- Opowiadanie: beeeecki - Ffiedźma

Ffiedźma

Czo­łem!

Szor­cik pełni trzy funk­cje

- krót­ko przed­sta­wia wi­zy­tę w spe­cy­ficz­nym za­kła­dzie, któ­rej przy­naj­mniej w ja­kimś stop­niu każdy z Was do­świad­czył – w tym za­kre­sie mogę je­dy­nie za­chę­cić do dzie­le­nia się swo­imi cie­ka­wy­mi i prze­ra­ża­ją­cy­mi przy­go­da­mi :)

- sta­no­wi za­po­wiedź do tekst, który nie­dłu­go mam w pla­nach wrzu­cić – ma mnie także mo­ty­wo­wać, by wresz­cie go do­koń­czyć, także pe­wien ciąg dal­szy po­wi­nien na­stą­pić ;)

- kon­ty­nu­uje przy­go­dy po­sta­ci w moim uni­wer­sum, ale spo­koj­nie, żaden to frag­ment!

 

Za­pra­szam do krót­kiej lek­tu­ry!

 

Jakby kogoś za­cie­ka­wi­ło, to o bo­ha­ter­ce można prze­czy­tać jesz­cze tu:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33840 – Po­chwa­ła głu­po­ty

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34244 – Pło­mien­na har­mo­nia

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ffiedźma

Z dyn­da­ją­ce­go szyl­du uśmie­chał się ma­lu­nek bia­łych zębów. Utrwa­lo­na ży­wi­cą farba nie utra­ci­ła bla­sku mimo wielu lat – nie imały się jej także wiatr i deszcz, które tego po­po­łu­dnia za­mknę­ły przed­mie­ścia w uści­sku. „Magister De­theld Har­reth – al­che­mia eks­pe­ry­men­tal­na jamy ust­nej” gło­sił napis nad ma­lun­kiem.

Wnę­trze za­kła­du roz­ja­śnia­ło kilka świec, a dym z la­wen­do­wych ka­dzi­de­łek smuż­ka­mi opla­tał ka­se­to­no­wy sufit. W każ­dym z kwa­dra­tów przed­sta­wio­no inny ob­ra­zek, jakby spo­dzie­wa­jąc się, że ktoś fak­tycz­nie bę­dzie je długo oglą­dać.

Go­spo­darz za­kła­du, Magister Harreth – zacny elf w sile wieku, ślę­czał przy dwóch fiol­kach, któ­rych kolby po­łą­czo­no de­sty­la­to­rem, przy­pa­tru­jąc się ka­pią­cej, bia­łej cie­czy z taką czu­ło­ścią, jakby była jego ko­chan­ką. Nie­ru­cho­my, wy­glą­dał jak ko­lej­ny dys­tyn­go­wa­ny mebel, a parę ta­kich usta­wio­no w po­miesz­cze­niu – od roz­kła­da­ne­go fo­te­la z mięk­kim opar­ciem i za­wi­ja­ny­mi pod­ło­kiet­ni­ka­mi, przez dwa se­kre­ta­rzy­ki pełne szu­fla­dek i skrzy­ne­czek, po wiel­ką i małą so­czew­kę, za którą umieszczono me­cha­nizm kilku pa­lą­cych się świec. Ca­ło­ści do­peł­nia­ły na­rzę­dzia rodem z sali tor­tur oraz ko­lek­cja nie­wiel­kich form od­lew­ni­czych, trzy­ma­nych pod klo­sza­mi.

Spo­kój ci­che­go, desz­czo­we­go po­po­łu­dnia na miej­skiej ru­bie­ży prze­rwał dźwięk dzwon­ka ozna­cza­ją­cy przy­by­cie klien­ta. Sza­cow­ny Ma­gi­ster Har­reth pod­niósł wzrok, prak­tycz­nie się nie ru­sza­jąc zza biur­ka, przy któ­rym tak uważ­nie de­sty­lo­wał ciecz.

– Uzdro­wi­cie­la! Uzdro­wi­cie­la! – roz­legł się nie­mal zwie­rzę­cy ryk sta­no­wią­cy dla el­fich uszu Ma­gi­stra zbrod­nię równą wle­wa­niu wody do kwasu.

– To nie lecz­ni­ca, na wszel­ką magię! – po­in­for­mo­wał z taką egzaltacją, jakby wy­gła­szał trzy­stu­stro­ni­co­wy trak­tat o wła­ści­wo­ściach zdro­wot­nych spo­ży­wa­nia szy­szek jo­dło­wych.

W mię­dzy­cza­sie in­truz zdą­żył po­ło­żyć coś, co naj­wy­raź­niej było jego ko­le­gą, na fo­te­lu. Ma­gi­ster z wście­kłym za­trwo­że­niem spoj­rzał na struż­kę ciem­na­wych plam zo­sta­wio­nych na po­sadz­ce.

– Tym bar­dziej nie jest to umie­ral­nia! – wark­nął, ża­łu­jąc, że na lek­cjach magii bi­tew­nej cho­dził na wa­ga­ry, by ważyć eks­pe­ry­men­tal­ne sub­stan­cje na bazie zupy dy­nio­wej. Jakże teraz przy­da­ło­by się de­li­kwen­tów wy­pchać za drzwi ową nie­na­tu­ral­ną siłą! Ale cóż… al­che­mik mu­siał po­zo­stać wier­ny ma­te­rii, a magię sto­so­wać je­dy­nie jako uzu­peł­nie­nia w rów­na­niach che­micz­nych. Nic tak nie ka­ta­li­zo­wa­ło pro­ce­sów, jak odro­bi­na siły nie z tego świa­ta!

– Mój to­wa­rzysz… Ona go… Przy­patrz się tylko! Prze­cie się na tym znasz! Mo­żesz za­ra­dzić! – bia­do­lił in­truz. Po ak­cen­cie są­dząc, był, o zgro­zo, ze wscho­du, co rów­nież ozna­cza­ło, że głowę ma pełną ry­cer­skich ide­ałów, na tyle, że nie zo­sta­ło w niej wiele miej­sca na co­kol­wiek in­ne­go. A do tego pew­nie i pustą sa­kiew­kę. W gło­wie Ma­gi­stra za­czął kieł­ko­wać in­try­gu­ją­cy po­mysł.

– Masz prze­cie ban­da­że i leki! – „Klient” za­czął chwy­tać na­rzę­dzia po­ło­żo­ne na otwar­tym se­kre­ta­rzy­ku. A to dla Ma­gi­stra by­ło­by równe z ob­ma­cy­wa­niem jego żony, gdyby nie na­zy­wa­ła się ona „Al­che­mia”.

Go­spo­darz za­kła­du wstał znad de­sty­la­to­ra i płyn­nym kro­kiem prze­szedł do nie­chcia­ne­go go­ścia. Kątem oka oce­nił stan ran­ne­go to­wa­rzy­sza – roz­cię­ty łuk brwio­wy i za­krwa­wio­na twarz wy­glą­da­ły prze­ra­ża­ją­co, ale były nie­groź­ne. Za to Ma­gi­stra za­in­try­go­wa­ły znacz­nie bar­dziej roz­bi­te usta i po­ła­ma­ne zęby.

– Drogi kra­ja­nie – rzekł nie­chęt­nie, spla­ta­jąc dło­nie za ple­ca­mi. – Źle tra­fi­li­ście. To za­kład sztu­ki, tutaj wy­ko­nu­ję utwo­ry, któ­rych ma­la­rze i pie­śnia­rze mogą za­zdro­ścić, bo nigdy mnie nie do­ści­gną. Moje dzie­ła są wiecz­nie żywe i stale pra­cu­ją­ce. Nie uzdro­wię two­je­go to­wa­rzy­sza, ale to nawet do­brze, że do mnie tra­fi­li­ście… – za­wie­sił głos i po­słał uśmiech od­sła­nia­ją­cy linię nie­ska­zi­tel­nie rów­nych i bia­łych, nie­mal błysz­czą­cych zębów. – Wy­bacz na mo­men­cik! – krzyk­nął nagle i pod­biegł do biur­ka, skąd wła­śnie rozległo pisz­cze­nie z me­cha­ni­zmu prze­sy­pa­nej klep­sy­dry.

Mam­ro­cząc pod nosem, elf prze­cią­gnął kolbę z wy­de­sty­lo­wa­ną białą mazią nad na­czy­nie z wrzą­cą wodą. Rów­no­cze­śnie drugą ręką od­na­lazł fiol­kę z re­gu­la­to­rem i dodał kilka kro­pel. Gość wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­ne­go. Przez chwi­lę zda­wa­ło się nawet, że do­bę­dzie mie­cza. Wresz­cie roz­dzia­wił gębę, z któ­rej wy­do­był się gniew­ny głos.

– Mój druh…

– Do­sta­niesz dwa worki złota za jego uła­ma­ne zęby – rzu­cił w po­śpie­chu Ma­gi­ster. Z do­świad­cze­nia wie­dział, że o ile wy­mia­na ząb za ząb ucho­dzi za spra­wie­dli­wą, o tyle złoto za ząb, za jesz­cze spra­wie­dliw­szą.

– Hę?

– Dwa, jeśli dasz mi je teraz. A jeśli, wszel­ka magio, chroń mnie, nie wzią­łeś ich z miej­sca zda­rze­nia, to wszak­że ma on po­zo­sta­łe po­ło­wy w gębie! A dla mnie, im śwież­sze, tym lep­sze.

Gość chwi­lę się wahał, ale zdra­dził go błysk w oku. Ry­cerz pod­szedł do ję­czą­ce­go to­wa­rzy­sza i szla­chet­nie oraz z ho­no­rem po­grze­bał mu w buzi.

– Co naj­mniej czte­ry po­łów­ki! – do­pre­cy­zo­wał Ma­gi­ster. – Jeśli ich brak, to waj­cha ci może pomóc.

Gość za­mru­gał, po­my­ślał, aż wresz­cie wes­tchnął, pa­trząc na nie­wy­star­cza­ją­ce dwie po­łów­ki, które gdzieś za­cho­wa­ły się w od­mę­tach jamy ust­nej ko­le­gi. Z krzy­wym uśmie­chem się­gnął po szczyp­ce le­żą­ce na se­kre­ta­rzy­ku. Ranny coś wy­mam­ro­tał, choć nie­wie­le wi­dział przez krew za­le­wa­ją­cą mu oczy, ale wtedy wspo­mnia­na waj­cha zo­sta­ła po­cią­gnię­ta, a opar­cie i pod­ło­kiet­ni­ki ele­ganc­kie­go fo­te­la wy­do­by­ły z sie­bie ob­rę­cze, które za­ci­snę­ły się na kost­kach, nad­garst­kach i czole sie­dzą­ce­go.

Po chwi­li peł­nej wrza­sków, zgrzy­tów i trza­sków, Ma­gi­ster otrzy­mał czte­ry po­łów­ki krzy­wa­wych zębów.

– Co tak długo to trwa­ło!? Mistrz mie­cza, a nie poradzi sobie ze szczyp­cami, co?! – fuk­nął i na­tych­miast wrzu­cił uzę­bie­nie do przy­go­to­wa­nej fiol­ki z mazią mie­szan­ki kwa­sów.

Roz­po­czął się ta­niec przy sprzę­cie la­bo­ra­to­ryj­nym po­le­ga­ją­cy na rów­no­cze­snym pod­grze­wa­niu, spraw­dza­niu i mie­sza­niu dwóch sub­stan­cji, by wresz­cie pi­pe­tą po­brać jedną i dodać do dru­giej, a na­stęp­nie za­mknąć w ma­lut­kiej fo­rem­ce od­lew­ni­czej. Wszyst­ko prze­pla­ta­ne sto­sow­ny­mi za­klę­cia­mi, któ­rych for­mu­ły Ma­gi­ster ukła­dał pod­czas wa­ga­rów ze wszyst­kich wy­kła­dów do­ty­czą­cych magii bi­tew­nej, oso­bo­wej i lecz­ni­czej. Czym­że one były wobec gra­cji al­che­mii?

Po za­koń­cze­niu pro­ce­su Ma­gi­ster ode­tchnął i otarł chu­s­tecz­ką pot z czoła.

– Zro­bi­li­śmy coś wiel­kie­go – po­wie­dział, kle­piąc oszo­ło­mio­ne­go klien­ta w ramię, a ukrad­kiem się­gnął drugą ręką po pałkę, zwaną też przez niego „skład­ni­kiem per­swa­du­ją­cym”. – To zna­czy, ja zro­bi­łem. Ty za swoje za­słu­gi…

Po­now­nie roz­legł się dźwięk dzwon­ka, a wil­goć i chłód z ze­wnątrz wdar­ły się do środ­ka, ga­sząc dwie świe­cie. Ma­gi­ster wstrzy­mał dzia­ła­nie.

– De­li­kat­ny ma­te­riał eks­pe­ry­men­tal­ny! Uszko­dze­nie grozi ani­hi­la­cją ca­łe­go mia­sta! – ostrzegł, wy­cią­ga­jąc ręce przed sie­bie, a jego nowy to­wa­rzysz się­gnął do pasa po miecz.

Do za­kła­du we­szła za­kap­tu­rzo­na po­stać ocie­ka­ją­ca kro­pla­mi desz­czu. Chwi­lę stała w mil­cze­niu, pa­trząc to na za­tro­ska­ne­go Ma­gi­stra dzier­żą­ce­go pałkę, to na ry­cer­skie­go go­ścia, który za­drżał na jej widok.

– Toż to ona! Wiedź­ma! – za­krzyk­nął, wy­ma­chu­jąc mie­czem.

Przy­bysz­ka prze­wró­ci­ła ocza­mi. Roz­le­gło się kilka huków i trza­sków, wła­ści­wych dla wy­ła­do­wań ma­gicz­nych, i ry­ce­rz wy­lą­do­wał pod ścia­ną, a miecz przy­szpi­lił mu płaszcz do pod­ło­gi.

– Ja nie mia­łem z nimi nic wspól­ne­go, jak zresz­tą wi­dzisz – oznaj­mił Ma­gi­ster, po­ka­zu­jąc na pałkę w ręce. – Z pew­no­ścią za­szło mię­dzy wami ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie i mia­łaś powód, cho­ciaż mógł być bar­dziej sub­tel­ny niż tak pry­mi­tyw­na magia bi­tew­na, ale… – za­wa­hał się, pa­trząc na groź­ne spoj­rze­nie „wiedź­my” – …muszę coś spraw­dzić.

Rzu­cił się do biur­ka jak wo­jow­nik do walki i za­czął schła­dzać na­peł­nio­ną formę w przy­go­to­wa­nym uprzed­nio lo­dzie o tem­pe­ra­tu­rze. Ma­gi­ster wy­da­wał się zu­peł­nie za­po­mnieć o wszyst­kim, co miało miej­sce w za­kła­dzie, sku­pio­ny je­dy­nie na dzie­le, pa­trząc na każde, nawet mi­ni­mal­ne drgnię­cie formy, otoczonej dymem parującego lodu.

Za­kap­tu­rzo­na sta­nę­ła obok niego.

– Ma­gi­ster Har­reth, eks­pe­ry­men­tal­na al­che­mia zę­bóff? – po­wie­dzia­ła dziw­nym gło­sem, pra­wie nie otwie­ra­jąc ust.

– Tak. A ty je­steś? – mruk­nął, rzu­ca­jąc jej za­in­try­go­wa­ne spoj­rze­nie, a jed­no­cze­śnie usil­nie pró­bu­jąc zwięk­szyć tempo chło­dze­nia.

– Ffiedź­ma.

I wtedy uj­rzał ją na nowo. Od­wró­cił się, a spod kap­tu­ra, w ciem­nym ob­ra­zie twa­rzy, na pierw­szym planie złożonym z jamy ustnej, do­strzegł miej­sce ide­al­ne, stwo­rzo­ne dla jego mi­strzo­stwa. Wiel­ką, obrzy­dli­wą dziu­rę zie­ją­cą w miej­scu dwóch gór­nych sie­ka­czy.

– Do tego bę­dzie­my po­trze­bo­wać znacz­nie wię­cej ma­te­ria­łu ży­we­go – po­wie­dział pod­eks­cy­to­wa­ny Ma­gi­ster. – Całe szczę­ście spro­wa­dzi­łaś dwa nie­mal pełne kom­ple­ty. A ja, chwal­my wszyst­kie do­me­ny magii, mam wię­cej tych kom­for­to­wych fo­te­li, by owe kom­ple­ty po­zo­sta­ły na miej­scu.

Kącik ust nie­zna­jo­mej drgnął w mi­ni­mal­nym uśmie­chu.

Tej nocy Ma­gi­ster Har­reth, za­przę­ga­jąc do pracy całą swoją wie­dzę i do­świad­cze­nie oraz eks­pe­ry­men­tal­ną al­che­mię i rów­na­nia ma­gicz­ne, stwo­rzył naj­więk­sze dzie­ło w dzie­jach jam ust­nych.

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

no to jedziemy!

 

Niespecjalnie lubię opowiadania “dentystyczne”, ale zobaczymy, co przygotowałeś ;)

 

Kątem oka zidentyfikował rannego towarzysza – rozcięty łuk brwiowy i zakrwawiona twarz wyglądały przerażająco, ale były niegroźne

Na pewno o identyfikację tutaj chodziło, a nie np. o ocenę stanu? 

 

Inspiracja?

 

 

Lekkie, całkiem przyjemne, ale nie trafi na pewno na podium ulubionych opek Twojego autorstwa ;) Ostatni zjazd czy Zbrodnia Ikara są wyżej ;)

Those who don't believe in magic will never find it

Czołem OldGuard!

Niespecjalnie lubię opowiadania “dentystyczne”, ale zobaczymy, co przygotowałeś ;)

A kto lubi? XD (poza dentystami)

Na pewno o identyfikację tutaj chodziło, a nie np. o ocenę stanu? 

Fakt.

Inspiracja?

W sumie to nie, ale śmiechłem :). U mnie zresztą bohaterka nie wymawiała dotychczas tylko “w”, choć powinna większej ilości literek, ale wtedy nie szłoby już się domyśleć, co mówi.

Lekkie, całkiem przyjemne, ale nie trafi na pewno na podium ulubionych opek Twojego autorstwa ;) Ostatni zjazd czy Zbrodnia Ikara są wyżej ;)

Absolutnie mnie to nie dziwi. Tekst to bardziej motywator dla mnie i taki hmm… mirkoprequel do tego, co piszę właśnie, równocześnie z wyjaśnieniem dla osób, które czytały poprzednie teksty, dlaczego bohaterka już mówi normalnie.

Ale dotychczas nikt nie wspomniał o Furafic Farku, więc jesteś pierwsza!

 

Dzięki wielkie za wizytę, pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hejka!

Od pierwszych zdań czuć ten dziwny, trochę mroczny, groteskowy świat, który wciąga. 

Najbardziej kupił mnie oczywiście sam pomysł z alchemią jamy ustnej, jest jednocześnie obrzydliwy, zabawny i oryginalny. Magister Harreth to świetna postać, totalny świr, ale konsekwentny i wiarygodny w swoim szaleństwie, a jego traktowanie ludzi jak materiału buduje klimat, którym skutecznie odwiodłeś mnie od pomysłu uczęszczania do tego typu specjalistów haha. 

Podoba mi się też humor, taki suchy i absurdalny, a momentami wręcz  trochę czarny – a ja lubię takie smaczki. laugh Końcówka zostawiła mnie z myślą „ej, jeszcze trochę poproszę”.

Dodam jeszcze, że czytając to, trafiło u mnie na bardzo życiowy moment. Jestem właśnie na etapie wypadania mleczaków u córki, więc temat zębów mam ostatnio na tapecie non stop, łącznie z wizytami u dentysty. Ja należę do tych osób, które po takiej wizycie najlepiej wynieść na noszach i podłączyć pod tlen, a córka? Na pierwszym wierceniu powiedziała dentystce, żeby przestała, bo ją to łaskocze… A niby mówią, że jaka matka, taka córka. laugh

Klikam i pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Witaj. :)

Przy czytaniu zatrzymały mnie technikalia (sugestie i wątpliwości co do nich – zawsze tylko do przemyślenia):

Nieruchomy, wyglądał jak kolejny dystyngowany i ekstrawagancki mebel, a kilka takich ustawiono w pomieszczeniu – od rozkładanego fotela z miękkim oparciem i zawijanymi podłokietnikami, przez dwa sekretarzyki pełne szufladek i skrzyneczek, po wielką i małą soczewkę, za którą ustawiono mechanizm kilku palących się świec. – powtórzenia?

– Wybacz na momencik! – krzyknął nagle i podbiegł do biurka, skąd właśnie dobiegło piszczenie z mechanizmu przesypanej klepsydry. – i tu?

A jeśli, wszelka magio (przecinek?) chroń mnie, nie wziąłeś ich z miejsca zdarzenia, to wszakże ma on pozostałe połowy w gębie!

A dla mnie (przecinek lub myślnik?) im świeższe, tym lepsze.

– Co tak długo to trwało! – czy tu celowo bez pytajnika?

Rozległo się kilka huków i trzasków, właściwych dla wyładowań magicznych, i rycerzy wylądował pod ścianą, a miecz przyszpilił mu płaszcz do podłogi. – literówka?

Odwrócił się (przecinek?) a spod kaptura, w ciemnym obrazie jej twarzy, na pierwszym planie ust, dostrzegł miejsce idealne, stworzone dla jego mistrzostwa.

 

Znakomity humor, wyjątkowo barwni bohaterowie oraz świetny pomysł, za które klikam. ;)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Cześć,

 

Najsamprzód, to co mi zgrzytnęło przy czytaniu :D

 

Utrwalona żywicą farba nie utraciła blasku mimo wielu lat, nie mógł jej zaszkodzić także wiatr i deszcz, które zamknęły przedmieścia w uścisku tego popołudnia.

Tzw szalejące podmioty. Dla mnie jest ich trochę za dużo w tym jednym konkretnym zdaniu. Zwłaszcza, że jest to otwierający akapit, w którym Czytelnik dopiero zaznajamia się z tekstem. Dałbym tu coś prostszego, ale to subiektywna mojsza opinia :D.

 

wyglądał jak kolejny dystyngowany i ekstrawagancki mebel,

 Mnie te terminu kojarzą się przeciwstawnie – w sensie, że coś jest dystyngowane, czyli eleganckie i klasyczne, a ekstrawaganckie, to bardziej efekcjarskie i zalatujące kiczem. Przynajmniej tak bym ich użył ;]

 

Szacowny Magister Harreth podniósł wzrok, praktycznie się nie ruszając zza biurka,

Nazwałbym go zdecydowanie wcześniej, bo w tym miejscu złapałem lekką czkawkę o kim mowa. 

 

stanowiący dla elfich uszu Magistra zbrodnię równą wlewaniu wody do kwasu.

He, he – pamiętaj chemiku młody… :D , w tym świecie jest odwrotnie niż u nas? 

 

 

poinformował z takim entuzjazmem,

j.w. entuzjazm kojarzy mi się z pozytywną emocją, a on tutaj był bardziej poirytowany, więc może np. egzaltacja? 

 

Mistrz miecza, a amator szczypców, co?!

Tu też musiałem przeczytać dwa razy, bo amator w pierwszej chwili skojarzyło mi się z miłośnikiem, np. amator kobiecych wdzięków :D. Poza tym elf jest dystyngowany, więc chyba powinien powiedzieć szczypiec, a nie szczypców? 

 

Rzucił się do biurka jak wojownik do walki i zaczął schładzać napełnioną formę w przygotowanym uprzednio lodzie o temperaturze, której nie osiągał żaden inny alchemik wśród elfów.

Tutaj też się musiałem mocno skupić, żeby złapać o co chodzi :D. Dużo infów w tym zdaniu.

 

Całe szczęście sprowadziłaś dwa niemal pełne komplety.

W sensie, że to ona przyprowadziła rycerza i tego pobitego? Bo mi się wydawało, że się sami przywlekli. No chyba, że to ona ich wcześniej załatwiła. 

 

Ok, a z tematów zdecydowanie na plus, to w tak krótkim opku dałeś naprawdę sporo klimatu. Zręcznie poprowadzony opis pracowni, zwłaszcza wiarygodne zasady działania sprzętu laboratoryjnego. Dystyngowany elf alchemik ze swoimi nawykami i natręctwami dobrze wybrzmiał. Rycerz na jego tle trochę mniej, za to ffiedźma pomimo zdawkowego opisu pozwala się bardzo łatwo wyobrazić. 

Humor niewymuszony i dobrze wyważony ;]. Nie próbujesz na siłę bawić Czytelnika, tylko puszczasz mimochodem oko i całkiem dobrze to wychodzi. 

 

Przeczytałem z przyjemnością :D

 

pozdro

M.

 

 

 

 

 

 

Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!

Narazie – kllik. Podobało mi się, ale nie bez zgrzytów.

 

Wrócę z głębszym komentarzem jutro/wieczorem dzisiaj.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

betweenthelines

cześć, dzięki za wpadnięcie! Dzięki za docenienie tekstu :)

Magister Harreth to świetna postać, totalny świr, ale konsekwentny i wiarygodny w swoim szaleństwie, a jego traktowanie ludzi jak materiału buduje klimat, którym skutecznie odwiodłeś mnie od pomysłu uczęszczania do tego typu specjalistów haha. 

Heh, właśnie sam jestem, choć już jakiś czas, po dość szerokim procesie dentystyczno-ortodontycznym, a o swojej dentystce mogę się wypowiadać tylko w superlatywach. Co nie przeszkadza mi stwierdzić, że ona myśli i funkcjonuje trochę inaczej niż przeciętny człowiek. I ta myśl też mnie zainspirowała do takiej, a nie innej postaci Magistra.

Dodam jeszcze, że czytając to, trafiło u mnie na bardzo życiowy moment. Jestem właśnie na etapie wypadania mleczaków u córki, więc temat zębów mam ostatnio na tapecie non stop, łącznie z wizytami u dentysty. Ja należę do tych osób, które po takiej wizycie najlepiej wynieść na noszach i podłączyć pod tlen, a córka? Na pierwszym wierceniu powiedziała dentystce, żeby przestała, bo ją to łaskocze… A niby mówią, że jaka matka, taka córka. laugh

O właśnie takie historie chciałem usłyszeć pod tym szortem :). Chyba dobrze, że córka to tak znosi, bo to w końcu jej jama ustna. Dzieci to w ogóle odporne stworzenia są, my dorośli przy nich to czasami mięczaki :)

Dzięki za fajny wpis!

 

bruce

dziękuję za łapankę, Królowo Przecinków, wieczorkiem naniosę wszystko!

Dzięki za klika, cieszę się, że rozbawiło :)

 

Mordercobezserca (kurczę w wołaczu się nie rymuje, powinno być MordercoBezSerco laugh)

Dzięki za takie precyzyjne pochylenie się nad tekstem.

Tzw szalejące podmioty. Dla mnie jest ich trochę za dużo w tym jednym konkretnym zdaniu. Zwłaszcza, że jest to otwierający akapit, w którym Czytelnik dopiero zaznajamia się z tekstem. Dałbym tu coś prostszego, ale to subiektywna mojsza opinia :D.

Nie znałem tego określenia, a jest bardzo dobre, jak sama uwaga zresztą.

stanowiący dla elfich uszu Magistra zbrodnię równą wlewaniu wody do kwasu.

He, he – pamiętaj chemiku młody… :D , w tym świecie jest odwrotnie niż u nas? 

Wyłapane, elegancko. Działa tak samo, bo wlewanie wody do kwasu byłoby zbrodnią, więc zasada (nomen omen XD) jest odwrotna – zawsze kwas do wody. Generalnie to była trudność tekstu, bo to taki mniej więcej mój poziom wiedzy chemicznej w tej zasadzie jest :)

 

Pełna zgodna z pozostałymi, naniosę wieczorkiem.

Ok, a z tematów zdecydowanie na plus, to w tak krótkim opku dałeś naprawdę sporo klimatu. Zręcznie poprowadzony opis pracowni, zwłaszcza wiarygodne zasady działania sprzętu laboratoryjnego. Dystyngowany elf alchemik ze swoimi nawykami i natręctwami dobrze wybrzmiał. Rycerz na jego tle trochę mniej, za to ffiedźma pomimo zdawkowego opisu pozwala się bardzo łatwo wyobrazić. 

Zwłaszcza ta wiarygodność mnie cieszy. Jest to tylko szort, więc postaci nie muszą wybrzmieć bardzo mocno.

Humor niewymuszony i dobrze wyważony ;]. Nie próbujesz na siłę bawić Czytelnika, tylko puszczasz mimochodem oko i całkiem dobrze to wychodzi. 

To się cieszę, że Czytelnik w Twojej osobie mimochodem ogarnia smaczki! wink

 

Może jeszcze przy wdrażaniu poprawek coś dodam. 

Natenczas, pozdrawiam!

 

Czołem melendurze!

Dzięki i czekam na wizytę pełną!

 

Pozdrowionka dla Wszystkich!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Mistrz miecza, a amator szczypców, co?!

Zatrzymało mnie. Nie wiem co :)

EDIT:

Chyba to:

https://www.youtube.com/watch?v=qxNPQ6DQ1AM

entuzjazmem

z taką egzaltacją albo może – z takim zapałem. Jakoś entuzjam brzmi zbyt współcześnie :) 

 

Lekkie, całkiem przyjemne – dobrze to opisała @OldGuard. Muszę siąść do tych poprzednich w wolnym czasie ;) 

 

Generalnie bardzo fajnie operujesz językiem, gdzieniegdzie (jak wyżej wspomniałem), inaczej bym pewne zdania widział, troszkę nawet w moje klimaty gdzie jest pewna ironia a nawet i absurd. Fajnie, że wróciłeś do swoich klimatów, bo moim zdaniem lepiej i naturalniej sie w nich czujesz. Raport z dnia potępienia chociaż masz nominację(betowałem, dobre opko), to uważam, że pisałeś trochę na siłę. A ten tekst i twoje uniwersum to jest twoje naturalne środowisko i w tym powinieneś pisać bo robisz to dobrze. Widać to i czuć już od pierwszego akapitu.

 

Pisz w nim, nie szukaj kwadratowych jaj, absrudalne fantasty to jest twój klimat. 

Napewno siądę do twoich wcześniejszych tekstów, jak znajdę czas ;) 

 

(chociaż wiem, że NF premiuje teksty `głębokie`) .

 

We mnie czytelnika będziesz miał. 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Krótkie nawet zabawne opowiadanie, kilka fajnych zabaw językiem. Treści nie za wiele, ale można się na koniec uśmiechnąć.

Tymczasowy lakoński król

Drodzy,

poprawki wdrożyłem – dziękuję za nie. Tekst był wstrząśnięty niebetowany, zawsze to ciekawy eksperyment. Przy okazji próbowałem pamiętać poprzednie uwagi, m.in. walcząc z imiesłowami.

 

Melendurze once more

 

Chyba to:

https://www.youtube.com/watch?v=qxNPQ6DQ1AM

Panie, Pan to wszędy tego wiedźmina dostrzegasz! :)))

Ale za radą MordercyBezSerca zmieniłem ten kawałek. Zresztą tak jak poniżej.

z taką egzaltacją albo może – z takim zapałem. Jakoś entuzjam brzmi zbyt współcześnie :) 

Prawda. Zresztą przy każdym tekście w komentarzach mam “mądre słowo moment”, w którym ktoś mi przypomina lub informuje mnie o istnieniu danego słowa. To był ten moment w wersji przypomnienie.

(osobą, która przeważnie daje mi ten moment jest Reg, Finkla chyba również doedukowała mnie parokrotnie. Zresztą, wszyscy mnie edukujecie laugh).

Muszę siąść do tych poprzednich w wolnym czasie ;)

Nie powiem, że zapraszam, ale zapraszam serdecznie ;)

inaczej bym pewne zdania widział, troszkę nawet w moje klimaty gdzie jest pewna ironia a nawet i absrud.

Wiem, ja z natury operuję ironią, więc lubię też ciętego narratora. Najchętniej jednak odklejam go od bohaterów i wolę by miał dystans, trochę sobie z nich kpił. Ale nie zawsze mam ochotę to bardziej rozwijać. Niemniej takie przełamanie czwartej ściany jest mi najbliższe.

Fajnie że wróciłeś do swoich klimatów, bo moim zdaniem lepiej i naturalniej sie w nich czujesz. Raport z dnia potępienia chociaż masz nominację(betowałem, dobre opko), to uważam, że pisałeś trochę na siłę. A ten tekst i twoje uniwersum to jest twoje naturalne środowisko i w tym powinieneś pisać bo robisz to dobrze. Widać to i czuć już od pierwszego akapitu.

HA! Widzicie, wszyscy, którzy mi mówicie, że jakieś tamte bzdety, co wyskrobałem są lepsze/mojsze niż opka z mojego uniwersum?! Jam po to się zarejestrował i po to przyszedłem na Portal, by dać świadectwo swojego uniwersum! Dziękuję Melendurze, to był komentarz, którego potrzebowałem, przelew przyjdzie w terminie wskazanym na fakturze, tak jak się umówiliśmy. laugh

A tak naprawdę, to Melendur ma rację, niemniej, a) rozumiem zdania innych, własny świat ma swoje oczywiste wady w prezentacji pozapowieściowej i jest mniej atrakcyjny dla Czytelnika sporadycznego b) trudno w nim unikać fragmentów, nie obrażając Czytelników stałych lub nie ignorując Czytelników jednorazowych.

Ale wszystkie opinie są niezmiernie cenne – wgl okoliczność, że ktoś wypowiada się o moim warsztacie, jakbym faktycznie był jakimś pisarzem jest schlebiająca. A wszystkie, wszystkie opinie są ogromnie wartościowe i je niezmiernie doceniam heart

Pisz w nim, nie szukaj kwadratowych jaj, absrudalne fantasty to jest twój klimat. 

Napewno siądę do twoich wcześniejszych tekstów, jak znajdę czas ;) 

 

(chociaż wiem, że NF premiuje teksty `głębokie`) .

 

We mnie czytelnika będziesz miał. 

Chłopie, żebyś mnie nie wzruszył, co? Naprawdę, doceniam, jak już pisałem, my, ludzie własnych uniwersów musimy się wspierać :). Choć mój absurd wywodzi się raczej ze zdystansowanego dark fantasy, ale no :)

A co do tekstów “głębokich”, czy klasyczne fantasy z własnych uniwersów nie jest głębokie? Mniej w nim kawy na ławę, to fakt, światotwórstwo przykrywa warstwę emocjonalną, ale da się. A że są mniej piórkowe itp., no są, ale szczerze, jest to dla mnie w pełni zrozumiałe.

Ale ciekawe spojrzenie.

 

Wielkie dzięki i pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

OneTwo,

witaj, dziękuję za wizytę :)

Dostaniesz osobny komentarz, bo na końcu poprzedniego wyglądałoby jak doklejone do osobnego wywodu, a każdy wpis jest dla mnie odrębną radością, bo ktoś przeczytał i to jest najważniejsze.

A jeśli się uśmiechnąłeś, to cel spełniony!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

a dym z palonych lawendowych kadzidełek smużkami oplatał kasetonowy sufit

Minimalizm :)

 

za którą ustawiono mechanizm kilku palących się świec.

Trochę niezręczne, bo świece są elementem mało mechanicznym. Podręcznikowo to “zespół świec”, ale to z kolei zbyt techniczne, “kompozycję świec” zbyt artystyczne, “baterię świec” archaiczne – ale tak mówiono jeszcze w XIX wieku. Jednym słowem zadałeś mi ćwieka :)

 

„Klient” zaczął chwytać narzędzia położone na otwartym sekretarzyku, a to dla Magistra byłoby równe z obmacywaniem jego żony, gdyby nie nazywała się ona „Alchemia”.

Zdanie ma duży ładunek humoru, ale jest trochę przekombinowane. Może rozdzielić na dwa zdania? i drugie na przykład “Dla każdego szanującego się Magistra byłoby (…)

 

To zakład sztuki, tutaj wykonuję utwory, których malarze i pieśniarze mogą zazdrościć, bo nigdy mnie nie dościgną

Nie lepiej “zakład artystyczny” ?

 

i miałaś powód, chociaż mógł być bardziej subtelny niż tak prymitywna magia bitewna

Trochę przekombinowane.

 

układał podczas wagarów ze wszystkich lekcji i wykładów dotyczących magii bitewnej, osobowej i leczniczej.

Lekcja to również wykład. Może “ze wszystkich wykładów i ćwiczeń”? Teraz to się nazywa laboratoria :)

 

Odwrócił się a spod kaptura, w ciemnym obrazie jej twarzy, na pierwszym planie ust,

Metafora pomysłowa i zabawna, ale trudno się to czyta. Jest dla mnie jasne… a może ciemne?… że porównujesz twarz do obrazu, okolonego ramą kaptura. Ilekroć to czytam, potykam się.

 

Całość bardzo zgrabnie napisana, lekko się czyta. Mnóstwo dobrego humoru, w zasadzie każdy żart do mnie trafiał. Językowo, poza miejscami przekombinowanymi, też pomysłowe. Ma unikalny styl, dobór słów, także tych rzadziej używanych. Już komuś to pisałem w komentarzu – wolę teksty pisane specyficznym dla autora stylem, nawet jeśli oznacza to szorstkość, niż “przezroczyste”. Maniery pisarskie mi nie przeszkadzają. Biblioteka w pełni zasłużona :)

Cześć beeeecki!

Zły, przewrotny dentysta!

Jego miłość do alchemii całkiem dobrze oddana. Wydaje mi się jednak, że jest za krótkie opowiadanie, aby wygrać wszystkie niuanse, mianowicie, wykształcenie dentysty i jego wysokie mniemanie o sobie, okrucieństwo naukowca, rycerskie ideały – chętnie o tym bym przeczytała więcej. Tylko problemy z uzębieniem wiedźmy całkiem zrozumiałe – a to z powodu szerszego kontekstu opowiadanego uniwersum :)

Pozdrawiam!

Osz Ty bezczelny Marzanie, piszący komentarz w trakcie, kiedy ja je piszę!

Po tym wyrafinowanym i grzecznym powitaniu – dziękuję Ci za wizytę, cieszę się, że zaglądasz, bo naprawdę dużo ciekawych spostrzeżeń zostawiasz i bardzo chętnie czytam Twoje wpisy.

Trochę niezręczne, bo świece są elementem mało mechanicznym. Podręcznikowo to “zespół świec”, ale to z kolei zbyt techniczne, “kompozycję świec” zbyt artystyczne, “baterię świec” archaiczne – ale tak mówiono jeszcze w XIX wieku. Jednym słowem zadałeś mi ćwieka :)

Przepraszam za ćwieka… Ale bateria świec brzmi nieźle, tylko pewnie zostałaby opacznie zrozumiana przez Czytelnika. Tak mi się wydaje…

Zdanie ma duży ładunek humoru, ale jest trochę przekombinowane. Może rozdzielić na dwa zdania? i drugie na przykład “Dla każdego szanującego się Magistra byłoby (…)

Rozbiłem na dwa zdania, ale w konstrukcji mniej więcej jak obecnie.

Nie lepiej “zakład artystyczny” ?

Sztuka pasuje mi bardziej, bo oddaje coś szerszego niż artyzm (sztuka bardziej kojarzy mi się też z rzemiosłem niż artystyczność, co równocześnie nie wyklucza artystyczności sztuki). Chyba? W tym miejscu, gdzie definicja sztuki odwołuje się do “talentu” jako takiego warsztatu nabytego przez doświadczenie.

Lekcja to również wykład. Może “ze wszystkich wykładów i ćwiczeń”? Teraz to się nazywa laboratoria :)

A zostawiłem wykłady samo. No napisałbym, że uciekał z “labów”, ale brzmiałoby podejrzanie ;)

Metafora pomysłowa i zabawna, ale trudno się to czyta. Jest dla mnie jasne… a może ciemne?… że porównujesz twarz do obrazu, okolonego ramą kaptura. Ilekroć to czytam, potykam się.

Metaforę zostawiam, bo mi się podoba, ale masz rację, zresztą nie można zostawić Cię potykającego się (tutaj następuje nawias, aby “się” nie było na końcu zdania). Stwierdziłem, że po pierwsze, usta to raczej wargi, a nie dziąsła, więc zastąpiłem jamą ustną, co ma sens jako fachowe pojęcie z perspektywy Magistra. Po drugie, sformułowanie “pierwszym planie ust” było jednak uproszczeniem i zmieniłem na “pierwszym planie złożonym z…”. Nie wiem, czy jest lepiej, na pewno jest inaczej, więc teraz może potkniesz się chociaż w inny sposób :)

Ma unikalny styl, dobór słów, także tych rzadziej używanych.

Tego się nie spodziewałem usłyszeć, bo akurat o swoim zasobie słów mam złe zdanie. Tym bardziej cieszy, gdy mówi to osoba, o której zasób słownictwa oceniam baaaardzo wysoko, bo widzę, jak często grzebiesz za źródłosłowami.

Już komuś to pisałem w komentarzu – wolę teksty pisane specyficznym dla autora stylem, nawet jeśli oznacza to szorstkość, niż “przezroczyste”. Maniery pisarskie mi nie przeszkadzają. Biblioteka w pełni zasłużona :)

No i miło mi to słyszeć. A nawet jak nie zawsze wszystko trafi, zostaje przecież humor! Always look on the bright side of life.

Dziękuję ślicznie za Twój wpis i pozdrawiam serdeczniutko!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Chalbarczyk, która równie okrutnie co Marzan piszesz komentarze w trakcie, kiedy ja piszę moje laugh

baaaardzo cieszy mnie Twoja wizyta, bo widzę, że wracasz do moich tekstów, a to znaczy, że aż tak nie odpycham!

Zły, przewrotny dentysta!

Przewrotny to znakomite słowo. W dentystach jest coś przewrotnego, tak ogólnie :)

Jego miłość do alchemii całkiem dobrze oddana. Wydaje mi się jednak, że jest za krótkie opowiadanie, aby wygrać wszystkie niuanse, mianowicie, wykształcenie dentysty i jego wysokie mniemanie o sobie, okrucieństwo naukowca, rycerskie ideały – chętnie o tym bym przeczytała więcej.

No wiem, wszystko tu trochę na raz. Ale da się chyba pogrupować, co na pierwszym, co na drugim planie.

Tylko problemy z uzębieniem wiedźmy całkiem zrozumiałe – a to z powodu szerszego kontekstu opowiadanego uniwersum :)

No kto czyta, ten wie! A Ty czytasz, więc wiesz!wink

Dzięki śliczne za wizytę!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Serwus, beeeecki, przez nie trzy ani pięć, ani tym bardziej przez dwa, tylko cztery „e”.

 

Fajne opowiadanko z humorem. Proste, łatwe i przyjemne.

Przypomina mi jakąś scenkę z Pratchetta, (a to już blisko do Pythona) więc tym bardziej było miło.

Trochę brakowało mi jedynie jakiegoś przewrotnego, zaskakującego albo zabawnego zakończenia, przez co szort bardziej przypomina scenkę z czegoś większego. Ale że wspominasz o tym w przedmowie, że to zapowiedź więc jest OK

Podoba mi się, więc pozdroklik.

rr (przez dwa „r”)

Czołem Robercie!

Serwus, beeeecki, przez nie trzy ani pięć, ani tym bardziej przez dwa, tylko cztery „e”.

– Księga Pseudonimów Użytkowników, rozdział B, werset od siedem do dziewięć

laugh

Przypomina mi jakąś scenkę z Pratchetta, (a to już blisko do Pythona) więc tym bardziej było miło.

Faktycznie u Prachetta bywają takie specyficzne zakłady i lokacje służące jakiemuś konkretnemu celowi. Ot choćby sklepy międzygalaktyczne. Wszystkiego nie czytałem, ale nie wątpię, że wątek dentystyczny się gdzieś pojawił.

Trochę brakowało mi jedynie jakiegoś przewrotnego, zaskakującego albo zabawnego zakończenia, przez co szort bardziej przypomina scenkę z czegoś większego. Ale że wspominasz o tym w przedmowie, że to zapowiedź więc jest OK

Tak, dziękuję za wyrozumiałość, nie zamierzałem zmieniać planety tym szortem, grunt to żeby był strawny :)

 

Dzięki wielkie za wizytę!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

„Faktycznie u Prachetta bywają takie specyficzne zakłady i lokacje służące jakiemuś konkretnemu celowi. Ot choćby sklepy międzygalaktyczne.” – Tak, u Sera Terrego Pratchetta było mnóstwo takich rzeczy. Twój gabinet dentystyczny i postacie świetnie by się tam wpisały. Czekam zatem na resztę, którą jak piszesz: „niedługo mam w planach wrzucić” – zapowiada się obiecująco. 

Czekam zatem na resztę, którą jak piszesz: „niedługo mam w planach wrzucić” – zapowiada się obiecująco. 

Ugh, poczułem tą presję… Ale dziękuję za wiarę! heart

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

cieszę się, że zaglądasz, bo naprawdę dużo ciekawych spostrzeżeń zostawiasz

No ja też się cieszę niezmiernie z całej serii opowiadanek utrzymanych na dobrym, acz ciągle rosnącym poziomie. Mi też serce rośnie, jak je czytam. Mam nadzieję, że szykuje się coś większego (wiem, że dokręcam śrubę, albo kołowrót łoża Inkwizycji, ale trudno – im lepiej piszesz, tym bardziej wybredni są czytelnicy :) )

No i w wyzwaniach tygodniowych Twój humor też by się przydał ;)

Właśnie wiem, zbieram się do tych wyzwań, bo są kuszące wielce i się nie mogę dozbierać. Jednak dla mnie optymalniejsze byłyby wyzwania dwutygodniowe, bo na razie nadążam jeno ze śledzeniem Waszych wpisów :(

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Brawa za klimat! Świetnie budujesz groteskowo-mroczny ton z domieszką humoru. Czuć inspirację konwencją fantasy, ale z własnym skrzywieniem (dentystyczno-alchemicznym, co jest bardzo, bardzo, bardzo świeże). Klikamy!

skąd właśnie rozległo piszczenie z mechanizmu przesypanej klepsydry.

Piszczenie mechanizmu? Nie lepiej skrzypienie, czy coś?

 

Czołem!

Bardzo zabawny, wciągający tekst. Miałem przez chwilę wizję doktora Dundersztyca XD

Nienawidzę dentystów, czytając czułem ten specyficzny zapach, a dyskomfort towarzyszył mi, mimo że się uśmiałem i zainteresowałem. Czyli klimat na plus.

Ale najbardziej to jestem ciekaw tego, co dopiero ma się wydarzyć, skoro mówisz, że szort jest zapowiedzią kolejnej części. W takim razie czekam :D

Pozdrawiam i dobijam do biblioteki!

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka