- Opowiadanie: maciekzolnowski - Partita, która nie domyka ciszy

Partita, która nie domyka ciszy

Pew­ne­go razu byli sobie oj­ciec i jego dwaj sy­no­wie – dobry i mar­no­traw­ny, ale to wszy­scy wiemy. Opo­wiem hi­sto­rię po­dob­ną do tej, ale jed­nak tro­chę inną. Opo­wiem o tym, jakie po­dej­ście do spu­ści­zny po ojcu mieli dwaj sy­no­wie. I chyba nie tylko o tym. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, MichaelBullfinch

Oceny

Partita, która nie domyka ciszy

Le­ża­łem jesz­cze wil­got­ny.

Nie cały – tylko przy dol­nych pię­cio­li­niach, tam gdzie atra­ment zbie­rał się odro­bi­nę gru­biej. W jed­nym miej­scu kro­pla za­trzy­ma­ła się na uła­mek se­kun­dy za długo i zo­sta­wi­ła ślad, który już za­wsze bę­dzie odro­bi­nę ciem­niej­szy niż resz­ta.

Nie wie­dzia­łem wtedy, kim je­stem.

Byłem na­ci­skiem dłoni. Tem­pem od­de­chu. Śla­dem de­cy­zji, które za­pa­da­ły szyb­ciej niż mo­głem je przy­jąć. To, co we mnie za­pi­sa­no, ist­nia­ło naj­pierw gdzie in­dziej – ja tylko uczy­łem się to utrzy­mać.

Sły­sza­łem go.

Nie tak, jak sły­szą lu­dzie. Ra­czej jako na­pię­cie po­wie­trza, które wpra­wia­ło mnie w drże­nie, kiedy skrzyp­ce od­po­wia­da­ły na to, co przed chwi­lą zo­sta­ło we mnie za­mknię­te. Nie­któ­re miej­sca od­dy­cha­ły spo­koj­nie. Inne ści­ska­ły się w sobie, jakby chcia­ły coś po­wie­dzieć naraz.

Raz, kiedy odło­żył pióro, jego palec – lekko wil­got­ny od potu – prze­su­nął się przez jeden takt. Zo­sta­wił smugę, cien­ką i ma­to­wą. Tego miej­sca nie da się już czy­tać tak samo. Za­wsze bę­dzie odro­bi­nę bar­dziej ciche.

Na górze stro­ny wpi­sał: Par­ti­ta II d-moll na skrzyp­ce solo.

Potem świat się od­da­lił.

Nie od razu. Naj­pierw świa­tło przy­cho­dzi­ło rza­dziej. Kroki tra­ci­ły kie­ru­nek. Dźwię­ki prze­sta­wa­ły mnie szu­kać. Aż w końcu zo­sta­łem zło­żo­ny – nie­do­kład­nie, jeden róg za­giął się pod zbyt ostrym kątem – i wsu­nię­ty mię­dzy inne kart­ki, które pach­nia­ły po­dob­nym wy­sił­kiem ręki.

Nie wie­dzia­łem, że to było po­że­gna­nie.

*

Póź­niej­sze dło­nie – Carla Phi­lip­pa Ema­nu­ela i Wil­hel­ma Frie­de­man­na – uczy­ły się jego mu­zy­ki na nowo.

Jedne były cier­pli­we. Otwie­ra­ły mnie sze­ro­ko, jakby bały się uro­nić co­kol­wiek z tego, co we mnie zo­sta­ło. Za­trzy­my­wa­ły się przy trud­niej­szych miej­scach, wra­ca­ły, po­rów­ny­wa­ły. Pod ich cię­ża­rem pro­sto­wał się nawet mój za­gię­ty róg.

Roz­po­zna­wa­łem w nich po­trze­bę za­cho­wa­nia.

Byłem ukła­da­ny, prze­kła­da­ny, ze­sta­wia­ny z in­ny­mi. Na­le­ża­łem do po­rząd­ku.

Ale nie na długo.

*

Dru­gie ręce przy­szły szyb­ciej niż po­win­ny.

Nio­sły ze sobą po­śpiech, który nie miał rytmu. Otwie­ra­ły mnie tylko do po­ło­wy, cza­sem jedną stro­nę przy­trzy­my­wał ło­kieć, a druga opa­da­ła bez­wład­nie. Pa­pier w po­wie­trzu za­cho­wu­je się ina­czej – traci pew­ność.

W tym miej­scu na­uczy­łem się dźwię­ków, które nie mają nic wspól­ne­go z mu­zy­ką: sze­le­stu monet, bo wszyst­ko można prze­han­dlo­wać, krót­kich śmie­chów bez po­wo­du, słów ury­wa­nych w pół zda­nia.

Ktoś kie­dyś po­chy­lił się nade mną dłu­żej.

– Kto to dziś zagra? To takie ana­chro­nicz­ne.

Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że to py­ta­nie może po­zo­stać bez od­po­wie­dzi na całe lata.

Za­mknię­to mnie zbyt szyb­ko. Palce, które to zro­bi­ły, zo­sta­wi­ły przy kra­wę­dzi drob­ne wgnie­ce­nie. Do dziś czuję je przy każ­dym otwar­ciu.

*

Raz ktoś spró­bo­wał po­pra­wić jeden takt obcym atra­men­tem.

Linia była nie­pew­na. Za­trzy­ma­ła się w po­ło­wie, jakby sama nie wie­rzy­ła, że może coś zmie­nić.

Ślad po­zo­stał. Ni­cze­go nie na­pra­wił.

*

Potem byłem już tylko cza­sem: nie byłem dnia­mi ani la­ta­mi – ra­czej cię­ża­rem, który osia­da na pa­pie­rze. Wil­goć przy­szła raz i zo­sta­ła na dłu­żej, zo­sta­wia­jąc na mnie za­pach, któ­re­go nie da się wy­wie­trzyć. Atra­ment ściem­niał, ale nie osłabł.

To, co we mnie za­pi­sa­no, nie po­trze­bo­wa­ło jed­nost­ko­wej pa­mię­ci.

Nie po­trze­bo­wa­ło nawet ciszy.

Trwa­ło. Nie w dźwię­ku – ra­czej tam, gdzie coś miało się wy­da­rzyć i nie wy­da­rzy­ło.

Cze­ka­łem, choć nie wie­dzia­łem, na co.

*

Kiedy znów mnie otwar­to, zda­wa­ło się, że zro­bi­ło to samo świa­tło.

Było ja­śniej­sze, bar­dziej bez­po­śred­nie. Dło­nie, które mnie trzy­ma­ły, nie znały cię­ża­ru tej jed­nej smugi ani hi­sto­rii za­gię­te­go rogu. Nie znały jego od­de­chu.

Znały jego imię – imię kan­to­ra z Lip­ska.

Czy­ta­ły mnie ostroż­nie, jak coś, co trze­ba naj­pierw od­two­rzyć w sobie, zanim spró­bu­je się to wy­po­wie­dzieć. Za­trzy­my­wa­ły się tam, gdzie wcze­śniej nikt się nie za­trzy­my­wał. Jakby słu­cha­ły cze­goś, co do­pie­ro miało się wy­da­rzyć. Było tyle wąt­pli­wo­ści, tyle pytań, jak mnie grać.

A potem – po raz pierw­szy od bar­dzo dawna – znów zo­sta­łem wpra­wio­ny w drże­nie.

Nie tak jak wtedy.

Wtedy byłem po­cząt­kiem. Teraz – po­wro­tem.

Dźwięk szu­kał mnie po omac­ku, spraw­dzał, czy jesz­cze ist­nie­ję. W miej­scach, gdzie zo­sta­łem do­tknię­ty zbyt mocno, był ostroż­niej­szy. Tam, gdzie atra­ment przy­brał, brzmiał peł­niej.

Ale nie wszę­dzie wró­ci­łem. Jedno miej­sce po­zo­sta­ło za­mknię­te – jakby ktoś nadal trzy­mał tam palec.

I zro­zu­mia­łem: nie na­le­żę do dłoni, które mnie prze­no­szą, ani do tych, które pró­bu­ją mnie oca­lić.

Na­le­żę do chwil, w któ­rych ktoś ry­zy­ku­je ciszę, żeby mnie usły­szeć – albo za­trzy­mu­je się o uła­mek se­kun­dy za krót­ko i się pod­da­je.

Koniec

Komentarze

Poetycki tekst, tajemnniczy i obrazowy. Bardzo dobrze sie czytało. 

Zgadzam się, to dźwięk znajduje kompozytora, nie odwrotnie. Gdyby zagłębić się w temat, można zadać pytanie: jaki udział ma człowiek w procesie tworzenia? Ile jest nas samych w gotowym dziele, a ile inspiracji, wszak nie żyjemy w pustce. Kto jest dawcą iskry twórczej? 

Bo to że znamy składniki, nie oznacza, że stwarzamy – jedynie tworzymy. 

Klik!

Pozdrawiam

Witaj. :)

Tu mam dylemat:

Kiedy znów mnie otwarto, zdawało się, że zrobiło to same światło.

Dalsze zdania świadczą o tym, że miało tam być chyba: “samo światło” – liczba pojedyncza (?), ale to wiesz tylko Ty – Autor. :)

 

Przedmowa mnie przeraziła. :) Od zawsze mam mieszane uczucia na temat owej biblijnej przypowieści – rozumiem jej sens i cel, jasne, a mimo to burzy się we mnie wszystko, co logiczne, uporządkowane, “akuratne”. :) 

A potem jeszcze wspomniałeś o spuściźnie po ojcu i dwóch synach, więc oczywiście przypomniałam sobie stosowny odcinek z “Dekalogu” Kieślowskiego, a potem całą tę serię i byłam już na maksa przybita… :) 

 

Lecz Twój szort opisuje zgoła inne relacje i inne odczucia. :) I tu przywiodłeś mi na myśl całkiem inne wspomnienia: mam kilka lat, mieszkam na wsi, siedzę w domu Siostry mojej Babci i Jej Męża, gdzie często bywałam. Do pokoju wchodzą eleganccy młodzi mężczyźni/chłopcy/młodzieńcy, każdy trzyma w ręku trąbkę. A Wujek rozpoczyna kolejną prywatną lekcję nauki na tym instrumencie. :) Słucham i patrzę na nich, autentycznie oczarowana. :) 

Kiedy uczniowie wychodzą, Wujek idzie do pokoju obok, siada przy biurku, wyjmuje pióro, kałamarz z atramentem i zeszyt, po czym, skupiony i pochylony nad kartami kajetu, starannie zapisuje nuty. Tysiące, miliony nut! :) 

O ile z domem moich Dziadków kojarzyłam pokaźne biblioteczki z mnóstwem rozmaitych książek, które pochłaniałam w wolnych chwilach, o tyle – z domem Wujostwa – zeszyty, pełne nut zapisanych przez Szwagra Babci. :) Praca w polu czy hodowla zwierząt były ważnymi elementami przetrwania na wsi w PRL-u, wiadomo, lecz poza tym Wujek był bardzo cenionym na cały Powiat Będziński kapelmistrzem orkiestry górniczej. :) 

Miło mi było wrócić do tych wspomnień, poczuć niezwykły klimat Twojej opowieści, plastyczność opisów emocji oraz wrażeń tak nietypowego bohatera. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Tu macie wersję bardziej strawną, wersję pierwotną:

 

„Wędrówka, która się nie kończy”

Leżałem jeszcze ciepły.

Atrament nie zdążył do końca wsiąknąć w papier, gdy jego ręka – pewna, bez wahania – postawiła ostatnią kreskę. Nie wiedziałem wtedy, kim jestem. Byłem tylko szeregiem znaków, gęstwiną nut, które układały się w coś, co istniało najpierw w nim, a dopiero potem we mnie.

Słyszałem go.

Nie tak, jak słyszą ludzie – raczej jako drżenie powietrza, które przechodziło przeze mnie, kiedy skrzypce odpowiadały na to, co przed chwilą zostało zapisane. Każdy takt był jak oddech. Każda fuga – jak rozmowa, której sens rozumiał tylko on.

Potem zapadła cisza.

Nie od razu. Najpierw było mniej światła, mniej kroków, mniej dźwięków. Aż w końcu zostałem zamknięty. Złożony. Odłożony między inne kartki, które szeptały podobnymi liniami, podobnym rytmem ręki.

Nie wiedziałem, że to koniec jego czasu.

Dłonie, które przyszły później, były inne.

Jedne ostrożne. Zatrzymywały się na mnie dłużej, jakby czytały nie tylko nuty, ale i jego obecność między liniami. Te dłonie należały do Carla Philippa Emanuela. U niego panował porządek. Czułem, że jestem częścią czegoś większego – zbioru, pamięci, dziedzictwa.

Ale nie zostałem z nim.

Zabrano mnie gdzie indziej – w pośpiechu, bez ceremonii. Nowe miejsce pachniało kurzem i niepokojem. Tam ręce były nerwowe, czasem drżały. Przeglądały mnie szybko, jakby szukały czegoś, czego nie potrafiły nazwać.

To był Wilhelm Friedemann.

U niego nie było ciszy. Były rozmowy, targowanie się, stuk monet o stół. Czasem leżałem rozłożony, gdy ktoś obcy nachylał się nade mną, marszcząc brwi.

– Kto to dziś zagra? – zapytał kiedyś jeden z nich.

Nie odpowiedziałem. Nie umiałem jeszcze wtedy rozumieć, że muzyka może istnieć i nie być słyszana.

Pewnego dnia zniknąłem.

Nie wiem, czy zostałem sprzedany, czy oddany, czy zapomniany w zamian za coś pilniejszego niż ja. Znalazłem się w miejscu, gdzie nikt mnie nie otwierał. Lata mijały jak ciężkie, nieruchome powietrze.

Atrament ściemniał. Papier stwardniał.

Ale nuty trwały.

Nie potrzebowały pamięci ludzi. Były zamknięte we mnie, cierpliwe. Czekały.

Kiedy znów mnie rozłożono, świat był inny.

Dłonie, które mnie dotykały, nie znały jego głosu, ale znały jego imię: Johann Sebastian Bach.

Czytały mnie powoli. Z niedowierzaniem.

A potem – po raz pierwszy od bardzo dawna – usłyszałem siebie znowu.

Nie tak jak wtedy, gdy powstawałem. Inaczej. Ostrożniej. Jakby ktoś próbował odtworzyć sen, którego nigdy nie śnił.

I zrozumiałem coś, czego wcześniej nie mogłem: nie należę do rąk, które mnie trzymają.

Należę do czasu, który mnie odnajduje, do pokoleń przyszłych i obecnych.

Interesujący tekst. Podoba mi się punkt widzenia – jest bardzo nieoczywisty, a dzięki temu oryginalny i ciekawy. I dobrze wykorzystałeś jego inność, a jednocześnie swoją znajomość muzyki. Widać, że to nie ludzkie zmysły “grają pierwsze skrzypce”. 

No i wreszcie fantastyki nie brakuje. :-)

Babska logika rządzi!

Jak zwykle bardzo ładnie napisany tekst, aczkolwiek tym razem nieco hermetyczny – wydaje mi się, że trzeba mieć wrażliwość na muzykę zdecydowanie większą od mojej, żeby go właściwie odebrać.

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Serwus,

Fajny szorcik – standardowo nostalgiczny, plastyczny i ładnie napisany.

Pozdroklik

Bardzo poetycki tekst. Czy raczej “między ciszą a ciszą”… Krótszy tekst podoba mi się bardziej. A może tylko szybciej zrozumiałam :))

 

Pozdrawiam serdecznie

Maćku, niczego nie napisałeś wprost, a przypuszczam, że wszystko co opowiedziałeś, mimo że nie mam pewności, iż należycie dociekłam Twoich intencji, zdaje mi się pięknie wyrażone i wzruszające. Fantastyczne. :)

Idę do klikarni.

 

Póź­niej­sze dło­nie – Carl Phi­lipp Ema­nu­el i Wil­helm Frie­de­mann – uczy­ły się jego mu­zy­ki na nowo. → Czy tu nie powinno być: Póź­niej­sze dło­nie – Carla Phi­lippa Ema­nu­ela i Wil­helma Frie­de­manna – uczy­ły się jego mu­zy­ki na nowo.

 

Raz ktoś spró­bo­wał po­pra­wić jeden takt – cien­kim, obcym atra­men­tem. → Wydaje mi się, że cienko można pisać piórem/ stalówką, atrament chyba nie bywa cienki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję Wam za tak liczne komentarze – to naprawdę ogromna radość czytać je. Jak zawsze postaram się odpowiedzieć każdemu z osobna, ale już nie dziś.

Sam tekst to jedno, ale historia, która mnie do niego doprowadziła, jest – mam wrażenie – jeszcze ciekawsza. I bardzo filmowa. Właściwie aż prosi się o dłuższą formę, może nawet scenariusz. Jeśli znacie „Purpurowe skrzypce” i „Wszystkie poranki świata”, domyślacie się, w jakim kierunku to mogłoby pójść.

Ja jednak jestem raczej krótkodystansowcem – nie mam pewności, czy uniósłbym ciężar tak rozbudowanej opowieści.

Kilka rzeczy, które szczególnie mnie w tej historii poruszyły:

Po pierwsze – losy Sonat i partit na skrzypce solo są dobrze udokumentowane. Pojawiają się w nich konkretne nazwiska i instytucje, jak choćby Pruska Biblioteka Państwowa. Dla miłośników historii to prawdziwe pole do opowieści.

Po drugie – paradoks. Johann Sebastian uważał Wilhelma Friedemanna za najzdolniejszego ze swoich synów. A jednak ten niespokojny duch – lekkoduch, jak mówią niektórzy alkoholik – nie rozwinął skrzydeł. Tułał się, nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca, nie zdobył stałej posady i w efekcie nie zostawił dzieł na miarę ojca.

Po trzecie – kontrast. Podczas gdy Carl Philipp skrupulatnie przechowywał rękopisy ojca (i to dzięki niemu wiele z nich przetrwało), jego brat – Wilhelm Friedemann – część tej spuścizny zwyczajnie roztrwonił.

I wreszcie po czwarte – tajemnica. Do dziś nie wiemy, jak dokładnie brzmiała ta muzyka za życia Bacha. Jak wykonywano arpeggia w słynnej chaconie? Jak wyglądała praktyka wykonawcza? Interpretacja, percepcja, recepcja dawniej i dziś – to wszystko wciąż pozostaje otwartą przestrzenią dla muzykologów i badaczy dziejów.

I może właśnie dlatego ta historia nie daje spokoju.

Świetnie napisany tekst. Jestem pełen podziwu dla Twojej wrażliwości i wiedzy muzycznej. Z przyjemnością klikam!

Ja jednak jestem raczej krótkodystansowcem – nie mam pewności, czy uniósłbym ciężar tak rozbudowanej opowieści.

Ja myślę, że warto spróbować.

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka