Gram na skrzypcach w przejściu podziemnym. To mój chleb i moja pasja. Idzie mi nieźle, ale czy gram jak Heifetz? Wątpię. Żyjemy w świecie, w którym zawsze jest ktoś od ciebie lepszy. Wszystko już było, tylko krąży dalej w innych rękach, kieszeniach i gardłach.
A jednak ktoś kiedyś wydobył z ciszy pierwszy dźwięk i zrobił to najlepiej.
Gram „Serenadę” Schuberta.
Ludzie mijają mnie szczególnym podziemnym krokiem: szybkim, opuszczonogłowym, jakby schodzili do kopalni codzienności. W tle krążą zbieracze runa butelkowego. To nowy folklor polskich miast. Plastik także wraca do obiegu. Ot, taki kapitalizm recyklingowy.
Wtedy pojawia się ona – białokurtkowa. Ja też mam białą kurtkę. Zatrzymuje się na chwilę i słucha. Nasze spojrzenia się spotykają.
– Ładne – mówi. – Smutne trochę.
– Bo Schubert chyba nigdy nie był naprawdę wesoły.
Uśmiecha się.
– Pan też nie wygląda.
Wrzucone dwa złote dźwięczą w futerale prawie tak samo czysto jak struny. Dziewczyna odchodzi, jeszcze raz oglądając się przez ramię, jakby chciała sprawdzić, czy wciąż istnieję.
Gram dalej.
I wtedy ktoś staje obok mnie. Nie słyszałem jego kroków.
Długi ciemny płaszcz, pod szyją związany czarnym halsztukiem. Twarz pełna, o miękkich policzkach i zmęczonych oczach człowieka, który lubił wino, muzykę i zbyt późne powroty do domu. A jednak smutek trzyma się tej twarzy z uporem starej choroby. Słucha bardzo uważnie.
– Za szybko pan gra środek – mówi po chwili.
Mówi po niemiecku, miękko, z akcentem jakby wyjętym z innego wieku.
– Ludzie się spieszą – odpowiadam. – W przejściu trzeba grać szybciej.
Kiwa głową, jakby go to zasmuciło bardziej niż powinno.
– A jednak melodia musi mieć czas, żeby zaboleć.
Patrzy na smyczek w mojej dłoni.
– Dobry muzyk z pana – dodaje ciszej. – Tylko za mało ciszy między dźwiękami.
Rozmawiamy o skrzypcach, o wiedeńskich salach koncertowych, których nigdy nie widziałem, o tym, że muzyka najlepiej brzmi wtedy, kiedy człowiekowi pęka serce.
Potem odchodzi.
Nie wiem, kim był mój rozmówca, choć co do jego wyczucia muzyki nie mam najmniejszych wątpliwości.
Dopiero kiedy znika na schodach prowadzących ku miastu, zamykam oczy.
I przypominam sobie.
Wyszyte na jego płaszczu inicjały.
FPS.
Pod Twoimi tekstami mogę śmiało przeklejać swoje komentarze z poprzednich opowiadań.
Cześć,
jak zwykle ładne i nostalgiczne. Specjalizujesz się w krótkich formach i dobrze (a przynajmniej dla mnie trafnie) oddajesz klimat miejsca i uczuć. Nie wiem, co sądzić o fantastyce – z jednej strony trochę szkoda, że jest jej mało, dość oszczędnie i subtelnie dawkowana, ale z drugiej to też jest plus. Może nadmiar fantastyki przykryłby tę nostalgiczność w Twoich tekstach. Nie wiem…
Pozdroklik.
Pozdrawiam i klikam
rr
I wtedy ktoś staje obok mnie. Nie słyszałem jego kroków. Długi ciemny płaszcz, starannie zapięty pod szyję, twarz blada, trochę zmęczona. Słucha bardzo uważnie.
Podbiłabym nastrój – żeby wypchnąć z Szuberta z tła. Może dodać, że zamiast krawata nosił halsztuk? Może pomimo pełnej twarzy o nieco „nalanych” policzkach z charakterystycznym dołkiem, sugerującej miłość do rozrywek, malował się na niej wyraz cierpienia? Może dodać tej postaci więcej charakteru, zabierając realizm.
Bardzo dziękuję. Przeczytałam z czystą przyjemnością.
Znajomy widok – muzyk w przejściu podziemnym. Tam gra, bo tak lubi? Ktoś słucha, ktoś spojrzy. Magia. Pozdrawiam serdecznie:)
Maćku, to kolejna z Twoich scenek, kiedy grasz dla ludzi, ale jakże ślicznie ją opowiedziałeś. :)
Ludzie mijają mnie swoim podziemnym krokiem: → Czy zaimek jest konieczny? Czy ludzie mogli mijać skrzypka cudzym krokiem?
Proponuję: Ludzie mijają mnie szczególnym podziemnym krokiem:
…jakby chciała sprawdzić, czy dalej istnieję.
Gram dalej. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję pierwsze zdanie: …jakby chciała sprawdzić, czy nadal/ wciąż istnieję.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć, Maciej
Nie powiedziałbym, że Serenada Schuberta jest smutna. Początek, owszem, ale później jest nadzieja. Tak to słyszę. Piękny szort, Macieju – poetycko, ale o sprawach ziemskich. Mało kto tak potrafi pisać.
Klik!
Pozdrawiam
Dzięki za pozdroklika, Robert. Miło mi. :)
Witaj Hesket,
tak po prawdzie to też nie uważam, by ta konkretna serenada była smutna, ale sporo zależy od konkretnej interpretacji. Miałem raz w Hiszpanii taką sytuację, jak grałem, że podszedł facet i powiedział: “animate, hombre” (”rozchmurz się, stary”), choć rzecz nie była wcale smutna, a co najwyżej melancholijna, nostalgiczna, nastrojowa…
Serdecznie pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję – MZ
Dzięki, Teo. Powiem Ci, że pomysł chodził za mną już od dawna. I dopiero teraz go zrealizowałem. Powiem więcej: chciałem, ale tego w opowiadanku nie zawarłem, by było to najlepsze wykonanie owej serenady na stricie. O najlepszości miał zaświadczyć sam Schubert. Ot, ciekawostka. Ostatecznie inaczej wyszło. Pozdrawiam. :)
Droga Reg,
kawa tym razem się przydała. Twoja łapanka również. Za którą to łapankę bardzo, ale to bardzo dziękuję.
Ślę pozdrowienia – MZ:))
Silimaure, to ja dziękuję, i to bardzo. Jak widzisz, skorzystałem z Twej rady. Pozwól tylko, że się wytłumaczę – dlaczego Schuberta opisałem po łebkach? Z jego wizerunkiem zapoznałem się w wieku 15, 16 lat, dawno temu. Przez lata wydawało mi się, że wiem, jak wygląda Franz Peter. No właśnie: wydawało mi się. I na tej niby-wiedzy poprzestałem. Dzięki raz jeszcze. :)
Maćku, łapanki przekształcają się w łapaneczki i być może niebawem przestaną być pretekstem do wypicia kolejnej filiżanki kawy… :)
Serdeczności.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Nie martw mnie: łapanki albo nawet łapaneczki muszą być – to tradycja. Kawa jest tylko dodatkiem – mała, bo już późno. ;)
Swoją drogą fajne słowo “łapaneczka”. Dobrze pasuje do moich “mikroopowiadań”. ;)
Bardzo się cieszę, że spodobało Ci się coś, co napisałam. ;D
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.