1.
Nawoja w ciszy wpatrywała się w palenisko. Była Noc Kupały, co oznaczało wodę i ogień. O poranku obmyła ciało w rzece, podczas gdy dziewczęta dookoła z chichotem plotły wianki i pluskały się radośnie w wodzie. Teraz nadszedł czas na ogień, ale nie znajomy, jak ten który płonął w domowym palenisku. Nie będzie go już dzielić z rodziną, ale z kimś obcym. Dzisiejszej nocy po raz pierwszy, a potem każdego dnia, aż w końcu ogień pochłonie ich oboje.
Nawoja wzdrygnęła się i odwróciła wzrok. Od lat wiedziała, że ten moment kiedyś nadejdzie, więc nie będzie przecież teraz płakać. Jako mała dziewczynka mogła wypłakiwać się matce w nocy, ale teraz powinna stać się kobietą godną swego imienia.
– Nawojka? – Ciszę w izbie przerwał głos matki. – Ciągle jesteś niegotowa?
– Zamyśliłam się. – Dziewczyna odparła wymijająco, mając nadzieję, że nie zasłuży sobie tym na kazanie. Kobieta była jednak w wyjątkowo dobrym nastroju.
– Chyba nie mogę cię winić, w końcu to najważniejsza noc w twoim życiu. – Nagły przypływ emocji sprawił, że Samboja mocna przytuliła córkę. – W moim zresztą też.
Nawoja zmusiła się do uśmiechu, nie chcąc sprawiać matce przykrości. Jej radość jednak napełniała dziewczynę trudną do przezwyciężenia goryczą.
– Właśnie, zapomniałabym! – Samboja odsunęła się od córki równie nagle, co przed chwilą ją przytuliła. – Była u nas Bolemira i przyniosła dla ciebie prezent. Trzymała je jako pamiątkę po Mojmirze, ale stwierdziła, że czas się z nimi rozstać. – Kobieta westchnęła. – Biedna dziewczyna. Bolemira ma rację, Mojmira zapewne chciałaby, żebyś nosiła je w noc zaślubin, skoro ona już nie może.
Samboja wcisnęła podarunek do rąk córki i opuściła izbę w pośpiechu, by pomagać dalej w przygotowaniach do Kupały. Nie zauważyła, jak Nawoja znieruchomiała, wpatrzona szeroko otwartymi oczami w dwie złote bransolety – prezent od sąsiadki. Znów ujrzała je oczyma wyobraźni takimi, jakie były tamtej nocy – lśniące na przedramionach Mojmiry w świetle kupalnych ognisk.
Dokładnie rok temu.
Nawoja zaczerpnęła głęboko powietrza i z całej siły cisnęła bransolety do paleniska.
2.
Nawoja i Mojmira wychowały się razem. Nawoja uwielbiała Mojmirę, która była dziewczyną pełną radości i fantazji. Jako dziecko rodziny słynącej niegdyś z co najmniej jednej Prorokini w każdym pokoleniu, Mojmira znała niezliczone opowieści o bóstwach, duchach, a także ludziach, którzy obdarzeni błogosławieństwem Roka, dokonywali wielkich czynów. Nawoja słuchała tych historii z wypiekami na twarzy, wpatrzona w przyjaciółkę jak w obrazek.
– W dawnych czasach, gdy nasz lud kroczył jeszcze drogami wytyczonymi przez Roka, jego wierne służki, Rodzanice stawały u porodu i pomagały przyjść na świat dziecku naznaczonemu Niedolą. Oczywiście, tylko jeżeli domownicy składali pilnie ofiary z kuci, chleba i miodu w każde przesilenie zimowe – opowiadała Mojmira szeptem, uważając by ani słowo nie wydostało się poza ściany izby. – W ten sposób przyszła podobno na świat i moja matka. Babcia mówiła, że gdy przekazali jej w ramiona niemowlę, było sine i bez oddechu, a wszystkie kobiety wkoło uderzały już w płacz. Ona jednak przez lata służyła Rokowi jako jego kapłanka i Prorokini, i nigdy nie wylała wody z sudu w niesprawiedliwej sprawie, dlatego nie zdążyła nawet uronić łzy nad martwym dzieckiem, gdy rozległ się jego głośny, zdrowy płacz. Takie cuda niegdyś działy się na porządku dziennym, jednak nasi rodzice porzucili wiarę w Roka i w jego miejsce przyszli nowi bogowie, przez co straciliśmy liczne błogosławieństwa i burzowe chmury zaczęły nękać bezlitośnie nasze pola.
Nawoja wielokrotnie słyszała tę historię, ale za każdym razem budziła w niej te same emocje – niezrozumiałą nostalgię i jednocześnie dreszczyk emocji. Dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę, że w całej wsi nie było już nikogo poza Mojmirą, kto odważyłby się opowiadać o Roku i w efekcie ona także czuła się, jako słuchaczka, wyjątkowa.
– Dziewczyna kiedyś doigra się, jeżeli pozwolimy jej słuchać i powtarzać takie historie. Kapłan Peruna nam tego nie odpuści.
Po tym jak mała Nawoja zdradziła rodzicom, że Mojmira opowiedziała jej o „zapomnianym” bogu, Samboja i Wisław odbyli długą, nocną rozmowę, która po raz pierwszy uświadomiła małej miłośniczce przygód, podsłuchującej skrzętnie pod drzwiami, z jakimi niebezpieczeństwami wiąże się jej tajemnica.
– Dla Nawojki to tylko bajki. Zabranianie jej przez to spotykania się z najlepszą przyjaciółką byłoby zbyt surowe. – Głos ojca był spokojny. – Ty też nie chciałabyś przecież zrywać przyjaźni z Bolemirą.
W izbie zapadła cisza. Matka była bardzo blisko z sąsiadami, szczególnie po śmierci męża Bolemiry.
– Gdyby tylko Jarmira nie próbowała na siłę zrobić z córki i wnuczki strażniczek starej wiary. – Matka w końcu przerwała milczenie rozgoryczonym głosem. – Kiedyś wszyscy będziemy mieli przez nią problemy…
W tym momencie Nawoja, która nie mogła już wytrzymać, rzuciła się z płaczem w ramiona rodziców, przyrzekając im solennie, że już nigdy nie wypowie nawet imienia Roka, byleby tylko nie zakazali jej spotykania się z Mojmirą. Oczywiście gdy tylko minął pierwszy strach, wróciła do słuchania opowieści przyjaciółki z wypiekami na twarzy i w skrytości serca wierzyła zarówno w nowych bogów, jak i w tego starego, słowa jednak dotrzymała – imię Roka nie padło z jej ust ani razu. A przynajmniej przed nikim innym, niż Mojmira.
3. Rok wcześniej.
Każdego lata w przeddzień Kupały, Nawoja i Mojmira wybierały się w sekrecie na Uroczysko – niegdyś miejsce, gdzie Prorokinie wydawały sądy w imię Roka, a lud prosił o go błogosławieństwa, by dopełnić rytuału kupalnego. Nikt już jednak nie pamiętał podczas Kupały o jej pierwotnym panu i to nie podobało się jego dwóm samozwańczym kapłankom.
– Nie możemy pozwolić, by Rok odwrócił się od wioski – powiedziała kiedyś Mojmira, gdy obie miały jeszcze po dziesięć, może jedenaście lat. – Ktoś musi mu pokazać, że dalej ma wśród nas wierne i oddane sługi.
Nawoja bardzo ochoczo przystała na ten pomysł. Nie tylko dlatego, że robienie czegoś w tajemnicy przed dorosłymi brzmiało jak ekscytująca i trochę niebezpieczna przygoda. W tamtej chwili Nawoja poczuła się, jakby dotarł do niej zapach ognisk palonych dawno temu na Uroczysku. Dźwięki pieśni na cześć dawnego boga unosiły się w powietrzu, towarzyszyły im głosy Prorokiń odbywających sąd nad naczyniem pełnym świętej wody.
Nawoja z całego serca zapragnęła, by ta baśń stała się rzeczywistością. Jakże cudownie byłoby żyć niczym w historii opowiadanej przez Mojmirę!
Przez blisko pięć lat Nawoja i Mojmira w sekrecie czciły zapomnianego boga w przeddzień Kupały. Jedna z całkowitą powagą i poczuciem misji, druga z bijącym szybciej sercem i głową pełną marzeń. Jarzębinowe noce nadchodziły jednak po Kupale niezmiennie, letnie burze niszczyły plony, nie raz piorun wywołał pożar na Uroczysku, a Rok ciągle milczał.
Tamtego lata Nawoja kończyła szesnaście lat i czuła gulę w gardle za każdym razem, gdy ktoś wspominał o Kupale. Nieuchronnie zbliżało się lato, w którym to ona przeskoczy z kimś przez ognisko i złoży z nim wzajemne śluby. Każda kolejna Kupała mogła być dniem, w którym porzuci marzenia i wkroczy w rzeczywistość małżeństwa.
Walcząc z nieprzyjemnymi myślami, Nawoja przed świtem wymknęła się z domu i pobiegła w stronę lasu, na którego skraju czekała na nią Mojmira. Przyjaciółka powitała ją szerokim uśmiechem na twarzy, odcinającej się bladym półkolem od półmroku. Długie czarne włosy rozpuściła tak, że okalały jej sylwetkę niczym płaszcz nocy, ciemniejszy od cieni kładących się pomiędzy drzewami. Na głowie miała wianek, a białą soroczycę przepasała bylicą. W ciemności emanowała blaskiem, jakby sama była kupalnym ogniskiem i Nawoja poczuła przyjemny dreszcz, gdy pomyślała, że ona również musi sprawiać podobne wrażenie w swojej soroczycy i jasnych włosach.
– Dzisiaj jest wyjątkowy dzień. Dopełnijmy obowiązku, żeby jutro móc tańczyć i śpiewać z lekkim sercem. – Mojmira ujęła przyjaciółkę za ręce i pociągnęła w stronę lasu. Jej słowa zawsze brzmiały niczym żywa opowieść i sprawiały, że Nawoja czuła, jak policzki rumienią jej się w ciemności. Mojmira przemawiała niczym prawdziwa Prorokini z dawnych lat. Jak można było jej nie podziwiać, nie adorować?
Dziewczęta bez zbędnych słów pośpieszyły lasem w kierunku Uroczyska. Nagi kopiec wystawał ponad korony drzew, dlatego tak ważnym było, by zdążyć zejść z niego, zanim wstanie słońce. W zamierzchłych czasach Uroczysko ze swojej natury miało górować nad osadą i być zewsząd widoczne, jako symbol wszechogarniające spojrzenia Roka. Kosztującym zakazanego owocu dziewczętom zależało jednak przede wszystkim na tajemnicy, dlatego też nigdy nie przychodziły tu w samą Kupałę, ale rankiem poprzedniego dnia.
Po wspinaczce powietrze na szczycie smakowało rześko niczym źródlana woda. Nic nie zwiastowało mającego nadejść w południe upału. Nawoja i Mojmira ułożyły z nazbieranych w lesie gałęzi stos, który miał pełnić funkcję ogniska, nie rozpaliły go jednak. Złapały się za ręce i rozpoczęły taniec wokół prowizorycznego „ognia”, cichymi, lecz czystymi głosami śpiewając ku czci bóstwa:
“Broń od wiatrów, nagłej wody.
Gorące dni nastawają,
Suche role się padają
Polny świerszcz, co głosu staje,
Gwałtownemu słońcu łaje.”
Następnie odbywał się Wyrok. Mojmira stawała nad wiadrem pełnym wody, które zwano sudem, by przedstawić przed Rokiem wszystkie zbrodnie popełnione od ostatniego lata we wsi – i by błagać o jego osąd. Wreszcie wylewała świętą wodę na potargane wichrem oblicze Uroczyska. Dziewczęta co lato w ciszy patrzyły, jak sądna woda wsiąka w suchą, spragnioną ziemię. Był to zazwyczaj znak, by zakończyć Uroczystość i wrócić do wsi.
Tego dnia jednak koniec nie nadszedł. Ku rosnącemu zdziwieniu dziewcząt, nieważne, jak długo ani jak bardzo Mojmira przechylałaby wiadro, było ono wciąż pełne. Woda nieprzerwanie spływała w dół wzgórza, nie wsiąkając w ziemię, mimo że wysuszona upałami gleba Uroczyska wyraźnie jej potrzebowała. Nawoja nie potrafiła powiedzieć, jak długo tak stały, niby zaczarowane obserwując rozgrywający się na ich oczach cud. W końcu Mojmira wzdrygnęła się, czar prysł, a na jej twarzy odmalował się niepokój. Zaczęła przywracać wiadro do pionu, Nawoja jednak odruchowo ją powstrzymała.
– Rok usłyszał nasze modlitwy – wyszeptała, po czym błyszczącymi gorączkowo oczami spojrzała na towarzyszkę. – Musimy odpowiedzieć na jego wezwanie!
We wzroku Mojmiry pojawiło się zrozumienie. Rozejrzała się po Uroczysku i wskazała na stertę kamieni, nieco mniejszych od głowy Nawoi.
– Dasz radę przynieść tu dwa takie? – zapytała przyjaciółkę. – Oprzemy o nie wiadro.
Dziewczyna skinęła w odpowiedzi głową i nie marnując więcej czasu na zbędne słowa, odbiegła w stronę sterty. Zaledwie kilka minut później, obie dziewczęta zbiegały gorączkowo po stromym wzgórzu, nie przejmując się tym, że sucha ziemia obciera im nagie stopy. Ich wzrok przykuty był do nieprzerwanie płynącej strużki wody i nic innego nie było w stanie go od niej oderwać.
4. W Świętym Gaju.
Podążając za cudownym strumieniem, dziewczęta z każdą chwilą zagłębiały się coraz bardziej w puszczę. Po jakimś czasie Nawoja zaczęła nieświadomie wyprzedzać Mojmirę. Kiedy dziewczyna wreszcie się zorientowała, że obok nie ma przyjaciółki, ta była już daleko w tyle.
– Coś się stało? – zapytała, widząc, jak Mojmira z niepokojem rozgląda się wokół.
– Nie jestem pewna – zaczęła niepewnie – ale woda, gęsty las… To wszystko jest królestwem Mokoszy, nie Roka. Być może źle odczytałyśmy znaki. Mokosz nie lubi byłych kapłanek Roka, bo przypominają o jej zdradzie. Możliwe, że idziemy prosto w pułapkę…
Zniecierpliwiona Nawoja miała już ochotę odpowiedzieć, że właściwie wszystko jedno, które bóstwo zostawiło im znaki, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Starała się nie pokazywać przed Mojmirą, że bardziej niż z powodu bogobojnej natury, uczestniczy w jej kapłańskich rytuałach przede wszystkim dlatego, że czuje się wtedy jak bohaterka opowieści. Bez względu na to, czy cud pochodził od Roka, czy od Mokoszy, Nawoja wiedziała, że nie spocznie, dopóki go nie zbada. Jednocześnie nie chciała, by Mojmira zwątpiła w jej oddanie bogu.
Podczas gdy Nawoja rozmyślała gorączkowo, jak przekonać przyjaciółkę do podążania dalej za śladem, Mojmira obejrzała się przez ramię na drogę, którą przyszły i wydała z siebie zduszony okrzyk.
– Nawojka! Woda zaczęła wysychać!
Nawoja spojrzała w tym samym kierunku, co towarzyszka i poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Faktycznie, na ziemi pozostała już tylko wąska strużka i niewiele brakowało, by znikła całkowicie. Zupełnie, jakby ktoś usłyszał ich rozmowę i postanowił, że podejmie za nie decyzję.
„To ostatnia szansa” – przemknęło Nawoi przez myśl, po czym bez zastanowienia złapała przyjaciółkę za rękę i pociągnęła ją za znikającym śladem. Mojmira nie stawiała oporu.
Dziewczęta zdążyły w ostatniej chwili. Wraz z ustaniem strumienia, płynącego z Uroczyska, ich nogi zatrzymały się u wejścia do niewielkiego lipowego gaju, który odcinał się wyraźną granicą od sosnowego boru dookoła. Coś innego jednak sprawiło, że Nawoja i Mojmira stanęły jak wryte. Nie był to bowiem zwyczajny gaj, ale zapomniany Święty Gaj, w którym niegdyś czczono znane im bóstwo.
– Dola – wyszeptała nabożnie Mojmira, wznosząc oczy ku omszałemu posągowi o zatartych przez deszcz i wiatr rysach. Nawet Nawoja poznała tę postać. Z psem u boku, kotem w objęciach i myszą polną na ramieniu, Doła była opiekunką ogniska domowego i sprzyjającego losu, a także – a właściwie przede wszystkim, jedną z trzech Rodzanic i zarazem zaginioną żoną Roka.
– Dlaczego w takim miejscu? Tak daleko od osady? – Nawoja nigdy nie widziała świątyni Doli, ale spodziewałaby się jej raczej w pobliżu wsi. Puszcza były domeną Mokoszy. Miejsce Doli znajdowało się wśród ludzi.
Mojmira nie odpowiedziała od razu. Przez jakiś czas stała w milczeniu, wyraźnie wewnętrznie skonfliktowana.
– Pamiętasz, jak opowiadałam ci o ludziach z północy? Tych, którzy przywiedli ze sobą Peruna na nasze ziemie? – odezwała się w końcu.
– Pewnie, że tak! – Nawoja przytaknęła z entuzjazmem. – To przecież najważniejsza z historii, jakie mi opowiedziałaś.
W opowieści Mojmiry, pewnego lata, gdy jej babka chodziła jeszcze wśród żywych i pełniła funkcję Prorokini Roka, do osady zawitała grupa wędrowców z dalekiej północnej krainy. Wyznawali oni Peruna, boga o burzowym temperamencie, który jeśli nieprzejednany, zsyłał niebiański ogień na nieposłuszny lud. Mieszkańcy osady przyjęli ich z otwartymi ramionami, choć nie byli zachwyceni próbami szerzenia nowej wiary.
– Nasz bóg nigdy jeszcze nas nie zawiódł – odpowiadali za każdym razem, gdy w rozmowie padało imię Peruna. – On i jego Rodzanice trzymają nad nami pieczę od wieków. Nie potrzebujemy innego opiekuna.
Ludzie z północy dali wreszcie za wygraną i wyruszyli dalej. Gdyby tylko tamto lato minęło jak co roku, bez żadnych niespodzianek, prawdopodobnie na tym by się zakończyło. Jednak w porze żniw przerażający żywioł nawiedził pola i lasy, i w zaledwie tydzień przetaczające się po niebie burze zniszczyły to, co ludziom zajęło miesiące, by wyhodować. Zima tamtego roku była wyjątkowo sroga i niejeden zmarł z głodu. Ludzie wyczekiwali lata niczym wybawienia, tymczasem przyniosło ono ze sobą jeszcze straszliwsze nawałnice. Znów nie było, co jeść.
Z każdym kolejnym latem było coraz gorzej, aż wreszcie ludzie zaczęli szeptać, że Rok odwrócił się od nich, zostawiając ich na pastwę losu i Boga Piorunów. Inni z kolei posuwali się nawet do stwierdzenia, że Rok okazał się słabszy od Peruna i przegrał z nowoprzybyłym bóstwem. Wtedy właśnie po raz kolejny osadę odwiedzili wędrowcy z północnych krain. Nie minęło kilka lat, a Uroczyska opustoszały, posążki Doli zniknęły z domów, a ludzie zaczęli czcić sierpniowe burze. Kapłanki Roka usunęły się w cień albo zostały wygnane.
Nawoja pamiętała tę opowieść bardzo dobrze, gdyż zawsze ciekawiło ją, co tak naprawdę stało się z Rokiem po przybyciu ludu Peruna. Czy naprawdę uciekł przed nowym bogiem, czy może został przez niego oszukany albo pokonany? Mojmira jednak nigdy nie udzieliła jej jednoznacznej odpowiedzi na żadne z tych pytań.
Tym razem sama do nich nawiązała, mówiąc w te słowa:
– Ja…być może wiem, co to za miejsce i dlaczego znajduje się tu posąg Doli. Ma to związek z rzeczami, o których ci dotąd nie mówiłam.
Nawoja spojrzała w milczeniu na przyjaciółkę. Dotąd myślała, że Mojmira po prostu nie wie i dlatego unika tematu, wstydząc się niewiedzy. Najwyraźniej było inaczej.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytała w końcu.
Mojmira wzięła głęboki oddech i odparła:
– Słyszałam od babci jeszcze jedną opowieść z tamtych czasów. O spotkaniu Roka i Peruna. Ale tylko raz i w wielkiej tajemnicy. Ponoć po nadejściu Peruna wraz z plemieniem z północy, stawił on czoła Rokowi i doszło między nimi do walki. Żaden nie był w stanie całkowicie zapanować nad przeciwnikiem, aż Perun podstępem zwabił Dolę do puszczy i zesłał ogień z nieba, który doszczętnie wypalił okolicę do gołej ziemi. Z prochów bogini i łez pozostałych dwóch Rodzanic wyrósł święty gaj, w którym zrozpaczony Rok postawił posąg na cześć żony i zaraz potem opuścił ten świat, nie mogąc znieść straty. Tak właśnie Perun zapanował nad naszym ludem, po upokorzeniu prawdziwego boga.
Nawoja słuchała Mojmiry z wypiekami na policzkach. Na chwilę zapomniała nawet, że miała mieć przyjaciółce za złe ukrywanie czegoś przed nią.
– To jeszcze nie koniec. – Mojmira uciekła wzrokiem w bok. Nawoja dopiero po chwili zorientowała się, że dziewczyna patrzy na posąg. – Wraz z tą historią babcia opowiedziała mi jeszcze legendę o wianie Doli. Według niej, złote bransolety, które były symbolem jej małżeństwa z Rokiem, zostały gdzieś ukryte i kiedy odnalezione, mają stanowić klucz do odnowienia przymierza z bogiem.
Nawoja natychmiast zrozumiała, co przyjaciółka próbuje powiedzieć. Również spojrzała na posąg, a konkretnie, na złote obręcze na jego ramionach.
– Kobieta, która je odzyska, zostanie nową oblubienicą Roka – zakończyła szeptem Mojmira. – A wtedy wszystko z powrotem się ułoży.
5. Oblubienica
– Dlaczego mi dotąd o tym nie powiedziałaś? – zapytała Nawoja, gdy tylko przyjaciółka skończyła opowieść. Oczy miała niczym przykute do bransolet. Czy to z ich powodu? Ponieważ założyć może je tylko jedna z nich? Czy Mojmira szukała gaju w tajemnicy przed nią, by uniknąć sytuacji, w której to Nawoja mogłaby zostać poślubiona przez Roka? Szereg podejrzeń zawirował w jej umyśle i prawie wydostał się na zewnątrz, ale wyjaśnienia Mojmiry były szybsze.
– Nawojka, przecież ja cię dobrze znam. – Dziewczyna uśmiechnęła się blado. – Zaraz zwietrzyłabyś przygodę, zaczęła szukać posągu i wpakowała się w kłopoty. A wtedy rodzice z pewnością zabroniliby ci się ze mną widywać.
Nawoja zawahała się. Czy aby na pewno tylko o to chodziło? Szybko jednak skarciła się w myślach. Dlaczego miałaby podejrzewać ukochaną przyjaciółkę do tego stopnia? Powinna się raczej cieszyć, że Mojmirze zależy na ich przyjaźni, tak samo jak jej. Zmusiła się do do odpowiedzenia uśmiechem.
– Nie potrzebowałam go szukać, on sam nas znalazł. I co zrobimy teraz?
Mojmira ujęła ją za rękę i razem zbliżyły się do posągu. W puszczy dookoła głębokie cienie kładły się u stóp drzew, ale w lipowym gaju promienie porannego słońca przemykały z gracją pomiędzy liśćmi. Złote bransolety błyszczały porozumiewawczo w tym nierównym, kapryśnym świetle. Kamienna Dola wydawała się na nie czekać.
Nawoja wkroczyła do świętego gaju i w momencie przekroczenia jego granicy, nagle jakby ktoś zdmuchnął świecę – słońce zaszło, zapanowała ciemność, a dziewczyna odruchowo zamknęła oczy. Kiedy otworzyła je chwilę później świat wydawał się przygaszony, wszędzie dookoła panował półmrok. Po promieniach słońca nie było ani śladu.
Obok dobiegło do niej westchnienie Mojmiry.
– Bransolety. – Przyjaciółka zwróciła jej uwagę z powrotem na posąg. Nawoja przeniosła na niego wzrok i wydała z siebie cichy okrzyk. Dolę od stóp do głów pokrywał gęsty bluszcz, który wił się wokół jej ciała niczym więzy. Szczególnie gęsty był w okolicy ramion.
– Mokosz jest przeciwko nam – Mojmira wyszeptała, ściskając mocniej dłoń Nawoi. – Nie pozwoli nam sięgnąć po spuściznę Doli i Roka.
Nawoja zmarszczyła brwi.
– To przecież tylko zwykła roślina. Wystarczy ją trochę pociągnąć tu i tam, żeby się jej pozbyć.
Bez namysłu zrobiła dokładnie tak, jak powiedziała. Jednak, ku jej zdziwieniu, bluszcz trzymał się bardzo mocno kamiennego posągu, a jego łodygi były na tyle twarde i mocne, że nie dało się ich zerwać. Po jakimś czasie jałowej walki z rośliną, Nawoja musiała przyznać się do porażki. To zdecydowanie nie był zwykły bluszcz.
– Co teraz? – zapytała rozgoryczona. Mojmira przygryzła wargę, zatopiona w myślach. Wreszcie spojrzała na przyjaciółkę i powiedziała:
– Nie mamy innego wyboru, jak na razie wrócić do domu. Niedługo południe. Ściągniemy na siebie niepotrzebnie uwagę ludzi. Zapytam wieczorem matki o Mokosz. Być może słyszała od babci coś, czego ja nie wiem, a co mogłoby nam pomóc.
Co prawda niechętnie, ale Nawoja musiała zgodzić się na propozycję Mojmiry. Była to najrozsądniejsza rzecz, jaką mogły zrobić. Nie wiedziały nawet, jak długo zajmie im powrót do osady. Od wejścia do puszczy obie straciły kompletnie poczucie czasu. A przecież jutro zaczynała się Kupała.
Wciąż trzymając Nawoję za rękę, Mojmira pewnie wkroczyła z powrotem w gąszcz boru. Nawoja podążyła za nią z o wiele mniejszym entuzjazmem. Nie mogła powstrzymać się przed ostatnim spojrzeniem na posąg Doli. Miałą graniczące z pewnością przeczucie, że widzi go po raz ostatni i to przeczucie ją przerażało.
6. Przed burzą
W dzień Kupały Nawoja siedziała samotna na polu, w ręku mając na wpół upleciony wianek z kwiatów bzu, ruty, dziurawca i zebranej w lesie paproci. Jej wzrok błądził gdzieś ponad koronami drzew. Od rana nie widziała się jeszcze ani razu z Mojmirą, która podobno wyszła z domu o świcie, by nazbierać w lesie kwiatów na swój wianek i do tej pory nie wróciła. Nawoja nie miała żadnych złudzeń, co do tego, że dla przyjaciółki była to jedynie wymówka i tak naprawdę chodziło jej o dostanie się do gaju Doli – pytanie tylko, dlaczego bez Nawoi? W dodatku nie mówiąc jej o tym ani słowa? Ponownie wątpliwości i podejrzenia zalały ją falą niepokoju i nie mogła się na niczym skupić. W południe była zmuszona pomóc matce w przygotowaniu świątecznych potraw, ale wszystko leciało jej z rąk bardziej niż zwykle, więc została wygoniona z domu, pleść wianek. Nawet to jednak jej nie wychodziło. Już ponad pół godziny siedziała w polu z wiązką ziół na kolanach, ale jej dłonie nawet się nie poruszały.
Nad rzeką mężczyźni krzątali się przy układaniu ognisk kupalnych. Nawoja otrząsnęła się z zamyślenia. Jeżeli szybko nie dokończy wianka, nie będzie miała co puszczać wieczorem i z góry przylgnie do niej łatka przyszłej starej panny. W pośpiechu wzięła się za splatanie.
Kiedy kończyła ostatni splot, robiło się już ciemno. Zdziwiona podniosła wzrok na niebo i zorientowała się, że to nie nadchodzący wieczór, ale burzowe chmury zakryły słońce. Burza w Noc Kupały zapewne przez kapłanów zostanie uznana za znak od boga, ale dla Nawoi po tym, co wczoraj usłyszała, była tylko powodem do większego niepokoju. Gdzie przez tyle czasu podziewała się Mojmira?
(„Tuż przed burzą”, Anna Słoncz)
Wreszcie zmrok zapadł i Nawoja musiała samotnie udać się nad rzekę. Rozpalono ogniska, przyniesiono jedzenie, zaczęła się zabawa. Dziewczęta puszczały na wodzie wianki, chichotając, gdy czyjś popłynął wyjątkowo daleko, zwłaszcza w stronę wymarzonego młodzieńca. Inne odchodziły z łzami w oczach, gdy ich wieniec zatonął. Nawoja rozglądała się za Mojmirą, a jej niepokój sięgał zenitu. Inne dziewczęta zaciągnęły ją nad rzekę i wręcz wrzuciły za nią wianek do wody, ale jego właścicielka nawet nie zauważyła, jak podpłynął w stronę syna sąsiadów, który wyłowił go, ku uciesze zebranych dookoła kobiet.
Nie zauważyła, a to dlatego, że w tym momencie dostrzegła Mojmirę, która spóźniona wreszcie dotarła na uroczystość.
Mojmira wyglądała przepięknie w rozpuszczonych włosach, z wieńcem na głowie i w białej soroczycy. Wzrok Nawoi przykuł jednak przede wszystkim błysk złota na jej przedramionach. Bała się tego. Miała swoje podejrzenia. Ale tak naprawdę nie wierzyła, że mogłyby się one okazać prawdziwe. Winiła raczej swoją zazdrość względem zawsze pięknej, urzekającej wszystkich dookoła Mojmiry, która w oczach Nawoi była niczym charyzmatyczna Prorokini z dawnych dni. Teraz, w jednej chwili cały jej świat stanął pod znakiem zapytania. Potrafiła tylko bez słowa patrzeć na przyjaciółkę, która unikając jej wzroku, zmierzała prosto w stronę rzeki. Wydawało się, że wszyscy wstrzymali oddech, gdy Mojmira pochyliła się nad wodą, by położyć na niej wianek, który zdjęła z głowy. Zebrani na brzegu mężczyźni przysunęli się bliżej, każdy z nadzieją na to, że to w jego stronę popłynie wieniec pięknej dziewczyny. Nawoja również nie mogła oderwać od niego oczu, przekonana wręcz, że zaraz pojawi się sam Rok, by porwać ze sobą Mojmirę jako nową żonę. Nie była pewna, czy rosnąca jej w gardle gula wywołana została zazdrością, czy żalem płynącym z bycia zdradzonym w taki sposób, przed wszystkimi.
Stało się jednak coś, czego nikt się nie spodziewał. Wianek nie przepłynął nawet kilku metrów, gdy porwany przez wodny wir, zatonął i już nie wypłynął na powierzchnię. Zebrany nad rzeką tłum westchnął z niedowierzaniem, a Nawoja poczuła się jeszcze bardziej skołowana niż przed chwilą. Jak to? Wieniec Mojmiry zatonął? Pięknej Mojmiry, która odzyskała wiano Doli i dumnie nosiła je na ramionach?
Przez parne, nocne powietrze przetoczył się odległy grzmot. Burza nadchodziła. Czyżby kolejny znak? Być może Mojmira od samego początku myliła się, co do bransolet.
Podczas gdy ludzie dookoła powoli budzili się z odrętwienia wywołanego szokiem, Nawoja spojrzała ponownie na przyjaciółkę, która stała jak wryta na brzegu, wpatrując się nieruchomym wzrokiem w atramentowo czarną wodę. Ktoś podszedł bliżej i z zamiarem pocieszenia, położył jej dłoń na ramieniu. Mojmira jakby ocknęła się z transu. Wzdrygnęła się gwałtownie i niczym oparzona odrzuciła troskliwą rękę. Jej wzrok spotkał się z wzrokiem Nawoi. W blasku ognia dziewczyna zobaczyła tylko, jak twarz przyjaciółki wykrzywia się pod wpływem silnych emocji, ale nie była w stanie dostrzec, jakich. Nagle Mojmira zerwała bransolety z ramion i rzuciła się do biegu w stronę ciemnego lasu w oddali. Kilka osób próbowało ją powstrzymać, ale bez skutku.
– Dajcie jej trochę czasu. – Nawoja usłyszała czyjeś pełne troski słowa. – To musiał być dla niej szok. Biedaczka.
Zdradzona dziewczyna stała ciągle w tym samym miejscu, wpatrzona w leżące w trawie złote bransolety. Zastanawiała się przez sekundę, czy nie powinna pobiec za Mojmirą. Puszcza nocą zdecydowanie nie była bezpiecznym miejscem, a przecież nadchodziła burza. Zdała sobie jednak sprawę z tego, że choćby chciała, nie była w stanie. Nogi się pod nią uginały, nie potrafiła zrobić nawet kroku. Jedyne, na co się zdobyła, to ukryć twarz w dłoniach, by nie musieć już więcej spoglądać na porzucone przez Mojmirę bransolety.
7. Rok później
Poranek po Kupale zawsze zaczynał się później niż zwykle. Nawoja obudziła się do odgłosu uderzających w dach ziemianki kropli deszczu. Przez jakiś czas leżała bez ruchu, wpatrując się w ciemny sufit. Obok niej ktoś się poruszył. W jednej chwili przypomniała sobie wydarzenia zeszłej nocy. Nocy jej zaślubin. Była już teraz mężatką, dokładnie rok po tym, jak Mojmira zaginęła w puszczy i nie znaleziono po niej ani śladu.
Nawoja obawiała się tegorocznej Nocy Kupały, a zwłaszcza powrotu wspomnień i wyrzutów sumienia. Gdy tamtego lata, dzień po uroczystości, okazało się, że Mojmira nie wróciła rano do domu, mężczyźni z osady nie raz i nie dwa przeszukiwali las z nadzieją na znalezienie chociażby szczątków. Dziewczyna jednak jakby zapadła się pod ziemię. Nawet jeżeli zostały po niej jakieś kości, wszystko zmyła nocna nawałnica.
Przez pierwsze tygodnie Nawoja żyła w okropnym poczuciu winy, nie mogąc nawet spojrzeć w oczy matce Mojmiry. Zastanawiała się, czy wszystko nie potoczyłoby się inaczej, gdyby wtedy pobiegła za przyjaciółką. Albo gdyby w ogóle nie pociągnęła ją za sobą tamtego dnia w lesie. Gdyby tylko nie znalazły złotych bransolet.
Szybko jednak jątrzący się w jej sercu żal po zdradzie zwyciężył nad wyrzutami sumienia. Cała osada rozpaczała nad losem Mojmiry, wspominając, jak piękną, jak dobrą, jak cnotliwą dziewczyną była. Nawoja nie potrafiła tego słuchać, bez przypominania sobie, jak przyjaciółka, bez zaszczycenia jej nawet spojrzeniem, szła w stronę rzeki ze złotymi bransoletami na ramionach i blaskiem ognisk w pięknych oczach.
Nawoja wstała po cichu, tak by nie obudzić męża. Chciała jeszcze przez jakiś czas pobyć sama. Wyszła przed chatę, by pod osłoną drewnianego daszku posłuchać szmeru letniego deszczu. Osada powoli budziła się do życia. Kupała się skończyła i nadchodził kolejny dzień pracy.
Niespodziewanie leniwą ciszę poranka przerwał czyjś okrzyk, a zaraz po nim uszu Nawoi dobiegły skonsternowane głosy ludzi, którzy wychodzili z domów, by sprawdzić, co się dzieje. Nawoja również podążyła za sznurem gapiów w stronę, z której dobiegł krzyk. Przy wejściu do osady zebrała się spora gromadka ludzi, którzy z ożywieniem o czymś dyskutowali. W samym środku grupy stała jakaś milcząca postać, która, jak się wydawało, była przyczyną całego poruszenia. Nawoja zaciekawiona przepchnęła się przez tłum, by mieć lepszy widok i stanęła jak wryta tuż przed młodą dziewczyną o kruczoczarnych włosach. Jej policzki się zapadły, a pod oczyma miała cienie, wciąż jednak była piękna. W ramionach trzymała nieduże zawiniątko, które poruszyło się na oczach Nawoi.
Młoda kobieta poczuła, jak jej czas cofa się dokładnie o rok, do tamtej burzowej nocy. Mojmira wróciła. Z dzieckiem.
Tylko którego boga?