- Opowiadanie: marcin_karol - Szewc

Szewc

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Szewc

Prolog.

Historia, którą babcia opowiedziała tej nocy ukochanym wnukom, krążyła po miasteczku już od bardzo dawna i jak każda tego typu legenda, miała w sobie ziarno prawdy. Kiedy babcia była jeszcze dziewczynką, zaczęły znikać dzieci i żądni sprawiedliwości mieszkańcy znaleźli winnego. Na własną rękę wymierzyli sprawiedliwość mężczyźnie, który pracował jako szewc i jak się później okazało nie miał nic wspólnego ze sprawą, ale krew została już przelana, a Szewc po śmierci powrócił i zapragnął zemsty. 

To była przynajmniej jedna z wielu podobnych do siebie wersji. Za oficjalną uważało się oczywiście tą, która znajdowała się na pierwszych stronach gazet. Dzikie zwierzęta, ulewne deszcze i nieszczęśliwe wypadki. Tragiczny ciąg wydarzeń, który sprawił, że dzieci wracające ze szkoły chciały iść na skróty, więc szły przez las, który znajdował się na sztucznym nasypie – pozostałości po niegdyś prężnie działającej niedaleko hucie. Cechą tegoż nasypu były strome leje, w które łatwo było wpaść, jeśli nie zachowało się odpowiedniej ostrożności, a większość dzieci, jak można się było domyślić, jej nie zachowała. Wystarczyło potknięcie i leciało się w dół takiego leja po śliskim błocie, aż na sam dół. 

Ale nie to babcia opowiadała dzieciom, one usłyszały o wiele bardziej baśniową wersję. Że po mieście nocami chodzi zły duch, duch człowieka który kiedyś wszystko stracił i teraz włóczy się ulicami i porywa ludzi, zostawiając po nich tylko obuwie. To dlatego można czasem zobaczyć przy chodniku leżącą parę nowych adidasów, stare sandały, japonki, glany albo trampki, które wyglądają, jakby ktoś zrobił w nich krok, a następnie rozpłynął się w powietrze. 

Babcia wiedziała, że historia ma inny cel niż straszenie, a była to przestroga. Nie chodź sam po nocy, bo ktoś cię porwie! Wracaj ze szkoły w grupie, nigdy sam! Mów gdzie idziesz!

Staruszka czule ucałowała wnuki w czoło i przykryła je ciężką kołdrą.

Nie wychodź w nocy, bo porwie cię Szewc i zostaną po tobie tylko buty.

 

I. 

Dzieci niepewnie rozglądały się po klasie, kiedy wychowawczyni wraz z dyrektorem szkoły wyglądali, jakby mieli zacząć kolejną pogadankę na temat tego, jak niegrzeczna jest ich klasa, jak słabo się uczy, czy na jeszcze inny temat, który stanie się sensacją na kolejne kilka dni. Na ich nieszczęście, była to ta trzecia opcja, co nie oznaczało wcale, że ktoś z ich szkoły jest w ciąży, albo w poprawczaku albo ma inne problemy z prawem. Sowa (jak nazywali swoją wychowawczynię uczniowe klasy 6B, zyskała swoje przezwisko dlatego, że miała okulary grube jak dna słoików i siwe włosy w wieku lat trzydziestu pięciu) miała smutny i odległy wyraz twarzy, a dłońmi ściskała kieszeń burej spódnicy. Pan dyrektor przemówił:

– Przychodzę do was dzisiaj z wyjątkowo poważną sprawą – zaczął i odchrząknął. – Jeden z waszych kolegów, nie wrócił do domu w poniedziałek. Chodzi mi o Macieja Kowalczyka. Doskonale wiecie, że nie było go też wczoraj w szkole. Muszę was zapytać, czy nie macie żadnych informacji, dotyczących jego zniknięcia. 

Dzieciaki zaczęły wiercić się w krzesłach, a ich wcześniejsza ekscytacja i ciekawość ustąpiły miejsca blademu strachowi.

– Jeśli wiecie cokolwiek, co może być ważne, proszę powiedzieć teraz, lub przyjść do mojego gabinetu. Wszystkie klasy będą mieć dzisiaj spotkanie z policją, ale zapewniam was, że nie grożą wam żadne kłopoty, jeśli zdecydujecie się nam wszystko powiedzieć. 

 

II.

Beti, Mika i Stefcio rzucili plecaki pod huśtawką i zajęli swoje pozycje. Beti, dziewczynka w spodniach, na których odznaczały się zielone plamy od siedzenia na trawie usiadła na brzegu piaskownicy, Mika usiadł po jednej stronie huśtawki typu ważka (czego stanowczo zabraniała mu jego mama, ze względu na chore kolana chłopca), a Stefcio po drugiej. 

– M-m-m-maćka porwał Sz-sz-sz-szewc – oznajmił pewnie Mika, a nerwowość pogorszyła jego jąkanie. – O-o-on mówił, ż-ż-ż-że go śledzi. 

Beti podciągnęła nogi siadając po turecku. Już od dawna nie słyszała w głowie jąkania przyjaciela, zupełnie jakby ktoś zamontował jej w głowie filtr do tego rodzaju mowy.

 – Strasznie się ostatnio bał, też to widziałam. A podobno Maciek z kolegami często chodzili do Lasu Szewca i jeździli tam na rowerach, no wiecie na tych rampach.

 Dziewczynka miała przetłuszczone włosy, które starała się ukryć w niedbałym warkoczu, za uszami ciemniały szare plamy brudu. Widząc jej wzrok, Stefcio ożywił się do rozmowy.

– Pewnie znaleźli jego kryjówkę, a jak ktoś ją znajdzie to nie wraca. Starszy brat mi kiedyś powiedział, że jak był w szkole to ostrzegali go, żeby nigdy tam nie chodzić, bo Szewc jak kogoś sobie upatrzy, to nie przestanie szukać dopóki go nie dopadnie. 

– Mm-m-m-myślisz, że zobaczył M-m-m-maćka?

– Jestem tego pewien. Zawsze chodzili tam w grupie, nie mógł się zgubić. Zobaczył Szewca, Szewc zobaczył jego i potem go dorwał. 

Przebiegły ich dreszcze. Każde z nich słyszało legendę o Szewcu, duchu zamieszkującym las, który porywał ludzi, zostawiając po nich tylko buty. Kiedy czasem przechadzali się i widzieli parę obuwia, które nie miało właściciela obchodzili je szerokim łukiem, bojąc się, że to pułapka zastawiona przez Szewca, aby ich dopaść. Wyobraźnie pracowały im na najwyższych obrotach.

– Oni nam nie uwierzą, jak powiemy że to duch z lasu. Nie wierzą ani w duchy, ani tym bardziej w Szewca – mruknęła hardo Beti, wypowiadając to, co siedziało wszystkim w głowach. 

– M-m-m-masz r-r-r-rację. T-t-t-trzeba go po-po-poszukać. W-w-w-wiemy g-g-gdzie. 

Mika nie mówił za dużo. Zawsze chciał powiedzieć więcej, niż pozwalała mu na to jego przypadłość, która denerwowała wszystkich wokół (według niego), a w szczególności jego rodziców, którzy zapisywali go na niezliczone ilości wizyt u logopedów, we wszystkich klinikach w województwie. Niestety bezowocnie. Chłopiec nauczył się, żeby mówić mało, żeby nie denerwować innych, nie zdając sobie sprawy, że Beti i Stefcio byli tak przyzwyczajeni do jego sposobu mówienia, że czasem zapominali, że w ogóle się jąkał. 

– Trzeba wyruszyć szybko, choćby dzisiaj wieczorem, bo przecież jak ktoś zaginie, to najważniejsze jest pierwsze czterdzieści osiem godzin! – zauważył Stefcio, cytując ulubiony program policyjny starszego brata. 

Pozostali skinęli głowami. 

– Ale nie możemy, słyszeliście co powiedziała Sowa i ten policjant, który zrobił potem pogadankę całej szkole? Że mamy iść prosto do domu, najlepiej w grupach, uważać na siebie… Najlepiej, żeby odebrali nas ze szkoły rodzice. Oni się boją mordercy, a to na pewno jest ten potwór z lasu! 

Beti niemal krzyknęła, po czym skrzywiła się na myśl, że mieli odebrać ją ze szkoły rodzice. Było jej wstyd. Dostrzegła jak coś poruszyło się w krzakach i przypatrując się im zobaczyła jak odlatuje stamtąd tłusta sroka. Drgnęła, gdyż wystraszył ją trzepot skrzydeł.

– Z-z-z-zobaczymy się dzisiaj o-o-o-o dwudziestej – oznajmił przywódczo Mika, zapinając z powrotem poszarzałe od zużycia ortezy. Kolana bolały go od nagłej zmiany pogody, ale nigdy nie pozwalał sobie, aby jego przyjaciele to dostrzegli. Chciał być taki jak oni, a oni byli dzielni. Mika wielokrotnie przyłapywał się, na pogrążaniu w marzenaich, o tym jak razem wyruszają na przygody w poszukiwaniu zjawisk paranormalnych, tak jak robili to jego serialowi ulubieńcy. W telewizji nigdy nie nosili ortez i mówili płynnie, a tego zazdrościł im chyba najbardziej. 

– Spotkamy się pod szkołą, weźcie latarki, plastry i wszystko co może się przydać do złapania tego ducha. Będziemy musieli o tym poczytać. Słyszałam, że duchy boją się soli, srebra i szałwi. To musimy mieć też zapalniczkę, żeby zrobić kadzidło i…

– Srebro jest na wampiry i wilkołaki – wtrącił się Stefcio. Nie miał pewności, czy tok rozumowania Beti był dobry, bo nie mieli pewności, czy mają do czynienia z duchem, czy może z innym stworzeniem. Na przykład kryptydą jak Wielka Stopa albo Potwór z Loch Ness.

Mika podrapał się po skroni. 

– Wezmę, j-j-j-jakiś notes i d-d-d-długopisy. I sznurek, ż-ż-ż-żeby zrobić p-p-p-pułapkę. 

Przyjaciele przytaknęli. Powiał chłodny wiatr. 

 

III. 

Kacper przyglądał się im zza krzaków. Słyszał jak przygotowują się na wielką wyprawę i zezłościł się tak bardzo, że zacisnął pięści i zęby, aż zabolały. Niebieska żyła stała się widoczna, jak błyskawica przeszywająca pochmurne niebo w letni dzień. To jego przyjaciel zaginął, to on zamierzał go odnaleźć, a nie ta banda kalek i dziwaków. Wiedział, że podejrzewają Szewca, jak zresztą każdy szanujący się jedenastolatek w ich mieście, ale myśl, że to oni zamierzają go odnaleźć napawał go gniewem, który trudno mu było opanować. Pojedzie za nimi, będzie ich śledzić, dopóki go nie odnajdą. Nie, znajdzie go pierwszy. Znajdzie Maćka pierwszy, zanim ta pieprzona banda w ogóle dojdzie do lasu. 

Więc dlaczego nie poszedł od razu? Chłopiec pokręcił głową, starając się wyrzucić tę myśl z głowy. Czemu nie pójdziesz teraz, Kacper? Czyżbyś się bał? Że jak tata zobaczy, że znowu się włóczysz to złoji ci skórę do krwi, tym czarnym grubym pasem z ogromną, złotą sprzączką? A może boisz się Szewca? I ciemnego lasu, do którego nawet w dzień nie lubisz chodzić sam, co cykorze? Chyba nie chcesz być gorszy od nich?

 

IV. 

O dziewiętnastej trzydzieści, dom Miki był całkowicie cichy. Mama już spała, bo zaczynała pracę bardzo wcześnie, a tata wyszedł na nocną zmianę, zostawiając mieszkanie w idealnych warunkach, aby po cichu się z niego wymknąć. W plecaku brzęczały mu przedmioty, które uważał za niezbędne: tępy scyzoryk w kształcie karabinu, bandaże, woda utleniona, telefon, latarka, zapasowe baterie i kilka diabełków. 

Zamknął cicho drzwi, zostawiając na stole kartkę z napisem “Jestem u Stefcia, odrabiamy zadanie domowe.” Nie był dumny z tego kłamstwa, ale wolał zostawić cokolwiek, aby rodzice nie martwili się, gdyby nie wrócił do rana. 

 Beti również nie miała problemu z wyjściem z domu. Jej rodzice leżeli na kanapie, a ze stołu ściekała wódka, którą jedno z nich przypadkiem przewróciło. Wiedziała, że ma przynajmniej kilka godzin, zanim którekolwiek z nich będzie w stanie w ogóle przypomnieć sobie, że mają córkę, która powinna być teraz w domu. 

 Stefcio po prostu wyszedł, jego tata był zbyt zajęty zajmowaniem się starszym bratem, który nie był w stanie samodzielnie nawet wstać z łóżka. Matka w tym czasie zanosiła się szlochem w łazience, myśląc że ukryje to udawanym atakiem kaszlu. Chłopiec nie był wzruszony, widział tę scenę niemal codziennie.

 Kacper otworzył okno swojego pokoju, wyszedł przez nie na dach i wcisnął kawałek papieru we framugę zanim je zamknął, żeby przypadkiem się uchyliło od podmuchu wiatru. Zwinnie wyskoczył na miękką trawę, jak ktoś przyzwyczajony do nocnych eskapad. Jego również nikt tego wieczoru nie szukał. 

 

V.

Pani Zajączkowska opierała łokcie o wyścielony kocem parapet, a jej bystre spojrzenie czuwało nad całym osiedlem. Wypatrywała wszystkiego, co mogłaby opowiedzieć następnego dnia swoim koleżankom, podczas porannej wycieczki po wszystkich warzywniakach i osiedlowych sklepikach w okolicy. Szukała sensacji, którą tego wieczoru, było jej dane zobaczyć. Kiedy zaczęło zmierzchać, zobaczyła trójkę dzieci, mogły mieć nie więcej niż po jedenaście lat. Z plecakami i latarkami, wyglądały jakby szykowały się na ucieczkę z domu.

Wyjęła z kieszeni szlafroka papierosa, zapaliła go i zaciągnęła się. Patrzyła jak rozmawiają ze sobą, pokazują sobie coś w plecakach, a potem ruszają w stronę polnej drogi prowadzącej do lasu. 

 Pokręciła głową i strzepnęła popiół przez okno. Kojarzyła te dzieciaki, jeden z nich strasznie się jąkał i miał te usztywnienia na nogach, dziewczynka była wnuczką sąsiadki, a ten trzeci… Tego trzeciego nie znała, ale teraz na pewno częściej będzie zwracać na niego uwagę. Usłyszała po chwili dźwięk pędzącego roweru po chodniku tuż pod jej oknem. Kacper Machulski, jego znała bardzo dobrze, bo kiedyś namalował na drzwiach jej klatki męskie przyrodzenie bardzo pokaźnych rozmiarów. On także jechał w stronę lasu. 

 Staruszka zmarszczyła brwi i zgasiła niedopałek w doniczce. Cholerne dzieciaki, potem o takich się słyszy w gazetach i wieczornych wiadomościach, pomyślała, ale nie zwróciła im uwagi. Nie od tego była, żeby ją zwracać.

 

VI.

Stefanowi z każdą chwilą ten pomysł coraz mniej się podobał. Mieli ze sobą telefon, ale w tym lesie i tak nie było zasięgu. Nie chciał psuć im humorów, ale nie mieli też wystarczająco jedzenia, ani wody gdyby zgubili się na kilka dni. Nie mieli kredy, ani kolorowej linki, którą mogliby zaznaczyć sobie drogę, ani kompasu, chociaż ten i tak za bardzo by nie pomógł, bo co z tego że wyznaczą północ, skoro nie wiedzą, w którą stronę są ich domy?

Dodatkowo zaczynało mżyć, jeszcze dostaną zapalenia płuc albo hipotermii, a o tych chorobach Stefan wiedział bardzo dużo. Jego starszy brat był harcerzem, więc wiedział co nie co o tym jak zachować się w lesie, jak zbudować szałas, rozpalić ogień, ale nie miał pojęcia w jaki sposób ta wiedza miałaby okazać się przydatna gdyby się zgubił. Nie widział połączenia pomiędzy wyidealizowaną wizją przetrwania w lesie, wspinania się po drzewach i polowania na zwierzęta, a walką o przetrwanie, kiedy jest bezbronny wobec Szewca, kimkolwiek on był. Wcześniejsze wątpliwości chłopca przerodziły się w stan bliski paniki, ale przyjaciele nieustępliwie brnęli naprzód w to bagno, jakim była nocna wyprawa do lasu.

Była jeszcze kwestia Maćka. Co jeśli znajdą jego ciało? Albo jeśli spotka ich ten sam los i zostaną porwani? A jeżeli będą musieli uciekać? On i Beti sobie poradzą, są bardzo wysportowani, ale Mika ma problemy z chodzeniem, widział czasem jak się krzywi nawet przy szybkim marszu. Gdyby musieli uciekać, Mika na pewno nie dałby rady, nawet jeśli twierdził inaczej. 

 Stefan przegrywał walkę z własnymi myślami, które już od dłuższego czasu były daleko do euforii, jaką czuł na myśl o przygodzie, jaką było poszukiwanie kolegi. Wcześniej był pewien, że znajdą go żywego, pokonają potwora i wrócą do domów, ale teraz czarne scenariusze przygniotły tamte marzenia o bohaterstwie. Ale chłopiec nie wypowiedział żadnej z tych myśli, przed strachem, że któraś się spełni. 

 

VII.

Nad lasem zaczęły gromadzić się czarne chmury, a niebo przybrało odcień ciemnego granatu. Powietrze było coraz chłodniejsze i zaczął powiewać porywisty wiatr, szarpiący wysoką, polną roślinnością. Jaskółki latały nisko, a Beti zdecydowała się założyć burą bluzę, którą wcześniej zawiązała w pasie.

Miała trudności, aby skupić się na tym co mówił do niej Mika, bo cały czas miała wrażenie, że ktoś spoglądał jej na plecy. Jakby wyszła z domu w poplamionej koszulce i była pewna, że wszyscy gapią się tylko na to. Kilka razy obejrzała się szybko za siebie, ale nie natrafiła na żaden nagły, zdradzający ukrywającą się przed nimi osobę ruch, nie usłyszała kroków, ani właściwie niczego. A mimo to, uczucie bycia obserwowaną cały czas wgryzało jej się w kark i pełzło po plecach jak wielki, włochaty pająk. Mika zauważył jej niepokój i zapytał:

– B-b-b-boisz się? J-j-ja też – zauważył i natychmiast spochmurniał. W jednej chwili każdy z przyjaciół zorientował się, że inni nie są tak entuzjastycznie nastawieni jak im się wydawało, ale nie było już odwrotu. Żeby nie dostać lania, musieli przyprowadzić Maćka, albo jakiekolwiek informacje. 

Beti nie była pewna, czy powinna dzielić się swoimi myślami z pozostałymi. Obawiała się, że wpadną w panikę i utraci namiastkę komfortu, jaki dawała jej ich pozornie stoickie postawy. 

– Tylko trochę. Boję się burzy, słyszałam kiedyś, że piorun może uderzyć w człowieka, dlatego myślę, że powinniśmy się pospieszyć. W lesie chyba będzie bezpieczniej, nie będziemy najwyższym punktem. 

Stefcio nie był co do tego przekonany. Wprawdzie nie byliby najwyższym punktem, ale niebezpieczeństwo zaczynały stanowić mogące przewrócić się od wiatru drzewa i spadające gałęzie. Nie oponował jednak, bo było to zdecydowanie bardziej racjonalne, niż pozostanie w szczerym polu. Szli jeszcze chwilę w ciszy, kiedy Beti znowu się odezwała:

– Boję się, że zobaczę zwłoki. Burza jest straszna, ale tak naprawdę boję się widoku ciała. Co jeśli on już nie żyje, a my idziemy prosto w pułapkę?

Coś poruszyło się w gęstej trawie i westchnęła przestraszona. Z dala od ulicznych latarni, polna droga którą przemierzali zaczynała robić się ledwo widoczna i był to czas kiedy musieli wyciągnąć latarki. Nie zdawali sobie sprawy, jak ciemna potrafiła być noc, dopóki po raz pierwszy nie oddalili się sami od miasta. Beti chwyciła Mikę za rękę, tłumacząc, że nie chce się potknąć o wystający kamień albo kępkę trawy, co było dość oczywistym kłamstwem. Stefcio zagwizdał widząc to i świecąc im latarką prosto w oczy. 

– Kiedy ślub? – zaczepił unosząc gęste brwi. – Mogę być świadkiem? 

Oboje zaczerwienili się, a Mika zachichotał nerwowo. Zrobiło się trochę swobodniej, ale Beti wciąż czuła obecność, czającą się zaraz za granicą wzroku. Zupełnie jakby to, co ich śledziło było zawsze o sekundę szybsze i gotowe uciec zanim zostanie rozpoznane. Jak rzęsa, która wpadła do oka i kłuje, chociaż nie da się jej znaleźć w lustrze.

Coś ponownie zaszeleściło, ale tym razem Beti patrzyła tylko przed siebie. Prosto w mroczną gęstwinę lasu.

 

VIII.

Mika zagryzł zęby, kiedy droga zrobiła się bardziej nierówna i miejscami piaszczysta. Kolana bolały go tak bardzo, że nie zauważył kiedy zaczął z całej siły zaciskać pięści. Minęli ścianę lasu i niemal od razu uderzyło ich wilgotne leśne powietrze. Było o wiele zimniej, a słabe światło księżyca nie docierało tutaj wcale. Co chwilę potykali się o korzenie lub połamane przez wichurę liście, a blask latarek tańczył po nierównych kształtach grubych pni i kosodrzewiny. 

Dopiero teraz zorientował się, że nie mają żadnego sposobu, w jaki mogliby oznaczyć drogę, którą przyszli. Ciarki przeszły mu po plecach na tę myśl i pomimo że znał to miejsce jak własną kieszeń, nigdy nie zapuścił się tu po zmroku. Wydawało mu się, że cały świat zaczyna się metr przed nimi, a kończy tuż za nimi, jakby jedynym bezpiecznym miejscem była łuna światła o kształcie kopuły, która roztaczała się przed nimi. 

Coś szarpnęło krzakami po ich prawej i Beti mimowolnie krzyknęła przestraszona. Gałąź trzasnęła, jakby nadepnął na nią wielki, czający się w mroku wilk. Potem trzasnęła kolejna, a gałęzie znów zaszeleściły łamiąc się, tym razem bliżej. 

Stefan chwycił leżący przy nodze kamień i zacisnął go, gotowy by nim rzucić w stronę przeciwnika. 

 Mika miał tak wyostrzone zmysły, że gdyby tylko coś wyskoczyło z ciemności, chłopiec od razu rzuciłby się na to z pięściami. To nie były dźwięki zwierzęcia, pomyślał. To były kroki, które teraz się oddalały, bardzo powoli i ostrożnie, ale wciąż ciężkie kroki twardych butów. 

 Beti, Stefcio i Mika nie zdawali sobie sprawy z obecności Kacpra, który deptał im po piętach, a więc tym bardziej nie mogli wiedzieć, że Kacper dopiero wchodził do lasu i też przez cały ten czas czuł się obserwowany. 

 

IX.

Na trop nie musieli czekać długo. Beti była zbyt zajęta wypatrywaniem czegokolwiek, co mogło kryć się tuż za drzewami, że nie zauważyła niebieskiego adidasa i potknęła się o niego lecąc wprost na ściółkę. Odrętwiała ze strachu poświeciła latarką na obuwie i szepnęła:

– Spóźniliśmy się, już go dorwał. 

Jej głos trząsł się tak bardzo, jakby wypowiadała te słowa z młotem udarowym w rękach. Opanowała się, wzięła głęboki wdech i wstała.

– Jest tylko jeden – zauważył Stefcio. – Szewc zostawia oba. 

Beti zagryzła policzki od środka.

– Musimy szukać dalej. Chodźmy w stronę ramp, wiesz gdzie to, Mika?

 Chłopiec pokręcił głową. Był ich przewodnikiem, ale od kilku minut zupełnie nie wiedział gdzie się znajduje i stracił poczucie kierunku. Byli gdzieś w środku, ale chyba jeszcze nigdy tutaj nie dotarł. Nowo odkryty teren, którego nie znali. Obcy teren. 

 Niedobrze.

 Dziewczynka poprawiła plecak. 

 – Idziemy prosto, lepiej iść gdziekolwiek niż stać w miejscu. To zwiększa nasze szanse.

 Beti spojrzała na zegarek na silikonowym pasku, który wskazywał kilka minut po północy. Będą szli do wpół do, jak nie znajdą do tej pory śladów, zaczną kierować się z powrotem do domów.

 I wtedy im oczom ukazało się coś przypominającego obozowisko. Było miejsce po ognisku, kilka starych, brudnych kocy po których ułożeniu można było wywnioskować, że ktoś od dawna na nich spał. Gałęzie ułożone w coś na kształt szałasu, przykryte plandeką, a właściwie tym, co z niej zostało.

 Wszędzie walały się puszki po piwie, niektóre rdzewiały inne wyblakły od słońca. Beti ze strachem zauważyła, że niektóre były nieotwarte, jakby ktoś zostawił je tam i zamierzał wrócić.

 Mika ruszył pierwszy, ostrożnym krokiem, przypominającym polującego kota zbliżył się do szałasu i westchnął głośno. Stefcio pociągnął delikatnie Beti, żeby przypadkiem nie została w tyle i razem odkryli co tak bardzo przestraszyło ich przyjaciela.

 Smród uderzył ich jako pierwszy, już z daleka można było go poczuć, ale nie z taką siłą jak w namiocie. Sterta butów, głównie chłopięcych, sportowych, wszystkie w małych rozmiarach. Było ich tam ze dwadzieścia par, albo i więcej. Były poplamione czymś czarnym i lepkim, śmierdziały śmiercią.

 Beti jeszcze nigdy tak bardzo nie poczuła, że chciałaby być we własnym domu. Odór mieszkania, w którym się wychowała nie mógł w żadnym stopniu równać się z tym, który wydzielała bagnista góra obuwia. Było jej słabo i gdyby nie szarpnięcie za łokieć, chyba by zemdlała. 

 Krzaki zaszeleściły, gałęzie rozstąpiły się i im oczom ukazała się blada twarz Kacpra. Beti patrzyła na niego w niedowierzaniu, Stefcio drgnął, a Mika otworzył usta. Wcześniejszy niepokój został rozwiany, przez myśl, że to on ich śledził, ale ulga nie trwała długo. 

 Stefcio wrzasnął nagle, kiedy wielkie łapsko pochwyciło go pod pachami i cisnęło nim w drzewo. Chłopiec zawsze był drobnej postury, ale teraz przypominał łamaną wykałaczkę. Beti i Mika natychmiast odskoczyli w stronę Kacpra.

 – O… O Boże… – wymamrotał Kacper, twarz miał białą jak papier, a w oczach błyszczały mu łzy strachu. 

 Cień wielkiego mężczyzny zbliżył się do nich, Beti świeciła mu prosto w oczy, ledwo trzymając latarkę w spoconej dłoni. 

 Kacper zaczął cicho wycofywać się w stronę krzewów i uciekł. Brzmiał jak spłoszone zwierzę walczące z wysokimi zaroślami. 

 Beti bała się podnieść wzrok na mężczyznę. Na Szewca. Był olbrzymi, miał skołtunione włosy i rozbiegany wzrok narkomana na głodzie. Przełknęła ślinę, wiedziała, że od teraz każda decyzja miała znaczenie. 

X.

 Kacper pedałował tak szybko, że jego stary rower skrzypiał i warczał metalicznie. Obawiał się, że spadnie mu łańcuch, a wtedy na pewno nie zdążyłby z pomocą. Muszę wezwać pomoc, myślał gorączkowo, a pot moczył mu bawełnianą koszulkę. Muszę zdążyć, bo jak nie to… To oni…

 Nacisnął mocniej na pedały, wrzucił najwyższą przerzutkę, dysząc jak stara lokomotywa. Pędził główną ulicą bez kasku, ostro wchodząc w zakręty i modląc się, żeby dętka nie strzeliła mu od nierównej nawierzchni.

Nagle tuż przed nim przebiegł smukły, bury kot i Kacper wcisął hamulce z taką siłą, że o mało nie przeleciał przez kierownicę. Zwierzę kilkoma susami pokonało asfalt i zniknęło między budynkami. Chłopiec spojrzał przed siebie i poczuł, jak krew odpływa mu z nóg oraz rąk. Nie mógł oderwać wzroku bladego, jasnego światła po drugiej stronie ulicy. 

– Będą próbowali cię obwinić, Kacprze, wiesz o tym? Mnie też obwinili… – wymruczała postać, a głos miała jak szeleszczące jesienne liście. – Oni cię złapią, jakby to była twoja wina..

Zjawa miała podarte ubrania i bose stopy. Kacper przebudził się z odrętwienia, jakie dopadło go na skutek paniki i nacisnął pedały z taką siłą, że łańcuch zdawał się trzeszczeć z wysiłku, by nie pęknąć.

 Zeskoczył z roweru dopiero pod swoim domem i cisnął go na chodnik, po czym zamarł. Co jeśli naprawdę oskarżą go o to wszystko? Że to on był wtedy z Maćkiem, kiedy zaginął i nie pisnął słowa, ze strachu? Że stchórzył zostawiając przyjaciela w potrzebie, na łaskę potężnego brutala, mieszkającego w lesie. Że nie powiedział, pomimo że wiedział gdzie go szukać, bo bał się konsekwencji. 

 Był klasowym rozrabiaką, nie mordercą, ale w tej chwili zrozumiał, że ma ostatnią szansę, aby chociaż część krwi nie spłynęła po jego chłopięcych dłoniach. Tyle razy wszczynał bójki, niszczył mienie publiczne, nawet kilka razy ukradł drobne rzeczy ze sklepu, ale nie był mordercą. Jeszcze nie. 

 Zadzwonił do drzwi, wiedząc że jak wszystko wyjdzie na jaw, dostanie najgorsze lanie w swoim życiu, ale po raz pierwszy się tego nie bał.

XI.

Mika upuścił latarkę, której światło rzuciło upiorny cień wielkiego mężczyzny na pobliskie drzewa. Deszcz zaczął lać się z chmur, lejąc się strugami przez gęste korony drzew. W mgnieniu oka wszyscy stali się całkowicie mokrzy, a ściółka stała się śliska i błotnista, tak że trudno byłoby im uciekać. Chłopiec szukał wzrokiem swojego przyjaciela, majaczyła mu gdzieś w tle jego czerwona koszulka i z przerażeniem dotarło do niego, że nadal się nie poruszył. 

Mężczyzna ruszył w jego stronę, a błoto pluskało pod ciężkimi podeszwami butów. Mika chciał odskoczyć, ale poślizgnął się, boleśnie upadając na zdradzieckie kolana. Niczym rak zaczął się wycofywać, dopóki nie napotkał przeszkody, jakim było drzewo. Zasłonił się chudym przedramieniem, jakby miało mu to jakkolwiek pomóc i mężczyzna zamachnął się z taką siłą, że byłby w stanie złamać go jak suchą gałązkę. Chłopiec kątem oka dostrzegł Beti, która odchyliła rękę do tyłu, po czym rzuciła w olbrzyma kamieniem, trafiając go w skroń. Po twarzy pociekła mu krew, ale poza tym oprawca nie wykazywał żadnych oznak, że jakoś go to ruszyło. Ta chwila wystarczyła, żeby Mika podniósł się na klęczki i zaciskając zęby kopnął mężczyznę w bok kolana, tak że coś przeskoczyło mu w nim widocznie i wrzasnął. Miotała nim teraz czysta furia. 

Chwycił Mikę za ramię i pchnął go w stronę Beti. Kiedy byli już w tym samym miejscu zaczął biec w ich stronę jak wściekłe zwierzę i skoczył na nich. Był wielki i ciężki jak niedźwiedź. Przygniatał nogą Beti do ziemi, a gigantyczną dłoń zaciskał na szyi Mikiego. Dziewczyna nie zauważyła nawet, że od dłuższej chwili cały czas krzyczała na tyle, na ile pozwalały jej struny głosowe. Chłopiec starał się wyzwolić, szarpał się, krztusił i drapał, ale brutal nie odpuszczał. Zaczęło mu się robić ciemno przed oczami kiedy nagle uścisk na szyi zelżał. 

Wielkie cielsko odwróciło się, Mika zobaczył swojego przyjaciela z zakrwawionym nożykiem w ręce. Miał takie przerażone oczy, pomyślał, ale wtedy Stefcio zaczął oszalale dźgać mężczyznę, nie przestając nawet, kiedy było już wiadomo, że ten nie wstanie. Widział jak Beti stara się ich rozdzielić, a Stefcio cały czas łkał. 

On tak przeraźliwie płakał. 

Mika po raz pierwszy zorientował się wtedy, że nie walczyli z legendą, potworem ani duchem. Obok niego leżały zmasakrowane zwłoki mężczyzny w okolicach czterdziestki, którego włosy zaczęły już siwieć. Nie przypominał stworzenia, które zdawało się ich zaatakować, nie przypominał Szewca z legendy, ani bestii, ani zjawy i Mika pomyślał, że było to o wiele potworniejsze, niż najstraszliwsza paranormalna historia, jaką kiedykolwiek usłyszał. 

Uzmysłowił sobie, że najgroźniejszym i najokrutniejszym potworem jakiego kiedykolwiek spotka na swojej drodze będzie drugi człowiek. Duch może być tylko legendą, ale źli ludzie istnieli naprawdę i czaili się na każdym kroku, wystarczyła chwila nieostrożności, aby wpaść w pułapkę, której nie zastawiłby na nim najsprytniejszy potwór. Potwory czasem udają ludzi i być może to to wystraszyło chłopca najbardziej. 

 

XII. 

Stefcio, Beti i Mika siedzieli na ziemi, przykryci złotymi kocami termicznymi. Żadne z nich nie miało odwagi spojrzeć w stronę karetki, gdzie w czarnym worku było wywożone ciało ich kolegi. Zdenerwowani rodzice stali za swoimi dziećmi i patrzyli na nosze. Przez głowę każdego z nich przemykały teraz podobne myśli: to mogło być moje dziecko. 

Mama Beti miała mętne spojrzenie, jakby nie do końca była świadoma gdzie się znajduje, a mimo to głaskała delikatnie córkę po ramieniu. Tata Stefcia stał tuż za synem, wyglądał jak ktoś obawiający się, że zgubi swoje dziecko w tłumie ludzi i nigdy go nie odnajdzie. Rodzice Michała wydawali się na przemian wściekli i obdarzeni nieziemską ulgą, a ich uczucia na zmianę wypływały na powierzchnię. 

Mężczyzna, który mieszkał w lesie był najprawdopodobniej odpowiedzialny za zaginięcia kilku dzieci w ciągu ostatniej dekady. Nie miał żadnych dokumentów, żadnego dobytku, który rzuciłby choćby cień szansy na znalezienie jego rodziny lub kogokolwiek, kto byłby w stanie go zidentyfikować. 

W pewnym sensie był tylko legendą, był kimś, kto nigdy nie istniał. 

 

 

Epilog.

Wracając późnym wieczorem do domu, mijając ulice, przy których czasem migają światła, można odnieść wrażenie, że jest się śledzonym. Że coś złego czyha tuż za zakrętem i jest gotowe do ataku. 

W takich chwilach zawsze widać znaki. Zapamiętujemy szczegóły, które wydają nam się symbolami nadciągającej zagłady: widzimy parę butów i myślimy “kogoś tutaj porwano”, widzimy keczup z zapiekanki, który kapnął na chodnik i myślimy “to krew”. Widzimy zwalniające auto i nie myślimy o kimś, kto szuka adresu, ale o mordercy czającym się, żeby nas porwać. Czy nie lepiej jest wtedy pomyśleć o straszliwym monstrum, nad którym mamy panowanie, bo jest ono tylko w naszych głowach i możemy kontrolować to, jak okropne będzie. 

Szewc pójdzie wtedy, a jego świetlista postać rozmyje się wraz z jaśniejącą latarnią. To tylko złudzenie, rozpływające się jak zły sen przed świtem. 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Marcin

Spoko imię, jak na kobietę :-)

Widzę oznaczenie: horror – melduję się na miejscu.

Najmocniejszą stroną Twojego opowiadania jest wiarygodność postaci (dzieciaków). Zabawnie operujesz słowem (przy okazji: co to są diabełki?), piszesz, że chłopak spakował diabełki :-) I niesamowicie spodobał mi się i rozśmieszył fragment, że kobieta obserwująca osiedle, nie jest od tego, żeby zwracać uwagę ;-)

Jest klimat, napięcie, ale później się sypie. Myślałem, że pójdziesz do końca w dziwność i mrok. 

Epilog jest niezły. 

Zasada jest prosta:

Czym się karmisz, tym jesteś. Patrzysz w otchłań, a ona Cię wzywa. 

Klikam za fabułę i lekkość.

Pozdrawiam

Cześć, Hesket!

Masz jakiś pomysł co rujnuje napięcie? Chciałam, żeby było to opowiadanie na zasadzie: dzieci poszły szukać ducha, a znalazły coś o wiele gorszego – człowieka. Diabełki to takie strzelające woreczki, chyba z siarką, można je kupić na odpustach na przykład. Rzucasz i to strzela. 

Wielkie dzięki za feedback!!!

W moim odczuciu sypie się, jak walczą z tym chłopem. To tak, jakby kotara opadła, a tam… Kot :-)

Widzisz, piszesz: był wielki i ciężki jak niedźwiedź. To nawet brzmi zabawnie, ale chyba nie o to Ci chodziło. Dopiero w ostatnim zdaniu jest: Zaczęło mu się robić ciemno przed oczami kiedy nagle uścisk na szyi zelżał. 

I choć to też forma opisowa, to jednak czytelnik wie, że siła musiała być duża. Zasada show dont tell.

Tracisz napięcie, gdy dzieje się tak naprawdę najwięcej. 

Pozdrawiam

 

Oki! 

I czy zabawnie operujesz słowem to komplement?

Tak :-) 

Nowa Fantastyka