Tym razem, po „Walentynkach”, zapraszam do kolejnej opowieści z kręgu „Chwasty – Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy”, pod tytułem „Dentysta”.
Tym razem, po „Walentynkach”, zapraszam do kolejnej opowieści z kręgu „Chwasty – Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy”, pod tytułem „Dentysta”.
Miasteczko Górskie było jak stary, zapomniany sen, z którego nie można się obudzić, choćby się człowiek szczypał do krwi. Deszcz padał tu zawsze pod lekkim skosem, jakby samo niebo pochyliło się nad tym miejscem, by lepiej przyjrzeć się ludzkiej marności. Szyldy sklepów trzeszczały na wietrze, a jedynym miejscem, które tętniło życiem – jeśli można to nazwać życiem – była kawiarenka „Pod Zegarem". I oczywiście gabinet dentystyczny doktora Prossera.
Doktor Prosser, Henry Prosser. Facet mógł mieć pięćdziesiąt lat, mógł mieć sto. Jego twarz była jak z wosku, który zaczyna mięknąć w cieple reflektora, z oczami koloru wypłukanego przez deszcz asfaltu. Przyjmował na Starym Mieście, w kamienicy, której pozostałe okna dawno zabito deskami. Nad drzwiami kołysał się szyld z wymalowanym olbrzymim, białym zębem trzonowym, który w deszczu wyglądał jak czaszka maleńkiego, nienarodzonego kosmity.
Moją zgubą była nie tyle próchnica, ile nuda. Nuda Miasteczka Górskiego potrafiła wyssać z człowieka chęć do życia skuteczniej niż jakikolwiek pijawka. Kiedy więc w przednim siekaczu pojawiła się czarna kropka, poczułem coś na kształt wdzięczności. Wreszcie misja. Wreszcie cel. Wizyta u Prossera.
Czekałem w poczekalni, która pachniała goździkami, formaliną i czymś jeszcze, czymś słodkawym i niepokojącym, jakby starą krwią zmieszaną z cukrem pudrem. Na stoliku leżały egzemplarze „National Geographic" z 1987 roku, a z głośnika sączyła się muzyka, która brzmiała jak grana na flecie przez kogoś, kto zaraz ma zamiar się powiesić. Obok mnie siedziała kobieta z twarzą owiniętą bandażem. Nie odzywała się, tylko od czasu do czasu cicho pochlipywała, a spod opatrunku sączyła się na szyję cienka, przezroczysta strużka.
– Pan Kowalski? – Głos Prossera był miękki jak watka nasączona eterem.
Jego dłoń, którą uścisnąłem, była sucha i zimna, a dotykiem przypominała pergamin. Gabinet był biały. Nie, to nie było zwykłe białe pomieszczenie. To była biel absolutna, biel, która paliła siatkówki, biel, w której znikały cienie. Na środku stał fotel dentystyczny, który wyglądał, jakby został zmontowany w jakiejś fabryce tortur z początku wieku, a obok niego blaty zastawione narzędziami. Były tam klasyczne szczypce i wiertła, ale dostrzegłem też przedmioty, których przeznaczenia wolałem się nie domyślać: małe srebrne hakówki, iglice, a w szklanym słoju – coś, co wyglądało jak zestaw miniaturowych dłut snycerskich.
– Proszę siadać – powiedział, wskazując na fotel. – Proszę się rozgościć. To pana drugi dom na najbliższe… cóż, zobaczymy.
Zaśmiałem się nerwowo. Nie odpowiedział uśmiechem. Jego usta pozostały cienką, bladą linią.
– Który ząb nam dolega?
Wskazałem palcem. Prosser nachylił się nade mną, a ja poczułem jego oddech. Pachniał miętą i rozkładem, jak stary grobowiec, który ktoś nieudolnie odświeżył wiosennymi porządkami. Dotknął mojego policzka. Jego palce były lodowate.
– O, tak… Widzę. – Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. – Widzę o wiele więcej, niż pan myśli.
Chwycił metalowy hak i zaczął opukiwać mi zęby. Każdy stukot odbijał się echem w mojej czaszce, wypełniając głowę dźwiękiem, jakby ktoś uderzał łyżeczką w szklankę. Nagle zatrzymał się.
– Co to? – szepnął z dziwną czułością.
Zajrzał mi głęboko w usta, aż poczułem jego zimny oddech na migdałkach.
– Ma pan tam… małego lokatora.
– Słucham? – wymamrotałem.
– Proszę spojrzeć.
Odchylił lampę, skierowując snop światła w głąb mojej jamy ustnej, po czym podsunął mi lusterko. To, co zobaczyłem, sprawiło, że krew w moich żyłach zamarzła na nowo. Za ostatnim trzonowcem, tam gdzie kończyły się dziąsła, nie było gładkiej śluzówki. Była tam maleńka, różowiutka buzia. Wielkości paznokcia u małego palca. Miała dwoje malutkich oczek, które patrzyły wprost na mnie, i małe usteczka ułożone w niemym, bezgłośnym krzyku. Poruszała się, próbując się wygodniej ułożyć na moim języku.
– Ja pierdolę – jęknąłem, odrywając się od fotela, ale Prosser położył mi dłoń na piersi i z łatwością wepchnął mnie z powrotem. Jego siła była przerażająca.
– Spokojnie, spokojnie. – Jego głos wciąż był ten sam, kojący i miękki, jakby uspokajał spłoszone źrebię. – To częste zjawisko. Bardzo częste. W Miasteczku Górskim prawie każdy ma w ustach takiego rezydenta.
– Wyjąć to! – wycharczałem. – Natychmiast pan to wyjmie! Wyrwie pan! Niech pan to wytnie!
– Och, nie, nie, nie. – Pokręcił głową z politowaniem. – Tego się nie wyrywa. Tego się nie wytnie. To nie jest narośl. To… to jest ziomal. Kumpl. Jak to się mówi: kompan. Trzeba go oswoić, zrozumieć, a przede wszystkim… opłacić.
– Opłacić? Czym, na litość boską?!
Prosser uśmiechnął się wreszcie. Jego usta rozciągnęły się, odsłaniając równe, białe zęby, ale była w tym geście taka sztuczność, jakby ktoś przeciągnął nożem po tafli lodu.
– Swoimi lękami, panie Kowalski. Swoimi najgorszymi snami. Swoją nadzieją. To standardowa taksa.
Zanim zdążyłem zaprotestować, sięgnął po jedno z tych dłutek i mały srebrny młoteczek. Pochylił się nade mną, a ja patrzyłem, jak narzędzia znikają w czeluści moich ust. Nie czułem bólu. Czułem tylko dziwne, głębokie wibracje, jakby ktoś wiercił w kościach mojego szkieletu, metr pod skórą.
Ta mała buzia w moich ustach otworzyła się szeroko. To nie był krzyk. To był śmiech. Bezgłośny, przejmujący śmiech dziecka, który rozchodził się po mojej czaszce, wprawiając w drżenie zęby trzonowe. Prosser wiercił, dłubał, szeptał przy tym coś do siebie, a ja zamknąłem oczy i odpłynąłem.
Obudziłem się w poczekalni. Na krześle obok siedziała ta sama kobieta z zabandażowaną twarzą. Siedziała idealnie nieruchomo, a spod bandaża wciąż sączyła się ta sama strużka. Spojrzałem na zegar. Była 3:17. Ta sama godzina, co przed wizytą. Spojrzałem na stolik. Te same egzemplarze „National Geographic". Czułem się dziwnie lekko, ale jednocześnie jakby kogoś mi brakowało. Dotknąłem językiem zębów. Były gładkie. Przesunąłem dalej, w głąb jamy ustnej. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą była ta maleńka buzia, teraz znajdowała się idealnie gładka, zimna plomba z czegoś, co przypominało porcelanę. Próbowałem sobie przypomnieć mój najgorszy sen, ale nie mogłem. Próbowałem sobie przypomnieć, na czym mi w ogóle zależało w życiu, ale okazało się, że nie mam pojęcia.
Wyszedłem na ulicę Miasteczka Górskiego. Deszcz wciąż padał pod tym samym skosem. Latarnie migotały, a ja nagle poczułem, że jestem pusty. Nie smutny, nie wściekły, nie przerażony. Po prostu… wydrążony. Idąc chodnikiem, minąłem witrynę sklepu mięsnego. W szybie zobaczyłem swoje odbicie. Uśmiechnąłem się do siebie, żeby sprawdzić, czy ząb jest na miejscu. Był. I wtedy, w odbiciu, zobaczyłem, że w głębi mojego gardła, tam gdzie kończy się podniebienie, czai się mrok. I w tym mroku zapaliły się dwa maleńkie, znajome światełka. Oczy. Te same oczy. Siedziały teraz głębiej, ale patrzyły wciąż tak samo. Ta mała buzia była teraz moją własną, wewnętrzną publicznością. Uśmiechnęła się. A ja, stojąc w deszczu, zrozumiałem, że to nie ja patrzę na świat przez swoje oczy. To ona patrzy na świat przeze mnie.
Od tamtej pory regularnie odwiedzam doktora Prossera. Co wtorek o 15:00. Siadam w poczekalni, słucham tej przygnębiającej muzyki i czekam. Kiedy wchodzę do gabinetu, kładę się na fotelu, otwieram usta, a on dłubie w tej mojej drugiej, wewnętrznej jamie. Wierci, szlifuje, poleruje. Nie mówimy wiele. Po prostu tam jesteśmy. On, ja i ta mała istota w moim gardle, która teraz ma już własne, maleńkie ząbki i którą czasem, późną nocą, słyszę, jak cicho nuci pod nosem melodię, którą grają w poczekalni.
W Miasteczku Górskim wszyscy mają swojego dentystę. I wszyscy mają w środku kogoś, kogo trzeba regularnie opłacać. To nie jest złe życie. Jest po prostu… jakieś. Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym tamtego dnia nie poszedł. Gdybym zignorował ból. Ale wtedy uśmiecham się do lustra, a tamten drugi uśmiecha się do mnie z głębi gardła i myślę: „E tam. I tak bym go kiedyś spotkał. W tym mieście każdy w końcu idzie do dentysty".
Dziś wieczorem idę do Prossera na ekstrakcję. Powiedział, że ta mała buzia zapuściła już korzenie głębiej i trzeba będzie usunąć całą dolną szczękę. Powiedział to tym samym kojącym, miękkim głosem. A ja mu uwierzyłem. Bo jak mu nie uwierzyć? To mój dentysta. A on wie lepiej.
Hej, dziwne :D. Ale też klimatyczne. Otoczka wokół dentysty, miasteczka – to mnie chwyciło (mimo kilku nietrafionych porównań ;)). I ten klimat utrzymałeś, a do tego świetnie wpasowałeś w dziwność małej buzi. Tak, podobało mi się – klikam i pozdrawiam:)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Cześć!
Ekstra! Naprawdę niesamowicie mi się podoba! Styl i pomysły! Creepy! Na pewno dodatkowym smaczkiem byłoby jakbyś ujawnił ile Posser sobie policzył za te wszystkie wizyty ;)
Pozdrawiam!