- Opowiadanie: G.Ashen - Po drugiej stronie płótna

Po drugiej stronie płótna

Opowiadanie inspirowane obrazem pani Anny Słoncz „Kobieta turkus”,

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Po drugiej stronie płótna

Na ra­mie­niu łó­żecz­ka dziecięcego wi­siał ró­żo­wy kocyk, a przez uchy­lo­ne okno wkra­da­ła się me­lo­dia po­bli­skich pta­ków i zapach świeżo skoszonej trawy. Kon­rad opie­rał się o pa­ra­pet i obserwował przy­ro­dę. Słońce powoli zachodziło nad pobliskim lasem.

– Widzę, że dalej nie mo­żesz się na­cie­szyć tym wi­do­kiem. – W progu drzwi sta­nę­ła jego żona Eliza. Jej rude krę­co­ne włosy mi­go­ta­ły od promieni słonecznych wpa­da­ją­cych przez okno.

– Je­ste­śmy już tutaj pra­wie od roku, ale przy­ro­da cią­gle robi na mnie wra­że­nie – odpowiedział mężczyzna.

– Przy­ro­da po­cze­ka, ale głodna żona już nie za bardzo. Pamiętasz, że miałeś mi pomóc przy kolacji? – po­wie­dzia­ła z lek­kim uśmie­chem, ale ten szyb­ko opadł, gdy zo­ba­czy­ła ró­żo­wy kocyk, który budził złe wspomnienia.

Oboje prze­szli przez krót­ki ko­ry­tarz i we­szli do małej kuch­ni. Zaczęli przygotowywać kolację. Eliza włą­czy­ła radio sto­ją­ce na ob­skur­nym bia­łym pa­ra­pe­cie. Radio dwa razy za­trzesz­cza­ło i usły­sze­li męski głos. W ra­dio­sta­cji roz­ma­wia­li o po­go­dzie. Ostrze­ga­li o ju­trzej­szych gę­stych mgłach na po­łu­dnio­wym te­re­nie kraju. Gdy skończyli przygotowywać kolację, nastał wieczór i przez małe okien­ko przy­sło­nię­te białą fi­ran­ką wpa­dło świa­tło księ­ży­ca. Eliza po­ło­ży­ła na stół ka­nap­ki. Kon­rad wy­pro­sto­wał wy­gię­tą ce­ra­tę i za­pa­lił lamp­kę.

– Po­my­śla­łem, że już czas, żeby z po­ko­ju na­szej Ame­lii wy­nieść za­le­ga­ją­ce tam rze­czy – po­wie­dział wpa­trzo­ny w zdję­cie sto­ją­ce na pa­ra­pe­cie.

Fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła, jak oboje trzymają mie­sięcz­ną có­recz­kę.

Eliza odło­ży­ła ta­lerz do zmywarki i opar­ła się o okno. Na pa­ra­pe­cie le­ża­ła pacz­ka pa­pie­ro­sów i za­pal­nicz­ka.

– Mi­nę­ło już tro­chę czasu, a ja dalej nie po­tra­fię po­ukła­dać sobie tego w gło­wie – Od­pa­liła ostat­nie­go pa­pie­ro­sa. – Była z nami tylko czte­ry mie­sią­ce i… – urwa­ła, na jej po­licz­ku po­pły­nę­ła łza. – Za­miast wtedy ma­lo­wać ten zasrany obraz, po­win­nam pójść spraw­dzić co u niej i wtedy może…

– Nikt z nas nie mógł nic zro­bić – przerwał jej Konrad. – Więc proszę, nie ob­wi­niaj się. Umarła, ale nie możemy tak ciągle tkwić w tym stanie. Mam dla ciebie pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia. Na­praw­dę chciał­bym, żebyś wró­ci­ła do ma­lo­wa­nia. W po­ko­ju dziec­ka zro­bi­my ci praw­dzi­wą pra­co­wa­nie. Czuję, że tego po­trze­bu­jesz. Mu­sisz zająć czymś głowę, bo zwa­riu­jesz. – Zła­pał żonę za dłoń.

– Tur­kus… – Po­wie­dzia­ła pod nosem i zga­si­ła pa­pie­ro­sa o po­piel­nicz­kę.

Kon­rad nie zro­zu­miał, co ma na myśli.

– Chcia­ła­bym na­ma­lo­wać coś w tym ko­lo­rze. Od kilku dni chodzi mi po głowie i po­wra­ca każ­de­go dnia. Jakby ktoś włożył mi go do głowy, a ja nie potrafię go z niej wyrzucić. Jed­nak, gdy po­my­ślę tylko o ma­lo­wa­niu. Czuję się, jak­bym miała po­ko­nać wy­so­ką górę, któ­rej szczyt przy­sła­nia gęsta mgła.

Kon­rad przy­tu­lił żonę i oznaj­mił, że jutro z rana bez żad­nych wy­mó­wek jadą po wszyst­kie nie­zbęd­ne rze­czy do pra­cow­ni, a gdy wrócą, wszyst­kie rze­czy zwią­za­ne z Ame­lią wy­nio­są na strych. Eliza przy­tak­nę­ła i przytuliła męża. Udali się do sy­pial­ni, ocze­ku­jąc na ju­trzej­szy dzień.

 

***

 

Po oknach pę­dzi­ły kro­ple od po­ran­nej rosy. Kon­rad otwo­rzył oczy i de­li­kat­nie szturch­nął Elizę. Ta otwo­rzy­ła jedno oko; prze­cią­gnę­ła się i nie­chęt­nie wsta­ła. Szu­ra­jąc kap­cia­mi o drew­nia­ne deski, po­szła do ła­zien­ki. Kon­rad nie zwle­kał, wie­dząc, że muszą dziś za­ła­twić sporo rze­czy. W trak­cie, kiedy jego żona się ma­lo­wa­ła, za­czął przy­go­to­wy­wać ja­jecz­ni­cę z po­mi­do­ra­mi.

O go­dzi­nie je­de­na­stej byli już go­to­wi do po­dró­ży. Na po­dwó­rzu stał stary seat, któ­re­go po­wo­li po­chła­nia­ła ko­ro­zja. Kon­rad wło­żył klu­czyk w sta­cyj­kę. Sil­nik trzy razy za­mie­szał i za­pa­lił, bu­cha­jąc przy tym czar­nym dymem. To­czy­li się po­wo­li przez wiej­ską drogę, co chwi­le pod­ska­ku­jąc od nie­rów­nej na­wierzch­ni. Po paru mi­nu­tach wy­je­cha­li na drogę głów­ną. Mgła w dużym stop­niu utrud­nia­ła wi­docz­ność. Wy­świe­tli­ła się lamp­ka ozna­cza­ją­ca re­zer­wę pa­li­wa. Kon­rad zwol­nił i wy­pa­try­wał zjaz­du na po­bli­ską sta­cję paliw. Sta­rał się pa­mię­tać o tu­tej­szych ro­we­rzy­stach. Nie za bar­dzo dbali o od­bla­ski. Oprócz tego za nim wsie­dli na rower, to mu­sie­li sobie coś chlap­nąć, żeby roz­we­se­lić po­dróż.

Po paru ki­lo­me­trach do­strzegł wy­cze­ki­wa­ny za­kręt w lewo. Pod­je­chał pod dys­try­bu­tor i opu­ścił po­jazd. Od­blo­ko­wał pi­sto­let i za­czął lać ben­zy­nę. Uwiel­biał jej za­pach. W tym samym cza­sie Eliza oglą­da­ła swoje rude krę­co­ne włosy w lu­ster­ku sa­mo­cho­do­wym. Kiedy skoń­czył, żona po­da­ła mu port­fel przez szybę. Przy wej­ściu przy­wi­ta­ły go roz­su­wa­ne drzwi. Otwie­ra­ła się tylko lewa część, a w pra­wej sły­chać było je­dy­nie stu­ka­nie elek­trycz­ne­go me­cha­ni­zmu. Za ladą stała Aman­da ubra­na w zi­mo­wą kurt­kę. W jed­nej ręce trzy­ma­ła pa­pie­ro­sa, a drugą ob­ra­ca­ła gril­lu­ją­ce się pa­rów­ki. Kon­rad wi­dy­wał ją tutaj, odkąd się prze­pro­wa­dził. Więk­szość ludzi w jej wieku wy­je­cha­ła, ale ona zo­sta­ła. Nie raz wi­dział jej ojca prze­wra­ca­ją­ce­go się na pro­stej dro­dze, a ona razem z jej młod­szą sio­strą pro­wa­dzi­ły go do domu. Po­roz­ma­wia­li chwilę, po czym się pożegnali.

– Kon­rad, za­cze­kaj! – krzyk­nę­ła ko­bie­ta zza lady i wy­bie­gła, po czym wrę­czy­ła mu ulot­kę. – Po­dob­no dziś otwie­ra­ją jakiś sklep z an­ty­ka­mi i in­ny­mi pier­do­ła­mi. Wiem, że Eliza lubi takie rze­czy, więc może aku­rat zaj­rzy­cie.

– Dzię­ki na pewno tam zaj­dzie­my.

Od­jeż­dża­jąc, zo­sta­wili po sobie czar­ną smugę dymu.

– Zo­bacz. – Podał ulot­kę żonie.

Ulot­ka była czar­na. Na górze wid­niał wy­środ­ko­wa­ny napis „Jeśli jest coś, czego bar­dzo pra­gniesz, na pewno znaj­dziesz to u nas”. Na środ­ku była od­wró­co­na czer­wo­na waga. Na samym dole wid­niał adres ,,Ul. Lu­bi­sza 43”.

– Za­gad­ko­wa ta ulot­ka – po­wie­dzia­ła Eliza.

– Po­dob­no to sklep z ja­ki­miś sta­ro­cia­mi i in­ny­mi cu­da­mi. Może nie bę­dzie tam farby i płót­na, ale warto rzu­cić okiem.

– Prze­ko­na­ła mnie sama ulot­ka. Może znaj­dzie­my tam ja­kieś de­ko­ra­cje do domu? – Eliza scho­wa­ła ulot­kę do kie­sze­ni.

– Wy­da­je mi się, że zno­sze­nie sta­ro­ci do domu to śred­ni po­mysł, kiedy chce­my wresz­cie zro­bić re­mont. – po­wie­dział Kon­rad.

– Tak, ale… – prze­rwa­ła, gdy kątem oka dostrzegła sylwetkę wyłaniającą się z mgły. – Uwa­żaj! – wy­krzyk­nę­ła.

Kon­rad szarp­nął za kie­row­ni­cę. Z ca­łych sił wbił się w ha­mu­lec. Sa­mo­chód za­te­le­pa­ło, było sły­chać pisk opon. Nad maską prze­to­czy­ła się sarna. Ude­rzy­ła w przed­nią szybę, po czym prze­to­czy­ła się dalej i gruch­nę­ła o zie­mię. Sa­mo­chód za­trzy­mał się na piasz­czy­stym po­bo­czu.

Eliza była wbita w fotel, cięż­ko od­dy­cha­ła. Kon­rad wy­da­wał się spo­koj­ny, ale tylko z twa­rzy. Pa­trzył na wprost. Ręce mu się trzę­sły.

– Chyba wszyst­ko do­brze, nic się nam nie stało… – po­wie­dzia­ła Eliza, przy­tu­la­jąc męża.

– Tak, ale muszę zo­ba­czyć, co się stało z sarną, cho­ciaż wąt­pię, że to prze­ży­ła. Jesz­cze ktoś wpad­nie na dro­dze pro­sto na nią.

– Muszę zo­stać w sa­mo­cho­dzie. Wiesz, jak re­agu­je na widok krwi, a co do­pie­ro coś ta­kie­go. Po­ra­dzisz sobie?

Kon­rad przy­tak­nął i opu­ścił po­jazd. Na dachu po­jaz­du było widać ślady krwi. Cią­gnę­ła się, aż za sa­mo­chód. Dal­sze ślady były przy­sło­nię­te mgłą. Kon­rad po­dą­żył za stru­gą krwi, któ­rej było coraz wię­cej, lecz w pew­nym mo­men­cie ślad się urwał. Krą­że­nie po ulicy było zbyt nie­bez­piecz­ne, więc wró­cił do sa­mo­cho­du.

– Żyję? – spy­ta­ła Eliza, chwy­ta­jąc męża za dłoń.

– Było tro­chę krwi, ale wy­da­ję mi się, że nic się nie stało. Nie było jej na dro­dze, wi­docz­nie szyb­ko się po­zbie­ra­ła i po­bie­gła w las.

Po­my­ślał, że le­piej za­ta­ić tro­chę in­for­ma­cji. Eliza nie po­win­na w tej chwi­li znów krą­żyć my­śla­mi wokół śmier­ci.

– Na­praw­dę? Bogu dzię­ki… – po­wie­dzia­ła z ulgą.

– Ten dzień za­po­wia­da się dla nas, na­praw­dę cie­ka­wię – rzu­cił Kon­rad i prze­krę­cił klucz­ki w sta­cyj­ce. Sa­mo­chód od­pa­lił i ru­szy­li w stro­nę mia­stecz­ka.

Za­par­ko­wał w cen­trum obok sta­re­go ko­ścio­ła, któ­re­go, dach był już na tyle znisz­czo­ny, że roz­my­ślał czy ka­pią­ca na głowę woda nie prze­szka­dza w mo­dli­twie. Par­king był płat­ny, więc Kon­rad pod­szedł pod par­ko­mat. Pierw­szy nie­ste­ty wydał tylko bzy­czą­cy dźwięk i zjadł mo­ne­ty. Drugi już był bar­dziej ła­ska­wy i wy­dru­ko­wał bilet. Kiedy udało się za­ła­twić spra­wy z par­kin­giem, udali się chod­ni­kiem wzdłuż głów­nej bru­ko­wa­nej drogi do cen­trum. Mi­nęli kilka ciem­nych uli­czek, z któ­rych roztaczał za­pach al­ko­ho­lu. Do­cho­dzi­ły też z nich rów­nież nie­zro­zu­mia­łe beł­ko­ty i stu­ka­nie szkłem o szkło. Do­cho­dząc do cen­trum rynku, wresz­cie uj­rze­li coś in­ne­go niż za­zwy­czaj w tym mie­ście. Ktoś roz­sta­wił mały drew­nia­ny po­dest, a na jego środ­ku stał wy­so­ki męż­czy­zna ubra­ny w czar­ny gar­ni­tur. W dło­niach trzymał skrzyp­ce, na któ­rych grał tak pięk­nie, jakby wy­cią­gał ze swego serca naj­skryt­sze se­kre­ty. Dy­na­micz­nie mu­skał stru­ny, po czym zwal­niał i dawał wi­dzom na chwi­lę od­sap­nąć, po czym znów przy­spie­szał i wcią­gał ich w swoje sza­leń­stwo. Jego wzrok wę­dro­wał za Kon­ra­dem i Elizą. Uśmie­chał się jakby do nich, ale szybko urwał spoj­rze­nie. Mał­żeń­stwo przy­sta­nę­ło do­słu­chać do końca. Gdy skrzy­pek skoń­czył numer, ukło­nił się i ścią­gnął z głowy cy­lin­der, który od­sło­nił dłu­gie kru­cze włosy. Tłum wi­wa­to­wał i za­czął wrzu­cać pie­nią­dze do ka­pe­lu­sza. Kon­rad i Eliza rów­nież po­de­szli uho­no­ro­wać wy­stęp drob­ną kwotą. Gdy mo­ne­ty wy­lą­do­wa­ły na dnie ka­pe­lu­sza, po­dzię­ko­wał im ski­nie­niem głowy. Uśmie­cha­jąc się, od­pro­wa­dził ich wzor­kiem, aż znik­nę­li w tłu­mie.

Po­dą­ży­li wzdłuż ulicy Lu­bi­sza. Nie za­uwa­ży­li, jak na nie­bie przez ten cały czas zbie­ra­ły się ciem­ne chmu­ry. Ochło­dzi­ło się i usły­sze­li jak grzmot, przeszył niebo. Wiatr wzmógł się i do­pa­dła ich ulewa. Roz­pię­li kurt­ki i unie­śli nad głowę, chro­niąc się przed desz­czem. Szu­ka­li wzro­kiem no­we­go skle­pu z ulot­ki. Na końcu ulicy uj­rze­li ciem­ne dę­bo­we drzwi z wy­gra­we­ro­wa­ną wiel­ką od­wró­co­ną wagą. Uzna­li, że to musi być ten sklep. Drzwi z bli­ska były po­tęż­niej­sze, niż im się wy­da­wa­ło. Nie wy­glą­da­ły jak wej­ście do skle­pu, a ra­czej do pa­ła­cu. Kon­rad prze­je­chał mokrą dło­nią po pięk­nym drew­nia­nym gra­we­rze. Eliza szarp­nę­ła za mo­sięż­ną klam­kę.

– Za­mknię­te… – Wy­po­wie­dzia­ła ze smut­kiem. – Za­uwa­ży­łeś, że nie ma ludzi, a dziś otwar­cie. Może zmie­ni­li ter­min?

– Tak, chyba tak, nie­ste­ty – od­parł Kon­rad.

Okna, które wska­zy­wa­ły­by, że jest tutaj część skle­pu, były przy­kry­te czar­ną płach­tą. Żad­ne­go dzwon­ka, ale na środ­ku drzwi wi­sia­ła mo­sięż­na ko­łat­ka z wy­sta­ją­cą twa­rzą. Kon­rad chwy­cił za ko­łat­kę i mocno ude­rzył trzy razy, lecz za drzwia­mi nikt nie od­po­wie­dział.

– Bar­dzo mi miło po­wi­tać pierw­szych klien­tów – po­wie­dział głos za ich ple­ca­mi.

Oboje się wzdry­gnę­li i gwał­tow­nie od­wró­ci­li. Pa­trzy­li z nie­do­wie­rza­niem.

– Prze­pra­szam, chyba tro­chę was prze­stra­szy­łem. – Uśmiech­nął się wy­so­ki, szczu­pły męż­czy­zna, oglą­da­jąc ich przez czar­ne le­non­ki przysłaniające jego oczy.

– Czy to pana wspa­nia­ły kon­cert na rynku? – spy­ta­ła nie­pew­nie Eliza.

– Tak nie myli się Pani i dzię­ku­ję za kom­ple­ment. Na­zy­wam się Do­rian Grey­mo­or. Daw­nej prze­jezd­ny gra­jek, a teraz… Po­pa­trz­cie. – Roz­ło­żył sze­ro­ko ręce. – Wła­ści­ciel tego o to, przy­byt­ku z rze­cza­mi z ca­łe­go świa­ta z cza­sów pra­daw­nych i te­raź­niej­szy.

Do­rian wy­cią­gnął swoją ko­ści­stą dłoń i przy­wi­tał się z parą. Z we­wnętrz­nej kie­szon­ki gar­ni­tu­ry wy­cią­gnął czar­ny klucz i umie­ścił w otwo­rze. Po­tęż­ne drzwi za­skrzy­pia­ły. Za­czę­ło padać jesz­cze moc­niej.

– Za­pra­szam, skryj­my się przed tą ulewą – rzu­cił Do­rian, za­pra­sza­jąc mał­żeń­stwo do środ­ka.

Para prze­szła niepewnie przez próg. W pomieszczeniu panowała kompletna ciemność. Do­rian trzy razy ­kla­snął w dło­nie i wiel­ki ży­ran­dol wy­glą­da­ją­cy jakby kie­dyś wi­siał w kró­lew­skim go­tyc­kim zamku, oświe­tlił więk­szość po­miesz­cze­nia. Szli po pięk­nie zdo­bio­nym w złote wzory czer­wo­nym dy­wa­nie. Po­miesz­cze­nie przy­ozda­bia­ły dzie­ła sztu­ki z każ­dej epoki: zbro­ja ry­cer­ska z heł­mem w kształ­cie smoka, miecz, za szkla­ną ga­blo­tą, na któ­rym było widać jesz­cze reszt­ki krwi, meble ma­ho­nio­we, drew­nia­ny ma­ne­kin ubra­ny w czar­ną suk­nię wik­to­riań­ską z sze­ro­kim ka­pe­lu­szem i wiele in­nych rze­czy większych i mniejszych. Tak pięk­nych, że para przez chwi­lę po­czu­ła się, jakby cof­nę­li się w cza­sie. Eliza utkwi­ła wzrok na ścia­nie, gdzie wi­siał spory por­tret.

– Pięk­ny… Nie­praw­daż? – po­wie­dział Do­rian, do­łą­cza­jąc do za­du­ma­nej Elizy.

Obraz przed­sta­wiał ko­bie­tę z nad­mier­nym uśmie­chem i za­do­wo­le­niem na twa­rzy. Kon­tra­sto­wa­ło to mocno z jej za­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi zszy­ty­mi nitką tak mocno, że po oczach ście­ka­ła krew. Ko­lo­ry, które użył ar­ty­sta były za­cho­wa­ne w bar­wach cie­płych. Na dole był napis ,,Ra­dość”.

– Jest nie­sa­mo­wi­ty. – Eliza po­de­szła bli­żej ob­ra­zu. – Ko­bie­ta z ob­ra­zu jest ra­do­sna, ale kryje się niej wiele mroku. Po­wie­dzia­ła­bym, że ma­larz ce­lo­wo przed­sta­wił ją ra­do­sną w cie­płych bar­wach. Tymi szwa­mi na po­wie­kach i krwią chciał prze­ka­zać, że ta ko­bie­ta całe życie oszu­ki­wa­ła samą sie­bie.

Do­rian wy­pro­sto­wał się nagle i ob­ró­cił w stro­nę Elizy.

– Tak, tak! – pod­niósł głos z pod­nie­ce­nia. Czu­jesz to, praw­da? Ten por­tret to tylko z po­zo­ru ra­dość, a tak na­praw­dę to cier­pie­nie przy­wdzie­wa­ne przez lata no­sze­nia maski ra­do­ści. – Od razu widać, że jest pani wspa­nia­łą artystką. – Spójrz­cie pań­stwo tutaj. 

W miejscu, w którym wskazywał, znajdywała się tylko piękna rama dla ob­ra­zu.

– To tylko rama. Oczy­wi­ście, pięk­na, ale nie widzę nic wię­cej – od­parł Kon­rad.

– Oczy­wi­ście, że tak. To miej­sce dla bliź­niacz­ki, ale to już nie będę zaj­mo­wał wam wię­cej czasu. Praw­da? – Czas, że­by­ście przej­rze­li mój asor­ty­ment i jeśli coś się spodo­ba, będę za ladą.

Do­rian zo­sta­wił ich sa­mych. Oboje ru­szy­li prze­glą­dać dal­sze za­kąt­ki ta­jem­ni­cze­go skle­pu. Kon­rad po­dzi­wiał dzie­ła, ale nie w takim stop­niu co jego żona. Uśmiech­nął się, kiedy znów zo­ba­czył ją taką ra­do­sną z ogni­ka­mi w oczach. Nie wi­dział jej ta­kiej już bar­dzo długo.

– Kon­rad patrz, jak my­ślisz, co może być za tą białą płach­tą. – spy­ta­ła ra­do­śnie.

– Nie krę­puj­cie się – Po­wie­dział Do­rian za ich ple­ca­mi.

Oboje wzdry­gnę­li się. Nie sły­sze­li jego kro­ków.

– Prze­pra­szam, że znów was prze­stra­szy­łem. – Splótł ręce za ple­ca­mi. – Mam tylko jeden wa­ru­nek, jeśli chce­cie zo­ba­czyć, co kryje ta płach­ta.

– Jaki wa­ru­nek? – spy­tał Kon­rad.

– Musi to zro­bić pani Eli­za­beth. Rów­nież za nim się­gnie po pła­chtę, musi bar­dzo mocno wy­obra­zić sobie, co ma się pod nią uka­zać. Nic trud­ne­go. To taki mój zwy­czaj – Uśmiech­nął się.

Dziw­ny, lecz pro­sty był to dla nich wa­ru­nek. Eliza sta­nę­ła przed płach­tą i za­mknę­ła oczy. Wy­obra­zi­ła sobie swoją có­recz­kę, którą trzy­ma na rę­kach, a przed nią jest pięk­ny ukoń­czo­ny obraz w odcieniach tur­ku­su. De­li­kat­nie chwy­ci­ła płach­tę i po­cią­gnę­ła. Płach­ta zsu­nę­ła się, uka­zu­jąc ma­ho­nio­wą szta­lu­gę z pięk­ny­mi gra­we­ra­mi, na któ­rej umiej­sco­wio­ne było lniane płótno. Obok stał rów­nie pięk­ny jak szta­lu­ga sto­łe­czek wy­ko­na­ny w tym samym gotyckim stylu. Na nim le­ża­ła drew­nia­na pa­le­ta z ze­sta­wem pędz­li oraz farb olej­nych. Naj­cie­kaw­sza była jed­nak szkla­na ka­raf­ka wy­peł­nio­na farbą olej­ną.

Eliza bez słów się­gnę­ła po ka­raf­kę. Pięk­nie mie­ni­ła się, od­bi­ja­jąc czer­wo­ne świa­tła wi­szą­cych lamp. Gdy uj­rza­ła kolor farby, pra­wie wy­pu­ści­ła go z ręki.

– Jest tur­ku­so­wa… – powiedziała Eliza i spoj­rza­ła na Do­ria­na.

Ten wy­szcze­rzył zęby i pod­szedł bli­żej.

– Oczy­wi­ście, że tur­ku­so­wa… – od­parł i chwy­cił za ka­raf­kę, pod­no­sząc ją do góry tak, żeby świa­tło lamp pod­świe­tli­ło jej kolor. – Taki kolor sobie wy­ma­rzy­łaś praw­da? – Oddał ka­raf­kę Eli­zie.

– Ile by wy­szło za to wszyst­ko? – spy­tał Kon­rad, rów­nie pod­eks­cy­to­wa­ny całą sy­tu­acją.

Do­rian rzu­cił cenę, ale była tak olbrzymia, że Kon­rad i Eliza za­nie­mó­wi­li.

– Na tyle nie­ste­ty nie mo­że­my sobie po­zwo­lić. – Eliza odło­ży­ła ze smutkiem ka­raf­kę.

– A może…? – Do­rian pod­szedł bli­żej Elizy. – Co wy na to jak­bym oddał wam ca­łość za darmo?

Oboje za­mar­li i spoj­rze­li na sie­bie. Po­czu­li, że chyba Do­rian pró­bu­je ich na­cią­gnąć. Że przy­szy­ko­wał dla nich jakiś ha­czyk.

– Ale jak to, za darmo? – spy­tał Kon­rad.

– Za darmo – rzu­cił we­so­ło Do­rian. – Ale… – prze­cią­gnął i spo­waż­niał. – Mam pe­wien, mały wa­ru­nek. Obraz, który na­ma­lu­je na nim pani Eli­za­beth, zo­sta­nie mi od­da­ny. Oprócz tego, że ten ze­staw bę­dzie wasz, to do­dat­ko­wo za­pła­cę za obraz. Za­pła­tą bę­dzie coś, czego na pewno nie je­ste­ście w sta­nie kupić. Zgoda?

– Zgoda – rzu­ci­ła Eliza, nie zastanawiając się i uści­snę­ła twar­dą dłoń Do­ria­na.

– Wspa­nia­le! – za­wtó­ro­wał. – Nie bę­dzie­cie oczy­wi­ście pro­ble­mu, żeby spi­sać umowę, że w za­mian za te rze­czy prze­ka­że­cie mi obraz?

– Nie… oczy­wi­ście to żaden pro­blem – po­wie­dzia­ła nie­pew­nie Eliza i spoj­rza­ła na męża.

– Zna­ko­mi­cie, w takim razie po­dejdź­cie do lady, a ja za­wo­łam moją prawą rękę, żeby przy­nio­sła do­ku­ment. – Kla­snął dwa razy.

Echo roz­nio­sło się po po­miesz­cze­niu. Wszyst­kie świa­tła za­mru­ga­ły, wy­da­jąc me­ta­licz­ny dźwięk. Z po­miesz­cze­nia za czer­wo­ną za­su­wa­ną ko­ta­rą wy­szła ko­bie­ta z za­ło­żo­nym na głowę czar­nym we­lo­nem. Po­pie­la­te włosy opa­da­ły na ra­mio­na. A czar­na wik­to­riań­ska suk­nia su­nę­ła po pod­ło­dze. Kon­rad i Eliza po­de­szli do lady nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ko­bie­ty. Pró­bo­wa­li przyj­rzeć się jej twa­rzy. Welon i pół­mrok po­miesz­cze­nia po­zwa­lał im do­strzec tylko  po­ma­lo­wa­ne na czar­no usta i bladą cerę.

– Pro­szę, to do­ku­ment dla was – po­wie­dzia­ła aksamitnym gło­sem, roz­wi­ja­jąc per­ga­min.

– Nie wie­dzia­łam, że jesz­cze używa się ta­kich per­ga­mi­nów. – po­wie­dzia­ła Eliza, czy­ta­jąc ręcz­nie spi­sa­ny do­ku­ment. Pod pal­ca­mi czuła szorst­ką fak­tu­rę.

– Pro­szę, pod­pi­sać tym pió­rem – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta i po­da­ła pióro.

– Eliza po­wol­nym ru­chem za­czę­ła na­kre­ślać swój pod­pis. Ko­bie­ta w we­lo­nie de­li­kat­nie się uśmiech­nę­ła, a Do­rian wstrzy­mał od­dech i szaleńczo podążał wzrokiem za wę­dru­ją­cym piórem.

– Wspa­nia­le… – odetchnął Dorian. –Już nie mogę się do­cze­kać, co Pani stwo­rzy. – Wy­nie­sie­my rze­czy na ze­wnątrz. Nie da­le­ko jest tutaj par­king, wszyst­ko sobie za­pa­ku­je­cie.

Stało się. Do­ku­ment zo­stał pod­pi­sa­ny i umowa zo­sta­ła za­war­ta. Mał­żeń­stwo jesz­cze raz po­dzię­ko­wa­ło za wszyst­ko, po czym wy­szli i po krót­kiej chwi­li wró­ci­li. Rze­czy stały już na ze­wnątrz. Niebo roz­ch­mu­rzy­ło się, od­sła­nia­jąc słoń­ce. Do­rian cze­kał na nich uśmiech­nię­ty, a obok stała jego drob­na po­moc­ni­ca. Spa­ko­wa­li wszyst­ko do sa­mo­cho­du. Uścisnęli sobie dłonie i pożegnali się.

Całą drogę roz­ma­wia­li o wydarzeniu w skle­pie z an­ty­ka­mi. Gdy przy­je­cha­li do domu, nie zwlekając, we­szli do po­ko­ju zmar­łej córki. Kon­rad wy­niósł wszyst­kie rze­czy có­recz­ki na strych. Jak wró­cił, od razu za­bra­li się za przy­go­to­wa­nie pra­cow­ni dla Elizy. Do­rian do­rzu­cił im dwie pięk­ne lampy, które usta­wi­li w po­miesz­cze­niu. Za­wie­si­li czar­ne za­sło­ny na okna, po­nie­waż Eliza uwiel­bia­ła pra­co­wać tylko przy świe­tle lamp. Z na­dej­ściem nocy po­miesz­cze­nie było go­to­we. Oboje pa­trzy­li na efekt swo­jej cięż­kiej pracy.

– Te pięk­ne rze­czy na­praw­dę tu pa­su­ją – po­wie­dział Kon­rad, wy­cie­ra­jąc dło­nią mokre czoło.

Eliza ob­ję­ła męża i uca­ło­wa­ła w po­li­czek. Opar­ła głowę na barku i wpa­try­wa­ła się w lnia­ne płót­no. Czer­wo­ne świa­tła obi­ja­ły się w jej oczach, jesz­cze bar­dziej pod­kre­śla­jąc piwny kolor.

– Wy­glą­da­ją bar­dzo pięk­nie i na­praw­dę nie mogę się do­cze­kać jutra – Wy­obra­ża­ła sobie ko­bie­tę z za­mknię­ty­mi ocza­mi, którą ze wszyst­kich stron po­chła­nia­ły różne od­cie­nie tur­ku­su.

 

***

 

Na­stał nowy dzień. Kon­rad prze­cią­gnął się i spoj­rzał na żonę. Ta tylko zmru­ży­ła oczy i za­kry­ła się koł­drą. Po po­miesz­cze­niu niósł się dźwięk cy­ka­nia ze­ga­ra, który wska­zy­wał dzie­wią­tą. Kon­rad od­świe­żył się i za­czął przy­go­to­wy­wać śnia­da­nie. Co chwi­lę zie­wał i za­glą­dał przez okno, ob­ser­wu­jąc po­bli­ski las. Przy­po­mniał sobie o po­trą­co­nej sar­nie i roz­my­ślał, czy jesz­cze żyje. A jeśli żyje, to czy w ogóle jest dalej w sta­nie funk­cjo­no­wać z taką raną. Czy pad­nie sa­mot­na w jakiś krze­wach, po­wo­li do­go­ry­wa­jąc, czy zo­sta­nie po­żar­ta przez wilki?

– Ktoś tu ma głowę w chmu­rach – po­wie­dzia­ła Eliza za jego ple­ca­mi. 

– Przecież wiesz, że moje nad­mier­ne my­śle­nie, to moja super moc – po­wie­dział Kon­rad i uło­żył śnia­da­nie na stole.

Oboje po­roz­ma­wia­li o wczo­raj­szej sy­tu­acji w skle­pie, która wy­da­wał im się tro­chę nie­na­tu­ral­na. Kiedy zje­dli, Eliza po­zmy­wa­ła na­czy­nia i udała się do pra­cow­ni, by za­cząć prace nad nowym dzie­łem. Kon­rad po­szedł do swo­je­go ma­łe­go ga­bi­ne­tu, w któ­rym pra­co­wał na sta­no­wi­sku ju­nio­ra pro­gra­mi­sty dla nor­we­skiej firmy.

– Cho­le­ra jasna… – rzu­cił, gdy zo­ba­czył swoją skrzyn­kę pocz­to­wą i ilo­ścią błę­dów do po­pra­wy. – Bez moc­nej kawy się nie obej­dzie.

Zro­bił mocną czar­ną kawę i za­czął pracę. Po­czą­tek był cięż­ki jak to za­wsze po dłu­giej prze­rwie. Cza­sa­mi cały dzień scho­dził tylko na przy­po­mnie­nie sobie, jak pracuje się w danej fir­mie. Po­szło jed­nak le­piej niż my­ślał, i uwi­nął się ze wszyst­kim do szes­na­stej. Za­zwy­czaj o tej porze w domu roz­le­ga­ły się prze­róż­ne dźwię­ki, które wy­da­wa­ła go­tu­ją­ca Eliza. Tym razem w domu pa­no­wa­ła to­tal­na cisza. Kon­rad uświa­do­mił sobie, że ani razu nie prze­cho­dzi­ła obok jego po­ko­ju. A prze­cież mu­siał przejść, po­nie­waż obok była to­a­le­ta. Zmar­twio­ny wstał od kom­pu­te­ra i po­szedł spraw­dzić do pra­cow­ni. De­li­kat­nie otwo­rzył drzwi. Skrzy­pie­nie prze­cię­ło ciszę. Wszedł do środ­ka. Było kom­plet­nie ciem­no; żadna lampa nie była za­pa­lo­na. Zarys syl­wet­ki Elizy sie­dział wy­pro­sto­wa­ny i wy­ko­ny­wał po­wol­ne do­kład­ne ruchy pędz­lem na płót­nie. 

– Hej wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał Kon­rad i po­ło­żył de­li­kat­nie dłoń na barku.

Żad­nej od­po­wie­dzi. Sły­szał tylko jej szyb­ki od­dech.

– Eliza… – spoj­rzał na nią.

Oczy były sze­ro­ko otwar­te. Źre­ni­ce świ­dro­wa­ły w różne stro­ny, jakby nie mogły za czymś na­dą­żyć.

– Eliza nie strasz mnie, Halo!

Jego żoną wzdry­gnę­ła się i upu­ści­ła pę­dzel na zie­mie.

– Kon­rad co mnie tak stra­szysz! – wy­krzy­cza­ła na niego i wsta­ła ze stoł­ka. – Zga­si­łeś mi świa­tło? – Za­pa­li­ła lampy.

Pokój roz­świe­tlił czer­wo­ny kolor. Na lnia­nym płót­nie Kon­rad kątem oka do­strzegł wy­ła­nia­ją­cy się kształt ludz­kiej twa­rzy.

– Na­praw­dę nie sły­sza­łaś, jak do cie­bie mó­wi­łem? Świa­tła były zga­szo­ne, gdy tu wsze­dłem. Za­cho­wy­wa­łaś się jak­byś była…

– Chora psy­chicz­nie?! To chcesz po­wie­dzieć?

– Nie to nie tak, bar­dziej…

– Nie mu­sisz koń­czyć. Po pro­stu wyjdź i zo­staw mnie samą…

Kon­rad przez chwi­lę chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale zro­zu­miał, że w tej chwi­li do­rzu­cił­by tylko roz­pał­ki do ogni­ska. Za­mknął drzwi i po­szedł do kuch­ni. Za­czął przy­go­to­wy­wać obiad. Roz­my­ślał nad sta­nem swo­jej żony. Oba­wiał się, że może rze­czy­wi­ście przez stra­tę dziec­ka, jej psy­chi­ka zo­sta­ła zła­ma­na. Może nie wi­dział wcze­snych ob­ja­wów i ob­ja­wi­ły się wła­śnie dziś. Mar­twił się i nie wie­dział, czy in­ter­we­nio­wać, czy prze­cze­kać stan żony. Za­niósł do pra­cow­ni ta­lerz z obia­dem. Tym razem sie­dzia­ła przy za­pa­lo­nych świa­tłach. Była sku­pio­na, nie za­re­ago­wa­ła, kiedy wszedł. Chciał coś po­wie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał. Po­sta­wił ta­lerz na ko­mo­dę przy drzwiach.

– Smacz­ne­go – rzu­cił i wy­szedł, nie cze­kał na od­po­wiedź.

Dal­szą część dnia spę­dził przy kom­pu­te­rze, a gdy nad­szedł wie­czór, zro­bił ko­la­cję. Eliza nie wy­szła z pra­cow­ni dziś ani razu, nawet do to­a­le­ty. Mar­twił się i nie wie­dział, co zro­bić. Za­brał ta­lerz z ko­la­cją i otwo­rzył drzwi do pra­cow­ni. Eliza była w tej samej pozie. Jej dłu­gie włosy fa­lo­wa­ły razem z jej ru­chem ręki, w któ­rej trzy­ma­ła pę­dzel.

– Nie zja­dłaś obia­du i ani razu nie wy­cho­dzi­łaś do to­a­le­ty. – Spo­glą­dał na nie ru­szo­ny obiad, na któ­rym uczto­wa­ły dwie muchy.

– Ma­lu­je… nie prze­szka­dzaj mi.

– Eliza po­roz­ma­wiaj­my, pro­szę cię.

– Ma­lu­je…, wyjdź – po­wie­dzia­ła, lecz nie można było usłyszeć w jej tonie żad­nych emo­cji.

Kon­rad chciał krzyk­nąć, ale się po­wstrzy­mał. Wy­szedł, trza­ska­jąc za sobą drzwia­mi. Od­pa­lił sa­mo­chód i po­je­chał na naj­bliż­szą sta­cję. Kupił pacz­kę pa­pie­ro­sów, a kiedy wró­cił, słoń­ce już zni­ka­ło w ko­ro­nach drzew. Usiadł na ganku. Po­pa­trzył na pacz­kę pa­pie­ro­sów. Uświadomił sobie, że ostat­ni raz, kiedy wziął pa­pie­ro­sa do ust, to były czasy li­ce­al­ne. Wziął pierw­sze­go macha i po­czuł, jak dra­pie go w gar­dło. Krę­ci­ło mu się w gło­wie, ale po­czuł ulgę. Nie pa­mię­tał już, kiedy ostat­nio czuł się tak roz­luź­nio­ny. Przy­po­mnia­ły mu się jego mło­dzień­cze lata, kiedy czuł, że świat stoi przed nim otwo­rem. Za­pa­lił jesz­cze dru­gie­go i wró­cił do domu. Umył się i po­ło­żył do łóżka. Mar­twił się o żonę i li­czył, że ju­trzej­szy dzień przy­nie­sie po­jed­na­nie.

 

***

 

Kon­rad po­czuł na twa­rzy cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych wpa­da­ją­cych przez okno. Po­czuł, że coś leży na jego brzu­chu. Była to ludz­ka ręka, która ocie­ka­ła farbą. Strącił ją i stur­lał się z łóżka. Lą­du­jąc na łok­ciu, prze­szył go pro­mie­niu­ją­cy ból, który po­twier­dził mu, że to nie sen. Ze­rwał się na nogi i spoj­rzał na łóżko. Nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

– Kon­rad… – po­wie­dzia­ła ospa­le Eliza, otwie­ra­jąc oczy. – Mu­sisz ha­ła­so­wać tak z rana?

Chciał coś po­wie­dzieć, ale nie ro­zu­miał, na co pa­trzy. Całe łóżko było wy­ma­za­ne. Na łóżku le­ża­ła naga Eliza wy­sma­ro­wa­na tur­ku­so­wą olej­ną farbą. Jej rude włosy zle­pi­ły się, tworząc jedną całość. 

– Co ty tak sto­isz? – spy­ta­ła i się uśmiech­nę­ła. Białe zęby i oczy błysz­cza­ły przez kon­trast, jaki nada­wa­ła jej po­wło­ka z farby.

– Wszyst­ko jest w far­bie… – Eliza co ty do ja­snej cho­le­ry wczo­raj ro­bi­łaś?! – wykrzyczał Kon­rad.

– Oj… Rze­czy­wi­ście. – Prze­tar­ła dło­nią udo i od­słoniła skórę pod farbą. – Pa­mię­tam tylko, że skoń­czy­łam ma­lo­wać… Było już bar­dzo późno i po­ło­ży­łam się do łóżka nic wię­cej.

– Mu­sisz się prze­myć. To cud, że farba jesz­cze nie do­sta­ła ci się do oczu. Ja ogar­nę całe łóżko za ten czas. Jak wyj­dziesz, po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać.

– Do­brze Kon­rad, daj mi chwi­lę i prze­pra­szam, ale na­praw­dę nie wiem, jak to się stało. – Pa­trzy­ła na męża miną kota, który wła­śnie coś stłukł.

Kon­rad tylko przy­tak­nął. Eliza wsta­ła i wy­szła do ła­zien­ki, zo­sta­wia­jąc za sobą olej­ne ślady stóp.

– Co tu się, kurwa dzie­je…? – Kon­rad usiadł na pod­ło­dze i oparł się o ścia­nę.

Po­my­ślał, że Eliza zwa­rio­wa­ła. Coś w niej pękło, na tyle mocno, że jej mózg tego nie udźwi­gnął. Może to jego wina. Za­klął w my­ślach. Może za mało ją wspie­rał. Za­drę­czał się my­śla­mi, aż coś wy­rwa­ło go z sa­mo­bi­czo­wa­nia.

Jesz­cze raz spoj­rzał na umo­ru­sa­ną po­ściel i łóżko. Wie­dział, że Eliza ma farby w tub­kach, nie w wia­drach. Wy­szedł z sy­pial­ni. Na ko­ry­ta­rzu sły­chać było dźwięk prysz­ni­ca. Po­wo­li otwo­rzył drzwi do pra­cow­ni. Wszyst­ko było uma­za­ne tur­ku­so­wą farbą. Wy­glą­da­ło to tak jakby wpu­ścić pi­ja­ną osobę, która co chwi­lę macza ręce w far­bie i pró­bu­je utrzy­mać rów­no­wa­gę w po­ko­ju. Pod szta­lu­gą ma­lar­ską utwo­rzy­ła się ka­łu­ża z farby. Kon­rad pod­szedł bli­żej i zobaczył, że na płót­nie wy­ło­ni­ł się portret ko­bie­ty. Była coraz wy­raź­niej­sza, jed­nak dalej był to tylko zarys bez szcze­gó­łów. Kon­rad przy­kuc­nął i do­tknął farby ręką. Pokój za­czął fa­lo­wać wokół niego. Ktoś szep­tał. Bar­dzo szyb­ko i nie zro­zu­mia­le.

– Kon­rad wszyst­ko w po­rząd­ku? – Eliza zła­pa­ła go za ramię.

Wziął głę­bo­ki od­dech, jakby wy­nu­rzył się z odmętów wody. 

– Eliza…  Skąd tutaj tyle farby? – Pró­bo­wał zła­pać od­dech.

– Ja… Ja na­praw­dę nic nie pa­mię­tam. – Ob­ję­ła męża. – Wiem tylko, że muszę cię prze­pro­sić za wczo­raj, nie byłam sobą, ale to już się nie po­wtó­rzy; obie­cu­ję.

Kon­rad w tej chwi­li chciał tylko po­wro­ty daw­nej żony. Ode­tchnął z ulgą, że znów jest po sta­re­mu i za­su­ge­ro­wał jej, by po­sprzą­tać ten cały ba­ła­gan. Razem w do­brym na­stro­ju za­bra­li się za sprzą­ta­nie. Cały czas roz­ma­wia­li na różne te­ma­ty, jakby nic się nie wy­da­rzy­ło. Eliza cały czas się uśmie­cha­ła i za­cze­pia­ła męża. Raz pod­szczy­pu­jąc lub gil­go­ta­jąc, kiedy ten wy­cie­rał farbę. Już dawno jej ta­kiej nie wi­dział. I chciał wi­dzieć ją taką za­wsze.

Skoń­czy­li pod wie­czór. Eliza za­pro­po­no­wa­ła, że zrobi ko­la­cję i udała się do kuch­ni. Gdy zni­kła za ścia­ną chciał jesz­cze pójść spraw­dzić, czy w pra­cow­ni wszyst­ko zo­sta­ło do­czysz­czo­ne. Gdy po­cią­gnął za klam­kę. Drzwi nie drgnę­ły.

Ktoś za­dzwo­nił do drzwi.

Pod­szedł do drzwi wej­ścio­wych i zer­k­nął przez wi­zjer. Ciem­ność. Za­pa­lił świa­tło na ganku i spoj­rzał po­now­nie. Czar­ne syl­wet­ki mi­gnę­ły w ciem­no­ściach i zni­kły w za­ro­ślach obok domu.

Się­gnął po la­tar­kę, która wi­sia­ła na wie­sza­ku z ubra­nia­mi. Ubrał bluzę i wy­szedł na ze­wnątrz. Po­chmur­ne niebo przy­kry­wa­ło księ­życ. Wiatr ko­ły­sał po­bli­ski­mi drze­wa­mi. Skie­ro­wał la­tar­kę na za­ro­śla.

– Bu!!! – Dwóch chło­pacz­ków i dziew­czyn­ka wy­sko­czy­ło z krza­ków.

Kon­rad mało nie rzu­cił w nich la­tar­ką.

– Dzie­cia­ki co wam mó­wi­łem dzwo­nie­niu i stra­sze­niu ludzi wie­czo­rem, chyba nie chcie­li­by­ście, żebym wszyst­ko po­wie­dział wa­sze­mu ojcu?

Dzie­ciom od razu zrze­dła mina i prze­pro­si­ły. Naj­bar­dziej prze­pra­sza­li chłop­cy, my­śląc o gru­bym skó­rza­nym pasie swo­je­go ojca.

– No, zmy­kaj­cie i żeby to ostat­ni raz.

Trój­ka ka­wa­la­rzy po­dzię­ko­wa­ła i po­bie­gła ścież­ką w stro­nę swo­je­go domu. Kon­rad wró­cił do domu i odło­żył la­tar­kę. Eliza przy­go­to­wa­ła ko­la­cję. Opo­wie­dział jej o zda­rze­niu z urwi­sa­mi, ale Eliza tylko się uśmiech­nę­ła. Pa­trzy­ła przez okno, wy­da­wa­ła się nie­obec­na. Kiedy zje­dli ko­la­cję, za­su­ge­ro­wa­ła, żeby oboje udali się pod prysz­nic. Kon­rad za­nie­mó­wił, po­nie­waż ta­kiej rze­czy się nie spo­dzie­wał. Po chwi­li oboje wy­lą­do­wa­li pod prysz­ni­cem, po­zwa­la­jąc sobie na tro­chę za­ba­wy pod pa­ru­ją­cą wodą. W do­brym hu­mo­rze po­ło­ży­li się do łóżka, które pach­nia­ło świe­żą po­ście­lą. Kon­rad ob­ró­cił się, a Eliza ob­ję­ła go, przy­tu­la­jąc się do jego ple­ców. Przy­po­mniał sobie, o co miał spy­tać.

– Po­wiesz mi, dla­cze­go za­mknę­łaś drzwi do pra­cow­ni? 

– A tak za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć – Wy­da­je mi się, że muszę jesz­cze zro­bić sobie tro­chę prze­rwy od ma­lo­wa­nia. Nie na długo, ale mam na­dzie­ję, że zro­zu­miesz…

– Oczy­wi­ście, że ro­zu­miem, na wszyst­ko przyj­dzie czas. – Ob­ró­cił się i po­ca­ło­wał żonę. Zegar ścien­ny tykał wy­bi­ja­jąc rytm. Eliza wtu­li­ła się w Kon­ra­da. Uśmie­cha­ła się. Sze­rzej niż zwy­kle. Nie­na­tu­ral­nie. Kon­rad za­snął.

 

***

 

Ko­lej­ne dni mi­ja­ły, a mię­dzy Kon­ra­dem i Elizą było coraz le­piej. Śmia­li się, za­cze­pia­li i go­ni­li po po­dwór­ku jak para ma­łych dzie­ci. Cały czas roz­ma­wia­li o świe­cie. Ko­bie­ta za­da­wa­ła wiele pytań. Cza­sem bar­dzo głu­pich, a cza­sem głę­bo­kich. Kon­rad za­uwa­żył, że nie pa­mię­ta­ła pew­nych wy­da­rzeń z ich życia. Z dnia na dzień była coraz bar­dziej ra­do­sna, ale Kon­rad nie ro­zu­miał nie­któ­rych jej za­cho­wań. Za­czę­ła bać się cie­płej wody i rzad­ko ko­rzy­sta­ła z to­a­le­ty. Uni­ka­ła wyj­ścia z domu i bar­dzo czę­sto wpa­try­wa­ła się w drzwi od pra­cow­ni.

Pew­ne­go dnia Kon­rad sie­dział przy stole, prze­glą­dał kursy akcji, a Eliza kro­iła ziem­nia­ki. Nagle prze­klę­ła i od­rzu­ci­ła nóż do zlewu. Ze­rwa­ła się i po­bie­gła w stro­nę to­a­le­ty.

Kon­ra­d nie zdą­żył za­py­tać, co się wy­da­rzy­ło. Wstał i zo­ba­czył, że w zle­wie leży nóż. Zo­ba­czył, że na ostrzu jest tur­ku­so­wa farba. Po­szedł w stro­nę ła­zien­ki. Zo­ba­czył Elizę, która stała przy umy­wal­ce.  

– Nie wchodź – po­wie­dzia­ła ostrym tonem. Na tyle moc­nym, że Kon­rad od razu przy­sta­nął, nie prze­kra­cza­jąc progu.

– Coś się stało? – spy­tał.

– Nie martw się, po­ra­dzę sobie. Za­mknij drzwi.

Kon­rad wy­słu­chał proś­by. Wró­ci­ło do niego wiele pytań, na które z jakiś powodów nie szukał odpowiedzi. Przez te miłe dni, które spę­dził z żoną, jego czuj­ność zo­sta­ła uśpio­na.

Za­czął prze­szu­ki­wać szaf­ki. De­li­kat­nie otwie­rał każdą z nich, żeby nie na­ro­bić ha­ła­su. Pod białą chu­s­tecz­ką w jed­nej z nich zna­lazł klucz do pra­cow­ni. Nie zwle­ka­jąc, wło­żył go do zamka pra­cow­ni i prze­krę­cił. Czuł, że musi się po­spie­szyć. Nie wie­dział, dla­cze­go, ale nie chciał, żeby Eliza go tu zo­ba­czy­ła. Za­pa­lił jedną lampę. Sta­nął przed ob­ra­zem przed­sta­wiającym ko­bie­tę z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Por­tret był pra­wie skoń­czo­ny.

– Jak to moż­li­we, prze­cież Eliza tu nie za­glą­da­ła. – Do­tknął płót­na.

Pokój znów za­fa­lo­wał tak jak wcze­śniej. Lampa przy­ga­sła. Szep­ty po­wró­ci­ły, wdzie­ra­jąc się do jego głowy. Na­cie­ra­ły z taką siłą, że mu­siał przy­kuc­nąć. Nagle usta­ły, a lampa znów rzu­ci­ła świa­tło na obraz.

– Kon­rad, czy to ty… – Po­wie­dział słaby głos do­bie­ga­ją­cy z ob­ra­zu.

Kon­rad zła­pał się za głowę, po­my­ślał, że zwa­rio­wał. Chciał uciec z po­ko­ju.

– Kon­rad to ja Eliza… Pomóż mi… Pro­szę… – Sły­chać było cichy przy­głu­szo­ny płacz.

– Eliza? – spy­tał Kon­rad i przy­sta­wił ucho do ob­ra­zu.

– Je­steś sam? – spy­ta­ła. Jej głos był słaby.

Kon­rad po­czuł, że serce za­czy­na mu szyb­ciej bić. Nie sły­szał le­cą­cej wody w ła­zien­ce, ale był pewny, że usły­szy dźwięk otwie­ra­nych drzwi.

– Tak je­stem sam, to na­praw­dę ty? Ale jak? I jak mo­żesz być Elizą, jak ona jest tutaj?

– Nie mamy czasu. To coś w domu, to nie ja. Nie wiem czym jest, ale wiem, że ma złe za­mia­ry. Po­wie­dzia­ła mi, że je­dy­ne wyj­ście, to ukoń­cze­nie ob­ra­zu. Cały czas ma­lo­wa­łam go tutaj, po dru­giej stro­nie. Jest tu tak ciem­no i wil­got­no. Czuje, że słab­nę…

Kon­rad mil­czał przez chwi­lę, ale wie­rzył gło­so­wi. Prze­ra­ża­ło go tylko, że isto­ta, która tu jest, cały czas była tak bli­sko niego.

– Co mam robić? – spy­tał.

– Dziś wie­czo­rem ukoń­czę obraz. Mu­sisz wtedy się wy­mknąć i wy­star­czy, że wło­żysz rękę przez płót­no, a ja ją chwy­cę. Pa­mię­taj, że nie mo­żesz dać po sobie nic po­znać…

Roz­legł się dźwięk za­my­ka­nych drzwi od ła­zien­ki.

 Ucie­kaj stąd! – głos z ob­ra­zu krzyk­nął i znikł.

Kon­rad ze­rwał się na nogi. Zga­sił lampę, uchy­lił drzwi i bez­sze­lest­nie za­mknął drzwi na klucz. Ru­szył jak gdyby nic się nie stało w stro­nę Kuch­ni.

– Hej, gdzie byłeś? – spy­ta­ła Eliza wy­cho­dzą­ca zza rogu ko­ry­ta­rza.

Kon­rad po­czuł, jakby ktoś przy­kła­dał mu nóż pod gar­dło. Szu­kał moż­li­wo­ści wy­łga­nia się. Zna­lazł tylko jedną moż­li­wość. Wie­dział jed­nak, że może stracić klucz.

– Szu­ka­łem klu­cza od pra­cow­ni, po­my­śla­łem, że może tam prze­wie­trzę; cho­ciaż na chwi­lę.

 Eliza zro­bi­ła sze­ro­kie oczy i pod­bie­gła do Kon­ra­da. Wy­rwa­ła klucz i scho­wa­ła do kie­sze­ni.

– Pa­mię­taj, że to moja prze­strzeń, w któ­rej pra­cu­je. Jeśli będę chcia­ła tam prze­wie­trzyć, to zro­bię to – po­wie­dzia­ła po­waż­nym tonem.

Kon­rad przytaknął i wymusił uśmiech. Eliza od­po­wie­dzia­ła uśmiechem i znów wró­cił jej humor. Wtuliła się w niego przykładając głowę do klatki piersiowej. Kon­rad po­czuł się nie­zręcz­nie. Za­czął od­czu­wać, jak mięk­ną mu nogi na myśl, że w tej chwi­li obej­mu­je go ktoś lub coś ob­ce­go. Prze­mógł się i także ją przy­tu­lił. 

Na­stęp­ne go­dzi­ny Kon­rad wy­my­ślał na bieżąco ja­kieś prace na po­dwó­rzu. Rąbał drew­no i prze­nosił worki z pia­skiem. Wszyst­ko by tylko nie być w domu. Po­wo­li się ściem­nia­ło. Przez okno z kuch­ni wy­glą­da­ła Eliza, która ma­cha­ła mu ra­do­śnie śle­dząc jego każdy ruch. Od­ma­chał i od­je­chał tacz­ką w stro­nę szop­ki.

Na­de­szła noc. Kon­rad wró­cił i u wej­ścia przy­wi­ta­ła go Eliza. Krzy­żo­wa­ła ręce za ple­ca­mi, jakby coś trzy­ma­ła. Kon­rad po­czuł na­pię­cie w ciele.

– Sko­czy­my razem pod prysz­nic? – spy­ta­ła.

– Tak oczy­wi­ście, sko­czę tylko po rze­czy na prze­bra­nie. – Prze­łknął ślinę. My­ślał cią­gle o tym co trzy­ma w dło­niach za ple­ca­mi.

– Do­brze będę cze­kać w ła­zien­ce. – oznaj­mi­ła i prze­ło­ży­ła coś w ręce.

Kon­rad wy­cią­gnął bok­ser­ki z szafy. Usiadł na łóżku i zła­pał się z głowę. Wziął kilka głę­bo­kich od­de­chów, po czym po­wol­nym kro­kiem po­szedł w stro­nę ła­zien­ki. Ko­ry­tarz wy­da­wał mu się jakiś cia­śniej­szy niż zwy­kle, a wi­szą­ce por­tre­ty wy­da­wa­ły się podążać wzrokiem za nim. Otwo­rzył drzwi. Eliza była naga, od razu chwy­ci­ła go za dłoń i za­cią­gnę­ła pod prysz­nic. Le­cia­ła chłod­na woda, a ko­bie­ta po­cie­ra­ła dło­nią o skórę Kon­ra­da. Za­cho­wy­wa­ła się jak dziec­ko, które pierw­szy raz widzi jakiś przed­miot i musi go zba­dać. A tym przed­mio­tem była skóra Kon­ra­da. Był prze­ra­żo­ny i cze­kał, kiedy wresz­cie skoń­czy.

– Go­rą­ca woda – po­my­ślał wpa­trzo­ny w po­krę­tło z czer­wo­ny znacz­ni­kiem.

Chwy­cił za nie i prze­krę­cił do końca. Z prysz­ni­ca po­le­ciał wrzą­tek, ob­le­wa­jąc Elizę. Wrza­snę­ła i stra­ci­ła rów­no­wa­gę. Jej skóra za­czę­ła się ro­lo­wać, aż w końcu pękła. Ciało po­kry­ły rop­nie, z któ­rych za­czę­ła wy­cie­kać tur­ku­so­wa breja, która wpły­wa­ła do od­pły­wu prysznica. Jej biał­ka oczu za­la­ły się ciem­nym ko­lo­rem.

– Coś tyyy, zro­biłłł! – Wark­nę­ła isto­ta, z któ­rej ro­ze­rwa­na skóra scho­dzi­ła pła­ta­mi.

Kon­rad za­mknął ka­bi­nę i wy­biegł z ła­zien­ki. Chwy­cił za mio­tłę i przy­blo­ko­wał drzwi.

Wbiegł do sy­pial­ni i zdą­żył za­ło­żyć tylko dresy. Po­pę­dził w stro­nę kuch­ni. Kro­ple desz­czu za­czę­ły stu­kać o okna. Za­pa­lił świa­tła w ko­ry­ta­rzu. Wy­wa­lał wszyst­kie przed­mio­ty z sza­fek na zie­mię i na ko­la­nach szu­kał klu­cza. Sły­szał głu­che rów­no­mier­ne dźwię­ki isto­ty, która pró­bo­wa­ła sfor­so­wać drzwi.

– Kurwa, gdzie ten klucz! – wykrzyczał w myślach spa­ni­ko­wa­ny.

Przy­po­mniał sobie, że isto­ta miała na sobie je­an­sy. Wró­cił do sy­pial­ni. Na łóżku le­ża­ły spodnie i w tyl­nej kie­sze­ni zna­lazł klucz. Nie zwle­kał i wy­biegł na ko­ry­tarz, lecz po­śli­znął się i bar­kiem ude­rzył o szafę. Spadł wspól­ny ob­ra­zek z Elizą i roz­bił się na ka­wał­ki. Krzyk isto­ty prze­peł­nił dom, za­głu­sza­jąc burzę sza­le­ją­cą na ze­wnątrz. Kon­rad do­tarł do drzwi od pra­cow­ni. Dło­nie mu drża­ły. Nie mógł wce­lo­wać klu­czem do zamka.

– No dalej! – wy­krzyk­nął.

Udało się. Otwo­rzył drzwi i wpadł do po­miesz­cza­nia. Zo­ba­czył ukoń­czo­ny obraz przed­sta­wia­ją­cy tur­ku­so­wą ko­bie­tę.

(Anna Słoncz, Kobieta turkus)

– Eliza! – wy­krzyk­nął i do­tknął dło­nią ob­ra­zu.

Płót­no po­chło­nę­ło rękę Kon­ra­da. Po­czuł, że chwy­cił ko­bie­cą dłoń. Do­ło­żył jesz­cze drugą rękę i szarp­nął. Z ob­ra­zu po­wo­li za­czął wy­cią­gać Elizę, która była cała w lep­kiej tur­ku­so­wej mazi.

– Ko­cha­nie, obudź się!

Nie kon­tak­to­wa­ła. Drzwi od ła­zien­ki z hu­kiem ude­rzy­ły o ścia­nę. Kon­rad uło­żył Elizę na pod­ło­dze i wy­biegł z po­ko­ju. Pio­run trza­snął w po­bli­żu domu. Wy­sia­dło całe za­si­la­nie. Pa­no­wa­ła ciem­ność. Za­pa­dła cisza prze­ry­wa­na była szyb­ki­mi od­de­cha­mi Kon­ra­da i desz­czem wa­lą­cym o okna. Nie sły­szał żad­nych kro­ków. Schy­lił się do szaf­ki po la­tar­kę i po­czuł, jak coś roz­ci­na mu ścię­gno w pra­wej nodze. Jęk­nął z bólu i stra­cił rów­no­wa­gę. Stała nad nim koścista isto­ta bez skóry. Po jej od­kry­tych ścię­gnach są­czy­ła się tłu­sta maź. Spo­glą­da­ła na Kon­ra­da sze­ro­ki­mi ocza­mi, a w pra­wej ręce trzy­ma­ła nóż ku­chen­ny.

– Czym ty je­steś? – spy­tał, pod­su­wa­jąc się do ścia­ny.

– Je­stem per­fek­cją, którą po­psu­łeś… – syknęła i rzu­ci­ła się z nożem.

Męż­czy­zna za­sło­nił się dłoń­mi. Stra­cił palca. Wrza­snął i kop­nię­ciem wy­wró­cił Isto­tę. Za­brał la­tar­kę i wy­biegł na dwór. Gołe stopy za­pa­da­ły mu się w mo­krej ziemi. Wiatr sza­lał, a las szu­miał. Biegł w stro­nę szop­ki. Po­śli­znął się. Zo­ba­czył jak isto­ta wy­pa­da z domu, i sza­leń­czo bie­gnie na niego z nożem. Spró­bo­wał wstać. Nie zdą­żył. Nóż prze­szył jego udo od boku. Usły­szał śmiech. Czar­ne oczy isto­ty błysz­cza­ły, re­flek­tu­jąc świa­tło bły­ska­wi­cy pę­dzą­cej po nie­bie.

Kon­rad wy­rwał nóż z uda i zamachnął się nim z ca­łych sił. Stal prze­szy­ła gąb­cza­stą czasz­kę isto­ty od góry.

– Na­praw­dę my­śla­łeś, że pój­dzie tak łatwo?! – ryk­nę­ła z wście­kło­ści.

Wy­rwa­ła nóż z głowy i ru­szy­ła na czoł­ga­ją­ce­go się Kon­ra­da. Nagle z za­ro­śli wy­le­cia­ła sarna z za­krwa­wio­ną nogą i sta­ra­no­wa­ła isto­tę. Zwie­rzę tak jak szyb­ko się po­ja­wi­ło tak samo szyb­ko zni­kło w zaroślach. Kon­rad ostat­ni­mi si­ła­mi wczoł­gał się do szop­ki cały za­krwa­wio­ny. Z le­d­wo­ścią wstał na nogi i wyjął piłę mo­to­ro­wą. Szarp­nął kilka razy za linkę. Isto­ta wy­wa­ży­ła drzwi od szop­ki. Piła za­ry­cza­ła. Kon­rad za­mach­nął się i wbił się w brzuch istoty. Z ca­łych sił cią­gnął pro­wad­ni­cę do góry, po­wo­li roz­dzie­ra­jąc ją na dwa ka­wał­ki.

– Prze­eestańńń! Konrr­ra­ad, prze­cie­eeż, tooo, jaaa, two­ooja, żonn­na­aa!

– Isto­ta wy­krzy­ki­wa­ła, ale Kon­rad nie prze­sta­wał.

W końcu prze­po­ło­wił jej ciało i te ru­nę­ło bez­wład­nie na zie­mię. Od­rzu­cił piłę i po­pę­dził do domu. Eliza le­ża­ła pół­przy­tom­na w pra­cow­ni.

– Boże Kon­rad… Je­steś cały we krwi – po­wie­dzia­ła sła­bym gło­sem.

– To nic… To na­praw­dę nic – od­po­wie­dział za­la­ny łzami i przy­tu­lił żonę.

Za­brzmiał dzwo­nek do drzwi. Burza usta­ła i na­sta­ła cisza. Drzwi fron­to­we zaskrzypiały i do pra­cow­ni wszedł Do­rian wraz ze swoją po­moc­ni­cą.

– Witam… – Ukło­nił się – Nie są­dzi­łem, że wam się uda. – Uśmiech­nął się. – Hi­sto­ria z po­przed­nim ob­ra­zem nie za­koń­czy­ła się tak do­brze. Ale to nic, ja ocze­ku­ję tylko wy­ni­ku, więc win­szu­je.

– Do­rian… – syk­nął z bólu Kon­rad – Od po­cząt­ku wie­dzia­łeś, co się sta­nie. – Kim ty do cho­ler je­steś! – wark­nął, pró­bu­jąc wstać.

– Nie wsta­waj… – Żółte oczy bły­snę­ły za oku­la­rów. – Jeśli wsta­niesz, Ali­cja skrę­ci ci kark.

Kon­rad po­wstrzy­mał się. Wie­dział, że nie żar­tu­je.

– Ali­cjo… – Do­rian wska­zał palcem na portret.

Służ­ka od­bez­pie­czy­ła płót­no, de­li­kat­nie za nie chwy­ci­ła i przy­sta­nę­ła obok Do­ria­na.  

– Tyle emo­cji w tym ob­ra­zie… – powiedział delikatnym głosem wpa­trując się w por­tret ko­bie­ty. – Emo­cje są jak nar­ko­tyk, bez któ­re­go nie mogę funk­cjo­no­wać. – Zdjął skó­rza­ną rę­ka­wicz­kę i dło­nią prze­su­nął po­wo­li po ob­ra­zie. – Ach… no tak za­po­mniał­bym. Wasza za­pła­ta. – Za­ło­żył rę­ka­wicz­kę i kla­snął w dło­nie.

Wszystkie światła przygasły i zapadła ciemność. Po chwi­li za­si­la­nie po­wró­ci­ło, a po Do­ria­nie i jego po­moc­ni­cy nie było śladu. Z gór­nej czę­ści domu do­bie­gł cichy płacz. Kon­rad ze­rwał się na nogi i po­pę­dził na górę. Nigdy nie po­my­lił­by tego dźwię­ku z żad­nym innym.

Mi­nę­ła chwi­la i Eliza usły­sza­ła, że scho­dzi po scho­dach. Nie sły­sza­ła już pła­czu. Kon­rad wszedł po­wo­li do pra­cow­ni zalany łzami. Na rę­kach trzy­mał ich małą có­recz­kę owi­nię­tą w ró­żo­wy kocyk. Eliza pod­nio­sła się ostat­ni­mi si­ła­mi i przy­tu­li­ła oboje. Z jej oczu po­pły­nę­ły łzy.

 

Koniec

Komentarze

W opowiadaniu ma być wrzucony Obraz Anny Słoncz z nazwą obrazu. W przedmowie ma być również wskazana nazwa obrazu i również jej szanowna autorka.

 

Wrócę niebawem z komentarzem :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Dziękuje za przypomnienie melendur88. Wprowadziłem poprawki.

Nowa Fantastyka