- Opowiadanie: Outta Sewer - Ostatni oddech lata

Ostatni oddech lata

Obraz, na podstawie którego jest to opowiadanie, wybrałem ze względu na jego tytuł. Lubię, kiedy tytuły współgrają z samym dziełem, którego są wizytówką.

Kiedy zobaczyłem ten obraz i przypisany do niego tytuł, od razu poczułem synergię tych dwóch elementów. Mam nadzieję, że opowiadanie – choć jego treść znacząco odbiega od sielskości przestawionego przez Panią Annę krajobrazu – stanie się kolejną składową rzeczonej synergii. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ostatni oddech lata

(Anna Słoncz, Ostatni oddech lata)

 

Blada cisza płoży się wzdłuż ścieżki. Idzie od strony ukrytej za linią drzew rzeki, mglistym oparem przygina łodygi maków, ścieka spomiędzy płatków, bezgłośnie depcze trawę. Omywa brzeg traktu, lecz brak jej śmiałości, by wedrzeć się nad czarną, ubitą ziemię, więc wnika niżej – pomiędzy korzenie traw, do wilgotnego mroku.

Jeszcze przez chwilę idę, ciężkie buciory szurają o jasne plamki kamieni, głowa kołysze się w takt kroków. Zmęczone oczy przez grube szkła spoglądają w dal, ponad kotłującymi się, coraz gęstszymi miazmatami. 

Wreszcie przystaję, zrzucam z ramion plecak, pochylam się i podnoszę jeden z szorstkich otoczaków. Dobrze leży w ręce. Rzucić? Dziecięca, nierozsądna pokusa. Ściągam z nosa okulary, siadam i kładę kamyk obok bagażu.

To już koniec. Jestem, gdzie miałem dotrzeć. Dokąd musiałem wrócić.

Niebo powoli ciemnieje, mleczny opar tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki. Gęstnieje, kłębi się, rośnie. Czerwienieje od dotyku płatków, wysysa z nich barwę. 

Poczekam jeszcze trochę.

Poczekam aż czerwień wespnie się wysoko po obu stronach. Jak wody morza, przez które Mojżesz prowadził swój lud.

 

***

 

– Kazik! Hej, hej! Kaaazik!

Umorusany sześciolatek biegnie pomiędzy skupionymi wokół niewielkich ognisk ludźmi. Bose stopy śmigają po zdeptanej, rozjeżdżonej trawie; jasna, niemal biała czupryna odbija promienie popołudniowego słońca.

– Kazik! Mam coś dla ciebie! Hej, Kazik!

Ludzie obok których malec przebiega twarze mają posępne, skupione, na niejednej malują się strach i niepewność. Ta ledwo odrosła od ziemi płowowłosa iskierka żywotności wydaje się być nie na miejscu; jej radość w mijanych ludziach budzi niechęć, jakby swoim zachowaniem dziecko celowo drwiło z ich nieszczęścia, naigrywało się z przeszłego, teraźniejszego i przyszłego bólu. Odprowadzają chłopaczka niechętnymi spojrzeniami, kręcą głowami. Zaciskają usta, żeby się z nich żadne przekleństwo nie wydostało, bo dosyć już mają przekleństw i złorzeczeń; dosyć tragedii na głowach i barkach; dosyć poczucia straty w duszach.

Chłopaczek nurkuje pod brzuchem skubiącego niespiesznie trawę wałacha, zaprzęgniętego do wyładowanej po brzegi i okrytej brezentem dwukółki, potem przebiega jeszcze kilka kroków, zatrzymuje się przy krawędzi ścieżki.

Ten, którego szukał, stoi paręnaście metrów dalej, na środku traktu. Żywo gestykulując rozmawia z dwójką innych młodych mężczyzn.

– Heeej!

Kazik spostrzega chłopaka, uśmiecha się, gestem przywołuje do siebie. Potem łapie malca w biegu, podrzuca, chwyta i sadza sobie na przedramieniu.

– Co tak krzyczysz, łobuzie? – pyta z uśmiechem, wolną ręką mierzwiąc słomianą czuprynę chłopaczka. – I spójrz tylko na swoje stopy. Nie dość że brudne, to jeszcze żeś je na kamieniach poranił. Gdzie podziałeś buty?

– Do rzeki wpadłem, Kazik, wiesz, tej co za drzewami jest, o tam, dalej, za ludźmi. Z Kasią poszedłem wody nabrać i się zsunąłem i teraz mama je suszy, a babka na mnie krzyczała i jeszcze różne inne rzeczy gadała. Ale ja jej nie słucham, no wiesz, nie do końca, bo trochę słucham, ale nie, jak krzyczy…

– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słowotoku, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddech bierzesz pomiędzy słowami…

– Mama też tak mówi. I babka też, i Kaśka, i…

– Dobra, już starczy, nie rozpędzaj się znowu. – Kazik postawił malca na trawie, po czym zwrócił się do towarzyszących mu mężczyzn: – Przejdźcie po obozowisku i powiedzcie ludziom, żeby się pomału zbierali. Za kwadrans ruszamy. Jeśli nic się nie wydarzy dotrzemy na przystań przed zmrokiem. No, idźcie już, zaraz do was dołączę.

Mężczyźni skwapliwie skinęli głowami i odeszli wykonać rozkaz.

– No, to gadaj, Franula, czemuś mnie szukał? Coś się stało?

– Nie, nic, ja tylko mam coś dla ciebie, bo wiesz, tam na brzegu rzeki jest jabłonka, wlazłem na nią i zerwałem kilka jabłek. – Malec wepchnął ręce głęboko w kieszenie narzuconego na lniane giezło granatowego kubraczka, po czym wyciągnął dwa niewielkie, żółte owoce. – Babka gada, że to płonki, ale są naprawdę dobre, kwaśne, ale dobre i chciałem ci kilka przynieść.

Kazik przyjął podarunek i z chrzęstem odgryzł wielki kęs jabłka. Cierpki smak wypełnił mu usta, ale nie skrzywił się, żeby nie zrobić rozpromienionemu Frankowi przykrości.

– No, trochę kwaśne – rzucił, mocno pracując szczęką. – Ale dobre. A powiedz ty mi, Francik, gdzie Kasia? Z matulą i babką?

– Kasia nad wodą była, mówiła, że się przejdzie w dół rzeki, wiesz, zanim pójdziemy dalej.

– Aha. No dobrze, zaraz ruszamy, więc biegnij do matki i powiedz jej, żeby czasu nie mitrężyły. Tylko bez butów na ścieżkę nie właź.

Chłopaczek już miał się zerwać do biegu, kiedy zatrzymał się w pół kroku, odwrócił i z zafrasowaną miną spojrzał Kazikowi w twarz.

– Kazik… A powiesz mi, kto to jest dezerter? Bo babka cały czas gada, że ty i jeszcze Jurek od Mykoniów i ten drugi, ten co stał z tobą przedtem, jesteście tchórze, bo zamiast walczyć to uciekacie i ona powiedziała, że jesteście dezertery, a potem jeszcze…

– Franek – przerwał dziecku Kazik po raz kolejny. – Nie słuchaj babki, stara jest i o wojnie nic nie wie. Jakby wiedziała, to by rozumiała, że tu przecież same baby z dziećmi i starcy uciekają, a chronić ich ktoś musi. I to właśnie robimy. Ale jak was już przeprawimy na drugi brzeg, tam gdzie inne państwo, gdzie wróg ścigać was nie będzie, to ja, Jurek i Feliks zostaniemy po naszej stronie. Będziemy walczyć i wygramy, żebyście mogli wrócić do wsi, do naszego kraju.

Na twarzy dziecka malowała się powaga, kiedy słuchał uroczystych zapewnień młodego mężczyzny. 

– A jak dostanę jakieś ordery, to wiesz… Postanowiłem, że dam ci jeden. Umowa stoi?

– Stoi! – Franek na powrót się rozpromienił, skinął głową i w podskokach pognał między zbierających się do dalszej podróży ludzi.

Kazik, kiedy tylko stracił chłopca z oczu, westchnął ciężko i podrzucił w dłoni nadgryzione, kwaśne jabłko. Obrócił je w palcach, a potem wziął zamach, po czym cisnął nim wzdłuż ścieżki, w kierunku odległych drzew po prawej stronie, których linia wyznaczała początek rzadkiego lasu.

 

***

 

Mgła kłębi się już ponad główkami maków. Jeszcze widać w niej te najbliższe.

Staruszka, prowadząca niewielki sklepik w pobliskiej wsi ostrzegała, żebym tutaj nie szedł, kiedy zapytałem ją o ścieżkę, prowadzącą wzdłuż rzeki. Ludzie stąd wciąż pamiętają. 

Ja też już pamiętam. Przypominam sobie to, co chciałem i co musiałem zapomnieć, żeby móc jakoś żyć.

Kobiecina prosiła, prawie błagała: nie idźcie tam. Z końcem lata nikt tam nie chodzi. Jesienią, zimą, na wiosnę to tak, ale nie teraz. Bo teraz mgła znad rzeki wypełza, snuje się po makach, ich kolory jak krew wypija. Tylko na ścieżkę nie wstępuje.

Wtedy nie było tam kwiatów.

A jak kto w tę mgłę wejdzie – kontynuowała – to go na następny dzień z rzeki utopionego wyławiają.

Sięgam do kieszeni i wyciągam srebrną monetę z otworem, przez który przewlekłem długi pukiel jasnych włosów.

Wtedy zamiast nich był rzemyk.

 

*** 

 

Na brzegu, pod otoczonym krzakami rozłożystym bukiem, siedziała jasnowłosa dziewczyna. Moczyła stopy w łagodnym nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki, ręce miała zajęte ściskaniem podwiniętej bordowej sukienki, nuciła piosenkę.

Wpatrywała się w korony drzew na drugim brzegu. Czasem mrużyła oczy od błyskających wśród listowia promieni popołudniowego, wrześniowego słońca. Stopami mąciła wodę.

Trzask gałązki za plecami usłyszała w tym samym momencie, w którym silna dłoń zacisnęła się na jej ustach, a druga złapała ją wpół, wyciągając z wody. Potem napastnik postawił ją na ziemi i stanowczym ruchem odwrócił przodem ku sobie. 

– Ty durny…! – uniosła się Kaśka na widok uśmiechniętej twarzy Kazika.

– Cicho! – syknął chłopak, przytykając wskazujący palec do ust. – Nie po się tutaj spotykamy, żebyś krzykiem nam na głowy jakichś ludzi sprowadziła.

– Już myślałam, że nie przyjdziesz – fuknęła dziewczyna z pretensją.

– Przepraszam, Kasia. Z Felkiem i Jurkiem musiałem pogadać, a potem jeszcze mnie twój brat zatrzymał.

– A co ten mały znowu od ciebie chciał? Paple jak najęty, a co chwila Kazik to, a Kazik tamto, a z Kazikiem, do Kazika…

– To chyba dobrze, że mnie lubi? 

– Dobrze. Ale najlepiej by było, gdyby choć pół tego lubienia matce oddał, a babce też by się zdało. – Kasi przeszła już złość, ale nie omieszkała przywołać kpiącego uśmiechu i poczynić ostatniej kąśliwej uwagi, zanim rzuciła się Kazikowi na szyję, zasypując go pocałunkami.

Po chwili uwolniła chłopaka z miłosnego uścisku i cofnęła się o krok.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała, patrząc kochankowi głęboko w oczy.

Wyciągnęła przed siebie dłoń, na której leżała stara moneta, przebita na wylot przy krawędzi, z rzemykiem przeplecionym przez otwór.

– Co to?

– Amulet. Na szczęście. Żebyś wrócił do mnie cały. Wygrał wojnę i wrócił.

Kasia złapała Kazika za rękę, przyciągnęła ją do siebie i podwinęła rękaw płóciennej koszuli, która miał na sobie. Oplotła rzemieniem nadgarstek ukochanego, tworząc z amuletu bransoletkę.

– Szczęściem się wojen nie wygrywa. Trzeba też odwagi. – Kazik opuścił rękaw, zasłaniając prezent.

– To niech to będzie awansem medal za odwagę.

– Mój pierwszy medal – zaśmiał się chłopak. – Najważniejszy, bo od ukochanej.

Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, na kilka uderzeń serca splatając oddechy.

– Zaraz ruszamy. Idź już. – Kazik pogładził dziewczynę po policzku. – Ale wzdłuż rzeki, coby nas razem nikt nie widział.

Kaśka cmoknęła Kazika ostatni raz, po czym chłopak odwrócił się i ruszył przez krzaki, tym razem nie przejmując się czynionym hałasem. Kiedy tylko wyszedł na polanę, kroki skierował pomiędzy zbierających się niemrawo ludzi.

– No, z życiem, ludzie! – krzyknął. – Ruszamy! Zbierać dobytek i naprzód, już niedaleko!

Szedł od czoła tego wygnańczego pochodu na sam jego tył, raz po raz wykrzykując ponaglenia do wymarszu. Kiedy dotarł na koniec, odwrócił się i z zadowoleniem zauważył, że jego słowa nie przeszły bez echa, bo cała ta masa ludzka zaczynała pełznąć do ścieżki, a potem wzdłuż niej, ku przeprawie i ocaleniu.

Kary wałach, obok którego chłopak przystanął, nagle uniósł łeb i zastrzygł uszami. Kazik spojrzał na zwierzę podejrzliwie, przechylił głowę, wytężył słuch. Wśród dźwięków ludzkiej krzątaniny i nawoływań zdało mu się, że słyszy również ciche, basowe brzęczenie.

Tknięty złym przeczuciem spojrzał na łagodne wzniesienie, z którego zeszli przed godziną, kierując się ku przystani. Na biegnącej środkiem pagórka drodze nie było niczego podejrzanego, lecz powietrze nad nim zdawało się ciemniejsze, poprzecinane wątłymi smugami tańczącej na wietrze czerni.

Kazik pomyślał najpierw, że to może dym z ogniska, albo pożar jakiś. Lecz kiedy podniósł wzrok wyżej i zauważył na tle jasnego nieba trzy nadlatujące w ich stronę kształty, zalała go fala strachu.

– Samoloty! – krzyknął z całych sił, zdzierając gardło. – Kryć się! Do lasu, ludzie! Uciekać! 

 

***

 

Tumany czerwieni sięgają teraz wyżej niż moja głowa. W wieczornym półmroku wydają się lśnić własnym blaskiem.

Siedzę wśród ciszy w tym upiornym tunelu, którego granice wyznaczają krawędzie ścieżki. Wpatruję się w wirujący miazmat. Dostrzegam w nim ludzkie oblicza. Z każdą kolejną twarzą wracają wspomnienia – z zakamarków pamięci wyłaniają się imiona i nazwiska.

Stara Wójcikowa i jej córka, Maria. Pobrużdżona od picia gęba Józka Nowaka. Nastoletnie lica córek Dybuków – Wiery i Elizy.

Jurek.

Feliks.

Pod widmową twarzą tego ostatniego ze ściany mgły wysuwa się rachityczna smuga szkarłatu. Faluje, jak macka jakiegoś morskiego stworzenia, po czym przybiera kształt przedramienia, z dłonią o rozcapierzonych palcach. Wyciąga się ku mnie, lecz jest zbyt wątła. Znika, nim zdoła mnie sięgnąć.

Robi się chłodno.

W głowie kręci mi się od imion i twarzy.

 

***

 

Ludzie rzucili bez ładu i składu rzucili się do panicznej ucieczki. Zamiast się rozproszyć, próbowali sobie pomagać, wpadali na siebie, tworzyli ciasne grupki. 

Nad całym tym chaosem unosiła się wrzawa, a narastające brzęczenie silników latających maszyn bezlitośnie wdzierało się w każdy skrawek ciszy pomiędzy lamentami.

Kazik biegł środkiem tego bałaganu, kiedy umocowane na skrzydłach samolotów karabiny zaterkotały ołowianym staccato. Pociski wystrzelone z pierwszej maszyny przeorały łąkę, wgryzły się w glebę i ciała, wypełniły powietrze zapachem krwi oraz wzruszonej ziemi.

Dwa z trzech samolotów z rykiem przeleciały nisko nad głową Kazika i poczęły się wznosić. Trzeciej z maszyn nie dostrzegł, ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim naprzód i obalił w trawę.

Silny podmuch sponiewierał go, ale nie pozbawił przytomności. 

Chłopak podniósł się na czworaka. Czuł, jakby mu ktoś do głowy trocin napchał, a w mętnych oczach świat bujał się i wirował, rozmazywał w barwny kalejdoskop. W uszach słyszał tylko wysoki pisk.

Wtem ktoś złapał go za ramię i szarpnął w górę.

Kilka sekund zajęło Kazikowi rozpoznanie w bladym bohomazie twarzy Feliksa. Przyjaciel krzyczał, ale dźwięki dochodziły do ogłuszonego chłopaka zniekształcone i stłumione, jakby znajdował się pod wodą. 

Dopiero gdy Feliks ręką wskazał kierunek i pociągnął go za sobą, do Kazika wróciła świadomość, co dzieje się wokół. Postawił pierwszy niepewny krok, kiedy samoloty po nawrocie raz jeszcze wypluły z luf grad ołowiu.

Skulił się i zamknął oczy. Usłyszał świst i poczuł na policzku żar pocisku, który o włos minął jego głowę.

Uchwyt palców na ramieniu zelżał.

Kazik rozwarł powieki.

Zamiast Feliksa dostrzegł krwawy strzęp o ludzkim kształcie, leżący obok na zbryzganej czerwienią trawie. I kikut przedramienia z palcami wciąż zaciśniętymi na rękawie koszuli.

Szok wpompował w krwiobieg chłopaka więcej adrenaliny i dopiero teraz Kazik rozejrzał się, chłonąc całym sobą grozę otaczającego go krajobrazu. Dziesiątki ciał zalegało wszędzie wokół – większość rozczłonkowana, posiekana wielkokalibrowymi seriami. Starcy i dzieci, kobiety i mężczyźni.

Kazik złapał za uczepiony rękawa kikut, zerwał go i wyrzucił precz, pomiędzy inne ludzkie szczątki.

Gdzieś za jego plecami rozległ się przeszywający uszy zgrzyt, a potem uderzenie, od którego zadrżała ziemia.

Odwrócił głowę i zobaczył coś, o czym dotąd tylko słyszał, raz widział na zdjęciu w dzienniku, ale mimo to powątpiewał by coś takiego mogło istnieć: walcowaty stalowy korpus, w którym pomieścić by się mogła cała wieś, wsparty na czterech pajęczych nogach wielkości zbożowych silosów. Z dwóch wysokich kominów na szczycie cylindra buchały kłęby czarnego dymu, a trzy wianuszki karabinowych luf, które rozmieszczone były u spodu, w połowie i przy górnej krawędzi walca, bezustannie poruszały się w poszukiwaniu celów i raz za razem pluły ogniem.

Jedna z przednich nóg machiny uniosła się w górę i w akompaniamencie kolejnego zgrzytu opadła z impetem na furmankę oraz zaprzęgniętego do niej konia. Ziemia zadrżała, kiedy nieszczęsne zwierzę i jego ładunek zniknęli pod setkami ton stali, wbici głęboko w miękką glebę. Następnie wszystkie cztery nogi kolosa ugięły się i jego korpus zawisł nisko nad poziomem gruntu. Na dole walca pojawiły się dwa otwory, z których po stromych rampach wysypało się mrowie żołnierzy w dziwnych, ażurowych pancerzach z żelaza.

Kazik myślał już teraz tylko o ucieczce. Byle do drzew, do rzeki za nimi, na drugi brzeg i przez łąki, i dalej, jak najdalej od gehenny.

Zerwał się do biegu, nie bacząc czy stąpa po ziemi, czy po trupach. Potykał się o martwe ciała, ślizgał na zbryzganej krwią trawie, słyszał zgrzyty i krzyki, klekot i płacz, ale ani razu się nie odwrócił.

Wreszcie dotarł do drzew, zeskoczył ze skarpy w środek nurtu. Rzeka nie była szeroka, nie więcej niż na cztery metry, bieg miała łagodny, a na środku, w najgłębszym punkcie, sięgała Kazikowi do połowy piersi. Pomagając sobie rękami w dwóch krokach dopadł przeciwległego skraju i uczepił się długich źdźbeł traw, gęsto zwieszających się z brzegu. Podciągnął się, kiedy pomiędzy liśćmi mignęła mu jasna, niemal biała czupryna. 

Kazik bez zastanowienia opuścił się z powrotem do wody i rozgarnął mokre liście.

W wyżłobionej przez wodę, zasłoniętej zwieszającymi się trawami przybrzeżnej jamie ukrywał się Franek. Dziecko wpatrywało się w twarz Kazika z mieszaniną przerażenia i nadziei. Chłopak wsunął się obok malca i przyciągnął go do siebie. Pod roślinnym baldachimem ponad taflę wystawały tylko ich głowy.

– Ciii, Franula. Będzie dobrze, tylko siedź cicho, rozumiesz?

Chłopczyk kiwnął głową.

– Dobrze. – Kazik przytulił dziecko mocniej i przesunął się wgłąb jamy, na ile tylko się dało.

Trwali tak przez kilkanaście uderzeń przerażonych serc, zanim doszedł ich trzask łamanych zarośli. Ktoś przedzierał się ku rzece, jednak przez wąskie, pionowe szpary w skrywającej ich zielonej zasłonie nie sposób było dostrzec górnej krawędzi skarpy. 

Czyjeś stopy zaszurały na zboczu. Rozległ się huk bliskiego wystrzału.

Ciało obleczone w prostą, bordową sukienkę, stoczyło się i z pluskiem wpadło do wody. Po chwili wypłynęło na powierzchnię, z bezwładnie rozrzuconymi rękami i jasnymi jak promyki słońca włosami, falującymi wokół głowy.

Głowa dziewczyny przechyliła się w bok, pusty wzrok spoczął na kryjówce za kurtyną traw.

– Kasia… – szepnął Kazik i znów poczuł w głowie trociny.

Ponownie rozległ się trzask gałęzi, coś zaklekotało i sapnęło. Stawiając ciężkie kroki, na brzeg zszedł żołnierz z karabinem o długiej lufie. Z zakrywającego całą głowę hełmu ciągnęło się kilka grubych przewodów, których przeciwległe końce znikały w niesionym na plecach, plującym tłustymi spalinami urządzeniu. Kolejne rurki i kable prowadziły od plecaka do posykujących siłowników, zamontowanych na oplatającym nogi, korpus i ręce stalowym szkielecie wroga.

Jeden dźwięk i obaj będą martwi.

Kazik poczuł pod ręką, jak klatka Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.

Jeden szloch i obaj będą martwi.

Mocno zacisnął ramię na brzuchu dziecka, drugą dłonią zamknął mu usta. Franek sięgnął rączkami, złapał Kazika za koszulę i rzemyk amuletu, szarpnął.

Jeden głośniejszy plusk i obaj będą martwi.

Pod wodą nie będzie plusku i szlochu. Stamtąd się nie wydostaną. Kazik zmienił chwyt i wepchnął Franka głęboko pod powierzchnię.

Żołnierz w pancerzu wciąż stał na brzegu, lustrował otoczenie zza pary osadzonych w hełmie owalnych soczewek.

Usta Kazika szeptały słowa modlitwy, szeroko rozwarte źrenice zawisły nieruchomo na sylwetce żołnierza. Łagodny prąd uniósł ciało Kasi, zza drzew przestały dochodzić krzyki i wystrzały. W zaciśniętych kurczowo dłoniach dziko szarpało się dziecko.

Kazik odmawiał piątą zdrowaśkę gdy Franek przestał walczyć. Odmówił jeszcze dwie, zanim wróg odszedł.

I kolejne cztery, nim wyciągnął bezwładne ciałko na powierzchnię.

 

***

 

Wojna skończyła się dawno temu.

Pochłonęła miliony istnień, lecz ja trzymałem się od niej z dala. Aż do końca ukrywałem się w głuszy na obcej ziemi, w strachu zbyt wielkim, by odczuwać wstyd.

Można zepchnąć jakąś część siebie głęboko. Pogrzebać i zapomnieć. 

Ale sny… One nie pozwolą, zawsze przypomną. 

W trakcie wojny i jeszcze długo po niej – podczas życia na obczyźnie jako inny człowiek – śniłem biegnącą przez pustkę rzekę. Moją własną Lete, przemierzającą bezświetlne podziemia Hadesu. Przez wiele lat sny płynęły wraz z jej spokojnym nurtem, unosiły mnie na powierzchni, z dala od głębin.

Aż pewnej nocy coś zaczęło mnie łapać za nogi, ściągać w dół. Uwalniałem się i uciekałem na brzeg. Po skarpie, pomiędzy drzewa, na skąpaną we krwi łąkę. Lepka czerwień kleiła się do moich stóp w panicznym biegu ku czarnej wstążce ścieżki.

Z traw wyrastały maki, zza drzew nadchodził opar. Niebo szarzało, w mgle kłębiły się kształty.

Każdy kolejny sen prowadził mnie odrobinę dalej.

Odrobinę bliżej.

 

***

 

Niebo było tej nocy wolne od chmur, gwiazdy świeciły jasno, a garbaty księżyc barwił srebrem spokojną taflę rzeki.

Kazik ostrożnie stawiał kroki, brodząc tuż przy brzegu. Na każdy dźwięk zanurzał się w wodzie po usta i nasłuchiwał. 

Zdążał do miejsca, w którym rzeczka wpadała do wyznaczającej granice państw większej siostry. Tam znajdowała się przeprawa na drugą stronę. Tam wróg za nim nie pójdzie.

Kiedy nad ranem dotarł wreszcie na miejsce, nie zobaczył jednak czekającego przy brzegu promu, pomostu z zacumowanymi doń łódkami czy drewnianej szopy przystani. Zamiast nich były wystające z wody, celujące w niebo resztki szkieletu zatopionej barki, dogasające zgliszcza oraz zalegające wokół trupy. Wiele trupów. Najeźdźcy musieli trafić tutaj na inną, czekającą na łąkach wokół przeprawy grupę uchodźców, których zmasakrowali równie bezlitośnie, jak tę, której on przewodził jeszcze kilka godzin temu. 

Na drugim brzegu, w obcym kraju, płonęły dwa ogniska. Odległość była zbyt duża, by można cokolwiek usłyszeć, ale Kazik dojrzał poruszające się w migotliwym blasku ciemne sylwetki. Przez otwarte drzwi budynku przystani po drugiej stronie właśnie ktoś wychodził. W padającym na zewnątrz prostokącie światła pojawiła się jedna postać, a zaraz za nią druga. Drzwi zamknęły się za nimi i obie utonęły w ciemnościach. 

Kazik ruszył ku resztkom drewnianej szopy, starając się trzymać skraju pobojowiska. Kiedy zatrzymał się na krawędzi głębokiego dołu, o mało do niego nie wpadając, z drugiego brzegu padł strzał. 

Chłopak przypadł do ziemi. Zsunął się wgłąb dziury i obserwował przeciwległy brzeg, gdzie drzwi przystani ponownie stanęły otworem, po czym z mroku oderwał się samotny cień i zniknął wewnątrz budynku.

To nie do niego strzelano, choć w stu procentach pewnym być nie mógł. Kazik rozejrzał się wokół, lustrując dno i krawędzie dołu. Wzdrygnął się, gdy zrozumiał, że w tym miejscu jedną ze swoich pajęczych nóg musiała postawić bojowa machina najeźdźców. 

Odczekał jeszcze moment, po czym wygramolił się na zewnątrz i zaczął czołgać do kolejnego dołu, który odcinał się na tle pogrążonej w mroku łąki plamą gęstszej czerni. Po drodze mijał martwe ciała, raz czy dwa natrafił dłonią na coś zimnego i śliskiego – cofał wówczas rękę z obrzydzeniem, ale nie ustawał w parciu naprzód. 

Musiał znaleźć coś, czym będzie mógł przeprawić się na drugi brzeg. Wpław nie dałby rady, zbyt daleko, a do tego nurt granicznej rzeki był silniejszy niż bieg wód jej dopływów.

Szukając po omacku wreszcie natknął się na kilka zbitych razem, nadpalonych desek, które mogły być fragmentem zniszczonego pomostu. Kazik z trudem dociągnął tę prowizoryczną tratwę na brzeg, zwodował i położył się na niej.

Tak jak przewidział, nurt rzeki pociągnął go ze sobą, oddalając od przystani. Było mu to na rękę, ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony żołnierzy pilnujących drugiej strony. W końcu trwała wojna, a bratni naród, z którym dotąd handlowano i utrzymywano całkiem zażyłe kontakty, mógł teraz odwrócić się od sąsiadów w obawie przed wciągnięciem w konflikt. Takie sugestie i obawy słyszał w ostatnich dniach wiele razy, lecz dotąd je odrzucał. Teraz jednak, kiedy sam doświadczył okrucieństwa wojennej zawieruchy, stracił wcześniejszą pewność. Lepiej było nie ryzykować. 

Kiedy dotarł do połowy, zniosło go już kilkaset metrów od przystani. Zaczęło dawać znać o sobie zmęczenie – oddech Kazika przyspieszył, a od bezustannego machania mięśnie ramion piekły coraz mocniej. 

Był prawie na drugim brzegu, gdy coś złapało go za nogę.

Zimna dłoń zamknęła się na kostce i ściągnęła go z tratwy. Ktoś próbował wciągnąć go pod wodę, szarpał za spodnie i koszulę. Kiedy chłodne palce uczepiły się rzemienia z amuletem i zerwały go jednym, silnym pociągnięciem, Kazik poczuł w nadgarstku dojmujący ból.

Nie po to dotarł aż tutaj, żeby poddać się bez walki. Wziął głęboki wdech i zanurkował.

W podwodnym mroku niczego nie było widać, więc sięgnął ku napastnikowi na oślep. W lewą dłoń udało mu się złapać coś miękkiego oraz delikatnego w dotyku, z kolei prawą cudem natrafił na zerwaną bransoletkę. Zacisnął obie dłonie w pięści, targnął nimi w górę, a jednocześnie pchnął nogami w dół, jakby się chciał odbić od dna.

Udało mu się wyswobodzić.

Wynurzył głowę. Był tuż przy brzegu, gęsty las ciemniał nad nim w ostatnich godzinach nocy.

Nie rozwierając zaciśniętych kurczowo pięści wydostał się na brzeg. Jego serce uderzało z częstotliwością wystrzałów serii karabinowej. W głowie znów czuł trociny.

Naraz pomiędzy drzewami pojawiły się dwa snopy światła. Ktoś krzyknął kilka słów w obcym języku.

Chłopak w panice rzucił się w leśną gęstwę. Trzaskiem łamanych gałązek ściągnął na siebie uwagę. Padły szczekliwe rozkazy, potem kilka wystrzałów, jednak żaden go nie dosięgnął.

Kazik zatrzymał się dopiero kiedy zastał go świt. Usiadł wówczas pod omszałym pniem przewróconego drzewa, zwiesił głowę i uspokoił oddech. Spojrzał na pobielałe kłykcie wciąż zaciśniętych pięści.

Rozwarł prawą dłoń.

W jej wnętrze boleśnie wżynała się pozbawiona rzemyka, przedziurawiona moneta.

Rozwarł lewą.

Trzymał w niej pukiel długich, jasnych włosów.

 

***

 

Już pora.

Stare kości trzeszczą, kiedy wstaję. Wyciągam przed siebie amulet, robię krok naprzód i wchodzę w mgłę. Sny podpowiedziały mi co muszę zrobić, by zapomnieć i odzyskać spokój. Tym razem już na zawsze.

To dla niego, jedyny order, który dostałem. Na który nie zasłużyłem.

Upuszczam prezent pomiędzy wyblakłe, przezroczyste maki, otwieram usta i wypełniam płuca czerwoną mgłą. 

Biorę swój ostatni oddech.

Jego oddech.

Koniec
Nowa Fantastyka