- Opowiadanie: Ambush - Ogród i pozostałe kłopoty

Ogród i pozostałe kłopoty

Michael ogłosił konkurs w momencie, kiedy wzięłam się za kontynuowanie Last christmas.

 

Czytanie pierwszego opowiadania nie jest niezbędna, ale oczywiście zachęcam.

Wyszła mi historia romantyczna i mam nadzieję urocza. 

Wykorzystałam w niej idealnie pasujący obraz Anny Słoncz  “Ta, która widzi”.

 

Dziękuję betującym za cenne uwagi.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Bardjaskier

Oceny

Ogród i pozostałe kłopoty

Świt budzi się wtulony w twoje włosy,

Całkiem jak kot i ja

Nigdy nie będę miał cię dosyć

Niech płonie Troja

 

Tomek śpiewał nieczysto, ale z uczuciem. Kładł tapetę w niewielkim pokoju, który wydzielił ze strychu. Wcześniej ocieplił ściany, położył na podłodze drewniane panele i zamontował większe okno. Helena kupiła już pościel i uszyła zasłonki w misie, ale jeszcze ich nie powiesili. 

Na tym samym poziomie domu znajdowała się już wykończona wrzosowa łazienka i druga sypialnia, która jeszcze wymagała trochę pracy.

Przy remoncie własnego domu pracował wieczorami i w weekendy, bo w tygodniu brał każdą robotę, jaka mu się trafiła. W końcu wkrótce spodziewali się sporych wydatków.

Za trzy miesiące jego piękna Helena miała urodzić córeczkę. Myśl o tym sprawiała, że czuł się, jakby wygrał na loterii. Dlatego śpiewał i z uśmiechem na ustach nakładał klej na ściany. Równocześnie czuł szarpiący trzewia lęk.

Mądra żona opowiedziała mu już, jak to było dawno temu z miastem zwaną Troją. Dlatego wiedział, że czuł się jak Parys, dupek zbyt głupi, by zasłużyć na szczęście, facet który sprowadził na najbliższych najgorsze zło.

Przez okno zobaczył biegające wzdłuż ogrodzenia psy i Helenę, która właśnie mościła się na rozwieszonym między jabłonkami hamaku. Przez okrągły brzuch, straciła kocią gibkość, ale stała się za to bardziej kobieca. Po twarzy mężczyzny popłynęły łzy szczęścia i rozpaczy.

Poczuł chęć, by rzucić w kąt szczotkę, pobiec na dół i tulić ukochaną, ale obawiał się jej gniewu. Dlatego wrócił do pracy i pozwolił żonie dokończyć drzemkę.

Wyspana na pewno będzie mieć lepszy humor – pomyślał.

Słońce zalało pokój brzoskwiniową poświatą, kiedy z dołu dobiegło wołanie:

– Tomek, chodź na obiad!

Zabrał pod pachę drewnianą kołyskę i arkusz papieru ściernego, po czym ostrożnie zszedł po schodach.

Ich psy – Rebus i Krym spały pod stołem. Helena blendowała zupę. Podejrzewał, że nie robiła tego w przekonaniu, iż będzie przez to smaczniejsza, ale po to by pobawić się kolejną maszyną. Dziewczyna uwielbiała małe i duże AGD, podobnie jak wszelkie urządzenia odtwarzające obraz i dźwięk. 

Minęły już dwa lata, odkąd pojawiła się w jego świecie i zaznajomiła się z odkryciami XXI wieku, ale wciąż dostarczały jej mnóstwo radości. Zachowywała się, jakby już nie pamiętała konnych powozów, krynolin i całej reszty starodawnego świata, w którym się urodziła.

– Cześć skarbie – westchnęła, nadstawiając policzek do pocałunku.

– Tęskniłem – mruknął, obejmując ją delikatnie, jakby była porcelanową filiżanką. Pogładził wypukły brzuch, a potem zamieszał w powietrzu rękoma, jakby nie wiedział, co ma dalej z nimi zrobić.

– Wiesz co?! – burknęła gniewnie. – Siądź lepiej, zjedz obiad i nie rób więcej takich durnowatych gestów!

– Przepraszam. – Czuł, jak w gardle rośnie mu wielka, kolczasta kula.

– Przestań przepraszać, przestań traktować mnie jak nadtłuczone jajko i nie rozklejaj mi się jak masło na skwarze! To ja jestem w ciąży, mam kłopoty i potrzebuję męskiej opieki!

– Ale ja nigdy nie traktowałbym cię jak jajko! – zapewnił ze łzami w oczach.

Helena fuknęła wściekle i gwałtownie opadła na krzesło. Pałaszowała kolejno zupę, zapiekankę warzywną, a potem jeszcze budyń i truskawki.

Patrząc na jej apetyt, Tomek rozpogodził się nieco. Na szerokiej, ogorzałej twarzy zagościł uśmiech.

– Ech Tomuś, Tomuś, jesteś jak dzieciak… łzy i banan na przemian. Musisz się postarać, znaleźć jakiś balans, dla dobra dziecka.

W jej ciemnych oczach widział przedwieczną mądrość, czułość i skrywany smutek. 

– Nauczysz mnie wszystkiego Helenko. Może nie za szybko, ale przyznaj, że robię postępy – mruknął.

Podszedł i ucałował ją. Celował w szyję, trafił w ucho.

– Kiedy… hmm… jeśli mnie zabraknie, będziesz musiał poradzić sobie z dzieckiem sam. – Odsunęła go. To ważna sprawa!

– Nie mów tak! Nie zostawiaj mnie! – Upadł na kolana, otaczając ją ramionami. – Wiem, że to wszystko moja wina, ale nie przeżyję bez ciebie!

– Najważniejsze, żeby nic się nie stało małej Anastazji! – tłumaczyła, głaszcząc go po głowie. – Na tym musimy się skupić.

– Nie chce skupiać się na tym! Chcę się z tobą zestarzeć. Chcę mieć jeszcze co najmniej dwoje dzieci!

– Też bym chciała… – westchnęła i wyjęła instrukcję mp4. 

Usiadła w fotelu, zatopiła się w lekturze, odgradzając się od męża.

 

&

Wieczorem oglądali w telewizji jakiś serial, a Helena przysypiała oparta głową o ramię męża. Jak co wieczór, kiedy próbował zmienić program, budziła się i zapewniała, że wciąż śledzi fabułę. Wreszcie poddała się, poszła pod prysznic, a on pościelił im łóżko. Po remoncie planowali spać na górze, ale na razie wystarczał im parter domu, który Tomek z bratem odziedziczyli po babci kilka lat wcześniej.

Kiedy wróciła, miała rozpuszczone włosy, pachniała brzoskwinią i wanilią. Koszula nocna w stokrotki ponętnie opinała zaokrąglone kształty. Pobiegł szybko pod prysznic i wpakował się pod kołdrę, rozbierając żonę. Całowali się, a on z zamkniętymi oczami, błądził palcami po jej ramionach, piersiach i biodrach.

Helena pachniała i smakowała jak raj. Niebiańskiej rozkoszy dostarczał również dotyk jej skóry. Jednak kiedy ukochana na nim usiadła, a on otworzył oczy, poczuł jak otwierają się pod nim czeluści piekieł. Sporo poniżej ciemnych włosów, oczu o barwie ciemnej oliwki, pełnych ust, długiej szyi i tuż pod kołyszącymi się miękko piersiami ziała owalna dziura, wielkości jabłka. Widział przez nią kredens i okno.

Od wielu tygodni dziura rosła wolno, ale systematycznie i istniała groźba, że pewnego dnia wchłonie całą kobietę. Helenie zależało, żeby wcześniej urodziła się ich córeczka, Tomek koniecznie chciał uratować je obie, ale kompletnie nie wiedział, jak się do tego zabrać.

 

&

Wina Tomka w całej tej sprawie była niezaprzeczalna, choć równocześnie ściągając im na głowę kłopoty, nie zrobił nic złego.

Tuż przed ostatnią Wigilią wracał z pracy, mijając gęsty, ciemny las, zwany w okolicy Smętną Dąbrową. Nagle w korycie Raby zobaczył samotną staruszkę. Zatrzymał samochód i poszedł na brzeg rzeki.

– Czy coś się stało? – spytał. – Czemu stoi pani w wodzie?! I do tego w zimie i w ogóle?

– Chciałam tylko przejść – westchnęła żałośnie babcia – ale opadłam z sił.

Tomek zbliżył się do niej, ostrożnie stawiając nogi na kamieniach.

Kiedy dotarł tuż obok, zobaczył, że kobieta była niezwykle stara. Miała długi, haczykowaty nos, zmrużone, jakby wiecznie zapłakane, zaczerwienione oczy. Była malutka, chudziutka i pomarszczona jak suszona śliwka. Odnosił nawet wrażenie, że skórę staruszki pokrywa mech. 

Wyciągnął do niej ręce, chcąc ją asekurować, ale staruszka chwiała się i szeptała coś jękliwie. Bał się, że babuleńka wywróci się i uniesie ją nurt. Dlatego podszedł ostrożnie jeszcze krok i zarzucił ją sobie na plecy.

Mimo że nie była ciężka, niosąc ją, poczuł wielkie znużenie. Oddech stare kobiety cuchnął mułem i myszami. Wczepiła się w niego żółtawymi, długimi paznokciami, jakby nigdy nie zmierzała go puścić. Stawiając ją na kamieniach przy drodze, aż westchnął z ulgi.

– Więcej proszę do rzeki nie wchodzić, bo to się może bardzo źle skończyć! – przestrzegł surowo.

– Piękny kawaler mnie uratował – zasepleniła bezzębnymi ustami baba, a powykrzywiane artretyzmem palce wciąż nie puszczały jego ramienia. – Silny taki, dorodny! Jak jakiś tur! – mruczała, macając ramiona i gładząc pierś.

Cofnął się z odrazą. W babce było coś bezwstydnego. Zdawać by się mogło, że się do niego zaleca.

– Kiedyś chłopcy przede mną nie uciekali. Mówili: chodź Zosiu pod lasek! Uganiali się za mną jak psy. A teraz żem stara i już mnie nie gonią… – zanuciła smętnie i zaraz zaśmiała z astmatycznym wizgiem: – Bo też nie żyją!

– Zdrowia babci życzę – mruknął Tomek, zamierzając zawrócić do auta.

