
(Anna Słoncz, Senne przestworza)
Muzeum Narodowe – budynek porośnięty gęstym bluszczem od dekad czarował mieszkańców Wrocławia. Nikt nie wiedział, że za ciężkimi wrotami kryły się cuda, o jakich zwykłym śmiertelnikom nigdy się nie śniło. Każdej nocy zegar wybijał dwunastą i w jego dźwiękach budziły się wszelkiej maści dziwy, twory oraz inne wizje artystyczne.
Wśród cieni, w miejscu prawie niewidocznym, wisiała ona: Dama o marmurowej skórze. Zwiedzający często mijali ją obojętnie; wystarczyło jednak jedno spojrzenie zamkniętych powiek, aby serce nawet najtwardszego mężczyzny poderwało się do szaleńczego biegu. Nie pomagały i rzęsy, gęste i długie, niczym pociągnięte maskarą w wersji „premium” – marzenie każdej francuskiej kurtyzany z osiemnastego wieku.
Na początku turyści kontemplowali kunszt malarki i czasem szeptali sekrety pieczołowicie chowane przed zaborczymi mężami. Dama czerpała z tego niemą radość… do czasu. Wszystko zepsuła jedna, puszczona w obieg plotka: „Senne przestworza” spełniają życzenia.
Od tej chwili jej życie zmieniło się. Ramy więżące płótno wypolerowano i pokryto tanią farbą z drobinkami złota, a ona zawisła w nawie głównej. Dla lepszej dostępności, rzecz jasna.
– Co pani robi? – zakrzyknął ochroniarz. Prawie biegł ku staruszce klęczącej przed obrazem.
Pełne, karminowe usta obrazu wykrzywiły się prawie niewidocznie. Dłonie moherowego berecika tasowały różaniec z biegłością kasynowego krupiera.
– Modlę się – dobiegło z dołu warknięcie, poparte dla lepszego efektu szelestem koralików.
– A do kogo, jeśli mogę zapytać?
– No jak to do kogo? Do Najświętszej Madonny, Maryi Dziewicy.
Antenka zadrżała gniewnie, gdy wysuszony i pomarszczony palec wystrzelił w kierunku obrazu. Ochroniarz westchnął z cierpiętniczą miną, nieświadomy, że pod warstwą werniksu Dama ledwo powstrzymuje parsknięcie.
„Masz za swoje, dziadu” – pomyślała. Pod ciężkim aksamitem dalej kotłowało się poranne życzenie ochroniarza.
– Proszę pani – wycedził – to jest dzieło sztuki! Nie ikona, nie Droga Krzyżowa czy inne dewocjonalia. Tu się podziwia, nie modli. I na litość boską, jaka znowu dziewica?!
Dama pokraśniała. Choć starała się to ukryć, prawda była taka, że w życiu niejeden pędzel już ją przeleciał.
– W kościele mówią, że to ósmy cud świata jest. Podobno każdą modlitwę spełnia.
Mężczyzna westchnął, przyciskając dwa palce do nasady nosa.
– Życzenia spełnia, a nie modlitwy. Widzi pani ten róg? O tam, po lewej stronie. No, niech pani podejdzie tam, potrze, potarmosi i życzenie pomyśli.
– A pomodlić się nie mogę?
– Może, może. Modlitwa czy życzenie, jeden…
– Nie bluźnij, chłopcze! – żachnęła się staruszka, jednak posłusznie podeszła do dzieła.
Po muzeum poniósł się trzask właściwy tylko kolanom starczym: głośny i suchy; jasno obwieszczający światu, że trzydziestka była ledwie wspomnieniem.
„Ludzie to głupcy” – prychnęła i wzdrygnęła się, gdy staruszka potarła sfatygowany róg obrazu.
Nigdy by się do tego nie przyznała, ale zazdrościła Monie Lisie. Ta włoska trzpiotka miała wszystko: szklane gabloty, pancerne bariery i alarm wyjący przeraźliwie, gdy choćby pyłek kurzu śmiał spaść na czczone topolowe deski. Najbardziej jednak pragnęła obstawy o pałkach, które trzeszczały mocą i nie wymagały „powiększenia”.
„Niech se w dupę wsadzi ten uśmieszek”.
– Długo będzie tam pani jeszcze klęczeć? – ryknął ktoś z tłumu zebranego przed obrazem.
Staruszka obróciła się z furią i środkowym palcem pokazała, co myśli o impertynentach mających czelność przerwać jej modły. Tłum zaszemrał, westchnął z oburzeniem i potulnie struchlał – wszakże faktem wiadomym było, że z berecikami się nie zadziera.
– Panienko – wyszeptała głosem pachnącym miętowymi dropsami – chciałabym, aby panienka pomogła mojemu wnukowi.
Ostatni raz się przeżegnała i wstała, stękając głośno. Za jej plecami poniosły się oklaski, przerywane gwizdami, a Dama dostrzegła wahanie w oczach staruchy.
– I żeby ta flądra spod czwórki dostała grzyba na ścianach.
***
Cienie zawibrowały w rytm bicia wiekowego zegara. Ramy obrazu zadygotały, czerwone strużki światła zostały zasłonięte, a kamery oślepły – tak jak każdej nocy. Z płótna niczym kropla gorącego wosku spłynęła postać Damy.
– Tyle zmarnowanych próśb – wyszeptała w pustkę i ruszyła do lustra wiszącego naprzeciwko.
Srebrzysta tafla zawirowała, otwierając przejście. Stopa obuta w jedwabny pantofelek zastygła w połowie kroku.
– Czy naprawdę muszę to robić?
Cisza była jedyną odpowiedzią. Niewidzialna siła naparła na jej plecy, z ciemności wystrzeliły lepkie macki i wciągnęły ją w tylko im znanym kierunku.
Gdy świt powoli zbliżał się ku horyzontowi, wróciła na marmury. Zmniejszająca się szczelina w lustrze pozwalała na szybki przegląd strat: potargane szaty, czarna grudka będąca kiedyś zmysłowymi rzęsami. Karminowy szlaczek był ledwie wspomnieniem perfekcyjnie pomalowanych ust. Pstryknęła palcami, przywracając nieskazitelną doskonałość.
– Więcej wody, więcej wody! – zakrzyknęły chłopaki z „Ostatniej Wieczerzy”.
Przebiegli obok, wymachując cebrzykami, prawdopodobnie ukradzionymi Bogu ducha winnym chłopkom. Na ich barokowych twarzach nie malował się wyraz nawet najmniejszej skruchy, gdy każdej nocy tratowali mieszkańców muzeum w drodze do łazienek. Zaraz potem błagali Syna Bożego o jeszcze jedną „kolejeczkę”.
Przewróciła oczami pod zamkniętymi powiekami i powlekła się do obrazu. Naparła dłonią na płótno, jednak werniks pozostawał zamknięty. Ramy nie chciały jej wpuścić.
– Ciężka noc? – usłyszała zza pleców.
Błękitne szaty zafurkotały. Spod papierowej parasolki, ubrana w krwistą czerwień, spoglądała na nią kobieta o zmęczonej twarzy. Z kieszeni sukienki wyciągnęła paczkę papierosów i szczęknęła zapalniczką.
– Parasolka ci się spali – burknęła Dama.
Nie lubiła tej wywyższającej się arystokratki. Smród dymu, który się za nią ciągnął, był nieporównywalny do pogardy, jaką roztaczała wokół siebie. Ileż to razy Dama już słyszała, że to właśnie „biała Japonka” o bladej skórze jest prawdziwym dziełem sztuki. Oczywiście przez wielkie „D” i jeszcze większe „S”.
– Niech się pali – zaciągnęła się – wtedy to dopiero będą mnie podziwiać. To jak? Na pędzle znowu polowałaś?
Dama zacisnęła zęby.
– Przecież wiesz, że muszę życzenia spełniać.
Japonka wypuściła chmarę dymu wprost na „Senne przestworza”. Oczka czujne i do plotek, i do wad rywalek uważnie zlustrowały koleżankę; od rąbka sukni aż po złotą aureolę, teraz drgającą gniewnie.
– A wszystkie spełniłaś?
– Ta… – urwała.
Wnuczek. Myśl uderzyła ją obuchem. Mieszkanie sąsiadki zagrzybiła solidnie, przy okazji fundując grzyba całej kamienicy, lecz o chłopaku zapomniała całkowicie.
Zaklęła szpetnie i ruszyła z powrotem do lustra.
– Ech, ta dzisiejsza służba – rzuciła za nią Japonka, puszczając kółko dymu. – Dobrze, że ja, prawdziwy skarb narodowy, nie muszę się do tego zniżać.
Dama z wyciągniętym środkowym palcem wskoczyła w srebrzystą taflę.
***
Wpierw uderzył ją ostry zapach chloru. W mroku korytarza rytmicznie popiskiwała aparatura. Kryjąc się wśród cieni, spoglądała na skuloną postać.
Długa, ciemna grzywka opadła w spiralach na czoło. Skupiony na książce tak mocno, jak może to zrobić tylko osoba przekraczająca światy, nie dostrzegł jej obecności. Przewrócił stronę, a szelest zagłuszył na chwilę natrętne piski monitorujące życie.
Zrobiła krok. Aksamit zahaczył o ukryty stół i z blatu spadła szklanka. Huk rozbijanego szkła zabrzmiał jak wystrzał z armaty. Zamarła, w duchu przeklinając pecha, który towarzyszył jej już od dłuższego czasu.
– Kto tam? – zachrypiał mężczyzna. Bursztynowe oczy wbijały się w ciemność, próbując dojrzeć zagrożenie. – Babcia? Jak ty się tu…
Urwał. Dama wypłynęła z ciemności. Zmysłowe usta wykrzywiły się w uśmiechu.
– Witaj, śmiertelniku – odezwała się głosem brzmiącym jak dzwoneczki targane wiatrem. – Wypowiedz swoje życzenie.
– O nie, nie, nie. Znowu te pieprzone halucynacje. Mówiłem: dawka za duża. To nie. „Panie Łukaszu, my wiemy, co robimy”. Tyle dobrze, że teraz jakiś lachonik się pojawił, a nie te potwory co ostatnio.
Zamarła w połowie drogi.
– Lachonik?
– No. Lalka, dupeczka, świnka. Wybierz sobie. Zresztą co ja gadam? Przecież ty nie istniejesz.
– Świnia? Świnia?! – wydarła się, a aureola zapłonęła. – Czy ja ci wyglądam na świnię?!
– No i masz ci los – mruknął Łukasz, sięgając do przycisku alarmowego. – Oczywiście nie możesz być ładna i miła. Bo i po co, nie?
W korytarzu zrobiło się zamieszanie i po chwili do pokoju wpadł zastęp pielęgniarek. Dama, scalona ze ścianą, obserwowała krzątający się personel. Poszarzałe twarze wpierw z irytacją, a później ze współczuciem podały leki na „omamy”.
– Powiedz życzenie, śmiertelniku – powiedziała z mocą, gdy kobiety zniknęły za zamykającymi się drzwiami.
Mężczyzna drgnął. Otumanione oczy rozszerzyły się, gdy spłynęła ze ściany, a pobielałe palce zacisnęły się na wykrochmalonej pościeli.
– Nie powinno cię tu być – wychrypiał, zaciskając powieki. – Nie ma cię tu. Nie istniejesz. Precz!
Ostatnie słowo zagrzmiało od mocy. Szyby w oknach zaskrzypiały, aparatura zadźwięczała szaleńczo. Ciemność zassała Damę od tyłu. W zamykającym się przejściu dostrzegła tylko jedno: drżące ramiona chłopaka, który nie chciał jej cudów.
***
– Jeszcze! – rozkazała Dama, podnosząc kielich.
Judasz podbiegł z dzbankiem i nalał trunku dającego zapomnienie. Wypiła duszkiem, ignorując strużkę soczyście spływającą po brodzie.
– Jeszcze!
– Ale Damo… – mruknął Judasz, poprawiając kępkę włosów sterczącą z głowy.
– Jeszcze! Bo cię zamienię w srebrniki, pieprzony zdrajco!
Mętna lura poleciała strumieniem; szybko się wycofał, zginając się w pas. Śledziła go chwiejnym wzrokiem. Gdy myślał, że jest już poza zasięgiem czujnych uszu Damy, dobiegł ją szept:
– Paweł, leć z chłopakami do Odry. Czeka nas długa noc, oj długa. Te dwie alkoholiczki…
Palce zaiskrzyły od gotującego się zaklęcia, jednak po chwili zgasły. Nie miała na to siły.
– Pajac – burknęła Japonka, strzepując popiół. – Ale z tą Odrą ma rację. Lepiej kopie. To co, koniec na dzisiaj?
– A jaki tam koniec. Ramy nie wpuszczą mnie tak długo, jak nie wypowie życzenia albo mnie nie przepędzi.
– Prawdziwe dzieła sztuki nie służą, tylko pozwalają sobie usługiwać. Jak sobie wyobrażam, że miałabym tym śmieciom życzenia spełniać, to aż mnie trzęsie.
– Ale ja nie mam wyboru! – wydarła się, uciszając rozochoconą gawiedź. – Ja mam klątwę, rozumiesz?!
Krzesło z hukiem poleciało na posadzkę i ruszyła do lustra, odprowadzana zszokowanym spojrzeniem Japonki. Dama wiedziała, że tamta nie dogryzała jej ze złośliwości, ale ona również miała swoje granice.
Tafla spłynęła jak roztopione masło i Dama wkroczyła w ciemność pachnącą marzeniami.
Łukasz leżał w łóżku. W jednej dłoni pobłyskiwał telefon; druga przesuwała się pod niewielkim wybrzuszeniem na kołdrze. Odchrząknęła. Rozbawiona patrzyła, jak podskakuje w miejscu i rozgląda się z paniką.
– A, to znowu ty – mruknął, gasząc telefon. Rumieniec na jego twarzy był prawie tak krwisty jak szaty Japonki.
– Ja – parsknęła, wychodząc z cienia. – Poczekaj – powstrzymała go, gdy sięgał do przycisku alarmowego. – Nie jestem halucynacją.
– Udowodnij.
Klasnęła. W pokoju zerwał się wiatr, ciągnąc za sobą zapach skoszonej trawy oraz ciepłego nieba. Włosy mężczyzny, poderwane przez podmuch, odsłoniły gołą skórę.
– Przeciąg – warknął, poprawiając tupecik. – Ściągaj fatałaszki.
Zamarła. Ten gbur właśnie kazał jej się rozebrać? Cisnęła z furią szklanką stojącą obok. Szkło sodowe rozsypało się w drobny mak.
– Czyli babka miała rację – bursztynowe oczy rozwarły się w szoku.
– Wypowiedz życzenie.
Wino szumiało coraz mocniej w głowie spowitej błękitnym aksamitem. Mętnie widziała nieśmiałą nadzieję wykwitającą na jego twarzy, jakby nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
– Życzę sobie, abym wyzdrowiał i nie musiał nigdy tutaj wracać.
Aureola zabłysła, zamknięte powieki zadrgały, a palce zaiskrzyły, gdy Dama wypowiadała zaklęcie. W sali szpitalnej wybrzmiało ostatnie, obce słowo, lecz echo zadźwięczało kpiąco. Spróbowała jeszcze raz i kolejny. Dłonie drżały z wysiłku, a iskry zgasły, cicho skomląc.
– Nie mogę go spełnić – jej głos zabrzmiał jak wyrok. Grobowy i suchy.
– No jakżeby inaczej – prychnął, odwracając od niej głowę. Mimo to dostrzegła łzy kapiące na prześcieradło.
– Dam ci bogactwo, sławę, co tylko sobie możesz wyobrazić.
– I co mi po nich? Do grobu pieniędzy nie zabiorę, popularność to samo utrapienie.
Skrzywiła się. O przekleństwie sławy wiedziała więcej aniżeli ktokolwiek inny.
– Mogę dać ci władzę, o jakiej nie śnili najwięksi cesarzowie. Przywołać kobietę pożądającą cię dniem i nocą – kusiła.
– Nic nie chcę. Precz!
Ryk złości jeszcze długo przeszywał powietrze, gdy Damę porwała ciemność.
***
W nawie głównej panowała cisza, mącona jedynie pijacką wersją „Barki”. Apostołowie wyli w najlepsze i Dama poczuła, jak wino zaczyna pulsować w skroniach – oznaka niechybnie zbliżającego się kaca.
– I co, cudotwórczyni? – Japonka wypuściła dym w kształcie serduszka. Strzepnęła popiół z gracją, na widok której primabaleriny padłyby z zazdrości. – Wypowiedział życzenie?
– Nie – warknęła i ruszyła do ram obrazu.
Powietrze zadźwięczało od stukotu czarnych, skórzanych bucików.
– Przecież musisz spełnić jego życzenie, inaczej pochłonie cię niebyt.
– Wiem! Ale on niczego nie chce! Nie chce pieniędzy, sławy, rozkoszy. Chce żyć!
Pod powiekami poczuła uporczywe pieczenie. Nie chciała nie istnieć.
– To mu to daj – mruknęła Japonka, owiewając ją subtelną wonią kwitnącej wiśni.
– Nie mogę. Zaklęcie nie działa, sama nie wiem czemu.
Japonka zaciągnęła się tak mocno, że żar rozświetlił rysy jej zmęczonej twarzy. Przez chwilę wyglądała nie jak „Dzieło Sztuki”, a jak zwykła kobieta, która widziała i przeżyła zbyt wiele.
– Nie działa, bo nie rozumiesz, czego naprawdę chce. Słowa – pyknęła – to tylko słaby manifest tego, czego ludzie naprawdę pragną.
Dama otarła łzę. Spojrzenie mimowolnie powędrowało do gładkiej powierzchni lustra. Wzdrygnęła się; przypominała teraz bardziej makabryczną wizję Beksińskiego aniżeli „Senne przestworza”.
– Dziękuję – otrzepała szaty. W her głowie pojawił się plan.
Pierwszy promień słońca przeszył gęstwinę winorośli, rzucając światło na posadzkę. Dzieła sztuki ruszyły w swoje ramy, na piedestały oraz do szklanych gablot. Dama z ulgą weszła w płótno. Pod palcami wyczuła pierwsze pęknięcie na dębowej ramie, a werniks powoli odchodził niewielkimi płatami.
Czas tykał nieubłaganie, dysząc prosto w jej aureolę.
***
Ding-dong. Dama wyskoczyła z obrazu. Stopy obute w aksamit przebierały szybko, przybliżając ją do lustra. Japonka podniosła parasolkę w geście przywitania. Szpic trafił w oko drewnianego apostoła, od którego aureoli odpalała papierosa.
– Powodzenia! – krzyknęła, ignorując nieświęte słowa rozwścieczonego mężczyzny. W ostatniej chwili szarpnęła jego szaty, zmuszając go do klęknięcia. – Gdzie leziesz? Dawaj tę aureolę!
Dama zaśmiała się, pochłaniana przez ciemność.
Wkroczyła do sali bez błysków, bez wiatru i tanich efektów. Łukasz siedział na łóżku, tęsknie spoglądając na nocną panoramę Wrocławia. Aparatura rzęziła miarowo, odmierzając czas skradziony przeznaczeniu.
– Przyszłaś popatrzeć na moją porażkę?
Nie odpowiedziała. Zdecydowanym krokiem podeszła blisko, ignorując smród lekarstw. Wyciągnęła dłoń i obróciła jego twarz do siebie. Bursztynowe oczy mężczyzny rozszerzyły się, gdy rozwarła powieki, pozwalając mu zajrzeć w samo serce płótna.
Nie dostrzegł tam magii. Zobaczył setki lat samotności, kurz osiadający na duszy i ból bycia podziwianym, ale nigdy dostrzeganym. W głębi jej źrenic wirowały marzenia wszystkich, którzy potarli ramy jej więzienia. Ich strach, pragnienia, codzienne bolączki. Zrozumiał: ona była tak samo więźniem losu jak on szpitalnych ścian.
– Nie mogę ci zwrócić zdrowia – wyszeptała głosem, który nie pobrzmiewał już radosnymi dzwoneczkami, a ciążył bólem istnienia. – Jednak mogę sprawić, żebyś przestał widzieć ten pokój. Bez bólu, bez smutku. Bez samotności wżerającej się w każdy centymetr twojego ciała.
Łukasz spojrzał na swoje dłonie. W chłopięcym wręcz geście odsunął grzywkę opadającą na oczy. Następnie wyszeptał drżącym głosem:
– Życzę sobie, abyś do końca mojej choroby, tak długo, jak będę miał siły, zabierała mnie w miejsca przeze mnie wskazane. Chcę zobaczyć słońce wyzierające zza samotnej góry. Chcę usłyszeć pierwszy śmiech dziecka. – Po jego policzkach ciekły łzy osoby godzącej się z przeznaczeniem. – Chcę żyć, a nie przeżyć resztkę tego czasu, który mi został.
Dama wypowiedziała prastare słowa. Światła jarzeniówek zgasły, okna rozwarły się na oścież, a w budynku rozbrzmiała muzyka, która brzęczała w samym szpiku kości. Nie niosła życia. Nie niosła radości i nadziei. Niosła ulgę, pozwalającą ukoić strach przed przeznaczeniem.
– Do jakiego miejsca wpierw mam cię zabrać? Co chcesz robić? – zapytała po dłuższym czasie.
Mrugnął, przeganiając smutek.
– No, jak już umierać, to tylko z zabawy. Zabierz mnie tam, gdzie muzyka sprawi, że ogłuchnę i zagram losowi na nosie.
Chwyciła jego rękę i pociągnęła go do góry. Zaskoczony Łukasz podążył za nią z niewinnością cielęcia. Pchnęła drzwi.
– Nie obraź się, ale seks to wolę w łóżku – mruknął, patrząc sceptycznie na łazienkowe kafelki. – Ała!
Podczas gdy Łukasz rozcierał potylicę, wskazała zaczerwienioną dłonią wiszące lustro.
– To nasze przejście.
Wkroczyli na ścieżkę spowitą cieniami. Wokół nich wirowały szklane odłamki, w odbiciach których migały ludzkie twarze.
– Co to? – zapytał, trącając ostrą krawędź.
– Marzenia, pragnienia, sny. Chodź, jesteśmy już blisko.
W oddali zamajaczył złoty punkt, z którego wyzierała kakofonia dźwięków. Różne dialekty mieszały się ze sobą, przygłuszane co jakiś czas ostrymi, radosnymi dźwiękami.
– Witaj w Las Vegas – przepuściła go przodem.
– A ty tak wyjdziesz? Nie to, żebym narzekał, ale te zamknięte powieki przykują uwagę.
Zmieszana sięgnęła do niebytu, z którego wyciągnęła okulary przeciwsłoneczne, a jej szaty za jednym smagnięciem dłoni zamieniły się w suknię ciasno przylegającą do ciała. Pstryknęła od niechcenia, przemieniając szpitalną piżamę w smoking.
Nikt nie zauważył ich przybycia. Spokojnym krokiem podeszli do stołu i zagrali w pokera.
Po godzinie wokół ich stolika zebrała się mała grupka, po dwóch urosła do tłumu przykuwającego uwagę ochroniarzy.
– Nudno jest tak cały czas wygrywać – mruknął Łukasz, ściągając do siebie niewielką fortunę.
– Mogę sprawić, że wszystko przegrasz – szepnęła mu do ucha.
Na pośladku poczuła natrętną dłoń, z pasją przemierzającą „pagórki i wzniesienia”. W pierwszym odruchu chciała strzelić Łukasza po głowie, jednak zauważyła, że jego dłonie spokojnie leżą na zielonej płachcie. Odwróciła się zdziwiona. Przed nią spod sumiastego wąsa szczerzył zęby starszy mężczyzna.
– When you have a lady like that, you don’t need a fortune. How much do you want for her?
Nie zdążyła nawet zaczerpnąć powietrza. Łukasz poderwał się z krzesła. Jego pięść uderzyła w twarz mężczyzny z satysfakcjonującym trzaskiem łamanego nosa. Jakaś kobieta z tłumu krzyknęła zszokowana, a wąsacz padł na ziemię, zalewając się juchą. Dama spod okularów dostrzegła, jak zmierza do nich ochrona.
– Uciekajmy! – zawołała i pociągnęła za sobą Łukasza.
Ludzie pierzchli na boki. Jeden z odważniejszych Amerykanów spróbował zablokować im drogę. Dama zawinęła nadgarstkiem i wpadł z powrotem w zszokowaną tłuszczę.
– No i to jest życie! – wydyszał Łukasz z zaczerwienionymi policzkami, gdy przekroczyli ramy złotego lustra.
Roześmiała się. Szczerym, przepełnionym radością śmiechem. Śmiechem, jakiego nie zaznała od wieków.
– Damo – w bursztynowych oczach zaiskrzyły psotne iskierki – chcę zatańczyć.
Nie zastanawiała się długo. Z buzującą adrenaliną poprowadziła go w dobrze jej znaną odnogę korytarzy.
***
– Więcej wody!
Szymon Gorliwy przebiegł obok nich, uciekając przed wściekłą chłopką.
– A bodajżeś zgorzał, przechero jeden!
Gruba kobieta z kwiecistą chustką na głowie oparła plecy o filar i przytknęła dłoń do rzężącej piersi.
– Czy to był jeden z…
– Tak, tak zwani święci. Straszne pijaki – Dama odgryzła się za uprzednią „alkoholiczkę”.
Ruszyli do sali bocznej, skąd dobiegała przaśna muzyka, okrzyki zachęcające do negliżu oraz dźwięk rozbijanej porcelany – znak rozpoczętej burdy pomiędzy zastawą.
W zacienionym kącie siedziała Japonka z nieodłącznym papierosem w ustach. Rozmawiała ze statuą. Na wyciosanej twarzy gościł wieczny wyraz niesmaku i zgorszenia.
– A temu co? – zapytał Łukasz.
– Śląska rzeźba barokowa, która myśli, że jest Juliuszem Cezarem.
Dama pomachała ręką i w pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana nieśmiałym szuraniem ceramiki próbującej się poskładać.
– Człowiek.
– Ja rozumiem, że może wiele, ale to już przesada.
– A mi się podoba. No powiedz, że nie jest przystojny. I te ramiona takie szerokie.
Powieki Damy zadrżały, gdy przewracała pod nimi oczami. Stadko arystokratek pożerało wzrokiem Łukasza, zasłaniając twarze wachlarzami. W ich spojrzeniach buzowały uczucia, które niewiele miały wspólnego z manierami.
– Zwariowałaś?! – huknęła Japonka, gdy Dama usiadła przy jej stoliku. – Chcesz, żeby nam robili zwiedzanie nocne?
– Uspokój się już – sarknęła, przywołując Judasza. – I tak nic nie będzie mógł powiedzieć. Tak jak klątwa mnie zmusza do spełniania życzeń, tak ich zmusza do milczenia.
– Jesteś pewna?
– Tak – westchnęła, zwracając twarz ku cierpliwie czekającemu apostołowi. – Dwa kielichy i pilnuj, żeby wino się nie kończyło.
– Oczywiście, Damo.
– Ach, Judaszu – zawołała niby od niechcenia. – Jeżeli jeszcze raz usłyszę, jak obrażasz mnie lub Japonkę, to wiesz, co się zadzieje?
Srebrna moneta zabłysła pomiędzy palcami i Dama z mściwym uśmieszkiem patrzyła, jak apostoł ucieka w popłochu.
– Zobaczysz, kiedyś nam napluje do kielicha – mruknęła Japonka, gasząc papierosa. Jej okrągłe oczy przeszyły tłum cierpliwie czekający na plotki. – Na co się gapicie?! Wracać do zabawy! Ty, Ślązok, też spadaj. Prawdziwe Dzieła Sztuki będą rozmawiać.
Zaszurał niechętnie kamiennymi stopami. Dama uniosła brew na wzmiankę o Brutusie w czerwonych szmatach, gdy wchodził w ciemny korytarz.
– Co on taki drażliwy?
– Studenci – odparła Japonka i skupiła wzrok na speszonym Łukaszu. – To po co żeś go tutaj sprowadziła?
– Chciał zatańczyć.
Usta jej koleżanki wykrzywił uśmiech. Kto jak kto, ale Japonka umiała się bawić jak nikt. Sponiewierana alkoholem często zapominała, co przystoi prawdziwej sztuce.
– Widziałeś kiedyś taniec prawdziwej gejszy, chłopcze?
– Nie, proszę pani.
– Japonka wystarczy. Lub Skarb Narodowy, jeśli wolisz. Chodź, pokażę ci, czym jest zabawa.
Łukasz spojrzał na Damę w niemym pytaniu. Skinęła dłonią na znak, że może iść, i zmieniła suknię na stare szaty. Judasz przybiegł z pełnymi kielichami. Rozsiadła się wygodniej, obserwując nadchodzący spektakl.
Skrzypkowie pobiegli do porzuconych instrumentów, anielskie chóry przeczyściły gardła, lutniści sprawdzili struny. Japonka jednym szarpnięciem znacznie wydłużyła parasolkę i rozpoczęła taniec. Na początku jej ruchy były oszczędne, wręcz zwiewne. Czarowała tłum, a gawiedź cichła coraz bardziej z każdym stuknięciem obcasów.
Muzyka zmieniła się, wchodząc w sensualne nuty. Aniołowie ucichli, pozwalając wybrzmieć chropowatemu barytonowi. Głosem brzmiącym jak dno butelki whiskey śpiewał o tej jednej nocy, kiedy wszystko było dozwolone.
Parasolka stanęła dęba i weszła głęboko w posadzkę, ignorując prawa fizyki. Japonka zerwała z siebie suknię, prezentując gorset, podwiązki i pończochy. Reformy już lata temu zamieniła na koronkowe stringi i apostołowie zaklaskali z uciechy, rzucając w nią srebrnikami. Rozeźlony Judasz zaciskał palce na opustoszałej sakiewce. Wyrzucał z siebie groźby o tym, że się zwolni i zgłosi ich do Siły Wyższej, jednak jego spojrzenie również pożerało gibkie ciało Japonki.
Anioł zaśpiewał kolejną zwrotkę o ciężkim zapachu seksu, a kobieta odrzuciła kapelusz więżący włosy. Brązowa fala spłynęła na jej plecy i padła w klęku na ziemię, ostro wypinając pośladki.
– Umie tańczyć, co? – Dama podeszła do Łukasza i podała mu kielich.
– Umie? Ona tworzy ten taniec! – powiedział głosem przesyconym ekscytacją. Usta mężczyzny rozwarły się, gdy Japonka zawisła na parasolce, rozkładając nogi. – Damo, jak to jest możliwe, że nikt o was nie wie? Kamery, ochroniarze. Przecież nie jesteście niewidzialni!
– Wy, ludzie, widzicie tylko to, co chcecie zobaczyć, a magia załatwia całą elektronikę, pokazując nudny obraz martwego muzeum.
Pokiwał głową, jakby nie dowierzając. Anioł ostatni raz wychrypiał o tęsknocie za tym, co utracone, a sala rozbrzmiała brawami. Spocona Japonka ukłoniła się i pozbierała rozrzuconą odzież. Czajnik w rogu zagwizdał, gdy szła do nich, kręcąc biodrami.
– I co, śmiertelniku? Podobało się? – zapytała zdyszanym głosem.
– Podobało? Chylę czoła ku sztuce, jaką jesteś, Skarbie Narodowy.
Hrabianki w kącie zachichotały, wypychając najładniejszą z nich przed szereg. Zasłaniając twarz wachlarzem, podeszła do Łukasza, prosząc go do tańca. Zawstydzony poczłapał na środek, gdzie czekała na niego reszta arystokratycznych harpii. Dama, spoglądając za oddalającym się człowiekiem, czuła, jak jej usta wykrzywia mimowolny uśmiech.
– Zduś to, zanim urośnie do czegoś większego – warknęła Japonka, wypuszczając dym.
Gdy Dama odprowadziła mężczyznę do szpitala i wróciła do cichej sali muzeum, dostrzegła już nie jedno, a całą siateczkę pęknięć na ramie.
***
Następnej nocy siedzieli na dachu muzeum. Dzisiaj również poprosił, żeby zabrała go do swojego domu. Przy którymś kieliszku zauważyła, jak próbuje ukryć kaszel oraz słabość ogarniającą jego ciało. Wtedy zaproponowała, że zaprowadzi go w swoje ulubione miejsce.
– Czy wierzysz w miłość? – jego głos przeszył ciszę spokojnej nocy.
Pytanie zawisło w powietrzu przesyconym starym kurzem. Niebo rozświetliły dwie perseidy, lecące blisko siebie, jakby zmuszając ją do odpowiedzi.
– Wierzę. Wierzę, że istnieje, ale nie jest czymś na wieczność. Jest ulotna, ciesząca się chwilą. Miłość to coś, co pozwala przetrwać, rozgromić mrok, który czasem ogarnia duszę. To ona pozwala wam, śmiertelnikom, cieszyć się życiem.
Pochwycił jej dłoń, splatając ze sobą palce.
– Dlaczego musisz spełniać życzenia?
Dama położyła się na ciepłych dachówkach. Pod powiekami przelewały się obrazy ludzi, bóstw i skradzionych chwil.
– Dawno temu – zaczęła cichym głosem, współgrającym z szumem Odry – gdy z popiołu powstawali pierwsi ludzie, na płaszczu Ciemności pojawiła się zmarszczka. Bogini nie przejęła się tym zbytnio, wszakże jej moc nie znała granic. Lata, które dla niej były ledwie mgnieniem, mijały, a zmarszczka przekształciła się w szczelinę. Pewnego dnia ze środka wypłynęła nowa istota, córka Czasu oraz Życia. Nazwali ją Śmierć.
Łukasz wstrzymał oddech, a Dama poprawiła kosmyk uparcie spływający do ust.
– Mała bogini przemierzała światy, kończąc to, co zostało rozpoczęte przez jej rodziców. Życie cieszyło się z niezłomności córki, a Czas gładził jej czarne włosy, jakby rozumiejąc to, czego jeszcze nie była świadoma. Pewnego razu – ciągnęła – spotkała pierwszego człowieka. Siedział nad brzegiem, a przez jego pomarszczoną twarz przebiegało coś, czego bogini jeszcze nie widziała.
– Co to było? – zapytał, przysuwając się do niej bliżej.
– Zrozumienie. Starzec wiedział, że jego czas dobiega końca i przywitał Śmierć z otwartymi ramionami. Zaskoczona wyciągnęła rączkę i poprowadziła go ku drugiemu końcowi, gdzie na bezkresnym jeziorze, podrzucana falami, pływała samotna łódź. Wsadziła mężczyznę do środka, a następnie odwróciła się, gotowa iść po kolejną duszę. Ale starzec nie odpłynął od razu – szepnęła drżącym głosem, czując ciepłe ramię Łukasza przy swoim. – Zawołał ją z powrotem. Jego dłoń rozwarła się, a w środku dostrzegła małe ziarenko. „To dla ciebie”, powiedział i odpłynął.
– I co z nim zrobiła?
– Posadziła przy brzegu rzeki, tam gdzie umarł. Bogini wracała tam każdego dnia, pieczołowicie o nie dbając. Tak jak rosły gałęzie, tak ona dorastała. I wtedy drzewo zrodziło pierwszy owoc.
Szata zaszeleściła, gdy rąbkiem spódnicy otarła spływającą łzę.
– Musisz zrozumieć, Łukaszu, że na świecie są prawa, których nie wolno łamać nawet bogom. Sadząc drzewo, rozpoczęła coś, co nie było jej domeną. Powołała życie. Gdy rozgryzła owoc, z jego środka wyleciało pierwsze marzenie. Na początku nie dostrzegała tego, ale zaczęła się zmieniać. Zbierała owoce i wędrowała po krainie śnienia.
– Ale była przecież Śmiercią – nie zrozumiał Łukasz.
– Śmierć jest niczym innym jak snem, z którego się nie budzisz. Każdej nocy przeskakiwała pomiędzy śmiertelnikami, obdarowując ich czymś, co było niedostępne bogom. Ciemność obserwowała boginię, myśląc, że są to młodzieńcze wygłupy. Zawołała do siebie Czas oraz Życie i opowiedziała o niepokornej córce. Próbowali z nią rozmawiać, tłumaczyć, aż w końcu prosili, żeby przestała. Jednak nie była w stanie tego zrobić. Rozdawanie marzeń śmiertelnikom sprawiało, że przestawała być samotna.
Dama zaczerpnęła powietrza, a w jej oczach zabłysła nienawiść, gdy spoglądała na tę, która ją uwięziła.
– Bogowie pojmali Śmierć i stworzyli klatkę, z której miała nigdy nie uciec. Życie utkało płótno, które miało zostać jej domem. Czas zbudował ramy, więżące ją w środku. Werniks stworzony z ciała Ciemności odebrał moc otrzymaną z racji urodzenia. Była to kara za to, że śmiała marzyć.
Łukasz chwycił jej drżące ramiona i przytulił ją do piersi.
– Nie wiedzieli jednak, że ramy to nie tylko granica drewna, lecz klatka czasu. Płótno piło ludzkie marzenia, zmuszając ją do ich ucieleśniania, ramy więziły ją w sztywnych okowach sekund, a werniks, niczym zastygła łza, obiecywał rozpad w nicość za każdą sekundę oporu.
– Przykro mi.
– Bogini obarczona klątwą – kontynuowała, łkając w jego bawełnianą koszulę – zamknęła oczy, aby nie widzieć ludzi, których stała się niewolnicą.
***
Kolejne noce mijały, a Łukasz nikł w oczach. Stał się zbyt słaby, by podróżować, więc zamiast pokazywać mu świat, Dama zaczęła go stwarzać słowami. Każdego świtu wracała do muzeum, zaciskając mocniej zamknięte powieki, gdy zbliżała się do niszczejącego więzienia.
Japonka czekała na nią niezmiennie, wybijając parasolką nerwowy rytm na marmurowej posadzce. Przez jej zmęczoną twarz przebiegał cień autentycznego lęku, który natychmiast maskowała furią, gdy tylko srebrzysta tafla lustra wypluwała Damę z powrotem.
– Skończ z nim! – syczała, a dym z jej papierosa układał się w duszne, oskarżycielskie pętle. – Rozpadasz się, idiotko! Popatrz na swoje ramy!
– Wiesz, że nie mogę – odpowiadała Dama głosem martwym i pustym, po czym z obrzydzeniem znikała pod warstwą łuszczącego się werniksu.
Ostatniej nocy zastukała cicho o ramę drzwi. Odór choroby wżerał się w jej nozdrza, gdy spoglądała na mężczyznę. Jego pierś unosiła się w urywanym oddechu.
– Witaj, Łukaszu.
– Cześć, Damo – odpowiedział i zakaszlał. – Dzisiaj też nigdzie nie pójdziemy.
– Wiem – podeszła do jego łóżka i z czułością pogładziła go po czole. – Nasz czas się kończy.
– Ale lekarze powiedzieli, że ta terapia zadziała.
Uśmiechnęła się smutno.
– Przyszłam się pożegnać.
– Nie chcę – po jego policzkach ciekły łzy.
– Ja również.
Musnęła ustami jego chłodną skórę. Wyszarpnęła z czeluści duszy resztkę mocy i zesłała na niego sen. Zobaczył w nim samotną górę, o której marzył, oraz usłyszał pierwszy śmiech dziecka. Dziecka, które było tworem Śmierci zdolnej kochać.
Aparatura coraz wolniej wydawała dźwięki. Łukasz wziął ostatni oddech, budząc jej ostry jazgot. Weszła w lustro. Za plecami usłyszała rumor wpadających do pomieszczenia pielęgniarek.
***
– Przetrwałaś! – zawołała Japonka, wznosząc kielich, gdy tylko aksamitne pantofle uderzyły o zimny marmur. W jej spojrzeniu, zazwyczaj tak cynicznym, czaiła się gorzka ulga; jakimś cudem wiedziała, że zegar w sali numer siedem przestał bić, a dług spłacono krwią.
Dama nie odpowiedziała. Osunęła się na posadzkę, wydzierając z siebie krzyk, który brzmiał jak trzask łamanego drewna. Japonka upuściła kielich. Czerwone wino rozlało się na marmurze niczym świeża plama farby. Przypadła do niej, więżąc ją w ciasnym, niemal siostrzanym uścisku. Płakały razem: jedna z bólu, który rozrywał jej duszę, druga z lęku, że jutro to ona może poczuć to samo.
– Głupia – szepnęła Japonka, gdy szloch zamienił się w urywany, chrapliwy oddech. – Mówiłam ci, żebyś to zdusiła, zanim zapuści korzenie. Nam nie wolno kochać. Możemy się bawić, tańczyć, ale nigdy kochać. Oni i tak nie potrafią zrozumieć, że werniks tylko dusi uczucia, które nas stworzyły.
Dama długo jeszcze leżała na posadzce, gdy Japonka powróciła do obrazu, goniona pierwszym promieniem słońca. Dopiero gdy poczuła pieczenie na skórze, powlokła się we własne ramy. Zmurszałe i pękające.
Zastygła w bezruchu, obserwowała, jak muzeum powoli wypełnia się ludźmi. Dzieci biegały pomiędzy korytarzami, a za nimi goniły matki, próbujące uspokoić niepokorne pociechy. Ochroniarz fukał do krótkofalówki, a stadko moherowych berecików, ustawionych w równym rządku przed obrazem, spoglądało z dezaprobatą na studentów Akademii Sztuk Pięknych.
– Halinka, to chłopak jest czy dziewczyna? – dobiegło ją sarknięcie spod czerwonego berecika.
– A kto to teraz tam wie? Nowakowa to ma takiego wnuka, co w babskie fatałaszki się przebiera i porządnych mężczyzn bałamuci. Mówię ci, teraz to sama sodoma i gomora, nic tylko ich spalić. Ostatnio to nawet ksiądz na ambonie mówił, że i jego diabeł kusi…
– Idź, teraz twoja kolej – pchnęła ją koleżanka.
– Panienko – wyszeptała, memłając sztuczną szczęką – chciałabym, żeby mój ukochany synek znalazł lepszą żonę. Ta nic tylko go o nieróbstwo i zdrady oskarża. Nie jego wina, że Ukraińcy uczciwym ludziom zabierają pracę…
Dama otworzyła oczy. Grono dewotek padło na kolana i wzniosło modły, nie dostrzegając, że karminowe usta „Sennych Przestworzy” wykrzywia pogarda.
***
Kółka od wózka zaskrzypiały przeraźliwie, gdy wjeżdżaliśmy po rampie do Muzeum Narodowego. Przekroczyliśmy próg ciężkich wrót i Damian poszedł do kasy biletowej, zostawiając mnie przy wejściu do nawy głównej.
Przechyliłem się delikatnie i na samym środku zobaczyłem obraz. Otoczona słupkami ze zwisającymi sznurami, wisiała ona. Drewniane ramy już dawno posypały się w pył, pozostawiając ledwie opiłki przytrzymujące rozdarte płótno. Werniks odchodził czarnymi płatami, ledwie pozwalając dostrzec ukrytą pod nim kobietę. Na krześle obok siedział ochroniarz, który miał minimum tyle samo lat co ja.
– To gdzie, dziadku, mam cię zaprowadzić?
– Do niej – mruknąłem, wskazując pomarszczonym palcem.
Kółka znowu zaskrzypiały i powoli posuwaliśmy się do przodu. Nie lubiłem starości – była męcząca, wszystko bolało, już nie wspominając, że strasznie nudziła. Cieszyłem się jednak, że dane było mi jej dożyć.
– To jest ten obraz, co zsyła klątwy na ludzi? – zapytał Damian.
– Ten, co spełnia życzenia – mruknąłem, podnosząc się.
– Dziadku, nie możesz…
– Mogę, mogę. Kości trzeba rozprostować. Idź tam do kawiarni i wodę mi przynieś, bo coś mnie suszy.
Zakasłałem dla lepszego efektu i podałem banknot. Spojrzał na mnie z troską, ale odgoniłem go gestem dłoni – czas gonił mnie nieubłaganie.
Przyjrzałem się dokładnie śpiącemu ochroniarzowi. Pochrapywał snem sprawiedliwego. Odpiąłem zabezpieczającą linkę i wszedłem do środka, ignorując kartkę z ostrzeżeniem.
Gdy wybudziłem się ze śpiączki, która mnie ogarnęła po terapii, nie pamiętałem Damy, Japonki i całej burdy, jaką robiła sztuka w muzeum. Od czasu do czasu wspomnienia pojawiały się w mojej głowie, ale brałem je za zwykłe omamy senne. Jednak zbliżając się ku końcowi, obrazy przybierały coraz bardziej na sile, przywołując śmiech, zabawę i zapach skoszonej trawy. Gdy dzisiaj otworzyłem oczy, byłem pewny dwóch rzeczy: Dama była prawdziwa oraz że dzisiaj umrę.
– Cześć, przyjaciółko – dotknąłem jej ramy. Drzazgi wbiły się w wysuszoną skórę.
Miałem wrażenie, jakby wyniosłe, bursztynowe oczy – tak podobne do moich – rozszerzyły się w zdziwieniu.
„Zsyła klątwy na ludzi”. Damian się nie mylił, obraz był przeklęty. Po pierwotnym poruszeniu kleru, zbadaniu cudów oraz próbie poświęcenia jego płótna wszystko ucichło. Dalej spełniała życzenia, jednak robiła to na opak. Pieniądze? Spadek po babci. Sława? Zostaniesz ofiarą najsłynniejszego mordercy.
Władze muzeum chciały ściągnąć jej ramy, ale było to niemożliwe. „Senne Przestworza” wrosły w marmurowe ściany, powoli niszczejąc i dążąc ku nieuchronnemu niebytowi.
– Chciałbym – wyszeptałem, ignorując ból – żebyś była wolna.
Budynek zadrżał w posadach. Ochroniarz spadł z krzesła, ludzie krzyczeli. W oddali widziałem, jak w moją stronę biegnie Damian, a jego twarz wykrzywia przerażenie. Ostatnie deski ramy rozsypały się w pył, werniks wyparował, a płótno spłonęło.
Dama była wolna.
– Witaj, Łukaszu – usłyszałem głos czysty jak dzwoneczki.
Osunąłem się na ziemię, tracąc kontakt z posadzką. Kiedy się podniosłem, odruchowo szykowałem się na ból w krzyżu i kolanach. Nie nadszedł. Zdziwiony spojrzałem na swoje dłonie, w których nie czułem już dłużej artretyzmu. Skórę miałem gładką, młodzieńczą.
– Umarłeś – powiedziała Dama, wskazując na półprzejrzystą kurtynę. Za nią dostrzegłem, jak do mojego zniedołężniałego ciała przypada Damian i wzywa pomocy. – Chodź, idziemy.
Spletliśmy palce i ruszyliśmy w ramy lustra.