- Opowiadanie: MichaelBullfinch - Nie poprosicie o więcej

Nie poprosicie o więcej

Dark fantasy o charakterze przypowieści. Mam nadzieję, że dacie opowiadaniu szansę, pomimo długości.

 

Kolejny raz bardzo dziękuję za ciekawą dyskusję i celne uwagi bruce i beeeeckiemu.

 

Obraz “Drugi początek”, autorstwa Anny Słoncz

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Nie poprosicie o więcej

Deszczu nie było od wielu tygodni.

Sera przestała już wypatrywać chmur. Na początku wychodziła przed dom o świcie, szukając na horyzoncie choćby smugi szarości, ale niebo pozostawało puste i wysuszone. Ziemia wokół wioski pękała coraz głębiej, a pola, które dawniej karmiły ich rodziny, straszyły pustką. Zapasy ziarna w spichlerzach topniały. Głód stał się stałym towarzyszem – ssał w żołądku i sprawiał, że nikt nie wierzył w lepsze jutro.

Tamtego ranka Sera wyszła przed chatę, by otrzepać stare koce z wszechobecnego pyłu. Z tęsknotą obejrzała się na studnię, na której dnie został tylko gęsty, ciemny muł.

Wtedy go zobaczyła.

Obcy stał nieruchomo przy cembrowinie, jakby wyrósł z ziemi. Na drodze nie było widać śladów stóp, choć pył leżał na niej grubą warstwą od wielu dni. Jego szata, z pozoru prosta, lśniła czystością w sposób, który wydawał się nierealny w tym zakurzonym świecie.

Zatrzymała się, mrużąc oczy od słońca. Nie wyglądał na kogoś z okolicznych wiosek.

– Nie ma wody – powiedziała, gdy podeszła bliżej. Głos miała zachrypnięty.

Nie odpowiedział od razu. Zajrzał między deski przykrywające studnię, jakby nie dowierzał. Dopiero po chwili uniósł wzrok na Serę.

– Jest – odparł spokojnie.

Poczuła nagłe ukłucie irytacji. Głodni i spragnieni ludzie nie mieli cierpliwości do żartów.

– Nie ma od miesięcy – powtórzyła twardo.

Nie próbował jej przekonywać. Patrzył z taką pewnością, że Sera poczuła dziwny niepokój. Z domów zaczęli wychodzić inni. Najpierw pojedynczo, potem coraz liczniej, przyciągnięci widokiem obcego.

Tarin, mąż Sery, przepchnął się przez tłum jako pierwszy. Jak zawsze, gdy działo się coś ważnego, wyprostował plecy i uniósł wysoko brodę, przejmując dowodzenie.

– Szaleniec – rzucił Tarin, mierząc przybysza wzrokiem. – Szuka wody tam, gdzie został tylko piach. Kim jesteś?

Obcy nawet się nie poruszył. Patrzył na zgromadzonych spokojnie, jakby jeszcze nie widzieli czegoś oczywistego.

– Mów, kim jesteś i po co przyszedłeś, albo wynoś się! – podniósł głos Tarin, wyraźnie zniecierpliwiony.

– Zostanę – powiedział przybysz, nie zwracając uwagi na krzyk rozmówcy.

– Nie zostaniesz – odparł Tarin, robiąc krok przed żonę. – To nie jest miejsce dla obcych, zwłaszcza teraz.

Głosy ludzi zaczęły się nakładać, stając się coraz głośniejsze i bardziej natarczywe. Wtedy obcy uniósł rękę, uspokajając tłum.

Powolnym gestem przeciągnął długim paznokciem po skórze przedramienia. Sera zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, co chce osiągnąć. Dopiero, gdy pierwsza kropla krwi spadła na ziemię i zamiast wsiąknąć w pył, zastygła w lśniącą kulkę, poczuła, jak serce bije jej szybciej.

Ciecz zmieniła kolor. Stała się błyszcząca i żółta. Potem druga, trzecia kropla. Wszystkie przeobraziły się w czyste złoto.

Nikt w tłumie się nie poruszył ani nie odezwał. Obcy ukląkł, podniósł jedną z kropel i obrócił w palcach, pozwalając, by słońce odbiło się od kruszcu.

– Złotokrwisty… – wyszeptał ktoś z lękiem.

– Chrysaim – odezwał się stary Belor. Słowo brzmiało obco, jak z dawnych legend, ale nikt go nie podważył.

Obcy wyciągnął rękę w stronę Sery.

– Weź.

Zanim zdążyła zareagować, Tarin dopadł do dłoni przybysza. Pochwycił złoto i zacisnął je w pięści tak mocno, jakby od tego zależało jego życie.

– To wystarczy na wodę, ziarno… na suszone mięso… – zaczął Tarin, ale głosy z tłumu go zagłuszyły.

– Jeszcze! Daj nam więcej! – krzyczeli ludzie, a w ich oczach strach mieszał się z nagłą, dziką chciwością.

Chrysaim, bo tak zaczęli o nim myśleć, wyprostował się. Rana wydała tylko trzy krople krwi i teraz goiła się szybciej niż powinna u człowieka.

– Nie – uciął.

– Możesz. – Tarin złapał go za ramię. – Widzieliśmy.

– Mogę.

– Więc dawaj!

Chrysaim spojrzał na niego spokojnie.

– Nie dzisiaj.

– Dlaczego? – zapytała Sera.

– Stoicie przy studni, a wcale nie o wodę wam chodzi – odrzekł obcy.

Sera milczała. Nie rozumiała go, ale czuła, że te słowa ważą nie mniej niż złoto, które trzymali w rękach. 

– Gdybym dał wam teraz więcej – ciągnął Chrysaim, a jego głos, choć cichy, niósł się po placu z siłą uderzenia dzwonu – nie nasyciłoby to waszego głodu.

Omiótł wzrokiem zebranych, zatrzymując się na twarzach wykrzywionych niecierpliwością.

– Nauczyłoby was to jedynie prosić jeszcze głośniej.

Tłumem wstrząsnął pomruk niezadowolenia. Ktoś z tyłu zaklął pod nosem, ktoś inny zacisnął pięści, aż pobielały mu knykcie. Powietrze stało się ciężkie od niewypowiedzianych pretensji. Tylko Tarin zrobił krok naprzód, a w jego oczach płonął gniew człowieka, który nie ma już nic do stracenia.

– To po co tu w ogóle przyszedłeś? – zapytał ostro, niemal wypluwając słowa. – Żeby stać nad nami i patrzeć z góry, jak powoli dogorywamy?

Chrysaim obserwował go z niewzruszonym spokojem, który zdawał się Tarina ranić bardziej niż jakakolwiek obelga.

– Nie – odparł krótko.

Zamilkł na kilka uderzeń serca, jakby ważył na szali nie tylko słowa, ale i losy całej wioski.

– Przyszedłem zobaczyć, czy potraficie żyć inaczej.

Zapadła cisza tak głęboka, że słychać było jedynie świst suchego wiatru między domostwami.

Odwrócił się bez pożegnania i ruszył w stronę opuszczonej chaty na skraju osady. Nikt nie ośmielił się wyciągnąć ręki, by go zatrzymać. Ludzie rozstępowali się przed nim odruchowo, tworząc korytarz. Dopiero na samym progu, niemal zlewając się z mrokiem wnętrza, przystanął.

– Przyjdźcie o świcie – rzucił, nie odwracając głowy. – Każdego dnia dostaniecie swój przydział złota, tyle, ile trzeba, ale mam dwa warunki. Nie poprosicie o więcej niż dostaniecie. I będziecie słuchać moich nauk. Pochodzę z miejsca, którego wasze umysły nie pojmą od razu, lecz będziecie słuchać mimo to.

Drzwi zamknęły się za nim z głuchym, ostatecznym trzaśnięciem, nie zostawiając przestrzeni na jakiekolwiek pytania.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Przyszli jeszcze przed świtem w gęstym, chłodnym mroku. Czterdziestu ludzi z jednej wioski czekało ramię w ramię pod chatą obcego. Tarin zajął miejsce najbliżej drzwi. Stał sztywno, z dłońmi splecionymi na piersi, pilnując progu, jakby należał tylko do niego. Druga była Sera. Belor trzymał się kilka kroków dalej, oparty o ścianę. Liczył obecnych powolnym ruchem głowy.

Drzwi ustąpiły z cichym skrzypnięciem. Chrysaim wyszedł na zewnątrz i zmierzył wzrokiem czekających.

– Po kolei – rzucił krótko.

Tarin ruszył natychmiast. Podszedł do przybysza, zerkając przez ramię, czy nikt nie próbuje go wyprzedzić. Sera widziała, jak palce jej męża drżą, gdy podstawiał miskę.

Paznokieć przeciął skórę. Złote krople zaczęły uderzać o dno naczynia z suchym, metalicznym stukotem.

Jedna. Piąta. Dziesiąta.

Tarin wpatrywał się w dno miski, dopóki Chrysaim nie opuścił ręki.

– To naprawdę…? – wychrypiał.

– Twoje.

Mężczyzna cofnął się ostrożnie, tuląc naczynie do piersi. Sera podeszła następna. Nie patrzyła na złoto, lecz na twarz Chrysaima, szukając w niej jakiegokolwiek śladu bólu, gdy paznokciem ponownie otwierał ranę. Siedem kropel uderzyło o dno jej miski.

Belor zatrzymał się przy progu jako trzeci. Obserwował przedramię obcego z zimną ciekawością, jakby próbował zapamiętać każdy ruch. Otrzymał trzy krople.

Chrysaim opuścił dłoń. Skóra na jego ręku zaczęła się zrastać na ich oczach, nie zostawiając nawet śladu krwi.

– To wszystko – powiedział.

W tłumie zapanowała martwa cisza. Ludzie patrzyli na trzy miski, w których lśniło łącznie dwadzieścia kropel. Potem spojrzeli na siebie.

– A co z nami? – padł głos z tyłu. – Dla nas nie ma?

Chrysaim uniósł wzrok.

– To wszystko – powtórzył ostrzej.

– Powiedziałeś, że dasz każdemu! – krzyknął ktoś inny. Tłum ruszył do przodu. Kilku mężczyzn chwyciło obcego za szatę, osaczając go przy samej ścianie chaty.

– Nie. Powiedziałem, że dam, ile trzeba – uciął Chrysaim. Głos miał cichy, ale ludzie odruchowo puścili materiał i cofnęli się o krok.

– Przecież możesz. – Belor uniósł swoją miskę, w której brzęczały trzy złote ziarna. – Widzieliśmy. Daj im też.

– Poprosiliście o więcej – odparł Chrysaim, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie o więcej. O sprawiedliwość! – warknął Belor. – Jedni mają pełne naczynia, inni nic. To nie ma sensu.

– Czyżby? – zapytał obcy.

Chrysaim powiódł wzrokiem po trzech miskach, a potem po twarzach tych, którzy zostali z pustymi rękami.

Sera poczuła piekący skurcz w gardle. Patrzyła na Tarina, który zaciskał palce na swoich dziesięciu kroplach, i na sąsiadów, którzy zaczynali zaciskać pięści.

– Jutro – rzucił Chrysaim i bez słowa wrócił do chaty.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Drzwi zamknęły się cicho, ale dla wszystkich było jasne, że rozmowa dobiegła końca. Tarin, Sera i Belor stali z miskami w dłoniach, a wzrok trzydziestu siedmiu głodnych sąsiadów parzył ich jak żywy ogień.

– To wszystko? – wychrypiał ktoś z tłumu. – Daliście się odprawić, a dla nas nic nie zostało?

– On ma najwięcej! – krzyknął inny, robiąc krok w stronę Tarina.

Mąż Sery odruchowo osłonił naczynie ramieniem i ruszył w stronę ich chaty.

– To moje! – odkrzyknął wściekle. – Dał każdemu według jego…

– Według czego?! – Belor poczerwieniał na twarzy. – Dostałem trzy krople! Trzy! Większość gówno dostała. A ty niesiesz pełną miskę. Czym sobie na to zasłużyłeś, Tarinie?

– To moje! – warknął Tarin. – Samiście słyszeli, co powiedział.

Wtedy jeden z mężczyzn wystąpił przed nich i splunął prosto pod nogi Sery. Tarin nie czekał. Zanim ślina dotknęła zakurzonej ziemi, wyprowadził krótki, ciężki cios, który posłał tamtego na kolana. Tłum drgnął, ktoś krzyknął, zaczęła się gwałtowna szarpanina. Ludzie napierali, ale szybko zaczęli ustępować – każdy w wiosce czuł respekt przed siłą Tarina i wiedział, że ten nie zawaha się uderzyć znowu.

– Starczy! – zawołała Sera, wchodząc między męża a wzburzony tłum. Jej spokojny, stanowczy głos zadziałał szybciej niż pięści. – Dość tego.

Przeciwnicy Tarina cofnęli się, klnąc pod nosem, ale nikt nie odważył się zaatakować ponownie. Trójka dopadła do progu i zatrzasnęła rygiel. Zza ścian wciąż dobiegały uderzenia i wściekłe głosy.

– Wyłaź, Tarin! Podziel się! – niosło się z placu.

– Spróbujcie tylko wejść! To moje i koniec! – wrzasnął Tarin, aż nabrzmiały mu żyły na szyi.

W chacie nikt nie zapalił ognia. Siedzieli w mroku, a Belor odstawił swoją miskę na blat z taką furią, że małe kulki podskoczyły obijając się o siebie. Sera milczała, słuchając, jak krzyki na zewnątrz powoli cichną, przechodząc w głuche pomruki.

Nie mogła spać. Przez całą noc siedziała na progu izby, myśląc. Czuła, że te dwadzieścia kropel to nie dar, ale test, którego właśnie nie zdali.

Nad ranem, gdy niebo ledwo zaczęło szarzeć, Sera wstała.

– Idziemy – powiedziała krótko do męża i Belora, który został na noc, bojąc się opuszczać chatę przyjaciół.

– Teraz? Jeszcze ciemno – mruknął Tarin.

– Teraz. I weźcie to, co dostaliście wczoraj. Wszystko.

Znając żonę, Tarin nawet nie odważył się protestować. Wyszli przed chatę jako pierwsi, zajmując miejsce pod drzwiami Chrysaima. Gdy wioska zaczęła się schodzić, tłum patrzył na nich z niechęcią, rzucając pod nosem uszczypliwe uwagi.

– Patrzcie ich, pierwsi w kolejce – syknął ktoś.

– Co, Tarin? Mało ci było wczoraj? – rzucił inny, a przez grupę przeszły nienawistne pomruki.

Nie reagowali. Kiedy Chrysaim wyszedł, nie patrzył na nikogo. Naciął skórę paznokciem. Dziesięć kropel uderzyło o dno miski Sery.

Wzięła naczynie i zamiast odejść, odwróciła się do tłumu. Zapadła cisza, jakby wszyscy nagle zapomnieli, jak się oddycha. Sera wyciągnęła rękę i podała pierwszą kroplę kobiecie stojącej najbliżej.

Bez słowa. Potem drugą kolejnej osobie. Trzecią następnej.

Tarin drgnął, chciał coś powiedzieć, ale Belor położył mu dłoń na ramieniu. Widząc spokój żony podszedł po swoje złoto. Kiedy Chrysaim spuścił siedem kropel do jego miski, mąż Sery zawahał się tylko jedno bicie serca. Spojrzał na wyciągnięte dłonie sąsiadów i zaczął rozdawać – szybko, niemal gwałtownie, jakby chciał jak najszybciej pozbyć się ciężaru.

Belor zrobił to samo, kładąc każdą ze swoich trzech kropli na dłonie sąsiadów z niemal ceremonialną dokładnością.

– Rozdajcie też to, co macie z wczoraj – rozkazała.

Tarin zawahał się, zaciskając palce na kieszeni, ale pod surowym wzrokiem żony powoli wysypał kruszec do miski i rozdał. Belor też.

Kiedy skończyli, każdy w wiosce trzymał w dłoni jedno złote ziarno. Nawet oni sami.

– Od dziś robimy tak codziennie – powiedziała Sera, a jej głos rozszedł się czysto w rannym powietrzu. – Żeby każdy miał tyle samo.

– A jeśli ktoś zatrzyma wszystko dla siebie? – rzucił ktoś z tłumu, ale już bez wcześniejszej nienawiści.

Sera spojrzała na męża, upewniając się, że słucha.

– To znaczy, że nie jest z nami.

Chrysaim przyglądał się im przez dłuższą chwilę, po czym skinął głową z niemym uznaniem.

– Jutro – powiedział i zamknął drzwi.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Przez kolejne tygodnie wioska zaczęła oddychać innym rytmem.

Codziennie ustawiali się w kolejce, a złoto krążyło między nimi bez pośpiechu. Krople trafiały tam, gdzie powinny – sprawiedliwie, z rąk do rąk, aż nikt nie zostawał z pustymi dłońmi. Co drugi dzień każdy otrzymywał kroplę złotej krwi. Nikt nie prosił o więcej.

Na targ ruszali razem. Nie było już wyścigów o to, kto pierwszy dopadnie do straganów, ani zajadłego targowania się o każdy miedziak. Kupowali z namysłem, biorąc tyle, ile było im potrzebne: ziarno na zasiew, suszone mięso i wodę w ciężkich dzbanach, które dawniej wydawały się nieosiągalnym luksusem.

Wieczorami wypełniali plac przy studni. Siedzieli blisko siebie, czując na barkach zdrowe zmęczenie, i słuchali Chrysaima. Nie zawsze rozumieli każde zdanie – niektóre nauki o „życiu po śmierci” brzmiały obco, inne o „dzieleniu brzemienia sąsiada” wydawały się zbyt proste, by mogły odmienić świat. A jednak słuchali.

Sera zauważyła, że głosy ludzi stężały i spoważniały. Oszczędzali słowa na rzeczy naprawdę ważne. Kłótnie, dawniej wybuchające o byle drobiazg, teraz gasły szybciej, niż się zaczynały. Ludzie milkli w pół zdania, jakby jakaś niewidzialna siła kazała im ugryźć się w język.

Pierwszy raz od miesięcy nie czuli się jak stado głodnych wilków. Stali się wspólnotą, która w końcu pojęła, że nikt nie przetrwa, jeśli będzie walczył wyłącznie o siebie.

 

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Zapadał zmierzch. Ojciec chłopca szedł sztywno, ze łzami w oczach, niosąc syna tak ostrożnie, jakby trzymał pęk wyschniętej słomy, który lada chwila mógł się rozsypać. Skóra dziecka miała barwę popiołu, a głowa opadała bezwładnie na ramię mężczyzny.

– Kobra – rzucił krótko.

Słowo przecięło ciszę i zawisło w chłodnym powietrzu. Wszyscy wiedzieli, że z chłopca uchodzi życie i żadna siła nie zdoła go zatrzymać

Drzwi chaty otworzyły się. Chrysaim wyszedł na próg. Przez chwilę patrzył tylko na sinawe usta chłopca, po czym uniósł wzrok na zebranych. 

– Jedno za jedno – powiedział.

Matka dziecka, dotąd tłumiąca szloch, zamarła w pół kroku.

– Co to znaczy? – jej głos był cienki, bliski pęknięcia.

– Życie za życie – odparł Chrysaim. – Równowaga. Świat domaga się oddechu. Wy decydujecie, czy to dziecko jest warte tyle, by za nie zapłacić.

Ludzie odruchowo cofnęli się o krok, unikając jego spojrzenia. W tej gęstej, dusznej ciszy z tyłu wystąpił Elor. Najstarszy z nich wszystkich, ten, który wieczorami najuważniej słuchał nauk pod studnią. Podszedł do Chrysaima i skinął mu głową z kruchym uśmiechem.

– Rozumiem – powiedział Elor, a jego głos był zaskakująco pewny. – Mówiłeś nam o tym wczoraj. Że czasem jedno drzewo musi obumrzeć, by starczyło wody dla drugiego.

Starzec spojrzał na zapłakaną matkę, pogładził ją po dłoni i ukląkł przy dziecku.

– On ma przed sobą całe pole do zaorania. Ja swoje w życiu już obsiałem – szepnął. – Chcę to zrobić. Dla nas.

Chrysaim położył dłoń na ramieniu Elora.

– To nie ja żądam ofiary – powiedział cicho, tak by słyszeli go wszyscy. – Jestem tylko drogą.

Usiedli naprzeciw siebie na twardej ziemi, kładąc chłopca pomiędzy sobą. Sera widziała, jak Chrysaim zamyka oczy. Położył dłonie na ich piersiach – jedną na młodym, dławiącym się sercu, drugą na zmęczonym, które wybijało swój ostatni rytm.

Zaczął mówić. Słowa brzmiały jak szum wody w głębokiej jaskini, nieznane, ale kojące. Sera poczuła to niemal fizycznie – powietrze zgęstniało, a od Elora rozszedł się dziwny, mroźny chłód. Przestrzeń między nimi zadrżała.

Nagle chłopiec wziął gwałtowny, łapczywy wdech. Jego palce zacisnęły się na pyle, a na policzki wrócił nikły róż. W tym samym momencie Elor odetchnął po raz ostatni. Bez walki i bez bólu opuścił głowę na pierś, jakby po długim dniu pracy wreszcie pozwolono mu zasnąć.

Gdy dziecko zaczęło płakać, matka rzuciła się na kolana, przyciągając syna do siebie. Ludzie patrzyli na martwego starca w milczeniu.

– On wiedział – szepnęła Sera do Tarina. – Przygotował nas na to.

– Tak – odpowiedział Chrysaim, choć stał zbyt daleko, by ją usłyszeć. – Poświęcenie to wymiana. Teraz widzicie, jak wiele warte jest życie bliźniego.

Spojrzał na drżącego w ramionach matki chłopca.

– Przynieście mu wody ze studni.

Kobieta spojrzała na niego z bezradnością.

– Studnia jest sucha – powiedziała cicho.

Kilku mężczyzn skinęło głowami. Chrysaim patrzył na nich przez chwilę, jakby ważył ich wiarę.

– Jest – powiedział spokojnie.

Tarin zmarszczył brwi, gotowy do kłótni.

– Jest pusta od miesięcy.

Chrysaim nie podniósł głosu.

– Kiedy sprawdzałeś ostatni raz?

Zapadła cisza. Tarin nie odpowiedział. Sera próbowała sobie przypomnieć, kiedy ktokolwiek naprawdę zaglądał pod deski cembrowiny. Nie potrafiła.

– Idźcie – powtórzył Chrysaim. – I zobaczcie.

Tarin zaklął pod nosem i ruszył pierwszy, a kilku mężczyzn niepewnie podążyło za nim. Sera została na miejscu, słuchając tylko oddalających się kroków. Po chwili dobiegł ją krzyk. Tarin wrócił biegiem, z twarzą, na której malowało się niedowierzanie.

– Jest – wydusił. – Niewiele… ale jest.

Przez tłum przebiegł szmer. Matka dziecka poderwała się i pobiegła w stronę studni. Chrysaim odwrócił wzrok.

– Była tam, odkąd się pojawiłem – rzucił cicho. – Tylko przestaliście patrzeć.

 

Zabrali ciało Elora ostrożnie, niosąc go na skraj pola, tam gdzie w pocie czoła, dzięki wodzie, wyrwali suszy pierwsze zielone pędy. Pochowali go w ziemi, która teraz wydawała się święta.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Wieść o mocy uzdrawiania rozeszła się szybko na targach, ludzie z różnych wiosek przyjeżdżali błagać Chrysaima o pomoc. Jedni rozumieli poświęcenie i równowagę, inni odchodzili z kwitkiem. Tylko o złocie wioska milczała jak grób, dla własnego bezpieczeństwa.

Żołnierz pojawił się o świcie. Sera usłyszała go, zanim zobaczyła – ciężki, nierówny rytm kopyt konia, który szedł resztkami sił. Zwierzę miało łeb nisko spuszczony. Na jego grzbiecie leżało ciało kobiety. Bezwładna dłoń zwisała z boku, niemal szorując o kurz drogi. Żołnierz zatrzymał się przed chatą Chrysaima. Zeskoczył z siodła ciężko, jakby zbroja ważyła tonę. Ostrożnie położył kobietę na spieczonej ziemi. Jej pierś unosiła się jeszcze, ale z trudem, a każdy płytki oddech zdawał się być tym ostatnim.

– Gdzie on jest? – wychrypiał żołnierz, nie patrząc na nikogo. Tłum milczał. Nawet Tarin nie odważył się wystąpić.

Chrysaim wyszedł na próg. Patrzył beznamiętnie, wzrokiem pozbawionym litości, której szukał przybysz.

– Na targu mówili, że leczysz – wychrypiał żołnierz, prostując zbolałe plecy. – Nazywam się Vorian, służę w armii cesarza. Uratuj ją.

Chrysaim podszedł do kobiety, zerknął na jej zasinione usta i wrócił wzrokiem do żołnierza.

– Jedno za jedno – powiedział krótko.

– Mam złoto. – Vorian rzucił sakiewkę pod nogi obcego. Worek brzęknął głucho o ziemię. – Weź wszystko. Tylko spraw, żeby otworzyła oczy.

Chrysaim nie drgnął.

– Złoto to tylko piękniejszy kamień. Nie naprawisz nim życia. Śmierć nie przyjmuje zapłaty w kruszcu.

– Każdy ma swoją cenę! – warknął żołnierz, a jego dłoń mocniej zacisnęła się na mieczu. – Nie baw się ze mną. Wiem, że możesz ją uleczyć.

– Nie leczę – odpowiedział Chrysaim. – Jeśli ona ma oddychać… ktoś inny musi przestać.

Vorian rozejrzał się gwałtownie. Jego wzrok padł na młodego chłopaka z wioski, który stał za blisko. Jednym skokiem dopadł do niego, złapał za kołnierz i przyciągnął pod ostrze miecza. Chłopak zastygł, dławiąc się własnym strachem.

– Masz! – wrzasnął Vorian, dociskając stal do gardła zakładnika. – Weź jego. Jest młody, starczyłby za dwoje. No już! Rób, co musisz!

Chrysaim podszedł do nich powoli. Nie patrzył na miecz, tylko w oczy chłopaka.

– Chcesz tego? – zapytał cicho.

– Nie… błagam… – wykrztusił młodzieniec, a po jego policzku spłynęła łza.

Chrysaim spojrzał na żołnierza.

– Słyszałeś. Śmierć musi być dobrowolna, żeby życie mogło wrócić. Nie możesz ukraść komuś jutra, żeby oddać je innemu. Musisz rozumieć poświęcenie.

Vorian ryknął z wściekłości. Pchnął chłopca na ziemię, a sam zamachnął się mieczem na Chrysaima. Ostrze drasnęło policzek mężczyzny. Cienka czerwona linia pojawiła się na skórze, lecz nim zdążył mrugnąć, krew stężała i zmieniła kolor. Na twarzy Chrysaima zastygła lśniąca, złota blizna. Napastnik otworzył usta z niedowierzaniem.

– Czym ty jesteś?

– Nie pojmiesz odpowiedzi.

Miecz Voriana uderzył o ziemię. Żołnierz opadł na kolana przy kobiecie, cała jego siła nagle wyparowała, zostawiając tylko pustkę.

– Weź mnie – szepnął, a jego głos się łamał. – Zabij mnie, jeśli o to chodzi. Ja się zgadzam. Oddam wszystko za nią.

Zapadła długa cisza. Chrysaim uklęknął obok niego.

– Dlaczego chcesz to zrobić, Vorianie?

– Bo jej potrzebuję! Bez niej nie mam nic! – wykrzyczał żołnierz.

– Więc chcesz handlować sobą, żeby nie musieć żyć w rozpaczy? – Chrysaim pokręcił głową. – To nie jest poświęcenie. To ucieczka przed bólem.

Kobieta wydała z siebie ostatni, krótki świst. Jej ciało zwiotczało. Vorian dotknął dłoni ukochanej, ale była już chłodna. Chrysaim nakreślił na jej czole znaki, których nikt wcześniej nie widział.

– Nie możesz przywrócić życia, nie oddając czegoś równie cennego – dokończył Chrysaim cicho. – Nawet ja nie mam takiej mocy. Twoja żona jest już w innym, piękniejszym miejscu, nie lękaj się.

Vorian został w pyle, długo ściskając martwą dłoń, gdy inni odeszli w ciszy do chat.

– Pożałujesz, głupcze – wycedził przez zęby.

Wstał, delikatnie zarzucił ciało żony na konia i poprowadził go ku wyjściu z wioski.

Blizna na twarzy Chrysaima świeciła w słońcu, przypominając każdemu, kto spojrzał, że prawda bywa tak samo okrutna jak głód. Tego dnia nikt nie przyszedł po złoto. Wszyscy wiedzieli, co oznaczało zadrzeć z cesarskim żołnierzem.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Sera obudziła się, zanim jeszcze wybrzmiał pierwszy dźwięk. Przez chwilę leżała nieruchomo, nasłuchując napiętej ciszy wypełniającej chatę – gęstej i dusznej, niczym powietrze tuż przed uderzeniem burzy.

Dopiero po chwili dotarł do niej rytmiczny tętent. Wiele koni szło miarowym, pewnym krokiem. Gdy Sera wyszła przed dom, żołnierze wjeżdżali już między chaty zwartą, milczącą kolumną. Ludzie instynktownie schodzili im z drogi – nikt nie musiał wydawać rozkazów, by zapanowała pełna grozy uległość. Sera znalazła rozwścieczone spojrzenie Voriana, który prowadził orszak.

Na samym końcu jechał on. Nie miał na sobie ciężkiej zbroi, nie potrzebował jej. Jego szata była jasna, czysta, zupełnie niepasująca do kurzu i spękanej ziemi. Siedział prosto, spokojnie, jak ktoś, kto nie musi niczego udowadniać. Kiedy zatrzymali się na środku placu, zsiadł pierwszy.

– Cesarz Kaelion… – szepnął ktoś z tyłu.

Imię rozeszło się między ludźmi niczym chłód. Sera poczuła, jak coś ściska ją w środku.

Drzwi chaty otworzyły się. Chrysaim wyszedł na zewnątrz. Stanęli naprzeciw siebie w milczeniu. Kaelion przyglądał mu się długo i uważnie, jakby chciał wyryć w pamięci każdy szczegół jego twarzy.

– Słyszałem o tobie – odezwał się w końcu. – O złotej krwi i o tym, że przywracasz ludziom oddech.

Zamilkł na uderzenie serca, a jego słowa, choć pozbawione ciepła, zabrzmiały niemal jak wyraz uznania.

– Rzadko zdarza się, żeby ktoś dawał tak wiele. Powiedz mi tylko jedno – dodał ciszej, a tłum poruszył się niespokojnie – ilu ludzi już poświęciłeś za te oddechy?

Nikt nie odważył się wtrącić. Kaelion, wciąż nie odrywając wzroku od Chrysaima, kontynuował spokojnym, beznamiętnym tonem:

– Słyszę o tych, którzy wrócili. O dzieciach otwierających oczy i ludziach wstających z ziemi. – Dopiero teraz odwrócił się w stronę wioski, omiatając wzrokiem poddanych. – Ale o tych drugich… o nich jakoś nikt nie mówi głośno. Dlaczego?

Sera poczuła, jak jej gardło ściska nagły skurcz, gdy sąsiedzi zaczęli uciekać wzrokiem.

– Ilu z was widziało, jak ktoś umiera, żeby ktoś inny mógł żyć? – pytał cesarz, a odpowiedzią była jedynie głucha cisza. Kaelion skinął głową z satysfakcją kogoś, kto właśnie potwierdził swoje przypuszczenia. Zaczął powoli przechadzać się między ludźmi. – Rozumiem. Trudno nazwać to, co się dzieje, po imieniu, kiedy przynosi wam ulgę. Bo jeśli to zrobicie, przestanie być cudem, a zacznie być… czym?

Zatrzymał się przed jednym z mężczyzn, lecz nie czekając na odpowiedź, dokończył sam:

– W naszym prawie nazywa się to zabójstwem.

Te słowa nie były wyrzutem, lecz spokojnym stwierdzeniem faktu, co sprawiło, że uderzyły w zebranych z podwójną siłą.

– Ale tutaj nazywacie to uzdrowieniem – rzucił, rozglądając się dokoła.

– To nie tak – odezwała się Sera, robiąc krok do przodu, choć jej głos drżał niepewnie.

Kaelion spojrzał na nią niemal łagodnie.

– Wiem. Wy tego tak nie widzicie, bo to dzieje się dla was. Gdyby jednak ktoś obcy przyszedł do waszej wioski i powiedział: „oddajcie jednego, a uratuję drugiego”, jak byście go nazwali?

Nie czekając na reakcję, odwrócił się z powrotem do Chrysaima.

– Myślę, że dobrze wiecie. Ja wiem. Ty też wiesz.

– Oni wybierają – odparł Chrysaim, nie spuszczając wzroku. – Ja tylko nie ukrywam ceny. Twoje prawo nie może zaburzać równowagi świata.

– Mówisz, że wybierają – powiedział Kaelion spokojnie. – Powiedz mi tylko… jak bardzo dobrowolna jest decyzja człowieka, który patrzy na umierające dziecko?

W spojrzeniu Kaeliona coś na moment drgnęło.

– Właśnie dlatego jesteś niebezpieczny – powiedział cesarz. – Mówisz rzeczy, które brzmią prawdziwie i dajesz ludziom coś, co sprawia, że przestają zadawać pytania. A człowiek, który nie pyta, podąży za tym, który podsuwa gotowe odpowiedzi.

– On dał nam wodę, nauczył nas, żeby się dzielić – wtrącił osłabionym głosem Tarin.

– Być może – odparł cesarz. – Albo po prostu dał wam coś, co w ogóle można było podzielić. Spróbujcie to zrobić bez złota. Woda to dar od Bogów, nie kuglarza, który was wykorzystał.

Kaelion westchnął lekko i wyprostował się.

– Nie przyjechałem tu was karać. Nie interesuje mnie złoto, ani jego moc. Interesuje mnie tylko to, co dzieje się z ludźmi, którzy zaczynają słuchać mordercy, nie cesarza. Martwię się o dobro mojego ludu.

Wypowiedziane bez groźby słowa sprawiły, że Sera poczuła lodowaty dreszcz na karku. Cesarz raz jeszcze omiótł wzrokiem wszystkich zebranych, po czym zawiesił głos, budując niemal teatralne napięcie.

– Dam wam wybór. Możecie zatrzymać go tutaj, słuchać dalej i żyć według jego słów, ale zrobicie to bez naszej ochrony, bez naszych targów i bez prawa, które was strzeże. Albo… – spojrzał na nich powoli, zatrzymując wzrok na każdej twarzy po kolei – albo go oddacie i wrócicie do porządku, który znacie.

Sera spojrzała na Tarina, potem na Belora i pozostałych sąsiadów. Po raz pierwszy zobaczyła w ich oczach wahanie. Kaelion uśmiechnął się blado z pewnością, że ziarno zostało zasiane.

– Macie czas. Zastanówcie się dobrze – rzucił przez ramię, ruszając w stronę swoich ludzi. Nie musiał się już odwracać.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Zebrali się, gdy słońce wisiało jeszcze nisko nad horyzontem, a wysuszone powietrze drażniło gardła niczym popiół. Instynktownie unikali placu przy studni, gdzie zazwyczaj gromadzili się wokół Chrysaima. Zamiast tego przystanęli na samym skraju wioski, jakby fizyczna odległość od jego chaty mogła uśmierzyć rodzące się w nich poczucie winy. Stali w kręgu – trzydzieści dziewięć twarzy, które jeszcze do wieczora tworzyły wspólnotę, a teraz uparcie unikały wzajemnego wzroku.

– On ma rację – padło w końcu z tyłu. Głos był niepewny, ale wystarczył, by przełamać tamę milczenia.

– Cesarz ma rację – powtórzył ktoś inny, tym razem głośniej i z większą determinacją. – Widzieliśmy to przecież. Zawsze jedno życie za drugie.

– To nie tak działa! – przerwała Sera, zanim zdążyła ugryźć się w język. – Nikt nikogo nie zmuszał. Elor sam podjął decyzję…

– Elor nie żyje! – uciął ktoś ostro. – I co z tego, że chciał? Leży martwy w ziemi. Zabity.

Te słowa zawisły między nimi, przygniatając ostatnie ślady oporu. Belor zmarszczył brwi, próbując ratować resztki logiki.

– Ale chłopiec żyje. Widziałeś go dziś rano, biegał po ścieżce.

– Czyli rachunek się zgadza – rzucił mężczyzna z boku. – Jeden za jednego. Dokładnie tak, jak powiedział cesarz.

Tarin zacisnął szczękę tak mocno, że aż pobielał.

– A zanim przyszedł Chrysaim? – warknął, omiatając krąg wściekłym spojrzeniem. – Ile dzieci wam wtedy pomarło, bo brakowało wody? Ile razy patrzyliście beznadziejnie, jak ktoś gaśnie, nie mogąc zrobić kompletnie nic?

Zapadła cisza, ale tym razem nie było w niej pokornej zgody. W powietrzu wisiał opór podszyty strachem.

– Więc co, teraz to my mamy wybierać, kto umrze? – padło pytanie z tłumu.

– Nie wybierać, tylko rozumieć poświęcenie – odpowiedziała cicho Sera.

Kilka osób prychnęło pogardliwie. Stojąca obok starsza kobieta, żona Elora, zmierzyła ją chłodnym wzrokiem.

– Łatwo ci mówić o poświęceniu, kiedy to nie twojego męża posłał do piachu, zwodząc mądrymi słowami.

Sera otworzyła usta, by zaprzeczyć, ale zaraz je zamknęła. Nie było odpowiedzi, która w tej chwili nie brzmiałaby jak fałsz. Dyskusja zaczęła zbaczać na niebezpieczne tory – głosy narastały, a każde zdanie krążyło wokół lęku przed potęgą Kaeliona. Wiedzieli, że cesarz nie musi wyciągać miecza – wystarczy, że zamknie targi, odetnie kupców i pozwoli, by świat zapomniał o ich istnieniu.

– Starczy! – Belor uniósł rękę, wymuszając spokój. – Tak się nie dogadamy. Głosujmy.

Słowo przeszło przez tłum niczym lodowaty powiew.

– Kto jest przeciwny wydaniu Chrysaima?

Sera uniosła rękę pierwsza, nie wahając się ani chwilę. Zaraz po niej, z wyraźnym napięciem w barkach, dołączył Tarin. Następnie uratowany chłopak i jego rodzice. Jako ostatni dłoń podniósł sam Belor.

– Sześć głosów – podsumował szeptem mężczyzna, po czym dodał głośniej – kto jest za wydaniem go cesarzowi?

Przez długą chwilę nikt się nie poruszył, aż w końcu w górę powędrowała pierwsza ręka. Potem druga, trzecia… Sera patrzyła z narastającym przerażeniem, jak kolejne dłonie unoszą się powoli, niechętnie, jakby każda z nich ważyła więcej niż człowiek jest w stanie udźwignąć. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści… Niektórzy unikali jej wzroku, inni patrzyli wyzywająco, jeszcze inni robili to pośpiesznie, chcąc mieć ten moment już za sobą.

– Trzydzieści trzy – dokończył starzec, patrząc na las rąk, który właśnie wydał wyrok.

Sera rozejrzała się po znajomych twarzach i poczuła, jak coś w niej pęka. To byli ci sami ludzie, z którymi jeszcze wczoraj dzieliła chleb i nadzieję. Teraz patrzyli gdzieś w bok, odcięci od siebie murem spisku cesarza.

– To błąd – szepnęła, ale nikt jej nie odpowiedział.

Ruszyli razem, zwartą, milczącą grupą w stronę obozowiska żołnierzy. Każdy krok wydawał się Serze cięższy od poprzedniego. Kaelion stał dokładnie tam, gdzie go zostawili – wyprostowany, cierpliwy, jakby czas nie miał dla niego znaczenia. Gdy podeszli, nie musiał o nic pytać – wystarczyło jedno spojrzenie na ich zgarbione sylwetki.

Belor wystąpił przed szereg. Głos na moment uwiązł mu w gardle, ale w końcu wydusił z siebie słowa:

– Podjęliśmy decyzję. Oddamy go.

W ciszy, która nastąpiła, Kaelion powoli skinął głową. Przyglądał się im z mieszanką politowania i chłodnej satysfakcji, jakby właśnie skończył zwycięską partię szachów.

– Dobrze – powiedział spokojnie, a jego wzrok jeszcze raz spoczął na każdym z obecnych. – Świat trzyma się tylko tam, gdzie ludzie wiedzą, za kim podążać.

Odwrócił się zostawiając ich ze słowami, które paliły mocniej niż zachodzące słońce.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Plac przed chatą Chrysaima wypełnił się ludźmi, lecz nie była to już ta wspólnota, którą znała Sera. Pomiędzy sąsiadami ziały puste przestrzenie – niewielkie odstępy –  wyraźne granice strachu i wstydu. Każdy trzymał się osobno, skulony w sobie, jakby lęk przed tym, co ma nadejść, kazał im wyznaczyć sfery własnej, osobnej samotności.

Na ganku, skąpany w ostrym, południowym słońcu, stał cesarz Kaelion. Obok niego, trzymany przez dwóch rosłych strażników, Chrysaim. Nie stawiał oporu – jego ramiona zwisały luźno, a twarz pozostawała nieludzko spokojna, niemal nieobecna. Tylko złota blizna na policzku lśniła w świetle, przypominając wszystkim o mocy, którą tak niedawno wielbili.

– Dobrze wybraliście – oznajmił Kaelion, a jego głos niósł się nad placem niczym wyrok. – Wróciliście na jedyną drogę, jaka wam przysługuje. Drogę porządku, na której nikt nie musi dźwigać ciężaru zrozumienia rzeczy zakazanych.

Cesarz milczał przez chwilę, pozwalając, by to upokorzenie wsiąkło w ich serca. Potem zrobił pół kroku w stronę Chrysaima i nachylił się do jego ucha.

– Możliwe, że masz rację – szepnął Kaelion tak cicho, że usłyszał to tylko skazaniec. – Widziałem to w ich oczach.

Na moment zawiesił głos, jakby coś naprawdę rozważał.

– Ale to nie wystarczy.

Jego spojrzenie przesunęło się po tłumie i wróciło do Chrysaima.

– Mówisz do nich… a ja mówię przez nich. 

Wyprostował się powoli, a ich spojrzenia skrzyżowały się w ostatnim, niemym pojedynku. Cesarz zaszedł za plecy skazańca, dalej szepcząc.

– Naszą bronią są słowa, ale korzystamy z nich inaczej. Ty liczysz, że je zrozumieją. Ja sprawiam, że w nie wierzą. I to jest różnica między nami. Przegrałeś, Chrysaimie.

Nagle Kaelion uniósł nogę i kopnął go w plecy. Chrysaim zachwiał się, stracił równowagę i runął z ganku prosto w wyschnięty piach placu. Upadł ciężko, bez jęku, i pozostał tam, na ziemi, patrząc na swoich sąsiadów. W jego oczach nie było wstydu ani błagania o litość. Tylko bezdenna, przerażająca wiedza o tym, co za chwilę się wydarzy.

Kaelion odwrócił się do tłumu, rozkładając ramiona w geście fałszywej łaski.

– Za waszą wierność i powrót pod moją rękę… oddaję go wam. Jego złoto nic dla mnie nie znaczy. Bierzcie, co wasze.

Ludzie jeszcze nie rozumieli, co cesarz miał na myśli. Cisza, która zapadła, była tak gęsta, że Sera niemal czuła jej ciężar w płucach. Pierwszy mężczyzna poruszył się niepewnie, stawiając stopy tak, jakby stąpał po kruchym lodzie. Podszedł do leżącego. Właśnie wtedy z rozcięcia na skórze Chrysaima wytoczyła się pierwsza kropla krwi. Zanim piach zdołał ją pochłonąć, zastygła w lśniące, czyste złoto. Śmiałek zawahał się, wyciągnął dłoń, by po chwili gwałtownie ją cofnąć. Spojrzał przez ramię na innych.

– Bierz, to nasze – szepnął ktoś z tłumu.

– To prawda… nasze. Za to, co nam wyrządził – wycharczał mężczyzna.

Zacisnął palce na ranie Chrysaima, a złoto trysnęło gęstym strumieniem. Ten jeden czyn był jak iskra rzucona na wyschniętą słomę. Wszelkie resztki przyzwoitości i ludzkiego odruchu wyparowały, zastąpione przez pierwotną, nienasyconą chciwość. Tłum runął naprzód. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj dzielili się chlebem, teraz rzucili się na Chrysaima jak stado wygłodniałych wilków. Ktoś chwycił za jego ramię, skóra pękła pod paznokciami, a na ziemię sypnął się złoty grad. Krzyk bólu został natychmiast zagłuszony przez dziki wrzask tłumu, gdy z żywego, oddychającego ciała wyrwano pierwszy płat mięśni.

Plac stał się kłębowiskiem hien, atakujących szponami i zębami. Wybuchło szaleństwo, którego nie dało się już zatrzymać. Każdy chciał wyszarpać, wydrzeć dla siebie choćby odrobinę błyszczącego przekleństwa. Ciało Chrysaima rozrywało się pod ich dłońmi, a krew, która tryskała na twarze i ubrania, natychmiast zmieniała się w twarde, złote bryłki. Słychać było suchy, ohydny trzask pękających kości, które w świetle dnia mieniły się już nie bielą, a ciężkim, martwym kruszcem.

– Przestańcie! Błagam, przestańcie! – wrzeszczała Sera, próbując wbić się w zwarty mur pleców, ale czyjaś ręka uderzyła ją w twarz, posyłając na kolana. Podniosła się, oślepiona łzami, i znów spróbowała się przebić. – To jest człowiek!

Nikt jej nie słyszał. Dla tych ludzi Chrysaim przestał istnieć jako istota – stał się jedynie złożem złota, które należało rozgrabić do samego końca. Sera zobaczyła Tarina. Ten silny, dobry człowiek, jej mąż, stał nad szarpiącym się tłumem z twarzą wykrzywioną w grymasie, który był mieszanką czystej rozpaczy i zwierzęcego pożądania. Patrzył na swe zakrwawione, złocące się dłonie i płakał. Przez moment wyglądał, jakby miał się cofnąć, zatrzymać ten koszmar. Ale potem ktoś odepchnął go z boku i wbił ręce w ciało ofiary. Tarin zawahał się jeszcze ledwie chwilę. I zrobił to samo. Obok niego Belor, stary i mądry Belor, z obłędem w oczach wciskał do kieszeni kawałki błyszczących organów, które jeszcze przed chwilą utrzymywały Chrysaima przy życiu.

Sera patrzyła na to z dławiącym mdłościami przerażeniem. Uniosła głowę i zobaczyła Kaeliona. Cesarz stał na uboczu, trzymając wodze konia, i przyglądał się tej rzezi z lekkim uśmiechem ogrodnika, który obserwuje owoce swojej pracy. Ich spojrzenia skrzyżowały się na jedną, wieczną chwilę. Sera zrozumiała, że cesarz wygrał w podłej grze, czerpiąc z niej bezduszną przyjemność.

Kaelion skinął jej głową, po czym zwinnie wskoczył na siodło. Chwilę później świta ruszyła galopem, zostawiając za sobą wioskę pogrążoną w krwawym amoku, w którym dźwięk złota uderzającego o ziemię brzmiał jeszcze długo.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Sera pakowała się w pośpiechu. Choć dłonie drżały, zaciskała rzemienie toreb z bezlitosną pewnością. Ani razu nie obejrzała się za siebie. Nie chciała patrzeć na Tarina, który trwał przy wejściu do chaty niczym cień samego siebie – przygarbiony, z pustką w oczach i pełnymi kieszeniami.

– Nie idź – wychrypiał w końcu, a jego głos brzmiał, jakby tonął w piachu i pyle.

Sera nie przerwała pracy. Zawinęła ostatni kawałek grubego płótna, wsunęła go głęboko do sakwy i dopiero wtedy wyprostowała się i odwróciła do męża.

– Czym ty jesteś? – zapytała cicho, a te słowa uderzyły mocniej niż jakikolwiek krzyk.

Tarin natychmiast uciekł wzrokiem, nie potrafiąc wytrzymać jej spojrzenia.

– Sera… ja…

– Mieliśmy nigdy nie prosić o więcej, to był pierwszy warunek – przerwała mu nieludzko spokojnym, wypranym z jakichkolwiek emocji głosem. – Wszyscy to rozumieliśmy. Chrysaim nie ukrywał przed nami ceny. A wy, zamiast ją przyjąć, rozerwaliście go na strzępy tylko po to, by napchać sobie kieszenie.

Zarzuciła torbę na ramię, nie dając mu szansy na obronę.

– Brzydzę się tobą. Brzydzę się tym miejscem. Każdym kamieniem, który splamiliście.

Zatrzymała się na progu, kładąc dłoń na małej, skórzanej sakiewce przy pasie.

– To, co nam dał wcześniej… dobrowolna pomoc z jego krwi… to mi wystarczy. Resztę, wyszarpaną żywcem, weźcie sobie i nażryjcie się do syta.

– Sera, błagam… – szlochał Tarin, zakrywając twarz w dłoniach.

– Chociaż ten ostatni raz, nie proś o więcej.

Wyszła w żar popołudnia, nie oglądając się za siebie, zostawiając Tarina w mroku chaty, z rękami, które wciąż wydawały się ociekać złotem.

 

─── ☉ ─── ☉ ─── ☉─── 

 

Miesiące mijały, a niebo pozostawało beznamiętnie błękitne. Deszcz nie nadszedł. Obiecana przez cesarza protekcja okazała się ułudą – nikt nie przyjeżdżał, nikt nie handlował, nikt nie dbał o zapomnianą osadę na skraju świata.

Studnia, serce wioski, wyschła ostatecznie. Na jej dnie nie było już nawet wilgotnego błota, tylko martwa, spękana ziemia. Pola, które wiosną zaczęły nieśmiało kiełkować, słońce wypaliło do korzeni. Ziemia pod górami, zawsze uboga i surowa, bez wody zamieniła się w pył, który wiatr roznosił między chatami.

Na targach w sąsiednich miastach najpierw zabrakło mięsa, potem ziarna, aż w końcu drogi opustoszały zupełnie. Wielka susza trawiła cesarstwo, a złoto przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ludzie w wiosce przekładali błyszczące bryły z miejsca na miejsce, polerowali je szmatami, ważyli w dłoniach, ale nie mogli za nie kupić ani jednej miski ryżu, lub dzbana wody. Kruszec leżał w domach – zimny, bezużyteczny i martwy.

W samym centrum placu, dokładnie tam, gdzie rzucili się na Chrysaima i gdzie jego ciało zamieniło się w złoto, ziemia pękła z głuchym łoskotem. Z tej rany wyrósł pęd.

Rósł szybko, karmiąc się gniewem i wstydem ziemi. Wkrótce nad wioską górowało drzewo o liściach mających ciężki, metaliczny połysk. Mieszkańcy wyszli obserwując z niedowierzaniem, modląc się o owoce, którymi zaspokoją głodne żołądki. Gdy wiatr uderzał w koronę, nie było słychać szumu liści, lecz suchy, niepokojący brzęk. Zamiast owoców, z gałęzi zwisały bryły czystego złota – lśniące, doskonałe i całkowicie bezwartościowe dla konających z głodu ludzi.

 

Koniec
Nowa Fantastyka