Charyzmatyczny lider prawicowej frakcji senator Jack B. Norton kończył właśnie pierwszy dziś kieliszek Don Perignon leżąc w marmurowym jacuzzi. Czuł się wspaniale, zadowolony i zrelaksowany, ale nie za sprawą wybornego alkoholu, lecz towarzystwa jakim cieszył się mniej więcej od pół godziny.
Maya Lark – gwiazda kina, telewizji i modelka, sięgnęła właśnie po ciemnozieloną pękatą butelkę stojącą wysoko na półce. Jej idealne ciało kiedyś było wynikiem wygranej na genetycznej loterii, a teraz także owocem pracy najdroższych specjalistów medycyny estetycznej. Prawie cała wynurzyła się z wody, a Jack mógł chwilę popatrzeć jak jej mokra skóra lśni w słońcu wpadającym przez szklany sufit. Wyciągnęła się ruchem, który Jack w myślach porównał do leniwej kotki zapraszającej człowieka do głaskania. Wiedział jednak, że podobieństwa na tym się nie kończą – Maya to też drapieżnik, walczący bezwzględnie o swój teren. A jej teren to nie tylko ta potwornie droga willa na potwornie drogiej prywatnej wysepce gdzieś na Karaibach, na której Jack akurat się znajdował, ale też pewna słynna z czołówek filmów dzielnica Los Angeles. Maya polowała tam najpierw na główne role i sławę, a teraz na wpływy i władzę. Nawet paru poważnych szefów wytwórni mogła już uważać za swoje zdobycze. Ale to przestawało jej wystarczać. Teraz była również, jak sama mówiła „dominującym osobnikiem w stadzie”, co Jackowi bardzo się podobało, bo zauroczony traktował to nie jako ostrzeżenie, ale objaw poczucia humoru. „Stado” oficjalnie nazywało się Związkiem Artystów Sztuk Wizualnych i składało z hollywodzkich reżyserów, scenarzystów, aktorów i praktycznie wszystkich znaczących ludzi z branży, a Maya trzy lata temu została wybrana przewodniczącą zarządu. Chyba nawet ją cieszyło, kiedy niektórzy z tych, którzy mieli zaszczyt ją poznać lepiej, lekko przekręcali jej artystyczny pseudonim i nazywali Shark…
– Ciężki dzień, co? Zaraz postaram się żebyś poczuł się lepiej… – Maya zamiast uzupełnić kieliszek dotknęła językiem szyjki butelki a potem powolutku wsunęła ją do ust na kilka centymetrów, zamknęła oczy i possała przez sekundę. Upewniła się, że na szyjce zostawiła odrobinkę śliny i podała butelkę Jackowi. Tak, teraz ekskluzywny szampan smakował mu jeszcze bardziej… Przełknął łyk i przyciągnął Mayę do siebie.
Po dwudziestu minutach Maya mogła wreszcie przejść do właściwego powodu, który kazał jej tak pilnie spotkać się z Jackiem. Seks sprawił jej dużo radości i Jackowi zapewne też, bo podobno była w tym mistrzynią, ale przecież tej energii i talentu szkoda było marnować tak po prostu dla samej przyjemności.
– A wiesz, kochanie, że mój prawnik znów się dowiedział, że gdzieś w chińskiej imawizji ludzie oglądają sobie teraz imafilmy ze mną z tym nowym tatuażem? Mam go dopiero parę tygodni, tylko na jednym filmie go pokazuję, więc…
Jack spojrzał na najwyżej dwucentymetrowy, trudny do dostrzeżenia obrazek ważki zaraz pod jej pępkiem. Pierwszy raz widział emtatoo, ostatni krzyk mody wykonany farbą półprzewodnikową zmieniająca kolor pod wpływem emocji. Teraz ważka była żółta, ale powoli nabierała coraz bardziej błękitnej barwy, kiedy ciało Mai wracało co normalnego rytmu po miłosnych zabawach wśród bąbelków jacuzzi.
– Czyli ten twój prawnik jest pewien, że ktoś przemycił ten film do Chin i teraz każdy tam może sobie wczytać do imawizora twój aktualny wzorzec i oglądać ciebie z tym nowym tatuażem we wszystkich rolach jakie sobie zamarzy?
– Niestety tak. Wiem, że tak dużo już zrobiłeś dla naszego przemysłu filmowego. Ta ustawa o ochronie przed AI, zakazie imawizji, ale no wiesz… Głupio mi mówić… jak widzisz to nie wystarcza. – wypowiedź doprawiła kokieteryjną, udawaną nieporadnością.
– Postaram się, coś wymyślę, pogadam z tym generałem od cyber-celników… – Jack nie mógł jej odmówić niczego.
– Dla mnie już byłeś fantastyczny i tyle ci zawdzięczam….– zamruczała najsłodziej jak potrafiła – zrób to dla naszej amerykańskiej sztuki filmowej… Postaraj się, bo wkrótce premiera mojego nowego filmu… – jej dłoń tylko pozornie zabłądziła pod wodą, bo za sekundę znalazła to czego szukała.
***
Jack niechętnie wsiadł do helikoptera, który parę godzin temu przywiózł go na tę rajska wysepkę. Maya pocałowała go jeszcze na pożegnanie, a jej jasne, długie, jeszcze mokre włosy tańczyły na potężnym wietrze spod łopat wirnika. Tak samo zresztą zachowywał się jej jedwabny szlafroczek. Dokonała cudów zręczności, żeby go utrzymać, bo przypomniała sobie, że Jack w odróżnieniu od większości właścicieli helikopterów, zatrudnia osobistego pilota zamiast zdać się na komputery. Ale cóż, nie ma wyboru jeśli swoją polityczną karierę zbudował się na strachu wyborców przed tym, że AI zabierze im pracę. Prawie doświadczyła tego na sobie, kiedy AI zaczęła generować filmy bez najmniejszego udziału aktorów, a wytwórnie negocjowały jakieś grosze z wykorzystanie samego prawa do wizerunku. Na szczęście stare jak świat kobiece sztuczki odpowiednio zmotywowały Jacka, żeby wraz ze swoimi kumplami z partii zablokowali te praktyki i uchwalili ustawę o ochronie narodowej sztuki wizualnej. Każdy film dopuszczony do dystrybucji w USA i Europie musiał mieć teraz certyfikat „AI Free”.
Niemal krzyknęła Jackowi do ucha: „Pozdrowienia dla pani Norton!” i zaśmiała się jak licealistka, której udał się wyjątkowo śmieszny prank na nauczycielu. Tak, każda okazja była dobra, żeby przypomnieć staremu poczciwemu Jackowi, ile mógłby go kosztować ten romans. Charlene Norton, a właściwie van Zanten-Norton to w końcu córka magnata medialnego, który miał w rękach prawie cały amerykański internet i telewizję. Bez pomocy świętej pamięci pana van Zantena Jack B. Norton byłby dziś pewnie jakimś mało znaczącym urzędnikiem w biurze gubernatora.
– Wracamy do Baton Rouge, szefie? – były pilot US Navy był na szczęście wzorem dyskrecji.
– Tak, ale nie musimy się spieszyć. Mam do wykonania jeszcze telefon po drodze.
Przez chwilę patrzył jeszcze z góry na plażę i palmy wokół rezydencji kochanki, podziwiając jej doskonały gust, kiedy urządzała to rajskie gniazdko, a potem wyjął telefon i wybrał numer.
– Cześć Frank – głos Jacka płynął przez satelitę w ułamku pokonując tysiące kilometrów do ucha generała Brewstera.
– Cześć, co słychać u senatora naszego dumnego kraju?
– Znów nasi artyści mają problemy z przemytnikami…
– Niemożliwe, przecież sprawdzamy podróżnym każdy nośnik elektroniczny, dane nawet w chmurze na wszystkich serwerach należące do każdego, kto ma kontakty z nieprzyjaznymi krajami. Żaden bajt nie wycieknie.
– Więc skąd Chińczyki mają nowe wzorce do imawizji? – w głosie Jacka nietrudno było wyczuć napięcie.
– np. wzorzec panny Shark? – uśmiechnął się Frank pod siwym generalskim wąsem.
Jack nie musiał odpowiadać. Szef cyber-kontrwywiadu znał się nie tylko na szyfrach i komputerach. Ludzkie myśli też często potrafił odszyfrowywać, co bardzo mu ułatwiało karierę od czasów kadeta.
Stary przyjaciel znał wprawdzie wiele sekretów, ale sam też miał swoje sekrety, a o części z nich Jack miał całkiem sporą wiedzę. Np. o tym, że Frank uzależnił się od imawizji i od kiedy została zakazana, często niby służbowo lata sobie do jakiegoś kraju, w którym jest ona legalna.
Wreszcie przez satelitę dotarła odpowiedź na której mu zależało.
– Znajdę go i wyeliminuję zanim twoja królewna pokaże się w następnym filmie. Obiecuję ci, Jack.
– Dzięki stary.
***
Hao Wang zatrzasnął drzwi swojego Dogde Vipera z 1999 roku. Kowbojskie buty zastukały o podłogę podziemnego garażu wieżowca w nowoczesnej dzielnicy Shenzen. Hao był jednym z „bananowych” chińskich dzieciaków, którzy poddali się popularnej modzie na amerykański styl życia. Nie chciał żyć jak jego ojciec czy dziadek – partyjni funkcjonariusze, dla których zachodnia cywilizacja była ohydą, a tradycje kraju odgrodzonego Wielkim Murem największą świętością. Nastoletni bunt nie skończył się nawet teraz, kiedy Hao był już 28-latkiem po jednej najbardziej prestiżowych uczelni ani po tym jak ojciec bardzo pomógł mu w zdobyciu lukratywnej posady. Hobby opierające się na fascynacji Ameryką nie należało do tanich. Stary Dodge kosztował równowartość trzech najdroższych nowych chińskich aut. Już nie mówiąc o znajomościach, jakich wymagało zdobycie wszystkich zezwoleń na jego sprowadzenie.
Jego oryginalne amerykańskie ciuchy również były wyrazem buntowniczego luksusu dostępnego jedynie dla wybranych. Pomyśleć, że kiedyś to tu, w Chinach, amerykańskie firmy miały większość swoich fabryk, w których szyły (oczywiście legendarne) amerykańskie dżinsy. Dziś to już przeszłość, a teraźniejszość ma swoje różne nazwy: patriotyzm gospodarczy dla jednych, protekcjonizm dla drugich, koniec efektywnego globalnego rynku dla jeszcze innych.
Hao nie wnikał w te zawiłości. Wybrał dzisiejszy obiad, pierwszy z brzegu jaki zaproponowała lodówka głosem jego ukochanej Mai Lark, a cztery minuty później ta sama wirtualna Maya Lark z naturalnie brzmiącym kantońskim akcentem życzyła mu smacznego, kiedy kuchenka zakończyła swoje zadanie.
Zjadł, ułożył się wygodnie na kanapie i sięgnął po interfejs imawizji. Cały dzień nie mógł się tego doczekać, bo właśnie udało mu się kupić na czarnym rynku najnowszy film, który dopiero od tygodnia jest w kinach w USA i Europie. Uwielbiał te nowości. Świadomość, że jest tym pierwszym, który opowie chłopakom z biura o nowym filmie warta była wydania połowy pensji przeciętnego Chińczyka, którą on zarabiał w ciągu trzy dni. Jest w tym smak zakazanego owocu i każdy go lubi. Chłopaki z firmy też mają też swoje ulubione aktorki z Ameryki. Ale najważniejsze, żeby to były prawdziwe aktorki, nie wytwory AI. W Mai fascynowało go to, że gdzieś tam istniała naprawdę. Idealna, ale jednak żywa. Pewnie, że każdy mógł sobie włączyć imawizję i do woli cieszyć się przygodami wirtualnych bohaterów istniejących tylko w trzewiach komputerów. Chcesz horror, w którym główna bohaterką jest blond uczennica liceum, którą ściga odrzucony niepopularny chłopak z piłą mechaniczną? Proszę bardzo. Potężne algorytmy AI znają cię doskonale, wiedzą czy dziewczyna będzie ci się bardziej podobać z czerwoną czy różową szminką. Serwer imawizji wie jak reagujesz na dotychczas pokazywane dźwięki czy obrazy, a interfejs umie przekazać twoje uczucia lepiej niż dawni poeci. Ale od czasu do czasu jego wyobraźnia potrzebowała oparcia w realności, w kimś kto istnieje naprawdę, choćby w dalekiej Ameryce. Hao mógł sobie pozwolić na kupno przemyconego filmu, zapłodnienie algorytmów jego treścią, żeby mogły zrodzić cały prawdziwszy, pełniejszy wirtualny świat.
Tym, co kręciło go najbardziej było udostępnianie tak stworzonego imafilmu swoim znajomym albo i milionom nieznajomych. To wspaniałe, kiedy możesz przekonać się, że twoje fantazje są lepsze od fantazji innych ludzi. Hao marzył, żeby kiedyś jego imafilmy były oglądane przez te miliony. A pierwszym warunkiem, żeby być na topie twórców imafilmów były kosztowne realistyczne wzorce z prawdziwych aktorów, prawdziwych filmów. Film, tak jak wiele innych kupił od starego pasera Baijiu. Uczciwy facet – zrealizował zamówienie bez najmniejszego opóźnienia. Ale Baijiu już taki był – typ staromodnego honorowego przestępcy. Jego pseudonim pochodził z czasów, kiedy szmuglował przez Syberię wyroby rosyjskich gorzelni. I już wtedy, jak wspominał ojciec Hao, każdy kupujący mógł być absolutnie pewien jakości sprowadzanego przez niego napoju.
Mózg Hao zalogował się do imawizora. Światłowód zaniósł jego marzenia do serwerów imawizji. U ułamku sekundy zdecydowały, że mogą je spełnić. Hao zawsze lubił dowiedzieć się czegoś o prawdziwej historii Stanów. A ten nowy film był o czasach wojny secesyjnej, Maya jako młoda wdowa po żołnierzu Konfederacji, chce dać wolność niewolnikom na plantacji swojego ojca. Idealistka wierzyła, że inni pójdą za jej przykładem i ta głupia wojna się zakończy. O filmie opowiedział mu Baijiu i zachęciło to go do zapłacenia tej wygórowanej ceny, ale jego nieskrępowane myśli zanurzyły się w jeszcze odleglejszą epokę i zamienione na kwantowy kod popłynęły do mózgów maszyn. One podsunęły mu nowe obrazy: Maya siedzi przy ognisku koło wigwamu i szyje skóry zwierząt igłą z rybiej ości. A sam Hao jako dzielny myśliwy z łukiem przewieszonym przez ramię wraca polowania ciągnąc jakieś zabite zwierzę na saniach zrobionych z gałęzi. Maya przerywa szycie, wstaje i mocno obejmuje go. Robi mu się ciepło, przyjemnie. Klęka przed nią i odkrywa jej idealnie piękny brzuch. Całuje, łagodnie muska wargami gładką skórę coraz niżej. Maya-Indianka oddycha coraz szybciej, głębiej, a Hao-dzielny myśliwy ma tuż przed samymi oczami obrazek ważki zmieniającej kolor z niebieskiego w żółty potem różowy…
***
Lee White nie musiał się tłoczyć w kolejce, bo ten seans miał dawno opłacony, więc z braku lepszego zajęcia przyglądał się ludziom, którzy tak jak on przyszli dziś do tego modnego nowojorskiego kina. Właśnie zaczęli wpuszczać na salę. Kolejka ustawiła się w ciągu krótkiej chwili. Jego VIPowska karta gwarantowała pierwszeństwo i oddzielne miejsce, gdzie nikt nie przeszkadza w pełnym odbiorze treści filmu, ale stanął tak jak inni, bo nie lubił się wyróżniać. Przepuścił nawet w kolejce parę staruszków, żeby i oni mogli spokojnie znaleźć swoje miejsca. Nagle odezwał się alarm bramki wejściowej. Starsza pani nawet nie starała się ukryć zakłopotania. Ochroniarz zmierzył ją wzrokiem, podniósł z malutkiego krzesełka, a zawstydzona staruszka odezwała się pierwsza:
– Przepraszam pana za kłopot, mam neurochip, od trzech lat choruję na Alzheimera.
– Czy wyraża pani zgodę na udostępnienie danych medycznych? – Ochroniarz wyjął czytnik z kieszeni munduru.
– Tak, oczywiście – staruszka widocznie była już w takich sytuacjach, bo sama położyła palec na skanerze i spojrzała prosto w czerwone światełko diody, żeby czytnik rozpoznał obraz jej tęczówki. Ochroniarz chwilę studiował komunikaty pojawiające się na wyświetlaczu.
– Dziękuję, wszystko w porządku, życzę miłego seansu. Rozumie pani, procedury… – ukłonił się, jakby w geście przeproszenia i wrócił na swoje malutkie krzesełko.
Lee nie odczuł żadnego stresu, był pewien wyniku kontroli. Wszystkie elektroniczne rzeczy zostawił w depozycie. Przytknął swoją VIP-owską kartę do czujnika, bramka otworzyła się a migające znaki na podłodze zaprowadziły go do wyciszonej kabiny. Tu docierały tylko dźwięki z filmu, a obraz był widoczny z najdrobniejszymi szczegółami, choć jednocześnie można było wybrać opcję z reakcją publiczności. Cóż, wielu VIPów lubi jednak oglądać komedie śmiejąc się wspólnie z innymi.
Skanery w ułamek sekundy zmierzyły jego drobną, odziedziczoną po matce sylwetkę, a fotel dostosował swój kształt, żeby VIPowi było naprawdę wygodnie.
Oglądał film uważnie, każdą scenę, każdy szczegół. Karmił swój mózg każdym kształtem, kolorem, dźwiękiem. Kiedyś zastanawiał się czy ma swój ulubiony gatunek, ale coraz częściej dochodził do wniosku że nie. Czy były jakieś filmy, które uważał za dobre lub słabe? Też raczej nie. Każdy miał w sobie coś, co mogło wzbudzać zainteresowanie. Niestety, z braku czasu chodził głównie na głośne premiery filmów o dużych budżetach. Na tym zarabiał. Wiele razy obiecywał sobie, że będzie też oglądać mniejsze produkcje, ale zdawał sobie sprawę, że byłoby to rodzajem hobby bez większych profitów.
Film się skończył, a Lee jak najszybciej odebrał rzeczy z depozytu i prawie pobiegł do swojego malutkiego mieszkanka. Było ciasne, wymagało remontu i dość drogie, ale miało tę wielką zaletę, że znajdowało się blisko kina. Otworzył drzwi, zabrał spakowaną już małą kabinową walizkę i po godzinie był już na lotnisku JFK.
Trasę do Cantonu obsługiwały malutkie odrzutowce, pewnie kupione jako używane od miliarderów, którzy zdecydowali się na nowszy model. Ale też mało było na tej trasie podróżnych. Chiny były wrogim krajem, każdy musiał mieć zezwolenie na podróż. Przed wejściem drobiazgowo go sprawdzono, tak samo jak każdy zakamarek pamięci telefonu – wiedział, że każda inna elektronika bardzo by spowolniła odprawę, więc nie miał nic innego. W telefonie nie miał żadnej muzyki ani filmów, więc wpuszczono go bez problemu.
Latał na tej trasie często, co było bardzo nietypowe zarówno dla Chińczyków jak i obywateli USA. On miał szczęście lub pecha być i jednym i drugim równocześnie. Kiedy państwo Yu Tian i Jerome White decydowali się na swój przyjacielski rozwód uzgodnili opiekę naprzemienną nad 12-letnim wówczas Lee. W trosce o emocje syna prowadzali go nawet do psycholożki w za dużych okularach na nosie, która rozpoznała w nim autyzm. Fakt, że słabo radził sobie w kontaktach z ludźmi, często ich nie rozumiał, według znajomych nie miał poczucia humoru. Ale filmy go fascynowały, nie tyle losy bohaterów, ale sposób w jaki pokazywano poszczególne sceny, kostiumy, scenografia, Filmy były bardziej zbiorem pięknych obrazów niż opowiadaną historią. Wtedy jeszcze oglądał mnóstwo filmów w samolocie, bo podróżował kilka razy w roku do matki w Cantonie i wracał do ojca do Newark. Albo odwrotnie. Teraz, po piętnastu latach już nie był pewien kogo odwiedzał, a do kogo wracał. Mówił doskonale w obu językach, a kiedy po izolacji Chin od USA i Europy przyszedł czas wybrać względnie stałe miejsce długo się nie mógł zdecydować. Korzystał z prawa do kontaktu z obojgiem rodziców, choć oczywiście teraz już nie potrzebował ich opieki. Ale opiekę zastąpiły inne korzyści. Jego sposób na życie wymagał częstego podróżowania między wrogimi gospodarczo krajami, bo Lee trudnił się przemytem. Swojego towaru nie przewoził jednak w walizce ani nie zaszywał w ubraniu, nie potrzebował go połykać, żeby przewieźć go w żołądku. Jego kontrabandą były nowości filmowe, które przewoził w swoim wyćwiczonym do tego mózgu. Kontrola zawartości mózgu człowieka była co prawda technicznie możliwa, ale póki co sprzeczna z prawem.
9-godzinny lot upłynął mu na drzemce. Potrzebował tego bardzo i kiedy znalazł się w taksówce na kantońskim lotnisku ciągle jeszcze przecierał zaspane oczy. Taksówka zawiozła go wprost pod odrapany domek w jednej ze skromniejszych dzielnic.
Stary Baijiu jak zwykle przywitał go nietypowym dla mało wylewnych Chińczyków serdecznym uściskiem.
– Przywiozłeś mi ten „Rebel Death”? – Baijiu tak niemiłosiernie kaleczył wymowę tego krótkiego angielskiego tytułu, że Lee mimowolnie się skrzywił. Chyba udało się sprawić, żeby starzec potraktował to jak uśmiech. Zresztą jego mimika była amerykańsko-azjatycką mieszanką niełatwą do rozszyfrowania nawet dla bliskich znajomych.
– Jasne, że tak. Świeżutka premiera.
Stary paser wykonał kilka znanych tylko sobie gestów, które oko kamery bezbłędnie wychwyciło i ukryte w ścianie drzwi rozsunęły się. Lee był zaskoczony tylko za pierwszym razem, kiedy okazało się, że prowadzą do luksusowego 6-pokojowego dwupoziomowego apartamentu.
– Chcesz odpocząć? – wskazał kanapę wysokogatunkowej prawdziwej skóry.
– Nie, zacznijmy od razu. Czuję się doskonale, spałem w samolocie.
– Świetnie, dzwonię po Yunru.
Kobieta dotarła tak szybko, że Lee nie zdążył nawet dopić doskonałej aromatycznej herbaty, którą zawsze częstował go Baijiu.
Lee miał wspaniałą pamięć nawet bez hipnozy, co nie zmieniało faktu, że Yunru uwielbiała z nim pracować. W trans wprowadzała go łatwo, a wtedy z jego mózgu można było wydobyć całe terabajty szczegółowych obrazów i dźwięków, które były więcej niż wystarczającym materiałem dla komputera, żeby wyrenderował z nich cały film scena po scenie, klatka po klatce. Lee w transie mówił, rysował, a algorytmy już w ciągu kilku godzin były w stanie uzupełnić luki pamięci człowieka. Mózg Lee tworzył zresztą tych luk wyjątkowo mało, więc nie bez powodu Baijiu uważał go za najlepszego przemytnika w całych Chinach.
Procesory komputera w podziemiach domu Baijiu pracowały na maksymalnej wydajności jeszcze kilka godzin. Klienci niecierpliwie czekali na nowe wzorce do imawizji. Film zaraz po amerykańskiej premierze był bardzo łakomym kąskiem na czarnym rynku. Za tydzień jego cena spadnie o połowę, a za miesiąc… Wolał nawet o tym nie myśleć.
***
Lee zdziwił się jak szybko wpłynęła na konto jego wypłata od Baijiu. Sprawdził to natychmiast po powrocie do Stanów. Samo logowanie do portfela kryptowaluty zajmowało mu kilka chwil, bo przezornie używał kilku niezależnych szyfrowań. Baijiu musiał mieć wielu poważnych klientów polujących na nowości, albo jeszcze poważniejszych, którzy płacą z góry zanim jeszcze ta nowość do nich dotrze. Za przemycenie „Rebel Death” mógł spokojnie utrzymać się przez jakieś pół roku. Jednak przestał brać pod uwagę nawet krótki urlop kiedy zobaczył ogromny billboard zapraszający do kin na nowy film z Mayą Lark. Ona sprzedawała się zdecydowanie najlepiej jako wzorzec imawizyjny. Nie za bardzo rozumiał co takiego ludzie w niej widzą – była podobna do innych aktorek, którym też niby niczego nie brakowało, ale to ona była numerem jeden.
Jak zwykle oglądał film z loży VIP uważnie, ale bez emocji. Akcja nie była szczególnie skomplikowana, scenariusz koncentrował się na pokazaniu postaci granej przez Mayę. Thriller ,w którym kobieta coraz bardziej wikła się w perwersyjny romans z psychopatą. Znów idealnie piękna, nawet przerażona, kiedy myjąc się pod prysznicem dostrzega przez zasłonkę swojego potencjalnego mordercę. Pamiętał, że już widział podobną scenę w starym filmie. Ale Mayę było widać znacznie lepiej niż tamtą dawną aktorkę…
Samolot do Chin miał dopiero następnego dnia rano. Tym razem rejsowy odrzutowiec był wręcz ciasny. Upchano do niego ponad 20 foteli, choć pewnie poprzedni użytkownik miał ich 8 lub może 12 jeśli nie przywiązywał wagi do komfortu. Jednak pasażerowie do Cantonu zmieścili się bez problemu. Miejsce obok Lee zostało przydzielone dziewczynie mniej więcej w jego wieku. Przez chwilę zastanowił się po co ona może lecieć do wrogiego kraju, bo nie było w niej widać ani odrobiny dalekowschodniej urody. Był to ewenement na tej trasie. Zwykle unikał kontaktu wzrokowego z nieznajomymi ludźmi, ale dziewczyna tak bardzo go zaciekawiła, że przyłapał się na tym, że wpatruje się w nią przez kilka sekund. Ona zresztą też go na tym przyłapała. W odróżnieniu od Lee okazała się jednak bardziej kontaktowa. A może po prostu nie chciała się nudzić w czasie długiego lotu? Od kiedy zakazano zabierania na pokład samolotu plików z filmami i muzyką rozmowa ze współpasażerem stała się częstą metodą zabicia czasu.
– Pewnie zastanawiasz się dlaczego nie wyglądam na Azjatkę? – uśmiechnęła się do Lee.
Nie była ładna. Z bliska widać było kilka śladów po trądziku na szyi. Czerwone plamki bardzo odróżniały się od bladej skóry, włosy koloru….wg Lee „nijakiego” miała związane w koński ogon. Wyglądała jakby zaspała na samolot i nie zdążyła się nawet umalować.
– Przepraszam, ja… – patrzył na te jej niedoskonałości tak bardzo różniące ją tych kinowych aktorek, które zawsze widywał w filmach… Zupełnie nie wiedział co dalej powiedzieć.
– Może jednak mam trochę ukrytych azjatyckich genów, bo mój kraj wcale tak daleko do Azji nie leży… – znów się uśmiechnęła – chcesz się zabawić w zgadywanie czy po prostu zapytasz o to co cię interesuje? Mam na imię Agnieszka. Będzie ci teraz łatwiej zgadnąć kraj?
Wyciągnęła dłoń w jego kierunku.
– Stoczyłam bitwę z moim kotkiem o pójście do weterynarza – rzuciła tonem usprawiedliwienia, kiedy dostrzegła, że Lee patrzy kilkucentymetrowe zadrapanie na wierzchu jej dłoni – zgadnij kto wygrał?
– Ta zagadka jest łatwiejsza… – wykrztusił z siebie w końcu Lee – też miałem kota jak mieszkałem z rodzicami.
Wreszcie przełamał się i spojrzał w jej oczy – tęczówki miały różny kolor, lewe bardziej szare, prawe zielone z brązowymi plamkami. Dziwne, nie wiedział, że można mieć różne…
Przegadali prawie cały 9-godzinny lot. Mieli więcej wspólnego niż mogło się wydawać. Nigdy z nikim tak nie rozmawiał. Pierwszy raz w życiu marzył o mgle nad lotniskiem, która ten lot wydłużyłaby o parę kwadransów.
***
– Lee, co jest? Jak to się do cholery mogło stać? – Baijiu trząsł się cały ze złości.
– Coś nie tak? – mózg Lee potrzebował kilku chwil, żeby do końca wyjść z transu.
– Patrz na to! – komputer renderował obrazy Mai Lark z trądzikowymi wypryskami, szaro-mysie włosy związywała przed lustrem w pospolity koński ogon swoją podrapaną dłonią.
– Komu ona się taka spodoba!? – coraz mniej panował nad nerwami – Yunru, kiedy będzie można spróbować znowu?
– Hipnozy? Najwcześniej jutro. Dziś może tylko coś ze zwykłych wspomnień, ale nie sądzę. Najlepiej dopiero za kilka dni. – spokojny, mimo ewidentnej porażki głos Yunru jeszcze zwiększył zdenerwowanie Baijiu.
Wśród potoku przekleństw Lee zrozumiał tylko: „Najlepszy klient z Shenzen czeka, obiecałem mu”… „Jak będę teraz wyglądać”…
– Najlepiej będzie jak przenocujesz u matki. Odpoczniesz i za parę dni spróbujemy znowu – Yunru wyprowadziła go na zewnątrz.
Przeszli połowę drogi do stacji metra, kiedy Yunru odwróciła się i lękliwie spojrzała za siebie.
– Natychmiast stąd uciekaj. Zawaliłeś, a te kilka dni o których mówiłam niczego nie zmieni. Zbyt silne emocje. Nieprędko zapomnisz o tej pannie. Może nawet nigdy. Hipnoza raczej eliminuje takie rzeczy, ale to utkwiło ci w głowie bardzo głęboko. Mówimy na to dystraktor podprogowy. Dla Baijiu jesteś już bezużyteczny. On nie wybaczy, bo popsułeś mu gruby biznes. Jest cholernie lojalny wobec swoich klientów, a tym razem wpłacili mu pewnie gigantyczne zaliczki. Kto wie co ci zrobi za tę wpadkę jeśli kiedykolwiek jeszcze pojawisz się w tej części świata. Wracaj do tych swoich Stanów i zapomnij o tym całym przemytniczym biznesie. Dla ciebie to koniec.
Lee był w ciężkim szoku, ale nie aż takim, żeby nie posłuchać tej mądrej rady. W końcu ten jowialny staruszek był od lat jedną z potężniejszych postaci przestępczego półświatka.
***
Zdążył na ten sam ciasny samolot wracający tym razem do Stanów, gdzie Baijiu ani żaden z jego zbirów w życiu się nie dostanie. System identyfikacji twarzy dokładnie śledził wszystkich, którzy w jakikolwiek podpadli chińskim policjantom, a debiutanta nie wyślą na akcję do USA. Trochę uspokojony próbował zasnąć, co na chwilę mu się nawet udało, ale pod zamkniętymi powiekami pojawiały się natrętne obrazy dziewczyny o różnokolorowych oczach, podrapaną dłonią, z trądzikiem i końskim ogonem z włosów o nijakim kolorze. Nic dziwnego, że hipnoza nie była w stanie wyciągnąć z jego mózgu czystego obrazu Mai Lark, jeśli te niedoskonałości przypadkowo spotkanej w samolocie Polki tak mocno utkwiły w jego pamięci blokując pożądaną przez Baijiu i jego klientów treść. Utkwiły i fascynowały, a myśli o nich smakowały jak egzotyczny owoc nie przypominający niczego znanego do tej pory. Zdawało mu się, że otwiera drzwi do jakiegoś nowego świata, prawdziwego, istniejącego naprawdę w odróżnieniu od obrazów, którymi dotychczas karmił swój umysł.
Wysiadł z samolotu zagubiony, zdezorientowany i zmartwiony. Wyjął telefon. Wybrał numer matki. Sztuczny głos jakby z wczesnego etapu rozwoju syntezatorów mowy ostrzegał, że rozmowa z abonentem z tej części świata podlega kontroli właściwych organów i może być podstawą wszczęcia postępowania wyjaśniającego.
– Mamo, cofnęli mi tę stałą wizę. Podobno limit już wyczerpany, więc w najbliższym czasie nie będę mógł przylecieć. – przez telefon kłamało się nieco łatwiej.
***
Komórka senatora Jacka B. Nortona odegrała kilka pierwszych taktów "The Army Goes Rolling Along". Ten dzwonek miał ustawiony tylko dla jednego kontaktu.
– Cześć, Frank.
– Cześć, właśnie się dowiedziałem, że najzdolniejszy przemytnik właśnie wypadł z zawodu. W swojej wyćwiczonej łepetynie wywiózł ze dwieście największych hollywoodzkich kasowych produkcji do Chin. – każde słowo generała Brewstera było niemal muzyką dla uszu spragnionego dobrych wieści Jacka.
– Jak to się udało?
– Tajemnica operacyjna – przekomarzał się zadowolony z sukcesu generał – w każdym razie efekt jest taki, że ten dżentelmen podpadł teraz chińskiemu gangowi i w tamtą część świata już się nie wybierze. Nawet matkę tu ściąga. A i jego nieprzeciętne zdolności mocno ucierpiały. Niestety konstytucja nie pozwala postawić stawiać zarzutów kryminalnych za myśli i wspomnienia.
– Kiedyś był pomysł, żeby ją zmienić i móc legalnie przeszukiwać ludziom mózgi pod tym kątem, ale… sam go utrąciłem – zwierzył się Jack.
– Domyślam się dlaczego – uśmiechnął się Frank – może to i lepiej, choć z tego powodu musimy używać mniej zaawansowanych technicznie metod. A propos: może wpadłbyś w przyszłym tygodniu do nas do Waszyngtonu na uroczyste wręczenie medalu naszej zasłużonej agentce Agnieszce Kviatkovsky, która to osobiście wyłączyła tego drania z przemytniczego procederu. A może przy okazji też dasz jej jakiś dyplom od Senatu?