Starzec dźwignął się na posłaniu, a kości jęknęły jeszcze głośniej niż on sam. Przez chwilę siedział bez ruchu, pozwalając, by ból przepłynął przez ciało. Podparł się o wiekowy kredens i zrobił pierwszy krok. Deski pod stopami odpowiedziały cichym skrzypnięciem – tym samym, które słyszał od dziesięcioleci.
W kuchni postawił czajnik na piecu. Do szklanki wsypał kawę, drugą ręką sięgając po fajkę. Ruchy miał powolne, ale pewne. Rutyna nie starzeje się wraz z człowiekiem.
Mgła nadeszła wiele lat temu. Z początku trzymała się horyzontu, niczym chmura, o której zapomniał wiatr. Potem zaczęła wchodzić między domy, wlewać się w doliny, aż w końcu zamieszkała tu na stałe. Z czasem przemalowała świat. Niebieskości wyblakły, zielenie zgniły, biel pożółkła. Wszystko utonęło w odcieniu przygaszonej pomarańczy, jakby rzeczywistość dogasała pod warstwą starego werniksu.
Niegdyś na ganku obserwował dym z fajki, płynący na wietrze. Śledził wzrokiem, jak tańczy, a potem rzednie i znika. Dziś dym gubił się we mgle, a mgła w dymie. Wszystko straciło kontur.
Barwy sprzed lat stały się ledwie kruchym wspomnieniem. Jednak morze wciąż trwało pod jego powiekami. O nim nie potrafił zapomnieć.
Podszedł do lustra. Z tafli patrzyła twarz zmęczona, lecz nie obca. Brzytwą operował pewnie, mimo ledwie zauważalnego drżenia dłoni. Skrawki białej brody opadały na posadzkę w suchym rytmie skrobania. Długo badał wzrokiem swe odbicie, jakby próbował odnaleźć w nim chłopca, który niegdyś biegał boso po mokrym piasku.
Nie znalazł.
Wzrok zatrzymał się jednak na fotografii wciśniętej w róg ramy.
Uśmiechnął się.
– Tyle minęło… – mruknął cicho.
Na zdjęciu była jego ukochana. Choć papier dawno wyblakł, on znał każdy fragment obrazu, każdy blask i każde załamanie.
Wtedy morze miało barwę głęboką jak noc bez księżyca, a jednak pełną światła. Spokojne, szerokie, nieskończone.
Ostrożnie uwolnił fotografię zza ramy i wsunął do wewnętrznej kieszeni. Potem, z lekkim trudem, sięgnął po czapkę wiszącą na haku – kręgosłup zaprotestował, zgodnie z wieloletnim zwyczajem. Włożył ją powoli. Dłonie na chwilę zastygły na daszku.
Wyszedł na chłodne powietrze ganku, osadził resztki żaru na poręczy i niedbałym ruchem wsunął fajkę wraz z zapasem tytoniu do sfatygowanej kieszeni.
Wiedział, że to dziś. Nie dlatego, że coś się wydarzyło.
Dlatego, że nic już nie miało się wydarzyć.
⚓
Drzwi szopy puściły ze skrzypnięciem. Wnętrze wypełniła ciężka woń starego drewna, oleju i wilgoci. W półmroku trwała łódź. Mała. Połatana. Zbyt wiele razy naprawiana, by nie wydawać się tylko wspomnieniem minionych dni.
Przesunął palcami po burcie, szukając liter, które kiedyś układały się w imię. Pod opuszkami czuł jedynie szorstkie pęknięcia.
Dotknął łuszczącej się farby.
– Długo czekałaś – powiedział.
Łódź spoczywała na starej przyczepce. Jej koła zdawały się dźwigać ten sam ciężar lat, co on. Cierpliwie zacisnął linę, sprawdzając każdy węzeł dwukrotnie. Palce wciąż posiadały wiedzę, którą umysł zdążył już porzucić.
Na zewnątrz mgła rozlewała się gęsto, lecz nie odbierała wzroku. Pozwalała dostrzec kontury domów, sylwetki ludzi i mętne światła lamp olejnych. Elektronika wygasła przed laty. Kompasy wariowały, zegary milczały, radia utonęły w szumie. Szukano przyczyn w magnetyzmie lub karze boskiej, aż w końcu pytania wyczerpały się same. Pozostała tylko cisza.
Świat po prostu zawrócił. A morze… morze przestało oddawać tych, których wzięło. Kto wypłynął, przepadał bez wieści. Winowajcą nie był sztorm. Nie skały ani głód. Mgła. Pochłaniała ich, nie zostawiając drogi powrotnej.
On wiedział o tym wszystkim. I mimo to ruszył przed siebie.
Lina wrzynała się w ramię, szukając drogi do kości. Pierwsze szarpnięcie było walką z całym światem, ale przyczepka w końcu poddała się i jęknęła. Ruszyła ociężale.
Każdy krok przez portowe miasteczko był zwycięstwem woli nad drżącymi kolanami. Starzec znał tę drogę na pamięć, lecz dziś wydawała się nie mieć końca. Ludzie śledzili go zza rdzawej zasłony mgły – patrzyli na ten absurdalny pochód z ciekawością, która szybko przechodziła w lęk.
– Znowu coś wymyślił – szepnęła jakaś kobieta.
– Stary wariat – rzucił ktoś inny.
Nie słuchał. Chłonął jedynie skrzypienie kół i własny, rzężący oddech.
Droga zdawała się nie mieć końca. Po kolejnym podejściu ból uderzył w kręgosłup z siłą obucha. Starzec znieruchomiał, oparty o kolana, walcząc o każdy haust powietrza.
– Jeszcze kawałek – wycharczał do siebie. – Jeszcze tylko kawałek.
I wtedy ją dostrzegł.
Trwała kilka kroków dalej, młodsza, niż zapamiętał. Dokładnie ta sama, która niegdyś odprowadzała go pierwszy raz do portu.
– Synku… – dobiegł go łagodny głos. – Wróć do domu.
W jego spojrzeniu nie było lęku, tylko zmęczenie.
– Nie mogę – odpowiedział spokojnie.
– Już się napływałeś.
– Jeszcze nie dziś.
Patrzyła na niego długo. Jej oczy wypełniał spokój głębszy, niż kiedykolwiek widział u żywych. Skinęła głową.
– Zawsze byłeś uparty.
Rozpłynęła się we mgle, zanim zdążył cokolwiek dodać.
Ruszył dalej.
Im bliżej portu, tym oporniej kroczył. Powietrze dławiło rdzą i solą. Każdy krok był wysiłkiem. Lina wrzynała się w dłonie niczym drut.
Ojciec wyłonił się przy starym warsztacie szkutniczym. Oparty o framugę, z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
– Głupi jesteś – powiedział bez gniewu.
Starzec parsknął śmiechem.
– Wiem.
– Zawsze byłeś.
– Tak mnie wychowałeś.
Ojciec pokręcił głową, lecz w jego spojrzeniu osiadł cień dumy.
– Skoro musisz iść… idź prosto. Nie oglądaj się.
Starzec potwierdził milczeniem.
Kiedy podniósł wzrok, przy warsztacie nikogo już nie było.
Droga zaczęła piąć się w górę, a przyczepka stała się cięższa. Mięśnie paliły żywym ogniem. Stawy trzeszczały. Mimo przejmującego chłodu pot ściekał mu po skroniach.
Nagle starzec potknął się i upadł.
Leżał chwilę na ostrych kamieniach, wpatrzony w szafranowe niebo.
– No… – wydyszał w pustkę. – To by było na tyle?
Zaśmiał się krótko, suchym, łamiącym głosem. I wtedy usłyszał znajomy ton.
– Ty stary głupcze.
Starzec przysiadł na chwilę na krawędzi przyczepki, łapiąc rzężący oddech.
Przyjaciel spoczął na burcie łodzi, jakby nigdy nie odszedł. Wciąż ten sam – młody, z wiecznym uśmiechem i oczami zmrużonymi od słońca.
– Tęskniłem.
Przyjaciel przytaknął, uznając to za najprostsze z wyjaśnień.
– Morze nie pyta o wiek – powiedział. – Tylko, czy masz odwagę wypłynąć.
Starzec dźwignął się powoli, ignorując ból pleców.
– Mam – odpowiedział.
I tym razem nie było to kłamstwo.
– Idź. I nie żałuj.
Przyjaciel rozpłynął się wraz z mgłą, która nagle zafalowała niczym kurtyna.
Dłonie starca drżały, nogi ciążyły mu ołowiem. Lecz w piersi, pod marynarką, ucisk w końcu zelżał.
⚓
W oddali zobaczył latarnię. Trwała tam, gdzie zawsze.
Jej blask, choć stłumiony, pozostawał niewzruszony. Stały punkt w świecie, który dawno przestał nim być.
Starzec posłał jej blady uśmiech.
Ile razy wracał ku niej po nocnych połowach? Ile razy była obietnicą bezpiecznego brzegu? Jedyną pewnością pośród niepewności wód.
– Zawsze prowadziłaś na ląd – szepnął ledwie słyszalnie. – Dziś… dziś wywiedziesz mnie na morze.
Pomyślał, że może latarnie wcale nie wskazują lądu. Może jedynie przypominają, by nie stawać w miejscu.

(Anna Słoncz, Czuwanie)
Plaża z kamienia ciągnęła się bez końca. Szara, nierówna, wyzbyta piasku. Fale uderzały o brzeg cicho, znużonym rytmem.
Jeszcze kilka rzutów liną. Może kilkadziesiąt uderzeń serca.
Szarpnął.
Koła przyczepki poddały się na pierwszym głazie. Pękły. Łódź runęła ciężko, drewno wydało z siebie głuchy jęk. Starzec zacisnął powieki.
– A niech to… – wycharczał, patrząc na zdruzgotane koła.
Trwał bez ruchu. W ustach czuł metaliczny posmak. Wiedział, że powinien zawrócić.
Nie zawrócił.
Owinął linę wokół nadgarstków.
Pociągnął uparcie. Łódź nawet nie drgnęła.
Jeszcze raz.
Kamienie wbijały się w podeszwy niczym zęby. Ból przeszył stopy, kolana, kręgosłup. Skóra na dłoniach pękła pierwsza. Ciepła krew spłynęła po palcach, barwiąc mokry sznur.
W jego głowie nie było już myśli, tylko rytmiczne uderzenia pulsu i opór kadłuba.
Łódź ustąpiła. Pełzła po kamieniach z niskim, dławiącym dudnieniem. Uległa woli starca.
Uśmiechnął się krzywo.
– Stare czasy – mruknął.
Ciągnął dalej.
Każdy krok był osobną bitwą. Kadłub szorował o kamienie z chrzęstem przypominającym łamane kości.
– Jeszcze chwila… – szeptał, choć płuca paliły żywym ogniem. – Kilka kroków.
Poczucie czasu zgasło. Został rytm: krok, szarpnięcie, haust powietrza. Krok, szarpnięcie, ciemność pod powiekami. Lina nie była już tylko sznurem – stała się częścią jego mięśni, wrastając w rany na dłoniach, aż drewno i krew połączyły się w jedno.
Szedł w transie, nie czując uderzeń serca, tylko bezlitosny opór lądu.
Już nie ciągnął łodzi.
Trzymał w dłoniach całe swoje życie. Wiedział, że jeśli rozluźni uścisk, puści wszystko.
Łzy spłynęły mu po policzkach, gubiąc się w słonym pyle osiadłym na twarzy.
– Nie teraz – wycharczał. – Jeszcze nie teraz.
I wtedy rzeczywistość pękła.
W którymś momencie zauważył, że ciężar zniknął. Lina przestała wrzynać się w rany. Starzec poczuł, jakby nagle wypchnął łódź poza granice ziemskiego oporu.
Kadłub nie szorował już o kamienie. Unosił się tuż nad nimi, płynąc w gęstym, szafranowym powietrzu niczym widmo. Każdy kolejny krok był miękki, niemal pozbawiony wysiłku, jakby czas i grawitacja cofnęły swój wyrok. Nie oglądał się. Nie chciał wiedzieć, czy to morze wyszło mu naprzeciw, czy to on sam zostawił już za sobą ciało.
Gdy lodowata wilgoć obmyła mu stopy, znieruchomiał.
Morze.
Zacisnął powieki i zaczerpnął tchu tak głęboko, jakby po raz pierwszy od lat jego płuca zaznały prawdziwego powietrza.
– Jestem… – wyszeptał.
⚓
Wciągnął łódź głębiej. Drewno pracowało, a lodowata woda wdzierała się flegmatycznie przez szczeliny. Wiedział o każdym pęknięciu. Dostrzegał je od dawna.
Nie miało to znaczenia.
Wstąpił na pokład powoli. Deski odpowiedziały znajomym jękiem. Spoczął na ławce i odepchnął brzeg wiosłem.
Łódź ruszyła. Morze przyjęło go w milczeniu. Płynął bez pośpiechu. Bez kompasu, mapy i potrzeby powrotu.
Wydobył fotografię z wewnętrznej kieszeni.
Przenosił wzrok z wyblakłego papieru na bezkres, który go otaczał.
– Zmieniłaś się – szepnął.
Morze trwało przed nim ciemniejsze, niż zapamiętał. Gęstsze. Osłonięte mgłą niczym welonem. Starsze.
– Ale wciąż jesteś piękna.
Uśmiechnął się do fal.
– Starzejemy się razem.
Wstał ostrożnie i rozłożył ramiona. Wiatr dotknął jego twarzy, chłodny i słony. Przez moment poczuł prawdziwą, czystą lekkość.
Wyjął fajkę, przypalił i przymknął oczy, delektując się każdym kłębem cierpkiego, tytoniowego dymu. Wypuścił go powoli, patrząc, jak szara chmura rzednie nad burtą, mieszając z mgłą.
Spojrzał w dół. Łódź poddawała się naporowi fal, nasiąkając ciężarem. Skinął głową – dokładnie tego wyczekiwał.
Usiadł i przywiązał liną małą kotwicę do nogi. Stary nawyk. Nigdy nie chciał dryfować niczym martwe drewno.
Położył zdjęcie na kolanach.
– Już niedaleko – szepnął.
Mgła zamykała się wokół niego jak ramiona. Morze kołysało łódź delikatnie, niemal czule.
Pomyślał, że samotność nie polega na braku ludzi. Samotność to brak kierunku.
A on w końcu go odnalazł.
Spojrzał ostatni raz na latarnię. Jej blask był już ledwie iskrą, lecz wciąż trwał.
– Dziękuję – powiedział.
Łódź przechyliła się gwałtownie. Woda sięgnęła kolan, zimna i ostateczna.
Zaciągnął się ostatni raz. Powietrze nie było już mroźne – pachniało mokrym drewnem, gnijącymi wodorostami i głębią, która w końcu przyszła go odebrać.
– No… – szepnął. – Już.
Zamknął oczy. Łzy zmieszały się z solą morza.
Nie czuł lęku. Wreszcie wracał.
A jeśli po tej stronie mgły nie czekało zupełnie nic – przynajmniej przestał błądzić.