- Opowiadanie: betweenthelines - Malarz śmierci

Malarz śmierci

To moje pierw­sze, ofi­cjal­ne opo­wia­da­nie, pew­nie zda­rzą się po­tknię­cia, ale na­praw­dę się przy­kła­da­łam. Mam na­dzie­ję, że pod­czas czy­ta­nia nie będą was boleć oczy ani nie bę­dzie­cie mu­sie­li się­gać po kawę na po­bu­dze­nie. Obie­cu­ję, że nie bę­dzie tak źle!
 

Praca z ele­men­ta­mi fan­ta­sty­ki była dla mnie spo­rym wy­zwa­niem, ale też oka­zją do po­sze­rze­nia swo­ich li­te­rac­kich ho­ry­zon­tów.

 

Pra­gnę ser­decz­nie po­dzię­ko­wać Ro­bert Raks za oka­za­ną pomoc oraz cenne uwagi. Jego wspar­cie i uważ­ne spoj­rze­nie mają dla mnie ogrom­ne zna­cze­nie. 


In­spi­ra­cją jest obraz pani Anny Słoncz „Ko­bie­ta z grzyw­ką”, który za­fa­scy­no­wał mnie od pierw­sze­go spoj­rze­nia i stał się punk­tem wyj­ścia do na­pi­sa­nia tego opo­wia­da­nia.

 

Życzę Wam miłej lek­tu­ry!

 

„W sztu­ce i śmier­ci jest coś wspól­ne­go — oba za­trzy­mu­ją czas i dają moż­li­wość spoj­rze­nia w głąb duszy.”

— Chris Car­ter, „Je­stem śmier­cią”

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Malarz śmierci

Roz­dział I – Ko­bie­ta z grzyw­ką

Do­ku­men­ty do­ty­czą­ce nowej spra­wy le­ża­ły równo uło­żo­ne na biur­ku, kawa zdą­ży­ła wy­sty­gnąć, a ja li­czy­łam mi­nu­ty do wyj­ścia. Ofi­cjal­nie mia­łam ana­li­zo­wać ma­te­riał do­wo­do­wy. Nie­ofi­cjal­nie – spraw­dzać to, czego nie dało się za­pi­sać w ra­por­cie. Nagle drzwi mo­je­go biura otwo­rzy­ły się i do środ­ka wszedł męż­czy­zna.

– To­bias Reed – przed­sta­wił się. – Twój nowy part­ner. Prze­pra­szam, że wpa­dam bez za­po­wie­dzi, ale przy­nio­słem coś, co z pew­no­ścią chcia­ła­byś zo­ba­czyć.

To był obraz. Owi­nię­ty w czar­ny worek, nie­mal tak, jak przy­wo­zi się ciało do kost­ni­cy na sek­cję zwłok. Miał w sobie coś po­dob­ne­go – cię­żar nie­od­wra­cal­no­ści. To był już trze­ci por­tret w tym mie­sią­cu. Każdy znaj­do­wa­no przy zwło­kach, jakby ktoś uznał, że bez niego scena nie by­ła­by kom­plet­na. 

Kiedy prze­su­nę­łam pal­ca­mi po war­stwie farby, po­czu­łam to samo co za­wsze. Nie strach – go­rycz. Tę samą, upar­cie po­wra­ca­ją­cą myśl, że można było temu za­po­biec. Przy po­przed­nich por­tre­tach wizje przy­cho­dzi­ły jak sny: urwa­ne ob­ra­zy, cudze emo­cje, które zni­ka­ły, gdy tylko od­ry­wa­łam wzrok. Teraz było ina­czej.

– Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da to na sa­mo­bój­stwo – po­wie­dział To­bias ostroż­nie. – Przy­naj­mniej we­dług tego, co mamy teraz.

Nie mówił z prze­ko­na­niem kogoś, kto za­my­ka spra­wę. Ra­czej jak ktoś po­rząd­ku­ją­cy fakty.

Spoj­rza­łam na por­tret. Twarz na płót­nie to­nę­ła w roz­my­tym, bia­łym tle – czę­ścio­wo za­tar­ta, jakby ktoś w ostat­niej chwi­li pró­bo­wał ją wy­ma­zać. Oczy za­sło­nię­te grzyw­ką, śmierć rze­czy­wi­ście nie mogła zna­leźć tam spoj­rze­nia, któ­re­go szu­ka­ła. Usta jed­nak po­zo­sta­wa­ły nie­na­ru­szo­ne. Roz­chy­lo­ne, wil­got­ne, zbyt żywe.

 

"Ko­bie­ta z grzyw­ką" – Anna Słoncz

 

Wtedy płót­no za­drża­ło pod moimi pal­ca­mi. Krót­ko i ner­wo­wo. Cof­nę­łam rękę od­ru­cho­wo. Serce przy­spie­szy­ło, ostrze­ga­jąc przed prze­kro­cze­niem nie­wi­dzial­nej gra­ni­cy. Przy po­przed­nich por­tre­tach nic po­dob­ne­go się nie dzia­ło.

To­bias od­ru­cho­wo po­pra­wił chwyt.

– Chyba źle go trzy­ma­łem – po­wie­dział po chwi­li. – Te ramy są nie­sta­bil­ne. Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Ski­nę­łam głową, choć wcale nie byłam tego pewna.

Się­gnął po akta i przez mo­ment kart­ko­wał je bez słowa.

– Wiesz – ode­zwał się – takie spra­wy nie tra­fia­ją się czę­sto.

Spoj­rza­łam na niego py­ta­ją­co.

– Im dłu­żej na to pa­trzę, tym mniej mi się po­do­ba – po­wie­dział w końcu. – Por­tre­ty. Za­wsze por­tre­ty. Przy­pad­ki są ze sobą po­wią­za­ne, a spraw­ca z pew­no­ścią jest jeden. Gdy­by­śmy temu do­wie­dli, byłby to prze­łom dla wy­dzia­łu.

Dla niego – do­da­łam w my­ślach.

– I dla cie­bie – do­rzu­cił szyb­ko. – Jeśli twoje me­to­dy po­mo­gą nam zo­ba­czyć coś, czego nie widać w ra­por­tach.

Przez chwi­lę mil­czał, jakby nie chciał wy­wie­rać pre­sji.

– Na­cisk z góry jest spory – po­wie­dział w końcu. – Media już wę­szy­ły przy po­przed­nich przy­pad­kach.

– Czyli cho­dzi o sta­ty­sty­ki? – za­py­ta­łam chłod­no.

– O spo­kój – od­parł. – I o to, że­by­śmy nie wy­glą­da­li na śle­pych.

 

Roz­dział II – Cie­nie prze­szło­ści

 Wie­dzie­li­śmy już nie­mal wszyst­ko o dwóch po­przed­nich zgo­nach. Ślady skru­pu­lat­nie opi­sa­no, no­tat­ki we­tknię­to do od­po­wied­nich te­czek, wszyst­kie szcze­gó­ły uło­żo­no w lo­gicz­ny, choć tylko po­zor­ny po­rzą­dek. W obu przy­pad­kach ofia­ra­mi były ko­bie­ty, po­dob­ne jak teraz – sa­mot­ne, ciche, a ich śmierć uzna­no za sa­mo­bój­stwo.

Przy każ­dej z nich znaj­do­wa­no por­tret, po­zo­sta­wio­ny w miej­scu zda­rze­nia, za­cho­wujący pa­mięć o ostat­nich chwi­lach życia. Na por­tre­tach wy­raź­ne były je­dy­nie twa­rze. Resz­ta zle­wa­ła się w roz­my­tą plamę, jakby ktoś chciał za­trzeć każdy szcze­gół poza nimi. Sub­tel­ne cie­nie po­wta­rza­ły się w każ­dym wi­ze­run­ku, dla więk­szo­ści zu­peł­nie nie­wi­docz­ne.

Nie udało się jed­nak do­wieść, że nie były to sa­mo­bój­stwa. Fakty mó­wi­ły jedno, a my mó­wi­li­śmy dru­gie, lecz nasze prze­ko­na­nia nie miały wy­star­cza­ją­cej wagi, by dalej pro­wa­dzić śledz­two. Spra­wy za­mknię­to for­mal­nym pod­pi­sem prze­ło­żo­ne­go. 

A same por­tre­ty?

Uzna­no je za nie­istot­ny zbieg oko­licz­no­ści – dzi­wac­two bez zna­cze­nia, które ła­twiej było zi­gno­ro­wać niż zro­zu­mieć.

Mój ów­cze­sny part­ner obserwował te sceny i nie wie­dział, co o nich my­śleć. Moje wizje przy tam­tych spra­wach były krót­kie, urwa­ne, jakby ktoś wci­snął w moją głowę klat­kę z filmu, po­ka­zu­jąc ostat­nie chwi­le życia tych ko­biet. Cza­sem czu­łam za­pach świe­żej farby, chłód wil­got­nej skóry, dud­nie­nie kro­ków, któ­rych nikt nie sta­wiał. Wszyst­ko to od­bi­ja­ło się na jego psy­chi­ce.

Nie po­tra­fił pojąć, jak można tak mocno od­czu­wać obec­ność śmier­ci. Stop­nio­wo pre­sja spraw, ich po­wta­rzal­ność i na­pię­cie zwią­za­ne z nie­moż­no­ścią udo­wod­nie­nia praw­dy sta­wa­ły się dla niego nie do znie­sie­nia. W końcu opu­ścił po­li­cję, zmę­czo­ny cią­głym stre­sem i po­czu­ciem bez­sil­no­ści wobec tego, co wi­dział i czego nie dało się wy­ja­śnić.

Za mną rów­nież cią­gnę­ło się to ni­czym cień, któ­re­go nie po­tra­fi­łam się po­zbyć. Te ob­ra­zy. Wciąż mia­łam je przed ocza­mi, jakby były wy­ry­te pod po­wie­ka­mi. Lu­dzie, któ­rych praw­dy o śmier­ci nigdy nie po­zna­my.

To­bias pod­cho­dził do spra­wy ina­czej niż mój po­przed­ni part­ner. Bez nie­po­ko­ju, ale też bez lek­ce­wa­że­nia. Prze­glą­dał do­ku­men­ty me­to­dycz­nie, stro­na po stro­nie, cza­sem no­tu­jąc coś na mar­gi­ne­sie.

– W tych ak­tach bra­ku­je jed­ne­go ele­men­tu – po­wie­dział po chwi­li. – Nikt nie pró­bo­wał ich ze­sta­wić.

Spoj­rza­łam na niego.

– Bo spra­wę za­mknię­to. Ofi­cjal­nie nie było do czego wra­cać.

Ski­nął głową.

– Wiem. Ale nawet za­mknię­te spra­wy zo­sta­wia­ją po sobie ślady. Trze­ba tylko wie­dzieć, gdzie pa­trzeć.

Nie brzmiał jak ktoś, kto wie­rzy w teo­rie.

Ra­czej jak ktoś, kto ufa pro­ce­so­wi.

Moje wizje przy po­przed­nich por­tre­tach były mar­twe. Po­zba­wio­ne na­pię­cia. Jak zapis cze­goś, co już się wy­da­rzy­ło i nie miało prawa się zmie­nić.

Ten nowy obraz był inny.

Czym róż­ni­ły się tamte por­tre­ty od obec­ne­go? Były nie­ru­cho­me, po­zba­wio­ne pulsu. Ten zda­wał się mieć w sobie coś wię­cej. Jakby re­ago­wał. Jakby cze­kał.

– Coś cię w nim nie­po­koi – za­uwa­żył To­bias, gdy po raz ko­lej­ny za­trzy­ma­łam wzrok na re­pro­duk­cji.

– Jest… inny – od­po­wie­dzia­łam ostroż­nie.

Nie za­prze­czył. Nie pró­bo­wał mnie prze­ko­nać, że się mylę.

– Może dla­te­go, że to świe­ża spra­wa – po­wie­dział po chwi­li. – Emo­cje jesz­cze nie opa­dły. Za­wsze wtedy wszyst­ko wy­da­je się in­ten­syw­niej­sze.

To brzmia­ło roz­sąd­nie. Chcia­łam w to wie­rzyć.

– Ale jeśli masz rację – dodał – i jeśli coś tu rze­czy­wi­ście się po­wta­rza, to znaj­dzie­my punkt wspól­ny. Prę­dzej czy póź­niej.

Nie obie­cy­wał cudów. Obie­cy­wał pracę.

 

Roz­dział III – Ga­le­ria zbrod­ni

Po­wrót do opusz­czo­ne­go ma­ga­zy­nu był dla mnie jak cof­nię­cie się w cza­sie. Wszyst­ko stało na swoim miej­scu, ale to, co na­praw­dę ważne, już znik­nę­ło. Be­to­no­wa pod­ło­ga, za­rdze­wia­łe okna, echo wła­snych kro­ków. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się takie samo, a jed­nak inne. Po­wie­trze było cięż­kie od wil­go­ci, pach­nia­ło stę­chli­zną, a pro­mie­nie słoń­ca wpa­da­ją­ce przez szpa­ry w oknach two­rzy­ły dłu­gie cie­nie na pod­ło­dze. Po­środ­ku, jak w ga­le­rii sztu­ki, usta­wio­na była drew­nia­na, stara szta­lu­ga.

– Stała tu od dawna? – spy­ta­łam, sta­ra­jąc się oce­nić, czy do­zor­cę coś omi­nę­ło.

– Nie – od­po­wie­dział, drżąc lekko. – Wcho­dzi­łem tu już kilka razy wcze­śniej, spraw­dza­łem ma­ga­zyn, ale nigdy nie było tu ni­cze­go ta­kie­go. Tego dnia, kiedy zna­la­złem tę bied­ną dziew­czy­nę, sto­jak usta­wio­ny był na­prze­ciw niej. Wy­glą­da­ło, jakby ktoś ce­lo­wo przy­go­to­wał całą scenę.

– Dzię­ku­ję. Jeśli przy­po­mni sobie Pan co­kol­wiek lub za­uwa­ży coś nie­po­ko­ją­ce­go przy ko­lej­nych wi­zy­tach, pro­szę od razu za­dzwo­nić – po­wie­dzia­łam, wrę­cza­jąc wi­zy­tów­kę.

Do­zor­ca ski­nął głową i wy­szedł.

– Po­przed­nie spra­wy wy­glą­da­ły po­dob­nie – ode­zwał się To­bias, prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie. – Po­zy­cja ciała, brak śla­dów walki, usta­wie­nie szta­lu­gi. Sche­mat ten sam.

Spoj­rza­łam na niego, lekko za­sko­czo­na.

– Skąd wiesz?

To­bias prze­stą­pił z nogi na nogę, się­ga­jąc po notes.

– Przej­rza­łem wszyst­kie ma­te­ria­ły z tam­tych spraw. Chcia­łem wie­dzieć, jak po­dejść do tej. Po­do­bień­stwa nie są przy­pad­ko­we.

Ko­lej­ne trzy go­dzi­ny spę­dzi­li­śmy na do­kład­nym ba­da­niu miej­sca zbrod­ni. Mie­rzy­li­śmy od­le­gło­ści, fo­to­gra­fo­wa­li­śmy de­ta­le, no­to­wa­li­śmy każdy za­ka­ma­rek ma­ga­zy­nu. To­bias prze­szu­ki­wał po­miesz­cze­nie z pre­cy­zją do­świad­czo­ne­go de­tek­ty­wa. Za­pi­sy­wał w no­te­sie ko­lej­ne wy­mia­ry, prze­su­wał lampę, do­ty­kał przed­mio­tów, spraw­dza­jąc każdy detal. Wszyst­ko robił po­wo­li, me­to­dycz­nie, świa­do­my, że nawet naj­mniej­szy szcze­gół może zmie­nić od­czyt ca­łe­go zda­rze­nia. Dzię­ki temu ła­twiej mi było sku­pić się na wła­snych ob­ser­wa­cjach i wi­zjach, za­miast dać się przy­tło­czyć at­mos­fe­rze miej­sca.

Prze­glą­da­łam do­ku­men­ty, sze­lest kar­tek od­bi­jał się echem od be­to­no­wych ścian bu­dyn­ku.  Nagle po­czu­łam za­pach świe­żej farby, ostry i du­szą­cy, który przy­pra­wił mnie o nagły ból głowy. Prze­rwa­łam prze­glą­da­nie i od­wró­ci­łam się w stro­nę szta­lu­gi.

I wtedy je zo­ba­czy­łam. Na szta­lu­dze po­ja­wi­ło się nowe, białe płót­no, a na nim napis „Chcia­łam żyć”. Słowa pły­nę­ły po po­wierzch­ni jak krew w ży­łach, po­wo­li roz­le­wa­jąc się i pul­su­jąc w ryt­mie serca, które czu­łam w sobie.

Moja klat­ka pier­sio­wa ner­wo­wo uno­si­ła się i opa­da­ła. Od­dech przy­spie­szył, a dło­nie zro­bi­ły się zimne i wil­got­ne. Sta­łam spa­ra­li­żo­wa­na, wpa­trzo­na w krwi­sto­czer­wo­ne słowa. Każdy ruch na­pi­su wy­da­wał się od­bi­jać w moim ciele, w moich my­ślach, jakby opo­wia­dał hi­sto­rię, którą byłam zo­bo­wią­za­na po­znać.

To­bias przyj­rzał się płót­nu i przez mo­ment zmarsz­czył brwi, od­chy­la­jąc się lekko do tyłu. Jego oczy zwę­zi­ły się na kilka se­kund, jakby pró­bo­wał pojąć, co wła­śnie zo­ba­czył.

Przy­go­to­wa­li­śmy sprzęt i za­czę­li­śmy fo­to­gra­fo­wać obraz, sta­ra­jąc się uchwy­cić każdy detal. Jed­nak zdję­cia wy­cho­dzi­ły nie­wy­raź­ne, roz­my­te, jakby sam apa­rat nie mógł uwiecz­nić obec­no­ści na­pi­su.

– Oświe­tle­nie jest fa­tal­ne – stwier­dził To­bias. – Wil­goć, kurz… stary bu­dy­nek za­wsze robi takie sztucz­ki z apa­ra­tem. Le­piej za­bierz­my je ze sobą.

Ostroż­nie zdję­łam obraz ze szta­lu­gi. W tej samej chwi­li napis znik­nął, po­zo­sta­wia­jąc czy­stą, śnież­no­bia­łą po­wierzch­nię. Serce przy­spie­szy­ło mi w pier­si.

Od­wró­ci­łam się zmie­sza­na. To­bias za­uwa­żył mój stan i zro­bił krok bli­żej, z wy­raź­ną tro­ską w spoj­rze­niu.

 – To, co wła­śnie zo­ba­czy­li­śmy. Nie do końca ro­zu­miem. Czy przy wcze­śniej­szych spra­wach też było coś ta­kie­go?

Za­wa­ha­łam się, pró­bu­jąc ze­brać myśli.

– To… skom­pli­ko­wa­ne – za­czę­łam w końcu, pró­bu­jąc uło­żyć słowa. – Cza­sem wi­dzia­łam ob­ra­zy, cza­sem uczu­cia. Jakby moja wy­obraź­nia wcho­dzi­ła w same zda­rze­nia i wy­ła­py­wa­ła rze­czy, któ­rych nor­mal­ny­mi me­to­da­mi nie dało się zna­leźć.

To­bias kiw­nął głową, słu­cha­jąc uważ­nie.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział w końcu. – Nie mu­sisz tłu­ma­czyć wszyst­kie­go od razu. Razem mo­że­my spró­bo­wać po­łą­czyć twoje wizje z fak­ta­mi.

Kiw­nę­łam głową, czu­jąc ulgę, że mogę w końcu opo­wie­dzieć o tym, co się dzia­ło wcze­śniej.

– Do­brze – po­wie­dzia­łam, wciąż czu­jąc pul­su­ją­ce echo słów. – Spró­buj­my to po­łą­czyć z do­wo­da­mi, które mamy.

To­bias uśmiech­nął się lekko i wró­cił do pracy przy sprzę­cie. Jego spo­kój i zwy­czaj­na obec­ność po­zwa­la­ły mi choć na chwi­lę od­su­nąć lęk i sku­pić się na śledz­twie.

W końcu zgo­dzi­li­śmy się zro­bić prze­rwę i coś zjeść. Nasze kroki nio­sły w sobie cię­żar do­pie­ro co od­kry­tej ta­jem­ni­cy. Za­pach świe­żej farby mie­szał się teraz z ostrym aro­ma­tem krwi, sta­no­wił przy­po­mnie­nie, że ta spra­wa wcale nie po­zwa­la­ła o sobie za­po­mnieć.

 

Roz­dział IV – Głos akry­lu

Mi­nę­ły trzy ty­go­dnie in­ten­syw­nych prze­słu­chań. Roz­ma­wia­li­śmy z ro­dzi­ną dziew­czy­ny, jej bli­ski­mi, przy­ja­ciół­mi. Każdy wspo­mi­nał to samo: była skry­ta, żyła na ubo­czu, nie miała wro­gów, łatwo było ją lubić. W roz­mo­wach czę­sto po­ja­wia­ło się jedno imię: Tho­mas. Nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, kim do­kład­nie był, ani jak wy­glą­dał jego zwią­zek z dziew­czy­ną. Do­ku­men­to­wa­li­śmy wszyst­ko skru­pu­lat­nie. Od­wie­dza­li­śmy miej­sca, w któ­rych by­wa­ła, ob­ser­wo­wa­li­śmy oto­cze­nie, po­rów­ny­wa­li­śmy ze­zna­nia, szu­ka­jąc sprzecz­no­ści. Pró­bo­wa­li­śmy usta­lić, kim na­praw­dę był Tho­mas. Spraw­dza­li­śmy ar­chi­wa, media spo­łecz­no­ścio­we, kon­tak­ty wśród zna­jo­mych, a mimo to jego po­stać po­zo­sta­wa­ła jedną wiel­ką nie­wia­do­mą. 

Sie­dzia­łam sama w swoim biu­rze, prze­glą­da­jąc do­ku­men­ty i no­tat­ki. Myśli kłę­bi­ły się w gło­wie, za­sta­na­wia­łam się, co jesz­cze mo­gli­by­śmy zro­bić, jakie ko­lej­ne kroki pod­jąć, by wy­ja­śnić spra­wę. Co jakiś czas zer­ka­łam na por­tret. Po­mi­mo że oczy dziew­czy­ny były za­sło­nię­te grzyw­ką, mia­łam wra­że­nie, że spo­glą­da na mnie, ob­ser­wu­je każdy mój ruch.

W końcu wsta­łam i po­wol­nym kro­kiem po­de­szłam bli­żej. Unio­słam dłoń w stro­nę por­tre­tu, aż opusz­ka­mi pal­ców do­tknę­łam farby. Chłod­na, nie­ru­cho­ma, a jed­nak dziw­nie pul­su­ją­ca pod pal­ca­mi.

– Co się z tobą stało? – wy­szep­ta­łam, nie­mal nie­śmia­ło, jak­bym bała się od­po­wie­dzi.

Cisza. A potem po­ja­wi­ły się po­je­dyn­cze słowa: Tho­mas, dusza, uwię­zio­na.

Coś w tym tonie było bła­gal­ne, kru­che i jed­no­cze­śnie nie­po­ko­ją­ce. Drża­łam, sły­sząc praw­dzi­wy głos, który zda­wał się pły­nąć pro­sto z farby. Każda sy­la­ba roz­my­wa­ła frag­ment twa­rzy dziew­czy­ny. Pa­trzy­łam, jak grzyw­ka za­czy­na roz­pusz­czać się w bieli, każde na­stęp­ne słowo, które padło, wy­ma­zy­wa­ło część istnienia namalowanej postaci. Moja cie­ka­wość mie­sza­ła się ze stra­chem. Każda od­po­wiedź mogła być ostat­nią.

Nagle do biura wszedł To­bias, w rę­kach trzy­ma­jąc dwa kubki z kawą.

– Byłem u cie­bie, ale cię nie było. – po­wie­dział zmar­twio­nym tonem. – Tak my­śla­łem, że tu je­steś. Jest 3:30, Tessa. Nie prze­sa­dzasz?

Spoj­rza­łam na niego, czu­jąc, jak słowa wciąż wi­ru­ją w mojej gło­wie.

– To­bias – za­czę­łam po­wo­li, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go zda­nia – coś się wy­da­rzy­ło. Obraz… on… ode­zwał się.

Jego oczy roz­sze­rzy­ły się lekko, widać było, że pró­bu­je pojąć, co mówię.

– Ode­zwał się? – po­wtó­rzył, jakby nie­do­wie­rzał w to, co wła­śnie usły­szał.

– Tak. Mówił po­je­dyn­cze słowa. Tho­mas, dusza, uwię­zio­na. – Mój głos za­drżał, a ręka mi­mo­wol­nie prze­su­nę­ła się w stro­nę por­tre­tu.

To­bias spoj­rzał na niego, a potem na mnie, marsz­cząc czoło.

– Tessa, obraz to mar­twa rzecz – po­wie­dział ła­god­nie. – Wiem, że to brzmi dziw­nie, ale zmę­cze­nie po­tra­fi robić zmy­słom okrut­ne rze­czy.

– Może i mar­twa, ale pró­bo­wa­ła mi coś prze­ka­zać – wy­szep­ta­łam.

– Do­brze – po­wie­dział spo­koj­nie. – Nie wiem, co to ozna­cza, ale jeśli chcesz, mo­że­my spró­bo­wać spi­sać wszyst­ko, zanim emo­cje wezmą górę.

Kiw­nę­łam głową, czu­jąc ulgę, że nie oce­nia mnie ani nie pró­bu­je wy­ja­śniać w stylu „to nie­moż­li­we”. 

To­bias wes­tchnął, sta­wia­jąc kubki na biur­ku.

Usta mło­dej ko­bie­ty z ma­lun­ku, po­wo­li przy­bie­ra­ły coraz głęb­szy od­cień czer­wie­ni, a ich kształt wy­krzy­wiał się w gry­mas, po­ka­zy­wa­ła nie­za­do­wo­le­nie z wy­po­wie­dzia­nych słów.

Po­cią­gnę­łam łyk kawy, ale smak był ni­ja­ki. Spoj­rza­łam na To­bia­sa – jego opa­no­wa­na twarz draż­ni­ła mnie bar­dziej niż zmę­cze­nie.

– To­bias, wi­dzisz to? – za­py­ta­łam cicho.

Za­miast od­po­wie­dzi, To­bias zbli­żył się do mnie i mięk­ko po­ca­ło­wał w usta.

– Widzę – od­po­wie­dział. – Ale myślę, że po­trze­bu­je­my od­po­czyn­ku. Wró­ci­my tu póź­niej, wy­po­czę­ci i spró­bu­je­my wszyst­ko prze­ana­li­zo­wać.

Od­wró­cił się i wy­szedł, zo­sta­wia­jąc mnie z mie­szan­ką wąt­pli­wo­ści i nie­od­par­te­go na­pię­cia.

Nawet nie wiem, jak to się stało, że w tak krót­kim cza­sie zbli­ży­li­śmy się do sie­bie aż tak bar­dzo. Każda roz­mo­wa przy zdję­ciach i do­ku­men­tach, mo­men­ty, gdy sta­li­śmy obok sie­bie nad ob­ra­zem, po­wo­li bu­do­wał mię­dzy nami nie­wi­dzial­ną nić. To­bias był obok mnie spo­koj­ny, opa­no­wa­ny, a ja czu­łam, jak jego obec­ność koi mój nie­po­kój i jed­no­cze­śnie po­bu­dza coś głę­bo­ko we mnie. Wszyst­kie przy­pad­ko­we ze­tknię­cia rąk przy kub­kach z kawą, spoj­rze­nia pełne zro­zu­mie­nia, two­rzy­ły na­pię­cie, któ­re­go nie dało się zi­gno­ro­wać.

Zda­łam sobie spra­wę, że z To­bia­sem je­stem bli­żej niż kie­dy­kol­wiek byłam z kim­kol­wiek. Nie cho­dzi­ło tylko o bli­skość fi­zycz­ną. To, co było mię­dzy nami, prze­ni­ka­ło każdy gest, spoj­rze­nie, mil­cze­nie.

 

Roz­dział V – Chwi­la bez tchu

Usia­dłam przy biur­ku z cięż­kim wes­tchnie­niem, chcąc zna­leźć coś, co do tej pory mi umy­ka­ło. Cisza w biu­rze zda­wa­ła się sama cze­kać na od­po­wiedź.

Jesz­cze raz przyj­rza­łam się zdję­ciom ofia­ry. Za­wsze pa­trzy­łam na nie w ten sam spo­sób, szu­ka­jąc po­twier­dze­nia wer­sji o sa­mo­bój­stwie. Tym razem zmu­si­łam się, by spoj­rzeć ina­czej.

Po­więk­szy­łam zdję­cie szyi. Ślad był równy. Zbyt równy. Nie było w nim cha­osu, żad­nych głę­bo­kich wże­rów ani nie­re­gu­lar­nych otarć, które po­win­ny po­wstać przy za­ci­śnię­ciu liny i gwał­tow­nym szarp­nię­ciu spo­wo­do­wa­nym cię­ża­rem ciała oraz kon­wul­syj­ny­mi ru­cha­mi.

Po bo­kach szyi do­strze­głam de­li­kat­ne za­czer­wie­nie­nia. Jak po uści­sku dłoni.

– Naj­pierw ją udu­szo­no – po­wie­dzia­łam cicho do pu­ste­go po­ko­ju. – A do­pie­ro potem po­wie­szo­no.

To nie było sa­mo­bój­stwo.

To była in­sce­ni­za­cja. Ktoś chciał, że­by­śmy uwie­rzy­li, że sama wy­bra­ła śmierć. Ktoś, komu ufała na tyle, żeby nie krzy­czeć od razu.

Po­czu­łam nagły przy­pływ ad­re­na­li­ny. Byłam pod­eks­cy­to­wa­na, nie­mal drża­łam z emo­cji. W końcu coś za­czy­na­ło się ukła­dać w ca­łość. Każdy detal, który wcze­śniej umy­kał, teraz błysz­czał przed moimi ocza­mi jak frag­ment ukła­dan­ki.

Wtedy drzwi skrzyp­nę­ły i wszedł To­bias.

– Spójrz na to – po­wie­dzia­łam, po­ka­zu­jąc zdję­cie szyi ofia­ry.

Wy­tę­żył wzrok, po­chy­la­jąc się bli­żej.

– Hmm… fak­tycz­nie coś tu jest nie tak – po­wie­dział po­wo­li. – Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ło jak ślad po linie, ale te za­czer­wie­nie­nia po bo­kach są dziw­ne. To może być coś in­ne­go.

– Wła­śnie – prze­rwa­łam na­tych­miast. – Zwróć uwagę na brak nie­re­gu­lar­nych wże­rów i otarć. To nie lina. To uścisk.

W tej samej chwi­li drzwi otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie, a do po­ko­ju wszedł po­li­cjant, trzy­ma­jąc w dło­niach ko­per­tę.

– Mamy coś no­we­go – po­wie­dział, kła­dąc ją na biur­ku. – Zdję­cia z mo­ni­to­rin­gu nie­da­le­ko domu ofia­ry, przy re­stau­ra­cji.

Otwo­rzy­łam ko­per­tę i za­czę­li­śmy prze­glą­dać fo­to­gra­fie. Na pierw­szych uję­ciach z ulicy dość do­brze było widać samą ofia­rę – jej syl­wet­kę, gesty, jak pod­cho­dzi do męż­czy­zny i obej­mu­je go. Twarz męż­czy­zny była jed­nak ukry­ta pod czap­ką, co spra­wia­ło, że jego toż­sa­mość po­zo­sta­wa­ła ta­jem­ni­cą.

– Le­d­wie go widać – mruk­nął To­bias, po­chy­la­jąc się nad zdję­cia­mi.

Prze­wró­ci­łam ko­lej­ne kart­ki. Tym razem były to wy­raź­niej­sze uję­cia z mo­ni­to­rin­gu re­stau­ra­cji, bar­dziej zbli­żo­ne. Teraz syl­wet­ki były ostre, twa­rze czę­ścio­wo w cie­niu, ale na łok­ciu męż­czy­zny rzu­ca­ła się w oczy wy­raź­na bli­zna po opa­rze­niu, która wy­glą­da­ła na sto­sun­ko­wo świe­żą.

To­bias spoj­rzał uważ­nie, milk­nąc na mo­ment.

Nie tra­cąc czasu, od­wró­ci­łam się do po­li­cjan­ta.

– Sprawdź­cie wszyst­kie szpi­ta­le i kli­ni­ki w oko­li­cy – po­wie­dzia­łam bez wa­ha­nia. – Opa­rze­nia łok­cia z ostat­nie­go mie­sią­ca. Każdy przy­pa­dek jest ważny, nie­za­leż­nie od tego, jak drob­ny.

Po­li­cjant kiw­nął głową i od­szedł.

– To pierw­szy re­al­ny trop – po­wie­dzia­łam cicho.

Przez chwi­lę mil­cze­li­śmy.

– Do­brze, że tu je­steś – do­da­łam.

Spoj­rzał na mnie uważ­nie.

– Nie zo­sta­wię cię z tym – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się de­li­kat­nie.

Pod­czas tych słów obraz nagle za­drżał, jakby za­nie­po­ko­jo­ny zło­żo­ną wła­śnie obiet­ni­cą. Wie­dzia­łam, że nie tylko my od­czu­wa­my cię­żar tej spra­wy. Ona re­ago­wa­ła tak, jakby nadal żyła, a je­dy­nie zo­sta­ła uwię­zio­na w płót­nie.

Po­czu­łam nagły, lo­do­wa­ty ucisk na szyi. Z płót­na wy­ło­ni­ły się dło­nie, za­ci­ska­jąc się z prze­ra­ża­ją­cą siłą. Od­dech uciął się w pół se­kun­dy.

To­bias za­re­ago­wał in­stynk­tow­nie. Chwy­cił mnie za ra­mio­na i od­cią­gnął do tyłu, jed­no­cze­śnie prze­wra­ca­jąc obraz twa­rzą do pod­ło­gi.

Upa­dłam na krze­sło, ła­piąc po­wie­trze, serce wa­li­ło mi jak osza­la­łe.

– Tessa… – po­wie­dział cicho, klę­ka­jąc przede mną. – Już do­brze. Od­dy­chaj.

Z płót­na do­biegł chro­po­wa­ty szept:

– Uwa­żaj.

Pod­nio­słam obraz. Po­ja­wi­ła się na nim ko­lej­na war­stwa bieli.

To­bias prze­su­nął się bli­żej, spo­glą­da­jąc na por­tret z wy­raź­nym za­nie­po­ko­je­niem.

– Nie po­win­naś zo­sta­wać sama z tym ob­ra­zem – po­wie­dział po­wo­li. – Le­piej bę­dzie, jeśli wy­nie­sie­my go do ar­chi­wum.

De­li­kat­nie do­tknął mo­je­go po­licz­ka.

– Przy mnie je­steś bez­piecz­na – dodał ci­szej. – I do­pil­nu­ję, żeby tak zo­sta­ło.

 

Roz­dział VI – Por­tret śmier­ci

Na­stęp­ne­go dnia byłam pewna jed­ne­go. Nie mo­głam tego tak zo­sta­wić.

Po­sta­no­wi­łam wresz­cie przed­sta­wić sy­tu­ację prze­ło­żo­ne­mu. Wie­dzia­łam, że wkrót­ce spra­wa zostanie od­no­to­wa­na jako sa­mo­bój­stwo.

W ga­bi­ne­cie pa­no­wał pe­dan­tycz­ny po­rzą­dek. Wszyst­ko na swoim miej­scu. Jed­nak nie­chęt­na mina prze­ło­żo­ne­go nie pa­so­wa­ła do tej per­fek­cyj­nej otocz­ki. Jego spoj­rze­nie było pełne re­zer­wy, jakby moja proś­ba była uciąż­li­wym obo­wiąz­kiem.

– Do­brze – po­wie­dział w końcu – ale chcę szcze­gó­ło­wy ra­port do jutra. Ty i To­bias mu­si­cie go przy­go­to­wać. I roz­pocz­nij­cie po­szu­ki­wa­nia Tho­ma­sa. Po­trze­bu­je­my wię­cej do­wo­dów.

Wy­szłam z ga­bi­ne­tu z na­pię­ciem i myślą, że muszę jak naj­szyb­ciej zo­ba­czyć się z To­bia­sem.

Wie­czo­rem wy­szli­śmy do baru. Ma­łe­go, ci­che­go. Ta­kie­go, gdzie lu­dzie przy­cho­dzą za­po­mnieć, a nie świę­to­wać.

– Wy­glą­dasz jak­byś zwy­cię­ży­ła w ma­ra­to­nie – po­wie­dział, po­da­jąc mi drin­ka.

– Ra­czej do­pie­ro co za­czę­ła – za­zna­czy­łam.

Opo­wie­dzia­łam mu o roz­mo­wie z prze­ło­żo­nym, a on słu­chał mnie uważ­nie przez cały czas.

W po­ło­wie dru­gie­go drin­ka po­czu­łam, jak zmę­cze­nie ca­łe­go dnia wró­ci­ło. Al­ko­hol też zro­bił swoje.

– Chyba po­win­nam wra­cać – po­wie­dzia­łam od­kła­da­jąc pustą szklan­kę. – Je­stem wy­koń­czo­na.

– W takim sta­nie nie po­win­naś iść sama, a moje miesz­ka­nie jest bli­żej.

Ski­nę­łam głową, wdzięcz­na, że ktoś w końcu się o mnie trosz­czy.

W miesz­ka­niu zro­bi­ło się ci­szej, bar­dziej in­tym­nie. To­bias pod­szedł i objął mnie.

– Tessa – po­wie­dział nagle. – Za­wsze fa­scy­no­wa­ło mnie, jak po­tra­fisz słu­chać sztu­ki. Ob­ra­zy mówią, ale tylko nie­licz­ni po­tra­fią je zro­zu­mieć. Ty nie tylko pa­trzysz. Ty po­zwa­lasz im żyć.

Nie po­wie­dzie­li­śmy nic wię­cej. Wy­star­czył jeden gest, spoj­rze­nie. We­szli­śmy do sy­pial­ni, a drzwi za­mknę­ły się za nami, od­ci­na­jąc świat ze­wnętrz­ny.

Tam, w pół­mro­ku po­ko­ju, po­czu­łam, jak cie­pło jego ciała mie­sza się z moim, a od­de­chy spla­ta­ją się w ryt­mie, który był tylko nasz. Nie my­śla­łam o ra­por­tach. Li­czy­ła się tylko chwi­la, unie­sie­nie, które mnie ogar­nia­ło.

Jego dło­nie wę­dro­wa­ły po ple­cach i ra­mio­nach, wy­wo­łu­jąc dreszcz, który prze­szył mnie od stóp do głów. Od­da­łam się chwi­li, po­zwa­la­jąc emo­cjom wziąć górę.

To­bias przy­su­nął się jesz­cze bli­żej. I wtedy, moje oczy przy­pad­ko­wo za­trzy­mały się na jego łok­ciu.

Bli­zna. Taka sama, jak na zdję­ciach.

Do­strzegł to spoj­rze­nie. W jego oczach po­ja­wił się mrok, a uśmiech przy­brał cień nie­po­ko­ju.

– Chyba zo­ba­czy­łaś coś, czego nie po­win­naś – po­wie­dział spo­koj­nie, ale ton jego głosu spra­wił, że za­mar­łam.

Za­czę­łam ner­wo­wo kiwać głową, pró­bu­jąc uspo­ko­ić od­dech.

– Ni­cze­go nie za­uwa­ży­łam – po­wie­dzia­łam.

W tej samej chwi­li To­bias zro­bił nagły ruch. Jego dło­nie za­ci­snę­ły się na mojej szyi. Od­dech za­ciął się na mo­ment.

Świat wokół znik­nął. Czu­łam siłę uści­sku, a jed­no­cze­śnie kon­tro­lę w jego ru­chach

– To­bias – wy­szep­ta­łam.

Uśmiech­nął się chłod­no, nie­mal szy­der­czo.

– To­bias? A może Tho­mas? – po­wie­dział po­wo­li, za­ci­ska­jąc moc­niej moją szyję. – Ar­ty­sta sam wy­bie­ra swój pseu­do­nim.

Prze­ra­że­nie za­la­ło mnie falą go­rą­ca.

– Od po­cząt­ku wie­dzia­łem, że w końcu doj­dziesz do praw­dy. Chcia­łem, żebyś była czę­ścią mojej sztu­ki – głos drżał mu z eks­cy­ta­cji. – Bę­dziesz naj­pięk­niej­sza. Naj­do­sko­nal­sze po­cią­gnię­cie pędz­la.

Mój od­dech słabł z każdą se­kun­dą, ciem­ność za­czę­ła za­le­wać moją świa­do­mość.

W ostat­nich chwi­lach zo­ba­czy­łam na ścia­nie por­tre­ty ze wszyst­kich trzech spraw. Ko­bie­cie z grzyw­ką łzy spły­wa­ły po po­licz­kach.

– Ostrze­ga­łam – wy­szep­ta­ła.

 

Roz­dział VII – Ma­larz śmier­ci

Za­wsze byłem bli­sko.

W cie­niu. Tuż obok, gdy po­chy­la­łaś się nad moimi dzie­ła­mi, Tesso.

Sta­łem nie­da­le­ko, gdy ba­da­łaś ślady. Gdy wpa­try­wa­łaś się w por­tre­ty dłu­żej niż inni. Gdy mil­cza­łaś, a w two­ich oczach po­ja­wiał się ten błysk. Chwi­la, w któ­rej ro­zu­mia­łaś.

Więk­szość wi­dzia­ła tylko śmierć.

Ty wi­dzia­łaś kom­po­zy­cję. Sens. In­ten­cję.

Twój dar był jak lu­stro. Po raz pierw­szy ktoś na­praw­dę od­bi­jał to, co stwo­rzy­łem. Nie od­wra­ca­łaś wzro­ku. Nie uprasz­cza­łaś. Nie pró­bo­wa­łaś mnie spro­wa­dzić do pa­to­lo­gii i ra­por­tów.

Pa­trzy­łaś i słu­cha­łaś. Po­zwa­la­łem ci się zbli­żać.

Po­zwa­la­łem, bo fa­scy­no­wa­ło mnie, jak od­czy­tu­jesz moje myśli, zanim jesz­cze zdą­ży­łem je na­zwać. Każda twoja teo­ria była jak po­chwa­ła. Każde traf­ne spo­strze­że­nie było, jak ukłon zło­żo­ny ar­ty­ście.

Kar­mi­łem się tym po­wo­li. Ostroż­nie. Jak czymś świę­tym.

Wtedy zro­zu­mia­łem, że nie mo­żesz skoń­czyć jak inne.

One były tylko ma­te­ria­łem. Ty byłaś od­bior­cą. Kry­ty­kiem. Wy­brań­cem.

Sta­łaś się moją muzą nie dla­te­go, że byłaś pięk­na. Ale dla­te­go, że byłaś godna.

Wie­dzia­łem, że bę­dziesz moim naj­więk­szym dzie­łem.

W nocy prze­nio­słem twoje ciało przez ciem­ne ko­ry­ta­rze i scho­dy, a potem wzdłuż pu­stych ulic. Każdy ruch był do­kład­nie wy­wa­żo­ny. Każdy krok był czę­ścią ry­tu­ału. Nie po­śpie­sza­łem. Nie mo­głem.

Po­la­na przy lesie cze­ka­ła. Czy­sta, oto­czo­na drze­wa­mi, jakby sama na­tu­ra znała swój udział w moim pla­nie. Po­ło­ży­łem cię de­li­kat­nie na ziemi. Pa­trzy­łem, jak księ­życ i cie­nie liści ukła­da­ją się wokół two­jej syl­wet­ki.

Nie było tu miej­sca na przy­pa­dek.

Pod­nio­słem cię ostroż­nie, za­wie­si­łem na drze­wie, tak aby twoje ciało wy­glą­da­ło, jakby samo wy­bra­ło śmierć. Lina opie­ra­ła się w spo­sób równy i na­tu­ral­ny. Każdy detal był per­fek­cyj­ny.

Sto­jąc krok w tył, przy­glą­da­łem się kom­po­zy­cji. Tak, to było ide­al­ne.

Sta­niesz się teraz czę­ścią ob­ra­zu, któ­re­go nikt nie ma prawa zro­zu­mieć tak jak ja.

Pę­dzel sunie po płót­nie. Wy­zna­czam zarys two­jej twa­rzy z pre­cy­zją, na jaką za­słu­gu­je tylko ar­cy­dzie­ło. Ni­cze­go nie po­pra­wiam. Per­fek­cja nie wy­ma­ga ko­rek­ty.

Twoje rysy są spo­koj­ne. Ukoń­czo­ne.

Las mil­czy, jakby ro­zu­miał po­wa­gę chwi­li. Każdy cień mię­dzy drze­wa­mi, każdy sze­lest liści, każdy pro­mień świa­tła two­rzy dla cie­bie ramę. Wy­bra­łem to miej­sce, bo tylko na­tu­ra była wy­star­cza­ją­co czy­sta, by unieść cię­żar two­jej obec­no­ści.

Chcia­łem wy­do­być de­li­kat­ność, którą tak upar­cie ukry­wa­łaś pod chło­dem pro­fe­sjo­na­li­zmu i twar­dą psy­chi­ką.

Tutaj nie mu­sia­łaś już wal­czyć. Tutaj mo­głaś zo­stać na­gro­dzo­na.

Pa­trzę na wcze­śniej­sze prace i czuję dumę. One były ko­niecz­ne. Fun­da­men­tem. Po­cząt­kiem drogi.

Ale do­pie­ro ty na­da­jesz im sens.

Po­zo­sta­łe muzy były nie­peł­ne. Miej­sca, w któ­rych je two­rzy­łem, mó­wi­ły praw­dę o nich sa­mych. Dziew­czy­na z ma­ga­zy­nu była próż­na. Pusta. Za­słu­gi­wa­ła na kurz i za­po­mnie­nie. Jej dusza nie miała war­to­ści eks­po­zy­cyj­nej.

Ty byłaś inna. Dla cie­bie prze­wi­dzia­łem pie­de­stał.

Lu­dzie do­strze­ga­ją pięk­no w cia­łach. Ja do­strze­gam je w du­szach. W ich pęk­nię­ciach.

One czy­ni­ły je wy­jąt­ko­wy­mi. Twoja czyni cię do­sko­na­łą. Ro­zu­mia­łaś mnie.

Mó­wi­łaś kie­dyś, że moje por­tre­ty są zbyt ciche. Że coś w nich krzy­czy, choć nie wy­da­je dźwię­ku. Mia­łaś rację. To nie ob­ra­zy krzy­cza­ły.

To dusze, które w nich za­mkną­łem, w końcu prze­sta­wa­ły wal­czyć.

Ty też już nie wal­czysz.

Uśmie­cham się, bo wiem, że zro­bi­łem to do­brze. Le­piej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Gdy­byś mogła teraz spoj­rzeć na swoje od­bi­cie, zro­zu­mia­ła­byś.

Za­wsze ro­zu­mia­łaś szyb­ciej niż inni.

Twoje miej­sce jest na szczy­cie.

Nie w ak­tach. Nie w ra­por­tach. W mojej ga­le­rii.

I kiedy ktoś sta­nie przed tym por­tre­tem i po­czu­je nie­po­kój, za­chwyt albo strach, bę­dzie to zna­czy­ło, że wciąż ży­jesz.

A ja? Ja tylko speł­ni­łem swoje po­wo­ła­nie.

Widzę sens tam, gdzie inni widzą chaos. Widzę pięk­no tam, gdzie inni widzą śmierć. To ja na­da­ję śmier­ci zna­cze­nie.

 

A praw­dzi­we dzie­ło sztu­ki

za­wsze

wy­ma­ga

ofia­ry.

Koniec

Komentarze

Po pierwsze – gratuluję portalowego debiutu.

Opowiadanie z pewnością ma w sobie coś, choć nie do końca przypadło mi do gustu.

To co mnie troszkę męczyło, to pewna maniera językowa autorki.

----

 

Chwilowo uciekam stąd – ale wrócę jeszcze z kolejnym komentarzem – później.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Jim, wiesz co? Jest mi po prostu przykro. Spędziłam sporo czasu przy pisaniu tego tekstu. Jest to mój debiut. Nie mam doświadczenia w pisaniu. Jeśli coś brzmi sztucznie, to może dlatego, że zawodowo między innymi odpisuje na opinie ludzi i muszę robić to profesjonalnie, czasem wręcz sztucznie. Jestem świadoma, że w niektórych miejscach pewnie ta maniera się wkradła.

Ale nie, nie korzystałam z AI, zresztą tekst był tez w becie i myślę, że Robert potwierdzi ile zmian było. Oskarżenie mnie o to, odebrało mi sporo motywacji do pisania. A już tak się cieszyłam, że mogę być nie tylko częścią grupy czytając, ale też publikując coś swojego, co wcale nie było dla mnie łatwe. Może to był błąd. Dzięki za komentarz mimo wszystko. 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

@betweenthelines

 

Cóż mogę powiedzieć – przykro mi, że jest Ci przykro. Zauważ, że parę razy podkreśliłem w tekście, że to wcale nie musi być SI, a po prostu maniera pisarki – jak widać wynikająca widocznie z tego, że piszesz głównie teksty bezduszne i urzędowe.

Zanim rzucisz pisaniem w kąt poczekaj aż przyjdą tu tacy, którzy są nieco mniej ostrzy w opiniach – cóż, ja mniej ostrym być nie potrafię i nie będę za to przepraszał. Czasem krytyka może być zupełnie niezasłużona, przecież możesz po prostu uznać, że piszę zupełne bzdury, że to w ogóle nie ma odniesienia do Twojego tekstu. Z kolei ja, jako czytelnik, mam prawo odbierać Twój tekst tak, jak on mi w oczy wpada.

Publikowanie czegokolwiek zawsze jest niełatwe i cóż – nie zawsze ludzie będą Ci pisali laurki.

Czy opublikowanie debiutu było błędem czy nie? Jeśli krytyka jakiegoś anonima z neta (przecież mnie nie znasz) – ma wywracać do góry nogami całą Twoją istotę, odbierać Ci wiarę w siebie i podważać sens pisania – to na pewno.

 

Powiem brutalnie: wal moją opinię, jeśli potrafisz to wyciągnij z niej jedynie, że może styl urzędniczy nie jest najlepszy do opowiadań – poczekaj na komentarze innych osób, które potrafią bardziej osładzać gorzkie pigułki. Ja swej szczerości nie zwykłem owijać w bawełnę, dlatego nikt mnie tu nie lubi – i cóż – czy mnie to załamuje? Nie. Po prostu taki jestem. Ty też jakaś bądź. Może wrażliwa, może krucha – ale jednak nie daj się rozbić jednym komentarzem.

 

Na pocieszenie powiem, że jeśli przetrwasz Jima i jego do bólu ostre komentarze to wszystko przetrwasz i nic gorszego już się tu nie wydarzy.

 

Pozdrawiam serdecznie.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

 

  1. S. – Niech Ci nie będzie przykro. heartkiss

Pecunia non olet

Pozwolę sobie wtrącić. :)

Droga Betweenthelines, oby każdy tak pięknie debiutował, jak Ty. heart

Mnie też było przykro po opiniach Jima. :) Jim po prostu jest BAAARDZO surowym Krytykiem. Ale serce ma złote. heart

Pozdrawiam Was! heartkiss

Pecunia non olet

Cześć, betweenthelines 

 Bardzo dobre opowiadanie.

Ciężki kaliber, bo wiadomo, morderstwo, śledztwo, duchy, psychopatyczny malarz artysta. Nie wiem dlaczego, ale byłem przekonany, że czytam opko napisane przez mężczyznę, a później dotarło do mnie, że jesteś kobietą. I byłem pewien podziwu, że tak dobrze potrafisz wejść w kobiecą narrację. Romantyczne scenki też spoko – wskazane, coby rozładować napięcie duszności prowadzonego śledztwa. 

Tylko jedno załzawiło mi oko, zwrot kreślił, pędzlem się nie kreśli, pędzlem się maluje :-) Wiem, że to czepialskie trochę, ale musiałem Ci to napisać, ponieważ z zawodu jestem rzeźbiarzem, a wyszło tak, że maluję regularnie, dlatego rzuciło mi się to w oczy :-) 

Ciekawe zwroty akcji, tekst jest dynamiczny fabularnie, polubiłem bohaterkę, tego jej kumpla już mniej, wzbudziłaś we mnie emocje, wielki plus za to. 

Klik ode mnie. 

Aha… wyjustuj tekst

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie. 

 

Wrzucę edit, po przeczytaniu komentarzy :-)

Pamiętaj, że każdy wypowiadający się zapodaje swoją opinię. Opinia nie jest wyrokiem, prawdą, jedyną objawioną. Bo widzisz, np. nie znam chłopa, w sensie Jima, ale uważam, że ma sporo racji w tym, co Ci napisał. Twórcy zazwyczaj są wrażliwi, i tylko ci co zahartują się w ogniu krytyki pójdą dalej, będą się rozwijać, czerpiąc dla siebie jak najwięcej z merytorycznej krytyki. Należy rozróżnić krytykanctwo (gdzie nie można dyskutować, ponieważ brak jest merytoryki), przykładowo: jeśli ktoś powie Ci, że napisałaś coś do bani, to tak naprawdę nic nie znaczy, jeśli ten człowiek nie potrafi tego uzasadnić. Warsztat zawsze warto jest doskonalić, słuchać mądrzejszych od siebie, uczyć się, jednocześnie pracując nad własnym stylem, a przede wszystkim więcej czytać, niż pisać. Zauważyłem pewną tendencję, że bardzo dużo osób pisze, ale z czytaniem coraz gorzej. Dla mnie kontakt ze sztuką, nie tylko w słowie, ale i obrazie, to podstawa, karmię się tym. Dlatego proszę, nie zrażaj się, wybieraj dla siebie z krytyki co najlepsze i przede wszystkim nie poddawaj. Zapewniam Cię, że po pewnym czasie osiągniesz pułap, że będziesz czuć się pewniej z tym, co tworzysz, jednocześnie nie szukając dla siebie akceptacji u innych, poklepania po ramieniu. Bo wydaje mi się, że nie o to chodzi, żeby być chwalonym, choć jest to miłe, ale i niebezpieczne, bo można osiąść na laurach, i wracając – ogień hartuje, krytyka również. 

Dlatego pisz i nie trać wiary we własne możliwości. Będziesz coraz lepsza, to tylko kwestia czasu. 

Pozdrawiam

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Powtórzę to, co napisał tu @Hesket:

 

 

Dlatego pisz i nie trać wiary we własne możliwości. Będziesz coraz lepsza, to tylko kwestia czasu. 

 

 

Bo nie chciałbym byś przez moją opinię połamała kredki, wyrzuciła długopisy i zajęła się “czymś bardziej sensownym” w stylu uprawy ziemniaka w doniczkach.

Jak widzisz – jemu utwór się podobał, mnie nie – ale to, że komuś się nie podoba – to nie wyrok. Trzeba się otrzepać i iść naprzód. Czasem ktoś Ci napisze tylko “no, nie urzekło” albo “słabe jak fanfik licealistki” – i choć taka krytyka nie ma wielkiej wartości, to przecież też czytelnicy mają do niej prawo, a autora – to boli. Ale trzeba jednak jakoś umieć zdobyć się na pewien dystans względem własnej twórczości – tylko dzięki temu możemy się rozwijać.

Oczywiście, nie wszystko da się przepracować – ale nie należy się poddawać po jednym negatywnym komentarzu.

Przykładowo – ja nie trafiam w przecinki. Interpunkcja to dla mnie czarna magia. Wiem, że jakbym się nie starał – to i tak tego nie pojmę – ale to nie znaczy się, że pojąć się nie staram. Ale potem pod tekst przyjdzie przykładowo Reg, Tarnina czy bruce i będę miał dwie strony łapanki źle postawionych (a najczęściej pominiętych przecinków). Nieraz też jest tak, że ktoś mi napisze, że no, Jim, nic z tego nie kumam, utrudniłeś czytelnikowi odbiór tekstu jak tylko mogłeś.

 

Więc – pisz, pisz coraz lepiej, eksperymentuj, doskonal się, to, że ten tekst mi się nie spodobał, nie oznacza, że pod następnym nie będę się rozpływał w zachwytach.

 

Pozdrawiam.

 

PS.

 

Takie stare, złośliwe dziady jak ja słuchają muzyki pewnie zupełnie niekompatybilnej z Twoim gustem, ale mimo wszystko prześlę Ci, może trafi w jakieś nuty, Ci również bliskie:

https://www.youtube.com/watch?v=NKhbuY8mxB0

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

A ja też pozwolę się wtrącić. Niech się sama Autorka wypowie, ale ja uważam, że nie zabolało jej, że Ci się Jimie nie podobało, a to, że napisałeś, że nie wiesz, czy nie pisało to AI. I jako jurorowi też mi się ta wstawka nie podobała. Widziałem już tu kilka tekstów ewidentnie napisanych przez AI, po prostu je pomijałem. Ale nie uważam, żeby było tak w tym przypadku. Zresztą zręcznie Autorka odbiła Ci piłeczkę odnośnie tego, gdzie pracuje. 

A zdanie “Zauważ, że parę razy podkreśliłem w tekście, że to wcale nie musi być SI, a po prostu maniera pisarki”, jest zwykłym dupochronem, przynajmniej w mim odczuciu.

Pod moim debiutem było dużo pozytywnych, ale i negatywnych opinii. Każda mnie uczyła i przy żadnej się nie poddawałem. Ale gdybym przeczytał, że to chyba było pisane przez AI, mogłoby mnie to zaboleć bardziej, niż nawet, że tekst jest do bani. 

Więc myślę, że tu nie chodzi o to czy Ci się podobało, może się nie podobać. Ale zamiast udawać szczerego, gruboskórnego bad boya, po prostu zastanów się czasem, czy chciałbyś, żeby bez żadnych dowodów ktoś tak napisał pod Twoją nową książką, którą starasz się promować. (A uważam, że nie ma przesłanek ani w tekstach z książki, ani w tym tekście, żeby o AI podejrzwać). Bo taka jedna opinia wpływa na sposób postrzegania innych czytających, czy tego chcesz, czy nie. 

A Ty betweenthelines się nie załamuj, czytałem dwa razy. Raz normalnie i raz po komentarzu Jima, żeby się upewnić przed napisaniem komentarza. Wiem o co mu chodzi i myślę, że Ty też, ale z wielu względów jestem przekonany, że tekst nie był pisany przez AI, myślę, że inni też. 

Krytyka, merytoryczne uwagi – jak najbardziej. Zarzucanie komuś oszustwa i przez to odbieranie mu motywacji i frajdy – stanowcze nie.

Pozdrawiam Was!

You cannot petition the Lord with prayer!

@MichaelBullfinch

BIję się w pierś – nie było moim zamiarem uczynienie przykrości autorce.

Masz rację, mogłem to ująć inaczej.

Pozdrawiam.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Szczerze mówiąc, nie widzę w tekście żadnej negatywnej maniery językowej. Jeśli chodzi o AI, trudno tu cokolwiek jednoznacznie rozstrzygać, ale nie sądzę, aby było ono używane, ani w całości, ani choćby częściowo.

Potwierdzam, że tekst był w becie i betweenthelines wprowadziła poprawki, których sztuczna inteligencja raczej by nie napisała. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że tych poprawek nie było wiele, opowiadanie od początku było, moim zdaniem, sprawnie napisane.

 

Jim, uważam, że krytyka krytyką, ale samo sugerowanie użycia AI jest nietaktem. Betweenthelines ma pełne prawo poczuć się tym urażona.

 

Betweenthelines Jim ma rację w tym sensie, że – choć była to uwaga nietaktowna – pozostaje to wyłącznie jego opinia, z którą nie trzeba się zgadzać i za którą „Biję się w pierś – nie było moim zamiarem uczynienie przykrości autorce

 

Być może najlepiej byłoby uspokoić dyskusję i rozważyć usunięcie tych wpisów. Jak słusznie zauważył MichaelBullfinch: „taka jedna opinia wpływa na sposób postrzegania innych czytających, czy tego chcesz, czy nie”.

 

Zostańmy przy krytyce tekstu, warsztatu i fabuły – to są kwestie, które da się uzasadnić i do których autor może się sensownie odnieść, bez sugerowania bezpodstawnych oskarżeń. Niech przynajmniej jeden portal w sieci trzyma poziom dyskusji.

 

Podpisuje się pod słowami Bruce „Droga Betweenthelines, oby każdy tak pięknie debiutował, jak Ty”

 

Pozdrawiam i klikam tekst do biblioteki

rr

Holly, to jakaś czołóweczka do filmu? Wstawka na wypasie :-)

Ekjuze mła za przyspamowanie :-)

Pozdrawiam miłośników ciepła

smiley

To ja też trochę ponarzekam…

Zagardlenie – pojęcie nadrzędne w medycynie sądowej – obejmuje wszystkie mechaniczne 

uciski szyi: powieszenie, zadzierzgnięcie i zadławienie. Ostatnie odpada, to kwestia

głównie pokarmowa. Pierwsze – w większości samobójstwo, drugie – zwykle zabójstwo.

Jednak medycyna sądowa (a nie domniemania detektywa) świetnie sobie radzi

z odróżnianiem sposobów zejścia. Ale pewnie tylko mnie nieco razi to certolenie się

funkcjonariuszy, bo na półce stoi grube tomisko “w temacie”…

Ale to tylko takie moje “czepialstwo”, heh. Generalnie, jak tu mawiają, misię… Naprawdę

klimatyczne – prawie jak Pachnidło – i przyjemnie się czytało.

Oby tak dalej. Pozdrawiam.

 

PS

A prawdziwe dzieło sztuki zawsze wymaga ofiary.

To prawda – im większe dzieło, tym poważniejsze koszty… wink

 

EDIT

@Jimie, oficjalny teledysk jednak dużo lepiej zrealizowany dźwiękowo, wiadomo…smiley

 

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

Robercie Raksie,

dziękuję, bardzo bym chciała umieć zadebiutować tak, jak Autorka. yes

Pecunia non olet

Holly, to jakaś czołóweczka do filmu? Wstawka na wypasie :-)

Zwiastun komentarza :P Dziękuję za miłe słowo :)

 

I słówko do autorki:

Nieee, nie opuszczaj nas! Nie mogę jeszcze Ci napisać dlaczego, ale poczekaj chociaż do rozwiązania konkursu i komentarzy jurorskich! Naprawdę warto! heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej, 

 

bardzo fajne opowiadanie :). Podoba mi się motyw zaklinania dusz w płótnie. Ciekawie wychodzi relacja między ofiarą, a mordercą. I bardzo dobrze wychodzi wrażliwość bohaterki. 

Więc mamy ciekawego, dobrze zbudowanego bohatera i dobry pomysł na horror – no właśnie czemu w tagach brakuje mojego ulubionego? 

 

Paradoksalnie to co przeszkadza tej historii to motyw śledztwa. Procedury, sprawy techniczne, zagłębienie się w instytucję policji. Bez tego, śledztwo policyjne wychodzi jako dodatek i to mało wiarygodny. 

 

Ta historia nie jest o morderstwach i umieszczaniu dusz w obrazach, to historia o relacji bohaterki z antagonistą. I to poruszasz w tekście, ale za mało. Gdyby tekst skupił się na uczuciu tych bohaterów, to finał wybrzmiałby o wiele mocniej. 

 

Ale to nie zmienia faktu, że mamy tu ciekawe opowiadanie :). Które zasługuje na klika :) 

 

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bruce, nie wiem, jaki był Twój debiut, ale podejrzewam, że wcale nie był gorszy.

Zresztą niezależnie od debiutu, obecnie – co wyraźnie widać – cieszysz się dużym szacunkiem i wysokimi kompetencjami w kwestiach pisania.

Robercie Raksie, miło mi. :) Sprawę debiutu przemilczę, bo to była jedna wielka żenada.blush Szczerze napiszę, że zazdrość mnie zżera i niech Autorka o tym wie. winklaugh

Trzymajmy kciuki za Betweenthelines i kolejne Jej prace, bo takiego wsparcia z pewnością Autorce potrzeba. heart

Pecunia non olet

Serce przyspieszyło, jakby to nie obraz, a ja popełniła błąd

Nie jest to zgrabne zdanie, wybiło mnie z rytmu.

 

Tobias napiął się i odruchowo poprawił chwyt.

Napiął się moim zdaniem niewiele wnosi do tego zdania, poza dwuznacznością

 

Jeśli to faktycznie seria, a wiele na to wskazuje, najważniejsze jest to, że przy każdym ciele znaleziono portret. Oznaczałoby to, że mamy jednego sprawcę

Drętwe zdanie dialogowe. Brzmi jak z serialu TV, co nie jest komplementem. Dialogi ogólnie są trudne, warto je przećwiczyć z samym sobą albo drugą osobą, niekoniecznie piszącą.

 

a wszystkie szczegóły ułożono w logiczny porządek, który miał udawać sens

Na tym zdaniu się potknąłem – niby jest metafora, ale całość mało zręczna.

 

Subtelne cienie powtarzały się w każdym wizerunku, pozostając niezauważone dla innych.

Tego nie rozumiem, szczególnie drugiej części.

 

Sprawy zamknięto chłodnym podpisem przełożonego. 

Czy podpis może być chłodny? Metafora zrozumiała, ale ryzykowna językowo.

 

Uznano je za nieistotny zbieg okoliczności – dziwactwo bez znaczenia, które łatwiej było zignorować niż zrozumieć.

Trochę urąga to inteligencji wszystkich, łącznie z czytelnikiem

 

a magazyn wypełniła cisza.

Chyba niezamierzone zestawienie słów, niesie komizm tam, gdzie jest poważnie

 

notowaliśmy każdy kąt magazynu.

Są cztery kąty, chyba że nie jest prostokątny

Tobias analizował wszystkie elementy z ostrożnością, która była kluczowa dla całości. Patrzyłam, jak zapisuje pomiary w notesie i poprawia ustawienie lampy. Jego opanowanie było takie, jak u większości doświadczonych detektywów tworzących raport. Spokojne, systematyczne, pewne

Cały ten fragment do przepisania. Tzn. wiadomo, co Autorka ma na myśli, ale stylistycznie bardzo zgrzyta.

 

W reszcie tekstu też pewnie znajdą się miejsca do poprawki – wybaczcie, że tylko tyle, może uda mi się jeszcze wrócić do “przeczesywania”.

 

To czas na wrażenia ogólne: opowiadanie naprawdę dobrze się czytało. Jak na debiut, bardzo dobrze. Zauważyłem, że językowo i stylistycznie jest gorzej w tych miejscach, w których tempo akcji “siada”, tak jakby sama Autorka nie miała do nich cierpliwości. Fragmenty, w których Autorka chce przekazać emocje są pisane bardzo dobrze: krótkie zdania budują napięcie i dodają ostrości. 

Powodowało to, że na przemian dawałem się wciągnąć w fabułę i “odpadałem” w nudniejszych miejscach.

Stopniowanie napięcia jest dobre, im bliżej do finału, tym więcej się dzieje, również w sferze emocji.

 

Jedynym problemem jest to, że od rozdziału V wiem, że Thomas to Tobias. Wiem, że bohaterka się do niego zbliży i zauważy bliznę na łokciu. Zatem dalej po prostu czytałem zapis tego, co się miało wydarzyć. Zabrakło iskry lub efektu “WTF?” po przeczytaniu finału.

 

Mam nadzieję, Autorko, że nie zrazisz się do pisania, bo piszesz dobrze i szkoda byłoby nie czytać Twoich opowiadań.

 

 

 

@Robert Raks

 

Być może najlepiej byłoby uspokoić dyskusję i rozważyć usunięcie tych wpisów. Jak słusznie zauważył MichaelBullfinch„taka jedna opinia wpływa na sposób postrzegania innych czytających, czy tego chcesz, czy nie”.

 

Nie usunąłem całkowicie mojego pierwszego komentarza, bo ta maniera językowa nadal mnie denerwuje i nie zamierzam tego odwoływać – ale usunąłem z niego wzmianki o udziale niegrzecznych bitów (bytów) nieludzkich.

Mam nadzieję, że dzięki temu odbiór innych uniknie skażenia moim niepotrzebnym komentarzem.

 

Może jeszcze później spróbuję wrócić tu z jakimiś pozytywami (bo je też dostrzegałem, po prostu język mnie męczył).

Pozdrawiam.

 

 

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Jimie, wielkie dzięki i szacun; zawsze twierdzę, że masz złote serducho, tylko od razu szukasz w naszych tekstach kandydatów do… Literackiego Nobla, a my tu wszyscy – skromni amatorzy… :) 

Pozdrawiam Was. heart

Pecunia non olet

Jim, myślę, że to słuszna decyzja z Twojej strony. Krytyka jakości opowiadania – OK, Nieludzkie byty (bity) – nie OK.

Mam nadzieję, że nie poczułeś się urażony ani przymuszony moją sugestią dotyczącą edycji wpisu.

Pozdrawiam 

rr

Nie, @Robert Raks, spokojnie – nie poczułem się ani urażony, ani przymuszony – usunąłem zbędny, nadmiarowy i szkodliwy szum – a zostawiłem to, co było dla mnie istotne (że nad językiem warto popracować).

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Jim to, że opowiadanie nie przypadło Ci do gustu jak najbardziej szanuję. Zasmuciło mnie jedynie Twoje „oskarżenie”. Opowiadanie zanim trafiło do betowania, miało 5 wersji, jedna po drugiej poprawiana i dopieszczana na tyle na ile potrafiłam to zrobić. Gdybyś miał okazję zobaczyć poprzednie wersje naprawdę odniósłbyś wrażenie, że opowiadanie pisała lodówka czy inna pralka. laugh Wspomniałeś o bezduszności, cóż mogę się z tym zgodzić, bo sama uważałam, że nie udało mi się pokazać chociażby emocji w taki sposób w jaki pojawiały się w mojej głowie. No po prostu nie potrafiłam tego jakoś bardziej poetycko przedstawić, to zwyczajnie trudny zabieg na miarę moich obecnych umiejętności. Wiele innych rzeczy również nie wybrzmiało tak, jakbym tego chciała np. zamykanie dusz w obrazach, budowanie relacji pomiędzy detektywami. Łatwiej było mi skrócić te fragmenty i maszynowo uprościć – częściowo świadomie, ale bardziej pod przymusem braku możliwości  odebrałam tekstu duszę. Zarzekam się, że przestanę być taka okrutna dla swoich przyszłych, ewentualnych tekstów  i nie potraktuje ich jak klientów, którym rzucam wyrafinowane odpowiedzi.

 

bruce dziękuję za miłe słowa. heart

Hesket bardzo się cieszę, że opowiadanie spodobało Ci się. Pięknie dziękuję za klik, to dla mnie ogromne wyróżnienie. heart Wybacz mi za ten zwrot „kreślił”. W mojej głowie naprawdę to pasowało, ale postaram się to zmienić. laugh Krytykę biorę na klatę i zamierzam dzięki niej szlifować umiejętności, zabolało jedynie to o czym wspomniałam wyżej.

 

MichaelBullfinch dziękuję za słowa otuchy, zrozumienie oraz obronę mojego opowiadania. heart

 

Robert Raks ponownie dziękuję za każde wsparcie. heart

 

Fascynator dziękuję za komentarz i trafną uwagę. Rzeczywiście spłyciłam samo śledztwo, ale nie chciałam zbytnio przedłużać opowiadania, choć mogłam delikatnie rozbudować ten temat. Skupiłam się na zjawiskach fantastycznych związanych z obrazem, bo o nie najbardzej się bałam i sprawiły mi nie małą trudność. Cieszę się, że pomimo tego wybrakowania przyjemnie Ci się czytało. laugh

 HollyHell91 nie martw się, planuję pomęczyć wasze oczy jeszcze kiedyś, ale obudzę w sobie wszelkie cząsteczki człowieczeństwa, aby uwolnić  dusze w moich tekstach – pozwolę im żyć.  laugh

Bardjaskier dziękuję za komentarz i klik, to miód na moje lodowate serduszko, jak i to, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. heart Brakuje tagu „horror”, lecz czy to jest horror? Dla Jima wiem, że tak, ale czy ogólnie. laugh Jak wspomniałam wcześniej, nie chciałam przedłużyć zanadto tekstu sprawami technicznymi – mogłam jednak coś przynajmniej napomknąć. 

 

marzan dziękuję za komentarz, miłe słowa oraz uwagi. Poprawi oczywiście naniosę. smiley

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Podążaj za białym królikiem.

Marszawa

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

bruce dziękuję za miłe słowa. heart

heart

Pecunia non olet

laugh

 

 

!!!…

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...

Albo jestem super detektywem albo tożsamość malarza śmierci była słabo zakamuflowana ;P

No i końcowy monolog Tobiasa/Thomasa wydawał mi się nieco przydługi.

Poza tym czytało się fajnie. Pomysł intrygujący, ładne opisy i kilmat śledztwa z prawdziwego zdarzenia. 

Jak na debiut super, choć zdaję dobie sprawę, że betowanie trochę pomogło w kwestiach technicznych. 

Konstrukcja zdań dość prosta, lecz nie na tyle by od razu snuć domysły o użyciu AI. 

Ogółem, udany, wciągający tekst.

Klikam, pozdrawiam i życzę dużo motywacji!

Storm dziękuję za odwiedziny i komentarz. W pierwotnej wersji opowiadania jeszcze bardziej podałam, jak na tacy rozwiązanie „kto jest mordercą”. Trzymajmy się proszę wersji, że po prostu świetny z Ciebie detektyw haha laugh Zdania rzeczywiście są proste i zdaję sobie z tego sprawę, ale jeszcze nie posiadam mocy rozbudowania ich tak, aby były bardziej przekonujące. Bardzo dziękuję za klika, kolejna iskierka nadziei dla mnie. heart

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Argh, zjadło mi taki głęboki komentarz. No to w skrócie:

+ sam pomysł na malarza-zabójcę-nekromantę

+ ,,malarskie” tytuły rozdziałów (,,Galeria zbrodni”, ,,Głos akrylu”)

+ zakończenie autentycznie mnie zaskoczyło (choć tak, domyśliłem się, że Tobias to Thomas)

 

– papierowe postacie – morderca jeszcze nie taki zły, ale o narratorce nie jestem w stanie powiedzieć nic konkretnego

– rozpoczęcie akcji in media res – trudno mi się było wczuć w intrygę, której większa część już się rozegrała gdzieś za horyzonem

– nie wszystkie rozdziały mają ,,malarskie” tytuły (np. ,,Chwila bez tchu” jest kompletnie od czapy i wybija z rytmu)

– drobne problemy z tempem i konstrukcją tekstu

 

Ogólnie nie wyszło najgorzej, ale widać, że to debiut. Powodzenia!

 

P.S. O, Michael, teraz zauważyłem, że ten gilek za każdym razem ma za sobą inny obraz. :D

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

SNDWLKR dziękuję za odwiedziny i komentarz. Miło mi, że znalazłeś plusy w moim opowiadaniu. Natomiast każdy z wymienionych minusów, myślę, że wynika z braku jeszcze takich umiejętności, aby tekst wybrzmiał lepiej. „Chwila bez tchu” – kierowałam się najmocniejszą sceną z tego rozdziału, nic bardziej artystycznego nie przyszło mi do głowy. wink

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Witam i gratuluję debiutu :]

 

No i co. Widziałem duużo gorsze debiuty. Kilka zdań było dziwnych (wybacz, zapomniałem wypisać), ale ogólnie język jest w porządku. Pomysł ma ręce i nogi. Bohaterowie są raczej wiarygodni. Nie jest źle.

 

Główny zarzut do tego opowiadania mam taki, że jest nudnawe. Aż do ostatniego rozdziału wszystkie interesujące rzeczy dzieją się “poza kamerą”. Zabójca już zabił, my sobie tam oglądamy obrazy, mamy wizje ale dla narratorki te wizje wydają się niemal codziennością, nagranie sobie oglądamy, wspominamy poprzednie sprawy i poprzedniego partnera, niby dochodzimy do wniosku, ze to nie mogło być samobójstwo, no ale to było tak naprawdę wiadomo od początku. Nawet scena pocałunku to nie jest ten pierwszy, ekscytujący pocałunek, tylko takie szybkie buzi i narratorka nam opowiada, jak to się bardzo zbliżyła z Tobiasem – kurde, akurat kiedy czytelnik nie patrzył.

 

Fakt, że łatwo się domyślić, że Tobias = Thomas paradoksalnie trochę ratuje opowiadanie, bo dzięki temu mamy jakieś poczucie zagrożenia.

 

Pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

GalicyjskiZakapior dziękuję za komentarz i szczerą opinię – bardzo cenną przy debiucie. Cieszę się, że pomysł i bohaterowie wypadli wiarygodnie, a nad uwagami będę pracować. Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Po pierwsze – widać pracę włożoną w trud opowiadania. Nie jest to mój typ opowiadań , ale wiem , że musiałaś napracować a i chciałem zobaczyć debiut i przyznaję, że całkiem nieźle sobie poradziłaś.

 

Dodatkowo świetny wybór bety – uwagi Roberta potrafią być bardzo pomocne, sam korzystam :)

 

Technikalia – język moze i urzędowy, bezpieczny, sam stosuję inny ale każdy ma swój sposób pisania i należy go szanować. To że nie trafia do JIma, nie oznacza, że trafi do kogoś innego. Pisz tak, żebyś czuła, że opowiadanie jest twoje. Każdy z nas przekazuje do opowiadania cząstke siebie i nie pozwól, żeby ktoś ci coś narzucił. Koryguj go, ale nie odbieraj sobie samej siebie.

 

Oskarażeń o AI i inne komentował nie będę, dodam jedynie, że warto, żeby nie popadać już AI-ANtiSlop, bo powoli podejrzenia o bycie AI zaczniemy uważać już niektórych użykowników. 

 

Powiem wprost – Galicyjski ma rację w tym co pisze. Ale zważywszy na to, że jest to twój debiut – to ci go cholernie zazdroszczę :) Pisz i krytykę nie bierz do siebie, a bierz to jako opcje do poprawy. 

 

Na zachetę daje klika, bo wiem, że sie poprawisz i zaczniesz pisać naprawdę fajne opowiadania. 

Melendur88

melendur88 dziękuję za komentarz i miłe słowa. Cieszę się, że dostrzegłeś mój włożony trud. Pomoc Roberta jest absolutnie nieoceniona. Serdecznie dziękuję za klika, to ogromna motywacja dla mnie. laugh

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Witam.

Czytało się przyjemnie, chociaż dotąd nie czytałem niczego o tematyce kryminalnej/śledczej.

Spodziewałem się, że to Tobias. Nie miałem co prawda dowodów, ale mu się po prostu źle z oczu patrzyło. :)

Zastanawia mnie coś. Skoro większość tekstu jest napisana z perspektywy pierwszoosobowej pani, to kto napisał ostatnie akapity rozdziału VI? Jest to dla mnie dość zastanawiające, że narrator pierwszoosobowy opisuje swoją własną śmierć. Może to jej dusza zaklęta w obrazie dopisała ostatnie słowa? Mam nadzieję, że mi to wytłumaczysz, bo to pytanie będzie mnie dręczyć dłużej niż Ostatnie pytanie. :)

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie.

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Całkiem przyzwoity tekst.

Owszem, ma wady. Dziwiło mnie, że taki psychopata dostał się do policji. Ale podobno ostatnio znieśli testy psychologiczne, więc może jednak…

I szukanie po szpitalach. Serio, z jakimś miejscowym (bo na łokciu) oparzeniem idzie się do szpitala, a nie wkłada pod zimną wodę i psika czymś na oparzenia?

Trochę przewidywalne – od pewnego momentu mocno podejrzewałam, kto zabił.

Dlaczego z monitoringu są zdjęcia, a nie nagrania? I jeśli zdjęcia, to tak słabe?

Ale ogólnie – czytało się przyjemnie. Ciekawe wykorzystanie obrazu konkursowego. Widać, że jest tu po coś, pełni ważną rolę.

Babska logika rządzi!

Gryzok_Półpospolity dziękuję za odwiedziny i miłe słowa. Rzeczywiście łatwo się zorientować, że to Tobias jest mordercą – jakoś ciężko było mi to bardziej ukryć haha. W rozdziale VI narracja jest celowym zabiegiem. Przez cały tekst prowadzi nas Tessa, ale w chwili jej śmierci, perspektywa przestaje być wyłącznie hmm fizyczna. Ostatnie słowa można więc odczytać w różny sposób: ostatni przejaw świadomości, echo jej emocji, głos, który po niej pozostał, albo  „Portret śmierci”, gdzie sztuka na moment przejęła narrację. Może to być również Twoja interpretacja z duszą uwięzioną w obrazie. Myślę, że to dość ciekawe, że można tu odkryć więcej niż jedną prawdę. laugh

 

Finkla dziękuję za tak uważne przeczytanie i wszystkie uwagi. W moim zamyśle Tobias był już policjantem, zanim zaczął mordować i potrafił bardzo dobrze ukryć swoje drugie oblicze. Samo poparzenie miało być też na tyle rozległe, że rzeczywiście wymagałoby wizyty u specjalisty albo na SOR-ze, mogłam dodać jakąś specyfikację rany, żeby było to bardziej wiarygodne. Kwestię przewidywalności potwierdziłam już kilka razy, ciężko było mi go bardziej „ukryć”. Z monitoringu faktycznie mogły być nagrania, ale postawiłam na sytuację, gdzie  bohaterowie dysponowali tylko pojedynczymi, słabej jakości ujęciami. To miało trochę podkreślić niedosyt informacji i utrudnić rozwiązanie sprawy. Miło mi, że uznałaś jednak opowiadanie za całkiem przyzwoite. laugh

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Czołem!

Primo – super, że debiutujesz (od razu spoiler – robiąc to solidnym tekstem!)

Secudno, imponująco mądre wejście na Portal – pierwej poznanie zasad, komentowanie, potem tekst debiutujący. Proste, ale przerasta większość, w tym kiedyś przerosło mnie. Naprawdę sensowne zachowanie.

 

To jedziemy z lekturą:

Nieoficjalnie – sprawdzać to, czego nie dało się zapisać w raporcie.

Nie rozumiem, co to znaczy.

Nie mówił tego z przekonaniem kogoś, kto zamyka sprawę. Raczej jak ktoś porządkujący fakty.

Mocno zainfekowane zaimkami. Spokojnie można bez “tego”.

Spojrzałam na portret. Twarz na płótnie tonęła w rozmytym, białym tle – częściowo zatarta, jakby ktoś w ostatniej chwili próbował ją wymazać. Oczy zasłonięte grzywką, jakby śmierć rzeczywiście nie mogła znaleźć tam spojrzenia, którego szukała.

Powtórzonko.

Wtedy płótno zadrżało pod moimi palcami krótko i nerwowo. Cofnęłam rękę odruchowo. Serce przyspieszyło, ostrzegając przed przekroczeniem niewidzialnej granicy.

Jakieś to takie kanciaste. W pierwszym zdaniu nie rozumiem, dlaczego przymiotniki na końcu. Mogą być w osobnym zdaniu, ale nie na końcu. W trzecim zbyt niejasna jest dla mnie “nieprzekraczalna granica”.

samotne, ciche, ich śmierć uznano za samobójstwo.

Brakuje mi jakiegoś spójnika tutaj.

Nie udało się jednak dowieść, że nie były to samobójstwa. Dowody mówiły jedno, a my mówiliśmy drugie, lecz nasze przekonania nie miały wystarczającej wagi, by dalej prowadzić śledztwo.

Powtórzonko?

Mój ówczesny partner patrzył

Aliteracja?

Nie potrafił pojąć, jak można tak mocno odczuwać obecność śmierci.

Nie do końca rozumiem zdanie.

Moje wizje przy poprzednich portretach były martwe. Pozbawione napięcia. Jak zapis czegoś, co już się wydarzyło i nie miało prawa się zmienić.

Ponownie lekko mętne sformułowanie. Martwe wizje? Także dalej – czy detektywi mają wizje?

Słowa płynęły po powierzchni jak krew w żyłach, powoli rozlewając się i pulsując w rytmie serca, które czułam w sobie.

Nie wiem, czy to jest najtrafniejsza metafora. Czy na płótnie farba może płynąć, jak krew w żyłach? Czy w żyłach krew się rozlewa?

Patrzyłam, jak grzywka zaczyna rozpuszczać się w bieli, każde następne słowo, które padło, wymazywało część jej istnienia.

Część istnienia grzywki? Czy jak? Może po prostu “jej część”?

Wiedziałam, że śledztwo wkrótce zostanie zamknięte, a sprawa odnotowana jako samobójstwo.

Już wcześniej mówisz, że zamknięto śledztwo.

– Tessa – powiedział nagle. – Zawsze fascynowało mnie, jak potrafisz słuchać sztuki. Obrazy mówią, ale tylko nieliczni potrafią je zrozumieć. Ty nie tylko patrzysz. Ty pozwalasz im żyć.

A hmm… że ona naprawdę je słyszy? No ciekawe i pomysłowe. Tylko nie rozumiałem tego do tej pory.

 

Ogólnie to mam problem z główną bohaterką, praktycznie jej nie zbudowałaś. Nic o niej nie wiemy, odbieramy ją przez fabułę, ale to Tobias głównie mówi. Ich relacja romantyczna wydaje mi się bardzo nagła, nie wynikała z wcześniejszych wydarzeń. Nagłość może mieć miejsce (zwłaszcza w miłości), ale powinna mieć jakieś ugruntowanie w bohaterce.

