- Opowiadanie: GalicyjskiZakapior - gdzie akurat nie patrzysz

gdzie akurat nie patrzysz

Witam.

Przed­sta­wiam ko­lej­ną hi­sto­ryj­kę. W za­mie­rze­niu z tych strasz­nych, ale nie wy­klu­czam, że wy­szło jak zwy­kle.

 

Zdra­dzę, że in­spi­ra­cją był robal ła­żą­cy po twa­rzy. Na szczę­ście nie po mojej, bo cho­dzi o bydlę im­por­to­wa­ne, zu­peł­nie nie­le­gal­nych roz­mia­rów ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Wul­ga­ry­zmów niet.

 

Za­chę­cam, by dać opo­wia­da­niu szan­sę, po­zdra­wiam i z góry dzię­ku­ję za po­świę­co­ny czas.

 

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy III, Użytkownicy IV

Oceny

gdzie akurat nie patrzysz

Cała hi­sto­ria za­czę­ła się nie­win­nie, a po­wie­dział­bym wręcz, że ko­micz­nie. W pew­nym sen­sie wła­śnie to czyni ją tak prze­ra­ża­ją­cą w po­rów­na­niu z in­ny­mi opo­wie­ścia­mi tego typu – ja nie wzy­wa­łem du­chów, nie spa­ce­ro­wa­łem po cmen­ta­rzu, nie uśmie­cha­łem się do ta­jem­ni­czej dziew­czy­ny z pa­ra­sol­ką, nie wci­ska­łem gu­zi­ków windy w dziw­nej ko­lej­no­ści. Ja nawet, cho­le­ra, ho­ro­sko­pów nie czy­tam!

Ja tylko chcia­łem, żeby ktoś mi otwo­rzył drzwi…

To był zwy­kły, naj­zwy­klej­szy dzień w pracy. Zsze­dłem do ar­chi­wum, żeby zde­po­no­wać tam kilka do­ku­men­tów, a drzwi, wie­dzio­ne hy­drau­licz­nym ra­mie­niem sa­mo­za­my­ka­cza, za­trza­snę­ły się za mną i nie mo­głem ich otwo­rzyć. Nie wiem, co się u licha stało – naj­wy­raź­niej jakiś nie­wi­docz­ny ele­ment me­cha­ni­zmu się urwał, wy­giął albo zła­mał. W każ­dym razie zo­sta­łem uwię­zio­ny mię­dzy za­ku­rzo­ny­mi re­ga­ła­mi i prze­stra­szy­łem się nie na żarty – ar­chi­wum jest po­łą­czo­ne je­dy­nie z pod­ziem­nym par­kin­giem i nie mo­głem wy­klu­czyć, że spę­dził­bym tam kilka go­dzin, zanim zna­la­zł­by mnie ktoś koń­czą­cy zmia­nę.

Jak dziec­ko w skle­pie, przy­ci­sną­łem twarz do nie­wiel­kie­go prze­szkle­nia w drzwiach i ro­zej­rza­łem się po par­kin­gu. Au­to­ma­tycz­ne lampy zdą­ży­ły za­uwa­żyć, że mnie tam nie ma, zde­cy­do­wa­ły się zga­snąć i ciem­ność otu­li­ła po­miesz­cze­nie. Je­dy­nie od stro­ny wy­jaz­du do­cie­ra­ła nikła po­świa­ta, od­bi­ta od po­ma­lo­wa­nych na biało ścian tu­ne­lu.

Za­sta­na­wia­łem się, czy nie po­wi­nie­nem za­cząć krzy­czeć, ale god­ność jesz­cze mi na to nie po­zwa­la­ła. I wtedy, za fi­la­rem, w miej­scu, które je­dy­nie z tru­dem mo­głem do­strzec przez małą szyb­kę w drzwiach, zo­ba­czy­łem ruch. Tylko ruch, tuż na kra­wę­dzi pola wi­dze­nia – nie wie­dzia­łem, na kogo pa­trzę i nie do­strze­ga­łem szcze­gó­łów syl­wet­ki, coś jakby pająk czmych­nął nagle do kąta – za­uwa­żo­ny, ale tak na­praw­dę nie­zo­ba­czo­ny. Naj­wy­raź­niej ktoś się wy­mknął na fajkę – po­my­śla­łem.

– Hej! – za­wo­ła­łem. Bez­zwłocz­nie, bo nie chcia­łem stra­cić oka­zji. – Hej, po­dej­dziesz mi otwo­rzyć? Coś się ze­psu­ło i nie mogę stąd wyjść.

Po­stać drgnę­ła, ale nie ode­zwa­ła się. Zdzi­wi­łem się – kto­kol­wiek to był, mu­siał mnie prze­cież sły­szeć.

– Hej, je­stem tu, w ar­chi­wum – za­wo­ła­łem po­now­nie. – Mo­żesz mi otwo­rzyć?

– A ty… ty byś mi otwo­rzył? – do­bie­gło zza drzwi.

Zmarsz­czy­łem brwi w zdzi­wie­niu. Nie mo­głem prze­cież jesz­cze ro­zu­mieć, co stoi za tak dziw­nym py­ta­niem. No i głos – był zde­cy­do­wa­nie ko­bie­cy, cichy i drżą­cy, a jed­nak od­bi­jał się moc­nym echem od ścian par­kin­gu, jakby to nie jedna osoba mó­wi­ła, a wiele. Nie roz­po­zna­łem mó­wią­cej, ale prze­cież w fir­mie pra­co­wa­ło sporo ludzi i nie było w tym nic dziw­ne­go.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dzia­łem. – Oczy­wi­ście, że bym ci otwo­rzył. A teraz wy­puść mnie stąd, pro­szę, a jeśli te cho­ler­ne drzwi cał­kiem się za­cię­ły, to daj znać kon­ser­wa­to­ro­wi.

Nie­zna­jo­ma za­chi­cho­ta­ła, nie wie­dzieć czemu. Drzwi ustą­pi­ły zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, a ja, cią­gle z nosem przy­kle­jo­nym do szyby, z tru­dem utrzy­ma­łem rów­no­wa­gę. Wpa­dłem na par­king. Au­to­ma­tycz­ne lampy za­re­ago­wa­ły na ruch. Przez mo­ment byłem jak śle­piec, bo w przy­zwy­cza­jo­nych do ciem­no­ści oczach od­czu­łem nagły zalew bia­łe­go, zim­ne­go świa­tła jak dzie­siąt­ki igie­łek.

