- Opowiadanie: Berig - Drżę mniej z każdą chwilą

Drżę mniej z każdą chwilą

To opowiadanie dotyka tematu ostatecznego. Nie jest jednak historią pesymistyczną ani przytłaczającą. Składa się z dwóch formalnie odrębnych, lecz ściśle ze sobą powiązanych części. Pierwsza jest bliższa realizmowi (z nutą oniryzmu), druga domyka całość i uzasadnia, dlaczego ten tekst pojawia się na portalu Nowej Fantastyki. Granicę między przejścia między częściami wyznacza obraz Anny Słoncz (gdy do niego dotrzesz, przewiń i czytaj dalej poniżej ;D).

 

Zapraszam do lektury — i do ewentualnej rozmowy.

 

Dziękuję Ambush ze precyzyjną betę.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy II

Oceny

Drżę mniej z każdą chwilą

Mmm… uwielbiam taki wiatr! Silny, ale subtelnie ciepły. Nie przenika, lecz aksamitnie owiewa policzki i układa włosy na plecach. Obracam się tak, aby szum w lewym i w prawym uchu brzmiał tak samo. Stoję teraz idealnie pod wiatr.

Rozpędzam się kilkoma szybkimi krokami i daję susa wprzód, i lekko w górę. Wiem, że to będzie naprawdę długi skok! Pochylam się. Wciskam dłonie w kieszenie kurtki i rozkładam szeroko ramiona, by poły rozpiętej bluzy uformowały skrzydła. Czuję siłę unoszącego mnie wiatru. Leeecę!

Wiem, że każdy skok musi się kiedyś skończyć, ale chcę, by ten jeszcze trwał. Ignoruję sugestie grawitacji i nie opuszczam nóg na przesuwające się poniżej chodniki, ulice i trawnik. Zamiast tego pochylam się jeszcze bardziej i przedłużam szybowanie. Czemu wcześniej nie próbowałam tak latać?

Szum wiatru przekształca się w szelest otwieranych drzwi.

Oj, jak bardzo nie chcę otwierać teraz oczu.

Powracająca świadomość rozmazuje obraz. Zaciskam mocniej powieki – może uda mi się wrócić do błogiej fantazji. Jeszcze raz się rozpędzam, odbijam, ale kolejny krok to ledwo niewielki podskok.

Czuję czyjś dotyk na przedramieniu. Z irytacją rozwieram oczy. To siostra Małgorzata. Przygląda mi się z pogodnym wyrazem twarzy, czekając, aż wrócę na ziemię.

Żal mi mojego latania, ale nie jestem w stanie złościć się na tę kobietę. Na jej twarzy nigdy nie gości ten pocieszająco-zmęczony uśmiech, którym pozostali członkowie personelu obdarowują pacjentów. Sztampowe grymasy, które być może nieświadomie, za to niezwykle skutecznie, uzmysławiają pensjonariuszom hospicjum, że znajdują się w miejscu, w którym umrą.

– Południowa karuzela – informuje niemal kusząco pielęgniarka, gdy już nawiązujemy kontakt wzrokowy.

Przebiera w leżących na wózku strzykawkach, wężykach i fiolkach. Stuk przedmiotów energicznie przesuwanych w metalowej kuwecie, odbija się echem od gołych ścian. Kiedyś drażnił mnie ten dźwięk; teraz już prawie wcale. Jest zwiastunem ulgi.

Przestaję żałować latania, bo następne sto minut zapowiada się nie mniej przyjemnie. Gdy wszystko-uśmierzająca szpryca rozpłynie się po moim ciele, na białym suficie sali zmaterializują się obrazki, ba, całe animacje, do których nie umywa się nawet najbardziej odjechana instalacja multimedialna. Ostatnio, na przykład, zoomowałam w głąb puzzlowego obrazka, który układałam jako dziewczynka – Kajko i Kokosz w morskim porcie. Żaglowiec, którym przypłynęli, nagle ożył i wpłynął na piaszczysty dziedziniec przed piramidami. Przez wypełniony tłumem plac niewolnicy nieśli faraona, siedzącego na szczycie gigantycznej, schodkowej lektyki, która sama wyglądała jak piramida. Tragarze o śniadych ciałach przemaszerowali nade mną, jakbym była… skarabeuszem?

Skwapliwie podciągam więc lewy rękaw koszulki, by odsłonić wenflon. Nie lubię patrzeć, jak pielęgniarka manipuluje w pobliżu moich zmaltretowanych żył, więc odwracam wzrok w stronę wejścia. Za mleczną szybą drzwi widzę dwie sylwetki. Tę wyższą poznaję od razu – to mój Kuba, a ta niższa? Też jakaś znajoma… Włodzimierz?

– Przełóżmy karuzelę na wieczór – zarządzam zdecydowanie, wyrywając rękę z ciepłych dłoni pielęgniarki.

Przez moment patrzy na mnie badawczo.

– Nie boli cię? – pyta podejrzliwie.

– No właśnie… chwilowo nie.

Kłamię. Prawa pacha boli, jakbym od rana wisiała z ramieniem przewieszonym ponad napiętym jak struna telefonicznym kablem, takim samym, jaki widzę za oknem. Porządny wlew głupiego jasia byłby teraz wart każdego grzechu. Lecz jeżeli podejrzenia co do drugiej osoby za mleczną szybą się potwierdzą, to moja świadomość musi być teraz krystalicznie trzeźwa, a umysł ostry jak igła strzykawki.

Przez uchylone drzwi wsuwa się głowa mojego męża. Mój kochany Kubełek. Nie mogę nie uśmiechnąć się na jego widok.

– Nie przeszkadzam?

– Wygląda na to, że nie – odpowiada bez przekonania Małgorzata. Odwiesza wężyk kroplówki na stojak i wciąż podejrzliwie świdruje mnie oczami.

– Zadzwoń na mnie, jak będziesz czegoś potrzebowała.

Kiwam głową. Pielęgniarka, wychodząc, otwiera szerzej drzwi i odsłania stojącego za nimi księdza.

– Zobacz, jakiego gościa ci przyprowadziłem – w głosie Kuby słychać dumę.

– Cześć Włodziu! – Staram się, by rwanie pod pachą nie zabarwiło bólem mojego głosu.

Przywołuję na twarz najbardziej beztroski uśmiech, na jaki mnie stać. Włodek i Kuba są przyjaciółmi jeszcze ze szkoły salezjańskiej. A w zasadzie ze szkół: podstawowej, potem z gimnazjum, z liceum, a nawet z pierwszego roku studiów lingwistycznych. Dalej już nie, bo po pierwszych wakacjach Włodek poszedł za powołaniem i przeniósł się do seminarium duchownego.

Spotykaliśmy się kilka razy w roku, czy to na urodzinach Kuby, czy na wiosennym grillu. Zawsze wtedy Włodek zjawiał się ubrany po cywilnemu, a teraz przyszedł w sutannie, komży i ze stułą przewieszoną przez szyję.

– Co ty dzisiaj taki odświętny jesteś?

Pytanie jest prawie retoryczne. Domyślam się i celu tej wizyty, i powodu, dla którego Włodek nałożył liturgiczne szaty. Spoglądam mu prosto w oczy, ale ucieka wzrokiem.

– Pomyślałem – zaczyna niepewnie – że potrzebujesz przyjąć…

– To ja poprosiłem Włodka, żeby tu przyszedł – zdecydowanie przerywa mu Kuba. – Z sakramentem.

Mój mąż był wierzący od zawsze. Przez większość naszego wspólnego życia podzielałam jego wiarę. Razem uczestniczyliśmy w ruchach oazowych, wędrowaliśmy po górach z wychowankami Włodka, modliliśmy się i śpiewaliśmy religijne piosenki. Ale w ostatnich kilku latach zwątpiłam.

– Kuba, przecież wiesz, że odmówiłam tutejszemu księdzu ostatniego nama…

– C h o r y c h – Włodek przerywa mi zdecydowanie. – Ten sakrament nazywa się namaszczeniem c h o r y c h.

– Chorych się leczy, Włodziu. A ja nie wyzdrowieję. Wszyscy o tym wiemy. – Sama się dziwię, jak łatwo przychodzi mi to stwierdzenie. Czy to już piąta, ostatnia faza w modelu Kübler-Ross?

Zapada krępująca cisza. Nawet nie mam siły, by się zirytować. Poza tym wiem, że Kuba martwi się moją odmową. Chciałabym teraz czuć tę pobożną ufność, którą dzieliłam z nim kiedyś.

– Każdy wierzący ma okresy zwątpienia. – Włodek zdaje się czytać moje myśli. – Ja też miałem, aż nawet… – zawiesza głos, jakby wahał się, czy ma kończyć zdanie – aż nawet opuściłem seminarium.

Unoszę brwi. Tego fragmentu życiorysu przyjaciela mojego męża nie poznałam.

Widząc moje pytające spojrzenie, Włodek czuje się zobowiązany powiedzieć więcej.

– Szczęśliwie za radą rektora zgodziłem się potraktować pierwszy rok laikatu jako urlop. Początkowo było trudno. Rodzice nie omieszkali dawać mi do zrozumienia, jak bardzo ich zawiodłem. Ale największe rozczarowanie widziałem w oczach babci.

Milknie na chwilę. Niewidzącym wzrokiem patrzy gdzieś ponad moją głową w okno. Siedzące na kablu wrony zrywają się jednocześnie i odlatują wszystkie w tym samym kierunku, niczym latająca ławica.

– Aż w święto wielkanocne – kontynuuje nagle z ożywieniem – babcia, składając mi życzenia, powiedziała, że lepiej być szczęśliwym w garniturze niż nieszczęśliwym w sutannie. Rozumiesz? Zaakceptowała moją decyzję.

Oczy błyszczą mu jak polakierowane. Jest autentycznie wzruszony.

– To była najszczęśliwsza Wielkanoc, jaką pamiętam. I wiesz, co się stało? Po trzech miesiącach stwierdziłem, że poza seminarium może i łatwiej jest żyć, ale życie bez Boga jest jak… droga donikąd.

Kuba wstaje z krzesła, nabiera powietrza, chce coś powiedzieć, jednak milknie. Chyba czuje wagę świadectwa, złożonego przed chwilą przez przyjaciela i postanawia poczekać na skutek. Siada na parapecie i zawiesza wzrok na pustym drucie rozciągniętym między słupami.

Ksiądz patrzy na mnie wyczekująco.

– To nie to samo – odpowiadam po chwili. – Ty wciąż wierzyłeś w Boga, Włodku. Nie miałeś kryzysu wiary, miałeś kryzys powołania. Ty nie wątpiłeś w Stwórcę, ty wątpiłeś w swój cel. To życie bez celu wydało ci się drogą donikąd.

Kłucie w pasze się nasila. Teraz czuję się, jakby ktoś przyłożył mi tam tępe ostrze i piłował zawzięcie, szorując po kości. Milknę na chwilę, ale na wszelki wypadek podnoszę lewą dłoń, by powstrzymać ich od przerwania mi. Oddycham głęboko kilka razy. Ból trochę słabnie.

– Ja nie dostrzegam żadnych znaków na istnienie Boga – kontynuuję. – Zauważam za to coraz więcej znaków na jego nieistnienie. Uwierzyć w stwórcę wbrew temu, co widzę, co wiem, co myślę – nie mogę.

– Nawet jeżeli teraz nie, to kiedyś wierzyłaś. – Kuba nie wytrzymuje i włącza się do dyskusji. – Nie możesz mieć pewności, że znowu zdania nie zmienisz.

– Zważywszy na okoliczności, tego akurat jestem prawie pewna. – Ignoruję łaskotanie i nie ocieram łzy cieknącej po policzku. Na szczęście nie szlocham. – Gdy zmienię zdanie, wrócimy do tej rozmowy, Kuba.

– Ale co ci szkodzi? Przecież jeżeli Bóg nie istnieje, to nie poniesiesz żadnej konsekwencji z powodu przyjęcia sakramentu, a jeżeli istnieje, to dajesz nam szansę spotkać się po tamtej stronie… – Kuba gestykuluje z przekonaniem. Jest pełen uniesienia.

– Jeżeli bym to zrobiła z pobudek, o których mówisz, to byłoby to jak wykupienie polisy ubezpieczeniowej. Działanie ze strachu albo z wyrachowania, nie akt wiary.

Cała pasja uleciała z niego jak powietrze z przebitego balonika. Twarz mu obwisła, patrzy w podłogę.

– Jeżeli istnieje jakikolwiek powód, dla którego miałabym przyjąć ten o s t a t n i m ó j sakrament, to jest nim twój smutek, Kuba. Ale mimo to, mimo że cię bardzo kocham, nie mogę. Czy deklaracja wiary wypowiedziana z litości wystarczyłaby na przepustkę do nieba?

– W sumie byłby to akt wiary z miłości – beznamiętnym głosem mówi Kuba, nie odrywając wzroku od podłogi.

– Masz rację, z miłości. Tyle że nie z miłości do Boga, lecz z miłości do ciebie. Wciąż ta sama wiara bez wiary. Gest bez znaczenia.

Spoglądam na księdza.

– Droga donikąd, nie do celu, prawda?

Nic nie mówi, ale nie ucieka wzrokiem. Ani nie zaprzecza, ani nie potwierdza, tylko kołysze głową na boki. Taka hinduska odpowiedź.

Obie pachy rwą teraz jak diabli. Krzywię się z bólu i zaciskam powieki. Robi mi się zimno i czuję, że przydałoby się więcej powietrza. Rozluźniam kołnierz koszuli. Teraz już potrzebuję tej szprycy. Otwieram oczy, by spojrzeniem poprosić Kubę o przyprowadzenie pielęgniarki, ale on już przytrzymuje drzwi, pomagając Małgorzacie wjechać do sali kroplówkowym wózkiem. Usta mu drżą.

 

Stukanie fiolek o metalową kuwetę wybija mnie na chwilę z letargu. Małgorzata reguluje strumień kroplówki zaciskiem na przezroczystym wężyku. Kuba patrzy na mnie smutno. W kącikach oczu nabrzmiewają mu wielkie krople. Jedna z nich zsuwa się po nieruchomym policzku.

– To powinno dać jej zasnąć – słyszę jeszcze głos Małgorzaty, zanim odpłynę. Mój oddech przestaje gnać.

Szkoda mi mojego Kubełka. To chyba jednak jeszcze czwarta faza?

 

Znowu stoję idealnie pod wiatr. Może teraz się uda? Robię trzy energiczne kroki i… tak! Przyjemnie znowu lecieć. Jestem naga. Nie mam kurtki, więc nie dodam sobie skrzydeł. By uniknąć upadku, opuszczam nogi, ale pod nimi nie widzę ani ulicy, ani łąki. W ogóle nie ma ziemi. W uszach nie słyszę już szumu wiatru.

Spoglądam w górę.

Delikatne strumienie dwukolorowego światła opływają moje ciało. Błękitne promienie zmywają ból, złote łagodnie ogrzewają.

Czuję się taka lekka.

Jest idealnie…

* * *

 

Senne przestworza – malowała Anna Słoncz

 

Uwielbiam medytację. Jeszcze niedawno zajęcia prowadzone w małej salce na końcu korytarza hospicjum były dla mnie koszmarem. Zamiast obiecywanych uspokojenia i ciszy czułam się jak zamknięta w ciemnym pokoju, w którym ktoś zostawił radio nastrojone na stację nachalnie nadającą audycje moich lęków: dlaczego mnie to spotyka? albo co zrobi Kuba, gdy już…?

Zamknij oczy i skup się na oddechu – podpowiadał instruktor. Moje płuca były jak zewnętrzne urządzenie wymagające świadomej obsługi. Czułam, że gdy tylko przestanę wymuszać kolejny oddech, to wszystko się zatrzyma. Czasem nawet próbowałam tak robić, lecz żaden koniec nie następował. Tylko serce przyspieszało i w brzuchu zaciskał się węzeł. Prowadzący zapewniał, że to minie, że to normalne i żebym pozwoliła temu przeze mnie przepłynąć. Lecz mój niepokój nigdzie się nie wybierał. On się rozgaszczał, siadał na środku i mościł wygodnie, jakby miał zostać na zawsze.

Dopiero gdy przestałam traktować medytację jak przymusowy zabieg, zaczęła działać. Zaczęłam od kilku minut i otwartych oczu, od rzeczy banalnych: liczyłam oddechy do dziesięciu, dotykałam maty lub brzucha, gdy bolał, nazywałam pięć dźwięków, które słyszałam. Sama uważność. Bez transcendencji.

W końcu zaskoczyło, jakby odblokował się zatrzaśnięty zamek. Zrezygnowałam z prób uciszania wszystkiego, pogodziłam się z tym, że coś we mnie zawsze będzie gadać. Nie muszę się w to angażować. Mogę siedzieć obok i patrzeć, jak pociąg z udręką odjeżdża beze mnie.

Teraz medytuję często. Szczególnie wtedy, kiedy chcę się poczuć bezpiecznie. Oddycham wolno. Równo. Czuję ciężar, który mnie trzyma przy ziemi… Właśnie! Właściwie nie jestem pewna, kiedy ostatnio naprawdę dotknęłam podłogi.

Dziwne, ale ta medytacja przychodzi łatwo. Nie zmagam się z oddechem, nie boli mnie pod pachami, nie drętwieją mi nogi. Nic mnie nie rozprasza.

I to dwubarwne światło. Nie pamiętam, kiedy jasność otaczała mnie przez tak długi czas. Ile to już trwa? Może powinnam zakończyć medytację? Jeszcze chwilę. Jest błogo. Nie przypuszczałam, że nie znudzę się tak długo, nie robiąc niczego konkretnego. Wyblakłe myśli przepływają niespiesznie. Co będzie potem?

Później będzie to samo – czyjś wyraźny głos niespodziewanie przełamuje ciszę.

Czy to do mnie? Przecież nie zadałam tego pytania; ja tylko je pomyślałam. Skup się, kobieto, na oddechu – wydaję sobie polecenie. Wdech… wydech… wdech… Oddycha się lekko, bez wysiłku. Wdech… wydech… Tyle światła wokół, aż dziwne, że mnie nie razi. Wdech… wydech… Czyj to mógł być głos?

Nasz.

Czy to znowu odpowiedź na pytanie, którego nie zadałam głośno? Mam halucynacje? Wdech… wydech… Rytmiczny oddech zaraz przywróci mi spokój.

To nie są halucynacje.

Jakim prawem ktoś odzywa się w pokoju medytacyjnym? Tu obowiązuje cisza. Nie mówi się! Ani do siebie, ani tym bardziej do innych.

Dwukolorowe światło otula mnie delikatnie ze wszystkich stron, rozpuszcza chłód i ból. W zasadzie, dlaczego widzę jasność? Medytuję przecież z zamkniętymi oczami.

Oczami? Jakimi oczami? – Tym razem głos wydaje się rozbawiony. – Świadomość nie posiada oczu. Zmysły takie jak dotyk, węch czy wzrok istnieją tylko w materialnym świecie.

Co te słowa mają znaczyć? Że nie ma materii? Że nie mam oczu? Znowu się niepokoję.

Zaraz wszystko ogarniesz. I zupełnie nie masz czego się bać. – Głos stara się mnie uspokajać.

Skutecznie. Drżę mniej z każdą chwilą. Wdech… wydech… lęk mięknie.

– Zaraz? Czyli kiedy? – odważam się odezwać.

Wkrótce. Jeszcze zanim przestaniesz odczuwać czas.

Wdech… o dziwo wcale się nie denerwuję, wydech… Powietrze nie ma ani zapachu, ani temperatury. Wdech… czy oddychanie ma jeszcze sens?

Na moment wraca do mnie obraz szpitalnego łóżka. W blaknącej wizji widzę jeszcze pochylającą się do mnie smutną twarz mojego męża. Uświadamiam sobie, że już mnie nic nie boli.

Więc jest dalszy ciąg!

Rozpływam się w błogości.

– Czy ty jesteś… – Boję się zadać głosowi tak konkretne pytanie. – Kim jesteś?

Bezskutecznie usiłuję przywołać jeszcze raz to smutne oblicze z gasnącej wizji. Cisza, w której czekam na odpowiedź, wypełnia nadzieja. Wdech… wydech… nie, oddechy nie mają przecież sensu.

Nie, nie jestem nim…

Czuję zawód, gdy pada ta odpowiedź. Tylko przez chwilę. Zaraz potem przychodzi ulga, że to nie Kuba. Jego czas jeszcze nie nadszedł.

…jestem tobą…

Jeżeli czułam jakiekolwiek napięcie, to teraz całkowicie ustąpiło. Rozluźniam się. O dziwo, nie czuję żadnego niepokoju, żadnego oczekiwania na nieznane. Wszystko jest na swoim miejscu. Czuję się kroplą w oceanie harmonii.

– Mną?

…jestem tą częścią naszej świadomości, która czekała na koniec Pervity.

Nie pojmuję wszystkiego, lecz zaczynam ufać, że zrozumienie nadejdzie.

Jak brzmiało to słowo? Chyba nie słyszałam go wcześniej.

Pervita. To podróż części jaźni w świat doznań. Nazywałaś ją życiem.

– Po co mi jest… była Pervita?

Świadomości potrzebują zmian. Niezmienność nas unicestwia. Wszechświat istnieje po to, byśmy w jego materii, przestrzeni i czasie mogli doświadczać.

– Chcesz powiedzieć, że ludzie, których spotkałam, to były inne świadomości, które wybrały się na wycieczkę do ziemskiego świata?

To są właśnie Pervity. I bynajmniej ani nie są przypisane wyłącznie ludzkiemu gatunkowi, ani nie realizują się wyłącznie na Ziemi. Wszechświat jest dużo większy, ale to przecież wiesz.

Głupio mi zadawać tyle pytań, ale czuję, że ten moment jest właśnie po to, by podjąć próbę zrozumienia.

– Kto zarządził, bym znalazła się właśnie na trzeciej planecie Układu Słonecznego i to akurat w erze rewolucji informacyjnej? Kim jest ów bóg?

Nikt ciebie nie wysłał. Podjęliśmy wspólnie decyzję. To był twój i mój plan. Nasze założenia i nasza realizacja.

– Mówisz, że realizowaliśmy plan? To może istnieje jeszcze jakiś weryfikator, który oceni stopień wykonania projektu?

Ocenimy to sami i tylko dla siebie. Sensem Pervity nie jest osiągnięcie konkretnego celu. Istotą jest interakcja między świadomościami.

– Po co to? Tu jest tak błogo, tak spokojnie. Po co narażać się na cierpienie?

To jedyny praktyczny sposób, by przeciwstawiać się rosnącej entropii, która nas unicestwia.

– Wybacz, ale byłam zwykłym technikiem farmacji. Nie odebrałam wykształcenia fizycznego ani filozoficznego. Nie wiem, co to entropia.

Świat jaźni rozszerza się jak kosmos. Kiedyś rozrzedzi się tak bardzo, że świadomość zniknie. Zgaśnie.

– A czemu to miałoby być złe? Może to tylko kolejna zmiana stanu? Może potem nastąpi przejście do kolejnego poziomu, do nadświadomości, podobnie jak ja trafiłam tutaj.

Może, ale tego nie wiemy. W trakcie Pervity wydawało ci się, że po śmierci w świecie materialnym nie ma nic. My też zakładamy, że po śmierci jaźni może nie być kolejnego etapu. Staramy się przetrwać.

– I do tego przetrwania potrzebne są Pervity – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam. – Jak to działa?

Istnienie świadomości przedłużają emocje. W świecie materialnym dużo łatwiej rodzą się, dlatego stworzyliśmy wszechświat. Nasze reakcje na emocje, zwłaszcza gdy się piętrzą w trudnych czasach, pozwalają świadomości się udoskonalać albo, rzadziej, cofać. Paradoksalnie i jedno, i drugie działają na naszą korzyść: odsuwają unicestwienie. Plan jest drugorzędny. Liczą się nasze wybory podejmowane po drodze.

– Raczej moje wybory. Jakoś nie odczułam twojego zaangażowania w wypełnienie misji naszego życia, czy, jak to nazywasz, Pervity.

Ty i ja to jedno. Jeszcze przez jakiś czas wyczuwać będziemy naszą dwoistość – to efekt uboczny separacji na czas Pervity, ale niedługo staniemy się jednością. Nasze rozdzielenie było konieczne, byś nie miała możliwości dzielić się odpowiedzialnością za decyzje, które podejmowałaś dla nas. A mogły to być decyzje tak ważkie, jak odebranie, czy też danie komuś życia. Dopiero w warunkach poczucia śmiertelności bytów, decyzje nabierają prawdziwej wagi i kształtują jaźń.

– Jeżeli mogę się wypowiedzieć, z perspektywy świadomości, która ukończyła właśnie Pervitę, to następne wcielenie chciałabym na planecie, która nie stoi na krawędzi samozagłady i końcówkę poproszę mniej ponurą niż ta w hospicjum.

Naprawdę było tak źle? Teraz kiedy już masz to za sobą, spójrz, ile dobrych uczuć ciebie spotkało. Cierpiałaś, ale mimo to okazywano ci miłość i ty też mogłaś okazywać dobro. Nie zawsze to, co miłe i przyjemne, jest najlepsze. Z planowaniem Pervity jest jak z wyborem filmu na wieczorny seans. Czasem miałaś ochotę na komedię, czasem oglądałaś sensację, czasem wyciskacz łez, a czasem krwawy horror. Rom-komy wcale nie były twoim najczęstszym wyborem.

– Co proponujesz?

Jeszcze nie nadszedł moment, żeby planować. Najpierw wchłoniemy echo ostatniej Pervity i ponownie się zespoimy. Zapoznamy się z możliwościami, bo wszechświat się zmienia. Za każdym razem może być inny. Decyzję co do kolejnej Pervity podejmiemy, dopiero gdy już nie będzie "my" tylko staniemy się jednym "ja".

 

* * *

 

Jesteśmy znowu razem… jednością.

Stałom się gotowe.

Koniec

Komentarze

Cześć, Berig

Podobało mi się do miejsca, w którym pojawia się obraz, później nic z tego nie rozumiałem, te całe Pervity itd. 

Czy możesz mi wytłumaczyć o co chodzi w zwrocie Stałom się gotowe?

Pozdrawiam

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Hejka!

Bardzo ciekawy tekst. Szczególnie pierwsza część w hospicjum, bo jest przejmująca i bardzo ludzka. Emocje pokazane są bardzo autentycznie, a rozmowa o wierze opisywana jest subtelnie, bez nadmiernego patosu. Motyw latania pięknie spaja całość. Fragment z „Pervitą” jest oryginalny i daje do myślenia, choć momentami brzmi zbyt filozoficznie, przez co traci nieco tajemnicy. Mimo to całość zostaje w głowie i nie daje łatwych odpowiedzi – za to duży plus.

Pozdrawiam. smiley

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Trochę czepania się:

 

poznaję od razu – to mój Kuba  – czy tu nie powinno być krótkiego myślnika?

głupiego jasia – ja bym jednak napisał Jasia

zadzwoń na mnie – po mnie?

przyprowadziłem – w głosie Kuby  – przyprowadziłem. – W głosie Kuby ?

wiary z miłości – beznamiętnym głosem  – z miłości. – Beznamiętnym głosem?

 

W tym miejscu przerwę czepanie się. Przeczytałem do końca i nie do końca wszystko zrozumiałem, natomiast w ostatnim zdaniu odrzuciło mnie to:

 

Stałom się gotowe.

 

W tym momencie cały tekst odszedł w niebyt. Sorki, ale skojarzenie z wrzucanymi nam na siłę ideologiami jest zbyt silne. Wiem, że fantastyka to otwartość na wszystko, ale jednak.

 

Podążaj za białym królikiem.

betweenthelines – wszystkie Twoje komentarze są jak miód na moje serce. Bezbłędnie udaje Ci się odczytać to, co chciałem przekazać. broken heart

W drugiej części opowiadania chciałem zbudować i opisać mój wariant nadziei na to, jak może wyglądać nasze życie po życiu. Nie było moim zamiarem skręcać w stronę filozofowania, ale skoro odniosłaś takie wrażenie, to sygnał dla mnie, że powinienem to napisać jaśniej.

Bardzo dziękuję za cenny komentarz. laugh

Pozdrawiam

 

Hesket

Czy możesz mi wytłumaczyć, o co chodzi w zwrocie Stałom się gotowe?

Jasne. To próba zapisu czasownika “stać się” w pierwszej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego rodzaju nijakiego. W języku polskim istnieją formy:

– rodzaj męski: stałem się

– rodzaj żeński: stałam się

– rodzaj nijaki: ?

Inspiracją dla mnie był serial Pamiętniki Mordbota 2025 (polecam). Protagonista, robot ochronny płci nijakiej, używa takich form: zrobiłom, widziałom, zastrzeliłom. Ma to sens – byt pozbawiony płci biologicznej nie operuje kategorią męskie/żeńskie.

W moim opowiadaniu, rozdwojona na czas życia na Ziemi (Pervity) świadomość jednoczy się po biologicznej śmierci, by wybrać kolejne wcielenie. To wcielenie może przybrać dowolną formę życia, na dowolnej planecie i – rzecz jasna – dowolnej płci, jeśli w ogóle będzie miało płeć. Stwierdzenie Stałom się gotowe oznacza gotowość zjednoczonej świadomości do wyboru kolejnego wcielenia.

 

tomaszg

Przeczytałem do końca i nie do końca wszystko zrozumiałem, natomiast w ostatnim zdaniu odrzuciło mnie to:

Stałom się gotowe.

W tym momencie cały tekst odszedł w niebyt. Sorki, ale skojarzenie z wrzucanymi nam na siłę ideologiami jest zbyt silne. Wiem, że fantastyka to otwartość na wszystko, ale jednak.

 

Tomaszu, rozumiem, że to zdanie mogło wywołać konkretne skojarzenia. Zapewniam jednak, że nie miało ono żadnych intencji ideologicznych – wynika wyłącznie z konstrukcji świata przedstawionego (w odpowiedzi do Hesketa powyżej, znajdziesz bardziej szczegółowe wyjaśnienie). Jeśli forma okazała się zbyt zaskakująca, to znak, że powinienem wcześniej lepiej przygotować na nią czytelnika.

Dziękuję za szczery komentarz i uwagi redakcyjne.

 

bruce, Koala75, Marszawa – dziękuję, że przeczytaliście moje opowiadanie. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

bruceKoala75 – dziękuję, że przeczytaliście moje opowiadanie. :)

I ja dziękuję. :)

 

 

Pecunia non olet

– rodzaj męski: stałem się starszym mężczyzną

– rodzaj żeński: stałam się starszą kobietą

– rodzaj nijaki: stałem się dzieckiem uwielbianym przez wszystkich

 

Po mojemu czasami rodzaj nijaki zapisujemy jak męski, a czasami nie:

 

mężczyzna zrobił, kobieta zrobiła, dziecko zrobiło.

 

Świadomość jest żeńska (mogłaś też użyć takiej formy), a ta świadomość+ta bohaterka to po mojemu też rodzaj żeński (stałyśmy się jednością). Ogólnie po mojemu język polski nie potrzebuje tu nowoczesności, z drugiej strony może jestem nienowoczesny ;)

 

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej, witaj! 

Ciekawy pomysł na opowiadanie, moment przejścia z tego życia do innej formy świadomości zbiorowej, czy też jedności (rozdzielonej na czas życia) jaźni, pokazałeś w interesujący sposób. Podobały mi się sceny latania, jako ucieczka przed bólem codzienności i chorobą. Sam moment śmierci i odnalezienia się w nowej sytuacji też ciekawie poprowadzony. 

Najbardziej wg mnie kuleje kompozycja tekstu. Wyraźnie podzielona na dwie części, co samo w sobie nie byłoby złe, ale część druga jest jednym wielkim infodumpem. Wiem, że była tu potrzeba wyjaśnienia całej koncepcji i powracająca jaźń celowo niczego nie rozumie, by była możliwość przedstawienia koniecznych informacji, ale ponieważ zmienia się to w wykład tłumaczący zasady działania zaświatów, robi się męczący. Jasny i klarowny, ale męczący. 

Kiedyś często pisano mi w komentarzach tutaj na portalu: better show than tell – lepiej pokaż niż opisuj. Może gdyby w ten sposób potraktować tę część, jako przeżycia samej bohaterki odkrywającej te zasady… – ale można sobie gdybać. :)

Opko jest Twoje, a to są tylko moje odczucia. :) 

 

Jakim prawem ktoś się w pokoju medytacyjnym?

Czegoś tu zabrakło…

Językowo całkiem spoko. :)

Powodzenia w pisaniu! :)

Pozdrawiam serdecznie i czekam na następne opowiadania! :) 

 

 

Witaj!

Moje pierwsze wrażenie: części są zbyt luźno powiązane. Ale po chwili zastanowienia, stwierdziłem, że jednak nie, bo obie dotykają treści ostatecznych, życia i śmierci. Pokazujesz przejście bohaterki od niewiary w Boga (chrześcijańskiego) do przejścia (poprzez praktykę medytacji) w rzeczywistość kojarzącą sie z koncepcjami buddyjskimi. To ta sama bohaterka – u kresu życia, której doświadczenie przeskakuje od konfrontacji z bolesną rzeczywistością hospicjum do ucieczki w subiektywny świat wyobraźni. Ma to sens i ciągłość. 

Pierwsza część wywarła na mnie zdecydowanie lepsze wrażenie: sceny latania, potem migawki z życia bohaterki i jej męża, on, kierujący się swoimi motywami i ona, dla której ważna jest autentyczność wobec siebie samej. To pięknie zostało w tekście pokazane.

Mam natomiast zastrzeżenie do drugiej części: dużo myśli filozoficznych podawanych jednym ciągiem sprawia wrażenie raczej małego eseju zamkniętego w formę dialogu czy monologu niż integralnej częsci opowiadania. Sam lubię takie rozważania i przeczytałem je z uwagą. Nie zmienia to jednak faktu, że część druga zaburza proporcje całości.

Nie jestem pewien czy teksty konkursowe się klika, jeżeli tak, to polecam do biblioteki.

 

 

Jolko, Kronosie, dziękuję za przeczytanie opowiadania i podzielenie się wrażeniami. Wasze komentarze sprawiły mi dużą radość – dają mi nadzieję, że przesłanie zawarte w tekście może być czytelne.

Przyjmuję Wasze zastrzeżenia dotyczące kompozycji drugiej części. Szczerze mówiąc, sam miałem obawy, że wyszła zbyt esejowo. Pewnie należałoby nad tym jeszcze popracować, choć mam wrażenie, że nie powinienem – tekst przeczytało już całe szanowne jury (MichaelBullfinch, bruceHollyHell91, Marszawa), za co każdemu z osobna serdecznie dziękuję.

Poza tym, zabrakło mi trochę pomysłu, jak bardziej pokazać zamiast opisać coś, co istnieje całkowicie poza materią.

Pozdrawiam serdecznie.

 

PS. Gdy zobaczyłem Twój nick Kronosie, wstąpiła we mnie nadzieja, że komu jak komu, ale Tobie ma szansę przypaść do gustu takie opowiadanie wink Dziękuję za “klika”.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cześć,

 

W pierwszej części, która jest napisana lepiej, brakowało mi fantastyki (sam sen to za mało). W drugiej, gdzie już była, została podana w takiej formie, że prawdę pisząc, po pewnym czasie zaczęłam tylko skanować tekst wzrokiem – bo chociaż motyw niezwykle ciekawy, to został podany w suchy sposób. I tak zgadzam się z przedmówcami, że przeskok między jedną a drugą częścią jest dość mocny.

 

Ogólnie napisane sprawnie, językowo jest dobrze, ale fabularnie, mimo potencjału, nie do końca mi siadło :(

Dziękuję OldGuard za przeczytanie opowiadania i podzielenie się wrażeniami. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Nie przepadam za historiami, których treścią są sny, ale wybrany przez Ciebie obraz wymagał, by sny były i muszę przyznać, że nie odebrało mi to przyjemności lektury, choć opowieść, z racji opisanych wydarzeń okazała się dość przygnębiająca.

Druga część opowiadania, poświęcona medytacji, okazała się dla mnie mało zrozumiała, ale zdołałam pojąć, że dziewczyna po śmierci nie jest nieszczęśliwa.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się Reg, że lektura przyniosła Ci przyjemność, pomimo oniryki, za którą nie przepadasz. smiley

Ta opowieść nie miała być przygnębiająca. Rzeczywiście krąży ona wokół tematów kojarzących się ze smutkiem (hospicjum), ale druga część została pomyślana właśnie jako próba przełamania tego tonu. Chodziło mi o przesunięcie perspektywy – od lęku ku spokojowi. Jeśli to przełamanie było odczuwalne, to znaczy, że tekst zadziałał tak, jak zamierzałem.

Z perspektywy czasu (i komentarzy) widzę, że tekst mógłby łatwiej dotrzeć do czytelnika, gdyby miał mniej esejowy charakter.”

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Owszem, Berigu, choć poruszyłeś w opowiadaniu sprawy ostateczne, Twoja historia nie zasmuca. Bardzo umiejetnie pokazujesz, że to co nieuniknione nie musi napawać lękiem i dałeś temu wyraz w drugiej części opowieści.

Powodzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka