Pracownicy platformy wiertniczej na księżycu Saturna znajdują nieznany przedmiot i wpadają przez to w tarapaty. Podejmują niełatwe decyzje w obliczu zagrożenia.
Dziękuję OldGuard za cenne sugestie podczas bety!
Pracownicy platformy wiertniczej na księżycu Saturna znajdują nieznany przedmiot i wpadają przez to w tarapaty. Podejmują niełatwe decyzje w obliczu zagrożenia.
Dziękuję OldGuard za cenne sugestie podczas bety!
Ben i Miquel
Mini platforma wiertnicza C-16 nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle kilkuset podobnych na Tytanie. Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się kilkaset kilometrów dalej, a działania wojenne powoli wygasały, infrastruktura była bezpieczna.
Przy tablicy kontrolnej siedział trzydziestoletni szatyn, o wzbudzającym zaufanie spojrzeniu i łagodnym uśmiechu. Wpatrywał się w migającą pomarańczową diodę. Odwrócił głowę w stronę znajdującego się kilka metrów za nim okrągłego otworu w podłodze i krzyknął:
– Ben! Coś się sypnęło w odczytach!
– Coś poważnego? – odpowiedział mu basowy, przytłumiony głos z niższego poziomu.
– Nie wiem. Wejdź na piętro.
– Chwilunia!
Benjamin siedział w niewielkiej kantynie i raczył się kanapką. Na jego okrągłej twarzy z dwoma podbródkami pojawił się uśmiech. Czerwona, lśniąca skóra wokół błyszczących wesoło oczu zmarszczyła się. Pospiesznie wepchnął resztę bułki do ust, popił colą, przeżuł i przełknął.
Z trudem zaczął wspinać się po drabince prowadzącej do kabiny operacyjnej odwiertu. Przy każdym szczeblu towarzyszyło mu sapanie. Obowiązkowy, celowo dociążony uniform korporacji Mars Southern Hemisphere opinał go zbyt szczelnie i krępował ruchy. Ben poluzował pasek. Uwolniony z uścisku brzuch rozlał się swobodnie pod kostiumem.
„Jeżeli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się”.
Przecisnął się przez okrągły właz, gramoląc z trudem na piętro. Przetarł dłonią zroszone czoło i otworzył usta, wciągając łapczywie powietrze.
– Co tym razem?
– O rany, Ben! – zawołał Miquel. – Powinieneś zbadać serce, mówię poważnie.
Pracowali na platformie we dwójkę już trzeci rok, z przerwami na czasowe przeniesienia, i stosunki między nimi stały się na tyle zażyłe, że Ben traktował współpracownika jak przyjaciela.
– To te cholerne transfery, Miquel… – Ben dyszał. – Kiedy przenieśli mnie na Dionę… uff… poczułem się jak nowo narodzony… sześć razy lżejszy… pofolgowałem sobie.
– Efekt transferowego jojo. Zgodnie z metodą przejścia powinieneś był zrobić trening, rozpocząć dietę i zakładać dociążenie miesiąc przed.
– Litości! – jęknął Ben. – Ja i dieta to jak Karol Marks i maszynka do golenia.
– To jak ty się odnajdziesz z powrotem na Marsie?
– Długo do powrotu, Miquel. Możemy przecież zginąć w tej przeklętej wojnie i całe odchudzanie pójdzie w diabły.
– A jak nie zginiesz, to co?
– To wtedy będę się martwił. – Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech pełen małych, nierównych zębów, wyglądających, jakby ktoś je niedbale wetknął w dziąsła.
Miquel machnął ręką. Spojrzał na monitory i wskazał pomarańczową diodę oraz ekranik, na którym widniały parametry wiertła.
– Chodź i zobacz.
Ben szedł powoli, z wyraźnym wysiłkiem. Prawą ręką dotykał ściany, jakby chciał się upewnić, że utrzymuje równowagę. Jego oddech stopniowo wracał do normy. Kiedy przystanął obok panelu kontrolnego, Miquel poinformował go, że wiertło stanęło.
Ben rzucił wprawnym okiem na odczyty, przez chwilę analizował liczby, a potem skonkludował krótko:
– Temperatura głowicy przekroczyła normę i, sądząc po parametrach, nastąpiło około dwudziestoprocentowe starcie się diamentów w bicie.
– Dwudziestoprocentowe? Czyli co, wiertło do wymiany?
Ben dotknął spuchniętym palcem powierzchni ekranu, uruchamiając bazę danych. W rejestrze przyrządów odnalazł kod wiertła.
– Osobliwe – rzekł, a potem sprawdził coś jeszcze, w prywatnym notesie. – Dobrze pamiętałem, trójka była wymieniana dwa tygodnie temu. Nie powinna się tak szybko zetrzeć.
– Czyli co, skały na głębokości dwudziestu kilometrów są twardsze?
– Zapewniam cię, Miquel, że skały w tym rejonie są miększe niż charakter Ludwika XVI – odpowiedział inżynier i upadł ciężko na fotel. Westchnął, przesunął dłoń po spoconym czole i przymknął małe oczy. Wymruczał:
– Wyślemy tam robota-sondę.
Na dnie otworu sonda odnalazła odłamek skalny, którego średnia gęstość – po pobieżnym, miejscowym skanie – okazała się zadziwiająco duża. Byli zgodni – to właśnie ten odłamek musiał stępić wiertło. Przy pomocy robota-sondy przetransportowali kamień na powierzchnię.
Budynki stacji tworzyły trójkąt. Jeden z wierzchołków stanowił dwupoziomowy obiekt mieszkalny. Drugim były cylindryczne zbiorniki metanu i magazyn lantanowców. Ostatni stanowiła sama platforma, wraz z rusztowaniem obsługującym wiertło oraz z niewielką dobudówką, służącą za warsztat, przez dwójkę pracowników stacji zwaną po prostu “barakiem”. Właśnie tam robot-sonda dostarczył próbkę.
Barak był długim, prostokątnym pomieszczeniem. Wewnątrz unosił się swąd oleju, stali i tlącego się plastiku. W oczy rzucał się masywny stół i wisząca nad nim lampa. W głębi pokoju, na ścianie wisiały kombinezony i fartuchy. Spowita w ich cieniu leżała skrzynia, zawierająca masę gratów, których przeznaczenie znał tylko Ben: rdzewiejące pręty zbrojeniowe, zwój przewodów w niebieskiej izolacji, biało-pomarańczowa kula wielkości piłki i wiele innych. Przez trzy lata pracy na platformie zdążył zgromadzić sporą kolekcję gratów. Miquel nie miał pojęcia, skąd tamten je przytargał.
Wydobytą skałę położyli na stole, włączyli lampę roboczą i wyprostowali wieloprzegubowe ramię. Przesuwali ją metodycznie, oświetlając kamień z różnych stron. Po pierwszych oględzinach stwierdzili, że jest typowym dla Tytana, przypominającym asfalt, zlodowaciałym węglowodorem.
Dopiero kiedy obrócili próbkę do góry nogami, dostrzegli nietypowy szczegół: w kamieniu tkwił metalicznie połyskujący kolec, mały jak czubek szpilki.
Dysponowali lichej jakości mikroskopem. Powiększając ten niewielki element kilkadziesiąt razy, dostrzegli jego regularną budowę. Ponadto, powiększony obraz ujawnił, że metalowy element bardziej niż szpilę, przypomina skierowaną czubkiem na zewnątrz piramidę.
Prześwietlenie próbki wysokiej rozdzielczości rentgenem potwierdziło ich przypuszczenia.
– Do diabła! – Miquel był podekscytowany. – To jest większe, wcale nie jest piramidą, tylko sześcianem i siedzi mocno w bryle. Masz pojęcie, co to za minerał? Może pallad?
– Wygląda trochę jak litowiec, ale jest zbyt twarde i regularne – stwierdził poważnie Ben. Jego oddech był płytki i przyspieszony. Napięcie i skupienie obnażyło subtelną strukturę mięśni twarzy, nadając jej inteligentny wyraz. Jakby w jednej chwili odmłodniał.
– To chyba w ogóle nie jest minerał – powiedział nagle i pogładził się trzema palcami po gładko ogolonej skórze policzka. Spojrzał w sufit, pomasował się po szerokim karku, odchrząknął, a potem wrócił do mikroskopu i znowu przytknął oczy do wyświetlacza. – Zdaje się, że to coś jest zrobione – dodał.
– Jak to zrobione? – spytał Miquel.
– Zrobione, uformowane, sfabrykowane… – Ben zawahał się. – Z drugiej strony, nie można wykluczyć, że jakimś cudem powstało spontanicznie jako forma doskonale krystaliczna.
– Czyli jest to wytwór człowieka czy nie?
– Chwilunia…
Benjamin uniósł skałę i przez chwilę ważył w rękach. Potem włożył ją w imadło i zablokował. Założył wzmocnione nano-włóknami rękawice, sięgnął po młotek. Zaczął nim uderzać w unieruchomioną bryłkę, najpierw ostrożnie, z różnych stron, a potem bardziej zdecydowanie. Nachylał się i przysłuchiwał. Odłupał kilka kawałków. Sapał przy tym i dyszał, ale nie tracił zapału. Był w swoim żywiole. Odpadały kolejne fragmenty.
– Chcesz wydobyć to coś? – zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu.
– Dokładnie to mam zamiar zrobić… Znajdź dozymetr – rzucił obojętnie, nie przerywając odłupywania.
– Czyli co, uważasz, że to może być radioaktywne?
– W tej chwili mam o tym takie pojęcie, jak Einstein o skoku przez płotki.
– Ben! To może mieć związek z działaniami wojskowymi, to może być element uzbrojenia. Mina, odłamek, czujnik, pocisk. Uważaj!
Nie doczekawszy się odpowiedzi, dał spokój. Włączył dozymetr i zbliżył go do metalicznego obiektu. Poziom radioaktywności nie przekraczał normy.
Ben przerwał stukanie, wyprostował się, opuścił młotek i odetchnął głęboko. A potem spojrzał na Miquela.
– Nasza platforma została zbudowana w tym miejscu przed wybuchem konfliktu, a dopiero teraz dotarliśmy do dwudziestego kilometra. Nie mogę sobie wyobrazić, w jaki sposób ktoś mógłby umieścić cokolwiek tak głęboko.
– Do diabła, Ben! A może wojsko ma swoje metody?
Ben sięgnął do archiwum, gdzie spoczywała dokumentacja sondowania geoelektrycznego i tomografii elektrooporowej.
– Model warstwowy skał pokazuje zachowaną ciągłość topologiczną. To oznacza, że skały nie były dotykane od milionów lat. Na mój rozum, ten przedmiot nie może mieć związku z człowiekiem.
Benjamin sięgnął po wiszącą na ścianie mini wiertarkę i założył najmniejsze z wierteł. Ostrożnie oszlifował kamień wokół połyskującego sześcianu. Wkrótce, trzy czwarte metalicznej kostki wystawało ze skalnej okowy.
Skierował wiertło prostopadle do płaszczyzny jednej ze ścianek, testując twardość obiektu. Skoro to coś starło diament, nie powinno zostać uszkodzone przez stalowe wiertło. Tak, jak się spodziewał, wiertło raz po raz ześlizgiwało się z powierzchni.
– Parafrazując Einsteina, oprócz głupoty ludzkiej, nie widziałem jeszcze w przyrodzie czegoś tak trwałego.
Ben wziął do ręki niewielkie obcęgi i ujął w nie sześcian. Ścisnął je pokrętłem, i ruszając to do góry, to na dół, niczym dentysta wyrywający ząb, próbował wydobyć obiekt ze skalnej bryły.
Udało się. Wyciągnął przed siebie szczypce z kostką i przybliżył do lampy, aby obaj mogli dobrze się przyjrzeć.
Dwanaście ostrych krawędzi, na oko trzycentymetrowych, ściany łączące się ze sobą pod kątem prostym i osiem identycznych wierzchołków. Żadnych zaokrągleń – modelowy, wyidealizowany sześcian. Lśnił tęczowym blaskiem, gdy spojrzeć pod kątem. Przy zgaszonym świetle znikał w ciemności, tak, jak zwyczajne metale.
Ben wysunął szufladę i wyjął z niej długie, przezroczyste naczynie z kolekcją metalowych próbek, również w formie przypominającej sześcian, ale nieco mniejszy. Zbliżał każdą jedną bryłkę do znaleziska szukając podobieństwa. Próbka litu najbardziej przypominała badany obiekt. Posiadała jednak nieporównywalnie mniej regularną powierzchnię.
– To musi być rodzaj metalu, który z jakiegoś powodu wykrystalizował się w doskonale symetryczną bryłę. Prawdopodobnie pod wpływem sprzyjającej temperatury i ciśnienia. Aktywność tektoniczna wypchnęła go z dużo głębszych warstw geologicznych, być może z samego jądra… – Ben nie wierzył w to, co mówi. Pomasował kark, żeby upewnić się, że nie śni. Odłożył obiekt na stół.
– Co z tym zrobimy? – spytał Miquel.
– Jeszcze nie wiem. Chyba prześlemy do laboratorium w Hubie.
Miquel spodziewał się czegoś więcej.
– Czyli co, dostaniemy premię?
– Chwilunia! – krzyknął Ben. Zmarszczył czoło, ujął brodę w dwa palce, jego twarz zaczerwieniła się. Doskoczył do szafy, otworzył jedną z szuflad i wyciągnął notatnik oraz długopis. Nabazgrał: “Wrzućmy to z powrotem do otworu”.
– Dlaczego mielibyśmy to zrobić? – wyszeptał zdezorientowany Miquel.
Ben przyłożył palec do ust. Zaczął gorączkowo pisać.
“Słyszałeś o masakrze w Hubie A? Ponoć wywiązała się sprzeczka między pracownikami a ochroniarzem. Facet zaczął strzelać, zginęło sześciu operatorów, ochroniarz zniknął, śledztwo umorzono, odszkodowania dla rodzin.
Po transferze na Dionę, spotkałem ludzi, którzy coś wiedzieli . Znalezisko pod grubą warstwą skał, coś naprawdę cennego. Krwawa jatka w Hubie A to nie przypadek. MaSoHe siłą odebrała coś pracownikom.”
Miquela zamurowało. Wyjął długopis z ręki Bena. Nastąpiła wymiana notatek.
“To może być plotka rozsiewania przez konkurencję, żeby oczernić MaSoHe”.
“Chcesz ryzykować?”
“Ten obiekt na pewno jest wiele wart”.
“Wyrzućmy to”.
Miquel wahał się. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Nabazgrał drżącymi rękoma: “Taka szansa nie zdarza się codziennie. To może być nasza przepustka do lepszego życia!”.
Ben był nieugięty: “Wyrzućmy to”.
Ostatecznie Miquel zgodził się, czując, że wymyka mu się rzadka sposobność na darmowy lunch. Tak, jak chciał Ben, włożył metaliczny przedmiot w szczypce robota-sondy, otworzył aplikację obsługi i nakazał transport elementu w głąb odwiertu, do jego lewej, zaniechanej odnogi.
Kilka minut później stali w kabinie operacyjnej, obserwując przez iluminatory jak robot, wraz z kostką, zanurza się w otworze. Kiedy dotarł na dno lewej odnogi, Miquel zapytał:
– Czyli co? Mam jechać do Hubu po nowe wiertło?
– Tak. Nie ma na co czekać. Wracamy do business as usual.
Arthur Hemmer
Kwatera główna MaSoHe MC znajdowała się na Marsie, w północno-zachodniej części basenu uderzeniowego Hellas, na płaskowyżu Coronae Planum. Z górnych pokoi rozciągał się spektakularny widok na znajdujący się na zachodzie Badwater – najgłębszy krater na planecie.
Arthur Hemmer, przytknąwszy oko do lunety, skierował ją na krater. Dno leżało ponad osiem kilometrów poniżej marsjańskiego poziomu odniesienia i latem gromadziła się tam woda. W sezonie, kiedy temperatura powietrza dochodziła do dwudziestu stopni Celsjusza, dało się ślizgać na desce wodnej bez kombinezonu. Była to wyjątkowa chwila, gdy mógł pozostawić na sobie jedynie cienką warstwę kostiumu anty-promiennego oraz niewielką butlę tlenową.
Odsunął oko od lunety i dmuchnął w kosmyk opadających na czoło włosów. Wysunął szufladę, odnalazł jaskrawoczerwoną gumkę, objął włosy oburącz i przeciągnął kilkukrotnie przez gumkę.
Aparat telefoniczny przy uchu dał znać, że nadchodzi szyfrowane połączenie.
– Pan Hemmer? –Głos Srinivasy Aiyangara, szefa IT, drżał.
Arthur potwierdził niechętnym mruknięciem. „Imbecyl wie, że to ja”.
– Prawdopodobnie trafiliśmy na artefakt.
Szef ochrony poczuł raptowny napływ adrenaliny.
– Na Tytanie? – zapytał, udając obojętny ton.
– Owszem, tak samo jak za dwoma poprzednimi razami.
– Skąd masz te rewelacje, Srinivasa?
Hindus przełknął ślinę. Nie znosił Hemmera i jego sposobu bycia. Byli równi rangą w systemie korporacji i nigdy nie przeszli na ty, a jednak, Hemmer nie miał zamiaru tego respektować. Traktował go z góry ostentacyjnie – okazywał pogardę przy każdej nadarzającej się okazji.
– Algorytm wykrył słowa klucze w rozmowie załogi platformy C-16. Kamery zamontowane w budynku zarejestrowały podejrzane zachowanie.
– Ale pewności nie masz, co?
– Obraz z kamer nie uchwycił samego artefaktu, jedynie niepokój dwuosobowej załogi. Znalezisko badali w budynku, w którym nie ma kamer.
– Jak to nie ma kamer? – Arthur poczuł krew napływającą mu do skroni.
– Gwoli ścisłości – zamontowane są dwie kamery, które nie funkcjonują.
– Wszystkie kamery powinny funkcjonować, do kurwy nędzy!
– Ale do kogo ma pan pretensje, panie Hemmer? Przypominam, że na Tytanie ciągle trwa wojna. Cierpimy na przerwy w łańcuchach dostaw oraz braki w personelu… – Szef IT zorientował się, że przeszedł do tonu defensywnego i nagle zamilkł.
– To powiedz, co wiesz, Srinivasa.
Hindus postanowił od tej pory zachować neutralny, zawodowy ton i mówić nie więcej niż wymaga od niego sytuacja.
– Z nagrań w budynku operacyjnym wiemy, że wiertło natknęło się na coś, co je częściowo stępiło. Załoga posłała w dół robota-sondę. Potem widzimy robota, który wychodzi z otworu. Kierują go do warsztatu, który nazywają “barakiem”. Sami też tam się udają. No i tracimy wizję.
– Więc gówno macie. Mogli znaleźć cokolwiek…
– Niezupełnie. W warsztacie nie działają kamery, ale są ukryte mikrofony, ciągle ich słyszymy. Z dyskusji wynika, że wydobyli metaliczny obiekt, o sześciennej formie.
Arthur prawie podskoczył.
– A kamery zewnętrzne? Powinny uchwycić robota trzymającego pieprzony artefakt.
– Uchwyciły. Ale robot trzymał kawałek zwykłej skały. Artefakt musiał tkwić wewnątrz albo po niewidocznej stronie. Obrazy z kamer są w tej chwili dokładnie analizowane przez algorytm, ale póki co, samego obiektu nie udało się odnaleźć na żadnym nagraniu.
– Co z obrazem z satelity?
– Jak pan wie, nie posiadam do tego autoryzacji. Musi pan przejrzeć zapisy osobiście. Ale przewiduję, że niewiele nam to da, ponieważ większość satelitów śledzi działania na froncie. Ich obiektywy są skierowane setki kilometrów od Huba i platform w rejonie C.
– Próbowaliście zrzucić obraz z siatkówek tych dwóch łajz?
– To nielegalne, panie Hemmer…
– Pieprzenie!
Srinivasa nerwowo się zaśmiał.
– Próbowaliśmy – odparł. – Jeden z nich w ogóle nie ma implanta, posiada naturalne siatkówki. Drugi zhakował dostęp do swoich.
– Kurwa, co to za indywidua?! – Arthur poprawił kosmyk włosów i ścisnął mocniej gumkę.
– Tu już zaczyna się pańska działka. Ja przekazałem to, co byłem w obowiązku przekazać. Jeżeli się pospieszymy, to jest szansa, że tym razem wejdziemy w posiadanie artefaktu bez problemów.
– Że nie spierdolimy tego tak, jak za pierwszym razem? Wiedz, że odkręcenie tamtej jatki kosztowało mnie osobiście dwanaście neocoinów. A i tak plotki o tym krążą po Tytanie i okolicach.
– Pretensje może mieć pan tylko do siebie.
– Srinivas, ty śniada kurwo w białych rękawiczkach! Ty za nic nie bierzesz odpowiedzialności!
– Proszę trzymać nerwy na wodzy, Hemmer. Ja rozumiem, to był pierwszy raz. Nie wiedzieliśmy jeszcze z czym mamy do czynienia. Za drugim razem poszło dużo lepiej. Więc za trzecim razem powinno pójść jak po…
– Kto wie o znalezisku? – przerwał mu bezpardonowo Arthur.
– Jeszcze tylko Maxwell. Zadzwoniłem do niego pierwszego. Był podekscytowany.
– A Prezes?
– Myślałem, żeby poinformować go, jak będziemy pewni, czy to rzeczywiście jest artefakt.
Arthur milczał. Wystające kości żuchwy wskazywały, że miał zaciśnięte zęby.
– Na mnie już czas – przerwał ciszę Srinivas.
Arthur nie odpowiedział, tylko się rozłączył. Srinivas skrzywił się w niesmaku. Jak zawsze po kontakcie z Hemmerem, zbierało mu się na wymioty. Wszedł do łazienki i długo mył ręce.
Tymczasem Arthur sięgnął po szklankę ginu, wlał całą zawartość do ust, po czym nalał drugą i ją również wypił. Usiadł w fotelu. „Srinivas myśli, że jestem sadystycznym psychopatą. Ma po części rację, ale tylko po części. Nie poznał dobrze Maxa. Prawdziwymi psychopatami są naukowcy jego pokroju.”
Gwałtownie wstał. Nadszedł czas wziąć się do pracy. Gdy miał przypływ energii, kochał swoją robotę.
Zaktywował sieć. Projektor zamontowany w suficie wygenerował trójwymiarowy obraz tuż przed jego oczami.
– Tytan, platforma C-16 – bezbarwnym głosem wydał instrukcję komputerowi.
Rzutnik pokazał model zabudowań. Platforma, budynek kontroli oraz warsztat z przylegającymi doń cylindrami tworzyły trójkąt prawie równoboczny. Arthur obrócił świetlisty model kilkakrotnie, przyglądając się szczegółom.
Potem otworzył okienko z informacją o załodze.
Miquel Gonzales, lat dwadzieścia osiem, urodzony na Hellas Planitia, szpital korporacyjny MaSoHe 12, dystrykt Omega. Rodzice nie żyją. Brak danych o rodzinie i miejscu zamieszkania, od kiedy Miquel kończy dwadzieścia jeden lat.
„Cwaniak, w jakiś sposób zablokował napływ danych o sobie. Co ten latynoski skurwysyn chce ukryć?”
Umowa z MaSoHe MC typu work-and-pay z załącznikiem social sustainability.
„Zgodził się na gówniane warunki. Przy braku życiorysu to akurat mnie nie dziwi.”
Arthur zachichotał. Krzywy uśmiech otworzył tylko prawą część ust obnażając dwa metalowe zęby – górną czwórkę i piątkę. Lewa część twarzy była sparaliżowana. Wokół prawego oka, tuż pod skórą, nabrzmiały niebieskawe nitki, świadczące o chirurgicznej rekonstrukcji policzka. Źrenica, tkwiąca w białku o nienaturalnym, przypominającym kość słoniową kolorze, zabłysnęła szkliście, zdradzając, że prawe oko jest kamerą.
Hemmer przesłał fotografię i dane Miquela Gonzalesa ludziom w Hellas Planitia, a następnie przesunął palec w pobliże unoszącej się przed nim ikony ze zdjęciem drugiego załoganta.
Benjamin Linqvist, lat czterdzieści dwa. Urodzony na terenie Zjednoczonych Krajów Nordyckich, rejon STKHLM metro, mieszkał w stu różnych miejscach na Ziemi, pracował całe życie jako geolog, praktyk i teoretyk, żeby w wieku czterdziestu lat podpisać kontrakt z MaSoHe i polecieć na Tytana.
„Czemu ten tłusty kutas zatrudnił się akurat u nas i po jaką cholerę leciał na Tytana?”
Splótł palce, odwrócił dłonie do zewnątrz i wyprostował ramiona. Przeciągnięciu się towarzyszył chrzęst kości. Przypominającym odganianie muchy ruchem ręki zamknął model, a potem aktywował mapę Tytana. Powiększył obszar, na którym znajdował się Hub C – centrala oddalona siedemdziesiąt kilometrów od platformy. Wyświetlił listę zakamuflowanych agentów Huba. Dostępny od zaraz był jeden.
Porucznik Oleg Aleksandrovich Smirnoff, lat czterdzieści pięć, urodzony na Ziemi, obszar SBRA. Pracuje w MaSoHe dwanaście lat. Na koncie dwadzieścia trzy egzekucje, z których żadna nie została wykryta przez Intersłużby.
Przypomniał sobie pierwsze znalezisko na Tytanie i liczbę neocoinów, które musiał wydać z własnej kieszeni, żeby opłacić milczenie biorących w akcji debili z ochrony. A mimo to byli tacy, którzy nie potrafili utrzymać języka za zębami. Pięć minut później wysłał wiadomość:
Ściśle tajne. Nieautoryzowane przechwycenie grozi karą śmierci. Adresat: Oleg Aleksandrovich Smirnoff.
Treść ulega autodestrukcji w ciągu stu dwudziestu sekund, załączniki ulegają destrukcji w ciągu piętnastu minut. Użyto algorytmu szyfrującego Nexus v. 3.175, Polynomial Inc. Użyto algorytmu identyfikacji i markowania adresata Seraph v. 1.2, Polynomial Inc.
Temat: Pozyskanie przedmiotu, przybliżony opis w zał. nr 1. Lokalizacja: platforma C-16, kontekst w zał. nr 2. Metody: A. zakup, prop.: 50M dalli. B. perswazja słowna/ groźba. C. groźba tortur rodziny* (inf. o rodzinie w trakcie kompletowania, dosłanie ASAP) D. tortury, zgodne z normą szkoleniową Q-17.
Po pozyskaniu przedmiotu, niezwłoczne pozbycie się załogi. Prop. pozorowany pożar poprzez spięcie instalacji przy zbiornikach paliwa. Dopuszczalne inne, dyskr. metody, ref. zał. nr.3. zgodne z normą szkoleniową V-32.
Poziom priorytetu operacji: Z. Nakaz absolutnej dyskrecji.
Arthur Hemmer, dyrektor Działu Ochrony MaSoHe MC.
Oleg Aleksandrovich Smirnoff
Miquel był w połowie drogi do Huba C. Sześciokołowy pojazd, przy prędkości czterdziestu kilometrów na godzinę lekko podskakiwał na nierównościach – uruchomienie pionowych dysz zapewniało tylko nieznacznie lepszą przyczepność. Rzucił okiem na wskaźniki: bak paliwowy prawie pełen, temperatura silnika w normie, ciśnienie w oponach optymalne, zapasy tlenu dostateczne. Tylko system grzewczy lekko niedomagał, ale nie było to nic, czym musiałby w tej chwili zaprzątać sobie głowę.
Dręczyła go zupełnie inna sprawa. Oszukał Bena, nie umieścił znaleziska z powrotem w odwiercie. Połyskujący metalicznie sześcian leżał we wgłębieniu sąsiedniego siedzenia, na wyciągnięcie ręki.
Wiedział, gdzie go sprzeda. Czarnych rynków na Omedze nie brakowało. Żeby tam przeżyć należało znać ludzi. Tylko czy przedmiot rzeczywiście posiada wartość. A może jest niepotrzebnym dziwactwem?
Wyobraził sobie nowy dom w Omedze, Marię parzącą matę i dokazującego wesoło Alejandro. A może nawet przeniosą się do Delty? Nie ma co się spieszyć, zostanie na platformie jeszcze pół roku i dozbiera, tak jak planował. Z Benem czas płynie szybko.
W bagażniku leżało uszkodzone wiertło i Miquel zastanawiał się jak w serwisie wyjaśni przyczynę starcia się diamentów. Tego nie zdążył obgadać z Benem. Powinien do niego zadzwonić i ustalić wersję.
Tuż przed tym, jak miał sięgnąć do telefonu przy uchu, rozległ się sygnał nadchodzącego połączenia. Wibrujący dźwięk o charakterystycznej modulacji oznaczał priorytet, rozmowę, której nie mógł zignorować.
– Majkiel Gonzales? – Usłyszał swoje nazwisko, wypowiadane kuriozalną, zmiękczającą spółgłoski manierą.
– Tak, to ja.
– Dzwoni lejtenant Oljeg Aleksandrovich, ochrana MaSjoHe. Sluszajte, ważny problem. – Rozmówca najwyraźniej ledwo posługiwał się zunifikowanym. Z sobie tylko znanego powodu nie używał translatora.
Miquel zadrżał, nagłe podejrzenie przyszło mu do głowy. Przycisnął gwałtownie hamulec, czego od razu pożałował.
– Poruszajecie się? – zdziwił się Oleg, słysząc syk dysz poziomujących pojazd.
“Do diabła!” Pomyślał Miquel i odpowiedział pytaniem na pytanie:
– W jakiej sprawie pan dzwoni?
– Ja nie pan, ja zwyczajny drug. Znaleźliście coś i mnie wysłano, żeby eto przejąć.
– Zabrać?
– Można i kupić, nie problem.
Miquel zamilkł. Oleg, po krótkiej chwili, kontynuował:
– Ne bójcie się, ja z korporatsji, jak i ty. Co znaleźliście w skałach jest cenne dla korporatsji, zapłacimy tridtsat millionov dallsov.
Miquel nadstawił ucha. Czyż sam nie myślał o sprzedaży znaleziska, kiedy oglądali je z Benem? Teraz nadarza się okazja.
Ale przypomniał sobie plotki, o których wspominał Ben i zadrżał. Stawką mogło być nie tylko jego życie, ale i życie jego bliskich.
– Poczemu ty milczysz? – Niecierpliwił się Oleg.
– Czterdzieści milionów – odparł niespodziewanie Miquel i poczuł, jak jego oddech przyspiesza.
– Podobasz mi się! – W głosie Olega dało się wyczuć ironię. – Dlatego ja dam tjebe sorok millionov. I powiedz mi, gdzie ty masz ten przedmiot?
Miquel odchrząknął. Musiał być sprytny i ostrożny.
– Umieściliśmy go… z powrotem, na dnie otworu.
Z głośniczka rozległ się śmiech, zdawać by się mogło nad wyraz szczery, jakby Oleg śmiał się całym sobą.
– Ty wrzucił go z powrotem v dziuru?
Miquel ścisnął mocniej kierownicę, żeby opanować drżenie rąk. Nie pomagało, że głos Olega był łagodny, można by nawet rzec, aksamitny.
– A powiedz mi, dokąd ty jedziesz?
– Wymienić wiertło do huba.
– Ty od razu wracaj, ja dostarczę nowe. Ty slyszysz, panimajesz? I bądź spokojny. Do svidania! – Połączenie dobiegło końca.
Miquel zaczął krzyczeć. Wrzeszczał kilkanaście sekund, wyrzucając z siebie całe napięcie. A potem zatrzymał się, próbując uregulować oddech i opanować drżące dłonie.
Oleg kazał mu zawrócić.
Mógł uciec do Corporación Sudamericana, na drugą stronę frontu. Jednak przekroczenie linii walk niosło ze sobą ryzyko. Realistyczną alternatywą było dostanie się do odległego o dwieście kilometrów huba amerykańskiej Extraterriestial Mining Company.
Ale było coś ważniejszego, coś co sprawiało, że musiał wrócić na platformę. Tym kimś był Ben.
Nigdy nie myślał o Benie jako o swoim przyjacielu. Unikał nowych przyjaźni, było to zbyt ryzykowne. Otrzymał brutalną szkołę życia na Omedze. A jednak w tej chwili nie potrafił po prostu uciec. Nie był szczurem.
Sięgnął do szuflady pod deską rozdzielczą i wyjął urządzenie nadawcze starego typu, zakupione jeszcze na Marsie. Przywlókł je ze sobą na Tytana i trzymał na specjalną okazję, taką, jak teraz. Wpisał ośmiocyfrowy kod odbezpieczający, odczekał kilka minut, po czym wybrał numer odbiornika Marii Gonzales. Zaczął pisać:
“Kochana! Na Tytanie nastąpiły pewne komplikacje, na których wyjaśnienie brak mi czasu. Dlatego mam gorącą prośbę. Weź AIejandro, spakuj walizkę z najpilniejszymi rzeczami i udaj się na calle Don Carlos, do starego Santiago, tam, gdzie zabrałem Cię, kiedy się poznaliśmy. Przekaż mu dokładnie te dwa słowa: “czerwony prysznic” i zrób, to, co Ci zaleci. Proszę Cię, nie zwlekaj, zrób to jak najszybciej, najlepiej teraz.”
Spojrzał na ekran systemu nawigacji i dopisał:
“5209342020581019. Pamiętaj, że są różne stopnie szczęścia. Nas od niego dzielą minuty, może sekundy. Ta wiadomość powinna dotrzeć na Marsa za godzinę. Zapamiętaj ją i skasuj, a odbiornik wrzuć do niszczarki. Proszę, nie martw się. Obiecuję Ci, że niebawem się zobaczymy! Na zawsze Twój, Miquel.”
Schował nadajnik i sięgnął do kieszeni. Ścisnął w dłoni jej zawartość, a potem przymknął oczy, nieruchomiejąc na kilka sekund, tak, jakby coś rozważał.
Westchnął głęboko, wyjął z kieszeni sześcienny, metalicznie połyskujący przedmiot, otworzył niewielką śluzę w drzwiach pojazdu. Pociągnął za wajchę patrząc, jak mechanizm wyrzuca obiekt ze śluzy na zewnątrz pojazdu.
Kiedy ruszył, poczuł ulgę. Skierował pojazd do platformy C-16.
Ben siedział w kuchni niespokojnie przegryzając baton energetyczny, kiedy kątem oka, na ekranie jednej z kamer obserwujących cysterny metanu, dostrzegł ruch. Początkowo sądził, że wrócił Miquel, ale było na to zbyt wcześnie.
Wstał i podszedł do panelu z monitorem, włączył podgląd kamery głównej. Nic się nie działo, nikogo nie było. Ani przy platformie, ani przy budynku głównym, ani przy…
Zza ostatniej cysterny wyskoczył nieokreślony kształt, przypominający żywą, włochatą sprężynę. Stworzenie majstrowało przez chwilę przy zaworach zbiorników, a potem pokicało za warsztat.
Zmienił obraz na kamerę panoramiczną. Przy platformie stał zaparkowany pojazd, a tuż obok, mężczyzna w bojowym skafandrze. Facet rozglądał się wokół.
Bena zmroziło. Przyszli po kostkę! Wiedział, że MaSoHe monitorowała ich pracę non-stop, ale miał cichą nadzieję, że sprawa z przypadkowym znaleziskiem nikogo nie zainteresuje. A w każdym razie nie tak błyskawicznie.
Gość ruszył w stronę głównego budynku i wkrótce stanął w drzwiach. Ben dostrzegł, że na ramię mężczyzny wskoczyła małpka-kapucynka, która wpatrywała się badawczo w oko obserwującej ich kamery. To był ten kształt, który dostrzegł przy cysternach. Widocznie facet z MaSoHe i jego robot chcieli powęszyć wokół zabudowań.
Nieznajomy posiadał autoryzację, bo kiedy podszedł bliżej, drzwi śluzy otworzyły się. Wyregulował zawór w skafandrze, odczekał aż temperatura i ciśnienie wyrównają się, a potem niespiesznym ruchem zdjął hełm.
Oczom Bena ukazała się ogolona, chuda twarz, o wąskich, prawie białych wargach i głęboko osadzonych, obojętnych oczach. Policzki, broda, nos i czoło gościa były blade i poorane płytkimi bliznami – prawdopodobnie śladami przebytej choroby skórnej. Rozpierzchnięte na wszystkie strony rzadkie, żółtawe włosy sprawiały wrażenie równie mizerne.
Małpka zeskoczyła z ramienia mężczyzny, odbiła się energicznie od podłogi i – wykonując zaledwie jeden sus – znalazła się na szczycie szafki serwera, obok Bena, tuż pod sufitem. Usadowiwszy się wygodnie, wlepiła nienaturalnie obojętny wzrok w inżyniera. Obwódki jej oczu tliły się czerwonym, złowrogim blaskiem.
– Tobie podobasja moja małpka Li-li? – odezwał się nagle gość głosem tak jedwabistym, że gdyby nie okoliczności, wzbudziłby w Benie natychmiastową sympatię.
– Biorobot?
– Koneczno. Jestem lejtenant Oljeg Aleksandrovich.
– Benjamin Linqvist.
– Wy może domyślacie się zaczem ja przyjechał? – porucznik przeszedł do sedna.
Ben nie zamierzał nic ukrywać. Wyśle robota-sondę na dno lewego odgałęzienia szybu, wyciągnie kostkę, odda cesarzowi co cesarskie i wróci spokojnie do roboty.
Tego ostatniego jednak nie mógł być pewien. Plotki o masakrze w Hubie A stanęły mu żywo przed oczami. Czy był to bunt robotników, który przerodził się w tragedię, czy jednak coś więcej? W każdej plotce kryje się ziarno prawdy. Jeżeli istnienie tej kostki ma być zachowane w tajemnicy, to korporacja znajdzie sposób, żeby ich zmusić do milczenia.
Na monitorze pojawił się powracający Miquel. Ben ucieszył się, bo milczące sam na sam z Olegiem napięło jego nerwy do granicy wytrzymałości.
Miquel zaparkował samochód niedaleko platformy, otworzył klapę i kilku skokami zbliżył się do wejścia. Kiedy tylko znalazł się w środku, porucznik bez ceregieli rozkazał mu wydobyć przedmiot z szybu wiertniczego.
Ben odetchnął. „A więc Miquel powiedział mu, gdzie jest kostka. No i dobrze, po co nam problemy.”
Ale operator miał swój plan. Ukradkiem wyłączył system bezpieczeństwa robota-sondy. Maszyna była dopiero w połowie drogi na dno szybu, gdy podał jej maksymalną moc, wprowadzając z impetem w wąską szczelinę skalną. Zablokowany robot tkwił bezradnie w miejscu, choć jego silniczki nadal pracowały pełną parą.
„Żuk przewrócony do góry nogami”. Miquel liczył na przegrzanie robota. Oleg nie miał pojęcia o obsłudze tego typu sond i przez chwilę wydawało się, że sabotaż Miquela ma szansę na powodzenie.
Nagle oczka małpki zamigotały. Dwoma susami doskoczyła do Miquela i gwałtownym ruchem wbiła pazury w rękę, którą sterował sondą. Wydarła mu kontroler i wskazała na wyłączony system bezpieczeństwa, demaskując próbę dywersji. Na twarzy Olega po raz pierwszy odmalowało się zniecierpliwienie.
– To bardzo mądra małpka. Li-li, nu że, ty prekrasnaja moja.
Czerwone obwódki oczu małpki przeszły płynnie w pomarańczowy, a z pyszczka wydobył się przeciągły pomruk, jakby była przyjemnie podrapana.
Porucznik wyjął pistolet z kabury. Skierowawszy go na Miquela wycedził:
– Ja nie panimaju, czemu wy chcecie być gierojami. Oferowałem tobie sorok milionów. Ja dumał, że u nas jest umowa. Kontynuuj poszukiwania.
Zrezygnowany Miquel wycofał robota ze szczeliny. Zsunął go na samo dno odwiertu. Zbadał główną odnogę, potem przeszedł do lewej, porzuconej. Mijały minuty, a robot nie znajdował niczego. Łypał okiem kamery w prawo i lewo, w górę i w dół, oświetlał skały jasnym blaskiem reflektora, lustrował dno centymetr po centymetrze. Ben spojrzał pytająco na kompana.
Oleg zaczynał rozumieć, że nie pójdzie gładko. W milczeniu przeszedł kilka kroków. Odwrócony do pracowników platformy tyłem rzekł przez zaciśnięte zęby:
– Benjamin Linqvist. Ty nie masz familii, nikt nie budjet ciebie opłakiwać. Ale ty, Miguel Gonzales? Szto skażum twoi bliskije?
Miquel był przekonany, że w systemie nie może być nic o Marii i Alejandrze. Oleg blefował. Ale nigdy nic nie wiadomo na sto procent. Postanowił odpowiedzieć blefem na blef:
– Nie waż się ruszyć mojej siostry, skurwielu!
Oleg połknął haczyk.
– Spokojno, spokojno. Tvoja sestra w dobrych rukakh korporatsii. Ona niczego złego ne zdjelała. A teraz skażi, gdzie ty ukryłeś kostkę? Że na platformie, to prawda?
Miquel odetchnął. Był jedynakiem, miał tylko Marię i Alejandra. Nie wiedzieli o nim nic.
Li-li doskoczyła do Miquela, stalowymi łapkami ścisnęła jego głowę, do ucha przysunęła końcówkę ogona. Wysunęła metalowy szpikulec.
– Chwilunia… – powiedzonko Bena zabrzmiało kuriozalnie. – To ja ukryłem artefakt.
Oleg chwycił inżyniera z niespodziewaną siłą. Szarpnął go z miejsca i pociągnął w stronę wyjścia.
– Bljadź! Chodź ze mną druhu. Włóżże hełm.
Zostawił małpkę z Miquelem, a sam pociągnął Bena do warsztatu.
Tam złapał za szyję i przycisnął do ściany. Zrobił to z niespodziewaną wprawą, jakby to Ben, a nie on był chudzielcem.
– Czego ty chcesz, a?
Ben nie miał pojęcia czego chce. Nie wiedział nawet dlaczego skłamał. Konsekwentnie grał na czas, tak, jakby ktokolwiek mógł im w tej sytuacji pomóc. Byli przeklęci w chwili, gdy natknęli się na ten diabelski przedmiot. Miquel nie dotrzymał umowy i cholera wie, co zrobił z kostką. Ukrył ją w warsztacie, wyrzucił po drodze? Ale co z tego, obaj by pewnie zginęli tak czy inaczej.
Poczuł uderzenie w kolano i intensywny ból. Coś pękło. Oleg działał zgodnie z procedurą, nadszedł czas na tortury.
– Wypuść Miquela, to mój warunek – wystękał Ben.
Oleg zawahał się. Zwolnił uścisk.
– Koneczno, koneczno – jego głos odzyskał aksamitny ton. – Ja zobaczę kostkę i obaj będziecie swobodni.
– Wypuść go teraz, niech odjedzie do strefy południowoamerykańskiej.
Oleg po krótkim namyśle zgodził się.
Godzina, która minęła od odjazdu Miquela, dłużyła się Benowi w nieskończoność. Setki myśli przeszło przez jego głowę. Czy nie przeoczył czegoś oczywistego? Sprawdził pojazd Miquela, nie było tam żadnej podejrzanej instalacji. Oleg i jego robot nie mieli czasu, aby taką założyć. Miquel zdąży dotrzeć do zony Corporación Sudamericana i będzie bezpieczny.
Oleg wskazał na zegarek.
– Kostka jest w baraku – poinformował spokojnie Ben.
To było wiarygodne. Artefakt był po prostu w baraku, sprawa naturalna i prostsza niż się Olegowi wydawało. Uwierzył albo chciał uwierzyć, bo miał tej sytuacji tak samo dość jak Ben.
Ponownie włożyli hełmy. Ponownie wyszli na zewnątrz. Kilkanaście skoków dzieliło ich od baraku. Oleg przed wejściem spojrzał w stronę zbiorników. Pięć sinych cylindrów niknęło w gęstniejącej mgle.
Weszli do środka, Li-li skoczyła na stół, włączyła lampę.
Ben podszedł do szafki i wysunął trzecią od góry szufladę. Naczynie z kolekcją próbek metali tkwiło w jej głębi, niewidoczne. Na szczęście kostkę z litu, tę, która najbardziej przypominała artefakt, położył tuż przy brzegu.
Podał ją Olegowi.
– Pod lampą najtsjemnej – skonkludował tamten.
Oleg przymknął oczy. Użył mnemotechniki, żeby przypomnieć sobie dosłowną treść załącznika numer jeden z notatki od Hemmera – przybliżony opis artefaktu.
Zbadał wizualnie kostkę, kilkukrotnie obrócił ją w palcach, przeciągnął opuszkiem po krawędzi. Zgadzało się wszystko prócz wielkości. Jednak opis zawierał adnotację, że artefakt nie musi być identyczny z opisem. Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział czym są artefakty.
– Li-li! – zawołał Oleg.
Małpka doskoczyła. Wzięła kostkę w łapki i przysunęła do oka. Złapała ostrość na krawędzi. Światło lasera oświetliło jeden z boków. Po chwili włączyła promienie rentgena. Pokręciła niepewnie głową.
Korzystając z chwili nieuwagi Ben pokuśtykał do ściany, na której wisiały fartuchy i gdzie obok butów leżała zniszczona skrzynia. Miquel narzekał, że Ben gromadzi w niej graty. Ale rupiecie czasem się przydają.
Sięgnął po biało-pomarańczową kulę. Nie musiał jej całej wyciągać. Wystarczyło wymacać zawór i przekręcić trzykrotnie, jednocześnie dociskając. Zrobił to niepostrzeżenie, zawór poluzował się. Wówczas energicznie go szarpnął.
Epilog
Komputery w całym zespole budynków padły. Małpka osunęła się na ziemię.
Oleg spojrzał w stronę Bena, który w pozycji półleżącej, wsparty o skrzynię, ściskał w dłoni zawleczkę. „Tłusty inżynier odpalił elektronnuju bombu, delikatna elektronika padła” – skonstatował. Zachowując zadziwiającą w tej sytuacji trzeźwość umysłu, porucznik wsunął kostkę do kieszeni, podniósł bezwładną małpkę, przełożył ją sobie przez ramię i w milczeniu, ręcznie, otworzył drzwi śluzy. Kilka minut później, kierując się w stronę swojego pojazdu, aktywował system ochronny kombinezonu.
Ben został w warsztacie sam. Oparty o skrzynię, sapiąc ciężko, próbował się podnieść. Raz, drugi, nie udało się. Pulsujący ból w kolanie odbierał siły.
Sięgnął do skrzyni, pomieszał ręką. Z dna wyłowił niewielką, szklaną butelkę. „Miquel, stary druhu, gdybyś wiedział jakie cuda twój kompan ukrywa w tej graciarni, martwiłbyś się jeszcze bardziej o jego zdrowie. Ale teraz… za twoje zdrowie!” Oderwał kapsel, łyknął i przymknął oczy. Ból nieco zelżał. Przypomniał sobie dom rodzinny, Ziemię. „Kiedy przejdziesz dziesięć mil miarowo w upalny dzień wzdłuż fiordu, wkrótce odkryjesz, dlaczego wynaleziono piwo”. Roześmiał się tubalnie.
Oleg wszedł do pojazdu. Jak każdy wóz bojowy, tak i ten wyposażony był w prostą elektrykę i systemy hydrauliczne, którego krytyczne elementy osłonięte były ekranami niklowo-żelaznymi. Odpalił bez problemu.
Nie mógł zwlekać, byłoby to zbyt niebezpieczne. Jego wóz był odporny na e-bombę, ale zapalniki mini-ładunków, które Li-li zainstalowała przy cysternach, zostały najpewniej uszkodzone przez impuls. Mogły wybuchnąć w każdej chwili.
Silniczki skierowane w górę trzymały pojazd blisko powierzchni. Wewnętrzny system ogrzewania pompował świeże i ciepłe powietrze. Oleg zdjął hełm i rozluźnił się.
Odczytał raport służb z granicy Corporación Sudamericana: Miquel został śmiertelnie postrzelony przez innego agenta MaSoHe tuż przed zoną, ale jeszcze na terenie ich jurysdykcji. „Nie idealno, dostatoczno choroszo.”
Usłyszał za sobą huk. Kilka odłamków rozerwanych budynków platformy C-16 uderzyło w tył pojazdu, robiąc pokaźne, ale niegroźne wgniecenia. Niewiele brakowało, a by nie zdążył.
Eksplozja dawała mu pewność, że nie zostaną ślady.
Westchnął na widok mechanicznego ciała Li-li, leżącego na siedzeniu obok. „Moja maliszka, a kak że ty?” Od lat nie robił backupu, zatem osobowość małpki przepadła.
Ale ostatecznie był z siebie dumny. Miał apetyt na sowitą nagrodę od Hemmera.
Witaj. :)
Sprawy techniczne i nasuwające się przy czytaniu sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Mini platforma wiertnicza C-16 nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle kilkuset podobnych na Tytanie. Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się kilkaset kilometrów dalej, a działania wojenne powoli wygasały, infrastrukturze nic nie zagrażało. – powtórzenie?
Przy tablicy kontrolnej siedział trzydziestoletni szatyn, o wzbudzającym zaufanie spojrzeniu i łagodnym uśmiechu. – mam wątpliwość, czy przecinek nie jest zbędny (?)
Wkrótce, trzy czwarte metalicznej kostki wystawało ze skalnej okowy. – tu także?
Ben, został w warsztacie sam. – tu też?
Na dnie otworu, sonda odnalazła odłamek skalny, którego średnia gęstość – po pobieżnym, miejscowym skanie – okazała się zadziwiająco duża. – tu podobnie – z pierwszym przecinkiem (?)
Po pierwszych oględzinach, stwierdzili, że jest typowym dla Tytana, przypominającym asfalt, zlodowaciałym węglowodorem. – tu znowu mam wątpliwość co do pierwszego (?)
Zgodnie z procedurą przejścia powinieneś był zrobić trening, rozpocząć dietę i zakładać dociążenie miesiąc przed. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?
Miquel nie miał pojęcia (przecinek?) skąd tamten je przytargał.
Masz pojęcie (i tu?) co to za minerał?
Zdaje się, że to coś jest zrobione. – dodał. – błędny zapis dialogu? (zbędna kropka?)
– Chcesz wydobyć to coś? – Zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu. – i tu – didaskalia z malej?
– Dokładnie to mam zamiar zrobić… Znajdź dozymetr – rzucił obojętnie, nie przerywając odłupywania – tu też błędny, bo z kolei brak kropki (lub części zdania)?
– Czyli jest to wytwór człowieka czy (przecinek?) nie?
To może mieć związek z działaniami wojskowymi, to może być element uzbrojenia. – czy celowe powtórzenie?
Nie mogę sobie wyobrazić (przecinek?) w jaki sposób ktoś mógłby umieścić cokolwiek tak głęboko.
Ścisnął je pokrętłem, i (przecinek?) ruszając to do góry, to na dół, niczym dentysta wyrywający ząb, próbował wydobyć obiekt ze skalnej bryły.
Zbliżał każdą jedną bryłkę do znaleziska (przecinek?) szukając podobieństwa.
Prawdopodobnie pod wpływem sprzyjającej temperatury i ciśnienia. Pod wpływem aktywności tektonicznej został wypchnięty z dużo głębszych warstw geologicznych, być może z samego jądra… – – powtórzenie?
Ben nie wierzył w to (przecinek?) co mówi.
Wymiana myśli bohaterów za pomocą ich zapisywania jest niekonsekwentna, czasem dajesz tam kropki, a czasem – nie (w dodatku – kropka powinna być poza nawiasem):
“To może być plotka rozsiewania przez konkurencję, żeby oczernić MaSoHe.”
“Chcesz ryzykować?”
“Ten obiekt na pewno jest wiele wart.”
“Wyrzućmy to.”
Tak (przecinek?) jak chciał Ben, włożył metaliczny przedmiot w szczypce robota-sondy, otworzył aplikację obsługi i nakazał transport elementu w głąb odwiertu, do jego lewej, zaniechanej odnogi.
Arthur Hemmer (przecinek?) przytknąwszy oko do lunety (i tu?) skierował ją na krater.
– Ale do kogo ma pan pretensje, Panie Hemmer? – błędny zapis dialogu?
Nie wiedzieliśmy jeszcze (przecinek?) z czym mamy do czynienia.
– Myślałem, żeby poinformować go (przecinek?) jak będziemy pewni (i tu?) czy to rzeczywiście jest artefakt.
Nadszedł czas wziąć się do pracy. Gdy miał przypływ energii, kochał swoją pracę. – powtórzenie?
Źrenica, tkwiąca w białku o nienaturalnym, przypominający kość słoniową kolorze, zabłysnęła szkliście, zdradzając, że prawe oko jest kamerą. – literówka?
Sześciokołowy pojazd, przy prędkości czterdziestu kilometrów na godzinę lekko podskakiwał na nierównościach – uruchomienie pionowych dysz zapewniało tylko nieznacznie lepszą przyczepność. – znowu mam wątpliwość, czy ten przecinek nie jest zbędny (?)
Tylko (przecinek?) czy przedmiot rzeczywiście posiada wartość. – czy to nie zdanie pytające?
W bagażniku leżało uszkodzone wiertło i Miquel zastanawiał się (przecinek?) jak w serwisie wyjaśni przyczynę starcia się diamentów.
Co znaleźliście w skałach (przecinek?) jest cenne dla korporatsji, zapłacimy tridtsat millionov dallsov.
– Poczemu ty milczysz? – Niecierpliwił się Oleg. – czy nie jest to gębowe?
– Wy może domyślacie się (przecinek?) zaczem ja przyjechał? – Porucznik przeszedł do sedna. – i to?
– Ty wrzucił go z powrotem v dziuru? – faktycznie tu ma być „v”?
Miquel ścisnął mocniej kierownice, żeby opanować drżenie rąk. – literówka?
– A powiedz mi, gdzie ty jedziesz?– dokąd?
Skierowawszy go na Miquela (przecinek?) wycedził:
Chodź ze mną druhu. – przecinek przy Wołaczu?
Ben nie miał pojęcia (przecinek?) czego chce.
Nie wiedział nawet (i tu?) dlaczego skłamał.
Ale co z tego, obaj by pewnie zginęli (przecinek?) tak czy inaczej.
Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział (przecinek?) czym są artefakty.
„Miquel, stary druhu, gdybyś wiedział (przecinek?) jakie cuda twój kompan ukrywa w tej graciarni, martwiłbyś się jeszcze bardziej o jego zdrowie. Ale teraz… za twoje zdrowie!” – powtórzenie i brak kropki na końcu?
Jego wóz był odporny na e-bombę, ale zapalniki mini-ładunków (przecinek?) które Li-li zainstalowała przy cysternach (i tu?) zostały najpewniej uszkodzone przez impuls.
Nieźle poprowadziłeś fabułę, trzymając w napięciu do ostatniego zdania. :) I tylko można sobie dopowiedzieć, jak zareaguje Hemmer. ;)) Szkoda obu bohaterów, ale – okrutny świat postępuje okrutnie, tak już jest. :)
Świetnie nakreślone sylwetki postaci, bardzo ciekawe odsłony kolejnych zdarzeń, a także – wtrącane raz za razem retrospekcje. :)
Pozdrawiam serdecznie, chciałabym zwrócić uwagę na Twój tekst Kogoś Mądrzejszego, zatem – podwójny klik (biblioteczny i piórkowy). :) Powodzenia. :)
Pecunia non olet
Na jego okrągłej twarzy z dwoma podbródkami pojawił się uśmiech.
Nie lepiej – z podwójnym podbródkiem?
Podbródek jest jeden, a nie dwa. Brzmiało być lepiej:) Bo troszkę zgrzyta,.
Zapewniam cię, Miquel, że skały w tym rejonie są miększe niż charakter Ludwika XVI –
Ja i dieta to jak Karol Marks i maszynka do golenia.
W tej chwili mam o tym takie pojęcie, jak Einstein o skoku przez płotki.
Trochę średnio trafione te metafory. Nawet jako historyk stwierdzam, ze ktoś 600 lat potem by takich uwag nie robił. Ja oczywiście to zakumałem, ale nie wiem czy randomowy czytelnik to zrozumie :) Uwierz mi, nie wszyscy wiedzą, jaki charakter miał Ludwik. Z Marksem może być różnie. Ale to takie TBD, na przyszłość. Ale np to:
– Parafrazując Einsteina, oprócz głupoty ludzkiej, nie widziałem jeszcze w przyrodzie czegoś tak trwałego.
To już było trafne. Głownie dlatego, że to był cytat i jak ładnie wspomniałem parafraza. Dobre!
– Dlaczego mielibyśmy to zrobić? – wyszeptał zdezorientowany Miquel.
Ben przyłożył palec do ust. Zaczął gorączkowo pisać.
“Słyszałeś o masakrze w Hubie A? Według oficjalnych informacji, wywiązała się sprzeczka między pracownikami a ochroniarzem. Facet zaczął nagle strzelać jak wariat. Zginęło sześciu nieuzbrojonych operatorów platformy. Ochroniarz zniknął bez śladu, śledztwo umorzono, korporacja wykupiła się odszkodowaniami dla rodzin.
Niedługo po transferze na Dionę, spotkałem ludzi, którzy wiedzieli coś więcej. Wspomnieli o znalezisku pod grubą warstwą skał. Musiało to być coś naprawdę cennego. Krwawa jatka nie była wynikiem przypadkowej sprzeczki. MaSoHe siłą odebrała pracownikom coś, czego nie chcieli oddać.”
Miquela zamurowało. Wyjął długopis z ręki Bena:
“To może być plotka rozsiewania przez konkurencję, żeby oczernić MaSoHe.”
“Chcesz ryzykować?”
“Ten obiekt na pewno jest wiele wart.”
“Wyrzućmy to.”
Ale Miquel wahał się. Pokręcił z niedowierzaniem głową.
“Taka szansa nie zdarza się codziennie. To może być nasza przepustka do lepszego życia!” – nabazgrał drżącymi rękoma.
“Wyrzućmy to” – Ben był nieugięty.
Ostatecznie Miquel zgodził się, czując, że wymyka mu się rzadka sposobność na darmowy lunch. Tak jak chciał Ben, włożył metaliczny przedmiot w szczypce robota-sondy, otworzył aplikację obsługi i nakazał transport elementu w głąb odwiertu, do jego lewej, zaniechanej odnogi.
Kilka minut później stali w kabinie operacyjnej, obserwując przez iluminatory jak robot, wraz z kostką, zanurza się w otworze. Kiedy dotarł na dno lewej odnogi, Miquel zapytał:
– Czyli co? Mam jechać do Hubu po nowe wiertło?
– Tak. Nie ma na co czekać. Wracamy do business as usual.
Tu się trochę pogubiłem. Nie do końca wiedziałem co jest pisane, co jest mówione. Troszkę zamieszałeś moim zdaniem te scenę, bo musiałem ją przeczytać dwa razy żeby złapać logikę.
Najbardziej dezorientuje sposób zapisu tej „rozmowy” na kartce – mieszanie cudzysłowów z myślnikami dialogowymi (np. “Wyrzućmy to” – Ben…) sprawia, że mózg automatycznie czyta to jako mowę na głos; o wiele czytelniej byłoby wrzucić te notatki po prostu kursywą w tekst ciągły. Do tego ich wymiana zdań na papierze jest nienaturalnie szybka, piszą długie kwestie z prędkością mowy, zamiast używać skrótów i równoważników.
Głos Srinivasy Aiyangara, szefa IT, drżał.
Jako człek z branży który widzi ogrom hindusów z managmencie IT, zwłaszcza za oceanem – ogromny plus za rozeznanie. A jak fart, to ci się to udało :)
– Kurwa, co to za indywidua?!
Nie lepiej – niesubordynacja? TBD.
– Srinivas, ty śniada kurwo w białych rękawiczkach! Ty za nic nie bierzesz odpowiedzialności!
Hehe, dobre i bardzo apropo :) Jak ja to znam ze swojego poletka bo sam z nimi robiłęm 2,5 na projekcie :)
Czemu ten tłusty kutas z
Angielski zwrot. Zmień to, bo strasznie to kłuje w oczy. Może “Czemu ten pierdolony grubas”? Będzie brzmieć bardziej swojsko. Ja wiem, że mówią to nie-polacy, ale czytają Polacy:)
Ściśle tajne. Nieautoryzowane przechwycenie grozi karą śmierci. Adresat: Oleg Aleksandrovich Smirnoff.
Treść ulega autodestrukcji w ciągu stu dwudziestu sekund, załączniki ulegają destrukcji w ciągu piętnastu minut. Użyto algorytmu szyfrującego Nexus v. 3.175, Polynomial Inc. Użyto algorytmu identyfikacji i markowania adresata Seraph v. 1.2, Polynomial Inc.
Temat: Pozyskanie przedmiotu, przybliżony opis w zał. nr 1. Lokalizacja: platforma C-16, kontekst w zał. nr 2. Metody: A. zakup, prop.: 50M dalli. B. perswazja słowna/ groźba. C. groźba tortur rodziny* (inf. o rodzinie w trakcie kompletowania, dosłanie ASAP) D. tortury, zgodne z normą szkoleniową Q-17.
Po pozyskaniu przedmiotu, niezwłoczne pozbycie się załogi. Prop. pozorowany pożar poprzez spięcie instalacji przy zbiornikach paliwa. Dopuszczalne inne, dyskr. metody, ref. zał. nr.3. zgodne z normą szkoleniową V-32.
Poziom priorytetu operacji: Z. Nakaz absolutnej dyskrecji.
Arthur Hemmer, dyrektor Działu Ochrony MaSoHe MC.
Uprościłbym trochę, bo przez te skróty, nazwy jest na granicy imfodumpu. Ale to moje zdanie i TBD.
Ocena ogólna.
Czuć klimat “The Expanse” ale też trochę “Aliena” ale także i kosmicznego Cyberpunka, w którego dużo grywałem. Od pierwszych sekund wtopiłem się w ten tekst i szło. Bardzo fajne te wstawki z IT, chyba kolega jak ja pracuje w IT albo jest rozeznany :) Czułem ten klimat, fajnie to wyglądało.
Ale w połowie to trochę traci tempo. Druga połowa jest słabsza. Dlaczego? Być może dlatego, że skupiłeś się bardziej na intrydze korpo, a nie na samym artefakcie. Ja chciałem poznać ten artefakt a tak naprawdę nie dowiedziałem się o nim nic. Szkoda. Ale wierzę, że bedzie dalsza część, bo fajnie napisane opowiadanie i klimat na plus.
Scena w baraku traci napięcie, ponieważ Ben wie, że nie ma kostki, a Oleg ucieka się do gróźb, które niewiele zmieniają. Kiedy Oleg łamie kolano Benowi, dzieje się to szybko i niemal bez emocji.
Używasz artefaktu jak walizka z PulpFiction – przedmiotu, który napędza akcję, ale sam w sobie nie ma znaczenia. Ja to tak odebrałem. W literaturze science fiction to jednak rzadko się sprawdza, bo czytelnicy oczekują, że technologia/obcy element będzie miał realny wpływ na świat lub bohatera. Ale pamiętaj, że to tylko moja opinia i odczucie. Nie musisz jej do siebie brać.
W sumie to tyle z tych rzeczy zgrzytających.
Napewno polecę do biblioteki bo naprawdę fajne opowiadanie, ale jest poczucie niedostytu końcówką. Gdybym nie zużył swojego “jednego” głosu na najlepsze opko miesiąca to bym zagłosował, by dać ci szansę by oceniła loża. (z zasady głosuje tylko na jedno bo biorę dosłownie słowo najlepszy). Ale jestem pewien, ze zrobią to inni.
Będę czytał następne, liczę na kontynuację :)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Cześć!
Ostatnio nawet myślałam, co się stało z tym opowiadaniem. Cieszę się, że w końcu ujrzało światło dzienne ;)
Ok, pobetowo parę słów zanim kliknę, gdzie trzeba.
Język jest dość surowy i techniczny, ale przeplatany humorem, co dobrze oddaje klimat. Dla mnie fragment z korpointrygą wypada fajnie, bo dodaje kolejną warstwę – z przygodówki o przypadkowym odkryciu, dostajemy opowieść o grze interesów. Jeśli miałabym wskazać jakiś słabszy punkt, to momentami widać lekkie przegadanie i nadmiar ekspozycji, ale nie razi to jakoś bardzo mimo wszystko :)
Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze coś w tym uniwersum ;)
Zapewniam cię, Miquel, że skały w tym rejonie są miększe niż charakter Ludwika XVI –
Ja i dieta to jak Karol Marks i maszynka do golenia.
W tej chwili mam o tym takie pojęcie, jak Einstein o skoku przez płotki.
Trochę średnio trafione te metafory. Nawet jako historyk stwierdzam, ze ktoś 600 lat potem by takich uwag nie robił. Ja oczywiście to zakumałem, ale nie wiem czy randomowy czytelnik to zrozumie :) Uwierz mi, nie wszyscy wiedzą, jaki charakter miał Ludwik. Z Marksem może być różnie. Ale to takie TBD, na przyszłość.
To nie jest wcale takie oczywiste, że po 600 latach te odniesienia byłyby niezrozumiałe. Poza tym to element stylizacji języka niż próba precyzyjnego komentarza historycznego ;) A nawet jeśli ktoś nie zna dokładnie kontekstu Ludwika XVI, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens.
Czemu ten tłusty kutas z
Angielski zwrot. Zmień to, bo strasznie to kłuje w oczy. Może “Czemu ten pierdolony grubas”? Będzie brzmieć bardziej swojsko. Ja wiem, że mówią to nie-polacy, ale czytają Polacy:)
To też jest do obrony, o ile zwrot faktycznie jest “angielski”. Mówi to Hemmer, a w jego środowisku korpogadka jest przesycona angielskimi wtrętami, więc dla mnie wypada wiarygodnie.
Those who don't believe in magic will never find it
To nie jest wcale takie oczywiste, że po 600 latach te odniesienia byłyby niezrozumiałe.
Przeciętny zjadacz chleba nie wszystko wychwyci :) Nawet dzisiaj :] Ja odczytałem, ale nie wiem czy inni :)
Mówi to Hemmer, a w jego środowisku korpogadka jest przesycona angielskimi wtrętami, więc dla mnie wypada wiarygodnie.
Could be ;) Ale mi zgrzytło :) Jeszcze muszę się zastanowić czy takie uwagi mają sens, jeżeli czytamy właśnie kogoś który jest teoretycznie native-speakerem, co już sam pisałem w moim oryginalnym komentarzu. Natomiast sama inwektywa w tym przypadku by mi się lepiej czytała w innej formie :) Ale zaznaczyłem jako TBD, do decyzji autora ;)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Dlatego moj komentarz miał jeszcze drugą część -> "A nawet jeśli ktoś nie zna dokładnie kontekstu Ludwika XVI, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens." ;)
Those who don't believe in magic will never find it
, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens." ;)
No dobra. To kupuję ;)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Akurat te wtręty o golarce Marksa mi się podobały budowały jakoś bohatera, wyróżniały go. Ja to kupuje.
Ogólnie tekst jest OK. Początek wiele obiecuje po tym artefakcie, a później tego nie wyjaśnia, idzie w stronę akcji. Ja byłem trochę tym rozczarowany, aczkolwiek czytało się dobrze. Dobry tekst związał by znaczeniowo intrygę i artefakt.
Tymczasowy lakoński król
OK, historia w porządku.
Trochę widzę znamiona fragmentaryczności – prawdziwy artefakt leży sobie gdzieś na powierzchni Tytana i nikt nie ma o tym pojęcia. Ten złol z Marsa na pewno szybko się zorientuje, że dostał podróbkę. I wtedy będzie się działo. Co? Tego nie wiemy.
Nie wiemy także, co robi tajemniczy artefakt oprócz tępienia diamentowych wierteł. Czym jest? Kto go skonstruował? Dlaczego korpo tak usilnie chce zdobyć następny egzemplarz? Co zrobi leżący gdzieś tam sześcianik? Co się stanie, jeśli przypadkiem trafi go jakiś pocisk, przecież w pobliżu toczy się wojna?
To wszystko powoduje, że opko aż się prosi o kontynuację.
Ale ogólnie czytało się przyjemnie.
Babska logika rządzi!
Czytało się dobrze, ale po lekturze pojawiły się pytania o artefakt. Dlaczego nic o nim, ani słowa wyjaśnienia, przypuszczeń, sugestii? To, że piekielnie twardy i że interesuje się nim korporacja, to za mało, jak na oczekiwania czytelnika.
Rozśmieszyło mnie ulegnięcie obecnej atmosferze politycznej. Czy tylko wśród Rosjan można znaleźć zawodowego mordercę?
Bohaterowie w porządku, uważam.
Pozdrawiam.
Znaleźć pewnie można wszędzie, ale rusek od razu stwarza wrażenie, że został dobrze obsadzony w roli. ;-)
Babska logika rządzi!
Dziękuję Wam za czas włożony w skomentowanie opowiadania, które do najkrótszych nie należy. Miło mnie zaskoczyły pozytywne opinie i cieszę się, że historia dwóch kolegów wydała sie interesująca! Nie wiem na ile to przebija z tekstu, ale jest on samodzielną częścią szerszej historii (bo uniwersum to za dużo powiedziane) i rzeczywiście, niektóre karty zamierzam odkryć w kolejnych opowiadaniach.
Witaj Bruce!
Bardzo cenię sobię wskazanie potencjalnych błedów technicznych, bo dzięki temu mam okazję popracować nad poprawą warsztatu. Większość to interpunkcja, ale jest też kilka powtórzeń i innych błędów. Przechodziłem przez tekst wiele razy i nie wyłapałem – typowe. :) Poprawię przy najbliższej okazji.
Wielkie dzięki za miłe słowa komentarza oraz za podwójny klik! To wiele dla mnie znaczy.
Miquel, stary druhu, gdybyś wiedział (przecinek?) jakie cuda twój kompan ukrywa w tej graciarni, martwiłbyś się jeszcze bardziej o jego zdrowie. Ale teraz… za twoje zdrowie!
W tym akurat miejscu powtórzenie jest celowe.
Hemmer zareaguje bardzo źle kiedy się dowie, że to nie jest artefkt. Głownych bohaterów też mi było szkoda i nawet chciałem zostawić Miquela przy życiu, ale wtedy jego zaszyfrowana wiadomość do żony byłaby niepotrzebna. Niestety, wydaje mi się, że świat przyszłości będzie tak samo bezwzględny jak obecny, co do tego nie mam złudzeń.
Również pozdrawiam!
Cześć Melendur88!
Nie lepiej – z podwójnym podbródkiem?
Chyba racja, chociaż mówi się “drugi podbródek”. Muszę sprawdzić.
Trochę średnio trafione te metafory. Nawet jako historyk stwierdzam, ze ktoś 600 lat potem by takich uwag nie robił. Ja oczywiście to zakumałem, ale nie wiem czy randomowy czytelnik to zrozumie :) Uwierz mi, nie wszyscy wiedzą, jaki charakter miał Ludwik. Z Marksem może być różnie.
To prawda. Jednak Benjamin to facet, który żyje trochę w swojej bańce, historia jest jego pasją. No i te cytaty żyją w jego głowie, wypowiada je odruchowo, na zasadzie “panie dziejku”, nie przejmując się czy ktoś zakuma o co chodzi.
To już było trafne. Głownie dlatego, że to był cytat i jak ładnie wspomniałem parafraza.
Może właśnie tak jak piszesz, nieco parafrazować i mocniej osadzać w kontekście wydarzeń.
Tu się trochę pogubiłem. Nie do końca wiedziałem co jest pisane, co jest mówione. Troszkę zamieszałeś moim zdaniem te scenę, bo musiałem ją przeczytać dwa razy żeby złapać logikę.
A to wydawało mi się akurat proste. W cudzysłowiu jest pisanie na kartce. Dialog standardowo od myślnika.
Do tego ich wymiana zdań na papierze jest nienaturalnie szybka, piszą długie kwestie z prędkością mowy, zamiast używać skrótów i równoważników.
Nie do końca. Im się nigdzie nie spieszyło, mimo, że odczuwali zdenerwowanie sytuacją.
Jako człek z branży który widzi ogrom hindusów z managmencie IT, zwłaszcza za oceanem – ogromny plus za rozeznanie. A jak fart, to ci się to udało :)
Też żyję na tej planecie i wiem mniej więcej co sie dzieje. ;)
Angielski zwrot. Zmień to, bo strasznie to kłuje w oczy. Może “Czemu ten pierdolony grubas”? Będzie brzmieć bardziej swojsko. Ja wiem, że mówią to nie-polacy, ale czytają Polacy:)
A może “A to niemiła parówka!”? Żarcik. Póki co zostanę przy swojej wersji. Zresztą to marginalne.
Uprościłbym trochę, bo przez te skróty, nazwy jest na granicy imfodumpu.
Pełna zgoda. I tak już skracałem, bo było dłuższe. Przemyślę.
Od pierwszych sekund wtopiłem się w ten tekst i szło. Bardzo fajne te wstawki z IT, chyba kolega jak ja pracuje w IT albo jest rozeznany :) Czułem ten klimat, fajnie to wyglądało.
Miło słyszeć, że historia Cię wciągnęła! To chyba najlepszy komentarz dla autora. Nie pracuję w IT, ale mam nieco doświadczenia w tej dziedzinie.
Ja chciałem poznać ten artefakt a tak naprawdę nie dowiedziałem się o nim nic. Szkoda. Ale wierzę, że bedzie dalsza część, bo fajnie napisane opowiadanie i klimat na plus. (…)
Używasz artefaktu jak walizka z PulpFiction – przedmiotu, który napędza akcję, ale sam w sobie nie ma znaczenia. Ja to tak odebrałem. (…)
Działanie artefaktu i jego pochodzenie jest przemyślane, ale niestety, musisz póki co mi wierzyć na słowo. Ale skoro historia zainteresowała, to postaram się powiedzieć więcej o nim w kolejnych odsłonach. Trochę o jego działaniu jest w tekście “Chwytaj sol, to ma sens”.
Napewno polecę do biblioteki bo naprawdę fajne opowiadanie, ale jest poczucie niedostytu końcówką. Gdybym nie zużył swojego “jednego” głosu na najlepsze opko miesiąca to bym zagłosował, by dać ci szansę by oceniła loża. (z zasady głosuje tylko na jedno bo biorę dosłownie słowo najlepszy). Ale jestem pewien, ze zrobią to inni.
Będę czytał następne, liczę na kontynuację :)
Wielkie dzięki za tak miłą opinię, a szczególnie za gotowość do czytania kontynuacji! To mobilizuje do pracy, a u mnie bywa czasem ciężko z “flowem”. Cenię sobię Twoje uwagi i będę o nich pamiętał przy kolejnych tekstach. Pozdrawiam serdecznie!
Cześć OldGuard!
Ostatnio nawet myślałam, co się stało z tym opowiadaniem. Cieszę się, że w końcu ujrzało światło dzienne ;)
To proste – wahałem się czy już publikować, czy może jeszcze skracać, bo komu chce się czytać tekst długości 40k? Nie jest to jeszcze bardzo dużo, ale niebezpiecznie dotyka granicy odstraszania. W końcu się odważyłem wrzucić jak jest. :D
Język jest dość surowy i techniczny, ale przeplatany humorem, co dobrze oddaje klimat. Dla mnie fragment z korpointrygą wypada fajnie, bo dodaje kolejną warstwę – z przygodówki o przypadkowym odkryciu, dostajemy opowieść o grze interesów. Jeśli miałabym wskazać jakiś słabszy punkt, to momentami widać lekkie przegadanie i nadmiar ekspozycji, ale nie razi to jakoś bardzo mimo wszystko :)
Tak, język surowy, niestety, to moja przypadłość. Mam nadzieję, że wynagradza to sama historia i bohaterowie. Z humorem to niegdy nie wiadomo. Co do słabszego punktu – zgoda, mimo pocięcia, ciągle sporo infodumpów.
To nie jest wcale takie oczywiste, że po 600 latach te odniesienia byłyby niezrozumiałe. Poza tym to element stylizacji języka niż próba precyzyjnego komentarza historycznego ;) A nawet jeśli ktoś nie zna dokładnie kontekstu Ludwika XVI, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens.
Tak właśnie myślałem. To stylizacja, profil postaci.
Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze coś w tym uniwersum ;)
Pojawi się. Tylko jeszcze muszę nad tym popracować. Jeszcze raz dziękuję za betę!
Witaj OneTwo!
Dzięki za odwiedziny i przeczytanie.
Akurat te wtręty o golarce Marksa mi się podobały budowały jakoś bohatera, wyróżniały go. Ja to kupuje.
Cieszy mnie to. :)
Ogólnie tekst jest OK. Początek wiele obiecuje po tym artefakcie, a później tego nie wyjaśnia, idzie w stronę akcji. Ja byłem trochę tym rozczarowany, aczkolwiek czytało się dobrze. Dobry tekst związał by znaczeniowo intrygę i artefakt.
Rozumiem i zgadzam się. Żeby się trochę wytłumaczyć, powtórzę, że opowiadanie, choć stanowi samodzielną część, jest migawką z szerszej historii, gdzie artefakt odgrywa znaczącą rolę.
Witaj Finklo!
Nie wiemy także, co robi tajemniczy artefakt oprócz tępienia diamentowych wierteł. Czym jest? Kto go skonstruował? Dlaczego korpo tak usilnie chce zdobyć następny egzemplarz? Co zrobi leżący gdzieś tam sześcianik? Co się stanie, jeśli przypadkiem trafi go jakiś pocisk, przecież w pobliżu toczy się wojna?
Chodziło mi chyba o to, żeby pokazać co się wokół takiego obiektu może dziać. A co, gdyby nic więcej ludzie o nim nie wiedzieli i mieli się nigdy nie dowiedzieć? Po prostu taki dziwny, doskonały twór. Czy też byłby obiektem pożądania władców tego świata? Wywoływałby konflikty?
To wszystko powoduje, że opko aż się prosi o kontynuację.
Ale ogólnie czytało się przyjemnie.
Prosi się o kontynuację, wiem. Będzie kontynuacja. Dzięki za odwiedziny i cieszę się, że czytało się przyjemnie!
Witaj AdamKB!
Czytało się dobrze, ale po lekturze pojawiły się pytania o artefakt. Dlaczego nic o nim, ani słowa wyjaśnienia, przypuszczeń, sugestii? To, że piekielnie twardy i że interesuje się nim korporacja, to za mało, jak na oczekiwania czytelnika.
Już wyżej odniosłem się do tego i przepraszam, że nieco zawiodłem oczekiwania. Postaram się to w przyszłości zrekompensować.
Rozśmieszyło mnie ulegnięcie obecnej atmosferze politycznej. Czy tylko wśród Rosjan można znaleźć zawodowego mordercę?
Nie tylko, ale akurat tu tak się zdarzyło. W innym moim opku mordercą jest Anglosas, albo jakiś inny Germanin. ;) W każdym razie Oleg to nie najczarniejszy charakter, to tylko narzędzie. Hemmer jest dużo mroczniejszy.
Nie ma tu żadnego ulegnięcia obecnej atmosferze politycznej, ponieważ unikam przemycania swoich poglądów politycznych do opowiadań. To błędny wniosek.
Bohaterowie w porządku, uważam.
Fajnie, że podobają Ci się bohaterowie. Dziękuję za przeczytanie tekstu i trochę szkoda, że zawiodłeś się nierozwiązaniem tajemnicy artefaktu. Jak już wyżej pisałem, trochę o jego działaniu jest w starszym opku, “Chwytaj Sol, to ma sens”. Również pozdrawiam!
Po prostu taki dziwny, doskonały twór. Czy też byłby obiektem porządania władców tego świata? Wywoływałby konflikty?
Czy ja wiem? Koliber i kwiatki są doskonale do siebie dostosowane, ale czy to wzbudza aż takie emocje? Pewnie nie raz zdarzało się, że ludzie się zabijali dla diamentu, ale jakiś kryształ o nieznanych właściwościach? Wydaje mi się to przesadą.
Babska logika rządzi!
Czy ja wiem? Koliber i kwiatki są doskonale do siebie dostosowane, ale czy to wzbudza aż takie emocje? Pewnie nie raz zdarzało się, że ludzie się zabijali dla diamentu, ale jakiś kryształ o nieznanych właściwościach? Wydaje mi się to przesadą.
Moim zdaniem to zależy czy ten obiekt wpisywałby się w znaną fizykę, albo, czy dawałby się wyjaśnić w jej ramach. Koliber i kwiatki posiadają te same komórki co inne rośliny, zwierzęta, podlegają znanym prawom biologi czy fizyki. Jeżeli znaleziono by coś, czego nie można by w żaden sposób zaklasyfikować, to myślę, że wzbudzało by to coś silne emocje. Czy ludzie zabijaliby się o niego? Może nie. Może tylko początkowo tak? Ale na pewno by to coś cenili, jako źródło tajemnicy, która rozwikłana, mogłaby poszerzyć naszą wiedzę.
Ale skąd wiadomo, że obiekt mija się ze znaną fizyką, jeśli jeszcze żadnego nie udało się zbadać?
No i imponujący stopień inwigilacji – czy przy każdym nietypowym znalezisku i zepsuciu wiertła korpo wysyła zabójcę? Ile zasobów oni muszą poświęcać na przeglądanie tych nagrań? Tak, robi to algorytm, ale ktoś płaci za komputery i energię dla nich…
Babska logika rządzi!
Ale skąd wiadomo, że obiekt mija się ze znaną fizyką, jeśli jeszcze żadnego nie udało się zbadać?
Ja mówiłem teraz ogólnie, nie w kontekście opowiadania. W opowiadaniu chyba udało się go trochę zbadać. W każdym razie, to nie pierwszy tego typu obiekt znaleziony na Tytanie, o czym świadczy wydarzenie w Hubie-A, do którego odnosi się Ben. Skoro są skłonni dla niego zabić, to znaczy, że coś tam zbadali i jakoś im to służy. Zgadzam się, że nie ma tego dopowiedzenia w opku i że może to budzić niedosyt. Mimo to, myślę, że opowiadanie funkcjonuje jako całość.
No i imponujący stopień inwigilacji – czy przy każdym nietypowym znalezisku i zepsuciu wiertła korpo wysyła zabójcę? Ile zasobów oni muszą poświęcać na przeglądanie tych nagrań? Tak, robi to algorytm, ale ktoś płaci za komputery i energię dla nich…
Nie, tylko tutaj dostrzegli coś podejrzanego i algorytm był w stanie szybko to zidentyfikować jako potencjalny artefakt (zachowanie inżynierów, obróbka wizualna tego czegoś przez AI, big data itp.). Nie wymaga to aż tak dużo energii, ponieważ tych platform jest tylko kilkaset (a nie miliony, czy miliardy). Pamiętajmy, że to przyszłość i algorytmy są zoptymalizowane.
Ale ten złol na Marsie nie był zadowolony z przejęcia poprzedniego. No i nie pokazujesz wyników badań.
Tekst daje radę jako samodzielny, ale z zastrzeżeniami.
Babska logika rządzi!
Ale ten złol na Marsie nie był zadowolony z przejęcia poprzedniego. No i nie pokazujesz wyników badań. Tekst daje radę jako samodzielny, ale z zastrzeżeniami.
Nie był zadowolony ze sposobu przejęcia poprzedniego, bo chciał to zrobić możliwie cicho, a akcja wymknęła się spod kontroli i przerodziła się w jatkę. Ta jatka to był błąd agenta, dlatego Hemmer wysyła lepszego, bardziej profesjonalnego (jak sądzi). Korporacja nie chcę nagłaśniać, że znalazła coś cennego, chce mieć to tylko dla siebie.
Nie pokazuję wyników badań, to prawda. Zgadzam się, że można mieć zastrzeżenia, że artefakt nie jest wyjaśniony.
Hemmer zareaguje bardzo źle kiedy się dowie, że to nie jest artefkt.
Łagodnie powiedziane. ;)
Niestety, wydaje mi się, że świat przyszłości będzie tak samo bezwzględny jak obecny, co do tego nie mam złudzeń.
I stąd moje zachwyty
– opko wygląd aż nazbyt realnie jeśli chodzi o przyszłość, niestety…
Wszystkie sprawy jasne, i ja dziękuję, trzymam kciuki, powodzenia i pozdro! :)
Pecunia non olet
Kronosie.maximusie, z przyjemnością dołączam do grona usatysfakcjonowanych czytelników, albowiem zaprezentowałeś historię ciekawą, tajemniczą ipełną niespodziewanych wydarzeń. A choć początkowo byłam niezadowolona, że rozbudziłeś ciekawość tytułowym artefaktem i pozostawiłeś ją niezaspokojoną, to kiedy z komentarza dowiedziałam się, że to nie jest Twoje ostatnie słowo, pozostaje mi niecierpliwie czekać na dalszy ciąg opowieści.
Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.
…nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle kilkuset podobnych na Tytanie. Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się kilkaset kilometrów dalej… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: …nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle mnóstwa podobnych na Tytanie. Lub w drugim zdaniu: Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się setki kilometrów dalej…
Uwolniony z uścisku brzuch rozlał się swobodnie pod kostiumem. → Obawiam się, że kostium nie jest tu dobrym określeniem.
Proponuję: Uwolniony z uścisku brzuch rozlał się swobodnie pod odzieżą.
Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech pełen małych, nierównych zębów, wyglądających… → Uśmiechy nie mają zębów.
Proponuję: Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech, odsłaniając małe, nierówne zęby, wyglądające…
…odpowiedział inżynier i upadł ciężko na fotel. → Czy przewrócił się na fotel?
A może miało być: …odpowiedział inżynier i opadł ciężko na fotel.
Wewnątrz unosił się swąd oleju, stali i tlącego się plastiku. → Swąd to zapach spalenizny, czy olej w baraku palił się? Dlaczego plastik się tlił?
A może miało być: Wewnątrz unosił się zapach oleju, stali i tlącego się plastiku.
Napięcie i skupienie obnażyło subtelną strukturę mięśni twarzy… → Piszesz o dwóch czynnikach, więc: Napięcie i skupienie obnażyły subtelną strukturę mięśni twarzy…
– Jak to zrobione? – spytał Miquel. → Miquel umiał mówić kursywą?
– Chcesz wydobyć to coś? – Zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu. → – Chcesz wydobyć to coś? – zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu.
Przypomnij sobie, jak zapisujemy dialogi.
Znajdź dozymetr – rzucił obojętnie, nie przerywając odłupywania → Brak kropki po didaskaliach.
MaSoHe siłą odebrała pracownikom coś, czego nie chcieli oddać.” → MaSoHe siłą odebrała pracownikom coś, czego nie chcieli oddać”.
Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.
– Pan Hemmer? –Głos Srinivasy Aiyangara, szefa IT, drżał. → Brak spacji przed didaskaliami.
– Gwoli ścisłości – zamontowane są dwie kamery, które nie funkcjonują. → – Gwoli ścisłości, zamontowane są dwie kamery, które nie funkcjonują.
Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się nieczytelny.
– Ale do kogo ma pan pretensje, Panie Hemmer? → – Ale do kogo ma pan pretensje, panie Hemmer?
Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.
Srinivas skrzywił się w niesmaku. → Srinivas skrzywił się z niesmakiem.
“Do diabła!” Pomyślał Miquel i odpowiedział pytaniem na pytanie: → „Do diabła!” – pomyślał Miquel i odpowiedział pytaniem na pytanie:
Miquel ścisnął mocniej kierownice… → Literówka.
“Kochana! Na Tytanie nastąpiły pewne komplikacje, na których wyjaśnienie brak mi czasu. Dlatego mam gorącą prośbę. Weź AIejandro, spakuj walizkę z najpilniejszymi rzeczami i udaj się na calle Don Carlos, do starego Santiago, tam, gdzie zabrałem Cię, kiedy się poznaliśmy. Przekaż mu dokładnie te dwa słowa: “czerwony prysznic” i zrób, to, co Ci zaleci. Proszę Cię, nie zwlekaj, zrób to jak najszybciej, najlepiej teraz.” → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa, albo cudzysłów. Uwaga dotyczy także następnego fragmentu.
…na ramię mężczyzny wskoczyła małpka-kapucynka… → …na ramię mężczyzny wskoczyła małpka kapucynka…
Oleg wskazał na zegarek. → Oleg wskazał zegarek.
Wskazujemy coś, nie na coś.
Światło lasera oświetliło jeden z boków. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Światło lasera padło na jeden z boków.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.