– Wiel­kie dzię­ki! Bałem się, że przyj­dzie mi tam sie­dzieć do pią­tej – po­wie­dzia­łem, ale od­po­wie­dzia­ło tylko echo od­bi­te od ścian par­kin­gu, a gdy już udało mi się otwo­rzyć oczy, ni­ko­go przy mnie nie było.

Zby­łem ten fakt wzru­sze­niem ra­mion, stwier­dziw­szy, że naj­wy­raź­niej tra­fi­łem na jakąś dzi­wacz­kę. Wró­ci­łem do biur­ka, te­le­fo­nicz­nie dałem znać kon­ser­wa­to­ro­wi o pro­ble­mie z drzwia­mi i – jak gdyby nigdy nic – do­koń­czy­łem pracę, zro­bi­łem za­ku­py i wró­ci­łem do miesz­ka­nia.

Do­pie­ro gdy już le­ża­łem w pie­rzy­nach, do­słow­nie w ostat­niej chwi­li przed od­pły­nię­ciem w mrok, przy­szła mi do głowy dziw­na myśl – dla­cze­go au­to­ma­tycz­ne świa­tła par­kin­gu nie re­ago­wa­ły na tę ko­bie­tę?

*

Obu­dziw­szy się, nie od razu wie­dzia­łem, co wy­rwa­ło mnie ze snu. Po dłuż­szej chwi­li, spę­dzo­nej na prze­wra­ca­niu się z boku na bok, zro­zu­mia­łem, że ktoś upo­rczy­wie puka do drzwi wej­ścio­wych. Przez mo­ment my­śla­łem jesz­cze, że coś mi się musi wy­da­wać, ale nie – stu­ka­nie po­wta­rza­ło się co chwi­lę, za każ­dym razem gło­śniej­sze.

Usia­dłem na łóżku, zu­peł­nie sko­ło­wa­ny i zer­k­ną­łem na ze­ga­rek. Była pra­wie pół­noc.

Aż pod­sko­czy­łem, gdy po­na­gla­ją­ce stu­ka­nie roz­le­gło się po raz ko­lej­ny, jesz­cze do­no­śniej­sze. Na­ma­ca­łem ci­śnię­ty w kąt ti­szert, żeby choć tro­chę się okryć i na pa­lusz­kach pod­kra­dłem się pod drzwi, żeby ukrad­kiem zer­k­nąć przez wi­zjer.

Wstrzy­ma­łem od­dech.

Kto­kol­wiek tam był, mu­siał usły­szeć moje ostroż­ne kroki, bo pu­ka­nie umil­kło. Od­chy­li­łem osłon­kę ju­da­sza i wyj­rza­łem na klat­kę. A ra­czej spró­bo­wa­łem wyj­rzeć, bo w so­czew­ce nie zo­ba­czy­łem ab­so­lut­nie nic – tylko jed­no­li­tą czerń.

– Kto tam? – za­py­ta­łem nie­pew­nie. Sam nie wie­dząc czemu, wstrzy­ma­łem od­dech w ocze­ki­wa­niu. Nikt mi jed­nak nie od­po­wie­dział, noc na po­wrót stała się ciem­na i głu­cha. Nie byłem pewny, czy to żart, czy ma­ja­ki, ale w obu wy­pad­kach naj­lep­szym wyj­ściem było wró­cić do snu.

Gdy tylko od­wró­ci­łem się od drzwi, nowa seria ude­rzeń prze­szy­ła po­wie­trze, jak salwa ar­mat­nia skie­ro­wa­na pro­sto w pod­sta­wę mo­je­go krę­go­słu­pa. Kto­kol­wiek tam był, nie pukał – on walił, okła­dał te drzwi, aż cały przed­po­kój zda­wał się trząść.

– Kto tam?! – wrza­sną­łem tym razem i znowu do­sko­czy­łem do wi­zje­ra. I po­now­nie, choć wy­tę­ża­łem wzrok, jakby miało od tego za­le­żeć moje życie, nie zo­ba­czy­łem tam nic, oprócz do­sko­na­łej ciem­no­ści.

I znowu ude­rze­nie w drzwi – jedno, dru­gie, trze­cie. Teraz nie tylko je sły­sza­łem – tuż obok most­ka od­czu­łem wi­bra­cje, nio­są­ce się od okła­da­nej pię­ścią płyty MDF. W pierw­szym od­ru­chu od­sko­czy­łem od drzwi jak ra­żo­ny prą­dem, ale na­tych­miast wró­ci­łem do wi­zje­ra. Chwy­ci­łem po­krę­tło zamka, gotów otwo­rzyć, wy­sko­czyć na ko­ry­tarz i stłuc żar­tow­ni­sia na kwa­śne jabł­ko.

Za­mar­łem.

Przez chwi­lę, przez uła­mek se­kun­dy, do­strze­głem w ju­da­szu rękę – nie! – łapę! Czar­ną, pę­dzą­cą pro­sto na mnie, aż za­sło­ni­ła całe pole wi­dze­nia i znów wi­zjer wy­peł­ni­ła tylko jed­no­li­ta ciem­ność. Dobry Boże, co to była za ręka! Po­wie­dzieć, że nie mogła na­le­żeć do czło­wie­ka, to nic nie po­wie­dzieć – przy­po­mi­na­ła ra­czej nie­ślub­ne dziec­ko wy­schnię­tych ga­łę­zi i pa­ję­czych od­nó­ży, z grub­sza sple­cio­nych w kształt pal­ców i pa­zu­rów.

– Otwórz mi – ode­zwa­ło się to coś z ko­ry­ta­rza. Od razu roz­po­zna­łem ten głos: wy­so­ki i ro­ze­dr­ga­ny, jakby to nie jedna osoba mó­wi­ła, a wiele. – Otwórz, obie­ca­łeś! – roz­ka­za­ła ko­bie­ta z par­kin­gu, a potem znowu za­ło­mo­ta­ła w drzwi.

Od­sko­czy­łem po­now­nie i zła­pa­łem się za głowę. Ta łapa! To nie mogło dziać się na­praw­dę!

– Otwórz! Otwórz! Otwórz! – po­wta­rzał ko­bie­cy głos, każ­do­ra­zo­wo pod­kre­śla­jąc okrzyk moc­niej­szym niż po­przed­nie wal­nię­ciem. Drzwi w wi­docz­ny spo­sób ugi­na­ły się pod ude­rze­nia­mi. Czu­łem, że za chwi­lę mogą nie wy­trzy­mać. – Otwórz! Obie­ca­łeś! Otwórz!

Nie umiem do­kład­nie opi­sać tego, co czu­łem, gdy tak sta­łem opar­ty o ścia­nę, ze wzro­kiem wbi­tym w trzę­są­ce się drzwi, ata­ko­wa­ny de­cy­be­la­mi coraz gło­śniej­szych krzy­ków i coraz gło­śniej­sze­go wa­le­nia. To było jak pa­ra­liż, stu­por, kom­plet­na dy­so­cja­cja – nawet nie za­uwa­ży­łem, gdy głos się zmie­nił, a nie­ludz­ko silne ude­rze­nia za­stą­pi­ło re­la­tyw­nie kul­tu­ral­ne pu­ka­nie.

– Panie! – wołał głos, w któ­rym roz­po­zna­łem jed­ne­go z są­sia­dów. – Panie, co się tam wy­pra­wia? Tu lu­dzie spać pró­bu­ją!

Na pa­lusz­kach, jakby pod­ło­ga pa­rzy­ła, pod­kra­dłem się do wi­zje­ra. Zer­k­ną­łem… i rze­czy­wi­ście, zo­ba­czy­łem wą­sa­tą twarz Je­rze­go spod czwór­ki. Czym prę­dzej otwo­rzy­łem. Ba – uści­skał­bym go wtedy, gdyby na­tych­miast nie za­czął mnie rugać.

– Panie Pa­weł­ku, no co to ma zna­czyć? Co to za baba się u pana wy­dzie­ra po nocy? Czy ja mam po po­li­cję za­dzwo­nić, czy co ja mam zro­bić?

Przez mo­ment ru­sza­łem usta­mi jak wy­ję­ta z wody ryba, ale w końcu otrzeź­wia­łem odro­bi­nę i udało mi się od­po­wie­dzieć. Nie mo­głem, oczy­wi­ście, wy­znać mu praw­dy.

– To… to nie tak, jak pan myśli. Ja­kieś dzie­cia­ki się wy­dur­nia­ły. Wi­docz­nie ucie­kły, gdy tylko wy­szedł pan na ko­ry­tarz.

Wąs Je­rze­go po­ru­szył się nie­uf­nie, ale naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił mi uwie­rzyć.

– Dzie­cia­ki, mówi pan. No, jak tak, to tak. Ska­ra­nie bo­skie z gów­na­że­rią.

– Tak, tak – od­po­wie­dzia­łem, ki­wa­jąc głową. – Ska­ra­nie.

– Zatem bra­noc, są­sie­dzie. Może ła­chu­dry już nie wrócą – po­że­gnał się Jerzy i wró­cił do sie­bie, a ja znik­ną­łem we wła­snym miesz­ka­niu i skie­ro­wa­łem kroki do kuch­ni. Drżą­cą ręką na­la­łem sobie setkę. Potem drugą.

Nie wie­dzia­łem, co mam my­śleć. Skąd dziw­na ko­bie­ta mogła mieć mój adres? Jeśli nawet pra­co­wa­ła w fir­mie, to prze­cież pry­wat­ne dane pra­cow­ni­ków nie są tak łatwo do­stęp­ne. Albo była kimś z HR, albo – i ta moż­li­wość nie­po­ko­iła mnie o wiele bar­dziej – mu­sia­ła śle­dzić mój sa­mo­chód, gdy wra­ca­łem z pracy. Nie by­ło­by to takie trud­ne – za­wsze po pią­tej mia­sto jest tak za­kor­ko­wa­ne, że przy odro­bi­nie wy­sił­ku można gonić po­jaz­dy nawet na pie­cho­tę.

Ale waż­niej­sze od py­ta­nia „jak?” było py­ta­nie „po co?” – czy to miał być żart? Jeśli tak, to prze­cież wy­bit­nie wręcz nie śmiesz­ny, ale oprócz tego w grę wcho­dzi­ła chyba tylko cho­ro­ba psy­chicz­na. Prze­łkną­łem ślinę. Czy do­ro­bi­łem się po­rą­ba­nej stal­ker­ki?

Roz­cho­dzą­cy się po krwio­bie­gu gin ukoił nieco moje nerwy, a że do­cho­dzi­ła pierw­sza, pod­ją­łem je­dy­ną ra­cjo­nal­ną de­cy­zję – wy­ko­rzy­stać po­zo­sta­łe kilka go­dzin snu, a zmar­twie­nia zrzu­cić na głowę ju­trzej­sze­go mnie.

Pu­ka­nie wró­ci­ło, gdy tylko zga­si­łem świa­tło. Tym razem nie było to upo­rczy­we okła­da­nie drzwi pię­ścią, a de­li­kat­ne, mia­ro­we stu­ka­nie – puk, puk, puk. Brzmia­ło to, jakby ko­bie­ta z par­kin­gu chcia­ła je­dy­nie przy­po­mnieć mi o swo­jej obec­no­ści… albo jakby w tym stu­ka­niu za­wie­ra­ła się sub­tel­na groź­ba.

Osza­la­ły z wście­kło­ści, w sa­mych bok­ser­kach po­bie­głem do przed­po­ko­ju i gwał­tow­nie otwo­rzy­łem drzwi, nie zwa­ża­jąc wcale – a wręcz mając na­dzie­ję – że mogę sta­ra­no­wać sto­ją­cą za nimi osobę.

Tylko że ni­ko­go tam nie było.

Zimny pot zalał mi kark, gdy zo­rien­to­wa­łem się, że mia­ro­we stu­ka­nie do­bie­ga zza moich ple­ców.

Wol­nym kro­kiem, wstrzy­mu­jąc od­dech, wró­ci­łem do sy­pial­ni. Wbi­łem spoj­rze­nie w prze­suw­ne drzwi wnę­ko­wej szafy. Nie było wąt­pli­wo­ści – stu­ka­nie do­bie­ga­ło ze środ­ka.

Chwy­ci­łem, co mia­łem pod ręką – tra­fi­ło aku­rat wazon, wąski i po­dłuż­ny, i nawet wy­pro­fi­lo­wa­ny tro­chę jak pałka ba­se­bal­lo­wa. Za­mach­ną­łem się na próbę. Tak: byłem cał­ko­wi­cie zde­cy­do­wa­ny stłuc dzban na gło­wie ko­bie­ty. Być może po­wi­nie­nem się tego wsty­dzić, ale – do cho­le­ry! – ktoś obcy sie­dział mi w sza­fie i stu­kał!

– Wyłaź! Wyłaź, bo dzwo­nię na po­li­cję! – za­wo­ła­łem, ale nie do­cze­ka­łem się żad­nej re­ak­cji. Przy­gry­za­jąc wargi, zbli­ży­łem się do szafy i wy­cią­gną­łem wolną rękę, żeby od­su­nąć drzwi.

Ale za­trzy­ma­łem się w bez­ru­chu; cał­kiem tak, jak moje serce się za­trzy­ma­ło, nagle za­ata­ko­wa­ne wspo­mnie­niem, które – choć było prze­cież zu­peł­nie świe­że – zdą­ży­łem nie­mal wy­przeć ze świa­do­mo­ści: łapa, czar­na łapa z po­skrę­ca­nych, su­chych jak pieprz pną­czy i wło­cha­tych, pa­ję­czych od­nó­ży.

– No otwórz – po­na­glił głos z szafy. – Otwórz! Obie­ca­łeś!

Umysł pod­su­wał mi ob­ra­zy wy­na­tu­rzo­nych pa­lu­chów za­ci­ska­ją­cych mi się na gar­dle i ciem­ne­go par­kin­gu, na któ­rym był ktoś, na kogo nie re­ago­wa­ły fo­to­ko­mór­ki au­to­ma­tycz­nych lamp. Zro­zu­mia­łem, że za nic nie mogę otwo­rzyć – co­kol­wiek tam sie­dzia­ło, nie było ko­bie­tą i z pew­no­ścią nie dało się tego po­ko­nać cio­sem szkla­ne­go na­czy­nia!

Wazon wy­padł mi z ręki i roz­pry­snął się gej­ze­rem setek odłam­ków, ale nawet tego nie za­uwa­ży­łem – sta­łem tylko nie­ru­cho­my jak gad, wpa­trzo­ny w białe, prze­suw­ne drzwi. Stu­ka­nie znowu za­czę­ło na­ra­stać, jego od­głos mie­szał się w moich uszach z osza­la­łym wa­le­niem serca i szu­mem krwi, która mu­sia­ła już co naj­mniej w po­ło­wie skła­dać się z ad­re­na­li­ny.

– No, Paweł? – syk­nę­ło to coś, prze­rwaw­szy na mo­ment pu­ka­nie. – Otwórz. Ja dla cie­bie otwo­rzy­łam!

Nie wy­trzy­ma­łem. Nikt by nie wy­trzy­mał. Po­rwa­łem z szaf­ki port­fel i klu­czy­ki, i po­bie­głem pro­sto do sa­mo­cho­du – o mały włos za­po­mniał­bym nawet o wcią­gnię­ciu dżin­sów na tyłek. Pę­dzi­łem pu­sty­mi uli­ca­mi jak sza­lo­ny, po­ga­nia­ny wspo­mnie­niem czar­nej łapy, a wście­kły ryk sil­ni­ka sku­tecz­nie za­głu­szał wszyst­kie myśli. Wje­cha­łem na wy­lo­to­wą, potem na au­to­stra­dę. Sze­ro­kość as­fal­tu za­chę­ci­ła do za­mknię­cia licz­ni­ka – pod­da­łem się tej po­ku­sie. Ow­szem, prze­mknę­ło mi przez myśl, że gdyby po­li­cja za­trzy­ma­ła mnie z dwie­ma set­ka­mi we krwi i szyb­ko­ścio­mie­rzem zbli­ża­ją­cym się do po­dob­nych war­to­ści, pew­nie od razu tra­fił­bym do aresz­tu – ale areszt byłby małą ceną za zna­le­zie­nie się moż­li­wie da­le­ko od czar­nej łapy, stu­ka­nia i ro­ze­dr­ga­ne­go głosu.

Nawet pustą au­to­stra­dą nie można jed­nak je­chać w nie­skoń­czo­ność. Mi­ga­ją­ca kon­tro­l­ka re­zer­wy bru­tal­nie przy­wo­ła­ła mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Za­trzy­ma­łem się na sta­cji, a tan­ku­jąc, cały czas na­słu­chi­wa­łem, czuj­ny jak zając pa­są­cy się w polu – ale nie sły­sza­łem stu­ka­nia, ani ko­bie­ce­go głosu, tylko szum wia­tru i oka­zjo­nal­nie prze­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy. Ro­zej­rza­łem się, a mój wzrok padł na szyld mo­te­lu.

Czemu nie? – uzna­łem. Mu­sia­łem w końcu przy­sta­nąć i ze­brać myśli, mu­sia­łem się za­sta­no­wić, co dalej – po­wi­nie­nem we­zwać po­li­cję? Może eg­zor­cy­stę? Nie mia­łem pew­no­ści, czy Ko­ściół zaj­mu­je się wy­su­szo­ny­mi, wło­cha­ty­mi łap­ska­mi zza drzwi… ale jeśli nie oni, to kto? In­spek­to­rat We­te­ry­na­rii?

Mo­te­lik był ob­skur­ny, ele­wa­cja sy­pa­ła się ze ścian jak łu­pież – ale mieli wolne po­ko­je i przy­naj­mniej cena od­po­wia­da­ła ja­ko­ści.

– Płaci pan kartą, czy go­tów­ką? – Głos re­cep­cjo­nist­ki wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

– Kar… – Za­wa­ha­łem się. Elek­tro­nicz­ną płat­ność można prze­cież śle­dzić. Wciąż nie byłem pe­wien co do na­tu­ry noc­ne­go wi­dzia­dła, ale wo­la­łem nie ry­zy­ko­wać. – Go­tów­ką. Go­tów­ką, oczy­wi­ście.

Re­cep­cjo­nist­ka po­pa­trzy­ła na mnie spode łba, jakby do­my­śli­ła się, co przy­szło mi do głowy – ale przy­ję­ła pie­nią­dze i wy­da­ła klu­cze. W takim miej­scu na pewno czę­sto po­ja­wia­li się go­ście, któ­rzy z tego czy in­ne­go po­wo­du nie chcie­li, by wid­nia­ło ono w hi­sto­rii płat­no­ści.

Po­ko­ik był cia­sny, ale – co przy­ją­łem z za­do­wo­le­niem – czy­sty, a na odra­pa­nym łóżku cze­ka­ła po­ściel może nieco po­żół­kła, ale – są­dząc po za­pa­chu – świe­ża. Je­dy­ny­mi me­bla­mi były sto­lik nocny i szafa wnę­ko­wa… nie­po­ko­ją­co po­dob­na do tej w mojej wła­snej sy­pial­ni. Na szczę­ście drzwi nie za­mknię­to. Zaj­rza­łem do niej, nie­pew­nie, jakby coś miało w każ­dej chwi­li z niej wy­sko­czyć, ale w środ­ku było tylko kilka po­ła­ma­nych wie­sza­ków. Spoj­rza­łem na drzwi pro­wa­dzą­ce na ko­ry­tarz.

Prze­mknę­ło mi przez myśl, że nie po­wi­nie­nem ich za­my­kać. Może się to wy­da­wać ab­sur­dal­ne i mnie też się takie wy­da­ło – ale w gło­wie ko­ła­tał mi się ro­ze­dr­ga­ny głos, wo­ła­ją­cy „Otwórz! Otwórz!”. Gdyby ko­bie­ta z par­kin­gu chcia­ła po pro­stu mnie skrzyw­dzić, to po co wła­zi­ła­by do szafy? Nie było w tym żad­ne­go sensu, mogła zwy­czaj­nie wbić mi pa­zu­ry w kark. Nie wie­dzia­łem, kto – albo co – tak na­praw­dę wy­gna­ło mnie z miesz­ka­nia, ale nie­za­leż­nie, czy była to jakaś wa­riat­ka ze zde­for­mo­wa­ny­mi koń­czy­na­mi, czy nie­ma­te­rial­na i nie­czy­sta siła, naj­wy­raź­niej sam akt otwar­cia drzwi miał dla niej ja­kieś zna­cze­nie.

Nie wiem, ile czasu spę­dzi­łem jak ten głupi, z ręką na klam­ce, za­trzy­ma­ny w pół ruchu. Mu­sia­łem bić się z my­śla­mi dość długo, bo zdą­ży­ło za­schnąć mi w ustach. Na zmia­nę wy­po­mi­na­łem sobie wiarę w nie­ist­nie­ją­ce dzi­wa­dła i nie da­ją­cy się w obec­nej sy­tu­acji uspra­wie­dli­wić scep­ty­cyzm.

Wresz­cie – bo­le­śnie świa­do­my, że mogę ża­ło­wać tej de­cy­zji – zo­sta­wi­łem je lekko uchy­lo­ne.

Po­ło­ży­łem się, nie po­ście­liw­szy nawet łóżka i nie zdjąw­szy ubrań, oprócz butów. Na moje szczę­ście fir­mo­we­go lap­to­pa zwy­kłem wozić w sa­mo­cho­dzie – ow­szem, sze­fo­stwo sar­ka­ło na taką prak­ty­kę, ale to była je­dy­na opcja, która da­wa­ła gwa­ran­cję, że nie za­po­mnę go za­brać rano.

Wkli­ka­łem do sys­te­mu in­for­ma­cję o L4 – nie wy­obra­ża­łem sobie, że miał­bym po­ja­wić się w pracy – po czym za­czą­łem wpi­sy­wać do wy­szu­ki­war­ki ko­lej­ne hasła: „czar­na ręka”, „otwórz”, „pu­ka­nie w nocy”, „ko­bie­ta z par­kin­gu”, „co zro­bić, jeśli moją szafę na­wie­dza po­twór”, „czy duch bę­dzie mnie ści­gał”.

Moja wiara, że w od­mę­tach In­ter­ne­tu znaj­dę ja­ką­kol­wiek wska­zów­kę, szyb­ko top­nia­ła: tra­fia­łem je­dy­nie na wszel­kie­go ro­dza­ju cre­epy­pa­sty, wy­zna­nia ludzi o pa­ra­nor­mal­nych do­świad­cze­niach, nawet – o zgro­zo! – na linki do wy­jąt­ko­wo obrzy­dli­wej por­no­gra­fii.

Żując wargę, prze­wi­ja­łem ko­lej­ne ki­lo­me­try pseu­do­ezo­te­rycz­ne­go beł­ko­tu. Obej­rza­łem in­struk­cję wy­ko­na­nia asy­ryj­skie­go amu­le­tu pro­tek­cji i pra­sta­re­go ry­tu­ału wy­gna­nia, za­pi­sa­łem w te­le­fo­nie numer do kurii, na wy­pa­dek, gdy­bym fak­tycz­nie zde­cy­do­wał się na pomoc eg­zor­cy­sty. Nie tra­fi­łem na nic, co od­no­si­ło­by się wprost do pu­ka­ją­ce­go po­two­ra z par­kin­gu. Nie mia­łem, oczy­wi­ście, w tych spra­wach żad­ne­go do­świad­cze­nia i kie­ro­wa­łem się je­dy­nie in­tu­icją, ale więk­szość ar­ty­ku­łów i fil­mi­ków wy­glą­da­ła mi na kom­plet­ne bzdu­ry, a wiele porad su­ge­ro­wa­ło rze­czy, do któ­rych nigdy nie był­bym skłon­ny się po­su­nąć i o któ­rych nie za­mie­rzam nawet pisać.

Czu­jąc, że nie­prze­spa­na noc za­czy­na się o mnie upo­mi­nać i nie wy­trzy­mam długo z otwar­ty­mi ocza­mi, wy­grze­ba­łem z torby mar­ke­ra i pod­sze­dłem do drzwi, by wy­ma­lo­wać na nich ochron­ne sym­bo­le – a przy­naj­mniej sym­bo­le, o któ­rych po­tęż­nej mocy za­pew­niał mnie In­ter­net.

W sku­pie­niu, sta­ra­jąc się prze­ko­nać sa­me­go sie­bie, że to fak­tycz­nie może coś dać, kre­śli­łem na drew­nie wy­myśl­ne znaki.

I wtedy znów usły­sza­łem pu­ka­nie. Ci­chut­kie, jakby ko­bie­ta z par­kin­gu się ze mną draż­ni­ła. Strach oplótł mi serce i trze­wa zim­ny­mi mac­ka­mi. Ale skąd, gdzie? Sta­łem do­kład­nie mię­dzy drzwia­mi wej­ścio­wy­mi a szafą – jedno i dru­gie było prze­cież otwar­te!

Od­wró­ci­łem się po­wo­li. Palce, które za­ci­ska­łem na wy­cią­gnię­tym przed sie­bie mar­ke­rze, po­bie­la­ły mi z wy­sił­ku.

– Paweł! – do­bie­gło mnie wście­kłe syk­nię­cie. – Otwórz wresz­cie! Mu­sisz otwo­rzyć, obie­ca­łeś.

Mój wzrok za­trzy­mał się na sto­ją­cym obok łóżka sto­li­ku noc­nym, na ma­leń­kiej szu­fla­dzie pod bla­tem. Prze­ra­ża­ją­ce od­gło­sy do­bie­ga­ły wła­śnie z niej. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie – prze­cież ona ab­so­lut­nie nie mogła tam wleźć!

– Paweł! – krzyk­nę­ła moja prze­śla­dow­czy­ni, tak gło­śno, że sto­lik aż pod­sko­czył. – Otwórz!

– Zo­staw mnie! – jęk­ną­łem w bez­sil­nej proś­bie. – Czego ty chcesz?

– Chcę tylko, żebyś mi otwo­rzył. Tak, jak obie­ca­łeś.

Prze­tar­łem oczy i skro­nie. To wszyst­ko nie mogło się prze­cież dziać na­praw­dę! Gdy na­ra­sta­ją­ce stu­ka­nie zmu­si­ło mnie do po­now­ne­go spoj­rze­nia na sto­lik, mu­sia­łem za­sło­nić usta, by po­wstrzy­mać się od krzy­ku.

Szu­flad­ka miała nie­wiel­ką dziur­kę na klu­czyk – i wła­śnie z tego otwo­ru po­wo­li wy­su­nął się czar­ny, pa­ty­ko­wa­ty kształt. Za­kwi­li­łem jak mała dziew­czyn­ka na widok nie­na­tu­ral­nych, prze­ry­wa­nych ru­chów. Kształt szyb­ko oka­zał się o wiele dłuż­szy, niż ludz­ki palec – się­gnął pod­ło­gi, po­wo­li zba­dał ją, stu­ka­jąc w li­no­leum, po czym zgiął się w nie­moż­li­wy spo­sób i wy­son­do­wał blat sto­li­ka. Na mo­ment za­trzy­mał się na lap­to­pie.

– Paweł – roz­le­gło się prze­cią­głe, ro­ze­dr­ga­ne wo­ła­nie. – Pa­aaweł, gdzie je­steś? Chodź tu i otwórz mi, jak obie­ca­łeś!

Tego było zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele – rzu­ci­łem się do uciecz­ki. Tym razem na szczę­ście mia­łem klu­czy­ki w kie­sze­ni. Nie wiem, czy po­tra­fił­bym się zbli­żyć do tego prze­klę­te­go sto­li­ka, by je za­brać – lap­to­pa bez za­sta­no­wie­nia spi­sa­łem na stra­ty.

Bie­głem przez ko­ry­tarz jak opę­ta­ny. Scho­dy po­ko­na­łem, ska­cząc co dwa, albo i wię­cej stop­ni. Cudem nie skrę­ci­łem kost­ki. W sieni za­wa­dzi­łem o sto­ją­cy przy ścia­nie wie­szak na ubra­nia – prze­wró­cił się z ło­sko­tem.

– Ej, co pan?! – wrza­snę­ła re­cep­cjo­nist­ka, gdy pró­bo­wa­łem wy­plą­tać się z płasz­czy i sza­li­ków, które skrę­po­wa­ły mi nogi jak sidła. – Co pan?

– Prze­pra­szam – wy­stę­ka­łem. Chcia­łem się le­piej wy­tłu­ma­czyć, ale nic nie przy­szło mi do głowy. Oswo­bo­dzi­łem stopy i wy­bie­głem za drzwi, w noc, pro­sto do cze­ka­ją­ce­go na par­kin­gu sa­mo­cho­du. Re­cep­cjo­nist­ka krzy­cza­ła coś jesz­cze za moimi ple­ca­mi, ale nie zwra­ca­łem uwagi. Pra­gną­łem tylko od­je­chać i zna­leźć się jak naj­da­lej od tego prze­klę­te­go mo­te­lu. Ulga, którą od­czu­łem na widok czer­wo­nej Hondy, była wręcz nie­wy­sło­wio­na… Szko­da, że trwa­ła tak krót­ko.

Z da­le­ka zo­ba­czy­łem, że coś jest nie tak, choć ciem­no­ści nie po­zwo­li­ły mi do­strzec, o co tak na­praw­dę cho­dzi. Do­pie­ro w od­le­gło­ści kilku kro­ków od auta sta­ną­łem jak wryty.

Szyby były cał­ko­wi­cie za­pa­ro­wa­ne, jakby ktoś za­mon­to­wał w środ­ku prysz­nic. Mo­zai­ka drob­niut­kich kro­pli two­rzy­ła nie­prze­nik­nio­ną za­po­rę.

Nie roz­ma­wia­łem ze Stwór­cą chyba od Pierw­szej Ko­mu­nii, ale w tam­tym mo­men­cie mo­dli­łem się, bym nie miał racji – do­my­śla­łem się prze­cież, kto jest w Hon­dzie.

Ciem­na plam­ka po­ja­wi­ła się na szy­bie od stro­ny kie­row­cy. Po chwi­li uro­sła, by stać się wy­gię­tą kre­ską, na tyle sze­ro­ką, że wy­raź­nie zo­ba­czy­łem czar­ny, szpi­cza­sty szpon i cią­gną­cą za nim ka­ry­ka­tu­rę ludz­kiej dłoni, po­skrę­ca­ną z wy­su­szo­nych, pa­ją­ko­wa­tych witek.

Kre­ska do­mknę­ła się, two­rząc li­te­rę „O”. Obok niej za­czę­ła po­ja­wiać się ko­lej­na, tym razem po­zio­ma – od razu zro­zu­mia­łem, że bę­dzie to „T”.

Nagły trzask prze­rwał nocną ciszę – to ja po­trak­to­wa­łem się siar­czy­stym po­licz­kiem. Po­pra­wi­łem z dru­giej stro­ny. Ból otrzeź­wił mnie nieco, ale li­te­ry na szy­bie nie zni­kły. Ru­szy­łem przed sie­bie, bez­myśl­nie, pie­szo. Naj­pierw ser­wi­sów­ką wzdłuż au­to­stra­dy, potem skrę­ci­łem w las.

Śmia­łem się – tak, śmia­łem się w głos, ma­sze­ru­jąc po ciem­ku mię­dzy drze­wa­mi. Mój umysł mu­siał być na kra­wę­dzi i cze­piał się ostat­niej me­to­dy roz­ła­do­wa­nia na­pię­cia, która mu zo­sta­ła. To był ata­wi­stycz­ny, nie­kon­tro­lo­wa­ny od­ruch i w jakiś spo­sób było mi wstyd, że po­czu­łem się od tego ciut le­piej.

– Tak – po­wie­dzia­łem. Po­dob­no mó­wie­nie do sie­bie jest ozna­ką zdro­wej psy­chi­ki… ja bym kwe­stio­no­wał takie sta­no­wi­sko. – Tak – po­wtó­rzy­łem. – Zo­sta­nę tu, w lesie, gdzie nie ma żad­nych drzwi, żad­nych sto­li­ków, żad­nych sa­mo­cho­dów i w ogóle nic, co można by otwo­rzyć! Zo­sta­nę tu, aż to cho­ler­stwo się znu­dzi, albo na za­wsze, jeśli bę­dzie trze­ba!

Ab­surd tej myśli roz­ba­wił mnie jesz­cze bar­dziej. Ale po chwi­li, jakby jakiś prze­łącz­nik w mojej gło­wie po­trze­bo­wał se­kun­dy, żeby za­sko­czyć, wy­da­ła mi się ona cał­kiem roz­sąd­ną – ba, oczy­wi­stą! Mu­sia­łem ukryć się jak naj­da­lej od wszel­kich drzwi, bram i drzwi­czek! Las był jak sank­tu­arium!

Prze­sze­dłem jesz­cze ka­wa­łek, aż do­bie­ga­ją­cy od au­to­stra­dy szum sa­mo­cho­dów prze­stał do mnie do­cie­rać, roz­sia­dłem się pod drze­wem i roz­ko­szo­wa­łem ciszą. Choć od mo­men­tu, w któ­rym moje miesz­ka­nie na­wie­dzi­ła ko­bie­ta z par­kin­gu, mi­nę­ło rap­tem kilka go­dzin, mia­łem wra­że­nie, że po raz pierw­szy od wie­ków mogę czuć się bez­piecz­nie.

Nawet nie wiem, kiedy za­sną­łem.

*

Obu­dzi­łem się skost­nia­ły, otę­pia­ły i z bo­lą­cą głową. Nie pa­mię­ta­łem, gdzie je­stem, więc w na­tu­ral­nym od­ru­chu prze­krę­ci­łem się na drugi bok, tylko po to, by stłuc sobie bio­dro o wy­sta­ją­cy z ziemi ko­rzeń.

Pod wciąż za­ci­śnię­tą po­wie­ką, po­czu­łem nie­zno­śne dra­pa­nie – uczu­cie, jakby rzęsa wpa­dła mi do oka i draż­ni­ła de­li­kat­ne biał­ko… tylko po­mno­żo­ne dzie­sięć razy.

Serce wsko­czy­ło mi na mak­sy­mal­ne ob­ro­ty, gdy po­wtó­rzy­ło się to na dru­gim oku.

– Paweł… Paweł, otwórz! – roz­le­gła się wy­da­na ro­ze­dr­ga­nym gło­sem ko­men­da. – Otwórz oczy, Paweł!

– Nie – jęk­ną­łem. – Nie!

Za­ci­sną­łem po­wie­ki aż do bólu, naj­moc­niej, jak tylko po­tra­fi­łem. Skro­ba­nie nie usta­ło – prze­ciw­nie, na­si­la­ło się z każdą se­kun­dą, jakby upiór, mon­strum, czym do cho­le­ry ona była, tylko się roz­sier­dził. De­spe­rac­ko wy­cią­gną­łem ręce, żeby zrzu­cić z sie­bie ko­bie­tę z par­kin­gu… ale moje dło­nie tra­fi­ły je­dy­nie w po­wie­trze! Prze­tar­łem nimi twarz – nic! Wy­raź­nie czu­łem od­nó­ża pró­bu­ją­ce ro­ze­wrzeć mi po­wie­ki, wy­raź­nie czu­łem kłu­ją­ce wło­ski, wbi­ja­ją­ce się w źre­ni­ce, ale ni­cze­go tam nie było!

– No otwórz, Paweł! Obie­ca­łeś mi otwo­rzyć! – ogłu­sza­ją­co wył ko­bie­cy głos.

Pa­ni­ka się­gnę­ła ze­ni­tu. Skoro nawet leśne ostę­py nie gwa­ran­to­wa­ły bez­pie­czeń­stwa i skoro nie dało się choć­by do­tknąć mojej prze­śla­dow­czy­ni, to co mo­głem zro­bić?

Wie­dzia­łem tylko, że jest jedna rzecz, któ­rej ab­so­lut­nie zro­bić nie mogę.

Wsta­łem z tru­dem, cały czas przy­ci­ska­jąc dło­nie do oczu. Po raz ko­lej­ny rzu­ci­łem się do sza­leń­czej uciecz­ki. Nie za­sta­na­wia­łem się, po co to robię, skoro upiór naj­wy­raź­niej po­dą­żał za mną wszę­dzie – to był im­puls, in­stynkt, au­to­ma­tycz­na re­ak­cja osa­czo­ne­go zwie­rzę­cia. Byłem jak spło­szo­na sarna, która rzuca się do uciecz­ki na widok wie­lo­krot­nie mniej­sze­go od sie­bie psa, tylko po to, by skrę­cić kark na dru­cia­nym pło­cie.

I – jak łatwo się do­my­ślić – bie­ga­nie na ślepo po lesie skoń­czy­ło się dość po­dob­nie. Nie pa­mię­tam mo­men­tu, w któ­rym wy­rżną­łem czo­łem w coś twar­de­go – w jed­nej se­kun­dzie ucie­ka­łem, w dru­giej ta­rza­łem się w ściół­ce z pę­ka­ją­cą czasz­ką. Chyba tylko cud po­wstrzy­mał mnie przed otwo­rze­niem oczu. Wło­cha­te od­nó­ża wci­ska­ły się głę­bo­ko pod po­wie­ki i mia­łem wra­że­nie, że za chwi­lę ominą wil­got­ne gałki oczne i się­gną głę­biej, wzdłuż nerwu, pro­sto do tka­nek mózgu.

– No, Paweł – głos ko­bie­ty brzmiał ina­czej. Jakby od­zy­wa­ła się w nim nuta trium­fu. – Dajże już spo­kój i otwórz!

Mówią, że to­ną­cy brzy­twy się chwy­ta – ja też się czu­łem, jakby za mo­ment miała mnie po­chło­nąć toń oce­anu. Bez­wied­nie son­du­ją­ca ściół­kę ręka na­tra­fi­ła na uła­ma­ną gałąź. Chwy­ci­łem ją jak oręż i za­czą­łem wy­ma­chi­wać przed sobą w kie­run­ku, z któ­re­go zda­wał się do­bie­gać głos, ale poza ury­wa­nym świ­stem nie dało to żad­ne­go efek­tu.

– Paweł, Paweł, Paweł. – Be­stia brzmia­ła na roz­ba­wio­ną. – Nie skrzyw­dzisz mnie kij­kiem. Otwórz oczy i miej­my to za sobą. Przy­po­mi­nam: obie­ca­łeś mi to!

Zro­zu­mia­łem, że ma rację.

Jej nie mo­głem skrzyw­dzić.

Zła­pa­łem gałąź moc­niej i pchną­łem zde­cy­do­wa­nym ru­chem.

Wrza­sną­łem prze­raź­li­wie, gdy uła­ma­ny ko­niec roz­orał mi oko. Krew zmie­sza­na z wod­ni­sty­mi glu­ta­mi spły­nę­ła po po­licz­ku. Nigdy nie czu­łem ta­kie­go bólu – ale wie­dzia­łem, że muszę wy­trzy­mać go jesz­cze raz.

*

Resz­tę hi­sto­rii zna­cie. Grzy­bia­rze zna­leź­li mnie zzięb­nię­te­go, śle­pe­go, we krwi. Chyba nawet byłem przy­tom­ny – do końca nie pa­mię­tam. W każ­dym razie we­zwa­li po­li­cję, a mili pa­no­wie w mun­du­rach przy­sła­li mnie do was.

Tak że, za­pew­niam – nie będę spra­wiał kło­po­tów. Zjem każdą pa­styl­kę, którą mi dacie, grzecz­nie na­si­kam do ku­becz­ka, mo­że­cie mnie nawet za­wi­nąć w ka­ftan i wrzu­cić do mi­łe­go po­ko­iku z mięk­ki­mi ścia­na­mi. Nie ma naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. Pro­szę was tylko o dwie rze­czy.

Po pierw­sze, prze­każ­cie tę hi­sto­rię dalej. Trze­ba wresz­cie za­cząć gło­śno mówić o rze­czach cza­ją­cych się w cie­niu. Do­pó­ki bę­dzie­my uda­wać, że z naszą rze­czy­wi­sto­ścią wszyst­ko jest w po­rząd­ku, że da się ją po­znać szkieł­kiem i okiem, do­pó­ty bę­dzie­my bez­bron­ni. Lu­dzie muszą wie­dzieć! To prze­cież mogło się zda­rzyć każ­de­mu!

I druga spra­wa, dla mnie o wiele waż­niej­sza: bła­gam, pa­no­wie. Za­kli­nam was! Nie za­my­kaj­cie tych drzwi!

Koniec

Komentarze

Cześć, GalicyjskiZakapiorze!

Tego mi było trzeba. Często gęsto zaglądam do horrorów i tu miałem straszka, co jest zjawiskiem u mnie rzadkim. Najlepsze wrażenie było za pierwszym razem. No i świetny motyw w motelu z tej szufladki, gdy patyko odnóżo palec wyłaził. Przypomniał mi się też Palec, S. Kinga. 

Troszkę zepsułeś to końcówką, bo chłop wylądował w psychiatryku, dlatego możesz mieć zażalenia w postaci pt. gdzie tu fantastyka, jeśli pacjent był chory, ale wydaje mi się, że opowiadanie nie traci zbyt wiele mocy z tego tytułu.

Super horrorek. 

Klik 

Pozdrawiam

Witam :]

 

Tego mi było trzeba. Często gęsto zaglądam do horrorów i tu miałem straszka, co jest zjawiskiem u mnie rzadkim. Najlepsze wrażenie było za pierwszym razem.

Bardzo mi miło :)

 

Przypomniał mi się też Palec, S. Kinga. 

Nie czytałem, ale zerknę.

 

Troszkę zepusłeś to końcówką, bo chłop wylądował w psychiatryku, dlatego możesz mieć zażalenia w postaci pt. gdzie tu fantastyka, jeśli pacjent był chory

Hmmm raczej typowym motywem w horrorze jest, że nikt bohaterowi nie wierzy i ląduje on w psychiatryku, przynajmniej tymczasowo.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam również

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

No tak, ale w tym przypadku wierzę bohaterowi. Chętnie przeczytałbym rozwinięcie opowiadania. Najlepiej, gdyby akcja działa się w psychiatryku.

To zbieg okoliczności, ale akurat mam na warsztacie opowiadanie, które rozpoczyna się sceną w szpitalu psychiatrycznym, z tym że bohaterem głównym jest sanitariusz.

Pozdrawiam

Witaj. :)

Baaardzo dobry horror. ;) Piszesz tak, że musimy wczuć się w rolę głównego bohatera, uciekać z nim i podobnie myśleć, nie ma innej opcji. :) 

Parę razy zatrzymał mnie dialog, np. tu:

Czułem, że za chwilę mogą nie wytrzymać – Otwórz! Obiecałeś! Otwórz!

 

Były też nieliczne powtórzenia, a tu jest literówka:

Obejrzałem instrukcję wykonania asyryjskiego amuletu protekcji i prastarego rytuału wygania, zapisałem w telefonie numer do kurii, na wypadek, gdybym faktycznie zdecydował się na pomoc egzorcysty.

 

Jest groza, rosnąca co chwila i nieustanna, lecz jest również znakomity humor. ;) 

Brawka, klik, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

No tak, ale w tym przypadku wierzę bohaterowi.

No, bo on mówi prawdę, tylko doktóry mu nie wierzą :)

 


bruce,

 

Baaardzo dobry horror. ;) Piszesz tak, że musimy wczuć się w rolę głównego bohatera, uciekać z nim i podobnie myśleć, nie ma innej opcji. :) 

 

Bardzo mi miło :) Pozdrawiam również

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Przeczytałem jednym haustem, świetny tekst z bardzo dobrym wyczuciem tempa i stopniowaniem dramaturgii. Również klikam.

Nowa Fantastyka