– No, ale taki kawaler ma pewnie jakąś ukochaną, do której wzdycha i przed której uściskami się nie broni – zagaiła, łypiąc białym okiem.

– Ano mam – sapnął z dumą.

– To w podzięce za ratunek dam ci dla niej podarek.

Stara sięgnęła pod kubrak. Przez chwilę grzebała, mlaszcząc i sapiąc, aż wyciągnęła zielony, oprawny w srebro wisiorek.

– No co też pani! – żachnął się Tomek. – To pewnie drogie.

– Bierz, z serca daję! – Wepchała mu błyskotkę w rękę, a potem bardzo szybko zawróciła w stronę lasu.

Powiesił wisior na lusterku i wracając do domu, był z siebie bardzo zadowolony. Co prawda wiedziony podpowiedziami Heleny, kupił jej kilka prezentów na gwiazdkę, ale wciąż czuł, że to może nie wystarczyć. Chciał ofiarować jej coś wyjątkowego.

W kuchni Helena, wystrojona w koronkową, krwiście czerwoną kieckę krzątała się, kończąc przygotowanie wieczerzy. Widok błyszczących oczu, ciemnych loków i opiętych czarnymi pończochami, długich nóg uderzył mu do głowy jak setka wódki. Pocałowali się na powitanie, ale żona szybko strąciła z siebie jego stęsknione dłonie.

– Przygotuj stół, znieś z góry i przemyj serwis obiadowy – rzuciła krótko. 

– A może tak chwileczka zapomnienia? – wysapał, biorąc ją w ramiona. – Pierwszej gwiazdki nie widać jeszcze ani troszkę.

– Jestem głodna, a niebo dzisiaj pochmurne, więc nie ma na co czekać – odparła, wyswabadzając się z uścisku. – A na deser będzie szarlotka z mango – szepnęła, jakby zdradzała mu wielki sekret.

Przygotował stół, dodał od siebie stroik z bombkami w tym samym kolorze, co sukienka Heleny. Na koniec dorzucił do jej paczki wisiorek.

Złożyli sobie życzenia, a potem Helena, jak dziecko, wymusiła otworzenie prezentów przed wieczerzą. Siedziała po turecku na dywanie i łapczywie rozdzierała papierki, wąchała, oglądała podarunki. Niektóre nawet mierzyła.

Tomek dostał nowe jeansy, naklejkę na samochód i jakiś zestaw śrubokrętów. Obejrzał wszystko, ucałował żonę i chciał szybko siadać do stołu. Helena nalewała barszcz z uszkami.

Nagle zorientował się, że nie znalazła klejnotu. Przeszukał porozrzucane na podłodze papierki i wysupłał błyskotkę. Podszedł do kobiety od tyłu i składając pocałunek na szyi, zarzucił ozdobę. Helena szarpnęła się i klejnot opadł, zatrzymując się na brzuchu.

Krzyknęła i zgięła się w pół, jakby otrzymała niespodziewany cios. Odruchowo osłoniła dłońmi brzuch.

– Helenko, co się stało?! – zapytał zaniepokojony.

– Nie wiem – szepnęła. – Co to było, to czym mnie zraniłeś?

– Zraniłem cię?! Przecież ja nigdy! Żadnej kobiety, a ciebie to już całkiem. Helenko, kochanie…

– Podnieś to natychmiast, leży koło krzesła! – rozkazała lodowatym tonem.

Chwycił wisior między dwa palce, ostrożnie jak żmiję i uniósł.

Helena, cały czas osłaniając brzuch dłonią, zbliżyła się ostrożnie. Przyglądała się chwilę ostrożnie, węsząc z uchylonymi wargami. Delikatne chrapki drżały, kły błysnęły gniewnie i Tomek przez moment obawiał się, że żona go ugryzie.

Zamiast tego krzyknęła z płaczem:

– Po co mnie uratowałeś, skoro teraz zdradzasz?! Już ci się znudziłam?!

Tomek cofnął się przerażony. Chciał coś powiedzieć, ale nie umiał znaleźć żadnych słów. 

– Poleciałeś na tę zdzirę Sofijkę! Jak mogłeś, a ja ciebie tak kocham, bardziej niż kogokolwiek na świecie! – wrzeszczała, zalewając się łzami.

– To była starowinka, przez rzekę ją przeniosłem – jęknął przerażony. – Przecież ja nigdy…

– Opisz mi ją! – rozkazała.

– Suchutka taka, z żółtymi palcami. Stała w rzece. Nie strasz mnie Helka, przecież ja nic złego nie zrobiłem! – żachnął się wreszcie.

– Sofijka jest najwierniejszą służącą mego dawnego pana hrabiego Michała Siemionowicza Woroncewa wielkiego maga cesarstwa!

– To krewny tego Wrońskiego, z którego domu cię uwolniłem? 

– To on sam – mruknęła. – A teraz wreszcie mnie dopadł. Znowu będę uwięziona! Ja i nasze dziecko!

– Przestań opowiadać bajki dziewczyno, nastraszyłaś mnie! Pokaż to skaleczenie! Pocałuję, nakleimy plasterek i będzie po krzyku!

Helena ostrożnie rozpięła sukienkę. Tomek pochylił się i dostrzegł niewielką dziurkę pod linią stanika. Przyłożył oko i zobaczył choinkę.

– Czy to jakieś czary? – zapytał.

