dobrze się tu pracuje. Latem w środku panuje przyjemny chłód. Jeszcze nie wiem, jak będzie zimą, ale w razie potrzeby wstawi się kozę.

Święci Pańscy nie patrzą, co my tu robimy, bo ikonostas został rozmontowany. Pozostałe ikony też zniknęły. Podziemne krypty doskonale nadają się do więzienia przesłuchiwanych. Nawet rozważałem, czy by ich nie trzymać w trumnach zamiast w karcerze. Efekt psychologiczny osiągnąłbym niesamowity, ale drogo by to kosztowało – taką trumnę stosunkowo łatwo zniszczyć od środka. Muszę porozmawiać o tym pomyśle z policmajstrem. Szkoda, że nie zostały żadne kamienne sarkofagi.

A fakt, że zajęliśmy cerkiew, nikomu nie wadzi. I tak wierni już praktycznie nie odwiedzają świątyń. Policja przynajmniej ochroni ten szacowny budynek przed zniszczeniem. Bez gospodarza szybko obróciłby się w ruinę.

 

11. Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek

 

Któregoś dnia wróciłem z roboty wściekły. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie nie tak, jak powinno. Na domiar złego Maszka się rozchorowała, a Liońka wyjechał gdzieś w interesach. Znikąd wsparcia! Przyszedłem więc do domu wyjątkowo wcześnie. Anastazja podała obiad, usiedliśmy we trójkę do stołu.

Owszem, zupa się żonie nie udała, ale kiedy Pasza zaczął marudzić, że nie będzie jadł, trzepnąłem go w tył głowy, aż wylądował twarzą w talerzu. Anastazja zaczęła płakać, mój mazgajowaty syn też. Ma już pięć lat, mógłby zachowywać się jak mężczyzna, a nie jak płaksiwa baba. To na pewno wpływ tej jego durnej matki.

Ze złości poszedłem przekąsić coś w szynku, a przy okazji popić. Gdy wróciłem późną nocą do domu, moja rodzina już spała. Następnego wieczoru zastałem opustoszałe mieszkanie – Anastazja zabrała część rzeczy swoich oraz Paszy i dokądś się wyniosła. Pewnie z powrotem do naszego maleńkiego miasteczka, gdzie ma jakąś kuzynkę i przyjaciółki. No i dobrze. Cisza, spokój, nikt nie marudzi. Jeśli będę potrzebował jakiejś kobiety, żeby ugotowała i zadbała o mieszkanie, poproszę Maszkę o pomoc. Dziewczyna z pewnością chętnie jej udzieli, w innych sprawach wspiera mnie już od dawna.

 

12. Jeśli zaś kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, zaparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego

 

Kolejny więzień zmarł podczas przesłuchania. Moi ludzie popisali się zbyt wielkim entuzjazmem. Niepowetowana strata, bo więcej świadków zamachu na burmistrza nie mieliśmy. Ot, ten trop się urywa, będziemy musieli szukać gdzie indziej. W końcu coś znajdziemy, ale ile czasu na to pójdzie i wysiłków…

Szkoda, że nigdy nie spowiadałem wiernych. Brakuje mi znajomości charakterów ludzkich, umiejętności otwierania zamkniętego umysłu. Być może byłbym lepszym śledczym, gdybym mógł wcześniej rozwinąć te talenty.

Wyszedłem na zewnątrz, na papierosa. Nawet nie spostrzegłem, kiedy zaczęło się ściemniać. A to przecież już październik, zmierzch wcześnie zapada. Znad rzeki wstaje delikatna mgła.

 

„Pod kopułami” – Pani Anna Słoncz

 

W licznych cerkwiach płoną światła. O ile pamiętam, o tej porze nie odprawia się żadnej liturgii. To wszystko muszą być policjanci i inni urzędnicy pracujący do późna. Papieros smakuje wspaniale, ale szybko się kończy. Jak wszystko, co dobrze smakuje…

Często brakuje mi kontaktu z synem. Za żoną nigdy nie tęskniłem, Masza zastąpiła ją we wszystkich istotnych sprawach, ale za Paszą cni mi się niemal codziennie. Mógłbym pociągnąć za kilka dźwigni i skłonić aparat państwa do szukania chłopaka. Na pewno byśmy go znaleźli, ale wątpię, czy wyszłoby to dziecku na dobre. Ciekawe, jak teraz wygląda. Na pewno urósł, ma już ponad dziesięć lat. Jak się chowa bez ojca?

Czy pod moim okiem wyrósłby na lepszego człowieka? Niewątpliwie. Ale nie okazałem się dobrym opiekunem. Gdzie popełniłem błąd? Sięgam pamięcią wstecz i nie widzę takiego momentu. Za każdym razem podejmowałem decyzję, którą musiałem podjąć, i ten ciąg doprowadził mnie do miejsca, w którym nigdy nie chciałem się znaleźć. Widocznie to nie ja pobłądziłem, tylko świat, okoliczności.

Świateł pod niegdyś cerkiewnymi kopułami przybywa…

Koniec

Komentarze

Ten obraz to był mój pierwszy wybór, ale się spóźniłem. :\

Nie, no moim zdaniem fantastyka ewidentna, historii alternatywnej co prawda nie wyłapałem (chyba że z tym zamykaniem cerkwi, bo wydaje mi się, że coś takiego się nie zdarzyło… Rosja nie leży w orbicie moich zainteresowań), ale kulawego L. Świetłego rozgryzłem od razu (nie wiem tylko, czemu Martinowicz; Martin, Martin… z niczym mi się nie kojarzy).

Ogólnie bardzo ,,rosyjski” tekst (przynajmniej dla mnie – patrz wyżej), tzn. jest wschodni klimat, religia i bezsens istnienia. Tylko nie do końca rozumiem, po co kolejny raz opowiadać tę samą historię moralnego upadku, która pojawiła się już w dziesiątkach filmów, książek i tak dalej. Inni czytelnicy pewnie będą zadowoleni, ale mi tym razem nie siadło.

Lonia obracał się…

Literówka? Wszędzie jest ,,Lionia”.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Dzięki, Sndwlkr-ze. :-)

Ty się spóźniłeś, a mój współwyborca gdzieś przepadł i dawno się na portalu nie pojawia…

A miałeś jakiś pomysł na fabułę do tego obrazu?

nie wiem tylko, czemu Martinowicz; Martin, Martin… z niczym mi się nie kojarzy

Przeglądałam listę rosyjskich imion męskich i szukałam takich, które nie mają związku z szeroko pojętym chrześcijaństwem, a najlepiej mają jakieś mroczno-agresywne korzenie. Leonid pochodzi od lwa, a Martin – od Marsa.

Bo na przykład taki Michaił jest, IMO, od archanioła Michaela, z pańską cząstką “el” na końcu i nijak się nie nadaje. A Wołodymir jest słowiańskie, więc też słabo pasuje. I tak dalej.

Cieszę się, że tekst wyszedł bardzo rosyjski – tak chciałam i tak celowałam.

Tylko nie do końca rozumiem, po co kolejny raz opowiadać tę samą historię moralnego upadku, która pojawiła się już w dziesiątkach filmów, książek i tak dalej.

Bo rosyjski klimat wynikał z obrazu. A poza tym poza moralnym upadkiem chciałam pokazać coś jeszcze, ale o tym nie chcę mówić na głos. Niech czytelnicy sami szukają.

Tak, literówka, zaraz poprawię. Raczej starałam się trzymać jednego zdrobnienia, ale widać z ujednolicaniem coś nie pykło do końca.

Babska logika rządzi!

A miałeś jakiś pomysł na fabułę do tego obrazu?

Chciałem wreszcie zrobić coś z Bułgarią, ale to był raczej mglisty zarys niż pomysł. Co prawda oni mają te kościółki trochę inne (nie takie cebulaste kopuły, tylko bardziej jak Hagia Sofia), więc trzeba by było odpowiednio zmrużyć oczka. Ale cóż, jak już mówiłem, w między czasie wyleciałem myślami na orbitę i porzuciłem zamiar pisania na konkurs.

Przeglądałam listę rosyjskich imion męskich i szukałam takich, które nie mają związku z szeroko pojętym chrześcijaństwem, a najlepiej mają jakieś mroczno-agresywne korzenie.

Aaa, dobra, to ma sens.

A poza tym poza moralnym upadkiem chciałam pokazać coś jeszcze, ale o tym nie chcę mówić na głos. Niech czytelnicy sami szukają.

Ech, coś mi te interpretacje słabo idą ostatnio. :\

Tak swoją drogą, czy podział na dwanaście rozdziałów miał nawiązywać do dwunastu przykazań Daniły Filipowicza (założyciela sekty chłystów)? Na dosłownym poziomie nie widzę niczego, co miałoby z nimi związek, ale to było moje pierwsze skojarzenie.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Bułgarii w ogóle nie znam. Nie twierdzę, że znam Rosję, ale przynajmniej przeczytałam paru ich klasyków, coś tam z historii kojarzę…

Ech, coś mi te interpretacje słabo idą ostatnio. :\

Chyba nie powinieneś brać tej winy na siebie. Wydaje mi się, że to moje przesłanie nie rzuca się w oczy. Zobaczymy, czy ktokolwiek zauważy.

Dwanaście rozdziałów. Nie, to absolutny przypadek. Napisałam, co chciałam napisać, a rozdziały ponumerowałam dopiero tuż przed publikacją. I dopiero wtedy dowiedziałam się, ile ich wyszło.

Babska logika rządzi!

Bułgarii w ogóle nie znam.

Szkoda, piękny i ciekawy kraj, u nas niesłusznie traktowany z lekceważeniem. :)

Nie, to absolutny przypadek.

Raczej szczęśliwy zbieg okoliczności. Widzisz, ja byłem pewien, że to coś znaczy – taka fajna liczba. ;)

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Co zrobić, nie znam wielu ciekawych krajów, książek i Bóg wie czego jeszcze…

Lubię dwunastkę. Jeśli już, to kojarzyłabym ją z liczbą apostołów. I po prostu jest podzielna przez wiele liczb. Gdyby nie pięć palców u ręki, pewnie używalibyśmy układu dwunastkowego.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo!

Dziękuję za podzielenie się opowiadaniem, wymiernie mi uprzyjemniłaś wieczór. Narracja przemyślana i pewnie poprowadzona, tytuły rozdziałów smakowite, klimat odzwierciedla to, co pewnie oboje znamy z rosyjskiej literatury. Język ładny, bez jakichś fajerwerków czy nachalnych popisów, po prostu precyzyjnie wyraża myśli i nie odwraca uwagi od zdarzeń.

Fantastyki niewiele, bo nie zmieniłoby to istotnie fabuły, gdyby pan Swietłyj był tylko znanym podróżnikiem czy przemysłowcem – osadzenie opowieści w czasach “Aleksego II” ma jednak większe znaczenie, skoro przedstawiasz stosunki społeczne, które w realnej carskiej Rosji nie wystąpiły, ale w kolejnych dekadach mogłoby do tego dojść.

Szkoda, że ujęcie upadku bohatera wydało mi się skrótowe. Owszem, szkicujesz w kilku zdaniach ten mechanizm, że nie może rozmawiać z żoną o pracy, a potrzebuje się wygadać, więc coraz częściej wymyka się wieczorami z domu i oddala od niej emocjonalnie, śródtytuły też trochę dopowiadają – ale mam wrażenie, że “Mijały miesiące” na początku rozdziału 8 zasłoniło coś bardzo ważnego, co pomogłoby czytelnikowi lepiej pojąć sedno tej ewolucji i w razie potrzeby dostrzegać podobne objawy we własnym otoczeniu.

Wątpię, czy niebogata gospodyni domowa we wczesnym XX wieku spanikowałaby i chciała wzywać lekarza z powodu zwykłej infekcji u dziecka. Gdyby na przykład Paszka dostał drgawek gorączkowych, pewnie łatwiej bym w to uwierzył.

Wyłowione z tekstu (to nie jest przypadkowy wybór, lecz faktycznie jedyne drobiazgi, które spostrzegłem przy w miarę uważnej lekturze):

Tym chętniej gawędziło mi się z Lionią albo i z Maszą.

Tym chętniej gawędziłem (tym lepiej, gładziej gawędziło mi się).

Na pewno byśmy go znaleźli, ale wątpię, że wyszłoby to dziecku na dobre.

Chyba naturalniej “wątpię, czy”.

A poza tym poza moralnym upadkiem chciałam pokazać coś jeszcze, ale o tym nie chcę mówić na głos. Niech czytelnicy sami szukają.

Chodzi o długofalowo niekorzystny wpływ zbliżania się kościoła do władzy na jego interesy i poważanie wśród wiernych, dobrze sobie myślę? Świadczyłoby to o Twoim warsztacie: koronkowa robótka, tak wszyć główne przesłanie opowiadania, żeby naturalnie wypływało z obrazu świata przedstawionego i nawet czujny czytelnik myślał, że sam wyciągnął wniosek. Z drugiej strony specyfika Rosji i prawosławia może sprawić, że w typowym odbiorze ten wniosek nie będzie ekstrapolowany na inne związki wyznaniowe.

Pozdrawiam i polecam do Biblioteki,

Ślimak

Dzięki, Ślimaku. :-)

Język ładny, bez jakichś fajerwerków czy nachalnych popisów, po prostu precyzyjnie wyraża myśli i nie odwraca uwagi od zdarzeń.

Miło mi, że tak uważasz, bo do tego chyba zawsze dążyłam. A co do fajerwerków – zależy od definicji. Lubię używać słów, które może i nie są szalenie popularne, ale dobrze oddają, co chcę przekazać. Na przykład wykorzystanie “Opriczniny”, to już może być mały popisik.

Szkoda, że ujęcie upadku bohatera wydało mi się skrótowe. Owszem, szkicujesz w kilku zdaniach ten mechanizm, że nie może rozmawiać z żoną o pracy, a potrzebuje się wygadać,

Ten upadek zaczął się o wiele wcześniej – od pójścia do szynku z Leonidem. Dymitr z początku protestował, ale potrzebował tej roboty, więc uległ.

mam wrażenie, że “Mijały miesiące” na początku rozdziału 8 zasłoniło coś bardzo ważnego,

Hmmm. Ja mam wrażenie, że to tylko stopniowe obojętnienie na ból torturowanych ludzi i coraz większe zaangażowanie w tę robotę. Żadnego przełomowego kroku w tym czasie mój bohater nie zrobił.

Wątpię, czy niebogata gospodyni domowa we wczesnym XX wieku spanikowałaby i chciała wzywać lekarza z powodu zwykłej infekcji u dziecka.

OK, dopiszę, że to była bardzo wysoka gorączka. W moim zamyśle Nastia wierzyła, że walczy o życie dziecka i sama nie da rady.

Dzięki za wskazanie potknięć, za moment zmienię.

Chodzi o długofalowo niekorzystny wpływ zbliżania się kościoła do władzy na jego interesy i poważanie wśród wiernych, dobrze sobie myślę?

Trafiony, zatopiony.

Uważam, że bratanie się z tronem jest dla każdego kościoła niebezpieczne, a jeśli państwo jest opresyjne, to już samobójstwo, na którym cierpią wszystkie strony, a najbardziej zwykły człowiek.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka