Do piwnicy szło się po bombki, sanki, dynię w occie, kwaszone ogórki, a czasem z emaliowanym kubłem po ziemniaki. Nikt nie lubił tam schodzić, bo to nic przyjemnego przemykać skulonym w półmroku, mając nadzieję, że kot, albo co gorzej – szczur, nie skoczy ci na plecy.
Z klatki wchodziło się przez ażurowe drzwi z lichych, sękatych listew. Podobne oddzielały od korytarza piwniczki lokatorów. Nasze drzwi zamykała wielka kłóda, a od środka tata obił je pilśnią, żeby nie można było do niej zaglądać. Na drzwiach nie było numerków, każdy pamiętał, gdzie przechowywał swoje skarby. Za drzwiami krył się stary biały kredens kuchenny (trochę opalony, bo jak brakowało ogniwa do „bateryjki”, to schodziło się ze świeczką w słoiku, która czasem lubiła się w tym słoiku obrócić i coś niecoś przypalić). Na bocznej, ażurowej ścianie z „dziurawki”, oddzielającej nas od sąsiada, tata zrobił konstrukcję z głębokimi półkami. Na samej górze sanki i bombki w tekturowych pudłach. Stary, niedziałający odkurzacz jamnik w formie grubego cygara wsunięty był głęboko, czekał z nadzieją, że się go kiedyś naprawi. Niżej stały słoiki różnej wielkości, obrośnięte kurzem i pajęczynami. Po kątach pochowane były pudła z przydasiami, o których nikt już nie pamiętał. W rogu stała związana parcianym sznurem choinka, a na podłodze zaś ziemniaki w jutowym worku, które późną jesienią sprzedawali z Żuków ubrani w waciaki faceci, krzyczący po podwórkach: „Kaartoofle!”, „Zieemniaaakii!”. Wtedy mama z babcią wpadały w zakupową gorączkę i zastanawiały się, czy dwa worki wystarczą, a może jeszcze trzeci by się gdzieś udało wcisnąć? I tak te worki, taszczone przez rosłych chłopów, lądowały na podłodze naszej piwnicy, utrudniając i tak ledwo możliwe poruszanie się. Później wyrastały z nich długie kły, a część, podgryzana przez szczury, lądowała w śmietniku.
Nigdy nie schodziłem do piwnicy sam. W letnie dni z chłopakami przemykaliśmy korytarzem, nasłuchując nad naszymi głowami szumu w cienkich rurkach, a w tych grubych – bulgotania i przelewania się gwałtownych „wodospadów”. Najdziwniejsze rury były pod okienkami. Grube, oblepione tynkiem, spod którego ktoś wyszarpywał płachty szklanej waty. Miało się wrażenie, że jest się w brzuchu płynącego pod wodą okrętu.
Na obu krańcach korytarza były pralnie, wilgotne, czasami pełne pary i zapachu rozgotowanego proszku. Pod oknami stały wielkie szare wanny z lastryka. Dochodziło się do nich, stąpając po rozłożonych na podłodze zbutwiałych, uginających się pod nami listewkach, spomiędzy których wtryskiwała brudna woda z mydlinami. Obok, w suszarni, wisiały białe prześcieradła i komplety powłoczek. Do piwnic nie wolno było nam wbiegać, ale tam najfajniej było bawić się w wojnę i chowanego.
Wieczorami do piwnicy się nie schodziło. Po całodziennym bieganiu siadaliśmy na ławce, a Piotrek opowiadał nam tajemnicze historie. Któregoś ciepłego letniego wieczoru pozwolono nam wyjść na godzinkę po dobranocce i posiedzieć pod otwartymi oknami, przy dźwięku gadających telewizorów i pasikoników. Usiedliśmy obok Piotrka, który zaczął opowiadać. – Widzieliście dzisiaj tych facetów z butlami gazu na wózkach? – No, a co? – To wcale nie są spawacze, a komandosi, którzy mają do załatwienia ściśle tajne zadanie. – W piwnicy? – A ty myślisz, że pod blokami są zwykłe piwnice? Gdyby tak było, to moglibyśmy się tam swobodnie bawić. To są wejścia do podziemnego miasta. Bo te wszystkie bloki są połączone ze sobą korytarzami. Gdy zaczęto je budować, odkryto coś bardzo, bardzo dziwnego.
23 lipca 1964 roku, czwartek, godz. 11:13
Wielka łyżka terkoczącej koparki wgryzała się metr po metrze w gliniastą ziemię, śledzona wzrokiem przez schowanego w cieniu inżyniera, opierającego się o budę barakowozu. Kierownik budowy, kurząc „Sporta”, popijał lepką czerwoną oranżadę z krachli. Z nieba lał się żar, który potęgował kaca po wczorajszym kolektywnym świętowaniu z kolegami, zakończonym zimną wódeczką. Waldek, szarpiący wajchami koparki, ledwo co krył się w cieniu blaszanego daszka. Gdyby nie porwana kraciasta koszula i beret, spaliłby się na skwarkę na tym cholernym słońcu. Nagle rozległ się nieprzyjemny, przeszywający zgrzyt tarcia metalu o metal, który był wyraźnie słyszalny pomimo pyrkotania koparki. Waldek jak gdyby nigdy nic siłował się ze sprzętem, próbując się lepiej wkopać. Inżynier jak porażony prądem odrzucił butelkę w bok i biegnąc w kierunku operatora, zaczął krzyczeć, machając rękami: – Stój! Stój! Nie ruszaj! Waldek zatrzymał silnik, co spowodowało, że zaległa nienaturalna cisza. Kilku stojących dalej robotników podniosło z zaciekawieniem wzrok i spojrzało w kierunku wykopu. Kierownik budowy stanął nad krawędzią z rękami opartymi na biodrach. – Do kurwy nędzy, jeszcze tego nam brakowało… Władek, złaź z koparki. Idź do baraku, każ Lidce dzwonić na milicję. Niech powie, że mamy niewybuch na budowie. Reszta – odsunąć się pod płot! – krzyknął w kierunku pracujących dalej robotników. Sam stał dalej, nie mogąc oderwać wzroku od żelastwa. Klął pod nosem, ale w jego oczach widać było ulgę. Niewypał oznaczał, że plan oddania na czas budynku S-III/3/p-64 właśnie legł w gruzach, a on miał idealną podkładkę pod zwiększające się z tygodnia na tydzień opóźnienie przed dyrekcją PBM. Władek wychylił się z drzwi barakowozu i krzyknął: – Już dzwoni! „No dobra” – pomyślał inżynier. – „Teraz trzeba będzie zadzwonić do kierownictwa i zameldować. Siła wyższa”.
24 lipca 1964 roku, piątek, godz. 9:00
Na biurku Zenona Kliszko dzwoni telefon. – Czekam przecież, niech wejdą! – krzyknął opryskliwie do sekretarki Sekretarza Komitetu Centralnego PZPR. Do gabinetu rozświetlonego wielkimi oknami, wypełnionego ciemnymi lakierowanymi meblami, w których odbijało się świecące przez gęste firanki słońce, weszło trzech mężczyzn. Bez słów podali sobie ręce i usiedli przy długim fornirowanym stole, na którym leżały tylko wielkie kryształowe, podobne do wielkich spodków, popielniczki. – No, to z czym przychodzicie?
Mieczysław Moczar, kładąc przed sobą pliki dokumentów i zdjęć, zaczął rozmowę: – Zenonie, mamy problem. – Mówiąc to, zapalił papierosa i wciągnął dym po krańce pęcherzyków płucnych. – Na Służewcu, na tych Prototypach, dokopali się do kawałka… konstrukcji… chyba z metalu, który początkowo uznano za niewybuch z czasów wojny. Ale jak chłopaki z saperkami zaczęli kopać, okazało się, że to… kurwa, nie wiemy co, ale na pewno nie jest to ani nasze, ani Wielkiego Brata. – Wiemy, że nie nasze. To nie jest radzieckie. Materiał jest nieznany wojsku i nie wiemy czyj i czym jest. Możemy podejrzewać, skąd to pochodzi, choć do jasnej ciasnej, nie wiemy, psiakrew, jak to się tam znalazło – wtrącił zdenerwowany Marian Spychalski, siedzący w sztywnym mundurze marszałka, jakby jeszcze nie trafił do domu po 22 lipca. – Moi ludzie z Kazunia znaleźli na tej konstrukcji napisy w języku angielskim, tu masz zdjęcia, oraz… wielkie litery „USS END[…]”.
Kliszko wziął w drżące ręce czarno-białe, błyszczące fotografie. – Prowokacja? – zapytał. Czterej mężczyźni przez chwilę milczeli, patrząc sobie w oczy. Jedynie Walery Namiotkiewicz skrobał coś w kołonotatniku, nie podnosząc znad notatek wzroku. Spychalski pochylił się nad stołem. – Zenonie, to żelastwo ma strukturę, której nie znamy, to może być nieznana nam broń. Warto to przebadać, bo… – Marian, nie pierdol mi tu o badaniach. Gówno mnie one obchodzą. Ważne, żeby jutro rano żaden robotnik nie kłapał jadaczką, że widział nazwę amerykańskiego okrętu wojennego dwa metry pod ziemią. Kurwa, jak to wycieknie, to nas Niedźwiedź zje bez soli i zrobi radziecki poligon doświadczalny kilometr od Okęcia. – Macie plan osiedla? Kliszko wyciągnął rękę po mapę podawaną przez Moczara. W środku pierścienia ulic widniał czerwony punkt. – Co tu miało być? – Blok, 12 na 60 metrów. – To nie będzie. Przeprojektować. Zalać betonem, 2 metry. Dziś w nocy. Budowlańców wysłać na budowę Spodka do Katowic. Jak będą po wódce pierdolić o UFO, to przynajmniej będzie wiadomo dlaczego.
KOMITET CENTRALNY POLSKIEJ ZJEDNOCZONEJ PARTII ROBOTNICZEJ
Sekretariat I Sekretarza Warszawa, dnia 24 lipca 1964 r. EGZ. NR 1 TAJNE SPECJALNEGO ZNACZENIA
NOTATKA SŁUŻBOWA NR 0048/64/P
Dotyczy: stwierdzenia anomalii strukturalnej oraz zagrożenia chemiczno-wybuchowego na terenie inwestycji cywilnej Warszawa. Służewiec Prototypy (Zadanie S-III).
W nawiązaniu do meldunku resortu Spraw Wewnętrznych oraz konsultacji z Ministerstwem Obrony Narodowej, przedstawia się stan faktyczny oraz podjęte kroki zaradcze w sprawie incydentu z dnia 23 lipca br.
I. Opis zdarzenia: Podczas rutynowych prac ziemnych prowadzonych przez PBM Południe w rejonie projektowanego obiektu mieszkalnego S-III/3/p-64, łyżka koparki natrafiła na masywną, monolityczną przeszkodę o charakterze metalicznym, zalegającą na głębokości ok. 3,5 metra. Wstępna analiza przeprowadzona przez oddelegowaną jednostkę inżynieryjną z Kazunia pozwoliła sklasyfikować obiekt jako niezidentyfikowany depozyt materiałów o charakterze strategicznym, prawdopodobnie pochodzenia obcego (z okresu działań wojennych 1939–1944 r.).
II. Ocena ryzyka i stwierdzone prowokacje: Na zewnętrznym poszyciu obiektu stwierdzono występowanie znaków alfanumerycznych przypominających alfabet łaciński. Ze względu na lokalizację inwestycji w okolicy lotniska Okęcie oraz bliskość węzłów komunikacyjnych, nie wyklucza się celowej prowokacji wywiadowczej państw imperialistycznych. Istnieje podejrzenie, że obiekt może być elementem dawnej instalacji sabotażowej, mającej na celu destabilizację gruntu pod kluczowymi osiedlami robotniczymi stolicy.
III. Decyzje i wytyczne: W celu zabezpieczenia interesu Państwa oraz uniknięcia niepożądanych spekulacji społecznych, Towarzysz Zenon Kliszko, po konsultacji z przedstawicielami resortów, zatwierdził następujący tryb postępowania:
Likwidacja ekspozycji: Obiekt należy niezwłocznie odizolować od kontaktu wzrokowego osób postronnych. Zarządza się zalanie wykopu warstwą betonu stabilizującego o grubości minimum 2000 mm (tzw. „korek technologiczny”).
Kwarantanna informacyjna: Personel cywilny mający bezpośredni kontakt z wykopem w dniu 23.07 zostaje oddelegowany do prac przy obiektach specjalnych w woj. katowickim (Budowa Hali Widowiskowej). Obowiązuje całkowity zakaz udzielania informacji pod rygorem odpowiedzialności karno-skarbowej z art. 7 Dekretu o ochronie tajemnicy państwowej.
Korekta urbanistyczna: Budynek S-III/3 zostaje wykreślony z planu bieżącego. W jego miejscu wyznacza się strefę instalacji technicznej (Węzeł Cieplny nr 4), co uzasadnia wzmożony hałas i obecność służb serwisowych w przyszłości.
Nadzór wojskowy: Teren przechodzi pod wyłączny zarząd MON do czasu pełnego „wyciszenia” anomalii.
IV. Uwagi końcowe: Wszelkie próby wiązania zdarzenia z rzekomymi „zjawiskami nadprzyrodzonymi” lub „obiektami latającymi” należy traktować jako element wrogiej propagandy dywersyjnej i natychmiast raportować do Departamentu II MSW.
Sporządził: Walery Namiotkiewicz
Otrzymują:
Tow. W. Gomułka (do wglądu)
Tow. Z. Kliszko (ad acta)
Tow. M. Moczar (do realizacji)
Tow. M. Spychalski (do wiadomości)
6 sierpnia 1964, czwartek, godz. 11:50
– Dziękuję, że przyjechaliście z urlopu – powiedział Jerzy Skrzypczak, ocierając bawełnianą chusteczką pot z czoła. Przed nim stali: główny konstruktor Zawadzki i główny projektant instalacji Krawczyk zerkający z niepokojem na stojącego obok Skrzypczaka człowieka w mundurze Ludowego Wojska Polskiego. W długim, niewysokim pokoju głównego projektanta Prototypów na ścianach wisiały precyzyjnie wykreślone rzuty osiedla. W rogu na szafce, obok makiety, buczał „Zefir”, bezskutecznie mieląc papierosowy dym. – Sytuacja na budowie wymaga podjęcia radykalnych kroków, jeśli chcemy dokończyć osiedle w terminie. Pomoże nam w tym Wojsko – Skrzypczak zawiesił głos, unikając wzroku kolegów. – Przedstawiam wam pułkownika inżyniera Stefana Nowaka z WAT. Od dziś pułkownik obejmuje funkcję Konsultanta Generalnego ds. Systemów Specjalnych na naszym odcinku. Rezygnujemy z jednego bloku w kwartale S-III/3. Pułkownik Nowak przedstawił nam nowe ekspertyzy geologiczne. Grunt… w gruncie…
Nowak głośno odchrząknął, przejmując inicjatywę. Głos pułkownika był suchy i zimny jak metal. – Panowie inżynierowie, sytuacja jest jasna. Bloku mieszkalnego w tym kwartale nie będzie. Zostaje on definitywnie i bezpowrotnie wyjęty z projektu cywilnego. Oficjalnie w dokumentacji PBM Południe pojawi się informacja o „niekorzystnych warunkach hydrogeologicznych” i „strefie rezerwowej pod zieleń osiedlową”. Zawadzki drgnął, chcąc coś wtrącić, ale pułkownik powstrzymał go lekkim gestem dłoni. – Zamiast fundamentów mieszkalnych, pod płytą, która została wylana w zeszłym miesiącu, powstanie wejście do systemu korytarzy technicznych o statusie operacyjnym „Węgorz”. Te obiekty nie figurują i nigdy nie będą figurować w archiwach biura. Ich budowa, instalacja i utrzymanie zostają wyjęte spod administracji cywilnej. Będą realizowane wyłącznie przez specjalistyczne jednostki Batalionów Budowlanych pod bezpośrednim nadzorem MON. Tu pułkownik Nowak westchnął ciężko, wiedząc, że jego zabawki będą podpięte pod cywilne druty. – Jednak nie możemy całkowicie odciąć się od waszej infrastruktury. Potrzebujemy zasilania, odprowadzenia ścieków i wentylacji, które będą połączone z komunalnymi. Dlatego – pułkownik spojrzał znacząco na Skrzypczaka – deleguję oficerów, inżyniera Zawadzkiego oraz inżyniera Krawczyka, do stworzenia odrębnego, ściśle tajnego aneksu projektowego. Od tej minuty panowie nie pracują już dla biura. Służycie dla Ludowego Wojska Polskiego pod moją komendą.
Skrzypczak milczał, patrząc na wentylator wydający świst podobny do startującego iła-18. Wiedział, że ta decyzja oznacza, iż dwóch jego najlepszych ludzi dostaje wojskowe kamasze i wypada z gry. – Zostajecie tu, aby na bieżąco aktualizować dokumentację – kontynuował Nowak. – Ale wasze projekty będą ściśle konsultowane ze „Spec-Biurem”, które zorganizowaliśmy nieopodal. Udacie się tam zaraz ze mną. Nasza rozmowa objęta jest ścisłą tajemnicą wojskową. Nie rozmawiacie o tym z kolegami. Oficjalnie w dokumentacji będziemy nazywać to poziomem sanitarno-technicznym „minus dwa”, czyli PST-2. Czy wszystko zrozumieliście? – A co będziemy tak naprawdę budować, panie pułkowniku? – zapytał Zawadzki. – Bunkry, oficerze. Bunkry – odpowiedział Nowak, kładąc na stole Skrzypczaka szarą teczkę.
Wspomnienia inżynierów z wakacji rozsypały się jak dziecięcy zamek w złotych piaskach nad Morzem Czarnym.
19 października 1985, sobota, godz. 10:23
Ja, Arek i Jarek staliśmy pod rozłożystym drzewem stojącym przed naszym blokiem i z łakomstwem patrzyliśmy na wiszące na nim orzechy. – Mało co spadło – powiedział Arek. – Fajnie by było sięgnąć po te na górze. – Rzućmy patykiem – powiedział Jarek. Niełatwo było znaleźć fajny patyk, ale po krótkiej wyprawie w rejon śmietnika przynieśliśmy kawałek starej deszczułki i zaczęliśmy rzucać nim w drzewo. Część orzechów spadając na asfalt pękała, większość jednak została w elastycznej skorupie. – Przestańcie rzucać tym patykiem, bo wybijecie szyby! Z bloku stojącego vis-à-vis naszego wychyliła się przez okno jakaś baba i zaczęła wygrażać pięścią. „Gdzie szyby, a gdzie drzewo?” – pomyślałem, ale zrobiło się na tyle nieprzyjemnie, że przestaliśmy rzucać i usiedliśmy na wykonanym z metalowych rurek, odrapanym z farby wężu i z nudów się na nim bujaliśmy. – Wtedy kiedy Jarek widział podwórko do góry nogami – powiedział – przy pierwszej klatce monterzy w kombinezonach, nie mają butli, ale idą z wielkimi torbami. Pewnie znowu na jakąś akcję. – Mama mówiła, że mogliby w końcu zacząć grzać, bo zimno i pranie nie schnie. Pewnie idą włączyć centralne. – A jeśli nie? Chodźcie do piwnicy, tylko inną klatką. Zobaczymy, dokąd pójdą. Zeskoczyliśmy z węża i poszliśmy do mojej klatki, bo ta była dalej od węzła. Zeszliśmy do piwnicy. – Nie mamy latarki – powiedział Arek. – Skoczę do domu – zaproponowałem. – Tata zdaje się ma działającą bateryjkę. Wróciłem po chwili z płaską latarką wielkości portfela, z okrągłym okienkiem, w którym tkwiła mała żarówka. Dodatkowo mogłem zmienić kolor, przesuwając z boku suwak, zmieniając światło na zielone albo czerwone. – Długo nie poświeci, ale może się przyda. Kilkanaście piwnic przed nami słychać było stukanie, szuranie i przekleństwa. – Chyba włączają centralne. Chodźcie bliżej. Przebiegliśmy korytarzem, mijając kilka mniejszych korytarzyków prowadzących do piwnicznych boksów. Weszliśmy w jeden z nich pod drugą klatką i nasłuchiwaliśmy. – No dobra, Mietek, teraz trzeba wejść do brzucha i podłączyć rury do Węgorza. – Jak ja nie lubię tam chodzić – powiedział przeciągle pomocnik majstra. Dwóch facetów wyszło na korytarz, taszcząc na ramienicach kanciaste torby wypełnione szczękającym żelastwem. Skierowali się w kierunku suszarni. Przekręcili klucz w kłódce wiszącej na ażurowych drzwiach z ciemnych, nieheblowanych listewek i z jazgotem otworzyli prowizoryczne drzwi. Chowając się za rogiem korytarza ze zdziwieniem zauważyliśmy, jak monterzy odsuwają drewniane kładki i odkręcają znajdujący się w podłodze właz, przypominający bardziej te na statku podwodnym niż wieka studzienek burzowych. Właz przeciągle zgrzytnął na zawiasie i z hukiem opadł na betonową podłogę. Monterzy założyli hełmy, zapalili latarki czołówki i powoli, najpierw majster, później pomocnik, zeszli pod poziom piwnicy. – Co teraz, Piotrek, co robimy? – Podejdziemy, może zobaczymy coś ciekawego. Weszliśmy do słabo oświetlonego pomieszczenia suszarni i zajrzeliśmy przez otwór w podłodze. Patrząc przez metalowy pierścień, widzieliśmy rząd metalowych prętów drabinki prowadzącej w dół, nie więcej niż na dwa metry. Na dole jarzyło się światło dające słabą poświatę. Coraz słabiej było słychać głosy rozmowy dwóch mężczyzn. – Co robimy? – Schodzimy. Zobaczymy, co to za korytarz tam na dole. Chłopaki będą nam zazdrościć. – Na włazie jest napisane: NIE WCHODZIĆ. ZAGROŻENIE ŚMIERCIĄ, no i ta czaszka z piszczelami. – Zawsze tak piszą, jak jest coś do ukrycia. Jarek, ty zostaniesz na górze i będziesz patrzył, czy ktoś nie idzie, w razie czego zamachasz Arkowi, który będzie czekał przy zejściu, tam na dole. Ja wejdę w korytarz i się trochę rozejrzę, później się zmienimy. Najpierw ja, a za mną Arek, zeszliśmy po śliskich prętach drabinki. Stanęliśmy na początku mrocznego, wąskiego i dużo niższego od piwnicy betonowego tunelu, w którym co kilka metrów wzdłuż rozciągniętego pod sufitem kabla żarzyły się słabo żarówki w okratowanych oprawach. W oddali zaginającego się pod kątem korytarza słychać było rozmowę. Powiedziałem szeptem do Arka: – Pójdę kawałek dalej, zobaczę, co jest za załomkiem tunelu. Arek przytaknął. Trzymając w ręku latarkę, poszedłem w głąb. Po kilkunastu metrach tunel skręcał łagodnie w lewo. Zajrzałem ostrożnie, ale zobaczyłem tylko długi, pusty korytarz przede mną, który zdawał się łączyć z innym, biegnącym z prawej strony. Pokazałem Arkowi uniesiony kciuk i poszedłem dalej. Po chwili znalazłem się w miejscu łączenia się dwóch korytarzy. Ten, którym szedłem, był słabo, ale jednak oświetlony. Ten po lewej niknął w mroku. Zapaliłem latarkę, ale zdołała oświetlić tylko kilka metrów przede mną. Końca tunelu nie widziałem, słychać było tylko w oddali miarowe kapanie wody. Poszedłem dalej wzdłuż świateł. Po chwili wydawało mi się, że słyszę rozmowę. Dobiegała z łącznika dochodzącego z lewej strony korytarza. Okazał się być innym tunelem, lekko pochylonym, z deskami przymocowanymi do betonu, aby uniknąć poślizgu. Koniec korytarza rozświetlało zimne światło. Zszedłem ostrożnie w jego kierunku. Po kilkunastu metrach doszedłem do końca betonowej ścieżki, która zmieniała się w metalowy, bardzo gruby próg z otworami. Po drugiej stronie było pomieszczenie wielkości dużego pokoju, którego ściany pokrywały rozmaite przyciski i niezrozumiałe napisy. Przekroczyłem próg i spojrzałem na przeciwległy kraniec pomieszczenia, na końcu którego znajdowały się rozsunięte stalowe, malowane w żółte pasy drzwi, przez które wpadało jasne, intensywne, jakby dzienne światło. Powoli ruszyłem po lekko pochylonej w prawo podłodze. Zajrzałem przez otwór i zobaczyłem jasny korytarz, pokryty jakby plastikiem, a częściowo jakby nadmuchaną tkaniną. Przed wejściem na wprost mnie na ścianie wisiał nieznany mi symbol oraz napis „USS ENDEAVOUR”. Nie miałem pojęcia, co to znaczy, ale byłem pewien, że jest to po angielsku. Na jasnej podłodze była widoczna wydeptana brudnymi podeszwami, zapewne należącymi do butów monterów, ścieżka prowadząca do szybu, który okazał się być windą. Na niewprawnie zamontowanej osłonie, która przypominała bardziej windy blokowe, widniała tabliczka: ZREMB. Szaro malowane, zgrzebne drzwi z wąskim okienkiem miały gałkę, a obok czerwony przycisk przywołania. „Pewnie weszli do windy i gdzieś pojechali” – pomyślałem. Ściąganie windy wydało mi się zbyt ryzykowne. Wszystko, co mnie otaczało, było tak niesamowite, że miałem wielką ochotę przyjrzeć się temu uważnie. Nieco dalej za windą były szklane, w połowie przecięte, chyba jakimś palnikiem, drzwi. Wewnątrz pomieszczenia jarzyło się czerwone światło. Podszedłem i zajrzałem do wnętrza doświetlając widok latarką. Po bokach pomieszczenia, jak i pośrodku w zagłębieniu, znajdowały się wysokie, nowoczesne fotele. Wzdłuż ścian i przed fotelami znajdowały się czarne monitory i mnóstwo symboli. Przypominało to wnętrze elektrowni skrzyżowane z mostkiem kapitańskim na statku. Naprzeciw mnie znajdował się szeroki, martwy, szary ekran, przypominający te kinowe. Był na tyle duży, że wszyscy siedzący w pomieszczeniu mogliby wygodnie oglądać film. Część monitorów była wymontowana, część rozbita. Pod jednym ze stojących z brzegu foteli leżał mały, podłużny, jakby szklany, przedmiot. Wszedłem do pomieszczenia i schowałem go odruchowo do kieszeni kurtki, myśląc, że fajnie będzie pokazać coś chłopakom. Nagle usłyszałem za plecami cichy dźwięk silnika windy i charakterystyczne kołatanie wydobywające się z jej szybu. Szybko zgasiłem latarkę, chowając się za rogiem i nasłuchiwałem. Drzwi się otworzyły z jękiem. – No dobra, zawory okręcone, woda w rurkach zaraz zacznie się nagrzewać, trzeba podać do bloków, bo inaczej pierdyknie i trzeba będzie podłączyć osiedle pod Siekierki, a wtedy Ursynów dostanie zimnem po dupie, a ty zapomnij o premii. Idziemy do przepompowni. Szkoda, że nie mamy więcej takich reaktorków, można by tak całą Warszawę ogrzać, a węgiel za dewizy sprzedać. – Już widzę, jak Ruskie pozwolą. Same wezmą.
Głosy powoli cichły, wychyliłem się i szybko podbiegłem do śluzy, wchodzili już pod górę pochyłym korytarzem. Odczekałem, aż znikną u góry. „Jak ja wyjdę?” – kotłowało mi się w głowie. – „Przecież Arek i Jarek jak się zorientują, że monterzy idą, to się pochowają po kątach i mnie tu zostawią. Jak podniosą właz?” Wdrapałem się po pochylni i zajrzałem w tunel. Monterzy nie poszli w prawo, lecz skręcili w lewo, idąc wolnym, chwiejnym krokiem, taszcząc swoje torby. Szybko, starając się nie hałasować, pobiegłem w kierunku, z którego chwilę temu przyszedłem. Za rogiem zobaczyłem postać Arka, który zamachał rękami na mój widok. Podbiegłem do niego. – Chodu. Wszystko wam opowiem, jak wyjdziemy na górę.
Tego wieczora nasze mamy były zadowolone. – Grzeją, nareszcie grzeją. Dziś w nocy ma być taka zimnica. Trudno by wytrzymać. W końcu pranie poschnie jak należy.
21 października 1985, poniedziałek, godz. 16:23
Umówiliśmy się po szkole, że pójdziemy do biblioteki dla dzieci i młodzieży stojącej pośrodku osiedla, dowiedzieć się, co oznacza USS Endeavour – napis, który udało mi się szczęśliwie zapamiętać i zapisać kawałkiem cegły na ścianie w piwnicy tuż po wyjściu z tunelu. Dziś biblioteka pracowała do osiemnastej, więc mieliśmy trochę czasu na znalezienie odpowiedzi na nurtujące nas pytania.
Pani siedząca za biurkiem wydała się być bardzo niezadowolona, spoglądając na naszą trójkę wchodzącą do azylu ciszy i spokoju. Ze zmarszczonymi brwiami spoglądała na nas badawczo znad okularów, które miała na czubku nosa. Gwałtownym gestem zdjęła je, przerywając lekturę, i położyła na biuście schowanym pod wełnianym marchewkowym swetrem we wzór plecionego warkocza, na którym mogły się pewnie i tak utrzymać bez złotych łańcuszków, na których wisiały. Odkładając powoli czytaną książkę, wydała rozkaz donośnym szeptem: – Chłopcy, wsuńcie kapcie! Podeszliśmy do kontuaru szusem jak niewprawni narciarze, mając zamiast nart filcowe, szerokie płozy, co chwilę spadające z nóg po natrafieniu na nierówność płytek PCV. – Dzień dobry. Tu jest moja karta. – Arek podał ją bibliotekarce, która zwróciła się do nas: – A wy? – Ja zapomniałem – powiedziałem, ale prawdą było, że ją zgubiłem i nie wiedziałem, gdzie jest. – A ja jeszcze nie mam – odpowiedział najmłodszy z nas Jarek. – To nie możecie skorzystać. Jeśli chcesz, masz tu druczek zobowiązania, które musi wypełnić i podpisać któryś z rodziców, a także – położyła na stole kartonik przypominający ten od Szkolnej Kasy Oszczędności – wypełnić legitymację. Przyjdziesz z wypełnionymi druczkami i legitymacją szkolną, to wtedy założymy tobie kartę biblioteczną. – A ja mogę? – Tak – odpowiedziała Arkowi. – Koledzy muszą przyjść innym razem.
Wyszliśmy niepocieszeni, zostawiając Arka ze szczegółowymi instrukcjami. Usiedliśmy na ławce obok pustej piaskownicy i czekaliśmy, patrząc w rozświetlone wnętrze biblioteki, w którym Arek raz sam, a raz z panią przechodzili od regału do regału. Minęło sporo czasu, zanim Arek wybiegł z kawałkiem papieru i XV księgą Tytusa krzycząc od progu: – To chyba statek kosmiczny! Poleciał na Księżyc w misji Apollo, ponad 10 lat temu! Nie wydawało nam się to prawdopodobne, by ten statek spadł właśnie na Ziemię, i to na nasze osiedle. Przecież nasi rodzice już wtedy tu mieszkali. Nazwę sprawdził z panią bibliotekarką w słowniku angielskim i oznaczać miała „starać się z wysiłkiem”. – Trochę głupie, jak na nazwę statku kosmicznego, ale taki napis – byłem prawie na sto procent pewien – był wypisany w rozświetlonym korytarzu kilkanaście metrów pod ziemią. Nic tu się nie zgadzało. – Pokaż lepiej komiks. Kurczę, nie czytałem tego. Ale fajowy. Jutro trzeba koniecznie zajrzeć do kiosku, może będzie coś nowego. Szkoda, że robi się ciemno, to byśmy razem poczytali. – Zaraz – powiedziałem. – Mam przecież to szkiełko przyniesione z dołu, które jak się naciśnie z boku, to świeci. Oświetlając sobie komiks jasnym, białym jak dzień ekranikiem wyświetlającym obrazek „namiocika” i napis STARFLEET, przeczytaliśmy pierwsze 8 stron.
Gdy już mieliśmy wstać z ławki i iść do domu, obok biblioteki odsunął się właz i wyszli z niego dwaj monterzy, których widzieliśmy w sobotę. Zamknęli studzienkę i poszli do stojącej nieopodal Nysy. Dopiero teraz zauważyliśmy, że nasza biblioteka stoi na grubej betonowej platformie, która udźwignie niejedną książkę przygodową i niejednego Tytusa, Romka i A’Tomka.