Jak rozumiem, śledztwo formalnie zamknięto, a oni robią wszystko po godzinach. Brakuje mi informacji, że mają w związku z tym jakieś przeszkody. Jak również informacji, że próbują przekazać komuś wiedzę o niecodzienności obrazu, ale są zbywani i nikt im nie ufa.

Fabuła jest bardzo pomysłowa, mocno artystyczna i ciekawa. Ubrana jest też w nienajgorsze szaty kryminału (brawo, to trudne!). Momentami dla mnie zbyt mętna, trudna do zrozumienia, a jednocześnie nie zachęcająca, by godzić się na uproszczenie interpretacyjne (wskazałem kilka trudnych dla mnie zdań – ni to metafory, ni inne środki, którymi chcesz mi coś przekazać – zostaję po nich z taką samą niewiedzą, jak przed nimi). Było dla mnie nieco zbyt wiele niedomówień. 

Postaci były też zbyt mało wyraziste, by pomogły mi dokonać uzupełnień interpretacją.

 

Ale to tak sobie gadam. Ogólnie, ten tekst jest dobry. Jeśli to debiut nie tylko tu, ale ogólnie, to naprawdę widać pracę i trud autorski. I widać też, że się do tego nadajesz. Możesz pisać teksty nietuzinkowe, oryginalne, wciągające fabularnie, a jednocześnie mające w sobie sporo artyzmu rodem z fantasy. Trzymam kciuki za dalsze opowiadanka, nie obawiaj się ich pisać, bo ewidentnie masz smykałkę (ocenili to powyżej lepsi ode mnie. I nie, nie mówię tego każdemu debiutantowi, pomimo, że mam tendencję do bycia miłym).

 

Serdecznie pozdrawiam i trzymam kciuki w konkursie! Jako że to konkurs po części malarski, to Twoje, intrygujące, ujęcie, ma moim zdaniem spory potencjał!

beeeecki dziękuję za odwiedziny i komentarz. Fakt, że poświęciłeś tekstowi tyle czasu i przeszedłeś przez niego niemal linijka po linijce, ma dla mnie ogromne znaczenie. Początkowo nie sądziłam, że zacznę coś publikować, raczej uważałam, że mam do tego zbyt słaby warsztat i czerpałam radość z samego czytania, konkurs mnie tak zaintrygował, że postanowiłam się odważyć.  

Nieoficjalnie – sprawdzać to, czego nie dało się zapisać w raporcie.

Tutaj miał być taki wydźwięk, że ona nie mogła spisać w raporcie wizji i wszystkich nadprzyrodzonych zjawisk dziejących się z obrazem, to było jakby jej prywatne równolegle idące śledztwo. Pragnęła wejść głębiej by znaleźć rozwiązanie, zdeterminowana faktem, że przy dwóch poprzednich sprawach jej się to nie udało. 

wizje przy poprzednich portretach były martwe

Wtrąciłam to zdanie, żeby nakreślić, że różnica w stosunku do obecnego obrazu jest duża. Teraz wizje były mocniej ucieleśnione.

Nie potrafił pojąć, jak można tak mocno odczuwać obecność śmierci.

Chciałam przekazać, że poprzedniego partnera przerażało to, co dzieje się z obrazami, a najbardziej, że Tessa tak dobrze te zjawiska odczytywała i rozumiała, bardziej niż ktokolwiek. 

ostrzegając przed przekroczeniem niewidzialnej granicy

Granica nie miała być czymś dosłownym ani jasno nazwanym, tylko raczej odczuciem takiej chwili, w której bohaterka intuicyjnie czuje, że zbliża się do czegoś, czego „nie powinno się” dotykać albo poznawać do końca. To bardziej granica psychiczno-emocjonalna samej bohaterki, niż fizyczna: pomiędzy powierzchownym oglądaniem obrazu a wejściem w jego hmm doświadczenie, historię. 

 

Słowa płynęły po powierzchni jak krew w żyłach, powoli rozlewając się i pulsując w rytmie serca, które czułam w sobie.

Masz rację, metafora z krwią w żyłach mogła zabrzmieć nielogicznie.  W moim zamyśle chodziło o coś bardziej wizualnego niż biologicznego, oczywiście w kwestii samego obrazu, napis na płótnie był czerwony, a nadmiar farby powoli po nim spływał, jak krew wypływająca z rany i przesuwająca się po skórze. Chciałam podkreślić kolor i sposób w jaki ta farba się porusza. Natomiast, co do samej bohaterki, miało wybrzmieć, że patrząc na obraz zaczyna czuć jak w jej ciele przepływa krew. Dwa szczegóły wcisnęłam w jednej metaforze, trochę to przekombinowałam i zamiast napięcia wyszła nieczytelność. 

 

Patrzyłam, jak grzywka zaczyna rozpuszczać się w bieli, każde następne słowo, które padło, wymazywało część jej istnienia.

Każde wypowiadane słowo z obrazu, zamazywało go, a tym samym stopniowo wymazywało istnienie kobiety, która była na nim przedstawiona.

 

– Tessa – powiedział nagle. – Zawsze fascynowało mnie, jak potrafisz słuchać sztuki. Obrazy mówią, ale tylko nieliczni potrafią je zrozumieć. Ty nie tylko patrzysz. Ty pozwalasz im żyć.

 

Chciałam pokazać, że Tobias jest już tak bardzo zafascynowany tym, jak Tessa rozumie jego dzieła, że nie potrafi tego dłużej ukrywać. To taki moment, kiedy mimowolnie zaczyna się po prostu ujawniać, jakby aż pękał od tej fascynacji.

 

Powtórzenia, zaimki, spójniki – oczywiście poprawię. laugh

 

Uwagi o samej bohaterce i relacji z Tobiasem są dla mnie chyba najcenniejsze. Rzeczywiście skupiłam się mocniej na atmosferze sprawy niż na ich psychologii, przez co relacja może wydawać się nagła i niewystarczająco uwiarygodniona. Śledztwo jeszcze oficjalnie nie zostało zamknięte, miało to nastąpić, ale detektywi mieli jeszcze trochę czasu, dlatego dogłębnie chcieli przebadać sprawę z każdej możliwej strony – mogłam wtrącić więcej szczegółów, żeby bardziej to wybrzmiewało. 

To mój pierwszy tekst, który trafił w ręce czytelników, a więc tym bardziej mi miło, że uważasz go za dobry. Podszlifuję swoje umiejętności z zakresu fantastyki i cóż, może znowu coś mojego pomęczy wasze oczy. wink

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

pędzel sunie po płótnie.

Pędzel

Mnie się podobało :)

Przynoszę radość

Anet dziękuję za odwiedziny i komentarz. smiley

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

betweenthelines

Podszlifuję swoje umiejętności z zakresu fantastyki i cóż, może znowu coś mojego pomęczy wasze oczy

I super!

 

Cóż, cieszy mnie, że uwagi uznałaś za przydatne. A tekstowi poświęciłem czas, bo było warto i tak czułem od pierwszych zdań :)

 

Masz rację, metafora z krwią w żyłach mogła zabrzmieć nielogicznie.  W moim zamyśle chodziło o coś bardziej wizualnego niż biologicznego, oczywiście w kwestii samego obrazu, napis na płótnie był czerwony, a nadmiar farby powoli po nim spływał, jak krew wypływająca z rany i przesuwająca się po skórze. Chciałam podkreślić kolor i sposób w jaki ta farba się porusza. Natomiast, co do samej bohaterki, miało wybrzmieć, że patrząc na obraz zaczyna czuć jak w jej ciele przepływa krew. Dwa szczegóły wcisnęłam w jednej metaforze, trochę to przekombinowałam i zamiast napięcia wyszła nieczytelność. 

A do tego się odniosę, bo ciekawe. Ja kiedyś byłem użytkownikiem lotnych metafor na wszystko. Ostatnio się przemianowałem na bardziej realistyczne środki stylistyczne u siebie, choć z lubością dostrzegam je w tekstach innych. Więc, nie, metafora nie zawsze musi być zgodna z jakąś tam rzeczywistością. Powiedziałbym, że dla mnie “plastyczność” ma największą wartość.

Cześć!

Czytało się płynnie, do tego przyczepić się nie można. Problemem jest to, że zapis całego opowiadania jest bardzo faktograficzny, jak fabularyzowany dokument, coś w stylu “Gliniarzy”, tylko puszczonych na kanale sci-fi. I choć dla mnie był to problem, czyli coś, co zgrzytało przy odbiorze, to niekoniecznie musi być to wada. Czytałem kilka kryminałów, gdzie fabuła została postawiona przed czytelnikiem w podobny sposób. Bardziej więc bierz tę uwagę pod rozwagę, a nie do siebie, bo może to kryminał jest kierunkiem, w którym powinnaś iść. A biorąc pod uwagę treść, to nawet dalej niż może, bliżej pewnie. 

To teraz popastwmy się nad fabułą ;) Skompresowałaś w opowiadaniu śledztwo, które dałoby się rozwinąć w powieść. Dałoby się, a może nawet i powinno. A powinno, bo miałabyś wówczas więcej miejsca na zbudowanie postaci i ich relacji. Tutaj miałaś mało przestrzeni, przez co postacie wydają się jednowymiarowe – Tess sprawia wrażenie zagubionej, Tobias jest jak wykuty w marmurze z tą swoją troską i niewzruszonym spokojem, a po przemianie w Thomasa robi się z niego egocentryczny maniak. To w sumie jest dobra mieszanka, nawet barwna, tylko brak jej odcieni, które dodają postaciom wiarygodności. Fabularnie jest nawet fajnie, szkoda tylko dość sporej stateczności kolejnych fragmentów – trzymasz się pojedynczej scenografii, w której umieszczasz gadające głowy. Nie ma w tym dynamiki, której kapka się jednak przydaje :) 

Pomysł na mordercę, który maluje ofiary, dzięki czemu zamyka ich dusze w płótnie, fajny. Można by go rozwinąć na wiele sposobów – po co to robi, czy to mu coś daje, czy ma jakiś cel? Ale w sumie po co, skoro sam akt jest celem, a skoro ów akt jest dla niego sztuką – tutaj nie trzeba niczego dodawać, sztuka nie potrzebuje powodu by zaistnieć. Za to plus, bo nie siliłaś się na żadne dalsze wygibasy fabularne.

Ostatni rozdział uważam jednak za przeciągnięty, co zrzucam na karb miejsca, którego Ci brakowało. Czemu? Bo w tym ostatnim rozdziale upychasz za dużo, zbyt mocno chcesz pokazać drugą naturę Tobiasa, jednocześnie określając jego motywacje i na doczepkę wyjaśnić dlaczego Tess uważa za coś w rodzaju swego opus magnum.

Podsumowując – nie jestem z lektury niezadowolony, bo to całkiem udany debiut. Bibliotekę kliknąłbym.

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Przyjemnie się czytało. Początek jest mocny, od razu wciąga. Sporo przyjemnych opisów i naprawdę solidny zwrot akcji. Niby spodziewałam się, że opowiadanie może pójść w podobną stronę, a i tak udało Ci się mnie zaskoczyć.

Jedyne moje zarzuty sprowadzają się do jednego – sądzę, że pomysł zasługiwał na dłuższą formę.

Bardzo solidne opowiadanie.

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Outta Sewer fajnie, że zajrzałeś. Zgadzam się, że opowiadanie ma braki – bałam się je bardziej rozbudować, żeby nie pogorszyć całości, a część pomysłów po prostu zatrzymała się na etapie bycia w mojej głowie. Historia rzeczywiście potrzebowałaby rozbudowania, żebym mogła pokazać dwie wcześniejsze sprawy, lepiej rozbudować Tessę i wyjaśnić jej umiejętności, a także głębiej wejść w motywacje Thomasa i sens zaklinania  dusz w obrazach. No i oczywiście dodać trochę więcej opisów. Dziękuję za słuszne uwagi i mimo wszystko pozytywny odbiór – to naprawdę dużo dla mnie znaczy. smiley

 

L.Keller bardzo dziękuję za miłe słowa – ogromnie się cieszę, że początek wciągnął, a zwrot akcji mimo wszystko potrafił zaskoczyć. Zgadzam się, że pomysł mógłby unieść dłuższą formę, więc kto wie, może jeszcze kiedyś do niego wrócę i bardziej go rozwinę. Jeszcze raz dziękuję za przeczytanie i tak pozytywny odbiór. wink

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Nowa Fantastyka