– Tak, to są czary. Michał nie raz mówił, że nikomu mnie nie odda. Wiedziałam, że znajdzie sposób, aby mnie znowu mieć…

– I będziesz zaklęta w figurę sokoła w jego domu? Razem z Marcelem, z moim bratem?! 

– Nie wiem co ze mną zrobi, ale na pewno tego nie chcę! Życie szare jak drobiny kurzu, za daleko, zbyt ulotne, nieosiągalne…. – Po pięknej twarzy płynęły łzy. 

– To się nie może zdarzyć! To się nie powinno zdarzyć już wtedy!

– Żałujesz, że mnie wyzwoliłeś?

– Mam wyrzuty sumienia, że porzuciłem Marcela. Jestem z tobą taki szczęśliwy, a on tam łyka kurz zamknięty w tym ptaszydle. 

– Ktoś musiał… – zaczęła Helena, ale widząc minę Tomka zakończyła ugodowo: – Daj mi urodzić, a postaram się dowiedzieć jak sobie radzi.

 

&

Po obiedzie Helena przeszukiwała platformy w poszukiwaniu nowego serialu, a Tomek poszedł zerknąć na zapadlisko. Dziurę w rogu ogrodu, za starym orzechem odkrył na wiosnę. Na jego oczach pod ziemię zapadł się krzaczek berberysu. Wtedy jeszcze podejrzewał o to kreta, ryjówkę, lub innego szkodnika. Niestety okazało się, że dziura w ziemi stale rosła, wchłaniając trawę, krzewy, a nawet samosiejkę gruszy.

Tomek bardziej czuł, niż rozumiał związek między dolegliwościami ukochanej żony, a kłopotami z ogrodem. Dlatego nic nie mówił Helenie i starał się znaleźć sposoby na powstrzymanie zapadliska.

Nie mógł korzystać z komputera, bo okazał się on kolejnym, nowoczesnym hobby przeniesionej z dziewiętnastego wieku dziewczyny. Nie znał nikogo, kto znałby się na czarach, lub podziemiach, dlatego próbował poradzić sobie sam. Po próbach zatopienia dziury, zalania jej wrzątkiem, zasypania wapnem i obłożenia darnią, chwytał się coraz bardziej rozpaczliwych pomysłów.

Tego dnia dłuższą chwilę mierzył zapadlisko wzrokiem, jakby oceniał jego siły. Potem poszedł po taczki i z pomocą wideł wepchał do dziury całą zawartość kompostownika. Zapchał ją, chociaż od dnia odkrycia urosła kilkakrotnie. Zadowolony odłożył widły, otarł pot z czoła i pomyślał o piwie.

W tej samej chwili spod kompostowego korka dobiegł niski pomruk, jak z zatkanej rury i zapadlisko eksplodowało z hukiem.

Tomek upadł na ziemię. Gdy po chwili zaczął się gramolić, zgarniając z włosów i ramion pędy marchewki, obierki z ziemniaków i nadgniłe truskawki, stanęła nad nim przestraszona Helena.

– Coś ty narobił kotek?! – spytała. – Gaz wybuchł?!

– Nie, nie martw się… taka mała awaria. Wracaj do domu, bo zgubisz wątek…

Jednak Helena dostrzegła lej w rogu ogrodu i zbliżyła się do niego ostrożnie.

– Co to jest?!

– A, nie wiem… zajęczał Tomek.

– Ogród się zapada?

– W sumie to nie wiem…

– Ty mi nie powtarzaj, czego nie wiesz, tylko natychmiast powiedz, co wiesz! – wrzasnęła biorąc się pod boki. – Do domu! – dodała, wskazując zielony, drewniany ganek.

– Mówisz do mnie jak do psa! – pożalił się, ale ruszył posłusznie.

– Nie zmieniaj tematu i przestań się nad sobą użalać! Co znowu narobiłeś?!

– A mogę najpierw zmyć z siebie kompost?!

– Oczywiście! – Demonstracyjnie zatkała nos. – Tylko nie myśl, że zapomnę.

Po kwadransie Helena pałaszowała wielką michę pilawu, a Tomek ubrany w miękki szlafrok, tłumaczył:

– Nie chciałem cię denerwować. W tym stanie jeszcze…

– Wiesz, że się nie znasz na magii. Musisz mi mówić, kiedy dzieje się cos dziwnego.

– Może Paweł by pomógł, przecież jest prawdziwym magikiem!

=– Nie, ale wiesz co zrobimy. Spróbuję uciec do nich!

– A co im powiemy?

– Że lekarz kazał mi pomieszkać w Warszawie. Bo muszę zrobić różne badania.

– No, nie wiem czy Paula się ucieszy – westchnął Tomek, który nie za szybko myślał, ale za to doskonale czuł.

Helena zawahała się, mrużąc oczy.

– Dobra, wystarczą krótkie badania. Chcę zobaczyć, co się stanie, kiedy się oddalę. Może wystarczy przenieść się na drugi koniec kraju? – dodała bardziej do siebie niż do Tomka.

Mężczyzna, choć miał minę, jakby zbierało mu się na płacz, ale dzielnie kiwnął głową.

 

&

Pojechał po nią tydzień później. Przez tan czas skończył przygotowywać pokój dla Anastazji i wziął się za sypialnię.

Lubił sobie powtarzać, że teraz już wszystko będzie dobrze. Zdawało mu się, że po incydencie z kompostem dziura w ogrodzie przestała rosnąć. Dzwonił codziennie do Heleny, która wydawała się zadowolona z wizyty.

Jednak kiedy pewnego dnia zadzwoniła, była smutna.

– Muszę wracać – szepnęła w słuchawkę.

– Pokłóciłaś się z Paulą? Mówiłem, żebyś się nie rządziła i nie flirtowała z Pawłem!

– Nie. Z nimi wszystko dobrze, ale muszę wracać. Przyjedziesz po mnie? – spytała nieśmiało a Tomek, słysząc ten ton, poczuł, jak jeżą mu się włosy na grzbiecie.

– Co się stało?!

– Źle się czuję i chcę być w domu.

– Byłaś u lekarza?!

– On mnie nie ogląda od tej strony, z której mam problem! – wrzasnęła. – Przyjedziesz, czy mam się wlec autobusem?!

– Jednak nie jest tak najgorzej – westchnął z ulgą. – Pakuj się, kochanie. Będę za trzy godziny.

Gospodarze byli nieco zaskoczeni, kiedy Tomek zjawił się w niedzielny wieczór w ich domu.

Jednak widząc powitanie zakochanej pary, uśmiechnęli się tylko i pomogli im znieść rzeczy.

– Co się stało?– zapytał, kiedy tylko skończyli machać na pożegnanie i ruszyli.

– Jestem niespokojna i mam takie jakieś dziwne sny…

Tomek już o nic nie pytał. Wiedział, że Helena w snach widzi przeszłe i przyszłe zdarzenia, nauczył się z tym żyć i wierzyć jej.

– Musimy się przygotować – dodała. – Czuję, że urodzę wcześniej. Zresztą nawet powinnam.

– Jest większa?! – spytał przez ściśnięte gardło.

– Trochę tak – odparła niechętnie. – A jak ogród.

– Wczoraj się coś obsunęło, wcześniej było spokojnie.

Wąskie brwi Heleny uniosły się, sygnalizując wnikliwą analizę danych, a potem przesunęły się do siebie, a pomiędzy pojawiła się pionowa, głęboka zmarszczka. Kobieta gryzła wnętrze policzka i stukała palcami wskazującym o siebie. Tomek skupił się na drodze, wiedział, że kiedy jego kobieta tak intensywnie myśli, lepiej dać jej spokój.

Po powrocie ona zamknęła się w domu, a on uciekł z psami do lasu.

Spotkali się przy kolacji. Soczewica była sucha, a ryż również lekko przypalony, ale Tomek zajadał z apetytem i czekał.

– Musimy znaleźć czarownicę – mruknęła Helena i odsunęła od siebie talerz.

– Stara Anatolowa mieszka…

– Anatolowa to idiotka i do tego śmierdzi! – Zmarszczyła nos i wygięła wargi.

– Jakaś baba przyjmuje w Dąbrowie…

– Pojedziemy i sprawdzimy. Popytaj sąsiadek. Najlepiej by było, żeby umiała odebrać poród, ale teraz coraz mniej kobiet to potrafi – westchnęła.

– Helenko, ale to jeszcze miesiąc – zaoponował nieśmiało.

– Nie mam miesiąca! Przeklęte dziury zjedzą ogród, mnie i dziecko.

Nie zdołał się powstrzymać i jęknął głucho, ale Helena nie zareagowała. Wstała od stołu, ukroiła sobie cztery kromki chleba, które posmarowała grubo masłem i miodem.

– Poszukaj mi babki! – poleciła z pełnymi ustami.

– Twojej babki… a ona jeszcze żyje? – zawahał się na moment.

Helena uniosła ciemne brwi, a jej oczy błysnęły gniewnie.

– Tutejszą babkę, zamawiaczkę, czy jak je tam nazywacie. Taką co może wyleczyć i odebrać poród.

– A nie lepiej w szpitalu…

– Zastanów się, co powiedzą lekarze, kiedy ich poproszę o poród miesiąc przed terminem! A potem pomyśl jak ukryję to! – Wskazała na swoją pierś.

– Popytam w sąsiedztwie – mruknął i wybiegł z domu.

 

&

 

Pod chatę pierwszej babki podjechali kolejnego dnia, koło południa. Jednak Helena zatrzymała się na upstrzonym kurzymi odchodami podwórku i przez chwilę węszyła:

– Wracamy! – zakomunikowała.

– Ale czemu?! Podobno dobrze leczy?!

– Brudaska i nie ma żadnych mocy. Jedziemy do następnej!

Następna musiała mieć moc, bo uciekła z chaty i odmówiła powrotu. Z krzaków po drugiej stronie strumienia rozległo się wołanie:

– Idźcie precz! Klątwą przebita nie jest tu mile widziana! Idzie i nigdy nie wraca!

– Po to masz moc, żeby ludziom pomagać! – wrzasnęła w odpowiedzi Helena.

– A kto tam wie, czy ty jesteś człowiekiem – doleciał z krzaków oddalający się głos, lub może nawet szelest.

Potem nie było wcale lepiej.

Po trzech dniach poszukiwań Tomek zajrzał w kajet i westchnął:

– Nie chcę marudzić, ale czarownice nam się kończą… Zostały już dwie.

– Nie, to wszystko bez sensu. Tak nie znajdziemy właściwej kobiety.

Nic nie odpowiedział, tylko czekał. Wiedział, że wszystko już wymyśliła i po prostu musiał jej posłuchać.

Cały ranek kręciła się po domu. Wreszcie spakowała tajemniczy koszyk i kazała zwieść się na rozstaje. Zaparkował przy małej, ukwieconej kapliczce, a Helena wyciągnęła torebkę maku i rozsypała na rozstajach. Chwilę wpatrywała się w ziarenka, a potem kołysząc się i sapiąc ciężko, ruszyła w las. Na kolejnym rozgałęzieniu rzuciła w powietrze wysuszone ziele mniszka i przyśpieszyła kroku. Za trzecim razem powiodła ich ruta.

Szli korytem niewielkiego strumienia. Tomek objął Helenę ramieniem i rozglądał się niespokojnie. Nie czuł się dobrze w półmroku lasu, wśród niezliczonych szelestów i stuków. Natomiast Helena była niecierpliwa i radosna. Parła do przodu, nie bacząc na przemoczone buty i potężny, kołyszący się brzuch.

Od czasu do czasu przystawała, kładąc ręce na lędźwiach i stękając. Potem jednak uparcie ruszała przed siebie.

Na świetlistej polanie dostrzegli skuloną postać. Tomek zatrzymał się i złapał Helenę za rękę.

Nieznajoma obejrzała się i wyprostowała gwałtownie, łapiąc się dłońmi za krzyże, całkiem jak Helena.

Rumiana, na oko pięćdziesięcioletnia kobieta wrzuciła do kosza kilka pęków ziół i spytała tubalnym głosem:

– Po co mnie tu szukacie?

– Potrzeba mi pomocy!

– Nie lepiej do szpitala – cmoknęła tamta.

– Potrzebuję pozbyć się brzucha, szybko! – Helenie zabrakło tchu.

Baba strzyknęła zielonkawą śliną i stwierdziła:

– Teraz to już trzeba urodzić! A ty masz chyba większy kłopot… – Po czym wróciła do zbierania ziół.

Helena podeszła bliżej.

– To jaki mam kłopot, babko?

– Zaraz tam babko – sarknęła tamta. – Szmat czasu żyłam przy mężu i pracowałam w HR– ach. Tylko dusiłam się w małżeństwie, w mieście, w sobie samej. I do tego… – westchnęła. – A ciebie coś najwyraźniej potężnie nadgryzło. Potężny demon. Patrzę i widzę dziewczyna jak malina, ale jakby cię brakowało.

– Dużo widzisz. Możesz mi pomóc?

– Trudne i ryzykowne. Więcej czuję, niż umiem zdziałać…

– Ale mogłabyś spróbować?

– Chcę być znowu młoda! Nie aż tak dużo, z dziesięć, piętnaście lat!

– Takich cudów nie da się zrobić! – kategorycznym tonem zawołała Helena.

– No sama wiem. Nie da się.

– A co ze mną?

– Takich cudów nie da się zrobić! – odparła z =e złośliwym uśmiechem.

Helena popatrzyła na nią gniewnie. 

– Mogłabyś spróbować!

Babka siadła na pniu i zapaliła fajkę.

Milczały dłuższą chwilę, aż wreszcie Helena stęknęła i powiedziała cicho:

– Mogę spróbować pomóc, ale niczego nie gwarantuję.

– Jestem Gośka. Chodźcie do mojego domu, żebym spakowała, co trzeba. 

 

&

Mała Anastazja urodziła się tydzień później, w chwili kiedy słońce powoli chowało się za lasem. Poród odbył się w dziecięcej sypialni, zabezpieczonej solą, ziołami i sznurkami z zamawianiami.

Gośka położyła dziecko wraz z pępowiną i łożyskiem na nagim brzuchu matki i pozwoliła mu uspokoić się i najeść. Zziajana Helena tuliła do siebie córeczkę, szepcząc coś czule.

– Zawołaj Tomka – poprosiła po chwili.

– Tatuś potrzebny! – Gośka wychyliła się przez okno.

Tomek wpadł do pokoju po kilku sekundach. Śmiał się i płakał. Ucałował żonę i usiłował wziąć w ramiona dziecko, ale mu go nie oddała.

– Musisz chwilę poczekać, ja pierwsza!

– Jaka ona malutka! Czy na pewno jest zdrowa? – spytał.

– Zdrowa dziewuszka – odparła ze śmiechem. – Mamusia też zdrowa, nie licząc tego dziwadła – wskazała ziejącą między żebrami kobiety owalną dziurę, która w tej chwili lśniła opalizującym blaskiem.

– Co teraz? – spytał.

– Teraz będą spać. Muszą odpocząć. A rano wymyjemy małą i zastanowimy się, co dalej.

 

&

 

A potem żyli razem bardzo szczęśliwie.

Tomasz siadał w ogrodzie i godzinami patrzył na śpiącą Anastazję. Helena testowała nowe przepisy i dziwne smaki.

Codziennie wysyłała Tomka po Gośkę. Zamykały się w kuchni i szeptały godzinami.

Czasem wymykały się do ogrodu, albo do lasu i wracały z koszykami pełnymi rozmaitcyh ziół.

Po dwóch tygodniach Gośka przyniosła atłasową, falbaniastą suknię.

Helena przyłożyła do siebie, ciężki, purpurowy materiał i westchnęła:

– Nie wiem, czy się w niej zmieszczę. Przybyło mnie…

– Jak to po porodzie, ale wybrałam większą?

– Gdzie też pani Małgosia znalazła taką starodawną rzecz – spytał nieufnie Tomasz.

– A w teatrze. Szyję dla nich czasami.

– Nie będą mieć pretensji? – mruknęła Helena.

– Jakoś to załatwię.

Helena dłuższą chwilę milczała, mnąc w palcach materiał. W końcu rzekła:

– Teraz będziemy cieszyć się życiem. Przyjdź za tydzień, zrobisz mi fryzurę, a ja tobie przygotuję specjalną kąpiel.

Tamta bez słowa skinęła głową.

 

&

Siedem dni później Tomek kolejny raz przywiózł Gośkę do ich domu.

Helena przyjęła ją w mocnym makijażu. Jej oczy ze smokey eyes wydawały się niewiarygodne duże, a pokryte karminową szminką lśniły, jakby były zrobione ze szkła. Była taka piękna, że Tomek nie mógł od niej oderwać oczu.

Kobiety otoczyły dziurę w ogrodzie kruszoną kredą i palonymi ziołami. Potem poszły do kuchni, układać fryzurę.

Wreszcie kazały Tomkowi przywlec z komórki wielką, drewnianą balię i napełniły ją ciepłą wodą, ziołami i solą. Helena rozebrała się i weszła do wody. zielonkawa ciecz przelewała się przez dziurę w ciele, pieniąc się i sycząc. 

– Teraz ty – poleciła Gośce wstając. 

Babce nie trzeba było tego powtarzać. Nie bacząc na obecność mężczyzny zrzuciła z siebie odzienie i wskoczyła do wody.

– Daj mi zwierciadło! – zawołała.

Kwadrans potem wystrojona w niezbyt dopasowaną suknię suknie dama podeszła do dziury w ogrodzie. Zawahała się na moment. Potem śpiewając głośno „Niech płonie Troja!”, wskoczyła do dołu.

Pod ziemią coś zaburczało niskim basowym głosem, a drzewa w ogrodzie zaczął porywisty szarpać wiatr.

Z domu wybiegła Helena w bieliźnie i zawinięta w ręcznik, odmłodzona Gośka. 

– Tomuś, coś ty najlepszego narobił?! – zajęczała Helena, zaglądając do dziury, z której w tej samej chwili wystrzelił siny dym, by zacząć snuć się po ogrodzie jak gigantyczny wąż.

Gośka szeptała pod nosem zaklęcia, rozglądając się trwożnie na boki.

– Co teraz?! Co teraz ?! – szeptała Helena, zaciskając pięści, aż paznokcie raniły jej dłonie.

– Lepiej bierz dzieciaka i uciekaj!

– Nie mogę. To mój mężczyzna! Kocham go!

Nagle ziemia zajęczała i zadudniła, jakby obudził się wulkan. Rozległy się pojedyncze tąpnięcia, przypominające kroki olbrzyma. Wreszcie wśród wizgu i huku dziura w ziemi wybuchła.

Kobiety cofnęły się wystraszone, a po ziemi pełzło dziwaczne stworzenie. Miało wiele czerwonych odnóży i dwie głowy, którymi kołysało gwałtownie na boi i wyło.

– To czort! Na wszystkich świętych, czy to rogi?!

– Ma na sobie moją suknię?!

– Diabeł-transwestyta, piekielne plugastwo… – zajęczała Gośka i przeżegnała się przestraszona.

– Zamknij się! –  wrzasnął potwór. – Przestań kłapać głupia babo!

– Mówisz do mojej żony! Nie pozwalaj sobie! – wrzasnął potwór drugi raz, ale innym głosem.

– Tomuś?! – zajęczała Helena, podbiegając.

– Tomuś, Tomuś! A mnie oczywiście macie w dupie! – monstrum podniosło się i łypało na Helenę wściekłym wzrokiem. – Wiedziałaś, że mnie uwięzi! Wyzwoliłaś siebie moim kosztem. A potem żyłaś jakby nigdy nic z tym idiotą!

– Jak będziesz obrażał Tomka, to wrzucę cię z powrotem do dołu!

– To teraz nasz dom. Mamy córeczkę – dodała część potwora wciąż siedząca na ziemi. – Boże, ależ mnie łeb nawala!

– Ile ja w tym flakonie siedziałem?! – spytał półprzytomnie Marcel. – Pośród kurzu i w ciasnocie. A jak mnie w końcu tamten Wroński wyciągnął, to wył i z zębów leciały mu iskry!

– Potrafi się wkurzyć! – przyznała Helena.

– Dość gadania! – rozkazała Gośka. – Nasyp do środka popiołu i soli. Wy lećcie po wodę z ziołami, co została po kąpieli. Zasadzimy leszczynę. Jak się przyjmie, to zamknie drogę do zaświatów. Leszczyna ma wielką moc. Później sobie opowiecie o wszystkich przygodach!

– Strasznie się rządzisz! – burnął Marcel, ale ładnie wyglądasz w tym ręczniczku, dodał pogodniej. 

 

 

&

 

Zasadzili leszczynę, a potem dla pewności jeszcze jarzębinę i lipkę. Na koniec zaprosili księdza i kazali mu ochrzcić Anastazję w ogrodzie.

Marcel, czyli do niedawna zaginiony brat Tomka przez jakiś czas mieszkał z Gośką, ale w końcu rozstali się i każde poszło w swoją stronę.

Poprosił brata, żeby pomógł mu wyremontować stodołę. Lubił dotykać trawy, czasem chodził boso po rosie, by poczuć jej dotyk. 

 

Ciało Heleny goiło się wolno. Z początku otwór w ciele osnuła cienka, błyszcząca błonka. Po kilku tygodniach pojawiło się w nim ciało, ale było niezwykle tkliwe na dotyk. Anastazja już chodziła, gdy rana się zagoiła, pozostawiając jedynie okrągłą, niemal białą plamę.

Żyli spokojnie i szczęśliwie, ale nie było dnia, by nie poszli do ogrodu upewnić się, że trzy drzewa rosną tam, gdzie je posadzili.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Poczuł chęć, by rzucić w kąt szczotkę, pobiec na dół i tulić ukochaną, ale wiedział, że gniewu.

Hm, ten gniew zjadł ostatnią część zdania. Gniew jest zły. Wysyłajcie kwiatki, nie bomby :)

 

– Mam wyrzuty sumienia, że nie porzuciłem Marcela. Jestem z tobą taki szczęśliwy, a on tam łyka kurz zamknięty w tym ptaszydle. 

Ma wyrzuty sumienia, że go nie porzucił, czy może dlatego, że go zostawił na pastwę czarów? Zmieniłbym zaprzeczenie na twierdzenie, będzie prościej.

 

Anastazja już chodziła, gdy rana zagoiła się,

Przestawiłbym “się” o jeden wyraz wcześniej.

 

Dzięki becie poznałem dwa opowiadania. Mam wrażenie, że warto przeczytać pierwsze, żeby w pełni zrozumieć drugie – cóż, takie są serie, coś o tym wiem :) Jako całość tworzą spójny świat, i choć bohaterowie tym razem tacy nie “moi”, to czyta się całkiem dobrze. 

Dziękuję za sympatyczną recenzję i za betę.

delulu managment

Hej 

 

ciekaw klątwa i ciekawa para. Tomek to takie trochę popychadło – trochę mi przypominał Tatę Świnki Pepy :). Ale jak przestał mnie irytować to czytało się już całkiem dobrze :). 

 

Klikam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

@bardziejaskrze Bardzo lubię Tomka, jeszcze od poprzedniego opowiadania, ale widać nie umiem tego pokazać.

Muszę ćwiczyć. Dzięki za klika. 

 

@bruce Kłaniam się nisko szanownej jurorce;)

delulu managment

heartkiss

Pecunia non olet

Tomek to takie trochę popychadło – trochę mi przypominał Tatę Świnki Pepy :)

Bardzie, mam wrażenie, że gdyby ktoś spróbował napisać opowiadanie, w którym bohaterka się tak zachowuje, przekonałby się, co naprawdę znaczy “epicka furia” laugh

I co ja mam Ci napisać:D. By nie dostać z "midnight hammer" rykoszetem ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej Ambush!

 

 Opowiadanie było w dużej mierze rodzinno-spokojne, a mimo to utrzymywało uwagę. Fajnie wypadła chronologia z flashbackami.

Mam wrażenie, że udało się zbudować fajne postacie, których dużo cech nie przekładało się silnie na historię. Takie trochę zgrabne wprowadzenie bohaterów, z którymi aż prosiłoby się, żeby powstało coś więcej ;)

 

Sporo wzmianek zaciekawiło mnie co do wcześniejszej części, może zerknę w wolnej chwili. Podejrzewam jednak, że przeczytanie jej wcześniej dałoby ogółem lepszy efekt ;)

 

Kilka uwag co do spójności:

Pod ziemią coś zaburczało niskim basowym głosem, a drzewa w ogrodzie zaczął porywisty szarpać wiatr.

Z domu wybiegła Helena w bieliźnie i zawinięta w ręcznik, odmłodzona Gośka. 

– Tomuś, coś ty najlepszego narobił?!

Pomiędzy tymi akapitami coś się chyba wydarzyło. Z opisu wyżej wynika, że kobiety siedzą w balii w ogródku, a jedna z nich skacze do dziury.

Jak mogą w takim razie wybiec z domu?

I dlaczego potem z dziury wychodzi Tomek, który jedyne, co robi w tej scenie, to przynosi balię, a potem jest o coś obwiniany?

 

Nie znalazłem też momentu, w którym dwugłowy potwór zmienia się z powrotem w dwie osoby.

 

Drobnica:

Miało wiele czerwonych odnóży i dwie głowy, którymi kołysało gwałtownie na boi i wyło.

Mądra żona opowiedziała mu już, jak to było dawno temu z miastem zwaną Troją.

– Takich cudów nie da się zrobić! – odparła z =e złośliwym uśmiechem.

I dziwnie dużo enterów na końcu ;)

 

Generalnie bardzo zgrabnie napisane, klikam i pozdrawiam :)

It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead

Nowa Fantastyka