Opowiadanie inspirowane obrazem pani Anny Słoncz „Kobieta turkus”,
Opowiadanie inspirowane obrazem pani Anny Słoncz „Kobieta turkus”,
Na ramieniu łóżeczka dziecięcego wisiał różowy kocyk, a przez uchylone okno wkradała się melodia pobliskich ptaków i zapach świeżo skoszonej trawy. Konrad opierał się o parapet i obserwował przyrodę. Słońce powoli zachodziło nad pobliskim lasem.
– Widzę, że dalej nie możesz się nacieszyć tym widokiem. – W progu drzwi stanęła jego żona Eliza. Jej rude kręcone włosy migotały od promieni słonecznych wpadających przez okno.
– Jesteśmy już tutaj prawie od roku, ale przyroda ciągle robi na mnie wrażenie – odpowiedział mężczyzna.
– Przyroda poczeka, ale głodna żona już nie za bardzo. Pamiętasz, że miałeś mi pomóc przy kolacji? – powiedziała z lekkim uśmiechem, ale ten szybko opadł, gdy zobaczyła różowy kocyk, który budził złe wspomnienia.
Oboje przeszli przez krótki korytarz i weszli do małej kuchni. Zaczęli przygotowywać kolację. Eliza włączyła radio stojące na obskurnym białym parapecie. Radio dwa razy zatrzeszczało i usłyszeli męski głos. W radiostacji rozmawiali o pogodzie. Ostrzegali o jutrzejszych gęstych mgłach na południowym terenie kraju. Gdy skończyli przygotowywać kolację, nastał wieczór i przez małe okienko przysłonięte białą firanką wpadło światło księżyca. Eliza położyła na stół kanapki. Konrad wyprostował wygiętą ceratę i zapalił lampkę.
– Pomyślałem, że już czas, żeby z pokoju naszej Amelii wynieść zalegające tam rzeczy – powiedział wpatrzony w zdjęcie stojące na parapecie.
Fotografia przedstawiała, jak oboje trzymają miesięczną córeczkę.
Eliza odłożyła talerz do zmywarki i oparła się o okno. Na parapecie leżała paczka papierosów i zapalniczka.
– Minęło już trochę czasu, a ja dalej nie potrafię poukładać sobie tego w głowie – Odpaliła ostatniego papierosa. – Była z nami tylko cztery miesiące i… – urwała, na jej policzku popłynęła łza. – Zamiast wtedy malować ten zasrany obraz, powinnam pójść sprawdzić co u niej i wtedy może…
– Nikt z nas nie mógł nic zrobić – przerwał jej Konrad. – Więc proszę, nie obwiniaj się. Umarła, ale nie możemy tak ciągle tkwić w tym stanie. Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Naprawdę chciałbym, żebyś wróciła do malowania. W pokoju dziecka zrobimy ci prawdziwą pracowanie. Czuję, że tego potrzebujesz. Musisz zająć czymś głowę, bo zwariujesz. – Złapał żonę za dłoń.
– Turkus… – Powiedziała pod nosem i zgasiła papierosa o popielniczkę.
Konrad nie zrozumiał, co ma na myśli.
– Chciałabym namalować coś w tym kolorze. Od kilku dni chodzi mi po głowie i powraca każdego dnia. Jakby ktoś włożył mi go do głowy, a ja nie potrafię go z niej wyrzucić. Jednak, gdy pomyślę tylko o malowaniu. Czuję się, jakbym miała pokonać wysoką górę, której szczyt przysłania gęsta mgła.
Konrad przytulił żonę i oznajmił, że jutro z rana bez żadnych wymówek jadą po wszystkie niezbędne rzeczy do pracowni, a gdy wrócą, wszystkie rzeczy związane z Amelią wyniosą na strych. Eliza przytaknęła i przytuliła męża. Udali się do sypialni, oczekując na jutrzejszy dzień.
***
Po oknach pędziły krople od porannej rosy. Konrad otworzył oczy i delikatnie szturchnął Elizę. Ta otworzyła jedno oko; przeciągnęła się i niechętnie wstała. Szurając kapciami o drewniane deski, poszła do łazienki. Konrad nie zwlekał, wiedząc, że muszą dziś załatwić sporo rzeczy. W trakcie, kiedy jego żona się malowała, zaczął przygotowywać jajecznicę z pomidorami.
O godzinie jedenastej byli już gotowi do podróży. Na podwórzu stał stary seat, którego powoli pochłaniała korozja. Konrad włożył kluczyk w stacyjkę. Silnik trzy razy zamieszał i zapalił, buchając przy tym czarnym dymem. Toczyli się powoli przez wiejską drogę, co chwile podskakując od nierównej nawierzchni. Po paru minutach wyjechali na drogę główną. Mgła w dużym stopniu utrudniała widoczność. Wyświetliła się lampka oznaczająca rezerwę paliwa. Konrad zwolnił i wypatrywał zjazdu na pobliską stację paliw. Starał się pamiętać o tutejszych rowerzystach. Nie za bardzo dbali o odblaski. Oprócz tego za nim wsiedli na rower, to musieli sobie coś chlapnąć, żeby rozweselić podróż.
Po paru kilometrach dostrzegł wyczekiwany zakręt w lewo. Podjechał pod dystrybutor i opuścił pojazd. Odblokował pistolet i zaczął lać benzynę. Uwielbiał jej zapach. W tym samym czasie Eliza oglądała swoje rude kręcone włosy w lusterku samochodowym. Kiedy skończył, żona podała mu portfel przez szybę. Przy wejściu przywitały go rozsuwane drzwi. Otwierała się tylko lewa część, a w prawej słychać było jedynie stukanie elektrycznego mechanizmu. Za ladą stała Amanda ubrana w zimową kurtkę. W jednej ręce trzymała papierosa, a drugą obracała grillujące się parówki. Konrad widywał ją tutaj, odkąd się przeprowadził. Większość ludzi w jej wieku wyjechała, ale ona została. Nie raz widział jej ojca przewracającego się na prostej drodze, a ona razem z jej młodszą siostrą prowadziły go do domu. Porozmawiali chwilę, po czym się pożegnali.
– Konrad, zaczekaj! – krzyknęła kobieta zza lady i wybiegła, po czym wręczyła mu ulotkę. – Podobno dziś otwierają jakiś sklep z antykami i innymi pierdołami. Wiem, że Eliza lubi takie rzeczy, więc może akurat zajrzycie.
– Dzięki na pewno tam zajdziemy.
Odjeżdżając, zostawili po sobie czarną smugę dymu.
– Zobacz. – Podał ulotkę żonie.
Ulotka była czarna. Na górze widniał wyśrodkowany napis „Jeśli jest coś, czego bardzo pragniesz, na pewno znajdziesz to u nas”. Na środku była odwrócona czerwona waga. Na samym dole widniał adres ,,Ul. Lubisza 43”.
– Zagadkowa ta ulotka – powiedziała Eliza.
– Podobno to sklep z jakimiś starociami i innymi cudami. Może nie będzie tam farby i płótna, ale warto rzucić okiem.
– Przekonała mnie sama ulotka. Może znajdziemy tam jakieś dekoracje do domu? – Eliza schowała ulotkę do kieszeni.
– Wydaje mi się, że znoszenie staroci do domu to średni pomysł, kiedy chcemy wreszcie zrobić remont. – powiedział Konrad.
– Tak, ale… – przerwała, gdy kątem oka dostrzegła sylwetkę wyłaniającą się z mgły. – Uważaj! – wykrzyknęła.
Konrad szarpnął za kierownicę. Z całych sił wbił się w hamulec. Samochód zatelepało, było słychać pisk opon. Nad maską przetoczyła się sarna. Uderzyła w przednią szybę, po czym przetoczyła się dalej i gruchnęła o ziemię. Samochód zatrzymał się na piaszczystym poboczu.
Eliza była wbita w fotel, ciężko oddychała. Konrad wydawał się spokojny, ale tylko z twarzy. Patrzył na wprost. Ręce mu się trzęsły.
– Chyba wszystko dobrze, nic się nam nie stało… – powiedziała Eliza, przytulając męża.
– Tak, ale muszę zobaczyć, co się stało z sarną, chociaż wątpię, że to przeżyła. Jeszcze ktoś wpadnie na drodze prosto na nią.
– Muszę zostać w samochodzie. Wiesz, jak reaguje na widok krwi, a co dopiero coś takiego. Poradzisz sobie?
Konrad przytaknął i opuścił pojazd. Na dachu pojazdu było widać ślady krwi. Ciągnęła się, aż za samochód. Dalsze ślady były przysłonięte mgłą. Konrad podążył za strugą krwi, której było coraz więcej, lecz w pewnym momencie ślad się urwał. Krążenie po ulicy było zbyt niebezpieczne, więc wrócił do samochodu.
– Żyję? – spytała Eliza, chwytając męża za dłoń.
– Było trochę krwi, ale wydaję mi się, że nic się nie stało. Nie było jej na drodze, widocznie szybko się pozbierała i pobiegła w las.
Pomyślał, że lepiej zataić trochę informacji. Eliza nie powinna w tej chwili znów krążyć myślami wokół śmierci.
– Naprawdę? Bogu dzięki… – powiedziała z ulgą.
– Ten dzień zapowiada się dla nas, naprawdę ciekawię – rzucił Konrad i przekręcił kluczki w stacyjce. Samochód odpalił i ruszyli w stronę miasteczka.
Zaparkował w centrum obok starego kościoła, którego, dach był już na tyle zniszczony, że rozmyślał czy kapiąca na głowę woda nie przeszkadza w modlitwie. Parking był płatny, więc Konrad podszedł pod parkomat. Pierwszy niestety wydał tylko bzyczący dźwięk i zjadł monety. Drugi już był bardziej łaskawy i wydrukował bilet. Kiedy udało się załatwić sprawy z parkingiem, udali się chodnikiem wzdłuż głównej brukowanej drogi do centrum. Minęli kilka ciemnych uliczek, z których roztaczał zapach alkoholu. Dochodziły też z nich również niezrozumiałe bełkoty i stukanie szkłem o szkło. Dochodząc do centrum rynku, wreszcie ujrzeli coś innego niż zazwyczaj w tym mieście. Ktoś rozstawił mały drewniany podest, a na jego środku stał wysoki mężczyzna ubrany w czarny garnitur. W dłoniach trzymał skrzypce, na których grał tak pięknie, jakby wyciągał ze swego serca najskrytsze sekrety. Dynamicznie muskał struny, po czym zwalniał i dawał widzom na chwilę odsapnąć, po czym znów przyspieszał i wciągał ich w swoje szaleństwo. Jego wzrok wędrował za Konradem i Elizą. Uśmiechał się jakby do nich, ale szybko urwał spojrzenie. Małżeństwo przystanęło dosłuchać do końca. Gdy skrzypek skończył numer, ukłonił się i ściągnął z głowy cylinder, który odsłonił długie krucze włosy. Tłum wiwatował i zaczął wrzucać pieniądze do kapelusza. Konrad i Eliza również podeszli uhonorować występ drobną kwotą. Gdy monety wylądowały na dnie kapelusza, podziękował im skinieniem głowy. Uśmiechając się, odprowadził ich wzorkiem, aż zniknęli w tłumie.
Podążyli wzdłuż ulicy Lubisza. Nie zauważyli, jak na niebie przez ten cały czas zbierały się ciemne chmury. Ochłodziło się i usłyszeli jak grzmot, przeszył niebo. Wiatr wzmógł się i dopadła ich ulewa. Rozpięli kurtki i unieśli nad głowę, chroniąc się przed deszczem. Szukali wzrokiem nowego sklepu z ulotki. Na końcu ulicy ujrzeli ciemne dębowe drzwi z wygrawerowaną wielką odwróconą wagą. Uznali, że to musi być ten sklep. Drzwi z bliska były potężniejsze, niż im się wydawało. Nie wyglądały jak wejście do sklepu, a raczej do pałacu. Konrad przejechał mokrą dłonią po pięknym drewnianym grawerze. Eliza szarpnęła za mosiężną klamkę.
– Zamknięte… – Wypowiedziała ze smutkiem. – Zauważyłeś, że nie ma ludzi, a dziś otwarcie. Może zmienili termin?
– Tak, chyba tak, niestety – odparł Konrad.
Okna, które wskazywałyby, że jest tutaj część sklepu, były przykryte czarną płachtą. Żadnego dzwonka, ale na środku drzwi wisiała mosiężna kołatka z wystającą twarzą. Konrad chwycił za kołatkę i mocno uderzył trzy razy, lecz za drzwiami nikt nie odpowiedział.
– Bardzo mi miło powitać pierwszych klientów – powiedział głos za ich plecami.
Oboje się wzdrygnęli i gwałtownie odwrócili. Patrzyli z niedowierzaniem.
– Przepraszam, chyba trochę was przestraszyłem. – Uśmiechnął się wysoki, szczupły mężczyzna, oglądając ich przez czarne lenonki przysłaniające jego oczy.
– Czy to pana wspaniały koncert na rynku? – spytała niepewnie Eliza.
– Tak nie myli się Pani i dziękuję za komplement. Nazywam się Dorian Greymoor. Dawnej przejezdny grajek, a teraz… Popatrzcie. – Rozłożył szeroko ręce. – Właściciel tego o to, przybytku z rzeczami z całego świata z czasów pradawnych i teraźniejszy.
Dorian wyciągnął swoją kościstą dłoń i przywitał się z parą. Z wewnętrznej kieszonki garnitury wyciągnął czarny klucz i umieścił w otworze. Potężne drzwi zaskrzypiały. Zaczęło padać jeszcze mocniej.
– Zapraszam, skryjmy się przed tą ulewą – rzucił Dorian, zapraszając małżeństwo do środka.
Para przeszła niepewnie przez próg. W pomieszczeniu panowała kompletna ciemność. Dorian trzy razy klasnął w dłonie i wielki żyrandol wyglądający jakby kiedyś wisiał w królewskim gotyckim zamku, oświetlił większość pomieszczenia. Szli po pięknie zdobionym w złote wzory czerwonym dywanie. Pomieszczenie przyozdabiały dzieła sztuki z każdej epoki: zbroja rycerska z hełmem w kształcie smoka, miecz, za szklaną gablotą, na którym było widać jeszcze resztki krwi, meble mahoniowe, drewniany manekin ubrany w czarną suknię wiktoriańską z szerokim kapeluszem i wiele innych rzeczy większych i mniejszych. Tak pięknych, że para przez chwilę poczuła się, jakby cofnęli się w czasie. Eliza utkwiła wzrok na ścianie, gdzie wisiał spory portret.
– Piękny… Nieprawdaż? – powiedział Dorian, dołączając do zadumanej Elizy.
Obraz przedstawiał kobietę z nadmiernym uśmiechem i zadowoleniem na twarzy. Kontrastowało to mocno z jej zamkniętymi powiekami zszytymi nitką tak mocno, że po oczach ściekała krew. Kolory, które użył artysta były zachowane w barwach ciepłych. Na dole był napis ,,Radość”.
– Jest niesamowity. – Eliza podeszła bliżej obrazu. – Kobieta z obrazu jest radosna, ale kryje się niej wiele mroku. Powiedziałabym, że malarz celowo przedstawił ją radosną w ciepłych barwach. Tymi szwami na powiekach i krwią chciał przekazać, że ta kobieta całe życie oszukiwała samą siebie.
Dorian wyprostował się nagle i obrócił w stronę Elizy.
– Tak, tak! – podniósł głos z podniecenia. Czujesz to, prawda? Ten portret to tylko z pozoru radość, a tak naprawdę to cierpienie przywdziewane przez lata noszenia maski radości. – Od razu widać, że jest pani wspaniałą artystką. – Spójrzcie państwo tutaj.
W miejscu, w którym wskazywał, znajdywała się tylko piękna rama dla obrazu.
– To tylko rama. Oczywiście, piękna, ale nie widzę nic więcej – odparł Konrad.
– Oczywiście, że tak. To miejsce dla bliźniaczki, ale to już nie będę zajmował wam więcej czasu. Prawda? – Czas, żebyście przejrzeli mój asortyment i jeśli coś się spodoba, będę za ladą.
Dorian zostawił ich samych. Oboje ruszyli przeglądać dalsze zakątki tajemniczego sklepu. Konrad podziwiał dzieła, ale nie w takim stopniu co jego żona. Uśmiechnął się, kiedy znów zobaczył ją taką radosną z ognikami w oczach. Nie widział jej takiej już bardzo długo.
– Konrad patrz, jak myślisz, co może być za tą białą płachtą. – spytała radośnie.
– Nie krępujcie się – Powiedział Dorian za ich plecami.
Oboje wzdrygnęli się. Nie słyszeli jego kroków.
– Przepraszam, że znów was przestraszyłem. – Splótł ręce za plecami. – Mam tylko jeden warunek, jeśli chcecie zobaczyć, co kryje ta płachta.
– Jaki warunek? – spytał Konrad.
– Musi to zrobić pani Elizabeth. Również za nim sięgnie po płachtę, musi bardzo mocno wyobrazić sobie, co ma się pod nią ukazać. Nic trudnego. To taki mój zwyczaj – Uśmiechnął się.
Dziwny, lecz prosty był to dla nich warunek. Eliza stanęła przed płachtą i zamknęła oczy. Wyobraziła sobie swoją córeczkę, którą trzyma na rękach, a przed nią jest piękny ukończony obraz w odcieniach turkusu. Delikatnie chwyciła płachtę i pociągnęła. Płachta zsunęła się, ukazując mahoniową sztalugę z pięknymi grawerami, na której umiejscowione było lniane płótno. Obok stał równie piękny jak sztaluga stołeczek wykonany w tym samym gotyckim stylu. Na nim leżała drewniana paleta z zestawem pędzli oraz farb olejnych. Najciekawsza była jednak szklana karafka wypełniona farbą olejną.
Eliza bez słów sięgnęła po karafkę. Pięknie mieniła się, odbijając czerwone światła wiszących lamp. Gdy ujrzała kolor farby, prawie wypuściła go z ręki.
– Jest turkusowa… – powiedziała Eliza i spojrzała na Doriana.
Ten wyszczerzył zęby i podszedł bliżej.
– Oczywiście, że turkusowa… – odparł i chwycił za karafkę, podnosząc ją do góry tak, żeby światło lamp podświetliło jej kolor. – Taki kolor sobie wymarzyłaś prawda? – Oddał karafkę Elizie.
– Ile by wyszło za to wszystko? – spytał Konrad, równie podekscytowany całą sytuacją.
Dorian rzucił cenę, ale była tak olbrzymia, że Konrad i Eliza zaniemówili.
– Na tyle niestety nie możemy sobie pozwolić. – Eliza odłożyła ze smutkiem karafkę.
– A może…? – Dorian podszedł bliżej Elizy. – Co wy na to jakbym oddał wam całość za darmo?
Oboje zamarli i spojrzeli na siebie. Poczuli, że chyba Dorian próbuje ich naciągnąć. Że przyszykował dla nich jakiś haczyk.
– Ale jak to, za darmo? – spytał Konrad.
– Za darmo – rzucił wesoło Dorian. – Ale… – przeciągnął i spoważniał. – Mam pewien, mały warunek. Obraz, który namaluje na nim pani Elizabeth, zostanie mi oddany. Oprócz tego, że ten zestaw będzie wasz, to dodatkowo zapłacę za obraz. Zapłatą będzie coś, czego na pewno nie jesteście w stanie kupić. Zgoda?
– Zgoda – rzuciła Eliza, nie zastanawiając się i uścisnęła twardą dłoń Doriana.
– Wspaniale! – zawtórował. – Nie będziecie oczywiście problemu, żeby spisać umowę, że w zamian za te rzeczy przekażecie mi obraz?
– Nie… oczywiście to żaden problem – powiedziała niepewnie Eliza i spojrzała na męża.
– Znakomicie, w takim razie podejdźcie do lady, a ja zawołam moją prawą rękę, żeby przyniosła dokument. – Klasnął dwa razy.
Echo rozniosło się po pomieszczeniu. Wszystkie światła zamrugały, wydając metaliczny dźwięk. Z pomieszczenia za czerwoną zasuwaną kotarą wyszła kobieta z założonym na głowę czarnym welonem. Popielate włosy opadały na ramiona. A czarna wiktoriańska suknia sunęła po podłodze. Konrad i Eliza podeszli do lady nie odrywając wzroku od kobiety. Próbowali przyjrzeć się jej twarzy. Welon i półmrok pomieszczenia pozwalał im dostrzec tylko pomalowane na czarno usta i bladą cerę.
– Proszę, to dokument dla was – powiedziała aksamitnym głosem, rozwijając pergamin.
– Nie wiedziałam, że jeszcze używa się takich pergaminów. – powiedziała Eliza, czytając ręcznie spisany dokument. Pod palcami czuła szorstką fakturę.
– Proszę, podpisać tym piórem – powiedziała kobieta i podała pióro.
– Eliza powolnym ruchem zaczęła nakreślać swój podpis. Kobieta w welonie delikatnie się uśmiechnęła, a Dorian wstrzymał oddech i szaleńczo podążał wzrokiem za wędrującym piórem.
– Wspaniale… – odetchnął Dorian. –Już nie mogę się doczekać, co Pani stworzy. – Wyniesiemy rzeczy na zewnątrz. Nie daleko jest tutaj parking, wszystko sobie zapakujecie.
Stało się. Dokument został podpisany i umowa została zawarta. Małżeństwo jeszcze raz podziękowało za wszystko, po czym wyszli i po krótkiej chwili wrócili. Rzeczy stały już na zewnątrz. Niebo rozchmurzyło się, odsłaniając słońce. Dorian czekał na nich uśmiechnięty, a obok stała jego drobna pomocnica. Spakowali wszystko do samochodu. Uścisnęli sobie dłonie i pożegnali się.
Całą drogę rozmawiali o wydarzeniu w sklepie z antykami. Gdy przyjechali do domu, nie zwlekając, weszli do pokoju zmarłej córki. Konrad wyniósł wszystkie rzeczy córeczki na strych. Jak wrócił, od razu zabrali się za przygotowanie pracowni dla Elizy. Dorian dorzucił im dwie piękne lampy, które ustawili w pomieszczeniu. Zawiesili czarne zasłony na okna, ponieważ Eliza uwielbiała pracować tylko przy świetle lamp. Z nadejściem nocy pomieszczenie było gotowe. Oboje patrzyli na efekt swojej ciężkiej pracy.
– Te piękne rzeczy naprawdę tu pasują – powiedział Konrad, wycierając dłonią mokre czoło.
Eliza objęła męża i ucałowała w policzek. Oparła głowę na barku i wpatrywała się w lniane płótno. Czerwone światła obijały się w jej oczach, jeszcze bardziej podkreślając piwny kolor.
– Wyglądają bardzo pięknie i naprawdę nie mogę się doczekać jutra – Wyobrażała sobie kobietę z zamkniętymi oczami, którą ze wszystkich stron pochłaniały różne odcienie turkusu.
***
Nastał nowy dzień. Konrad przeciągnął się i spojrzał na żonę. Ta tylko zmrużyła oczy i zakryła się kołdrą. Po pomieszczeniu niósł się dźwięk cykania zegara, który wskazywał dziewiątą. Konrad odświeżył się i zaczął przygotowywać śniadanie. Co chwilę ziewał i zaglądał przez okno, obserwując pobliski las. Przypomniał sobie o potrąconej sarnie i rozmyślał, czy jeszcze żyje. A jeśli żyje, to czy w ogóle jest dalej w stanie funkcjonować z taką raną. Czy padnie samotna w jakiś krzewach, powoli dogorywając, czy zostanie pożarta przez wilki?
– Ktoś tu ma głowę w chmurach – powiedziała Eliza za jego plecami.
– Przecież wiesz, że moje nadmierne myślenie, to moja super moc – powiedział Konrad i ułożył śniadanie na stole.
Oboje porozmawiali o wczorajszej sytuacji w sklepie, która wydawał im się trochę nienaturalna. Kiedy zjedli, Eliza pozmywała naczynia i udała się do pracowni, by zacząć prace nad nowym dziełem. Konrad poszedł do swojego małego gabinetu, w którym pracował na stanowisku juniora programisty dla norweskiej firmy.
– Cholera jasna… – rzucił, gdy zobaczył swoją skrzynkę pocztową i ilością błędów do poprawy. – Bez mocnej kawy się nie obejdzie.
Zrobił mocną czarną kawę i zaczął pracę. Początek był ciężki jak to zawsze po długiej przerwie. Czasami cały dzień schodził tylko na przypomnienie sobie, jak pracuje się w danej firmie. Poszło jednak lepiej niż myślał, i uwinął się ze wszystkim do szesnastej. Zazwyczaj o tej porze w domu rozlegały się przeróżne dźwięki, które wydawała gotująca Eliza. Tym razem w domu panowała totalna cisza. Konrad uświadomił sobie, że ani razu nie przechodziła obok jego pokoju. A przecież musiał przejść, ponieważ obok była toaleta. Zmartwiony wstał od komputera i poszedł sprawdzić do pracowni. Delikatnie otworzył drzwi. Skrzypienie przecięło ciszę. Wszedł do środka. Było kompletnie ciemno; żadna lampa nie była zapalona. Zarys sylwetki Elizy siedział wyprostowany i wykonywał powolne dokładne ruchy pędzlem na płótnie.
– Hej wszystko w porządku? – spytał Konrad i położył delikatnie dłoń na barku.
Żadnej odpowiedzi. Słyszał tylko jej szybki oddech.
– Eliza… – spojrzał na nią.
Oczy były szeroko otwarte. Źrenice świdrowały w różne strony, jakby nie mogły za czymś nadążyć.
– Eliza nie strasz mnie, Halo!
Jego żoną wzdrygnęła się i upuściła pędzel na ziemie.
– Konrad co mnie tak straszysz! – wykrzyczała na niego i wstała ze stołka. – Zgasiłeś mi światło? – Zapaliła lampy.
Pokój rozświetlił czerwony kolor. Na lnianym płótnie Konrad kątem oka dostrzegł wyłaniający się kształt ludzkiej twarzy.
– Naprawdę nie słyszałaś, jak do ciebie mówiłem? Światła były zgaszone, gdy tu wszedłem. Zachowywałaś się jakbyś była…
– Chora psychicznie?! To chcesz powiedzieć?
– Nie to nie tak, bardziej…
– Nie musisz kończyć. Po prostu wyjdź i zostaw mnie samą…
Konrad przez chwilę chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrozumiał, że w tej chwili dorzuciłby tylko rozpałki do ogniska. Zamknął drzwi i poszedł do kuchni. Zaczął przygotowywać obiad. Rozmyślał nad stanem swojej żony. Obawiał się, że może rzeczywiście przez stratę dziecka, jej psychika została złamana. Może nie widział wczesnych objawów i objawiły się właśnie dziś. Martwił się i nie wiedział, czy interweniować, czy przeczekać stan żony. Zaniósł do pracowni talerz z obiadem. Tym razem siedziała przy zapalonych światłach. Była skupiona, nie zareagowała, kiedy wszedł. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Postawił talerz na komodę przy drzwiach.
– Smacznego – rzucił i wyszedł, nie czekał na odpowiedź.
Dalszą część dnia spędził przy komputerze, a gdy nadszedł wieczór, zrobił kolację. Eliza nie wyszła z pracowni dziś ani razu, nawet do toalety. Martwił się i nie wiedział, co zrobić. Zabrał talerz z kolacją i otworzył drzwi do pracowni. Eliza była w tej samej pozie. Jej długie włosy falowały razem z jej ruchem ręki, w której trzymała pędzel.
– Nie zjadłaś obiadu i ani razu nie wychodziłaś do toalety. – Spoglądał na nie ruszony obiad, na którym ucztowały dwie muchy.
– Maluje… nie przeszkadzaj mi.
– Eliza porozmawiajmy, proszę cię.
– Maluje…, wyjdź – powiedziała, lecz nie można było usłyszeć w jej tonie żadnych emocji.
Konrad chciał krzyknąć, ale się powstrzymał. Wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Odpalił samochód i pojechał na najbliższą stację. Kupił paczkę papierosów, a kiedy wrócił, słońce już znikało w koronach drzew. Usiadł na ganku. Popatrzył na paczkę papierosów. Uświadomił sobie, że ostatni raz, kiedy wziął papierosa do ust, to były czasy licealne. Wziął pierwszego macha i poczuł, jak drapie go w gardło. Kręciło mu się w głowie, ale poczuł ulgę. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio czuł się tak rozluźniony. Przypomniały mu się jego młodzieńcze lata, kiedy czuł, że świat stoi przed nim otworem. Zapalił jeszcze drugiego i wrócił do domu. Umył się i położył do łóżka. Martwił się o żonę i liczył, że jutrzejszy dzień przyniesie pojednanie.
***
Konrad poczuł na twarzy ciepło promieni słonecznych wpadających przez okno. Poczuł, że coś leży na jego brzuchu. Była to ludzka ręka, która ociekała farbą. Strącił ją i sturlał się z łóżka. Lądując na łokciu, przeszył go promieniujący ból, który potwierdził mu, że to nie sen. Zerwał się na nogi i spojrzał na łóżko. Nie wiedział, co powiedzieć.
– Konrad… – powiedziała ospale Eliza, otwierając oczy. – Musisz hałasować tak z rana?
Chciał coś powiedzieć, ale nie rozumiał, na co patrzy. Całe łóżko było wymazane. Na łóżku leżała naga Eliza wysmarowana turkusową olejną farbą. Jej rude włosy zlepiły się, tworząc jedną całość.
– Co ty tak stoisz? – spytała i się uśmiechnęła. Białe zęby i oczy błyszczały przez kontrast, jaki nadawała jej powłoka z farby.
– Wszystko jest w farbie… – Eliza co ty do jasnej cholery wczoraj robiłaś?! – wykrzyczał Konrad.
– Oj… Rzeczywiście. – Przetarła dłonią udo i odsłoniła skórę pod farbą. – Pamiętam tylko, że skończyłam malować… Było już bardzo późno i położyłam się do łóżka nic więcej.
– Musisz się przemyć. To cud, że farba jeszcze nie dostała ci się do oczu. Ja ogarnę całe łóżko za ten czas. Jak wyjdziesz, powinniśmy porozmawiać.
– Dobrze Konrad, daj mi chwilę i przepraszam, ale naprawdę nie wiem, jak to się stało. – Patrzyła na męża miną kota, który właśnie coś stłukł.
Konrad tylko przytaknął. Eliza wstała i wyszła do łazienki, zostawiając za sobą olejne ślady stóp.
– Co tu się, kurwa dzieje…? – Konrad usiadł na podłodze i oparł się o ścianę.
Pomyślał, że Eliza zwariowała. Coś w niej pękło, na tyle mocno, że jej mózg tego nie udźwignął. Może to jego wina. Zaklął w myślach. Może za mało ją wspierał. Zadręczał się myślami, aż coś wyrwało go z samobiczowania.
Jeszcze raz spojrzał na umorusaną pościel i łóżko. Wiedział, że Eliza ma farby w tubkach, nie w wiadrach. Wyszedł z sypialni. Na korytarzu słychać było dźwięk prysznica. Powoli otworzył drzwi do pracowni. Wszystko było umazane turkusową farbą. Wyglądało to tak jakby wpuścić pijaną osobę, która co chwilę macza ręce w farbie i próbuje utrzymać równowagę w pokoju. Pod sztalugą malarską utworzyła się kałuża z farby. Konrad podszedł bliżej i zobaczył, że na płótnie wyłonił się portret kobiety. Była coraz wyraźniejsza, jednak dalej był to tylko zarys bez szczegółów. Konrad przykucnął i dotknął farby ręką. Pokój zaczął falować wokół niego. Ktoś szeptał. Bardzo szybko i nie zrozumiale.
– Konrad wszystko w porządku? – Eliza złapała go za ramię.
Wziął głęboki oddech, jakby wynurzył się z odmętów wody.
– Eliza… Skąd tutaj tyle farby? – Próbował złapać oddech.
– Ja… Ja naprawdę nic nie pamiętam. – Objęła męża. – Wiem tylko, że muszę cię przeprosić za wczoraj, nie byłam sobą, ale to już się nie powtórzy; obiecuję.
Konrad w tej chwili chciał tylko powroty dawnej żony. Odetchnął z ulgą, że znów jest po staremu i zasugerował jej, by posprzątać ten cały bałagan. Razem w dobrym nastroju zabrali się za sprzątanie. Cały czas rozmawiali na różne tematy, jakby nic się nie wydarzyło. Eliza cały czas się uśmiechała i zaczepiała męża. Raz podszczypując lub gilgotając, kiedy ten wycierał farbę. Już dawno jej takiej nie widział. I chciał widzieć ją taką zawsze.
Skończyli pod wieczór. Eliza zaproponowała, że zrobi kolację i udała się do kuchni. Gdy znikła za ścianą chciał jeszcze pójść sprawdzić, czy w pracowni wszystko zostało doczyszczone. Gdy pociągnął za klamkę. Drzwi nie drgnęły.
Ktoś zadzwonił do drzwi.
Podszedł do drzwi wejściowych i zerknął przez wizjer. Ciemność. Zapalił światło na ganku i spojrzał ponownie. Czarne sylwetki mignęły w ciemnościach i znikły w zaroślach obok domu.
Sięgnął po latarkę, która wisiała na wieszaku z ubraniami. Ubrał bluzę i wyszedł na zewnątrz. Pochmurne niebo przykrywało księżyc. Wiatr kołysał pobliskimi drzewami. Skierował latarkę na zarośla.
– Bu!!! – Dwóch chłopaczków i dziewczynka wyskoczyło z krzaków.
Konrad mało nie rzucił w nich latarką.
– Dzieciaki co wam mówiłem dzwonieniu i straszeniu ludzi wieczorem, chyba nie chcielibyście, żebym wszystko powiedział waszemu ojcu?
Dzieciom od razu zrzedła mina i przeprosiły. Najbardziej przepraszali chłopcy, myśląc o grubym skórzanym pasie swojego ojca.
– No, zmykajcie i żeby to ostatni raz.
Trójka kawalarzy podziękowała i pobiegła ścieżką w stronę swojego domu. Konrad wrócił do domu i odłożył latarkę. Eliza przygotowała kolację. Opowiedział jej o zdarzeniu z urwisami, ale Eliza tylko się uśmiechnęła. Patrzyła przez okno, wydawała się nieobecna. Kiedy zjedli kolację, zasugerowała, żeby oboje udali się pod prysznic. Konrad zaniemówił, ponieważ takiej rzeczy się nie spodziewał. Po chwili oboje wylądowali pod prysznicem, pozwalając sobie na trochę zabawy pod parującą wodą. W dobrym humorze położyli się do łóżka, które pachniało świeżą pościelą. Konrad obrócił się, a Eliza objęła go, przytulając się do jego pleców. Przypomniał sobie, o co miał spytać.
– Powiesz mi, dlaczego zamknęłaś drzwi do pracowni?
– A tak zapomniałam ci powiedzieć – Wydaje mi się, że muszę jeszcze zrobić sobie trochę przerwy od malowania. Nie na długo, ale mam nadzieję, że zrozumiesz…
– Oczywiście, że rozumiem, na wszystko przyjdzie czas. – Obrócił się i pocałował żonę. Zegar ścienny tykał wybijając rytm. Eliza wtuliła się w Konrada. Uśmiechała się. Szerzej niż zwykle. Nienaturalnie. Konrad zasnął.
***
Kolejne dni mijały, a między Konradem i Elizą było coraz lepiej. Śmiali się, zaczepiali i gonili po podwórku jak para małych dzieci. Cały czas rozmawiali o świecie. Kobieta zadawała wiele pytań. Czasem bardzo głupich, a czasem głębokich. Konrad zauważył, że nie pamiętała pewnych wydarzeń z ich życia. Z dnia na dzień była coraz bardziej radosna, ale Konrad nie rozumiał niektórych jej zachowań. Zaczęła bać się ciepłej wody i rzadko korzystała z toalety. Unikała wyjścia z domu i bardzo często wpatrywała się w drzwi od pracowni.
Pewnego dnia Konrad siedział przy stole, przeglądał kursy akcji, a Eliza kroiła ziemniaki. Nagle przeklęła i odrzuciła nóż do zlewu. Zerwała się i pobiegła w stronę toalety.
Konrad nie zdążył zapytać, co się wydarzyło. Wstał i zobaczył, że w zlewie leży nóż. Zobaczył, że na ostrzu jest turkusowa farba. Poszedł w stronę łazienki. Zobaczył Elizę, która stała przy umywalce.
– Nie wchodź – powiedziała ostrym tonem. Na tyle mocnym, że Konrad od razu przystanął, nie przekraczając progu.
– Coś się stało? – spytał.
– Nie martw się, poradzę sobie. Zamknij drzwi.
Konrad wysłuchał prośby. Wróciło do niego wiele pytań, na które z jakiś powodów nie szukał odpowiedzi. Przez te miłe dni, które spędził z żoną, jego czujność została uśpiona.
Zaczął przeszukiwać szafki. Delikatnie otwierał każdą z nich, żeby nie narobić hałasu. Pod białą chusteczką w jednej z nich znalazł klucz do pracowni. Nie zwlekając, włożył go do zamka pracowni i przekręcił. Czuł, że musi się pospieszyć. Nie wiedział, dlaczego, ale nie chciał, żeby Eliza go tu zobaczyła. Zapalił jedną lampę. Stanął przed obrazem przedstawiającym kobietę z zamkniętymi oczami. Portret był prawie skończony.
– Jak to możliwe, przecież Eliza tu nie zaglądała. – Dotknął płótna.
Pokój znów zafalował tak jak wcześniej. Lampa przygasła. Szepty powróciły, wdzierając się do jego głowy. Nacierały z taką siłą, że musiał przykucnąć. Nagle ustały, a lampa znów rzuciła światło na obraz.
– Konrad, czy to ty… – Powiedział słaby głos dobiegający z obrazu.
Konrad złapał się za głowę, pomyślał, że zwariował. Chciał uciec z pokoju.
– Konrad to ja Eliza… Pomóż mi… Proszę… – Słychać było cichy przygłuszony płacz.
– Eliza? – spytał Konrad i przystawił ucho do obrazu.
– Jesteś sam? – spytała. Jej głos był słaby.
Konrad poczuł, że serce zaczyna mu szybciej bić. Nie słyszał lecącej wody w łazience, ale był pewny, że usłyszy dźwięk otwieranych drzwi.
– Tak jestem sam, to naprawdę ty? Ale jak? I jak możesz być Elizą, jak ona jest tutaj?
– Nie mamy czasu. To coś w domu, to nie ja. Nie wiem czym jest, ale wiem, że ma złe zamiary. Powiedziała mi, że jedyne wyjście, to ukończenie obrazu. Cały czas malowałam go tutaj, po drugiej stronie. Jest tu tak ciemno i wilgotno. Czuje, że słabnę…
Konrad milczał przez chwilę, ale wierzył głosowi. Przerażało go tylko, że istota, która tu jest, cały czas była tak blisko niego.
– Co mam robić? – spytał.
– Dziś wieczorem ukończę obraz. Musisz wtedy się wymknąć i wystarczy, że włożysz rękę przez płótno, a ja ją chwycę. Pamiętaj, że nie możesz dać po sobie nic poznać…
Rozległ się dźwięk zamykanych drzwi od łazienki.
Uciekaj stąd! – głos z obrazu krzyknął i znikł.
Konrad zerwał się na nogi. Zgasił lampę, uchylił drzwi i bezszelestnie zamknął drzwi na klucz. Ruszył jak gdyby nic się nie stało w stronę Kuchni.
– Hej, gdzie byłeś? – spytała Eliza wychodząca zza rogu korytarza.
Konrad poczuł, jakby ktoś przykładał mu nóż pod gardło. Szukał możliwości wyłgania się. Znalazł tylko jedną możliwość. Wiedział jednak, że może stracić klucz.
– Szukałem klucza od pracowni, pomyślałem, że może tam przewietrzę; chociaż na chwilę.
Eliza zrobiła szerokie oczy i podbiegła do Konrada. Wyrwała klucz i schowała do kieszeni.
– Pamiętaj, że to moja przestrzeń, w której pracuje. Jeśli będę chciała tam przewietrzyć, to zrobię to – powiedziała poważnym tonem.
Konrad przytaknął i wymusił uśmiech. Eliza odpowiedziała uśmiechem i znów wrócił jej humor. Wtuliła się w niego przykładając głowę do klatki piersiowej. Konrad poczuł się niezręcznie. Zaczął odczuwać, jak miękną mu nogi na myśl, że w tej chwili obejmuje go ktoś lub coś obcego. Przemógł się i także ją przytulił.
Następne godziny Konrad wymyślał na bieżąco jakieś prace na podwórzu. Rąbał drewno i przenosił worki z piaskiem. Wszystko by tylko nie być w domu. Powoli się ściemniało. Przez okno z kuchni wyglądała Eliza, która machała mu radośnie śledząc jego każdy ruch. Odmachał i odjechał taczką w stronę szopki.
Nadeszła noc. Konrad wrócił i u wejścia przywitała go Eliza. Krzyżowała ręce za plecami, jakby coś trzymała. Konrad poczuł napięcie w ciele.
– Skoczymy razem pod prysznic? – spytała.
– Tak oczywiście, skoczę tylko po rzeczy na przebranie. – Przełknął ślinę. Myślał ciągle o tym co trzyma w dłoniach za plecami.
– Dobrze będę czekać w łazience. – oznajmiła i przełożyła coś w ręce.
Konrad wyciągnął bokserki z szafy. Usiadł na łóżku i złapał się z głowę. Wziął kilka głębokich oddechów, po czym powolnym krokiem poszedł w stronę łazienki. Korytarz wydawał mu się jakiś ciaśniejszy niż zwykle, a wiszące portrety wydawały się podążać wzrokiem za nim. Otworzył drzwi. Eliza była naga, od razu chwyciła go za dłoń i zaciągnęła pod prysznic. Leciała chłodna woda, a kobieta pocierała dłonią o skórę Konrada. Zachowywała się jak dziecko, które pierwszy raz widzi jakiś przedmiot i musi go zbadać. A tym przedmiotem była skóra Konrada. Był przerażony i czekał, kiedy wreszcie skończy.
– Gorąca woda – pomyślał wpatrzony w pokrętło z czerwony znacznikiem.
Chwycił za nie i przekręcił do końca. Z prysznica poleciał wrzątek, oblewając Elizę. Wrzasnęła i straciła równowagę. Jej skóra zaczęła się rolować, aż w końcu pękła. Ciało pokryły ropnie, z których zaczęła wyciekać turkusowa breja, która wpływała do odpływu prysznica. Jej białka oczu zalały się ciemnym kolorem.
– Coś tyyy, zrobiłłł! – Warknęła istota, z której rozerwana skóra schodziła płatami.
Konrad zamknął kabinę i wybiegł z łazienki. Chwycił za miotłę i przyblokował drzwi.
Wbiegł do sypialni i zdążył założyć tylko dresy. Popędził w stronę kuchni. Krople deszczu zaczęły stukać o okna. Zapalił światła w korytarzu. Wywalał wszystkie przedmioty z szafek na ziemię i na kolanach szukał klucza. Słyszał głuche równomierne dźwięki istoty, która próbowała sforsować drzwi.
– Kurwa, gdzie ten klucz! – wykrzyczał w myślach spanikowany.
Przypomniał sobie, że istota miała na sobie jeansy. Wrócił do sypialni. Na łóżku leżały spodnie i w tylnej kieszeni znalazł klucz. Nie zwlekał i wybiegł na korytarz, lecz pośliznął się i barkiem uderzył o szafę. Spadł wspólny obrazek z Elizą i rozbił się na kawałki. Krzyk istoty przepełnił dom, zagłuszając burzę szalejącą na zewnątrz. Konrad dotarł do drzwi od pracowni. Dłonie mu drżały. Nie mógł wcelować kluczem do zamka.
– No dalej! – wykrzyknął.
Udało się. Otworzył drzwi i wpadł do pomieszczania. Zobaczył ukończony obraz przedstawiający turkusową kobietę.

(Anna Słoncz, Kobieta turkus)
– Eliza! – wykrzyknął i dotknął dłonią obrazu.
Płótno pochłonęło rękę Konrada. Poczuł, że chwycił kobiecą dłoń. Dołożył jeszcze drugą rękę i szarpnął. Z obrazu powoli zaczął wyciągać Elizę, która była cała w lepkiej turkusowej mazi.
– Kochanie, obudź się!
Nie kontaktowała. Drzwi od łazienki z hukiem uderzyły o ścianę. Konrad ułożył Elizę na podłodze i wybiegł z pokoju. Piorun trzasnął w pobliżu domu. Wysiadło całe zasilanie. Panowała ciemność. Zapadła cisza przerywana była szybkimi oddechami Konrada i deszczem walącym o okna. Nie słyszał żadnych kroków. Schylił się do szafki po latarkę i poczuł, jak coś rozcina mu ścięgno w prawej nodze. Jęknął z bólu i stracił równowagę. Stała nad nim koścista istota bez skóry. Po jej odkrytych ścięgnach sączyła się tłusta maź. Spoglądała na Konrada szerokimi oczami, a w prawej ręce trzymała nóż kuchenny.
– Czym ty jesteś? – spytał, podsuwając się do ściany.
– Jestem perfekcją, którą popsułeś… – syknęła i rzuciła się z nożem.
Mężczyzna zasłonił się dłońmi. Stracił palca. Wrzasnął i kopnięciem wywrócił Istotę. Zabrał latarkę i wybiegł na dwór. Gołe stopy zapadały mu się w mokrej ziemi. Wiatr szalał, a las szumiał. Biegł w stronę szopki. Pośliznął się. Zobaczył jak istota wypada z domu, i szaleńczo biegnie na niego z nożem. Spróbował wstać. Nie zdążył. Nóż przeszył jego udo od boku. Usłyszał śmiech. Czarne oczy istoty błyszczały, reflektując światło błyskawicy pędzącej po niebie.
Konrad wyrwał nóż z uda i zamachnął się nim z całych sił. Stal przeszyła gąbczastą czaszkę istoty od góry.
– Naprawdę myślałeś, że pójdzie tak łatwo?! – ryknęła z wściekłości.
Wyrwała nóż z głowy i ruszyła na czołgającego się Konrada. Nagle z zarośli wyleciała sarna z zakrwawioną nogą i staranowała istotę. Zwierzę tak jak szybko się pojawiło tak samo szybko znikło w zaroślach. Konrad ostatnimi siłami wczołgał się do szopki cały zakrwawiony. Z ledwością wstał na nogi i wyjął piłę motorową. Szarpnął kilka razy za linkę. Istota wyważyła drzwi od szopki. Piła zaryczała. Konrad zamachnął się i wbił się w brzuch istoty. Z całych sił ciągnął prowadnicę do góry, powoli rozdzierając ją na dwa kawałki.
– Przeeestańńń! Konrrraad, przecieeeż, tooo, jaaa, twoooja, żonnnaaa!
– Istota wykrzykiwała, ale Konrad nie przestawał.
W końcu przepołowił jej ciało i te runęło bezwładnie na ziemię. Odrzucił piłę i popędził do domu. Eliza leżała półprzytomna w pracowni.
– Boże Konrad… Jesteś cały we krwi – powiedziała słabym głosem.
– To nic… To naprawdę nic – odpowiedział zalany łzami i przytulił żonę.
Zabrzmiał dzwonek do drzwi. Burza ustała i nastała cisza. Drzwi frontowe zaskrzypiały i do pracowni wszedł Dorian wraz ze swoją pomocnicą.
– Witam… – Ukłonił się – Nie sądziłem, że wam się uda. – Uśmiechnął się. – Historia z poprzednim obrazem nie zakończyła się tak dobrze. Ale to nic, ja oczekuję tylko wyniku, więc winszuje.
– Dorian… – syknął z bólu Konrad – Od początku wiedziałeś, co się stanie. – Kim ty do choler jesteś! – warknął, próbując wstać.
– Nie wstawaj… – Żółte oczy błysnęły za okularów. – Jeśli wstaniesz, Alicja skręci ci kark.
Konrad powstrzymał się. Wiedział, że nie żartuje.
– Alicjo… – Dorian wskazał palcem na portret.
Służka odbezpieczyła płótno, delikatnie za nie chwyciła i przystanęła obok Doriana.
– Tyle emocji w tym obrazie… – powiedział delikatnym głosem wpatrując się w portret kobiety. – Emocje są jak narkotyk, bez którego nie mogę funkcjonować. – Zdjął skórzaną rękawiczkę i dłonią przesunął powoli po obrazie. – Ach… no tak zapomniałbym. Wasza zapłata. – Założył rękawiczkę i klasnął w dłonie.
Wszystkie światła przygasły i zapadła ciemność. Po chwili zasilanie powróciło, a po Dorianie i jego pomocnicy nie było śladu. Z górnej części domu dobiegł cichy płacz. Konrad zerwał się na nogi i popędził na górę. Nigdy nie pomyliłby tego dźwięku z żadnym innym.
Minęła chwila i Eliza usłyszała, że schodzi po schodach. Nie słyszała już płaczu. Konrad wszedł powoli do pracowni zalany łzami. Na rękach trzymał ich małą córeczkę owiniętą w różowy kocyk. Eliza podniosła się ostatnimi siłami i przytuliła oboje. Z jej oczu popłynęły łzy.
W opowiadaniu ma być wrzucony Obraz Anny Słoncz z nazwą obrazu. W przedmowie ma być również wskazana nazwa obrazu i również jej szanowna autorka.
Wrócę niebawem z komentarzem :)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet
Dziękuje za przypomnienie melendur88. Wprowadziłem poprawki.