Noi i masz, rozpisałem się. I tak starałem się dzisiaj z rana, prokrastynując w robocie uciąć i zabić zdania która mi się podobały. NIestety jestem sentymentalnym głupcem :) Mea culpa i przepraszam.
Mam nadzieje, że i tak was nie zanudzę.
Alledrogowo, królewskie miasto.
Księżniczka szła powoli, wachlując się irytująco nieskutecznym papierowym wachlarzem. Skwar wdzierał się pod jedwabie, pot spływał delikatnie między jej piersiami, a gorset bezlitośnie wbijał się w żebra. W królewskich ogrodach można było poczuć ulgę od upału, gdyż pod sporymi pergolami wiły się pnącza winogron, latorośli i bluszczu.
Tuż za nią kroczył Bazyl. Znała go. Ogrodnik. Niedawno mianowany głównym, gdyż poprzedni zmarł na czerwonkę. Był pięknym młodzieńcem. Niebieskie oczy, czarne włosy w nieładzie. Jego przedramiona, spalone słońcem, twarde niczym kora dębowa, zupełnie nie pasowały do subtelnej sztuki przycinania róż. A jednak robił to doskonale. Dziadumiła westchnęła. Doskonale pamiętała te przedramiona. Jak i dłonie. Choć szorstkie i surowe, zyskiwały kompletnie inną konotację, gdy…
Zadrżała, czując jednocześnie chłód na łopatkach i palący żar rozchodzący się w piersi.
Zaledwie wczoraj dociskały jej biodra do chłodnej, wilgotnej posadzki oranżerii, a jego dłoń ogrodnika zatykała jej usta, gdy jęczała, wbijając paznokcie w jego szerokie plecy. Sapał, ograniczając się jedynie do urywanych, zwierzęcych pomruków, które w uszach królewny brzmiały o niebo lepiej niż te wszystkie dworskie formułki na zawołanie.
– Mszyce w tym roku wyjątkowo obrodziły, Pani – odezwał się nagle Bazyl, zrównując z nią krok i wskazując palcem na gąszcz pnących się róż. – Spójrz, wasza wysokość. Tak zachłannie przyssały się do pędów. Tak desperacko chłoną…
Ona też bywała taką zachłanną mszycą. Jak przedwczoraj, gdy oplotła udami jego tors w dusznej szopie z narzędziami, w ogrodzie północnym. Czuła, jak twardo pulsuje pod nią, gdy – wygięta w łuk, z włosami rozsypanymi na mokrych plecach – sama dyktowała tempo, z jękiem wyciskając z niego całą energię.
Ponownie zrobiło jej się gorąco i nie była to wina słońca, bo przecież stali w cieniu. Nigdy nie potrafiła zrozumieć tego nieposkromionego pożądania. Wszak ars amandi, sztuka choć piękna, nie przystoi księżniczce. Córce króla nie wypada sypiać z ogrodnikiem. Robili to każdej możliwej nocy. Ale nie tylko z Bazylem. Był też książę Oeliksowa. Mimo posiadania żony, nie umiał się oprzeć jej powabom. To samo było z królewskim Alchemikiem. Ileż razy chadzała do jego pracowni pod pozorem czytania ksiąg i polerowania różnych alambików i retort… A te, po wyczyszczeniu, nadawały się do zupełnie innych, bardziej wyszukanych czynności.
Potknęła się lekko o kamyczek, wybudzając się z godnych sukkuba myśli. Kilkanaście kroków za nimi, utrzymując narzucony protokołem dystans, człapał król Alergiusz. No tak. Ojciec wyczuwał w ostatnim czasie pewne skłonności, zwłaszcza od incydentu, gdy żona księcia Oeliksowa odkryła jej liścik, traktujący bynajmniej nie o naturze wszechrzeczy ani polityce. Napisała z właściwym dla siebie animuszem gdzie język był obrazoburczy, wręcz…namacalny.
Język! Och tak, Bazyl w nim również przodował. Szczególnie nocami, gdy bynajmniej nie używał go do dyskusji o pięknie gwiazd czy czerwonych róż, lecz do konwersacji znacznie głębszej. Jego język niczym płomień tańczył od ust po szyję, od szyi aż po piersi, rozpalając skórę, wzdłuż brzucha, do pępka, aż w dół… prąd ją wtedy przeszedł, aż kotarą szarpnęła i jęknęła, gdy…
Król Alergiusz, dotarłszy w pobliże, kichnął potężnie, opryskując śliną wszystkie rośliny wokoło, a i siebie samego.
– Pyłki! – rzekł, ocierając nos. – Wszędzie te przeklęte pyłki. Przeklęta wiosna. Dziadumiło! Rzecz wspaniałą mam dla ciebie i Miłodziada. Ale najpierw zostańmy sami.
Nagle z zakrętu alejki wyrósł nie kto inny, jak Teloniusz. Drab z krostami na ramionach, wielki jak dwa woły. Królewski kat, który trudnił się także – co interesujące – balwierstwem. Z usług którego rzekomo sam Bazyl zwykł korzystać.
– Teloniuszu! Świetnie, że cię widzę. Zostawcie nas samych, zaprowadźcie Bazyla na postrzyżyny. Coś zarośnięty jest chłopak.
Olbrzym mruknął, a na jego ustach błysnął niepokojący uśmiech, który Dziadumiłę wręcz zmroził. Bazyl chciał ukłonić się królowi, lecz kat złapał go za fraki i pociągnął pewnie za sobą. Ogrodnik, wystraszony, chciał się szarpnąć, lecz drab szybkim uderzeniem czoła skutecznie wybił mu to z głowy. Młodzian padłby zapewne na ziemię, gdyby nie Dziadumiła, która chwyciła go w ostatniej chwili. Opadł na jej ramiona, lecz nie mogła nic zrobić, gdy Teloniusz brutalnie go wyszarpał i przewiesił przez ramię niczym worek kartofli. Na nic zdały się jej płacz i krzyki. Ojciec był nieprzejednany. Gdy chciała w geście rozpaczy uderzyć go w twarz, ten złapał jej dłoń w locie i rzekł:
– A ty, kochana córko… – zaczął, wykrzywiając wargi w szyderczym uśmiechu. – Za tydzień wydaję bal. Miłodziad rzuci pijaństwo, a ty przestaniesz się kurwić, gdzie popadnie. Wychodzicie za mąż.
– A co z Bazylem?! Błagam, ojcze, nie zabijaj go!
– Zabijanie to rozwiązanie dla ludzi bez wyobraźni. – Król westchnął z udawanym politowaniem. – Bazyla trzeba będzie po prostu… przesadzić. Że tak to ujmę.
– Przesadzić?
– Do Wieży. Tej wieży.
Dziadumiła pobladła.
– Koniec z wałęsaniem po alkowach i stajniach – uciął król, z irytacją wycierając nos z pyłków. – Niech zjadą książęta, rycerze i czarodziejki! Wybierzecie sobie małżonków i wreszcie przedłużycie mój ród!
Nazajutrz posłańcy ruszyli z Alledrogowa we wszystkie strony świata. Nikt jeszcze tylko nie wiedział, że z tego balu wyjdzie mniej małżeństw niż trupów, a nad losem Alledrogrowa zostanie postawiony znak zapytania.
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"