- Opowiadanie: lugosi - Dama

Dama

Cześć! Na początku wybrałem inny obraz, nie zauważając, że został on już zarezerwowany. Oczywiście zrzucam to na mój kolor włosów :D Nie pomaga również fakt, że jestem osobą wyjątkowo roztrzepaną.

Jako następny obraz zobaczyłem ją – Damę z „Sennych przestworzy”. W głowie od razu pojawiła się wizja, że to ona będzie główną bohaterką opowiadania, bo tak jak pisałem przy rezerwacji: obrazy pani Anny wręcz przemawiają.

Zadowolony usiadłem przed laptopem i pojawił się pierwszy problem: co by tutaj napisać? Wpierw była „wyborem” w sali pamięci, później dżinem spełniającym życzenia na opak. Podróżowała ze mną przez Indie i pływała w basenie Morza Andamańskiego. Pisałem i pisałem, ale cały czas czułem, że coś jest nie tak.

I wtedy narodziła się Dama z Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Opowiadanie jest pełne absurdu (w moim odczuciu), czarnego humoru ocierającego się o turpizm oraz dzieł sztuki, które żyją.

Nie przedłużając, zapraszam do lektury! :)

PS regulatorzy, dziękuję za podesłanie linka – był niezwykle przydatny.

PS2 Postać Japonki jest inspirowana obrazem Olgi Boznańskiej „Kobieta z japońską parasolką”.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dama

(Anna Słoncz, Senne przestworza)

Muzeum Narodowe – budynek porośnięty gęstym bluszczem od dekad czarował mieszkańców Wrocławia. Nikt nie wiedział, że za ciężkimi wrotami kryły się cuda, o jakich zwykłym śmiertelnikom nigdy się nie śniło. Każdej nocy zegar wybijał dwunastą i w jego dźwiękach obrazy przeciągały się w ramach, statuy otrzepywały kurz, a zastawa pobrzękiwała śpiąco.

Wśród cieni, w miejscu prawie niewidocznym, wisiała ona: Dama o marmurowej skórze. Zwiedzający często mijali ją obojętnie; wystarczyło jednak jedno spojrzenie zamkniętych powiek, aby serce nawet najtwardszego mężczyzny poderwało się do szaleńczego biegu. Nie pomagały i rzęsy, gęste i długie, niczym pociągnięte maskarą w wersji „premium” – marzenie każdej francuskiej kurtyzany z osiemnastego wieku.

Na początku turyści kontemplowali kunszt malarki i czasem szeptali sekrety pieczołowicie chowane przed zaborczymi mężami. Dama czerpała z tego niemą radość… do czasu. Wszystko zepsuła jedna, puszczona w obieg plotka: „Senne przestworza” spełniają życzenia.

Od tej chwili jej życie się zmieniło. Ramy więżące płótno wypolerowano i pokryto tanią farbą z drobinkami złota, a ona zawisła w nawie głównej. Dla lepszej dostępności, rzecz jasna.

– Co pani robi? – zakrzyknął ochroniarz. Niemal biegł ku staruszce klęczącej przed obrazem.

Pełne, karminowe usta obrazu wykrzywiły się prawie niewidocznie. Dłonie moherowego berecika tasowały różaniec z biegłością kasynowego krupiera.

– Modlę się – dobiegło z dołu warknięcie, poparte dla lepszego efektu szelestem koralików.

– A do kogo, jeśli mogę zapytać?

– No jak to do kogo? Do Najświętszej Madonny, Maryi Dziewicy.

Antenka zadrżała gniewnie, gdy wysuszony i pomarszczony palec wystrzelił w kierunku obrazu. Ochroniarz westchnął z cierpiętniczą miną, nieświadomy, że pod warstwą werniksu Dama ledwo powstrzymuje parsknięcie.

„Masz za swoje, dziadu” – pomyślała. Pod ciężkim aksamitem dalej kotłowało się poranne życzenie ochroniarza.

– Proszę pani – wycedził – to jest dzieło sztuki! Nie ikona, nie Droga Krzyżowa czy inne dewocjonalia. Tu się podziwia, nie modli. I na litość boską, jaka znowu dziewica?!

Dama pokraśniała. Choć starała się to ukryć, prawda była taka, że w życiu niejeden pędzel już ją przeleciał.

– W kościele mówią, że to ósmy cud świata jest. Podobno każdą modlitwę spełnia.

Mężczyzna westchnął, przyciskając dwa palce do nasady nosa.

– Życzenia spełnia, a nie modlitwy. Widzi pani ten róg? O tam, po lewej stronie. No, niech pani podejdzie tam, potrze, potarmosi i życzenie pomyśli.

– A pomodlić się nie mogę?

– Może, może. Modlitwa czy życzenie, jeden…

– Nie bluźnij, chłopcze! – żachnęła się staruszka, jednak posłusznie podeszła do dzieła.

Po muzeum poniósł się trzask właściwy tylko kolanom starczym: głośny i suchy; jasno obwieszczający światu, że trzydziestka była ledwie wspomnieniem.

„Ludzie to głupcy” – prychnęła i wzdrygnęła się, gdy staruszka potarła sfatygowany róg obrazu.

Nigdy by się do tego nie przyznała, ale zazdrościła Monie Lisie. Ta włoska trzpiotka miała wszystko: szklane gabloty, pancerne bariery i alarm wyjący przeraźliwie, gdy choćby pyłek kurzu śmiał spaść na czczone topolowe deski. Najbardziej jednak pragnęła obstawy z pałkami, które trzeszczały mocą i nie wymagały „powiększenia”.

„Niech se w dupę wsadzi ten uśmieszek”.

– Długo będzie tam pani jeszcze klęczeć? – ryknął ktoś z tłumu zebranego przed obrazem.

Staruszka obróciła się z furią i środkowym palcem pokazała, co myśli o impertynentach mających czelność przerwać jej modły. Tłum zaszemrał, westchnął z oburzeniem i potulnie struchlał – wszakże faktem wiadomym było, że z berecikami się nie zadziera.

– Panienko – wyszeptała głosem pachnącym miętowymi dropsami – życzę sobie, aby panienka pomogła mojemu wnukowi.

Ostatni raz się przeżegnała i wstała, stękając głośno. Za jej plecami poniosły się oklaski, przerywane gwizdami, a Dama dostrzegła wahanie w oczach staruchy.

– I żeby ta flądra spod czwórki dostała grzyba na ścianach.

***

Cienie zawibrowały w rytm bicia wiekowego zegara. Ramy obrazu zadygotały, czerwone strużki światła zostały zasłonięte, a kamery oślepły – tak jak każdej nocy. Z płótna niczym kropla gorącego wosku spłynęła postać Damy.

– Tyle zmarnowanych próśb – wyszeptała w pustkę i ruszyła do lustra wiszącego naprzeciwko.

Srebrzysta tafla zawirowała, otwierając przejście. Stopa obuta w jedwabny pantofelek zastygła w połowie kroku.

– Czy naprawdę muszę to robić?

Cisza była jedyną odpowiedzią. Niewidzialna siła naparła na jej plecy, z ciemności wystrzeliły lepkie macki i wciągnęły ją w tylko im znanym kierunku.

Gdy świt powoli zbliżał się ku horyzontowi, wróciła na marmury. Zmniejszająca się szczelina w lustrze pozwalała na szybki przegląd strat: potargane szaty, czarna grudka będąca kiedyś zmysłowymi rzęsami. Karminowy szlaczek był ledwie wspomnieniem perfekcyjnie pomalowanych ust. Pstryknęła palcami, przywracając nieskazitelną doskonałość.

– Więcej wody, więcej wody! – zakrzyknęły chłopaki z „Ostatniej Wieczerzy”.

Przebiegli obok, wymachując cebrzykami, prawdopodobnie ukradzionymi Bogu ducha winnym chłopkom. Na ich barokowych twarzach nie malował się wyraz nawet najmniejszej skruchy, gdy każdej nocy tratowali mieszkańców muzeum w drodze do łazienek. Zaraz potem błagali Syna Bożego o jeszcze jedną „kolejeczkę”.

Przewróciła oczami pod zamkniętymi powiekami i powlekła się do obrazu. Naparła dłonią na płótno, jednak werniks pozostawał zamknięty. Ramy nie chciały jej wpuścić.

– Ciężka noc? – usłyszała zza pleców.

Błękitne szaty zafurkotały. Spod papierowej parasolki, ubrana w krwistą czerwień, spoglądała na nią kobieta o zmęczonej twarzy. Z kieszeni sukienki wyciągnęła paczkę papierosów i szczęknęła zapalniczką.

– Parasolka ci się spali – burknęła Dama.

Nie lubiła tej wywyższającej się arystokratki. Smród dymu, który się za nią ciągnął, był nieporównywalny do pogardy, jaką roztaczała wokół siebie. Ileż to razy Dama już słyszała, że to właśnie „biała Japonka” o bladej skórze jest prawdziwym dziełem sztuki. Oczywiście przez wielkie „D” i jeszcze większe „S”.

– Niech się pali – zaciągnęła się – wtedy to dopiero będą mnie podziwiać. To jak? Na pędzle znowu polowałaś?

Dama zacisnęła zęby.

– Przecież wiesz, że muszę życzenia spełniać.

Japonka wypuściła chmurę dymu wprost na „Senne przestworza”. Oczka czujne i do plotek, i do wad rywalek uważnie zlustrowały koleżankę; od rąbka sukni aż po złotą aureolę, teraz drgającą gniewnie.

– A wszystkie spełniłaś?

– Ta… – urwała.

Wnuczek. Myśl uderzyła ją obuchem. Mieszkanie sąsiadki zagrzybiła solidnie, przy okazji fundując grzyba całej kamienicy, lecz o chłopaku zapomniała całkowicie.

Zaklęła szpetnie i ruszyła z powrotem do lustra.

– Ech, ta dzisiejsza służba – rzuciła za nią Japonka, puszczając kółko dymu. – Dobrze, że ja, prawdziwy skarb narodowy, nie muszę się do tego zniżać.

Dama z wyciągniętym środkowym palcem wskoczyła w srebrzystą taflę.

***

Wpierw uderzył ją ostry zapach chloru. W mroku korytarza rytmicznie popiskiwała aparatura. Kryjąc się wśród cieni, spoglądała na skuloną postać.

Długa, ciemna grzywka opadła w spiralach na czoło. Skupiony na książce tak mocno, jak może to zrobić tylko osoba przekraczająca światy, nie dostrzegł jej obecności. Przewrócił stronę, a szelest zagłuszył na chwilę natrętne piski monitorujące życie.

Zrobiła krok. Aksamit zahaczył o ukryty stół i z blatu spadła szklanka. Huk rozbijanego szkła zabrzmiał jak wystrzał z armaty. Zamarła, w duchu przeklinając pecha, który towarzyszył jej już od dłuższego czasu.

– Kto tam? – zachrypiał mężczyzna. Bursztynowe oczy wbijały się w ciemność, próbując dojrzeć zagrożenie. – Babcia? Jak ty się tu…

Urwał. Dama wypłynęła z ciemności. Kąciki zmysłowych ust uniosły się w uśmiechu.

– Witaj, śmiertelniku – odezwała się głosem brzmiącym jak dzwoneczki targane wiatrem. – Wypowiedz swoje życzenie.

– O nie, nie, nie. Znowu te pieprzone halucynacje. Mówiłem: dawka za duża. To nie. „Panie Łukaszu, my wiemy, co robimy”. Tyle dobrze, że teraz jakiś lachonik się pojawił, a nie te potwory co ostatnio.

Zamarła w połowie drogi.

– Lachonik?

– No. Lalka, dupeczka, świnka. Wybierz sobie. Zresztą, co ja gadam? Przecież ty nie istniejesz.

– Świnia? Świnia?! – wydarła się, a aureola zapłonęła. – Czy ja ci wyglądam na świnię?!

– No i masz ci los – mruknął Łukasz, sięgając do przycisku alarmowego. – Oczywiście nie możesz być ładna i miła. Bo i po co, nie?

W korytarzu zrobiło się zamieszanie i po chwili do pokoju wpadł zastęp pielęgniarek. Dama, scalona ze ścianą, obserwowała krzątający się personel. Poszarzałe twarze wpierw z irytacją, a później ze współczuciem podały leki na „omamy”.

– Powiedz życzenie, śmiertelniku – powiedziała z mocą, gdy kobiety zniknęły za zamykającymi się drzwiami.

Mężczyzna drgnął. Otumanione oczy rozszerzyły się, gdy spłynęła ze ściany, a pobielałe palce zacisnęły się na wykrochmalonej pościeli.

– Nie powinno cię tu być – wychrypiał, zaciskając powieki. – Nie ma cię tu. Nie istniejesz. Precz!

Ostatnie słowo zagrzmiało od mocy. Szyby w oknach zaskrzypiały, aparatura zadźwięczała szaleńczo. Ciemność zassała Damę od tyłu. W zamykającym się przejściu dostrzegła tylko jedno: drżące ramiona chłopaka, który nie chciał jej cudów.

***

– Jeszcze! – rozkazała Dama, podnosząc kielich.

Judasz podbiegł z dzbankiem i nalał trunku dającego zapomnienie. Wypiła duszkiem, ignorując strużkę obficie spływającą po brodzie.

– Jeszcze!

– Ale Damo… – mruknął Judasz, poprawiając kępkę włosów sterczącą z głowy.

– Jeszcze! Bo cię zamienię w srebrniki, pieprzony zdrajco!

Mętna lura poleciała strumieniem; szybko się wycofał, zgięty w pas. Śledziła go chwiejnym wzrokiem. Gdy myślał, że jest już poza zasięgiem czujnych uszu Damy, dobiegł ją szept:

– Paweł, leć z chłopakami do Odry. Czeka nas długa noc, oj długa. Te dwie alkoholiczki…

Palce zaiskrzyły od gotującego się zaklęcia, jednak po chwili zgasły. Nie miała na to siły.

– Pajac – burknęła Japonka, strzepując popiół. – Ale z tą Odrą ma rację. Lepiej kopie. To co, koniec na dzisiaj?

– A jaki tam koniec. Ramy nie wpuszczą mnie tak długo, jak nie wypowie życzenia albo mnie nie przepędzi.

– Prawdziwe dzieła sztuki nie służą, tylko pozwalają sobie usługiwać. Jak sobie wyobrażam, że miałabym tym śmieciom życzenia spełniać, to aż mnie trzęsie.

– Ale ja nie mam wyboru! – wydarła się, uciszając rozochoconą gawiedź. – Ja mam klątwę, rozumiesz?!

Krzesło z hukiem poleciało na posadzkę i ruszyła do lustra, odprowadzana zszokowanym spojrzeniem Japonki. Dama wiedziała, że nie dogryzała jej ze złośliwości. Ale i jej cierpliwość miała swoje granice.

Tafla spłynęła jak roztopione masło i Dama wkroczyła w ciemność pachnącą marzeniami.

Łukasz leżał w łóżku. W jednej dłoni pobłyskiwał telefon; druga przesuwała się pod niewielkim wybrzuszeniem na kołdrze. Odchrząknęła. Rozbawiona patrzyła, jak podskakuje w miejscu i rozgląda się z paniką.

– A, to znowu ty – mruknął, gasząc telefon. Rumieniec na jego twarzy był prawie tak krwisty jak szaty Japonki.

– Ja – parsknęła, wychodząc z cienia. – Poczekaj – powstrzymała go, gdy sięgał do przycisku alarmowego. – Nie jestem halucynacją.

– Udowodnij.

Klasnęła. W pokoju zerwał się wiatr, ciągnąc za sobą zapach skoszonej trawy oraz ciepłego nieba. Włosy mężczyzny, poderwane przez podmuch, odsłoniły gołą skórę.

– Przeciąg – warknął, poprawiając tupecik. – Ściągaj fatałaszki.

Zamarła. Ten gbur właśnie kazał jej się rozebrać? Cisnęła z furią szklanką stojącą obok. Szkło sodowe rozsypało się w drobny mak.

– Czyli babka miała rację. – Bursztynowe oczy rozwarły się w szoku.

– Wypowiedz życzenie.

Wino szumiało coraz mocniej w głowie spowitej błękitnym aksamitem. Mętnie widziała nieśmiałą nadzieję wykwitającą na jego twarzy, jakby nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.

– Życzę sobie, abym wyzdrowiał i nie musiał nigdy tutaj wracać.

Aureola zabłysła, zamknięte powieki zadrgały, a palce zaiskrzyły, gdy Dama wypowiadała zaklęcie. W sali szpitalnej wybrzmiało ostatnie, obce słowo, lecz echo zadźwięczało kpiąco. Spróbowała jeszcze raz i kolejny. Dłonie drżały z wysiłku, a iskry zgasły, cicho skomląc.

– Nie mogę go spełnić – jej głos zabrzmiał jak wyrok. Grobowy i suchy.

– No jakżeby inaczej – prychnął, odwracając od niej głowę. Mimo to dostrzegła łzy kapiące na prześcieradło.

– Dam ci bogactwo, sławę, co tylko sobie możesz wyobrazić.

– I co mi po nich? Do grobu pieniędzy nie zabiorę, popularność to samo utrapienie.

Skrzywiła się. O przekleństwie sławy wiedziała więcej aniżeli ktokolwiek inny.

– Mogę dać ci władzę, o jakiej nie śnili najwięksi cesarzowie. Przywołać kobietę pożądającą cię dniem i nocą – kusiła.

– Nic nie chcę. Precz!

Ryk złości jeszcze długo przeszywał powietrze, gdy Damę porwała ciemność.

***

W nawie głównej panowała cisza, mącona jedynie pijacką wersją „Barki”. Apostołowie wyli w najlepsze i Dama poczuła, jak wino zaczyna pulsować w skroniach – oznaka niechybnie zbliżającego się kaca.

– I co, cudotwórczyni? – Japonka wypuściła dym w kształcie serduszka. Strzepnęła popiół z gracją, na widok której primabaleriny padłyby z zazdrości. – Wypowiedział życzenie?

– Nie – warknęła i ruszyła do ram obrazu.

Powietrze zadźwięczało od stukotu czarnych, skórzanych bucików.

– Przecież musisz spełnić jego życzenie, inaczej pochłonie cię niebyt.

– Wiem! Ale on niczego nie chce! Nie chce pieniędzy, sławy, rozkoszy. Chce żyć!

Pod powiekami poczuła uporczywe pieczenie. Nie chciała nie istnieć.

– To mu to daj – mruknęła Japonka, owiewając ją subtelną wonią kwitnącej wiśni.

– Nie mogę. Zaklęcie nie działa, sama nie wiem czemu.

Japonka zaciągnęła się tak mocno, że żar rozświetlił rysy jej zmęczonej twarzy. Przez chwilę wyglądała nie jak „Dzieło Sztuki”, a jak zwykła kobieta, która widziała i przeżyła zbyt wiele.

– Nie działa, bo nie rozumiesz, czego naprawdę chce. Słowa – pyknęła – to tylko słaby manifest tego, czego ludzie naprawdę pragną.

Dama otarła łzę. Spojrzenie mimowolnie powędrowało do gładkiej powierzchni lustra. Wzdrygnęła się; przypominała teraz bardziej makabryczną wizję Beksińskiego aniżeli „Senne przestworza”.

– Dziękuję. – Otrzepała szaty. W jej głowie pojawił się plan.

Pierwszy promień słońca przeszył gęsty bluszcz, rzucając światło na posadzkę. Dzieła sztuki ruszyły w swoje ramy, na piedestały oraz do szklanych gablot. Dama z ulgą weszła w płótno. Pod palcami wyczuła pierwsze pęknięcie na dębowej ramie, a werniks powoli odchodził niewielkimi płatami.

Czas tykał nieubłaganie, dysząc prosto w jej aureolę.

***

Ding-dong. Dama wyskoczyła z obrazu. Stopy obute w aksamit przebierały szybko, przybliżając ją do lustra. Japonka podniosła parasolkę w geście przywitania. Szpic trafił w oko drewnianego apostoła, od którego aureoli odpalała papierosa.

– Powodzenia! – krzyknęła, ignorując nieświęte słowa rozwścieczonego mężczyzny. W ostatniej chwili szarpnęła jego szaty, zmuszając go do klęknięcia. – Gdzie leziesz? Dawaj tę aureolę!

Dama zaśmiała się, pochłaniana przez ciemność.

Wkroczyła do sali bez błysków, bez wiatru i tanich efektów. Łukasz siedział na łóżku, tęsknie spoglądając na nocną panoramę Wrocławia. Aparatura rzęziła miarowo, odmierzając czas skradziony przeznaczeniu.

– Przyszłaś popatrzeć na moją porażkę?

Nie odpowiedziała. Zdecydowanym krokiem podeszła blisko, ignorując smród lekarstw. Wyciągnęła dłoń i obróciła jego twarz do siebie. Bursztynowe oczy mężczyzny rozszerzyły się, gdy rozwarła powieki, pozwalając mu zajrzeć w samo serce płótna.

Nie dostrzegł tam magii. Zobaczył setki lat samotności, kurz osiadający na duszy i ból bycia podziwianym, ale nigdy dostrzeganym. W głębi jej źrenic wirowały marzenia wszystkich, którzy potarli ramy jej więzienia. Ich strach, pragnienia, codzienne bolączki. Zrozumiał: ona była tak samo więźniem losu jak on szpitalnych ścian.

– Nie mogę ci zwrócić zdrowia – wyszeptała głosem, który nie pobrzmiewał już radosnymi dzwoneczkami, a ciążył bólem istnienia. – Jednak mogę sprawić, żebyś przestał widzieć ten pokój. Bez bólu, bez smutku. Bez samotności wżerającej się w każdy centymetr twojego ciała.

Łukasz spojrzał na swoje dłonie. Chłopięcym wręcz gestem odsunął grzywkę opadającą na oczy. Następnie wyszeptał drżącym głosem:

– Życzę sobie, abyś do końca mojej choroby, tak długo, jak będę miał siły, zabierała mnie w miejsca przeze mnie wskazane. Chcę zobaczyć słońce wyzierające zza samotnej góry. Chcę usłyszeć pierwszy śmiech dziecka. – Po jego policzkach ciekły łzy osoby godzącej się z przeznaczeniem. – Chcę żyć, a nie przeżyć resztkę tego czasu, który mi został.

Dama wypowiedziała prastare słowa. Światła jarzeniówek zgasły, okna rozwarły się na oścież, a w budynku rozbrzmiała muzyka, która brzęczała w samym szpiku kości. Nie niosła życia. Nie niosła radości i nadziei. Niosła ulgę, pozwalającą ukoić strach przed przeznaczeniem.

– Do jakiego miejsca wpierw mam cię zabrać? Co chcesz robić? – zapytała po dłuższym czasie.

Mrugnął, przeganiając smutek.

– No, jak już umierać, to tylko z zabawy. Zabierz mnie tam, gdzie muzyka sprawi, że ogłuchnę i zagram losowi na nosie.

Chwyciła go za rękę i szarpnęła do góry, stawiając na nogi. Zaskoczony Łukasz podążył za nią z niewinnością cielęcia. Pchnęła drzwi.

– Nie obraź się, ale seks to wolę w łóżku – mruknął, patrząc sceptycznie na łazienkowe kafelki. – Ała!

Podczas gdy Łukasz rozcierał potylicę, wskazała zaczerwienioną dłonią wiszące lustro.

– To nasze przejście.

Wkroczyli na ścieżkę spowitą cieniami. Wokół nich wirowały szklane odłamki, w odbiciach których migały ludzkie twarze.

– Co to? – zapytał, trącając ostrą krawędź.

– Marzenia, pragnienia, sny. Chodź, jesteśmy już blisko.

W oddali zamajaczył złoty punkt, z którego dobiegała kakofonia dźwięków. Różne dialekty mieszały się ze sobą, przygłuszane co jakiś czas ostrymi, radosnymi dźwiękami.

– Witaj w Las Vegas – przepuściła go przodem.

– A ty tak wyjdziesz? Nie to, żebym narzekał, ale te zamknięte powieki przykują uwagę.

Zmieszana sięgnęła do niebytu, z którego wyciągnęła okulary przeciwsłoneczne, a jej szaty za jednym smagnięciem dłoni zamieniły się w suknię ciasno przylegającą do ciała. Pstryknęła od niechcenia, przemieniając szpitalną piżamę w smoking.

Nikt nie zauważył ich przybycia. Spokojnym krokiem podeszli do stołu i zagrali w pokera.

Po godzinie wokół ich stolika zebrała się mała grupka, po dwóch urosła do tłumu przykuwającego uwagę ochroniarzy.

– Nudno jest tak cały czas wygrywać – mruknął Łukasz, ściągając do siebie niewielką fortunę.

– Mogę sprawić, że wszystko przegrasz – szepnęła mu do ucha.

Na pośladku poczuła natrętną dłoń, z pasją przemierzającą „pagórki i wzniesienia”. W pierwszym odruchu chciała strzelić Łukasza po głowie, jednak zauważyła, że jego dłonie spokojnie leżą na zielonym suknie. Odwróciła się zdziwiona. Przed nią spod sumiastego wąsa szczerzył zęby starszy mężczyzna.

– When you have a lady like that, you don’t need a fortune. How much do you want for her?

Nie zdążyła nawet zaczerpnąć powietrza. Łukasz poderwał się z krzesła. Jego pięść uderzyła w twarz mężczyzny z satysfakcjonującym trzaskiem łamanego nosa. Jakaś kobieta z tłumu krzyknęła zszokowana, a wąsacz padł na posadzkę, zalewając się juchą. Dama spod okularów dostrzegła, jak zmierza do nich ochrona.

– Uciekajmy! – zawołała i pociągnęła za sobą Łukasza.

Ludzie pierzchli na boki. Jeden z odważniejszych Amerykanów spróbował zablokować im drogę. Dama zawinęła nadgarstkiem i wpadł z powrotem w zszokowaną tłuszczę.

– No i to jest życie! – wydyszał Łukasz z zaczerwienionymi policzkami, gdy przekroczyli ramy złotego lustra.

Roześmiała się. Szczerym, przepełnionym radością śmiechem. Śmiechem, jakiego nie zaznała od wieków.

– Damo – w bursztynowych oczach zaiskrzyły psotne iskierki – chcę zatańczyć.

Nie zastanawiała się długo. Z buzującą adrenaliną poprowadziła go w dobrze jej znaną odnogę korytarzy.

***

– Więcej wody!

Szymon Gorliwy przebiegł obok nich, uciekając przed wściekłą chłopką.

– A bodajżeś zgorzał, przechero jeden!

Gruba kobieta z kwiecistą chustką na głowie oparła plecy o filar i przytknęła dłoń do rzężącej piersi.

– Czy to był jeden z…

– Tak, tak zwani święci. Straszne pijaki. – Dama odgryzła się za uprzednią „alkoholiczkę”.

Ruszyli do sali bocznej, skąd dobiegała przaśna muzyka, okrzyki zachęcające do negliżu oraz dźwięk rozbijanej porcelany – znak rozpoczętej burdy pomiędzy zastawą.

W zacienionym kącie siedziała Japonka z nieodłącznym papierosem w ustach. Rozmawiała ze statuą. Na wyciosanej twarzy gościł wieczny wyraz niesmaku i zgorszenia.

– A temu co? – zapytał Łukasz.

– Śląska rzeźba barokowa, która myśli, że jest Juliuszem Cezarem.

Dama pomachała ręką i w pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana nieśmiałym szuraniem ceramiki próbującej się poskładać.

– Człowiek.

– Ja rozumiem, że może wiele, ale to już przesada.

– A mi się podoba. No powiedz, że nie jest przystojny. I te ramiona takie szerokie.

Powieki Damy zadrżały, gdy przewracała pod nimi oczami. Stadko arystokratek pożerało wzrokiem Łukasza, zasłaniając twarze wachlarzami. W ich spojrzeniach buzowały uczucia, które niewiele miały wspólnego z manierami.

– Zwariowałaś?! – huknęła Japonka, gdy Dama usiadła przy jej stoliku. – Chcesz, żeby nam robili zwiedzanie nocne?

– Uspokój się już – sarknęła, przywołując Judasza. – I tak nic nie będzie mógł powiedzieć. Tak jak klątwa mnie zmusza do spełniania życzeń, tak ich zmusza do milczenia.

– Jesteś pewna?

– Tak – westchnęła, zwracając twarz ku cierpliwie czekającemu apostołowi. – Dwa kielichy i pilnuj, żeby wino się nie kończyło.

– Oczywiście, Damo.

– Ach, Judaszu – zawołała niby od niechcenia. – Jeżeli jeszcze raz usłyszę, jak obrażasz mnie lub Japonkę, to wiesz, co się stanie?

Srebrna moneta zabłysła pomiędzy palcami i Dama z mściwym uśmieszkiem patrzyła, jak apostoł ucieka w popłochu.

– Zobaczysz, kiedyś nam napluje do kielicha – mruknęła Japonka, gasząc papierosa. Jej okrągłe oczy przeszyły tłum cierpliwie czekający na plotki. – Na co się gapicie?! Wracać do zabawy! Ty, Ślązok, też spadaj. Prawdziwe Dzieła Sztuki będą rozmawiać.

Zaszurał niechętnie kamiennymi stopami. Dama uniosła brew na wzmiankę o Brutusie w czerwonych szmatach, gdy wchodził w ciemny korytarz.

– Co on taki drażliwy?

– Studenci – odparła Japonka i skupiła wzrok na speszonym Łukaszu. – To po co żeś go tutaj sprowadziła?

– Chciał zatańczyć.

Na ustach jej koleżanki zagościł uśmiech. Kto jak kto, ale Japonka umiała się bawić jak nikt. Sponiewierana alkoholem często zapominała, co przystoi prawdziwej sztuce.

– Widziałeś kiedyś taniec prawdziwej gejszy, chłopcze?

– Nie, proszę pani.

– Japonka wystarczy. Lub Skarb Narodowy, jeśli wolisz. Chodź, pokażę ci, czym jest zabawa.

Łukasz spojrzał na Damę w niemym pytaniu. Skinęła dłonią na znak, że może iść, i zmieniła suknię na stare szaty. Judasz przybiegł z pełnymi kielichami. Rozsiadła się wygodniej, obserwując nadchodzący spektakl.

Skrzypkowie pobiegli do porzuconych instrumentów, anielskie chóry przeczyściły gardła, lutniści sprawdzili struny. Japonka jednym szarpnięciem znacznie wydłużyła parasolkę i rozpoczęła taniec. Na początku jej ruchy były oszczędne, wręcz zwiewne. Czarowała tłum, a gawiedź cichła coraz bardziej z każdym stuknięciem obcasów.

Muzyka zmieniła się, wchodząc w sensualne nuty. Aniołowie ucichli, pozwalając wybrzmieć chropowatemu barytonowi. Głosem brzmiącym jak dno butelki whiskey śpiewał o tej jednej nocy, kiedy wszystko było dozwolone.

Parasolka stanęła dęba i weszła głęboko w posadzkę, ignorując prawa fizyki. Japonka zerwała z siebie suknię, prezentując gorset, podwiązki i pończochy. Reformy już lata temu zamieniła na koronkowe stringi i apostołowie zaklaskali z uciechy, rzucając w nią srebrnikami. Rozeźlony Judasz zaciskał palce na opustoszałej sakiewce. Wyrzucał z siebie groźby o tym, że się zwolni i zgłosi ich do Siły Wyższej, jednak jego spojrzenie również pożerało gibkie ciało Japonki.

Anioł zaśpiewał kolejną zwrotkę o ciężkim zapachu seksu, a kobieta odrzuciła kapelusz więżący włosy. Brązowa fala spłynęła na jej plecy i padła w klęku na ziemię, ostro wypinając pośladki.

– Umie tańczyć, co? – Dama podeszła do Łukasza i podała mu kielich.

– Umie? Ona tworzy ten taniec! – powiedział głosem przesyconym ekscytacją. Usta mężczyzny rozwarły się, gdy Japonka zawisła na parasolce, rozkładając nogi. – Damo, jak to jest możliwe, że nikt o was nie wie? Kamery, ochroniarze. Przecież nie jesteście niewidzialni!

– Wy, ludzie, widzicie tylko to, co chcecie zobaczyć, a magia załatwia całą elektronikę, pokazując nudny obraz martwego muzeum.

Pokiwał głową, jakby nie dowierzając. Anioł ostatni raz wychrypiał o tęsknocie za tym, co utracone, a sala rozbrzmiała brawami. Spocona Japonka ukłoniła się i pozbierała rozrzuconą odzież. Czajnik w rogu zagwizdał, gdy szła do nich, kręcąc biodrami.

– I co, śmiertelniku? Podobało się? – zapytała zdyszanym głosem.

– Podobało? Chylę czoła przed sztuką, którą jesteś, Skarbie Narodowy.

Hrabianki w kącie zachichotały, wypychając najładniejszą z nich przed szereg. Zasłaniając twarz wachlarzem, podeszła do Łukasza, prosząc go do tańca. Zawstydzony poczłapał na środek, gdzie czekała na niego reszta arystokratycznych harpii. Dama, spoglądając za oddalającym się człowiekiem, czuła, że mimowolnie się uśmiecha.

– Zduś to, zanim urośnie do czegoś większego – warknęła Japonka, wypuszczając dym.

Gdy Dama odprowadziła mężczyznę do szpitala i wróciła do cichej sali muzeum, dostrzegła już nie jedno, a całą siateczkę pęknięć na ramie.

***

Następnej nocy siedzieli na dachu muzeum. Dzisiaj również poprosił, żeby zabrała go do swojego domu. Przy którymś kieliszku zauważyła, jak próbuje ukryć kaszel oraz słabość ogarniającą jego ciało. Wtedy zaproponowała, że zaprowadzi go w swoje ulubione miejsce.

– Czy wierzysz w miłość? – jego głos przeszył ciszę spokojnej nocy.

Pytanie zawisło w powietrzu przesyconym starym kurzem. Niebo rozświetliły dwie perseidy, lecące blisko siebie, jakby zmuszając ją do odpowiedzi.

– Wierzę. Wierzę, że istnieje, ale nie jest czymś na wieczność. Jest ulotna, cieszy się chwilą. Miłość to coś, co pozwala przetrwać i rozprasza mrok, który czasem ogarnia duszę. To ona pozwala wam, śmiertelnikom, cieszyć się życiem.

Pochwycił jej dłoń, splatając ze sobą palce.

– Dlaczego musisz spełniać życzenia?

Dama położyła się na ciepłych dachówkach. Pod powiekami przelewały się obrazy ludzi, bóstw i skradzionych chwil.

– Dawno temu – zaczęła cichym głosem, współgrającym z szumem Odry – gdy z popiołu powstawali pierwsi ludzie, na płaszczu Ciemności pojawiła się zmarszczka. Bogini nie przejęła się tym zbytnio, wszakże jej moc nie znała granic. Lata, które dla niej były ledwie mgnieniem, mijały, a zmarszczka przekształciła się w szczelinę. Pewnego dnia ze środka wypłynęła nowa istota, córka Czasu oraz Życia. Nazwali ją Śmierć.

Łukasz wstrzymał oddech, a Dama poprawiła kosmyk uparcie spływający do ust.

– Mała bogini przemierzała światy, kończąc to, co zostało rozpoczęte przez jej rodziców. Życie cieszyło się z niezłomności córki, a Czas gładził jej czarne włosy, jakby rozumiejąc to, czego jeszcze nie była świadoma. Pewnego razu spotkała pierwszego człowieka. Siedział nad brzegiem, a przez jego pomarszczoną twarz przebiegało coś, czego bogini jeszcze nie widziała.

– Co to było? – zapytał, przysuwając się do niej bliżej.

– Zrozumienie. Starzec wiedział, że jego czas dobiega końca i przywitał Śmierć z otwartymi ramionami. Zaskoczona wyciągnęła rączkę i poprowadziła go ku drugiemu końcowi, gdzie na bezkresnym jeziorze, podrzucana falami, pływała samotna łódź. Wsadziła mężczyznę do środka, a następnie odwróciła się, gotowa iść po kolejną duszę. Ale starzec nie odpłynął od razu – szepnęła drżącym głosem, czując ciepłe ramię Łukasza przy swoim. – Zawołał ją z powrotem. Jego dłoń rozwarła się, a w środku dostrzegła ziarenko. „To dla ciebie”, powiedział i odpłynął.

– I co z nim zrobiła?

– Posadziła przy brzegu rzeki, tam gdzie umarł. Bogini wracała tam każdego dnia, pieczołowicie o nie dbając. Tak jak rosły gałęzie, tak ona dorastała. I wtedy drzewo zrodziło pierwszy owoc.

Szata zaszeleściła, gdy rąbkiem spódnicy otarła spływającą łzę.

– Musisz zrozumieć, Łukaszu, że na świecie są prawa, których nie wolno łamać nawet bogom. Sadząc drzewo, rozpoczęła coś, co nie było jej domeną. Powołała życie. Gdy rozgryzła owoc, z jego środka wyleciało pierwsze marzenie. Na początku nie dostrzegała tego, ale zaczęła się zmieniać. Zbierała owoce i wędrowała po krainie śnienia.

– Ale była przecież Śmiercią. – Nie zrozumiał Łukasz.

– Śmierć jest niczym innym jak snem, z którego się nie budzisz. Każdej nocy przeskakiwała pomiędzy śmiertelnikami, obdarowując ich czymś, co było niedostępne bogom. Ciemność obserwowała boginię, myśląc, że są to młodzieńcze wygłupy. Zawołała do siebie Czas oraz Życie i opowiedziała o niepokornej córce. Próbowali z nią rozmawiać, tłumaczyć, aż w końcu prosili, żeby przestała. Jednak nie była w stanie tego zrobić. Rozdawanie marzeń śmiertelnikom sprawiało, że przestawała być samotna.

Dama zaczerpnęła powietrza, a w jej oczach zabłysła nienawiść, gdy spoglądała na tę, która ją uwięziła.

– Bogowie pojmali Śmierć i stworzyli klatkę, z której miała nigdy nie uciec. Życie utkało płótno, które miało zostać jej domem. Czas zbudował ramy, więżące ją w środku. Werniks stworzony z ciała Ciemności odebrał moc otrzymaną z racji urodzenia. Była to kara za to, że śmiała marzyć.

Łukasz chwycił jej drżące ramiona i przytulił ją do piersi.

– Nie wiedzieli jednak, że ramy to nie tylko granica drewna, lecz klatka czasu. Płótno piło ludzkie marzenia, zmuszając ją do ich ucieleśniania, ramy więziły ją w sztywnych okowach sekund, a werniks, niczym zastygła łza, obiecywał rozpad w nicość za każdą sekundę oporu.

– Przykro mi.

– Bogini obarczona klątwą – kontynuowała, łkając w jego bawełnianą koszulę – zamknęła oczy, aby nie widzieć ludzi, których stała się niewolnicą.

***

Kolejne noce mijały, a Łukasz nikł w oczach. Stał się zbyt słaby, by podróżować, więc zamiast pokazywać mu świat, Dama zaczęła go stwarzać słowami. Każdego świtu wracała do muzeum, zaciskając mocniej zamknięte powieki, gdy zbliżała się do niszczejącego więzienia.

Japonka czekała na nią niezmiennie, wybijając parasolką nerwowy rytm na marmurowej posadzce. Przez jej zmęczoną twarz przebiegał cień autentycznego lęku, który natychmiast maskowała furią, gdy tylko srebrzysta tafla lustra wypluwała Damę z powrotem.

– Skończ z nim! – syczała, a dym z jej papierosa układał się w duszne, oskarżycielskie pętle. – Rozpadasz się, idiotko! Popatrz na swoje ramy!

– Wiesz, że nie mogę – odpowiadała Dama głosem martwym i pustym, po czym z obrzydzeniem znikała pod warstwą łuszczącego się werniksu.

Ostatniej nocy zastukała cicho o ramę drzwi. Odór choroby wżerał się w jej nozdrza, gdy spoglądała na mężczyznę. Jego pierś unosiła się w urywanym oddechu.

– Witaj, Łukaszu.

– Cześć, Damo – odpowiedział i zakaszlał. – Dzisiaj też nigdzie nie pójdziemy.

– Wiem. – Podeszła do jego łóżka i z czułością pogładziła po czole. – Nasz czas się kończy.

– Ale lekarze powiedzieli, że ta terapia zadziała.

Uśmiechnęła się smutno.

– Przyszłam się pożegnać.

– Nie chcę. – Po jego policzkach ciekły łzy.

– Ja również.

Musnęła ustami jego chłodną skórę. Wyszarpnęła z czeluści duszy resztkę mocy i zesłała na niego sen. Zobaczył w nim samotną górę, o której marzył, oraz usłyszał pierwszy śmiech dziecka. Dziecka, które było tworem Śmierci zdolnej kochać.

Aparatura coraz wolniej wydawała dźwięki. Łukasz wziął ostatni oddech, budząc jej ostry jazgot. Weszła w lustro. Za plecami usłyszała rumor wpadających do pomieszczenia pielęgniarek.

***

– Przetrwałaś! – zawołała Japonka, wznosząc kielich, gdy tylko aksamitne pantofle uderzyły o zimny marmur. W jej spojrzeniu, zazwyczaj tak cynicznym, czaiła się gorzka ulga; jakimś cudem wiedziała, że zegar w sali numer siedem przestał bić, a dług spłacono krwią.

Dama nie odpowiedziała. Osunęła się na posadzkę, wydzierając z siebie krzyk, który brzmiał jak trzask łamanego drewna. Japonka upuściła kielich. Czerwone wino rozlało się na marmurze niczym świeża plama farby. Przypadła do towarzyszki, więżąc ją w ciasnym, niemal siostrzanym uścisku. Płakały razem: jedna z bólu, który rozrywał jej duszę, druga z lęku, że jutro to ona może poczuć to samo.

– Głupia – szepnęła Japonka, gdy szloch zamienił się w urywany, chrapliwy oddech. – Mówiłam ci, żebyś to zdusiła, zanim zapuści korzenie. Nam nie wolno kochać. Możemy się bawić, tańczyć, ale nigdy kochać. Oni i tak nie potrafią zrozumieć, że werniks tylko dusi uczucia, które nas stworzyły.

Dama długo jeszcze leżała na posadzce, gdy Japonka powróciła do obrazu, goniona pierwszym promieniem słońca. Dopiero gdy poczuła pieczenie na skórze, powlokła się we własne ramy. Zmurszałe i pękające.

Zastygła w bezruchu, obserwowała, jak muzeum powoli wypełnia się ludźmi. Dzieci biegały po korytarzach, a za nimi goniły matki, próbujące uspokoić niepokorne pociechy. Ochroniarz fukał do krótkofalówki, a stadko moherowych berecików, ustawionych w równym rządku przed obrazem, spoglądało z dezaprobatą na studentów Akademii Sztuk Pięknych.

– Halinka, to chłopak jest czy dziewczyna? – dobiegło ją sarknięcie spod czerwonego berecika.

– A kto to teraz tam wie? Nowakowa to ma takiego wnuka, co w babskie fatałaszki się przebiera i porządnych mężczyzn bałamuci. Mówię ci, teraz to sama sodoma i gomora, nic tylko ich spalić. Ostatnio to nawet ksiądz na ambonie mówił, że i jego diabeł kusi…

– Idź, teraz twoja kolej. – Pchnęła ją koleżanka.

– Panienko – wyszeptała, memłając sztuczną szczęką – życzę sobie, żeby mój ukochany synek znalazł lepszą żonę. Ta nic tylko go o nieróbstwo i zdrady oskarża. Nie jego wina, że Ukraińcy uczciwym ludziom zabierają pracę…

Dama otworzyła oczy. Grono dewotek padło na kolana i wzniosło modły, nie dostrzegając, że karminowe usta „Sennych Przestworzy” wykrzywia pogarda.

***

Kółka od wózka zaskrzypiały przeraźliwie, gdy wjeżdżaliśmy po rampie do Muzeum Narodowego. Przekroczyliśmy próg ciężkich wrót i Damian poszedł do kasy biletowej, zostawiając mnie przy wejściu do nawy głównej.

Przechyliłem się delikatnie i na samym środku zobaczyłem obraz. Otoczona słupkami ze zwisającymi sznurami, wisiała ona. Drewniane ramy już dawno posypały się w pył, pozostawiając ledwie drzazgi przytrzymujące rozdarte płótno. Werniks odchodził czarnymi płatami, ledwie pozwalając dostrzec ukrytą pod nim kobietę. Na krześle obok siedział ochroniarz, który miał minimum tyle samo lat co ja.

– To gdzie, dziadku, mam cię zaprowadzić?

– Do niej – mruknąłem, wskazując pomarszczonym palcem.

Kółka znowu zaskrzypiały i powoli posuwaliśmy się do przodu. Nie lubiłem starości – była męcząca, wszystko bolało, już nie wspominając, że strasznie nudziła. Cieszyłem się jednak, że dane było mi jej dożyć.

– To jest ten obraz, co zsyła klątwy na ludzi? – zapytał Damian.

– Ten, co spełnia życzenia – mruknąłem, podnosząc się.

– Dziadku, nie możesz…

– Mogę, mogę. Kości trzeba rozprostować. Idź tam do kawiarni i wodę mi przynieś, bo coś mnie suszy.

Zakasłałem dla lepszego efektu i podałem banknot. Spojrzał na mnie z troską, ale odprawiłem go gestem – czas gonił mnie nieubłaganie.

Przyjrzałem się dokładnie śpiącemu ochroniarzowi. Pochrapywał snem sprawiedliwego. Odpiąłem zabezpieczającą linkę i wszedłem do środka, ignorując kartkę z ostrzeżeniem.

Gdy wybudziłem się ze śpiączki, która mnie ogarnęła po terapii, nie pamiętałem Damy, Japonki i całej burdy, jaką robiła sztuka w muzeum. Od czasu do czasu wspomnienia pojawiały się w mojej głowie, ale brałem je za zwykłe omamy senne. Jednak zbliżając się ku końcowi, obrazy przybierały coraz bardziej na sile, przywołując śmiech, zabawę i zapach skoszonej trawy. Gdy dzisiaj otworzyłem oczy, byłem pewny dwóch rzeczy: Dama była prawdziwa oraz że dzisiaj umrę.

– Cześć, przyjaciółko – dotknąłem jej ramy. Drzazgi wbiły się w wysuszoną skórę.

Miałem wrażenie, jakby wyniosłe, bursztynowe oczy – tak podobne do moich – rozszerzyły się w zdziwieniu.

„Zsyła klątwy na ludzi”. Damian się nie mylił, obraz był przeklęty. Po pierwotnym poruszeniu kleru, zbadaniu cudów oraz próbie poświęcenia jego płótna wszystko ucichło. Dalej spełniała życzenia, jednak robiła to na opak. Pieniądze? Spadek po babci. Sława? Zostaniesz ofiarą najsłynniejszego mordercy.

Władze muzeum chciały ściągnąć jej ramy, ale było to niemożliwe. „Senne Przestworza” wrosły w marmurowe ściany, powoli niszczejąc i dążąc ku nieuchronnemu niebytowi.

– Życzę sobie – wyszeptałem, ignorując ból – żebyś była wolna.

Budynek zadrżał w posadach. Ochroniarz spadł z krzesła, ludzie krzyczeli. W oddali widziałem, jak w moją stronę biegnie Damian, a jego twarz wykrzywia przerażenie. Ostatnie deski ramy rozsypały się w pył, werniks wyparował, a płótno spłonęło.

Dama była wolna.

– Witaj, Łukaszu – usłyszałem głos czysty jak dzwoneczki.

Osunąłem się na posadzkę, tracąc kontakt z rzeczywistością. Kiedy się podniosłem, odruchowo szykowałem się na ból w krzyżu i kolanach. Nie nadszedł. Zdziwiony spojrzałem na swoje dłonie, w których nie czułem już dłużej artretyzmu. Skórę miałem gładką, młodzieńczą.

– Umarłeś – powiedziała Dama, wskazując półprzejrzystą kurtynę. Za nią dostrzegłem, jak do mojego zniedołężniałego ciała przypada Damian i wzywa pomocy. – Chodź, idziemy.

Spletliśmy palce i ruszyliśmy w ramy lustra.

Koniec

Komentarze

Hejka!

Muszę przyznać, że to było naprawdę wyjątkowe doświadczenie. Postać Damy jest interesująca, z jednej strony piękna i niemal boska, z drugiej widać jej samotność i ciężar klątwy. Naprawdę czułam jej frustrację, gdy musiała spełniać życzenia, a nie mogła pomóc Łukaszowi tak, jak chciała. Opowiadanie miesza różne emocje – humor, subtelna erotyka, a jednocześnie smutek i melancholia. Sceny w muzeum, interakcje z innymi dziełami sztuki są niesamowicie barwne i ciekawe. Momentami trudno było mi nadążyć za akcją, bo działo się tak wiele, jednak jestem bardzo zadowolona ze stworzonego przez Ciebie świata i postaci, jest w nich coś tajemniczego, a jednocześnie bardzo ludzkiego. Niestety nie mogę jeszcze kliknąć, ale zrobiłabym to z pełnym przekonaniem.

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej!

 

Opowiadanie fajnie się rozkręciło. Historia o śmierci uwięzionej w obrazie za rozdawanie marzeń jest ciekawa sama w sobie – w końcu śmierć nie byłaby taka przerażająca, gdyby nie to, że musimy zabrać te wszystkie marzenia do grobu. Kara ze spełnianiem życzeń również wydaje się adekwatna.

Uwolnienie śmierci było pomysłowe, chociaż takie kombinowanie kojarzy mi się trochę z “życzę sobie nieskończonych życzeń” ;) Tak samo odwrócenie motywu, w którym to śmierć zabija ofiary z miłości, do ofiary, która wykorzystuje śmierć do skończenia rozłąki, wyszło bardzo fajnie.

 

Początek tekstu za to trochę mi się dłużył i nie czułem w nim żadnego napięcia. Nie odczułem, dlaczego miałbym się przejmować zniszczeniem obrazu Damy. Samą postać zacząłem mocniej rozumieć jak mocniej zawiązała się jej znajomość z Damianem, a w pełni dopiero podczas wyjaśniania jej historii.

Do tego niby obraz się niszczy, ale jedyne co stoi na przeszkodzie Damy do tego, żeby ochronić swoje istnienie, to spełnianie życzeń Damiana. Spełnianie życzeń, oprócz malutkiego kryzysu na samym starcie, idzie bezproblemowo i w żadnym momencie nie miałem wrażenia, że może się nie udać.

Losem Damiana zacząłem się przejmować dopiero jak dał w pysk amerykanowi w Las Vegas.

 

Tekst był też dla mnie w wielu miejscach dezorientujący. Większość scen, żeby popchnąć fabułę do przodu, wprowadzały zupełnie nowy element świata. Nie miałem wrażenie, że bohaterowie sprytnie wykorzystują otoczenie albo ich moce, tylko że te moce pojawiają się w razie potrzeby.

Damian chce zobaczyć świat? Ok, Dama może go teleportować.

Dama jest źle ubrana? Może sobie stworzyć ubranie.

Potrzebny jest taniec? Okazuje się, że Japonka jest świetną tancerką.

Kilka rzeczy, które dobrze, że były niewyjaśnione (dlaczego Dama musi spełniać życzenia?) utonęły w tym potoku wprowadzanych nowości i potraktowałem je po prostu jako element świata. Gdyby przez cały tekst mnie to wyraźniej zastanawiało, to pewnie końcówka wypadłaby jeszcze lepiej.

 

Lubię zmiany perspektywy w opowiadaniach i ta tutaj też mi się spodobała.

 

Z kwestii językowych:

– Dziękuję – otrzepała szaty. W her głowie pojawił się plan.

Prawdopodobnie literówka

– Wy, ludzie, widzicie tylko to, co chcecie zobaczyć, a magia załatwia całą elektronikę, pokazując nudny obraz martwego muzeum.

Końcówka wynika z reszty zdania.

 

Ciężko mocniej oceniać język przez stylizację. Osobiście mnie nie porwała, ale też na ogół nie przeszkadzała w czytaniu.

 

Pozdrawiam :)

It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead

betweenthelines, bardzo dziękuję za odwiedziny :). Niezmiernie cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu i dostrzegłaś różnorodność Damy. Co do akcji, to masz rację – za dużo obrazów pojawiało mi się w głowie i wszystkie chciałem upchnąć w jednym opowiadaniu. Wyszło, jak wyszło – pokazuje mi to, jak wiele się jeszcze muszę nauczyć :D

ostam, dziękuję za komentarz i celne uwagi :). Jeżeli chodzi o moce Damy, starałem się zasygnalizować je wcześniej. Lustro jest portalem, przez który może przechodzić w dowolne miejsce świata. Możliwość zmiany ubioru została zasygnalizowana w momencie poprawy po pierwszym powrocie do muzeum, a jeżeli chodzi o taniec Japonki, to na wstępie było zaznaczone, że Muzeum Narodowe jest jedną wielką imprezą po zmroku. Rozumiem jednak, że nie wybrzmiało to w taki sposób, jaki bym chciał. Jeżeli chodzi o Damiana, to jest to wnuk Łukasza – chłopaka, którego życzenia spełniała Dama. Literówkę już poprawiam.

Tekst mocno działa na wyobraźnię i ma „filmowy” rozmach. Dobrze się go czytało. Ciekawe, że postać z obrazu wyciągnęła nas obu w temat choroby/szpitala/śmierci, ale każdy poszedł inną drogą – i to jest super. laugh Twoje opowiadanie plastycznie buduje sceny, momentami aż „widziałem” to muzeum i Damę. 

 

Gratuluję! :)

 

 

Poniżej parę kosmetycznych drobiazgów, które mi się napatoczyły.

 

Najbardziej jednak pragnęła obstawy o pałkach, które trzeszczały mocą i nie wymagały „powiększenia”.

Chodzi o „obstawę z pałkami”?

 

Japonka upuściła kielich. Czerwone wino rozlało się na marmurze niczym świeża plama farby. Przypadła do niej, więżąc ją w ciasnym, niemal siostrzanym uścisku.

„Przypadła do niej…” przez moment sugeruje, że ktoś przypadł do plamy wina, a pewnie chodzi o Japonkę.

 

Spojrzał na mnie z troską, ale odgoniłem go gestem dłoni – czas gonił mnie nieubłaganie

Powtórzenie.

 

A te zdania mnie zauroczyły:

Aparatura rzęziła miarowo, odmierzając czas skradziony przeznaczeniu.

… ból bycia podziwianym, ale nigdy dostrzeganym…

No tośmy sobie, ..., polatali!

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Wzruszające opowiadanie, które przeczytałam z ciekawością. Były momenciki gdy pojawiała się łezka w oku.

Hej!

Naprawdę ładnie wyjaśnione szczegóły obrazu, jak np. zamknięte oczy. Dużo się dzieje, spór prawdziwej i podrzędnej sztuki jest ciekawym tłem dla fabuły. Mieszasz śmiech i łzy, kpinę i powagę – ale w dobrych proporcjach.

Zauważyłam kilka stylistycznych potknięć, ale nie przeszkadzają tak bardzo w czytaniu.

Dama, spoglądając za oddalającym się człowiekiem, czuła, jak jej usta wykrzywia mimowolny uśmiech.

Z kontekstu wynika, że Dama uśmiecha się naturalnie i szczerze, więc wykrzywianie się nie pasuje. Zresztą, powtarzasz w kilku miejscach to słowo. O trzy razy za dużo :)

Przeczytałam z zainteresowaniem

Klik i pozdrawiam!

Przyznaję, że moja pamięć ma problemy z imionami również w realu i imiona bohaterów z reguły szybko wypadają mi z głowy po przeczytaniu. Tutaj imię sprawdziłem na potrzeby komentarza. Sprawdziłem źle, oczywiście chodziło o Łukasza. Sorry za zamieszanie.

 

Przejrzałem tekst jeszcze raz i wprawdzie ciągle wprowadzenie mocy jest dla mnie trochę słabo zaznaczone, to chyba nie na tym polega problem, bo też historia skupia się bardziej na ludziach i ich emocjach niż na tworzeniu skomplikowanego systemu magii.

Po głębszym zastanowieniu i przespaniu się z tekstem myślę, że może tym elementem wprowadzanym na bieżąco, który mnie ciągle zaskakiwał, był plan bohaterów. Rzadko miałem poczucie, że wiem, jaki będzie następny krok bohaterów (a więcej kroków w ogóle), albo że chociaż mogę się tego domyślać. Skoro nie wiedziałem, jaki bohaterowie mają plan, to ciężko mi było mu kibicować ;)

 

A może po prostu z tekstem jest wszystko w porządku, tylko klimat osobiście do mnie nie przemówił :)

It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead

Berig, dzięki za odwiedziny :D Przyznam szczerze, że przed publikacją powyższego opowiadania nie czytałem twojego. Nie chciałem zakłócać swojej wizji :D Jeżeli chodzi o motyw opowiadań, to myślę, że sam obraz nas naprowadził. Im dłużej go analizowałem, tym bardziej ciągnęło mnie w tym kierunku. „Senne przestworza” mają w sobie coś takiego, co skłania do rozważania nad śmiercią. Jest bardzo melancholijny, ale też daje pewne ukojenie. Dlatego też w obu opowiadaniach śmierć nie jest końcem, a początkiem nowej drogi :) Dzięki bardzo za wyłapanie literówek. Poprawię je, jak w końcu wrócę do domu :D

Bruce, dzień dobry, kłaniam się nisko :)

CZARNA2, cieszę się, że się pojawiła :D Długo zastanawiałem się, czy historia wybrzmi tak, jak powinna, i czy rubaszność nie przyćmi wrażliwości Damy.

Chalbarczyk, dziękuję za odwiedziny, klik oraz wyłapanie „krzywienia się”. Przejrzę i poprawię, jak tylko będę miał czas. Cieszę się, że historia Ciebie zainteresowała :)

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Bardzo filmowa fabuła i plastyczne opisy. Bardzo mi się podobało jak poprowadziłeś akcję i mi osobiście bardzo siadło to opowiadanie. Widać, że miałeś pomysł i świetnie wykorzystałeś obraz w swojej interpretacji. Akcja działa się bardzo szybko, nie miałem z tym problemu.

Polecam do biblio :) I powodzenia w konkursie!

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Bruce, dzień dobry, kłaniam się nisko :)

heart

Pecunia non olet

MichaelBullfinch Dzień dobry :)

melendur88 dzięki za budujący komentarz i cieszę się, że siadło :D Również życzę powodzenia!

@beetweenthelines

Niestety nie mogę jeszcze kliknąć, ale zrobiłabym to z pełnym przekonaniem.

Pozdrawiam!

 

Skomentowałaś 82 opowiadania. Prawo głosu się ma po skomentowaniu 50. Już dawno możesz.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

melendur88 z tego, co udało mi się wywnioskować i wyczytać z portalu to klikać do biblioteki można po 3 miesiącach stażu na portalu.laugh

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Każdej nocy zegar wybijał dwunastą i w jego dźwiękach budziły się wszelkiej maści dziwy, twory oraz inne wizje artystyczne.

Ta wyliczanka trochę niezgrabnie wyszła.

 

Wśród cieni, w miejscu prawie niewidocznym, wisiała ona:

Trudno jest mi to sobie wyobrazić. Cieni czego? Poza tym w muzeach dzieła zwykle są eksponowane. 

 

Od tej chwili jej życie zmieniło się.

Zamieniłbym kolejność, niektórych “się” na końcu drażni jako rusycyzm.

 

Najbardziej jednak pragnęła obstawy o pałkach, które trzeszczały mocą i nie wymagały „powiększenia”.

Zawiesiłem się na tym zdaniu.

 

Dama wiedziała, że tamta nie dogryzała jej ze złośliwości, ale ona również miała swoje granice.

Dość niezgrabne zdanie. Można się domyślić sensu, ale tylko domyślić.

 

– Czyli babka miała rację – bursztynowe oczy rozwarły się w szoku.

Zapis dialogu – rozwieranie oczu nie jest “paszczowe”, Bursztynowe oczy (…) i trzeba zakończyć kwestię dialogową wybranym znakiem.

 

Chwyciła jego rękę i pociągnęła go do góry. Zaskoczony Łukasz podążył za nią z niewinnością cielęcia.

Pierwsze zdanie nie jest jasne. Bohaterka ma nadludzkie zdolności, więc przy pierwszym czytaniu wyobraziłem sobie, że unosi go do góry, jak anioł.

 

Jest ulotna, ciesząca się chwilą.

Zgrabniej: jest ulotna, cieszy się chwilą.

 

Jednak zbliżając się ku końcowi, obrazy przybierały coraz bardziej na sile, przywołując śmiech, zabawę i zapach skoszonej trawy.

Rozumiem sens zdania, ale początek bardzo źle brzmi. Np. “Jednak im bliżej byłem końca, tym mocniejsze/wyraźniejsze stawały się obrazy (…)

 

Podobała mi się koncepcja opowiadania i cała historia. Początek wydaje się sztampowy, ale im dalej, tym lepiej. Dobry pomysł z fragmentem sagi/mitu, wplecionym w całość. Tutaj naprawdę zrobiło się ciekawie. Oboje doznają przemiany, dojrzewają. Sporo ambitnych treści przemyconych w zabawny sposób.

Huśtawka między rubasznością a refleksją na początku mi przeszkadzała, ale w połowie opowiadania zauważyłem, że nadaje również tekstowi lekkości i dystansu. Ciekawe opowiadanie, które zapamiętam!

 

 

Cześć,

 

Przypomina mi się anegdota, jak koleżanka pracowała w MOCAKu i musiała tłumaczyć, że ławka, na której siadali zwiedzający, jest elementem wystawy, ale już włącznik światła, który podziwiali nim nie jest :P

 

Wpierw uderzył ją ostry zapach chloru. W mroku korytarza rytmicznie popiskiwała aparatura. Kryjąc się wśród cieni, spoglądała na skuloną postać.

Podmioty się chyba pomieszały

 

Zresztą co ja gadam?’

Przecinek

 

– Przeciąg – warknął, poprawiając tupecik. – Ściągaj fatałaszki.

Zamarła. Ten gbur właśnie kazał jej się rozebrać? Cisnęła z furią szklanką stojącą obok. Szkło sodowe rozsypało się w drobny mak.

– Czyli babka miała rację – bursztynowe oczy rozwarły się w szoku.

– Wypowiedz życzenie.

To nie powinno już zadziałać jako życzenie?

 

I tu:

 

No, jak już umierać, to tylko z zabawy. Zabierz mnie tam, gdzie muzyka sprawi, że ogłuchnę i zagram losowi na nosie.

Czy nie powinien być ostrożniejszy w wymawianiu życzeń? Poza tym nie dostał tego, co chciał – dostał kasyno, nie koncert. Chyba że kluczowe jest “zagram losowi na nosie”, ale moje pierwsze skojarzenie w tym zdaniu to był jakiś festiwal muzyczny, nie hazard

 

– Dziękuję – otrzepała szaty. W jej głowie pojawił się plan.

raczej z wielkiej, bo to nie wyrażenie gębowe

 

Dzieła sztuki ruszyły w swoje ramy, na piedestały oraz do szklanych gablot. Dama z ulgą weszła w płótno. Pod palcami wyczuła pierwsze pęknięcie na dębowej ramie,

– Tak, tak zwani święci. Straszne pijaki – Dama odgryzła się za uprzednią „alkoholiczkę”.

Kropka

 

Czy wierzysz w miłość? – jego głos przeszył ciszę spokojnej nocy.

Z wielkiej

 

– Mała bogini przemierzała światy, kończąc to, co zostało rozpoczęte przez jej rodziców. Życie cieszyło się z niezłomności córki, a Czas gładził jej czarne włosy, jakby rozumiejąc to, czego jeszcze nie była świadoma. Pewnego razu – ciągnęła – spotkała pierwszego człowieka. Siedział nad brzegiem, a przez jego pomarszczoną twarz przebiegało coś, czego bogini jeszcze nie widziała.

Ten wtręt niepotrzebny, bo widzimy, że mówi dalej

 

Szata zaszeleściła, gdy rąbkiem spódnicy otarła spływającą łzę.

Nie lepiej jakimś rękawem? Jeśli leży, to musiałaby się nieźle nagimnastykować, aby rąbkiem spódnicy otrzeć łzę

 

– Ale była przecież Śmiercią – nie zrozumiał Łukasz.

Wielką

 

– Wiem – podeszła do jego łóżka i z czułością pogładziła go po czole. – Nasz czas się kończy

Wielka

 

– Nie chcę – po jego policzkach ciekły łzy.

Wielka

 

(rzuć jeszcze raz okiem na zapis dialogów, bo ten problem przy zapisie “niegębowym” się powtarza)

 

– Idź, teraz twoja kolej – pchnęła ją koleżanka.

Wielka

 

Po pierwszych zdaniach nie spodziewałam się tak dobrego opowiadania. Zaczyna się dość sztampowo, ot obrazy ożywiają nocą, ale im dalej, tym ciekawiej. Do tego jest i humor, i wzruszenia, a to wszystko w ładnych proporcjach. Podobało mi się bardzo. Klik to oczywiste, ale to będzie pierwsze opko, jakie kiedykolwiek zgłoszę do najlepszych danego miesiąca :)

 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

marzan, dziękuję za wskazanie błędów, których w życiu bym sam nie zauważył – pokazuje to, jak wiele się jeszcze muszę nauczyć :). Co do rubaszności, sam się zastanawiałem, czy jej nie zmniejszyć, ale dla mnie wzruszenie wybrzmiewa lepiej, gdy wcześniej jest śmiech.

 

Trudno jest mi to sobie wyobrazić. Cieni czego? Poza tym w muzeach dzieła zwykle są eksponowane. 

Chciałem podkreślić, że obraz wisiał na uboczu: niepodziwiany, porzucony, zapomniany przez kustoszy.

 

OldGuard, anegdota zacna :D Ja kiedyś czytałem, jak młodzi chłopcy w San Francisco, znudzeni podziwianiem, postanowili przetestować zwiedzających. Położyli okulary na podłodze i obserwowali, jak wokół nich zbiera się grupa ludzi dyskutujących nad „sztuką”. Dziękuję bardzo za klika, a zgłoszenia w życiu bym się nie spodziewał :D Zapis dialogów pieczołowicie przestudiuję.

To nie powinno już zadziałać jako życzenie?

Koncept jest taki, że musi wypowiedzieć “życzę sobie”. Sam to przeoczyłem przy pierwszym życzeniu, dlatego też jest to bardzo mylące.

Czy nie powinien być ostrożniejszy w wymawianiu życzeń? Poza tym nie dostał tego, co chciał – dostał kasyno, nie koncert. Chyba że kluczowe jest “zagram losowi na nosie”, ale moje pierwsze skojarzenie w tym zdaniu to był jakiś festiwal muzyczny, nie hazard

“zagram losowi na nosie” jest kluczowe. Później Dama zabiera go do Muzeum, gdzie jest spełnione życzenie dotyczące muzyki.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za wskazanie błędów. Jutro na spokojnie przysiądę i wszystko poprawię, teraz niestety muszę robić krokiety na imprezę. 

 

 

Podążaj za białym królikiem.

Marszawa witam uprzejmie kolejnego członka jury :)

Siema!

 

Przeczytałem dwa dni temu, wczoraj kliknąłem, dzisiaj komentarz :)

Kiedy zacząłem czytać Twoje opowiadanie, kiedy przedstawiłeś ożywające dzieła sztuki, pomyślałem sobie: no nie, cholerna “Noc w muzeum” a do tego spełniający życzenia obraz. Nic nie zapowiadało tego, że tekst będzie czymś więcej niźli zwykłą przygodówką. A jest czymś więcej i chwała Ci za to :)

Przede wszystkim podoba mi się pomysł na Damę. Śmierć, która została uwięziona w obrazie za przewinę powołania życia. Ma to fajny, metafizyczny wymiar – przypomina greckie mity, czy też kilka wymyslonych na potrzeby fantasylandów genez świata. 

Dama i Japonka vel Skarb Narodowy to bardzo dobrze, mocno zarysowane postacie. Solidnie je zbudowałeś, dzięki czemu nie miałem problemu z ich zrozumieniem. Gorzej Ci wyszła postać Łukasza, bo to, że umiera i chce jeszcze pożyć to nieco za mało – w Twoim opowiadaniu, pomimo, że pełni on rolę postaci pierwszoplanowej, przez całą lekturę miałem wrażenie, jakby był postacią tła. 

Poświęciłeś też trochę miejsca motywom, które nie popchnęły fabuły do przodu, za to dodały kolorytu przedstawionej opowieści – chodzi mi tutaj o motyw z tańcem Japonki na przykład. Równie dobrze mogłoby go nie być, bo jego brak nie zaszkodziłby opowiadanej historii, a mimo to, nie był zupełnie bezcelowy, bo pozwolił Ci na dopełnienie (nomen omen :)) obrazu Skarbu Narodowego.

Mam nadzieję, że żadna moherowa babcia nie przeczyta tego opowiadania, bo jeśli to zrobi, to za pijusów i zbereźników apostołów ani chybi poprosić Świętą Panienkę o zagrzybienie Ci mieszkania. I oby tylko mieszkania, naaah mean? ;)

Językowo jest całkiem, całkiem – kilka niezgrabności da się wyłapać, ale działają raczej jak niewielki próg zwalniający a nie blokada drogowa. Żeby nie być gołosłownym podrzucę kilka takich prógów:

Każdej nocy zegar wybijał dwunastąw jego dźwiękach obrazy przeciągały się w ramach, statuy otrzepywały kurz, a zastawa pobrzękiwała śpiąco.

To raczej nie jest nic niezwykłego, że zegar każdej nocy wybija dwunastą, jeśli rzeczony zegar nie jest zepsuty. Tutaj raczej powienienś napisać, że “Każdej nocy, gdy zegar wybijał dwunastą…”. No i te obrazy przeciągające się w dźwiękach – to nie brzmi dobrze, nawet jeśli założyć, że to sznyt poetycki.

 

Albo tutaj:

 

Zwiedzający często mijali ją obojętnie; wystarczyło jednak jedno spojrzenie zamkniętych powiek, aby serce nawet najtwardszego mężczyzny poderwało się do szaleńczego biegu. Nie pomagały i rzęsy, gęste i długie, niczym pociągnięte maskarą w wersji „premium” – marzenie każdej francuskiej kurtyzany z osiemnastego wieku.

Jednak jedno – źle to brzmi. Spojrzenie zamkniętych powiek – nie ma czegoś takiego, bo zamknięte powieki nie posyłają spojrzeń. Podkreślone mówi mi coś takiego: jedno spojrzenie zamkniętych powiek sprawiało, że serca najtwardszych mężczyzn galopowały, w czym nie pomagały rzęsy. Wiem, co chcesz powiedzieć, ale w tej formie ten fragment nie ma sensu. 

 

Jak pisałem wcześniej – te kilka potknięć, które pojawiają się tu i ówdzie w tekście zwalniają czytanie, ale nie wybijają całkowicie z immersji. A to oznacza, że nawet pomimo nich, tekst napisany jest dobrze.

Na koniec odniosę się jeszcze tylko do zakończenia. Pan mnie oszukałeś z tą śmiercią Łukasza. No dobra, nie napisałeś, że on umiera, ale takie odniosłem wrażenie. A potem fundujesz mi przeskok czasowy, powrót Łukasza po wielu latach z wnukiem i uwolnienie damy z okowów. To, co mi się tutaj nie spina to kilka informacji: niemożność usunięcia obrazu, który wgryzł się w ścianę, sprawiłoby, że ów obraz stałby się supersławny. Nawet jeśli stary już Łukasz nie pamiętał dokładnie dawnych wydarzeń, to sam mówi, że czasem w snach się jakieś wspomnienia pojawiały. Nie pasuje mi to, że czekał tak długo na ponowne pójście do Damy, do Muzeum. Tłumaczę sobie to tak, że ja, gdybym miał powtarzające się sny o jakimś obrazie, do którego mam łatwy dostęp, nie omieszkałbym natychmiast się do niego udać. On tłumił tę chęć aż do dnia śmierci i tego nie jestem w stanie pojąć. Gdybyś usunął wzmiankę o tym, że jakieś fragmenty pojawiały się w jego snach, a dodał, że dopiero teraz, pod koniec życia, wszystko wróciło do niego hurtowo, to moje zawieszenie niewiary byłoby pełniejsze. 

Aha, no i nie wzruszyłem się ani przez moment, jak niektórzy komentujący. Ale to nic złego, bo nawet jeśli celowałeś w ten efekt, to przecież pewnie zakładałeś, że znajdą się takie nieczułe dziady jak ja, które pozostaną emocjonalnie obojętne :)

W każdym razie: to jest całkiem fajne opowiadanie, które w ciekawy sposób realizuje zamierzenia konkursowe. Kliknałem bibliotekę bez jakichkolwiek wątpliwości. Dzięki za podzielenie się tym tekstem. 

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

Known some call is air am

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Leniwy początek nie zapowiadał dalszych atrakcji, ale był na tyle zajmujący, że przykuł uwagę, skutkiem czego czytałam ze sporym zainteresowaniem, ciekawa losów postaci dzieł sztuki a potem jeszcze wnuczka pani w moherowym bereciku, Łukasza. No i nie zawiodłam się, albowiem opowiedziałeś wszystko niezwykle malowniczo, a przy tym naturalnie, wyjąwszy, rzecz jasna, elementy magiczne a chwilami wręcz nadprzyrodzone, zarówno te dotyczące życia jak i śmierci.

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia trochę do życzenia.

 

Pra­wie biegł ku sta­rusz­ce klę­czą­cej przed ob­ra­zem.

Pełne, kar­mi­no­we usta ob­ra­zu wy­krzy­wi­ły się pra­wie nie­wi­docz­nie. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję pierwsze zdanie: Niemal biegł ku sta­rusz­ce klę­czą­cej przed ob­ra­zem.

 

– Modlę się. – do­bie­gło z dołu wark­nię­cie… → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Ostat­ni raz prze­że­gna­ła i wsta­ła… → Czy tu aby nie miało być: Ostat­ni raz prze­że­gna­ła się i wsta­ła

 

Ja­pon­ka wy­pu­ści­ła chma­rę dymu wprost na „Senne prze­stwo­rza”. → Chyba miało być: Ja­pon­ka wy­pu­ści­ła chmu­rę dymu wprost na „Senne prze­stwo­rza”.

Chmara nie jest tym samym co chmura.

 

Zmy­sło­we usta wy­krzy­wi­ły się w uśmie­ch… → Uśmiechnięte usta raczej nie są wykrzywione.

Proponuję: Kąciku zmysłowych ust uniosły się w uśmiechu.

 

Wy­pi­ła dusz­kiem, igno­ru­jąc struż­kę so­czy­ście spły­wa­ją­cą po bro­dzie. → A może: Wy­pi­ła dusz­kiem, igno­ru­jąc struż­kę obficie spły­wa­ją­cą po bro­dzie.

 

szyb­ko się wy­co­fał, zgi­na­jąc się w pas. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …szyb­ko się wy­co­fał, zgi­ęty w pas.

 

– Dzię­ku­ję – Otrze­pa­ła szaty. → Brak kropki po wypowiedzi.

 

Pierw­szy pro­mień słoń­ca prze­szył gę­stwi­nę wi­no­ro­śli… → W pierwszym zdaniu napisałeś: Muzeum Narodowe – budynek porośnięty gęstym bluszczem… → Czy mowa o tym samym budynku? Jeśli tak, to kiedy gęstwina winorośli zastąpiła gęsty bluszcz? Bluszcz i winorośl to dwie różne rośliny.

 

W chło­pię­cym wręcz ge­ście od­su­nął grzyw­kę opa­da­ją­cą na oczy. ->Raczej: Chło­pię­cym wręcz ge­stem od­su­nął grzyw­kę opa­da­ją­cą na oczy.

 

W od­da­li za­ma­ja­czył złoty punkt, z któ­re­go wy­zie­ra­ła ka­ko­fo­nia dźwię­ków… → Wyzierać może coś, co można zobaczyć, kakofonii dźwięków nie widać, można je tylko słyszeć.

Proponuję: W od­da­li za­ma­ja­czył złoty punkt, z któ­re­go dobiegała ka­ko­fo­nia dźwię­ków

 

za­uwa­ży­ła, że jego dło­nie spo­koj­nie leżą na zie­lo­nej płach­cie. → Nie przypuszczam, aby stoły w kasynie były przykryte płachtą.

Proponuję: …za­uwa­ży­ła, że jego dło­nie spo­koj­nie leżą na zielonym suknie.  

 

a wą­sacz padł na zie­mię, za­le­wa­jąc się juchą. → Rzecz dzieje się w kasynie, więc: …a wą­sacz padł na podłogę/ posadzkę, za­le­wa­jąc się juchą.

 

– Je­że­li jesz­cze raz usły­szę, jak ob­ra­żasz mnie lub Ja­pon­kę, to wiesz, co się za­dzie­je? → A może raczej: – Je­że­li jesz­cze raz usły­szę, jak ob­ra­żasz mnie lub Ja­pon­kę, to wiesz, co się stanie/ wydarzy?

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zadziac-sie;21114.html

 

Usta jej koleżanki wykrzywił uśmiech. → A może: Na ustach jej koleżanki zagościł uśmiech.

 

– Po­do­ba­ło? Chylę czoła ku sztu­ce, jaką je­steś, Skar­bie Na­ro­do­wy. -> – Po­do­ba­ło? Chylę czoła przed sztuką, którą je­steś, Skar­bie Na­ro­do­wy.

Chylimy czoła przed kimś/ czymś, nie ku komuś/ czemuś.

 

czuła, jak jej usta wy­krzy­wia mi­mo­wol­ny uśmiech. → Raczej: …czuła, że mimowolnie się uśmiecha.

 

– Czy wie­rzysz w mi­łość? – Jego głos prze­szył ciszę spo­koj­nej nocy. → Didaskalia małą literą.

 

Jest ulot­na,cie­szy się chwi­lą. → Brak spacji po przecinku.

 

Mi­łość to coś, co po­zwa­la prze­trwać, roz­gro­mić mrok, który cza­sem ogar­nia duszę. → Nie bardzo wiem, jak można rozgromić mrok.

Proponuję: Mi­łość to coś, co po­zwa­la prze­trwać, rozproszyć/ przegnać mrok, który cza­sem ogar­nia duszę.

 

w środ­ku do­strze­gła małe zia­ren­ko. → Zbędne dookreślenie – ziarenko jest małe z definicji.

 

Po­de­szła do jego łóżka i z czu­ło­ścią po­gła­dzi­ła go po czole. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

Dzie­ci bie­ga­ły po­mię­dzy ko­ry­ta­rza­mi… → Pomiędzy korytarzami są z reguły ściany; czy dzieci biegały po ścianach?

A może miało być: Dzie­ci bie­ga­ły po­ ko­ry­ta­rza­ch

 

Drew­nia­ne ramy już dawno po­sy­pa­ły się w pył, po­zo­sta­wia­jąc le­d­wie opił­ki przy­trzy­mu­ją­ce roz­dar­te płót­no. → Obawiam się, że opiłki nie przytrzymywałyby niczego.

Proponuję: Drew­nia­ne ramy już dawno po­sy­pa­ły się w pył, po­zo­sta­wia­jąc le­d­wie drzazgi przy­trzy­mu­ją­ce roz­dar­te płót­no.

 

ale od­go­ni­łem go ge­stem dłoni – czas gonił mnie nie­ubła­ga­nie. → Nie brzmi to najlepiej. Zbędne dookreślenie – gesty wykonuje się dłońmi/ rękami.

Proponuję: …ale odprawiłem go ge­stem – czas gonił mnie nie­ubła­ga­nie.

 

Osu­ną­łem się na zie­mię, tra­cąc kon­takt z po­sadz­ką. → Tam nie było ziemi, a osunąwszy się, miał kontakt z posadzką

Proponuję: Osu­ną­łem się na posadzkę, tra­cąc kon­takt z rzeczywistością.

 

po­wie­dzia­ła Dama, wska­zu­jąc na pół­przej­rzy­stą kur­ty­nę. → …po­wie­dzia­ła Dama, wska­zu­jąc pół­przej­rzy­stą kur­ty­nę.

Wskazujemy coś, nie na coś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Outta Sewer Siema! To ja może zacznę od końca :D

Dzięki za podzielenie się tym tekstem. 

To ja dziękuję za tak obszerny komentarz.

Gorzej Ci wyszła postać Łukasza, bo to, że umiera i chce jeszcze pożyć to nieco za mało – w Twoim opowiadaniu, pomimo, że pełni on rolę postaci pierwszoplanowej, przez całą lekturę miałem wrażenie, jakby był postacią tła. 

Jest to dla mnie bardzo celna uwaga. :) Mam tendencję do przegadywania i nie potrafię jeszcze w odpowiedni sposób ciąć tekstu. Jak grafomańsko piszę książkę, to mam czas na rozbudowanie postaci, pokazanie świata i wrzucenie wszystkich pomysłów, które mnie bawią. Opowiadanie rządzi się trochę innymi prawami i dalej się tego uczę.

Poświęciłeś też trochę miejsca motywom, które nie popchnęły fabuły do przodu, za to dodały kolorytu przedstawionej opowieści – chodzi mi tutaj o motyw z tańcem Japonki na przykład. Równie dobrze mogłoby go nie być, bo jego brak nie zaszkodziłby opowiadanej historii, a mimo to, nie był zupełnie bezcelowy, bo pozwolił Ci na dopełnienie (nomen omen :)) obrazu Skarbu Narodowego.

I też przechodziło mi przez głowę, żeby go wyciąć, ale najzwyczajniej było mi szkoda :D

Mam nadzieję, że żadna moherowa babcia nie przeczyta tego opowiadania, bo jeśli to zrobi, to za pijusów i zbereźników apostołów ani chybi poprosić Świętą Panienkę o zagrzybienie Ci mieszkania. I oby tylko mieszkania, naaah mean? ;)

Oby! Na grzyba to jeszcze tabletki i maści kupię. Gorzej, jak zadzwoni do Ojca Prezesa – nie obejrzę się, a przyjedzie zgraja w mercedesie od bezdomnego.

Dziękuję za wytknięcie błędów językowych :) 

Jednak jedno – źle to brzmi. Spojrzenie zamkniętych powiek – nie ma czegoś takiego, bo zamknięte powieki nie posyłają spojrzeń. Podkreślone mówi mi coś takiego: jedno spojrzenie zamkniętych powiek sprawiało, że serca najtwardszych mężczyzn galopowały, w czym nie pomagały rzęsy. Wiem, co chcesz powiedzieć, ale w tej formie ten fragment nie ma sensu. 

Gdy pierwszy raz zobaczyłem „Senne przestworza”, to pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to właśnie te zamknięte oczy. Na nich zbudowałem koncept całego opowiadania – po prostu wiedziałem, że muszą być zamknięte. Wiem, że „spojrzenie zamkniętych powiek” jest mylące, ale też nie miałem pomysłu, jak inaczej to określić.

To, co mi się tutaj nie spina to kilka informacji: niemożność usunięcia obrazu, który wgryzł się w ścianę, sprawiłoby, że ów obraz stałby się supersławny.

I obraz jest sławny. Starałem się zasygnalizować to w dialogu Damiana: „To jest ten obraz, co zsyła klątwy na ludzi?”. Dlatego też jest otoczony barierkami i pilnowany przez ochroniarza z „powiększoną pałką”. Jeżeli chodzi o sny, to pojawiały się przebłyski z jego podróży z Damą – takie mini flashbacki, które nie wskazywały jasno gdzie, jak, kiedy oraz z kim dokładnie. Rozumiem, że może być to nieścisłe, dlatego też jest to dla mnie kolejna celna uwaga. :)

Aha, no i nie wzruszyłem się ani przez moment, jak niektórzy komentujący. Ale to nic złego, bo nawet jeśli celowałeś w ten efekt, to przecież pewnie zakładałeś, że znajdą się takie nieczułe dziady jak ja, które pozostaną emocjonalnie obojętne :)

Następnym razem postaram się bardziej :D

Jeszcze raz bardzo dziękuję!

 

 

Koala75 dziękuję! :)

regulatorzy jak zawsze chylę czoła :) Cieszę się, że opowiadanie było na tyle interesujące, że nie przerwałaś czytania i podzieliłaś się uwagami, które są dla mnie niezwykle cenne. 

Dziękuję za łapankę !

Bardzo proszę, Lugosi. Ogromnie się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadania to trochę inna para kaloszy – trzeba kondensować treść. Polecam próbę napisania szorta, który będzie miał fabułę i utrzyma zainteresowanie czytelnika. To świetne ćwiczenie. Zajrzyj do jakich szorciaków, które znalazły się w bibliotece. Najlepiej jak najkrótszych, a zobaczysz o co kaman:)

W tej uwadze językowej, którą podeslalem, bardziej rażą te rzęsy pomimo których nic, niż spojrzenie zamkniętych powiek, bo to drugie można uznać za jakąś formę metafory, a tego pierwszego nic nie usprawiedliwia. 

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Dziękuję Outta Sewer, tak też zrobię :D

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Witaj, Lugosi. :)

 

Dziękuję za udział w Konkursie. :)

Komentarz zaraz po przeczytaniu i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):

Zwiedzający często mijali ją obojętnie; wystarczyło jednak jedno spojrzenie zamkniętych powiek, aby serce nawet najtwardszego mężczyzny poderwało się do szaleńczego biegu. – dziwnie to brzmi

Prawie biegł ku staruszce klęczącej przed obrazem.

Pełne, karminowe usta obrazu wykrzywiły się prawie niewidocznie. – powtórzenie?

– No jak to (przecinek lub dwukropek?) do kogo?

Modlitwa (przecinek?) czy życzenie, jeden…

Z płótna (i tu?) niczym kropla gorącego wosku (i tu?) spłynęła postać Damy.

Tyle dobrze, że teraz jakiś lachonik się pojawił, a nie te potwory (przecinek?) co ostatnio.

Zresztą (i tu?) co ja gadam?

Powiedz życzenie, śmiertelniku – powiedziała z mocą, gdy kobiety zniknęły za zamykającymi się drzwiami. – powtórzenie?

– A (przecinek?) jaki tam koniec.

Ramy nie wpuszczą mnie tak długo, jak nie wypowie życzenia (i tu?) albo mnie nie przepędzi.

– Czyli babka miała rację – bursztynowe oczy rozwarły się w szoku. – błędny zapis dialogu?

– No (przecinek?) jakżeby inaczej – prychnął, odwracając od niej głowę.

To mu to daj – mruknęła Japonka, owiewając ją subtelną wonią kwitnącej wiśni. – powtórzenie?

Zaklęcie nie działa, sama nie wiem (przecinek?) czemu.

Aparatura rzęziła miarowo, odmierzając czas skradziony przeznaczeniu.

Przyszłaś popatrzeć na moją porażkę? – czy ta aliteracja celowa?

Pod powiekami przelewały się obrazy ludzi, bóstw i skradzionych chwil.

– Dawno temu – zaczęła cichym głosem, współgrającym z szumem Odry – gdy z popiołu powstawali pierwsi ludzie, na płaszczu Ciemności pojawiła się zmarszczka. – i te?

W oddali zamajaczył złoty punkt, z którego wyzierała kakofonia dźwięków. Różne dialekty mieszały się ze sobą, przygłuszane co jakiś czas ostrymi, radosnymi dźwiękami. – powtórzenie?

– Posadziła przy brzegu rzeki, tam (przecinek?) gdzie umarł. Bogini wracała tam każdego dnia, pieczołowicie o nie dbając. – powtórzenie?

Tak (przecinek?) jak rosły gałęzie, tak ona dorastała.

Łukasz chwycił jej drżące ramiona i przytulił do piersi.

– Nie wiedzieli jednak, że ramy to nie tylko granica drewna, lecz klatka czasu. Płótno piło ludzkie marzenia, zmuszając do ich ucieleśniania, ramy więziły w sztywnych okowach sekund, a werniks, niczym zastygła łza, obiecywał rozpad w nicość za każdą sekundę oporu. – powtórzenia?

Przez jej zmęczoną twarz przebiegał cień autentycznego lęku, który natychmiast maskowała furią, gdy tylko srebrzysta tafla lustra wypluwała Damę z powrotem.

– Skończ z nim! – syczała, a dym z jej papierosa układał się w duszne, oskarżycielskie pętle. – i tu?

– Nie chcę – po jego policzkach ciekły łzy. – błędny zapis dialogu?

– Halinka, to chłopak jest (przecinek?) czy dziewczyna?

– A kto to teraz tam wie? Nowakowa to ma takiego wnuka, co w babskie fatałaszki się przebiera i porządnych mężczyzn bałamuci. Mówię ci, teraz to sama sodoma i gomora, nic tylko ich spalić. Ostatnio to nawet ksiądz na ambonie mówił, że i jego diabeł kusi… – powtórzenia i aliteracja?

Grono dewotek padło na kolana i wzniosło modły, nie dostrzegając, że karminowe usta „Sennych Przestworzy” wykrzywia pogarda. – czemu tu tytuł wielkimi literami?

 

Świetny pomysł, potworny ludzki dramat umiejętnie przeplata się tu z doskonałym żartem, a obraz istnieje ciągle i nieprzerwanie, brawa! Bardzo dobre, mocne zakończenie. :)

Ponieważ opowiadanie nie daje o sobie zapomnieć, po dłuższym i wnikliwym dumaniu nominuję je. ;)

 

Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, zatem – podwójny klik; powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Hej,

Świetne opowiadanie, wzruszałem się i śmiałem na przemian! Bardzo dobrze napisani bohaterowie, od pierwszoplanowej Damy i Łukasza, przez Japonkę, Judasza, a nawet biegających apostołów, których widziałem jak zagubione Smerfy, gdy przychodzi Gargamel. To chyba najmocniejszy punkt opowiadania – żywi bohaterowie, ale tak naprawdę żywi.

Kolejnym mocnym punktem są emocje. Bardzo zręcznie przechodzisz ze śmiesznych fragmentów do wzruszających, żeby zaraz złamać do śmiesznym. 

Całość wypadła bardzo ciekawie. No i do tego interpretacja. Genialnie oddałeś obraz, nawet zamknięte oczy wytłumaczyłeś. Naprawdę już zawsze będę miał to opowiadanie przed oczami patrząc na “Senne przestworza”. 

Jedyny minus jaki widzę to troszkę błędów, nie na tyle żeby jakoś bardzo zatrzymywać, ale jednak nie da się ich nie zauważyć. Jeszcze może zakończenie troszkę mi zgrzytnęło, uważam, że nie jest to najlepszy fragment opowiadania, ale jednak poprzeczka po całym tekście była wysoka, więc nie przejąłem się tym.

Bardzo dobry tekst i mam nadzieję, że dostanie również piórko.

Gratuluję trzeciego miejsca, dziękuję, że wziąłeś udział w konkursie, to była czysta przyjemność czytać ten tekst. No i świetnie, że jakaś świeżynka portalowa wskoczyła na podium, tego się nie spodziewałem!

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej, 

 

przez wzgląd na zajęcie trzeciej pozycji w konkursie ograniczę się tylko do tego, że tekst mnie ani nie rozbawił, ani nie wzruszył. Raczej zażenował. Do tego stopnia, że zatrzymałem się w połowie. Piórkowo będę na Nie. Wybacz ale to zupełnie nie mój klimat. 

 

Pozdrawiam.  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dzień dobry, bruce. Błędy przejrzę i naniosę poprawki :) Niezmiernie cieszy mnie, że uznałaś żarty za “doskonałe”. Sam długo się zastanawiałem, czy nie są zbyt groteskowe, sprośne, proste. Ostatecznie stwierdziłem, że zostawię tak jak jest – to co tworzymy ma się przede wszystkim podobać nam samym :). Dziękuję za nominację – nie spodziewałem się jej, tak samo jak nie spodziewałem się wygranej :D

Również życzę Wesołych i Pogodnych Świąt, dużo serniczka i mokrego poniedziałku :)

 

Hej, Michael. Tak jak mówiłem rezerwując obraz – on wręcz przemawia. Co prawda moje wykonanie zmierziłoby kustoszy i krytyków, ale jak tylko zobaczyłem “Senne przestworza” skojarzyły mi się z boginią. Co do zakończenia, to pierwotnie Dama miała zabrać Łukasza do sali muzealnej i wciągnąć w ramy obrazu, chroniąc go przed śmiercią, ale 40k zzs nie starczyłoby na rozbudowanie pełnej relacji. Później opowiadanie miało się zakończyć na niszczeniu obrazu Damy, ale lubię Happy Endy :)

Dziękuję za nominację i własne złote piórko. Wrzucając je tutaj w życiu bym nie pomyślał, że zajdzie tak wysoko :)

 

Hej, Bardzie. Ok.

 

Raczej zażenował. Do tego stopnia, że zatrzymałem się w połowie. Piórkowo będę na Nie. Wybacz ale to zupełnie nie mój klimat. 

No ale chociaż napisz bardzie, co ci nie pasi :) Co prawda nie mój tekst, ale trochę chociaż więcej informacji, bo może poznam sam twoje upodobania. Domyślam się ich, ale jestem ciekaw ;)

 

 

Że tak się wtrące grubiańsko, że tak to ujmę :)

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Myślałem nad tym. Nawet miałem przygotowane fragmenty i komentarze do nich. Ale po zastanowieniu zrezygnuję z rozbudowanego wpisu. Dlaczego? Bo choć uważam, że autor za bardzo poleciał z prywatnym komentarzem w tekście, to ma do tego prawo. Mi się tekst niepodobna i też mam do tego prawo :). Ale obawiam się, że jak zacznę wytykać, co mi się nie podoba, w poszczególnych fragmentach, to dojdzie do niepotrzebnej dyskusji. To jak z jedzeniem pizzy, niektórzy zostawiają brzegi, pozwólmy im na to, nie patrzmy innym do talerza;).

 

No i nie przeczytałem tekstu w całości, co również nie upoważnia mnie do dyskusji :). Z drugiej strony, jeśli tekst irytuje mnie na tyle, że nie mogę się zmusić do dalszego czytania, to piórkowo nie mogę być na Tak. Właściwie mogę się wstrzymać od głosowania – może to i będzie lepsze rozwiązanie… Nie wiem, pogadam z lożanami na ten temat :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Lugosi, i ja bardzo dziękuję, wzajemnie, pozdrawiam. heart

Pecunia non olet

Witam :]

 

Samo "jądro" opowiadania, cały ten oniryczny spiel o umierajacym gościu i śmierci spełniającej marzenia, jest naprawdę spoko i przedstawiony w naturalny sposób, obrazowo, bez walenia czytelnika łopatą po łbie. Język też mi bardzo odpowiadał – jakieś tam drobnostki mi się może rzuciły w oczy, ale zasadniczo mocno czuć, że autor wie, co robi z piórem i ogółem w takim długim tekście przecież nie sposób uniknąć potknięć.

 

No i właśnie. Płynnie przechodzimy do słabszych stron. Apro popo wspomnianej długości.

 

To jest pomysł na szorta (no, może takiego szorta plus size) rozciągnięty do rozmiaru 17 stron. Spora część scenek w opowiadaniu to jakieś dziwne karykatury, które wcale nie pchają akcji do przodu. Może i miały na celu kontrastowanie z jego poważną częścią, ale w porównaniu z nią zwyczajnie wypadają bardzo blado i związek między jednym a drugim wydaje się raczej nikły. Apostołowie są pomysłowi i zabawni… za pierwszym razem. Moherki i rąsia pod kołderką – ani razu. Nie wiem, czy to miał być ten turpizm, dla mnie to są żarty zgrane, a nawet gdyby były świeże, to zapisane w przesadnej ilości znaków.

 

Co gorsza, ta najmniej ciekawa i najnudniejsza część jest na samym początku (stawkę akcji poznajemy po 13k znaków) – bezpardonowo napiszę, że gdybym trafił na ten tekst losowo w poczekalni, to bym go olał, przeczytawszy kilka pierwszych stron, bo nie wiedziałbym nawet, że on zmierza do czegoś więcej niż żarty o moherowych beretach. Nie wykluczam wcale, że zanim opko dostało nominację, właśnie tak zrobiłem i teraz nie pamiętam. A szkoda by było ten tekst olać, bo po przeczytaniu całości zostawia niezłe wrażenie. Tak że nie warto zostawiać najlepszego na koniec.

 

Pozdrawiam!


Mętna lura poleciała strumieniem;

"Lura" to raczej kawa/herbata.

 

Słowa – pyknęła – to tylko słaby manifest tego, czego ludzie naprawdę pragną

Zwodniczy może? Dlaczego słaby?

 

Jego pięść uderzyła w twarz mężczyzny

Raczej mężczyznę w twarz…?

 

znak rozpoczętej burdy pomiędzy zastawą.

"Rozpoczętej między zastawą burdy" – chyba że to talerze się biją…?

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej ho!

 

Oczywiście, że opowiadanie kojarzyło mi się z “Nocą w muzeum”. :D Ale to bardzo pozytywne skojarzenia! Największym atutem jest sposób, w jaki wykorzystałeś obraz. Pomysł, by „Dama” była boginią obarczoną klątwą, jest naprawdę znakomity!

Moim zdaniem, to dobre, biblioteczne opowiadanie z zabawnymi wstawkami i gratuluję Ci trzeciego miejsca w konkursie. Przyznam jednak, że w mojej “topce”, gdzie było osiem opowiadań “Dama” się nie znalazła… 

 

– Nie mogę ci zwrócić zdrowia – wyszeptała głosem, który nie pobrzmiewał już radosnymi dzwoneczkami, a ciążył bólem istnienia.

Trochę mnie to zirytowało. ;D 

Dama jest boginią. Potrafi teleportować głównego bohatera, ale nie może go uzdrowić? Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest to, że tak wymaga fabuła… :D To trochę mało. Czy zostało to wyjaśnione, a coś przeoczyłam? Ostatecznie go jednak uratowała, skoro Łukasz doczekał się starości? 

 

Kolejna sprawa to motyw kobiety z japońską parasolką, który wydaje mi się wciśnięty na siłę. Mam poczucie, że wprowadza niepotrzebne zamieszanie, wydłuża tekst, a fabularnie niewiele wnosi. Zresztą, gdyby “Dama” była samotna, jej losy byłyby jeszcze bardziej wzruszające. A tak, to trochę miała taką “psiapsi” na boku. :D

 

Warstwa emocjonalna, która towarzyszy zakończeniu jest bardzo ładna. Uwolnienie “Damy” od klątwy stanowi piękną klamrę. Mam jednak wątpliwości, czy to właśnie Łukasz powinien ją uwolnić. Dla mnie on umarł kilka linijek wyżej… Może lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby zostawił po sobie list ze wskazówkami, który zostałby odnaleziony po latach? Coś co sprawiłoby, że zakończenie byłoby bardziej spójne, bez nagłego zmartwychwstania… Tak apropo zbliżającej się Wielkanocy. :D 

 

Kończąc to moje marudzenie, chcę podkreślić, że choć opowiadanie nie trafiło w stu procentach w mój gust, to jest pomysłowe i ma wiele plusów! Jeszcze raz gratuluję zasłużonego miejsca podium! heart

 

 

 

 

Podążaj za białym królikiem.

Marszawo, 

pozwolę sobie wpierw odpowiedzieć na Twój komentarz :)

Przyznam jednak, że w mojej “topce”, gdzie było osiem opowiadań “Dama” się nie znalazła… 

Ok. Możesz mi wierzyć, że moja “Dama” również nie znalazła się we wspomnianej “topce”. Uczestnicząc w konkursie bardziej mi zależało na ćwiczeniu pisania, aniżeli wygranej. Oczywiście chciałem zająć miejsce na podium, ale było dla mnie to równie prawdopodobne, co niemycie okien dla Jezuska. Niby można, ale nie wypada.

Pewnie zaskoczę tutaj wszystkich, ale jestem amatorem. Na chwilę obecną bardziej się skupiam na ładnym składaniu literek, a jak już powstanie z nich słowo, to fajnie, żeby pasowało do tego obok. Tak jak wspomniałem w przedmowie: obraz pani Anny był dla mnie inspirujący, więc dlaczego nie miałbym w tym konkursie uczestniczyć – ćwiczę, eksperymentuję i szukam własnego głosu.

Może i jest “żenujący”, ale jest mój. Z biegiem czasu nauczę się go temperować, ale jego serce pozostanie takie samo. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo go lubię.

 

Skoro mamy już wyjaśnioną kwestię “Ja na niego nie głosowałam” przejdę dalej.

Oczywiście, że opowiadanie kojarzyło mi się z “Nocą w muzeum”. :D Ale to bardzo pozytywne skojarzenia! Największym atutem jest sposób, w jaki wykorzystałeś obraz. Pomysł, by „Dama” była boginią obarczoną klątwą, jest naprawdę znakomity!

Moim zdaniem, to dobre, biblioteczne opowiadanie z zabawnymi wstawkami i gratuluję Ci trzeciego miejsca w konkursie.

Z niczym innym skojarzyć się nie mogło :D Dzięki za docenienie pomysłu :)

Dama jest boginią. Potrafi teleportować głównego bohatera, ale nie może go uzdrowić? Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest to, że tak wymaga fabuła… :D To trochę mało. Czy zostało to wyjaśnione, a coś przeoczyłam? Ostatecznie go jednak uratowała, skoro Łukasz doczekał się starości? 

Dama nie mogła go uzdrowić, bo już zdrowiał – terapia zaczynała działać. → brak możliwości spełnienia życzenia miał się opierać na błędnie sformułowanym życzeniu. Przyznaję się bez bicia, że zawaliłem. Jest to dla mnie nauczka żeby tekst zawsze odstawić przed publikacją. Na swoją obronę powiem, że nie zauważyłem wydłużonego terminu, a nie chciałem publikować w ostatnim dniu ^.^

 

Kolejna sprawa to motyw kobiety z japońską parasolką, który wydaje mi się wciśnięty na siłę. Mam poczucie, że wprowadza niepotrzebne zamieszanie, wydłuża tekst, a fabularnie niewiele wnosi. Zresztą, gdyby “Dama” była samotna, jej losy byłyby jeszcze bardziej wzruszające. A tak, to trochę miała taką “psiapsi” na boku. :D

Pierwotnie Japonka miała być postacią poboczną, ale w trakcie stwierdziłem, że szkoda marnować jej potencjału. Masz rację jest jej psiapsi i dzięki niej mogłem pokazać rozterki Damy w sposób bardziej dynamiczny. Jej postać miała również pokazać perspektywę innych dzieł sztuki, które są uwięzione, ale starają się czerpać z “życia”.

Gdyby Dama była samotna pewnie jej losy byłyby bardziej wzruszające. I nudne – przynajmniej dla mnie. W pierwszym tekście, który napisałem Dama była samotna. Napisałem tekst na 40 tys. zzs i go usunąłem. Nie lubię stricte smutnych historii – mogę taką napisać na potrzeby ćwiczenia, ale to nie będę ja. A to chyba nie o to chodzi w pisaniu.

 

 

Warstwa emocjonalna, która towarzyszy zakończeniu jest bardzo ładna. Uwolnienie “Damy” od klątwy stanowi piękną klamrę. Mam jednak wątpliwości, czy to właśnie Łukasz powinien ją uwolnić. Dla mnie on umarł kilka linijek wyżej… Może lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby zostawił po sobie list ze wskazówkami, który zostałby odnaleziony po latach? Coś co sprawiłoby, że zakończenie byłoby bardziej spójne, bez nagłego zmartwychwstania…

Dama sama się uwolniła. Życzenie Łukasza jej tylko w tym pomogło – gdyby jedno życzenie mogłoby ją uwolnić z więzienia pewnie już dawno by to zrobiła. Choćby wykorzystując Japonkę i jej taniec lub srebrniki od Judasza :D

Postępujące niszczenie ram, płótna i werniksu miały symbolizować jej przemianę. Na początku jest zgorzkniałe dzieło sztuki, które jest zmęczone ciągłym spełnianiem życzeń, a na końcu jest Śmierć, która kogoś pokochała. Więzienie było zbudowane dla starej bogini.

 

Już na koniec: dzięki :) Tak jak wyżej – publikuję tutaj po to żeby się uczyć, a nie chwalić. Twoje “marudzenie” spowoduje, że w przyszłości będę bardziej uważny i zdecydowanie nie będę wrzucać niczego na szybko :)

Pozdrawiam !

Cześć! Ślimak Zagłady nadpełza…

Przeczytałem z mieszanymi uczuciami. Opowiadanie ma niewątpliwe mocne punkty, takie jak cały wątek opieki psychologicznej nad Łukaszem, jego przejścia od gniewu i rezygnacji do cieszenia się chwilą. Opis tańca Japonki też był szczególnie ładny. Więcej jednak jest kwestii, których ujęcie i cel mi umykają, wydają się niedostatecznie osadzone w toku historii. Z czego to wynika, że Śmierć została uwięziona w obrazie, a jednak ludzie w świecie przedstawionym normalnie umierają? Dlaczego nagle się okazuje, że Łukasz, przez większość narracji opisywany jako umierający, dożył jednak starości? Od czego zależy, które życzenia bohaterka może spełniać, a których nie – czy stoi za tym jakaś logika, a nie tylko potrzeba fabularna? I akurat Łukasz sprawił jej główne kłopoty, gdy wyraźnie pokazujesz, że jego przypadek był jeszcze oazą normalności na pustyni kuriozalnych życzeń? Czemu właściwie służą sceny bałwochwalczej dewocji i hipokryzji, które na pewno mogą wyobcować część czytelników, a mam wrażenie, że nie wiążą się do głównego wątku opowieści? Widzę, że do niektórych zbliżonych wątpliwości odnosiłeś się już we wcześniejszych komentarzach, ale chyba byłoby skrajnie trudno wykoncypować te wyjaśnienia z samego tekstu. Gdyby potrzebny był jeszcze głos do Biblioteki, kliknąłbym chętnie, do poziomu piórkowego moim zdaniem brakuje.

Pod względem językowym jest przyzwoicie, chyba najczęściej potykałem się na monotonii rytmu, długie serie po jednym epitecie do rzeczownika. Przykładowo:

Japonka czekała na nią niezmiennie, wybijając parasolką nerwowy rytm na marmurowej posadzce. Przez jej zmęczoną twarz przebiegał cień autentycznego lęku, który natychmiast maskowała furią, gdy tylko srebrzysta tafla lustra wypluwała Damę z powrotem.

Pozdrawiam serdecznie i przesyłam najlepsze życzenia wielkanocne!

Sekretne życie obrazów to świetny pomysł. Może nie całkiem świeży, ale ładnie niesie czytelnika.

Poczułam klimat sal muzealnych, zaglądając do wnętrza obrazów.

Tylko że tych prądów powietrznych nie starczyło na całość. W pewnym momencie znudziłam się i opadłam. 

Czytało mi się płynnie, zakończenie fajnie spięło całość, ale wydaje mi się, że skrócenie opowiadania wyszło by mu na dobre. 

Piórkowo będę na NIE.

delulu managment

Hej, lugosi, niezłą historię tu przedstawiłeś!

 

Pomysł wydaje się ciekawy, jest tym, co trzymało moje zainteresowanie w trakcie czytania. Wyobraźni Ci nie brakuje! Drugą, bardzo pozytywną cechą opka jest kreacja wyrazistych bohaterów – Damy i Japonki. Miały swój pazur i zostawały w pamięci. Trochę gorzej z bohaterem, ale nie można mieć wszystkiego! :D

Co mi nie podeszło to wykonanie i niektóre elementy fabuły. Tekstowi zabrakło staranności i spójności. Czasami nie wiadomo dlaczego coś się dzieje, a to psuje odbiór. Logika jest ważna! Trochę tu zgadzam się ze Ślimakiem. 

 

Przedpiścy już zajęli się większością usterek. Nie wiem, czy akurat to było omawiane, ale mnie zatrzymało jakoś szczególnie. 

Od czasu do czasu wspomnienia pojawiały się w mojej głowie, ale brałem je za zwykłe omamy senne. Jednak zbliżając się ku końcowi, obrazy przybierały coraz bardziej na sile, przywołując śmiech, zabawę i zapach skoszonej trawy. Gdy dzisiaj otworzyłem oczy, byłem pewny dwóch rzeczy: Dama była prawdziwa oraz że dzisiaj umrę.

Pierwsze zdanie naszpikowane imiesłowami i tracące logikę – obrazy zbliżając się przybierały na sile przywołując. No, nie. Tu, na portalu, nauczyłam się, że za dużo imiesłowów wprowadza chaos. 

Drugie zdanie -t o wyliczenie jest niezgrabne i źle brzmi, może – że Dama była prawdziwa, oraz że dzisiaj umrę. Lub coś w tym stylu. 

To, oczywiście, Twoje opko i zrobisz, jak uważasz. 

Podsumowując – jest dobry potencjał, jest dobry pomysł, a wykonanie będzie się tylko poprawiać! Mam nadzieję, że napiszesz jeszcze mnóstwo fajnych tekstów! Tym razem nie, jednak czekam na następne! 

Pozdrawiam serdecznie! :)

 

Buna zia!

 

Niektóre uwagi mogą być już nieaktualne.

 

spojrzenie zamkniętych powiek

Jak można spojrzeć zamkniętą powieką?

 

Nie pomagały i rzęsy, gęste i długie

Nie pomagały też rzęsy, gęste i długie

 

Antenka zadrżała gniewnie, gdy wysuszony i pomarszczony palec wystrzelił w kierunku obrazu.

Jaka antenka?

 

Pod ciężkim aksamitem dalej kotłowało się poranne życzenie ochroniarza.

Czyli jakie? Dużo tu zagadek.

 

Dama pokraśniała. Choć starała się to ukryć, prawda była taka, że w życiu niejeden pędzel już ją przeleciał.

Hahhahahhahahah, leżę :P Jejku, genialne.

 

„Ludzie to głupcy” – prychnęła i wzdrygnęła się, gdy staruszka potarła sfatygowany róg obrazu.

Domyślamy się, że to pomyślała dama z obrazu, ale lepiej to doprecyzować.

 

„Niech se w dupę wsadzi ten uśmieszek”.

Ale kto ma wsadzić w dupę uśmieszek?

 

Za jej plecami poniosły się oklaski, przerywane gwizdami, a Dama dostrzegła wahanie w oczach staruchy.

Czym były spowodowane te oklaski i gwizdy?

 

– I żeby ta flądra spod czwórki dostała grzyba na ścianach.

:P

 

Przewróciła oczami pod zamkniętymi powiekami

Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

 

Skupiony na książce tak mocno, jak może to zrobić tylko osoba przekraczająca światy, nie dostrzegł jej obecności.

Ale kto?

 

Tyle dobrze, że teraz jakiś lachonik się pojawił, a nie te potwory co ostatnio.

Hahaha ;p

 

Śledziła go chwiejnym wzrokiem.

Hmm. Krok może być chwiejny, ale wzrok?

 

Wino szumiało coraz mocniej w głowie spowitej błękitnym aksamitem.

Hę?

 

Nie chciała nie istnieć.

Chyba jest za dużo o jedno “nie”.

 

Aparatura rzęziła miarowo, odmierzając czas skradziony przeznaczeniu.

Bardzo ładne.

 

Zaskoczony Łukasz podążył za nią z niewinnością cielęcia.

Że co?

 

mruknął Łukasz, ściągając do siebie niewielką fortunę.

https://sjp.pwn.pl/slowniki/fortuna.html

Fortuna nie może być niewielka.

 

Zaszurał niechętnie kamiennymi stopami.

Kto zaszurał?

 

Ciemność obserwowała boginię, myśląc, że są to młodzieńcze wygłupy. Zawołała do siebie Czas oraz Życie i opowiedziała o niepokornej córce.

Zaraz, moment. Skoro Śmierć była córką Ciemności, to kim byli dla niej Czas i Życie? Wcześniej wspomniałeś, że Śmierć jest córką Czasu i Życia, a teraz piszesz, jakby była córką Ciemności. Więc?

 

Łukasz chwycił jej drżące ramiona i przytulił ją do piersi.

Dużo zaimków w jednym krótkim zdaniu.

--> Łukasz chwycił drżące ramiona Damy i przytulił ją do piersi.

 

Dama zaczerpnęła powietrza, a w jej oczach zabłysła nienawiść, gdy spoglądała na tę, która ją uwięziła.

– Bogowie pojmali Śmierć i stworzyli klatkę, z której miała nigdy nie uciec. Życie utkało płótno, które miało zostać jej domem. Czas zbudował ramy, więżące ją w środku. Werniks stworzony z ciała Ciemności odebrał moc otrzymaną z racji urodzenia. Była to kara za to, że śmiała marzyć.

 

Nie rozumiem. Z tego opisu można wywnioskować, że Dama jest Śmiercią. Ale ten opis temu zaprzecza. To kto jest kim?

 

Stał się zbyt słaby, by podróżować, więc zamiast pokazywać mu świat, Dama zaczęła go stwarzać słowami

Tworzyła Łukasza słowami?

Łukasz wziął ostatni oddech, budząc jej ostry jazgot.

Coś tu jest nie tak.

 

jakimś cudem wiedziała, że zegar w sali numer siedem przestał bić

Co to za sala?

 

Dalej spełniała życzenia, jednak robiła to na opak. Pieniądze? Spadek po babci.

Nie rozumiem, co tu jest na opak. Pieniądze to pieniądze, kto by nie chciał ich dostać w spadku? Jakbyś napisał: długi otrzymane w spadku, to wtedy jest to jak najbardziej na opak.

 

 

Przyznam szczerze, że opowiadanie sprawiło mi dużą przyjemność, losy Damy i Łukasza śledziłam z zainteresowaniem. Na początku było nieco chaotycznie, ale potem tekst szedł już właściwym, stabilnym torem.

 

Doceniam humorystyczny charakter opowiadania. Bardzo lubię, gdy autor stara się rozbawić czytelnika, to prawie zawsze wychodzi na plus.

 

Obraz bardzo dobrze i bardzo ładnie wykorzystany. Wzruszasz zakończeniem, grasz emocjami, ale też nie przesadzasz z tą grą, dawka wzruszeń jest odpowiednio wyważona. To naprawdę dobry tekst, gratuluję!

 

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam serdecznie laugh

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Lugosi, po dłuższych przemyśleniach uznałam, że „Dama” zasługuje na nominację. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz się zorientowałam, że została mi jeszcze ocena Piórkowa:

 

 

4 TAKi, 5 NIEtów, czyli NIE.

 

Ogólnie tekst mi się bardzo podobał, jednak na Piórko to trochę za mało. Ale jesteś na dobrej drodze :)

Pozdrawiam ponownie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

GalicyjskiZakapiorze przepraszam, że odpisuję z takim opóźnieniem, ale tak jak wyżej jestem osobą roztrzepaną :D Byłem pewien, że odpisałem, a tutaj taka niespodzianka. 

Język też mi bardzo odpowiadał – jakieś tam drobnostki mi się może rzuciły w oczy, ale zasadniczo mocno czuć, że autor wie, co robi z piórem i ogółem w takim długim tekście przecież nie sposób uniknąć potknięć.

Dzięki za pochwałę! Cały czas pracuję nad tym, żeby nie było zaimkozy i przymiotnikozy oraz żeby zdania były zróżnicowane. Jeszcze długa droga przede mną, ale niezmiernie cieszę się, że jest to już poziom „ok” :D

To jest pomysł na szorta (no, może takiego szorta plus size) rozciągnięty do rozmiaru 17 stron.

Z tym się nie zgodzę. Dopisując dodatkowe scenki, chciałem pokazać psychologię postaci. Oczywiście mógłbym to skrócić – niektóre sceny są przeciągnięte lub powtórzone – ale dalej byłby to długi tekst jak na opowiadanie.

Co gorsza, ta najmniej ciekawa i najnudniejsza część jest na samym początku (stawkę akcji poznajemy po 13k znaków) – bezpardonowo napiszę, że gdybym trafił na ten tekst losowo w poczekalni, to bym go olał, przeczytawszy kilka pierwszych stron, bo nie wiedziałbym nawet, że on zmierza do czegoś więcej niż żarty o moherowych beretach. Nie wykluczam wcale, że zanim opko dostało nominację, właśnie tak zrobiłem i teraz nie pamiętam. A szkoda by było ten tekst olać, bo po przeczytaniu całości zostawia niezłe wrażenie. Tak że nie warto zostawiać najlepszego na koniec.

Dzięki za zwrócenie na to uwagi. Z humoru i żartów raczej nigdy nie zrezygnuję, ale w przyszłości będę zwracać większą uwagę na szybsze wprowadzenie stawki.

Jeszcze raz dziękuję i za odwiedziny, i za celne uwagi :)

Ślimaku rozumiem wątpliwości i z większością się zgadzam. Jeżeli to nie problem, to też nie będę się do nich ponownie odnosić – tekst sam powinien to wyjaśniać. Dzięki za wskazanie konkretnego fragmentu jako monotonii rytmu :)

Ambush dziękuję za odwiedziny i podzielenie się uwagami :)

Jolu 

Wyobraźni Ci nie brakuje!

Ale bata, który ją poskromi już tak :D Dziękuję za podzielenie się uwagami i docenienie kreacji postaci. Absurdalnie mam większy problem z kreacją męskich postaci dlatego też Łukasz mógł się zdawać nijaki. Nad imiesłowami i logiką zdań cały czas pracuję.

Podsumowując – jest dobry potencjał, jest dobry pomysł, a wykonanie będzie się tylko poprawiać!

Dziękuję! :D

 

HollyHell91

Cześć i dzięki za tabelkę. Lubię tabelki ^^

spojrzenie zamkniętych powiek

Chciałem zaznaczyć, że Dama dalej widzi, mimo, że oczy ma zamknięte. Na tamten moment wydawało mi się to najbardziej logicznym rozwiązaniem :)

Antenka zadrżała gniewnie, gdy wysuszony i pomarszczony palec wystrzelił w kierunku obrazu.

Ten taki dzyndzel na bereciku – uparcie kojarzy mi się z antenką odbierającą częstotliwość 88,9 MHz :D

Pod ciężkim aksamitem dalej kotłowało się poranne życzenie ochroniarza.

Pierwotnie w tekście wyjaśniłem, że ochroniarz miał mały problem, który miał nadzieję, że stanie się większy. Niestety dużo jest “pałek” w tekście i zostawiłem na koniec dopowiedzenie o co chodzi:

Najbardziej jednak pragnęła obstawy z pałkami, które trzeszczały mocą i nie wymagały „powiększenia”.

Hahhahahhahahah, leżę :P Jejku, genialne.

Cieszę się, że suchar przypadł do gustu :D

Nie rozumiem, co tu jest na opak. Pieniądze to pieniądze, kto by nie chciał ich dostać w spadku? Jakbyś napisał: długi otrzymane w spadku, to wtedy jest to jak najbardziej na opak.

Chodziło o to, że ktoś życzy sobie bogactwa, a następnego dnia umiera ukochana babcia, zostawiając spadek. Dama mimo wszystko życzenie musi spełnić.

Dziękuję za wszystkie uwagi i szeroki komentarz :). Przeanalizuję je na spokojnie i wyciągnę naukę (a przynajmniej mam taką nadzieję :D). Dalej jednak najbardziej podoba mi się tabelka ^^

 

 

 

 

 

regulatorzy dziękuję za nominację, ale jak dobrze liczę, to piórka nie dostanę :D Co też i mnie nie dziwi ^^

PS. trochę się podliżę i napiszę wprost, że bardziej cieszą mnie Twoje łapanki ^.^

Lugosi, a może Loża się zmityguje i jednak doceni „Damę”.

 

…trochę się podliżę i napiszę wprost, że bardziej cieszą mnie Twoje łapanki ^.^

Dobrze, że niczego nie owijasz w bawełnę i walisz prosto z mostu. Lubię łapankować, a skoro jeszcze Autor jest ucieszony, to dla mnie podwójna radość. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poruszasz poważne tematy i robisz to w niebanalny sposób.

Postacie Damy i Japonki fajnie zbudowane. To doświadczone kobiety, trochę cyniczne, bardzo znające życie i świat, pełnokrwiste. Łukasz wypada słabiej.

Fabuła trochę rozłazi Ci się na boki. Ja też nie wyłapałam, dlaczego Dama nie mogła spełnić życzenia wyzdrowienia. Wyjaśnienia z komentarzy mnie nie przekonały – skoro mogła przyspieszyć dostanie spadku po babci, to dlaczego nie już zaczęty proces zdrowienia?

Tematyka postaci z obrazów brykających nocami po muzeum jest mi bliska, bo sama kiedyś popełniłam taki tekst, co ostatnio przypomniała “Księga miliona i jednej rozkoszy” Jima.

Będę na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Niełatwy piórkowy werdykt. Na początku byłem na NIE, po przeczytaniu całości raczej na TAK. Mam do opowiadania kilka zarzutów, ale plusy zdominowały – było oryginalnie, zapadająco w pamięć, bohaterowie są ciekawi, a tekst rozkręcał się i zyskiwał w postępie jakbyś mu wyrysował krzywą fajności :) Z drugiej strony w kilku miejscach przydałoby się trochę redakcyjnych poprawek. Na przykład na samym początku

Antenka zadrżała gniewnie, gdy wysuszony i pomarszczony palec wystrzelił w kierunku obrazu.

Przydałoby się określić, że to antenka beretu, bo nie załapałem w pierwszej chwili. 

jedwabny pantofelek 

Stopy obute w aksamit

aksamitne pantofle uderzyły o zimny marmur

Wydaje mi się, że jedwab i aksamit to nie to samo, chyba że zmieniała buty :)

Czy też to nieszczęsne spojrzenie powiek.

 

Będę na TAK.

 

Hej

Finkla, dziękuję za podzielenie się uwagami i TAKA :)

zygfryd89 cieszę się, że tekst ostatecznie Cię przekonał. Dzięki za odwiedziny i TAKA :)

 

 

Nowa Fantastyka