Zanurzył drąg w wodzie. Zaczekał, aż koniec sięgnie dna i naprężył ramiona. Sklepienie podziemi rozjaśniał srebrzysty blask, lecz woda w rzece była nieprzenikniona niczym smoła. Łódź niemal bezszelestnie przecinała ciemną taflę. Jeśli nawet wir za rufą zrodził szmer lub plusk, dźwięk momentalnie ginął w bezkresnej przestrzeni.
Dlatego lubił drogę powrotną. Doceniał spokój. Nie przeszkadzało mu wcale to, że musiał sam pchać łódź. Ciało miał sprawne i nawykłe do wysiłku, a rytmiczny ruch uspokajał myśli. Mógł zadawać sobie pytania, a potem szukać odpowiedzi. Niekiedy bawił się w filozofa, świadomy tego, że pewnie inni znaleźli lepsze wyjaśnienia, tylko on jeszcze ich nie zna. Czasem układał w głowie historie i tworzył bohaterów, których prowadził przez wymyślone krainy od narodzin aż do śmierci. Nigdy jednak nie miał okazji, by spisać te przygody. Na przeciwległym brzegu zawsze ktoś czekał.
Jedni podróżowali w ciszy, niczym kamienne posągi, choć jeśli przyjrzał się im dokładnie, dostrzegał drżenie całego ciała. Inni rozglądali się trwożnie i zadawali pytania. Starał się odpowiadać, choć często wywoływał tylko lawinę kolejnych wątpliwości. Najgorsze były pytania retoryczne: po co je zadawali, skoro nie chcieli poznać wytłumaczenia, bo już mieli własne, lepsze? Dlatego wolał przywdziać maskę mruka: tak było lepiej dla nich i dla niego.
Niektórzy opowiadali historie. Najbardziej doceniał te, które nie dotyczyły śmierci. Przysłuchiwał się opisom skąpanych w słońcu krain, w których na drzewach dojrzewały oliwki i figi, powietrze wydawało się ciężkie od wonnych olejków, a wśród zarośli rozbrzmiewał świergot ptaków i pulsujący śpiew cykad. Opowieści o ludziach z sąsiedztwa były czasem znacznie ciekawsze, niż legendy o wyczynach herosów.
Wyczuwał, że niektórzy w potoku słów próbowali utopić to, co nie dawało im spokoju: świadomość śmierci. Kiedyś zapamiętywał wszystkie dramatyczne wydarzenia, które doprowadziły do zgonu. W myślach pakował je do szufladek oznaczonych twarzami zmarłych. W końcu było ich jednak zbyt wiele, a wszystkie krzyczały zamiast mówić. Zagłuszały jego własne myśli, nie pozwalały doświadczać ciszy. Dlatego teraz wysłuchiwał, ale starał się jak najszybciej zapomnieć.
Kolejny raz pchnął łódź. W oddali widział już zarys lądu. Czasem na brzegu kłębił się tłum i musiał robić wiele kursów, by wszystkich przetransportować. Rzadko kamienista plaża była pusta. Mógł wtedy zejść z łodzi i usiąść na jednym z wielkich, obłych głazów.
Tym razem zauważył jedną osobę. Z każdym ruchem drąga dostrzegał więcej szczegółów: drobna sylwetka, długie włosy opadające aż do talii, futrzany kaftan i ciepłe spodnie. Rzadko takie widywał, jedynie u pasterzy, którzy wysoko w górach wypasali owce. Postać również go zauważyła, bo uniosła dłoń i pomachała w jego stronę.
Łódź przeszorowała stępką po kamieniach i żwirze. Po spokoju, który panował na środku rzeki, ten chrobot i stukot brzmiały dla niego prawie jak krzyk. Przewoźnik upewnił się, że kadłub nie kiwa się na boki, a następnie przybrał zwyczajową pozę: drąg w jednej dłoni, druga wyciągnięta w kierunku burty, by pomóc we wsiadaniu.
Naprzeciw niego stała dziewczynka. Ile mogła mieć lat? Dziesięć? No, może nieco więcej. Zadarty nos, kilka piegów na twarzy i proste, gęste włosy, które w blasku podziemi nabrały koloru srebra. Rzadko takie widywał.
Dzieci często sprawiały problemy, szczególnie te, które przybywały same. Płakały i były zupełnie zagubione. Szukały domu i rodziców. Czasem wrzeszczały i tarzały się po ziemi. Raz mały chłopiec spytał go, czy Przewoźnik zostanie jego tatą. Czuł się wtedy bardzo zażenowany.
Dziewczynka wydawała się spokojna, nawet aż za bardzo. Przyjrzał się dokładniej policzkom: ani śladu łez. Piękne oczy patrzyły odważnie w twarz Przewoźnika, a kąciki ust były uniesione w uśmiechu. Mężczyzna musiał się pilnować, by go nie odwzajemnić. Trauma śmierci potrafiła płatać ludzkim umysłom rozmaite figle. W jednej chwili przechodzili od euforii do agresji.
– Przewieziesz mnie? – Dziewczynka skłoniła się, a potem uśmiechnęła jeszcze promienniej.
– A masz monetę? – mruknął mężczyzna.
– Nie, nie mam. – Rozłożyła ręce.
Zauważył, że nie wydawała się zdziwiona ani rozczarowana. Mimowolnie odetchnął z ulgą: tłumaczenie, do czego jest potrzebna moneta nie było wdzięcznym zadaniem. Musiał wtedy się zmierzyć z rozczarowaniem tych, którzy zostawali na brzegu. Doświadczywszy śmierci, rzadko kiedy potrafili się pogodzić z kolejnym niepowodzeniem.
– Zasady to zasady. Musisz mieć monetę.
Dziewczynka kiwnęła głową. O dziwo, dalej się do niego uśmiechała.
– Może ktoś ją jeszcze położy. – Przewoźnik sam nie wiedział, dlaczego rzucił kilka słów na pocieszenie.
– Nie sądzę. Tam są tylko zwierzęta.
Pokiwał głową. Tyle mógł dla niej zrobić – pokazać, że rozumie. Zdusił w zarodku smutek, Jeśli pozwoli mu kiełkować i rosnąć, znów usłyszy upiorne głosy. A on musiał być opanowany. Ścieżką nadchodzili właśnie ludzie – zapłakani i rozżaleni. Wyglądali na rodzinę. Spojrzał na osmalone ubrania, bez słowa wziął zapłatę i pomógł wsiąść do łodzi.
* * *
Dziewczynka wciąż była w tym samym miejscu, w którym ją zostawił. Kiedy przypływał, pomachała mu ręką. Udał, że jest skupiony na wiosłowaniu. Było mu żal, że tak siedzi, ale cóż mógł na to poradzić?
– Przewoźniku, a co robisz z tymi wszystkimi monetami?
Spojrzał na nią z zaskoczeniem. Rzadko zadawano mu takie pytania. Dusze były przejęte przeprawą i skupione głównie na sobie.
– Zostawiam na drugim brzegu. Kiedy potem wracam, już ich nie ma.
– Czy ktoś ich potrzebuje?
– Nie wiem. Pewnie Hades.
– A co z nimi robi?
– Może… zwraca je ziemi?
– A gdyby jednej nie zwrócił? I czy je w ogóle liczy?
Przewoźnik westchnął.
– Nie, nie przywiozę ci monety z tamtego brzegu.
Poczuł się niezręcznie. Miał nadzieję, że wkrótce pojawią się następni pasażerowie, a on będzie mógł zapomnieć o dziewczynce.
– Czy będę się błąkać sto lat? Zanim mnie przewieziesz?
– Kto tak mówił?
– No, tata.
Przewoźnik kolejny raz westchnął.
– A widzisz tu dzień i noc? Miesiące i pory roku? W podziemiach czas płynie inaczej. Nie wiem, kto wymyślił te sto lat.
– Bo to nie tak długo. Mogę poczekać! – Dziewczynka kolejny raz się uśmiechnęła. – Będę budować zamki z kamieni. Albo łowić ryby. Tata mnie nauczył – dodała z dumą.
– To znaczy wiecznie – powiedział Przewoźnik kamiennym głosem. Nie miał ochoty tłumaczyć, co działo się z umysłami tych, którzy zostawali zbyt długo na tym brzegu. I co naprawdę oznaczało „błąkać się”.
Od strony lądu nadbiegł wzburzony staruszek. Przewoźnik odetchnął z ulgą.
– Ten szalony osioł… strącił mnie z klifu, uwierzyłbyś?
– Masz monetę?
– Taka sfatygowana… – Starzec położył pieniążek na dłoni… – Nada się? Jak nie, to będę nawiedzał tę jędzę, że jak zwykle poskąpiła…
– Nada się – uciął Przewoźnik.
* * *
Ognisko zauważył już z daleka. W podziemnym świecie nie było barw. Blask nocy pozwalał odróżnić szare brzegi od smolistych wód Styksu, wyłowić z półmroku zarysy przedmiotów i ludzi, lecz wszystko to wyglądało płasko, niczym teatralne dekoracje. W takim świetle stroje wieśniaków i książąt niewiele się różniły, były jedynie konturami o jednolitym, szarawym wypełnieniu.
Teraz wśród nadbrzeżnych kamieni tańczyły refleksy czerwieni i żółci, a na gładkiej tafli rzeki pojawiła się świetlista, płomienna ścieżka. Raz po raz pod niebo buchały snopy iskier.
– Co się tu wyrabia, na Cerbera?
– Zrobiłam zupę z małży – oświadczyła radośnie dziewczynka. – Dla ciebie. Pływasz tak cały dzień…
– Tu nie ma dnia, mówiłem! I skąd wzięłaś garnek?
– Jeden z wojaków zostawił hełm, pamiętasz?
– A drewno? I ogień?
– Gałęzie stamtąd. – Wskazała czarny, poskręcany pień, z którego sterczały rosochate konary. – Rozpalać nauczył mnie tata.
Przewoźnik przez chwilę spoglądał na przedwieczne drzewo oliwne, które miało wskazywać podróżnym miejsce lądowania łodzi. Cóż, nowy kształt korony nie był może taki zły. Wahał się, czy pytać dalej, ale w końcu zwyciężyła ciekawość.
– A małże?
– Wyłowiłam ze Styksu.
– Nurkowałaś w Styksie?!
– Całkiem przyjemnie. U nas jest zimniej.
– Posłuchaj! – burknął Przewoźnik. – Jestem nieśmiertelną istotą, nie czuję głodu!
– Jesteś najbardziej samotną istotą. Tak mówił tata.
Mężczyzna otworzył usta, ale żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. Spojrzał uważnie na rozmówczynię.
– Dziewczynko, już długo tu siedzisz. Nie czujesz się… jakoś dziwnie? Jakby wzywała cię pustka? Tam, za tobą. Ciemność.
Wskazał bezkresne pasma nadrzecznych wzgórz, z których ostatnie tonęły w mroku. Czasem zdawało mu się, że na odległych zboczach widzi cienie tych, którzy nie mogli opłacić przeprawy.
– Ani trochę! Tam, gdzie mieszkam… – zaczęła z werwą, ale trochę posmutniała. – …gdzie mieszkałam, noce bywają długie. A zimą, żeby zobaczyć słońce, trzeba wyjść na wysoką górę! I jest na niej śnieg, mnóstwo śniegu! Wiesz, co to śnieg?
– Na Olimpie jest śnieg. Podobno. Jest biały i zimny.
– Możesz z niego lepić różne rzeczy, jak z gliny. I nawet zbudować dom. I… i jest śliski, jak się go zgniecie. Można po nim zjeżdżać. Tata zbudował mi sanki! Kim był twój tata?
– Słucham?
– Twój tata. I mama. Kiedyś chyba słyszałam, ale zapomniałam.
– Ojciec był ciemnością. A matka nocą.
– O, to pasuje! – ucieszyła się i klasnęła w dłonie. – Mój ojciec był żeglarzem. Najdzielniejszym ze wszystkich. Ludzi – dodała – bo wiem, że są też herosi, i to bardzo odważni.
– Niektórzy aż za bardzo – mruknął Przewoźnik.
– Tata popłynął daleko na północ. Dalej niż inni. I tam spotkał moją mamę. Była najpiękniejsza ze wszystkich!
– Dobrze, że jesteśmy w krainie cieni. Wiesz, tam na górze niektóre boginie bywają zazdrosne.
– A niech sobie będą! – odpowiedziała buńczucznie dziewczynka. – Tata mówił, że po niej mam te włosy! – Złapała w dłoń puszysty pukiel. – Może… może ich widziałeś? Mamę i tatę?
– A czy aby mieli monety?
– Tak!
– Skoro jesteś pewna… – Uniósł znacząco brwi.
– Sama im je dałam!
Przewoźnik na chwilę zaniemówił.
– Na ceremonii pogrzebowej? – upewnił się, czy dobrze zrozumiał.
– No… można tak powiedzieć. Wkłada się je pod język, prawda?
Przewoźnik przytaknął.
– Uff, tak się martwiłam, że coś pokręciłam. Nie miałam kogo spytać…
– Zaraz, ty s a m a ich pogrzebałaś?
Skinęła głową. Przewoźnik nabrał powietrza, a potem głośno je wypuścił. Dawno temu przysiągł sobie, że nie będzie zadawał pasażerom zbędnych pytań. Słuchał tylko tego, co chcieli mu powiedzieć. Dziewczyna nie była jednak jego pasażerką. Mógł zatem zrobić wyjątek…
– Czy wygraliśmy? – dobiegł go nagle tubalny głos. Podniósł głowę i zobaczył dwóch wojowników. Nie wydawali się zasmuceni. Dziewczynka pomachała im ręką, a oni odwzajemnili gest.
– Całkiem przytulnie tutaj. Nie wiedziałem, że masz córkę. Choć, z wami, bogami to różnie bywa – odezwał się drugi mężczyzna i puścił oko do Przewoźnika.
– Nie jestem bogiem. Jestem boską istotą!
Najbardziej samotną.
Słowa dziewczynki zadźwięczały mu w głowie tak, że ledwo mógł się skupić na tym, co mówił.
– Nie wiem, czy wygraliście. Przewiozłem kilku waszych. Raczej zginęli na początku bitwy.
– Mieli takie hełmy? – Mężczyzna wskazał parujące naczynie. – To akurat przeciwnicy. Ale nieważne, walka była tak przednia, że napijemy się z nimi wina w Elizjum. Szkoda, że tylko raz coś takiego się trafia!
– Tak. Tylko raz. – Przewoźnik pokiwał głową. – Wsiadacie?
– A monety? Świeżo bite, nasze miasto lubi bohaterów!
– Tak. Monety.
Machinalnie zgarnął miedziaki. Ukradkiem zerknął na dziewczynkę. Co myślała, kiedy widziała kolejnych pasażerów odpływających łodzią? Otrząsnął się, naciągnął głębiej kapelusz na głowę, zaczekał, aż wojownicy usiądą i podał im wiosła. Kiedy odpływali, po raz pierwszy nie patrzył przed siebie, tylko na dogasające ognisko i małą, skuloną postać przy nim.
* * *
– Jak to się stało?
– Mama wysłała mnie po zioła. Zaczynały się chłodne noce, chcieliśmy zebrać rośliny, zanim wszystko zetnie mróz. Z góry zobaczyłam, jak do zatoki wpływa łódź. Potem usłyszałam hałas. Krzyki. Zbiegłam do domu. Tata i mama już nie żyli.
Przewoźnik obserwował twarz dziewczynki. Jak mogła opowiadać o tym z takim spokojem? Wcześniej tak bardzo przeszkadzał mu lament i płacze podróżnych, lecz teraz chciał, żeby uroniła choć jedną łzę.
– Dlaczego napadli na wasz dom?
Pożałował tego pytania w chwili, w której je zadał. Czy było ważne, kto ich zabił i dlaczego? Czy naprawdę nie miał dla niej mądrzejszych słów?
– Dla monet. Tata wymieniał je za jedzenie i ubrania dla nas. Znalazłam ostatnie dwie na klepisku, pod belką. Musiały się rozsypać, kiedy…
Broda jej zadrżała. Przewoźnik zauważył, że ściska w dłoni kamień. Przez delikatną skórę przebijały naprężone ścięgna i fioletowe żyłki. Nie potrafiła dokończyć zdania.
– Wykopałam groby w ogródku, tam, gdzie ziemia była miękka.
Nie patrzyła mu już w oczy. Dobrze, bo nie wiedziałby, jak to znieść.
– Oni… oni byli tacy ciężcy! – podniosła głos, jakby czyniła komuś wyrzut.
Przewoźnik usłyszał chrząknięcie za plecami. Odwrócił się.
– My… chcieliśmy na drugą stronę… – zagadnął go nieśmiało młody chłopak. Trzymał za rękę piękną dziewczynę o kręconych włosach.
– Łódź jest w naprawie. Idźcie na spacer, byle nie za daleko. Wróćcie za… za jakiś czas.
– Ale… przewieziesz nas prawda?
– A monety macie? To przewiozę.
Kroki pary ucichły. Przewoźnik nasłuchiwał, czy nie nadchodzi nikt inny.
– Jak ty się tu znalazłaś? – spytał w końcu, choć nie wiedział, czy dziewczynka mu odpowie. Siedziała zwinięta w kłębek, z twarzą ukrytą między kolanami. Co jakiś czas przechodził przez nią dreszcz: zaczynał się na karku, lecz po chwili dygotało całe ciało. Kiedy wreszcie spojrzała na niego, policzki dziewczyny były mokre od łez. Drżącą dłonią odgarnęła włosy, które przykleiły się do ust.
– Tamci zabrali naszą łódź. Matka kiedyś pokazała mi, jak trafić do osady, z której pochodzi. Przez góry. Więc ruszyłam. Ale zaczął padać śnieg. Zgubiłam się. Szłam cały dzień, a potem noc. Siadłam tylko na chwilę, żeby odpocząć. I obudziłam się tutaj.
Przez chwilę oboje milczeli.
– Chciałbym powiedzieć, że ich pamiętam. Twoich rodziców. Ale ludzi umiera zbyt wielu.
– To… to było niedawno! – wyszeptała dziewczynka z nadzieją w głosie. Przetarła dłonią twarz, pociągnęła nosem. Oczy błyszczały jej tak, że same wydawały się źródłem światła.
– Wolę nie pamiętać. Rozumiesz?
Skinęła głową.
– Jak masz na imię?
– Nila.
– Jak rzeka?
– I tak zapomnisz, prawda?
* * *
Dziewczynka spała. Z porzuconych na brzegu ubrań zrobiła sobie miękkie posłanie. Przewoźnik obserwował, jak jej wątła pierś unosi się i opada, a na twarzy pojawiają różne grymasy. On sam nie znał snu. Po raz pierwszy poczuł znużenie. Nie bolało go ciało. Przed oczami przewijał się nieskończony korowód ludzi. Bezwiednie szukał między nimi kobiety o długich, jasnych włosach, ale było tego zbyt wiele: za dużo twarzy, głosów, żalu, rozpaczy, gniewu.
Usłyszał kroki na ścieżce prowadzącej do przeprawy. Nauczył się rozróżniać odgłos bosych stóp od dźwięku sandałów i skórzanych butów, dzieci od dorosłych i starców, mężczyzn od kobiet tylko po sile i rytmie uderzeń stóp o podłoże. Tym razem nie potrafił jednak określić, kto nadchodził: rytm był dziwaczny, czasem jakby kroki należały do jednej osoby, a czasem jak do dwóch.
Wspiął się na kamień. Z daleka zobaczył parę kobiet. Miały identyczny wzrost i wyglądały, jakby się trzymały w objęciach, albo nawzajem podpierały. Dopiero kiedy podeszły blisko, zdołał rozwikłać zagadkę: były bliźniaczkami zrośniętymi ze sobą. Okryte jedną tuniką szły ku niemu bez strachu, ściskając się, a nawet żartując.
– Tędy do Elizjum? – spytała ta po lewej, a ta z prawej uśmiechnęła się czarująco.
– Do Hadesu. Potem się zobaczy – poprawił Przewoźnik. Kiedy patrzył na nie, trudno było mu zachować ponurą minę. Nie bały się śmierci. Miały siebie.
– Śliczna córka! – zauważyła ta po prawej. – My… marzyłyśmy o takiej, ale nie mogłyśmy.
– Macie monetę?
– Nawet dwie! – Z gracją wyciągnęły dłonie w tym samym czasie.
W pierwszej chwili znieruchomiał, a potem powoli zebrał opłatę, nie dowierzając temu, co się właśnie stało. Jedno ciało, dwie monety. Miał wrażenie, że pulsująca krew rozsadzi mu skronie, a serce wyrwie się z piersi. Włożył drżącą dłoń do kieszeni, lecz uwolnił spomiędzy palców tylko jednego obola.
– Widzę, że mają tu wino, dobra nasza! – skwitowała jedna z sióstr, kiedy zauważyła jego niepewne ruchy.
* * *
Łódź wbiła się w brzeg z takim impetem, że Przewoźnik omal nie upadł. Jednym susem przesadził burtę i podbiegł do dziewczynki, która właśnie przecierała zaspane oczy. Przyklęknął przy posłaniu.
– Znalazłem coś, co zgubiłaś! – wyszeptał. Rozejrzał się wokół rozedrganymi oczami, jakby chciał się upewnić, że nikt ich nie słyszy.
– Co to takiego? – spytała i odgarnęła z czoła rozczochrane włosy.
Przewoźnik wręczył jej to, co przez całą podróż uwierało go w zaciśniętą dłoń. Na wszelki wypadek szybko zamknął palce dłoni dziewczynki.
– Moneta? – Uniosła brwi. Po chwili jej oczy rozbłysły. Posłała mu najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widział.
– Więc… zabierzesz mnie na łódź?
– Tak! Tak – poprawił, by głos zabrzmiał odpowiednio ponuro.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że coś traci: nikt nie będzie na niego czekał. Znów będzie starał się zapomnieć, a nie zapamiętać. Westchnął. Ledwie ściągnął maskę obojętności, a już musiał założyć kolejną.
– Skoro płacę, to czy mam wybór, dokąd płyniemy?
Pytanie wyrwało go z zamyślenia. O co znów jej chodziło, na Zeusa?
– To Styks. Ma dwa brzegi. Co chcesz wybierać?
– Myślałem, że jesteś boską istotą, a to boska łódka.
– Tak, stworzono ją to to, by pływała przez Styks. Mnie też. I dokąd niby chciałabyś płynąć? Myślałem, że chcesz zobaczyć rodziców.
– Oni… na pewno są w Elizjum. I są szczęśliwi. Więc nie martwię się o nich tak bardzo.
– To czego właściwie chcesz? Bo drugi raz możesz nie mieć tyle szczęścia z monetą!
– Martwię się o ciebie.
– O mnie?
– Podobały mi się historie, które opowiadałeś. Jak czekałeś na pasażerów. Te o wymyślonych krainach, mądrych ludziach i silnych herosach.
– Ale… coś z nimi było nie tak? Skoro się martwisz?
– Były fantastyczne! Ale ty nigdy tego nie widziałeś!
– Mam wyobraźnię. Dusze sporo mi opowiadają.
– Od zawsze żyjesz tutaj, w podziemiach. Powinieneś zobaczyć świat na górze, chociaż raz!
– A kto będzie woził dusze?
– Poczekają. Ja mogłam, to one też. A teraz na poważnie: rozkazuję ci płynąć tam, gdzie był mój dom!
– Co? Jesteś duszą, powrót do świata nic ci nie da!
– Bo nie chcę wracać! Chcę, żebyś zobaczył najpiękniejsze miejsce na świecie! Tam, gdzie rzeka uchodzi do fiordu. Na brzegach rośnie jesionowy las. W końcu lata wygląda obłędnie, jakby płonął! A rzeką spływa woda z lodowca, biała jak śnieg. Zabiera ze sobą czerwone liście i zanosi je do morza… I jeszcze są złote brzozy, i łany wrzosów, a nad tym wielkie skały i…
– Odeszłaś stamtąd. Nie bez powodu.
– Znalazłam powód. Tutaj!
Niespodziewanie poczuł ciepło jej dłoni w swojej. Mała miedziana moneta tylko uwierała ich w palce.
* * *
– Łódź.
– Co z łodzią?
– Jest brzydka.
– Wypraszam sobie, zbudował ją mój ojciec.
– Który był ciemnością! Nie może być taka smutna. Pomalujmy ją!
– Tutaj nie ma kolorów, nie pamiętasz?
– A Elizjum? Tam na pewno mają farby!
– Może i tak, ale kto je stamtąd wyniesie?
– Ty!
– Nie ma mowy! Słyszałaś o Cerberze?
– To może chociaż biała? Będzie pasować do rzeki!
– Skąd wezmę biały?
– Twoja mama to noc!
– Noc jest czarna.
– A księżyc i gwiazdy?
– Cóż, mogę poprosić… dawno z nią nie rozmawiałem.
– Jak dawno?
– Mówiłem ci, tutaj czas biegnie inaczej.
– Czyli bardzo dawno? Nic dziwnego, że jesteś taki ponury!
– Nie… nieważne. Zobacz, kolejka dusz się zrobiła!
– To je przewieź. Poczekam.
* * *
– Twoje oczy są zielone!
To było pierwsze, co dostrzegł. Krajobraz wokół nich wyglądał nawet bajeczniej niż obiecywała Nila, ale Przewoźnik i tak patrzył głównie na nią.
– A twoje łzawią. Może załóż kapelusz?
– A, to do tego służy! Myślałem, że tylko ozdoba… – zauważył, kiedy już skrył twarz w cieniu. Nie było to łatwe, bo słoneczny blask odbijał się od modrej powierzchni morza. Tarcza słońca wyszła akurat zza jednej góry i powoli sunęła w kierunku kolejnej. Włosy dziewczynki rozjarzyły się na złoto, a blask prześwitywał między ich końcami, rozwiewanymi przez wiatr.
– Blakniesz – zauważył Przewoźnik ze smutkiem w głosie. – Ostrzegałem, że tak się może stać. Jesteś duszą.
– To wrócę nad Styks i będę tam na ciebie czekała. A teraz chcę pokazać ci rzekę. I mój dom. Zdążymy, zanim zupełnie zniknę?
– Postaram się.
Przewoźnik usadowił się wygodniej na ławce i pociągnął za drzewce. Przyzwyczaił się do płytkiego Styksu, gdzie mógł odpychać się od dna drągiem. Wiosła dawał do ręki głównie pasażerom. Wsłuchał się w plusk wody, szum fal o brzegi fiordu, krzyki ptaków. Tutaj wszystko było jaśniejsze, głośniejsze, wonne. W powietrzu czuł sól i wodorosty, ryby i kraby, żywicę świerków wczepionych korzeniami w strome zbocza.
– Jest tam! Rzeka! – krzyknęła radośnie dziewczynka.
Zanim jeszcze wpłynęli do ujścia zauważył liście, dryfujące na powierzchni fal. Niektóre były złote i brązowe, ale przeważała czerwień. Oblepiały pióra wioseł i błyszczały w promieniach słońca, zanim ponownie opadły do wody.
Przewoźnik poczuł nurt rzeki i mocniej chwycił za drzewce. Z niepokojem patrzył na twarz i ręce dziewczynki. Skóra traciła kolor, jakby spowijała ją coraz grubsza warstwa mgły.
– To dzieje się zbyt szybko! – Pokręcił głową. – Im bliżej jesteśmy twojego…
Chciał powiedzieć „domu”, ale przecież to nie miało sensu. Urodziła się tam i wychowała, ale to tylko miejsce. Może wspomnienie o pogrzebanych rodzicach niszczyło ją o środka? Nie wydawała się jednak przygnębiona czy wystraszona. Co się zatem z nią działo?
– …ciała!
Niespodziewanie przestał wiosłować. Łódź zatrzymała się na mieliźnie. Wokół nich las płonął czerwienią, ale Przewoźnik nie zwracał uwagi na drzewa.
– Nila, opisz jeszcze raz ostatnią chwilę, którą pamiętasz z tego świata.
– No… wchodziłam na przełęcz. – Wskazała dłonią odległy łańcuch górski. – Tak mi się zdaje. I byłam bardzo zmęczona. I usnęłam, w takiej jamce ze śniegu.
– Dlatego twoja dusza blaknie! Dlatego nie chciałaś przekroczyć Styksu. Twoje ciało jest tam nadal, uśpione! Nie wiem, jak to możliwe, może przez zimno. Ty nie umarłaś. Jeszcze nie!
Zerwał się z ławki. Chwycił drąg. Wyskoczył do wody. Zaholował łódź do zakola, by nie porwał jej nurt.
– Nila, posłuchaj mnie! Spotkamy się nad Styksem, ale to ja będę na ciebie czekał! Nie mam czasu tłumaczyć, ale ja… będę pamiętał!
Wspiął się na brzeg. Drągiem roztrącił ciasno splecione gałęzie jesionów. Zanim zanurzył się w gęstwinę, ostatni raz odwrócił twarz w stronę łódki. Sylwetka dziewczyny była ledwie widoczna, ale domyślił się, że Nila patrzy na niego. Zamachała ręką, jak za pierwszym razem, kiedy się spotkali.
* * *
Lodowate powietrze świszczało mu w gardle. Wiatr szarpał i tak podarte ubranie. Był może nieśmiertelną istotą, ale czuł ból, kiedy setki lodowych igieł wbijały mu się w skórę, a mięśnie i ścięgna sztywniały na mrozie. Mimo tego brnął przez zawiany śniegiem żleb. Gdzieniegdzie dostrzegał jeszcze ślady dziewczynki, odciśnięte w twardym, zlodowaciałym śniegu, ale większość zbocza góry pokrywała już gruba warstwa świeżego puchu. Wbijał w niego drąg, krok po kroku posuwał się coraz wyżej.
Dotarł na przełęcz. Oświetlona księżycem grań rzucała długie cienie: wyglądały jak zęby pradawnego stwora, strzegącego przeprawy przez góry. Śnieg ustąpił miejsca lodowi. Sandały się ślizgały, końcem drąga bezskutecznie szukał oparcia. Przewrócił się na kolana. Próbował wstać, lecz tylko ześlizgiwał się w dół zbocza. Krew spływała po nogach i zaraz krzepła.
– Ojcze ciemności, matko nocy, pomóżcie mi!
To było idiotyczna prośba. Porzucił świat, który stworzyli. Zamiast być sprawiedliwym przewodnikiem dusz, ryzykował dla tej jednej, która jeszcze nie umarła.
Nic się nie wydarzyło. Wiatr nadal huczał w skalnych szczelinach i szeleścił ziarenkami śniegu, zimny blask księżyca wydobywał z mroku ostre kształty turni.
– Dlaczego… dlaczego mnie zostawiliście?! Tam, w podziemnym świecie?
Zaczął pełznąć po lodowcu, ułożywszy drąg na płasko. Szukał każdego punktu oparcia, każdej nierówności i zmarszczki, pęknięcia i szczeliny. Poruszał się powoli, lecz prawie już dotarł na grzbiet: może stamtąd uda mu się wypatrzyć Nilę?
Usłyszał brzęknięcie. Obol wysunął się z rozdartej kieszeni i wypadł na lód. Przewoźnik zamarł. Bez monety, jak wytłumaczy Hadesowi całą wyprawę? Dopóki miał zapłatę, mógł chociaż udawać, że działa zgodnie z zasadami.
Ułożył się na lodzie i wyciągnął dłoń, najdalej jak mógł. Od monety dzieliło go nie więcej niż szerokość palca. Wystarczyło naprężyć ramię i…
Osunął się.
Ciało nabierało prędkości, zostawiając za sobą krwawą wstęgę. Kapelusz zniknął w szczelinie lodowca, oderwane resztki szat poleciały z furkotem w stronę doliny. Między stopami dojrzał zbliżającą się krawędź przepaści. Próbował zahamować, ale było już za późno.
Świat zawirował. Ostre szczyty, długie jęzory lodowców i głębokie doliny obracały się w szalonym pędzie. Wydawało mu się, że trwa to nieznośnie długo, ale ośnieżone zbocze już biegło mu na spotkanie, potężniejsze za każdym razem, kiedy je widział.
Impet uderzenia wycisnął powietrze z płuc, wykręcił ramiona i szarpnął za nogi. Ciało wbiło się w miękki puch i znieruchomiało.
* * *
Nie jest łatwo zniszczyć nieśmiertelnego. Złamane kości się zrastają, skręcone stawy wracają na miejsce, skóra zabliźnia rany. Ludzki jest ból, który każe krzyczeć, nawet jeśli usta są zalepione śniegiem. Lecz jeszcze bardziej boli świadomość porażki.
Kiedy w końcu Przewoźnik wypełzł na powierzchnię, na wschodzie czerń ustępowała już miejsca zorzy poranka. Zadarł głowę w kierunku przełęczy. Spojrzał na labirynt uskoków, grzebieni, lodowych seraków i skalnych iglic. Jak w ogóle mógł się łudzić, że ją tu znajdzie? Wydał z siebie jeszcze jeden okrzyk wściekłości. Kiedy już ucichło echo, odbite od granitowych ścian, zapłakał, po raz pierwszy od tysięcy lat.
Pierwsze promienie słońca padły na zbocze. Śnieg rozjarzył się na różowo, by już po chwili przybrać odcień żółci.
Przewoźnik przetarł oczy. Poniżej niego, u podnóża skalnego żebra coś błysnęło. Czy możliwe, że to ta sama moneta, którą zgubił na górze? I czy w ogóle miało to jeszcze znaczenie?
Wtedy, tuż obok światełka, zauważył rąbek skórzanego kaftana, wystający spod śniegu.
* * *
Poczuła ciepło na policzku. Zanim otworzyła oczy, przypomniała sobie dotyk matki. Czasem siadała wieczorem przy posłaniu Nili i delikatnie głaskała ją po twarzy. Poduszki palców miała szorstkie i spękane od pracy, lecz wystarczyło, by obróciła dłonie, a dotyk skóry magicznie stawał się gładszy niż muśnięcie ptasim piórem.
Świadomość wróciła wraz z pierwszym oddechem, strumieniem chłodnego powietrza torującym sobie drogę przez zaciśnięte gardło. Nie było ani matki, ani ojca, tylko twarze obcych ludzi. Nachylone nad nią, zatroskane, zdziwione, niektóre nawet przerażone. Przekręciła głowę i natychmiast zmrużyła oczy. To nie ludzki dotyk dawał ciepło, tylko promienie słońca. Wielka, żółta tarcza wnosiła się właśnie ponad ośnieżony grzbiet.
Zadrżała, kiedy chłodna krew dotarła do głowy. Wracało czucie w kończynach: setki drobnych igieł bólu odtwarzały kształt każdego palca, a uśpione dotąd nerwy niosły sygnał dalej, aż dopełniły mapę ciała. Leżała na środku wielkiego stołu ofiarnego, w przemoczonym ubraniu, które wciąż pokrywały lodowe sople. Domyśliła się, że to święto równonocy, kiedy mieszkańcy wioski dziękowali za plony i prosili duchy przodkiń o pomoc w przetrwaniu zimy.
– Gdzie? Gdzie on jest?!
Głos, który wydobył się z gardła był zbyt cichy, by ktokolwiek mógł go zrozumieć. Poruszała ustami, lecz oni tylko na nią patrzyli, jak na zjawę.
– Gdzie jest ten, kto mnie przyniósł? – na wpół wychrypiała, na wpół wyjęczała. Przewróciła się na bok. Dary rozsypały się po jesionowym blacie: ziarna, orzechy, różnokolorowe jagody, wonne korzenie. Ludzie cofnęli się o krok. Tylko kobieta o siwych włosach kiwnęła głową, a potem powiodła spojrzeniem gdzieś daleko za swym ramieniem.
Nila chciała wyjrzeć za mur ludzi, lecz nie mogła, chciała wstać, ale zesztywniałe mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
– Ja muszę… muszę mu jeszcze tyle powiedzieć!
W końcu udało się jej unieść na kolana. Wysoko nad domami, na wąskiej ścieżce majaczyła sylwetka mężczyzny. Krok po kroku brnął pod górę, podpierając się drągiem.
– Przewoźniku!
Nie mógł jej usłyszeć, a jednak się odwrócił i stanął, wpatrzony w wioskę.
– On nie należy do tego świata ani ty do jego – odezwała się starsza kobieta.
– Nie! Mam… tylko jego, a on… tylko mnie! – Nila na przemian łkała i szczękała zębami z zimna.
– Możesz mieć cały świat, dziecko. Ty, która nie boisz się nocy, ciemności ani śmierci. – Staruszka zniżyła głos do szeptu, a może w ogóle nie poruszała już ustami? – Przeżyj życie tak, by mieć o czym opowiadać. A kiedy twe włosy przyprószy szron, a skóra pomarszczy się jak kora, pójdziesz tam, gdzie ogień spotyka lód, gdzie mieszają się krew i woda. Łódź będzie na ciebie czekać. Oddasz wtedy to, co przyjaciel zostawił ci na przechowanie.
Kobieta włożyła jej w dłoń małą, błyszczącą monetę.

(“W ciszy rzeki”, Anna Słoncz)