Prolog
14 marca 1254 r.
Novigrad.
Rybą i deszczem cuchnęły ulice Novigradu, szczególnie tego dnia, gdy na pobliskim Bazarze Zachodnim odbywał się cotygodniowy rybi targ, gdzie połowa miasta tonęła w morzu łusek, soli i wrzasków przekupek. Ulica, przy której Margarita Laux-Antille wynajmowała jeden ze swoich apartamentów, choć daleka od samego rynku, zwała się „Łososiowa" – nietrudno zgadnąć, dlaczego. I choć dzisiaj stoją tu dostojne kamienice, zapach pozostał ten sam.
Koenrad zapukał w solidne, dębowe drzwi. Zawsze pukał. Z zasady i z ostrożności, mimo przeszło, półtorarocznej współpracy.
– Wejdź.
Głos był ciepły, acz podszyty nutą znużenia, jaka cechuje kobiety, które widziały już zbyt wiele, by byle czym się ekscytować. Zapach, na który wiedźmin, z racji mutacji i fachu, zwracał uwagę w pierwszej kolejności, był u Margarity zgoła odmienny od ulicznego fetoru. Panowała tu kojąca woń różanych olejków, wosku i starego pergaminu, zapach wiedzy i luksusu.
Dopiero po chwili jego wzrok spoczął na niej. Margarita uniosła się z fotela, odłożyła na inkrustowany stolik opasłe tomisko. Jej falujące, jasnoblond włosy opadały swobodnie na ramiona, w uszach lśniły szafiry, a prosta, zielona suknia opinała postać tak doskonałą, że na jej widok nawet marmurowe posągi bogiń w świątyniach Melitele mogłyby popękać z zawiści.
Koenrad, zazwyczaj opanowany, z pozoru cyniczny i pewny siebie jak każdy cechowy zabójca potworów, poczuł, że na moment zapomina, po co właściwie przeszedł ów próg. Przełknął ślinę, konstatując ze zdziwieniem nagłe, obce mu zakłopotanie. Wyglądała, jak zawsze, zjawiskowo. Odzyskawszy rezon, zsunął mokry od kapuśniaczku kaptur, po czym położył przed czarodziejką ciężką, oprawioną w popękaną skórę księgę.
– Znalazłem to na Faroe – rzekł, starając się brzmieć rzeczowo. – Pieczęć jest tak silna, że medalion drży mi na szyi za każdym razem, gdy biorę to w ręce. Nawet teraz.
Margarita kątem oka zarejestrowała drgania srebrnego gryfa, lecz jej uwagę, co naturalne, przykuł wolumin. Uniosła brwi, w geście nie tyleż pytającym, co powątpiewającym.
– I czegóż to przychodzisz z tym do mnie, wiedźminie? Zamiast, bo ja wiem, do antykwariusza?
– Nie znam wielu czarodziejów – mruknął, uciekając wzrokiem. – Poza tym… i tak bym tu przyszedł. Jesteś jedyną czarodziejką, której ufam. I którą… szanuję.
W jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, cień uśmiechu, który nie był, jak to u czarodziejek bywa, maską. Koenrad nigdy tak wylewny nie bywał. Z jego postawy biła śmiałość, jakiej wcześniej nie okazywał.
– To nie jest zwykła księga – powiedziała cicho, przesuwając palcami po okładce, a jej głos nabrał profesjonalnej, akademickiej powagi. – Emanuje magią, to na pewno robota pieczęci. Inicjały…
– Oczywiście – przerwał jej z krzywym półuśmiechem. – Dlatego przyszedłem do ciebie, Rita. Ale na razie nie otwieraj. Wpierw musisz usłyszeć, w jaki sposób wszedłem w jej posiadanie. To historia… pouczająca.
– No więc? – nachyliła się, a zapach róż stał się intensywniejszy.
Koenrad nalał sobie wina z karafki stojącej na stole, nie pytając o zgodę. Dość bycia jeno posłańcem, pomyślał, czując, jak dłoń mu lekko drży, gdy postanowił zaryzykować i przekroczyć niewidzialną granicę etykiety. Rozparł się wygodnie, maskując napięcie.
– To było podczas roboty dla Kratzena i Moltza. Dwa kupczyki, chciwe jak diabli. Ochraniałem ich łajbę przed potworami i piracką szumowiną. Rejs miał być ostatnim. Handlowali rarytasami z Wysp Skellige i Faroe. Kratzen ma słabość do faroańskich serów, sam widziałem, jak łkał nad starym kozim serem, bo jeden…
– Koenradzie – przerwała mu Margarita z rozbawieniem, krzyżując ramiona na piersi. – Czy opowiesz mi o inkryminowanej księdze, czy będę zmuszona wysłuchać pełnej historii faroańskiego serowarstwa i mleczarstwa? Wiem, że detale są dla ciebie istotne, ale litości.
– Ma to znaczenie – wtrącił, unosząc palec. – Wszystko ma znaczenie, na dobrą sprawę. Na przykład to, że ów ser kosztuje więcej niż dobry wierzchowiec bojowy. Podobnie jak faroański łosoś, odmiana tak rzadka i tłusta, że jedna beczka to trzysta novigradzkich koron. Właśnie po tego łososia płynęliśmy do Trottheim, zapyziałej nory na Faroe.
Margarita westchnęła ciężko, ostentacyjnie, ale kącik jej ust drgnął.
– Niech będzie. Trottheim. I cóż tam się wydarzyło wiekopomnego?
– Siedzieliśmy w karczmie „Pod Mokrym Wielorybem”. Nazwa idiotyczna, albowiem wieloryby z natury rzeczy są mokre, żyjąc w wodzie. Wtedy wpadł Kratzen, czerwony na gębie, wrzeszcząc, że ktoś ukradł jedną beczkę wędzonego łososia. Spytałem, jak bardzo zbiedniał z tego powodu, jednak moja ironia nie trafiła na podatny grunt, gdyż kupiec o mało nie dostał apopleksji. Dopiero Moltz przekazał, że mieli kontrakt na tuzin beczek i dokładnie tyle musieli dostarczyć jakiemuś ważnemu klientowi w Tretogorze.
– I naturalnie… – zaczęła
– …naturalnie poprosili mnie o interwencję. – Koenrad uśmiechnął się. – Bo któż inny nadaje się do tropienia złodzieja ryb, jak nie zabójca potworów? Uznali, że w ramach ochrony przed bestiami mieści się również, wedle ichniejszego osądu, szukanie zagubionej beczki z łososiem. Choć zniesmaczony, zgodziłem się. Poszedłem na statek, zbadałem ślady. Szybko ustaliłem, że coś wpełzło, beczkę przeturlało i cisnęło w toń. Przeszukałem brzeg i trafiłem na trop, który należał do jakiegoś wodnego trupojada.
– Aha. – Margarita skinęła głową, bawiąc się kosmykiem włosów. – I podążyłeś tropem.
– Podążyłem. Ślad wiódł do jaskini przy klifach. Medalion zaczął wibrować, ale… – urwał, patrząc na nią z nieskrywaną fascynacją. – Wiesz, że robi ci się urocza zmarszczka między brwiami, gdy się koncentrujesz?
Margarita poruszyła się niespokojnie, mimo woli poprawiając rąbek dekoltu, gestem tyleż kobiecym, co zdradzającym nagłą utratę profesjonalnego dystansu. Koenrad? Nigdy taki nie był – pomyślała, zbijana z tropu.
– Koenrad. Księga…
– Racja. – Zaśmiał się. – Wszedłem do jaskini i… tu zaczęła się prawdziwa zabawa. Nagle medalion mnie szarpnął, jakby ktoś za smycz mnie pociągnął. Ale było za późno. Jaskinia… zmieniła się. Zniknęła wilgoć i klify. Znalazłem się w jakiejś piwnicy, pełnej pleśni, kurzu i dziwnych, alchemicznych oparów. Baba wodna była równie zdumiona tym obrazem, co ja sam.
– Baba wodna? – Margarita uniosła brwi. – I portal?
– Tak, baba wodna, pospolity rodzaj trupojada – Mrugnął do czarodziejki. – Bestia poczuła się zagrożona, rzuciła się na mnie. No to łupnąłem instynktownie aardem. Za mocno. Baba rąbnęła w spróchniałe podpory piwnicy. Niestety, nie przewidziałem, że strop będzie tak lichy. Pękło, runęło, część sufitu pogrzebała nieszczęsnego trupojada. Zrozumiałem, że to koniec zwiedzania, a chaos narasta, więc czas było dawać nogi za pas. Tylko gdzie? Obracam się, widzę drzwi. No to ja pędem w ich stronę.
– I wtedy … znalazłeś w końcu te księgę? – spytała.
– Właśnie uciekając – potwierdził z wisielczym humorem. – Noga wpadła mi między kamienie, runąłem jak długi i przydzwoniłem… twarzą prosto w ten wolumin, który leżał na drodze ucieczki. Okucie pieczęci rozcięło mi wargę. – Dotknął palcem wciąż świeżej blizny. – Chwyciłem księgę, wstaję i nagle poczułem znowu to samo, co przy wchodzeniu. Szarpnięcie medalionu. Obróciłem się i… już byłem z powrotem. W tej samej jaskini, z której wyszedłem. Bez baby wodnej i walącego się sufitu.
Margarita parsknęła śmiechem.
– Nie wierzę! Cała twoja heroiczna eskapada to potknięcie się i uderzenie facjatą o księgę?
– Prawdziwa historia Upiora z Velen – uśmiechnął się krzywo. – Człowiek, który pokonuje przeznaczenie dzięki… niezdarności. Gdybym miał być z tego tytułu sławnym, wybrałbym właśnie tę wersję. Ale czekaj, nie skończyłem.
– A co z beczką?
Koenrad machnął ręką.
– Wymyśliłem, że ukradł ją troll. Powiedziałem Kratzenowi, że jeśli chce odzyskać rybę, ma mi zapłacić za ubicie trolla sześćset orenów. Beczka warta była koło czterech setek, więc skąpiec skalkulował i odpuścił.
– I nie byłeś ciekaw, co to była za piwnica? Gdzie cię rzuciło? – dopytała, nachylając się ku niemu.
– Byłem – odpowiedział stanowczo. – Ale wiedziałem, czym śmierdziała. Nie tylko rybami. Śmierdziała kłopotami z czarodziejami. A jedyną czarodziejkę, którą akceptuję… – przerwał, patrząc jej prosto w fiołkowe oczy – …mam właśnie przed sobą.
– A jednak trzymasz tę księgę – zauważyła, przesuwając palcem po pieczęci z mosiądzu. – A.T. Artaud Terranova. To nazwisko zna każdy w Aretuzie. Członek Kapituły. Niebezpieczny gracz.
– Widzisz – powiedział wiedźmin. – Największe sekrety nie leżą na szczycie wieży z kości słoniowej ani w strzeżonych podziemiach. Czasem wystarczy się o nie potknąć w zapleśniałej jaskini na skelligijskiej wyspie.
W apartamencie zapanowała cisza, przerywana tylko bębnieniem deszczu o szyby. Koenrad patrzył na Margaritę, która w świetle świec wydawała się nierealna. Zbyt piękna dla mutanta. Jednak wiedział, że do odważnych świat należy, a rola biernego obserwatora jej urody znudziła mu się ostatecznie. Zbyt długo.
– Morał? – spytała w końcu, unosząc kielich.
– Morał jest taki, że przypadek rządzi nami bardziej niż magia. – W jego głosie pojawiła się niepewność, rzadki gość w jego gardle. – A skoro już o przypadkach mowa…
Zawahał się. Margarita patrzyła wyczekująco.
– Może… Może kiedyś, gdyby los znów się wtrącił… – zaczął, ważąc słowa. – Spotkamy się tylko we dwoje? Bez ksiąg, bez misji, bez trupojadów. Przy dobrym winie. I rozmowie. I serze. Z Faroe.
Margarita nie wybuchnęła śmiechem od razu. Przez chwilę mierzyła go wzrokiem, w którym chłód ustępował miejsca czemuś na kształt drapieżnej aprobaty dla tej nowej, bezczelnej pewności siebie.
– Przypadek… – zaczęła wreszcie, a jej oczy, zazwyczaj chłodne, nabrały blasku. – Niektóre przypadki warto sprowokować, wiedźminie. Wino będzie odpowiednie. A co do sera… – uśmiechnęła się tajemniczo. – Cóż, zobaczymy, czy potrafisz być równie zajmujący bez księgi, o którą można rozbić sobie usta.
Koenrad wstał, a napięcie między nimi stało się gęste jak mgła na moczarach.
– Obiecuję nie potykać się o meble. Chyba że będzie to… taktyczne potknięcie.
Margarita podeszła do niego. Sięgała mu ledwie do ramienia. Musnęła palcem bliznę na jego wardze.
– Taktyczne potknięcie? – szepnęła. – Może następnym razem poczekam, aż się potkniesz… o mój próg.
***
Kilka miesięcy wcześniej.
W laboratorium panowała cisza, gęsta od pyłu i strachu.
– Straty? – zapytał w końcu, głosem wypranym z emocji, nie odrywając wzroku od pustego miejsca.
Sługa, szary na twarzy jak popiół, wstrzymał oddech.
– Pracownia zrujnowana, mistrzu. Alembiki, szkło…i Ta księga. Niestety.
Odwrócił się gwałtownie, a poły jego szaty załopotały niczym skrzydła nietoperza.
– Pisz list – rzucił w stronę sługi. – Do Stregobora.

Rozdział I
28 marca 1254 r.
Novigrad, dzielnica portowa.
Biuro Pankratza Nachta przesiąknięte było zapachem sukcesu – wosku do pieczęci, świeżego drewna i dobrego, redańskiego wina. Na dębowym biurku, obok stosu map i ksiąg rachunkowych, lśniły mosiężne przyrządy nawigacyjne. To było biuro człowieka, który w końcu zaczął pracować na własny rachunek. I na swoich zasadach.
Koenrad stał przy oknie, oparty o ścianę, w milczeniu obserwując portowy gwar. Jego spokój był jak tafla lodu na wzburzonym morzu, którym w tej chwili był Pankratz. Były najemnik, kondotier, właściciel biznesu ochroniarskiego i nie tylko, miotał się po pokoju, wymachując zmiętym pergaminem.
– Patrz no, kurwa, na to! – warknął, rzucając papier na stół. – Po latach, po tym wszystkim, co dla nich zrobiłem… wysłali mi kwit! Nawet nie list. Zwykły, jebany kwit z banku z dopiskiem: „Zakończenie współpracy". Żadnego dziękuję, nawet spierdalaj. Nic! Jakbym był zwykłym parobkiem, nie partnerem!
Koenrad odwrócił głowę. W bursztynowych oczach wiedźmina, jak zwykle przenikliwych, nie było krzty emocji.
– Też dostałem. Zdążyłem użyć jako podpałki do ognia. Patrz na to inaczej, Pankratz: zapłacili ci. Całość, co do korony. Sam mówiłeś, że wydębiłeś z nich więcej, niż byli warci.
– Tu nie chodzi o korony, do cholery! – Pankratz grzmotnął pięścią w stół, aż kałamarz podskoczył. – Chodzi o szacunek! Pamiętasz tego poetę od siedmiu boleści, Bartolemo Kratzena, co przylazł do mnie z tym swoim wspólnikiem, Moltzem? Ten drugi łajbę po babce odziedziczył i myśleli, że będą wielcy kupcy. Obiecali mi złote góry. A ja, głupi, uwierzyłem. Przez lata pilnowałem ich zasranej „Hedwigi". A oni?
Zamilkł, twarz miał czerwoną jak cegła.
– Jak tylko zarobili trochę groszy, poczuli zapach pieniędzy, zaczęli ciąć koszty. Pamiętasz tego drakara pod Undvik? Mówiłem, że trza cię wynająć, bo wokół wybrzeża roi się od syren. To ten novigradzki centuś, Moltz, stwierdził, że „wiedźmin to niepotrzebny wydatek". Z własnej kiesy cię wtedy wynająłem! Każdą stratę zwalali na mnie! Sztorm? Wina Pankratza. Piraci? Pankratz źle pilnował. Jakbym był jakimś ich chłystkiem do dźwigania skrzyń, a nie tym, co zbudował ich interes od podstaw! Bo jak inaczej to mam rzec?! Beze mnie i moich ludzi ten biznes by im się rozleciał. Pamiętasz, kurwa, że na każdym ich rejsie pływałem jako obstawa z moimi chłopakami? Dopiero później, gdy się dorobiłem, mogłem zlecać to ludziom albo wynająć ciebie.
Koenrad wzruszył ramionami.
– Nie rozumiem, czemu się tym trujesz. Wiedziałeś, że cię wykorzystują i sam mi to mówiłeś już pół roku temu. Zrobiłeś ostatnio im rejs, zażądałeś za niego fortuny, a oni zapłacili. Masz własny interes, masz pieniądze. Wygrałeś. Po co to dalej mielisz?
Pankratz spojrzał na niego, jakby tamten mówił w obcym języku.
– Nie kumasz, Koenrad? Bo to boli! – wyrzucił z siebie. – Przez lata pozwalałem, by banda dusigroszy traktowała mnie jak chłopa do ciężkiej roboty! To mnie wkurwia! A ty mi tu z logiką wyjeżdżasz? Czy ty rozumiesz, czym jest szacunek?
Koenrad westchnął.
– Bo ty się z nimi niepotrzebnie szarpałeś o jakieś pierdoły związane z szacunkiem. Oni nie byli warci przejmowania się o to. Ja też ich doiłem – odparł Koenrad spokojnie. – Sprzedałem im „wiedźmińską gwarancję". Płacili co rejs za odnowienie czarów przeciw syrenom na totemach, które sam wystrugałem na poczekaniu. Nie wiedzieli, że wystarczyło raz na kurs w jedną stronę przetrzeć maszt albo dziób statku mieszanką gówna biesa i Białej Mewy. Syreny się trzymały z daleka, a oni płacili jak za "tajemnicze" wiedźmińskie czary. To najlepszy interes, jaki z nimi zrobiłem.
Pankratz zamrugał, a potem ryknął szczerym śmiechem.
– Ty chytry draniu! Wiedziałem, że coś kombinujesz! – Pokręcił głową z podziwem. – Dobra, chędożyć ich. Masz rację. Wygrałem. A oni niech gniją. Ważne, że teraz gramy na swoich zasadach. Uczciwie. A skoro o tym mowa… mam dla ciebie robotę. Spodoba ci się. Pachnie groszem. No i magami – znowu.
Koenrad zmruczył oczy.
– Znowu? Myślałem, że po ostatniej akcji z tym alchemikiem z Oxenfurtu będę miał spokój od magów.
Pankratz zaśmiał się gardłowo.
– Nie gadaj mi tu farmazonów, Koenrad. A słodziutka panienka Margarita Laux… Kurwa, nigdy nie wypowiem jej nazwiska.
Koenrad parsknął krótko, bez uśmiechu.
– Margarita Laux-Antille, jak wiesz, to uderzająco piękna kobieta. Obecnie kandydatka do funkcji rektora Aretuzy. Akademii, gdzie szkolą czarodziejki. Ja jestem tylko prostym wiedźminem. Poza tym, ty masz żonę i dzieci, więc czemu cię to w ogóle obchodzi?
– A co, zazdrosny? Ciekawy jestem, ot co. A co do panny Margarity, weź się w końcu za nią Koenrad. Za każdym razem przy rozliczeniu za pilnowanie jej domu, dostaje post strictum "Proszę pozdrowić Koenrada, panie Nacht". Nie ma znaczenia, czy rektorka, czy król. Poza tym nikt nie każe ci się obrączkować. Ale wziąłbyś się w końcu za jakiś poważny związek, a ty wiecznie jeździsz do tej starej kurwy w Creyden. A tej Margaricie, będzie rok, jak ci o tym mówiłem, że podobasz się jej. Ale mniejsza z tym. Przejdźmy do konkretów. Masz nowe zlecenie. Od burmistrza Mirtu.
Koenrad zmarszczył brwi.
– Mirt? Pierwsza nieformalna stolica czarodziejów. Dawniej nazywało się Mirthe. Nadal są tam ruiny ich grodu. Wiele lat temu Falka spaliła tam Radmira.
Pankratz pochylił się nad biurkiem.
– Co do czarodziejów – podobno jakiś mag ostatnio tam siedział. W starej wieży, w tych ruinach, co mówisz. Nazywał się… Armand Terravita, albo coś podobnego.
Koenrad przewrócił oczami.
– Artaud Terranova – poprawił go niczym ucznia.
– Jeden pies! – prychnął Pankratz. – Ważne, że płacą. Ponoć wyprowadził się pół roku temu. I wtedy się zaczęło.
– Co dokładnie?
– Najpierw dziwne światła, huki i wrzaski. Jakiś ciekawski chłop z okolicznych farm się tam władował – znaleziono go następnego dnia rozszarpanego. Znajdowano kolejnych. Z tego co wiem, natrafiono nawet na martwego dzieciaka, który zapuścił się do ruin. Ludzie boją się wychodzić z chałup. Mówią o demonicznych psach, o stworach podobnych do kóz. Gadają, że wyglądają niczym diabły na czterech łapach.
Koenrad zamyślił się.
– Może Barghesty? Dziwne… Rzadko podchodzą tak blisko domów. Zwykle trzymają się cmentarzy i miejsc naznaczonych klątwą. Coś tu nie gra.
– No właśnie. Dlatego potrzebują wiedźmina. Najlepiej, żebyś pojechał i sprawdził. Oczywiście powiesz od kogo.
– A ile płacą? – spytał Koenrad.
– Tysiąc koron. Część w orenach, bo wymienić mi się opłaca. Ale nie przejmuj się, wiem gdzie dobrze sprzedać je z zyskiem. Umowa jest taka: dziewięćset dla ciebie, sto dla mnie. Oczywiście mówimy o koronach.
Koenrad podszedł do biurka i oparł dłonie o blat. Jego wzrok spoczął na mapie, na małym punkcie oznaczającym Mirt.
– Wieża, mag, który się wyprowadził, a potem pojawiły się potwory… To pewnie pozostałość starego zamku, gdzie czarodzieje rezydowali sto lat temu. Nigdy tam nie byłem. Wydawało mi się, że po Rebelii Falki nic nie zostało. Dobrze byłoby skontaktować się z Margaritą, ale nie będę jej o to prosił. Teraz ma wykłady na Aretuzie. A ja nie mam megaskopu, by się z nią skontaktować.
Pankratz uśmiechnął się szeroko.
– No to jedź, Gryfie. Zobacz, co tam nawarzył ten cały Terranova. I pamiętaj – Pankratz Nacht zawsze ma dla ciebie robotę. Rozliczamy się jak zwykle. Burmistrz płaci mi, a ty dostajesz pieniądze u Cianfanellich, tydzień po robocie.
– Nie myślałeś przenieść się do Vivaldich? Widziałem plakaty, że oferują dodatkowe oprocentowanie za trzymanie u nich funduszy.
– Złodziejstwo, mówię ci – prychnął Pankratz. – Prawda jest taka, że inwestują swoje pieniądze w kruszec. Śmierdzi mi to na kilometr. Ale może wezmę to pod uwagę.
Koenrad wziął głęboki oddech i wrócił do tematu.
– Niech ci będzie. Pojadę do Mirtu. Zawsze chciałem zbadać ruiny, w których tworzyła się pierwsza Kapituła i porządek, jaki znamy.

Rozdział II
7 kwietnia 1254 r.
Mirt, Redania.
Brama stała otworem, ale w jej wnętrzu, pod kamiennym łukiem, czekała strażnicza kontrola – dwóch zbrojnych, żywy dowód na to, że żadna redańska administracja nie przepuści okazji, by skomlikować rzecz prostą. Zatrzymywali każdego, bo tak nakazywała procedura, a procedura była tu ważniejsza niż sens.
Koenrad ściągnął wodze.
– Nazwisko, cel i fach – wyrecytował, mrużąc oczy. – I glejt, jeśli łaska. Bo na gębę to ja mogę i królem się ogłosić.
– Koenrad. Wiedźmin. – Koenrad wskazał na medalion. – To znak cechowy.
– Wiedźmin? – Strażnik skrzywił się, niczym po zgryzieniu cytryny. – A glejt na to jest? Bo ten blaszany wisiorek to ja psu na budę mogę przybić. Procedura to procedura, bez pieczęci ani rusz…
– Zaniechaj, Mieszko, boś głupi jak but z lewej nogi – przerwał mu chrapliwy głos.
Z cienia wartowni wyłonił się starszy sierżant o wąsie tak sumiastym, że zdawał się mieć własną osobowość. Splunął soczyście pod kopyta konia i skinął głową przybyszowi.
– Nie widzisz tych kocich oczu? Mieczy dwóch? Nie nerwujcie, mistrzu. Młody jest. Sierżant Ulbert, do usług. Czekaliśmy na was, panie. Burmistrz Voshagen kazał wypatrywać.
– A prefekt? – zapytał chłodno Koenrad, ignorując skonfundowanego młodzika. – Z nim też rozmówić się miałem.
Sierżant pokręcił głową i zdjął hełm, przecierając spocone czoło.
– Prefektowi już wszystko jedno. Czerwonka, panie. Sraczka go wzięła okrutna, tydzień temu go wykręciło, a wczoraj ducha wyzionął. Przykra sprawa, ale przynajmniej szybka. Do ratusza jedźcie, do Voshagena. On teraz sam ten cały bajzel trzyma.
Gdy brama zgrzytnęła za nim, zamykana przez wciąż mamroczącego pod nosem Mieszka, gród Mirt zdawał się wstrzymywać dech. Prowadząc konia stępa, wiedźmin ruszył w stronę centrum. Uliczki nie tętniły życiem, jak to miało miejsce w Novigradzie czy Oxenfurcie; okiennice były przeważnie pozamykane na głucho, a zza ryglowanych wrót słychać było jedynie przytłumione szepty. Koenrad od razu zauważył, że śmierć prefekta nie była jedynym zmartwieniem miasta – wzmożone patrole krążyły nerwowo, a ludzie przemykali pod ścianami niczym cienie.
Dopiero przy rynku było trochę bardziej gwarno. Jakaś mieszczka kupowała mąkę, gdzieś bawiły się dzieci, które jednak na jego widok umilkły i skryły się za matczyną spódnicą. Kilkanaście par oczu śledziło go z mieszaniną strachu i nadziei. Był niemal pewny, że usłyszał szept: „O, wiedźmina w końcu najęli.”.
Przed ratuszem, na ławie przy drzwiach, siedziało dwóch strażników z minami ludzi, którzy dawno zapomnieli, czym jest entuzjazm. Widząc wiedźmina, mimowolnie wstali i wyprostowali się, opierając o halabardy. Koenrad podszedł do drewnianej poręczy, wybierając wolny słupek.
– A gdzie to, wiedźmaku? – warknął jeden ze strażników, rudowłosy, głosem zniszczonym przez tani alkohol. – Takim jak ty nie wolno tu konia zostawiać.
– Wszystkie inne miejsca są zajęte – odparł spokojnie Koenrad, wskazując na kilka wierzchowców przy innych słupkach. – Gdzie w takim razie mam go zostawić?
– A gdzie? – Strażnik splunął. – Trza było wczoraj w ratuszu się zgłaszać, że koń tu będzie stał. To miejsca dla burmistrza ludzi. Znaczy się dla rejentów różnorakich i ase… so… no wiecie. – Zawahał się, szukając słowa. – Tych co tu robotę robią. Trzeba mieć, ten, no… Obsta…No kurwa żesz! Zamówić dzień wcześniej trza!
Koenrad westchnął z rezygnacją. – Obstalunek na postój dla konia? – powtórzył powoli. – Na bramie słyszałem, że prefekt zszedł na czerwonkę, w mieście grasują demony, ludzie giną, a wy pilnujecie, żeby nikt burmistrzowi miejsca przy słupku nie zajął? Przyjechałem na jego wezwanie. Jestem wiedźminem i zamierzam rozwiązać wasz problem z potworami, a nie debatować nad logistyką parkowania.
– Wiedźmin, srydźmin! – prychnął strażnik, prostując się. – Przepisy to przepisy! Konia brać i do stajni miejskiej prowadzić!
W tym momencie drzwi ratusza otworzyły się ze skrzypieniem. Ukazał się niski, krępy mężczyzna z purpurową od zdenerwowania twarzą, lśniącą od potu. Na głowie nosił nieco groteskowo wyglądający niebieski szaperon.
– Na bogów, co to za hałasy?! Wiedźmin! To wy! Wreszcie! – Twarz mężczyzny rozjaśnił wyraz ulgi. – Ignorujcie tych bałwanów, panie. O, przedstawię się należycie – nerwowo potrząsnął rękę wiedźmina – Hubert Voshagen. Proszę, przywiążcie konia tutaj, na moim miejscu. Na moim! – wskazał na najbliższy słupek. – Chodźmy na górę.
Strażnicy zbledli. Koenrad, nie komentując, przywiązał konia i ruszył za burmistrzem do środka. Gabinet burmistrza Voshagena był miejscem, w którym panował ten szczególny rodzaj chaosu, jaki można obserwować jedynie u ludzi przekonanych o własnej nieomylności. Stosy pergaminów piętrzyły się niczym fortyfikacje, grożąc zawaleniem.
Za mniejszym biurkiem siedziała kobieta w sile wieku, o twarzy wręcz wykutej z kamienia. Miała w sobie tę surową urodę urzędniczek, które całe życie spędziły na pilnowaniu, by nikt nie ukradł grosza z miejskiej kasy. Jej pióro skrzypiało niemiłosiernie, jakby protestowało przeciw liczeniu cudzych pieniędzy. Burmistrz opadł na krzesło, które zastękało z dezaprobatą.
– To jest asesorka Dobrawa – machnął ręką w stronę kobiety, która ledwie skinęła głową, nie przerywając pisania. – Prowadzi miejskie finanse i… cóż, wszystko inne, co wymaga porządku. Bez niej to miasto rozpadłoby się w tydzień, zwłaszcza teraz, gdy prefekta zabrakło.
– Koenrad z Mirtu – przedstawił się wiedźmin, lekko kłaniając się w stronę kobiety. – Wiedźmin z cechu Gryfa.
Asesorka wreszcie oderwała wzrok od ksiąg, wstała i odpowiedziała ukłonem. I dopiero wtedy, gdy się wyprostowała, Koenrad mimowolnie zauważył, że natura obdarzyła ją kształtami, których nie powstydziłaby się niejedna kobieta trudniąca się najsłynniejszym ulicznym zawodem – tyle że zamiast je eksponować, nosiła je jak przekleństwo, zapięta po szyję w granatową suknię. Przez moment ich spojrzenia się spotkały – jej chłodne, oceniające, jego obojętne. Usiadła z powrotem, lecz jej pióro zawisło nad pergaminem. Czekała.
– Panie wiedźminie – zaczął burmistrz, a głos mu drżał niczym galareta – sytuacja jest… jakby to rzec… że też mi słowa w gębie puchną… Katastrofalna.
– Może od początku – podsunął Koenrad, siadając. Wydobył z kieszeni niewielki notatnik oprawiony w ciemną, chropowatą skórę oraz rysik. Otworzył go na czystej stronie, gotów notować. – Co dokładnie się dzieje? Konkretów potrzebuję.
Hubert przełknął ślinę.
– Otóż to, mieszkał tu czarodziej. Artaud Terranova się zwał. Rok z okładem tu bawił. Najpierw w wynajmowanym domu na Rzemieślniczej, przyzwoicie płacił, nikt skargi nie miał. A potem, panie, przeniósł się do starej wieży, do tych ruin po dawnym grodzie. Mówił, że tam lepiej mu się pracuje nad… badaniami. Coś o koniunkcjach sfer prawił, o tajemnicach dla dobra ludzkości. Typowe czarodziejskie brednie, co to zwykły człek pojąć nie może, a i pojmować nie chce.
– A potem?
– A potem, mistrzu wiedźminie, pół roku temu jak ręką odjął – zniknął. Bez słowa, bez pożegnania. Jakby go ziemia pochłonęła albo diabli wzięli. Jego sługa, taki wyfiokowany szczeniak z Oxenfurtu, przyszedł rano do wieży – pusto. Wszystko porozrzucane, co wskazywało na pośpiech. Ni listu, ni wieści.
Dobrawa odłożyła pióro z westchnieniem.
– I wtedy, na złość, zaczęły się te… manifestacje. Tak to w aktach miejskich zapisałam.
– Jakie manifestacje? – Koenrad pochylił się. – Mówcie jaśniej, bo nie mam czasu na zgadywanki.
– Światła w wieży – szepnął Voshagen, zniżając głos z obawy, że ktoś może podsłuchiwać. Zaczął skubać mankiet kaftana, zostawiając na nim nitki. – Fioletowe jak flaki topielca, niebieskie jak twarz wisielca, czerwone jak krew dziewicy. I dźwięki, mistrzu, dźwięki! Jakby piorun walił w kowadło, a kowadłem było samo niebo. Ludzie zaczęli omijać to miejsce szerokim łukiem. A potem… pojawiły się trupy.
– Ile ofiar?
– Trzy, mistrzu Koenradzie. Pierwsza na farmie Gerharda, syn gospodarza. Chłop jak dąb, a rozszarpany jakby jakiś wąpierz albo strzygon się do niego dobrał. Druga i trzecia podobnież. Ale dziwne to było, mistrzu wiedźminie, bo przy trupach… – urwał, szukając słów.
– No! – pogonił go wiedźmin. – Nie będę was za język ciągnął.
– Szron był. W maju, mistrzu! Jakby zima przyszła tylko po to, by kogoś zabrać. I zapach… metaliczny taki, słodkawy. Mdlący. Niczym ktoś węgiel z łajnem zmieszał i podgrzał.
Koenrad skinął głową. Znał ten zapach. I bynajmniej, nie był to zapach węgla z łajnem.
– To wszystkie ofiary? – zapytał, notując. – Trzy?
Burmistrz Voshagen zaczął nerwowo gładzić brodę.
– Nie, mistrzu wiedźminie. Była jeszcze czwarta. Najświeższa. Przed trzema dniami. Złotnik Hieronim. Sąsiedzi słyszeli krzyki i łomot, więc powiadomili straże. Gdy przybyliśmy… warsztat był zdemolowany, a Hieronim w kącie. Wysuszony niczym trup. I znów ten szron, ten zapach.
– Coś zginęło z warsztatu?
– A skądże mamy wiedzieć? – Hubert Voshagen rozłożył ręce. – Nie prowadziliśmy inwentarza majętności złotniczej. Wszystko było porozrzucane jak po jarmarku. Może coś zniknęło, może nie. Diabli wiedzą.
Koenrad zastanowił się.
– Dom, gdzie mieszkał Terranova. Macie klucze?
– Są w depozycie – odezwała się Dobrawa, nie podnosząc wzroku znad pergaminu. – Skatalogowane pod siedem przez pięć. Mienie porzucone.
Podeszła do wielkiej szafy i sięgnęła do szuflady biurka, wyjmując ciężki, żelazny klucz, po czym położyła go na blacie z głuchym stuknięciem.
– Nikt tam nie zagląda, mistrzu wiedźminie – dodała cierpko. – Strażnicy twierdzą, że w domu straszy.
– Przeklęty, znaczy się! – wtrącił Hubert, ocierając czoło wierzchem dłoni. – Że duchy tam chodzą, a meble same tańce odprawiają!
– Chcę go zobaczyć. Teraz.
– Teraz? Ale słońce już ku zachodowi… Może jutro? A wtedy one…
– Teraz – powtórzył wiedźmin tonem nieznoszącym sprzeciwu, zamykając notatnik z cichym klapnięciem. – Im dłużej czekamy, tym ludzi więcej może zginąć. A ja nie przyjechałem tu trupy liczyć, lecz problem rozwiązać.
Chwilę później stali przed zaniedbaną kamienicą. Burmistrz z trudem otworzył zardzewiałe drzwi. W środku cuchnęło stęchlizną i zepsutymi dekoktami. Koenrad wszedł, jego zmysły w pełnej gotowości. Hubert i Dobrawa zostali w progu. W powietrzu czuć było ozon – ślad teleportacji. W głównej izbie medalion zaczął lekko drżeć. Drgania nasilały się w jednym z kątów, gdzie były stare dębowe deski. Koenrad uklęknął, przesunął dłonią po drewnie. Jedna deska była obluzowana. Podważył ją sztyletem.
W skrytce leżało aksamitne zawiniątko. Rozwinął je ostrożnie. Wewnątrz – mlecznobiały klejnot pulsujący słabym światłem. Gdy go dotknął, poczuł mrowienie magicznej energii.
– Znalazłem powód – rzekł, wstając. – Potwór nie przyszedł zabić złotnika. Przyszedł po to. – Pokazał klejnot. – Teraz do wieży iść muszę.
– A jakiż to potwór, mistrzu wiedźminie, mógł przyjść po jakieś świecidełko? – odezwał się Hubert, zamykając drzwi na klucz. – A co z tym sługą Terranovy? Ten szczeniak z Oxenfurtu? Pewnie uciekł gdzie pieprz rośnie, ale może warto…
– Uciekł? – Koenrad zmarszczył brwi. – Gdzie teraz jest?
– A bo to był taki młokos, Jasiek się zwał, nie, czekajcie, Jarek… Jakub! Tak, Jakub. Gdy zobaczył, że mistrza nie ma, to najpierw biegał po mieście jak kot z pęcherzem, pytał wszystkich, czy nie widzieli…
Koenrad jednak przestał słuchać. Jego wzrok powędrował w górę, przyciągnięty instynktem. Na kominie dwa domy dalej siedziała wielka sowa. Jej nieskazitelne upierzenie wskazywało na sowę śnieżną, która tak daleko na południe zwykła się nie zapuszczać. Patrzyła prosto na niego złotymi oczami, w których tliło się coś niepokojąco ludzkiego. Przez moment ich spojrzenia się spotkały.
– …a potem pojechał do Oxenfurtu, bo mówił, że tam ma rodzinę – kończył Voshagen, nieświadomy, że wiedźmin go nie słucha.
Sowa przekrzywiła głowę w sposób, który u zwykłej sowy byłby naturalny, ale u tej wydawał się… przemyślany. Jakby oceniała. Jakby kalkulowała. Gdy Koenrad zrobił krok w jej stronę, bez najmniejszego szmeru rozpostarła skrzydła, większe niż powinny być u jakiejkolwiek sowy, i odfrunęła, znikając za dachem z gracją, która nie należała do tego świata.
– Wiedźminie? – Hubert spojrzał w tym samym kierunku, ale zobaczył tylko puste niebo. – Coś nie tak?
– Nie – skłamał Koenrad. – Nic. Pankratz wspominał, że opłacił mi izbę w karczmie.
– A, tak, tak! W „Baryłeczce”! – ożywił się burmistrz. – Przy rynku, nie możecie chybić. Pokój czeka, opłacony z góry, z wyżywieniem. Tylko… skończcie to, mistrzu wiedźminie. Mirt już nie wytrzyma.
– Zrobię co w mojej mocy – odparł Koenrad. – Wasz czarodziej najwyraźniej przyzwał coś, czego nie powinien. Jak to mają w zwyczaju – eksperymentują, a inni płacą cenę.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Zostawił burmistrza i ruszył przez rynek.

Rozdział III
W karczmie „Baryłeczka" cuchnęło, co w przybytkach takiej kategorii o tej porze dnia dziwić nie mogło, a wręcz stanowiło element lokalnego kolorytu. W owej swoistej symfonii zapachów dominowała nuta zwietrzałego piwa i ludzkiego potu. Gwar, gęsty i lepki, uderzył w Koenrada niczym fizyczna zasłona. Wiedźmin omiótł wzrokiem salę, instynktownie szukając strategicznego punktu, gdzie plecy chroniłby lity mur, a oczy miałyby podgląd na cały teatrzyk.
Był tylko jeden taki stół. I był, rzecz jasna, zajęty.
Zajmował go samotny elf, nieruchomy niczym wyrzeźbiony w dębie posąg, kontemplujący dno pustego kufla. Miał ostre rysy Aen Seidhe i oczy, które widziały zbyt wiele, by byle co mogło je zdziwić. Koenrad podszedł, nie spuszczając z oka reszty sali.
– Wolne? – rzucił krótko, tonem, który nie dopuszczał dyskusji.
Elf leniwie podniósł wzrok, mierząc wiedźmina z chłodną obojętnością. Medalion Gryfa. Blizny. Pionowe źrenice, bursztynowe oczy. Wzruszył ramionami, co w tej mowie ciała uchodziło za szczyt wylewnej aprobaty.
Koenrad usiadł. Skinął na szynkarkę, która odpowiedziała mu spojrzeniem i ledwie dostrzegalnym ruchem głowy. Spokój nie trwał jednak długo.
– Ej, szpiczastouchy – odezwał się ktoś z tłumu głosem ciężkim od alkoholu i pewności siebie. – To nie jest miejsce dla ciebie. A gdzie twój kufel?
Wolnym krokiem podszedł do nich mężczyzna, lekko się zataczając.
Kaftan rozchełstany pod szyją, pas z mieczem poluzowany, policzki czerwone, a spojrzenie to charakterystyczne połączenie nudy i pogardy, które rodzi się tylko u ludzi przekonanych, że prawo noszą przy biodrze razem ze stalą i kuflem w ręku. Strażnik miejski stał nad nimi rozparty, z rękami opartymi o pas.
– U nas w Mirt łowczym jest się z nadania rady i straży – ciągnął, nachylając się bliżej, aż poczuć było kwaśny oddech. – Porządni ludzie pilnują porządku. Nie tacy jak ty. Ze długimi uszami i cudzymi zwyczajami.
Upił łyk piwa. Elf słuchał.
– Wiesz, ilu chłopa czeka na ten wakat? – dodał. – Takich, co tu się urodzili, podatki płacą i nie plują na piwo. A ty siedzisz, chuja robisz i jeszcze żołd bierzesz. Czas, żebyś grzecznie wypierdalał z Mirt.
Elf nawet nie drgnął. Spojrzał na strażnika tak, jak profesor z Akademii Oxenfurckiej patrzy na wyjątkowo pospolity okaz chrząszcza gnojarza.
– Po pierwsze, tylko zwilżam usta, gdyż gorzałka zatruwa umysł. – Odparł głosem gładkim i zimnym niczym tafla lodu. – Po drugie, łowczym zostałem, legalnie, bo żem do konkursu na stanowisko przystąpił. A po trzecie… – zawiesił głos na ułamek sekundy. – ów wakat, o którym pleciesz, istnieje tylko w twojej wyobraźni. Tamże, gdzie lęgnie się twoja, pożal się bogowie, zrodzona z alkoholu odwaga.
– Ty… ty uszaty skurwysynu! – Strażnik podniósł się ciężko, chwiejąc się, i złapał za rękojeść miecza. – Mnie tu będziesz…
Wiedźmin ocenił sytuację w mgnieniu oka. Stan emocjonalny draba, stymulowany podłym piwem i urażoną dumą, osiągnął punkt krytyczny. Z drugiej strony, palce pozornie opanowego elfa drgnęły w kierunku, gdzie pod tuniką z pewnością spoczywało narzędzie do puszczania krwi.
Koenrad wstał.
– Panie strażniku – odezwał się spokojnie. – Dajcie spokój. Szanowny… elf właśnie wspominał, że musi się przewietrzyć. Prawda? – rzucił krótko do elfa, nie odrywając wzroku od człowieka.
Strażnik przeniósł mętny wzrok na Koenrada. W końcu dostrzegł medalion.
– A tyś co za jeden? – wycharczał, mrużąc załzawione ślepia. – Obrońca jego? Wiedźmin… –
Zamilkł, a w mętnych oczach błysnęło nagłe rozpoznanie. Zbladł.
– Czekaj no… Znam cię. Z Velen cię znam. Ptaka masz w medalionie… Tyś jest ten przeklęty Koenrad! Upiór z Velen! Ten, co to tuzin chłopa wyrżnął, wliczając w to mego kuzyna, którego, świeć Melitele nad jego duszą, do piachu przez ciebie kładli!
W karczmie zapadła cisza. Gęsta, lepka, ciężka od strachu. Słychać było tylko skapujące ze stołu piwo. Kropla po kropli, jak upływający czas przed egzekucją.
Koenrad, choć przywykł już do tego niechlubnego tytułu, to jednak za każdym razem czuł, jakby ktoś na nowo wypalał na nim to piętno, które otrzymał tamtego dnia.
Tak też było tym razem.
Zanim jednak pijak zdążył splunąć, a Koenrad zareagować, do stołu podszedł inny strażnik. Ten był trzeźwy i wyglądał na tego samego wąsatego sierżanta, który skontrolował go przy bramie.
– Dość, Gniewko– warknął, kładąc ciężką dłoń na ramieniu podwładnego. – Za dużo wypiłeś. Baba na ciebie czeka, zdaje się, że lada chwila rodzić będzie. Wynocha do chałupy, ale już!
– Ale, sierżancie… to on! – bełkotał Gniewko, wciąż wskazując na wiedźmina. – Ten Upiór…
– Rzekłem: wynocha! – oficer popchnął go mocno w stronę wyjścia. Gdy pijany strażnik zniknął za drzwiami, sierżant odwrócił się do Koenrada. Skinął głową sztywno, z mieszaniną strachu i wymuszonego szacunku. – Mistrz Koenrad, jak pamiętam. Burmistrz uprzedzał o waszym przybyciu. Macie immunitet. Proszę wybaczyć mojemu człowiekowi.
Koenrad skinął głową. Sierżant odszedł bez słowa. Gwar powoli wracał, choć już ciszej, podszyty szeptami i lękiem.
Aen Siedhe przyglądał się wiedźminowi spod przymrużonych powiek.
– „Upiór z Velen" – mruknął. – Mocne. Ale ten przywilej od burmistrza też niczego sobie.
Koenrad powoli rozluźnił chwyt na mieczu, pozwalając sobie na krótki, gorzki grymas mający imitować uśmiech.
– Zgadza się. Tyle że ma ograniczony czas obowiązywania. Będzie działać, póki problemu burmistrza nie rozwiąże. A reputacja… reputacja to gówno, które do butów przywiera i przez całe życie za tobą kroczy. Tak jak mój przydomek, który właśnie przed chwilą poznałeś.
– Podoba mi się twoja filozofia – odparł elf. – Lud zawsze potrzebuje potwora. Kiedyś my. Teraz wy.
– W gruncie rzeczy masz rację – mruknął Koenrad. – Istoty rozumne, czy to ludzie, elfy, czy krasnoludy, zawsze potrzebują kogoś, na kogo mogą zwalić winę za własne lęki. Ale zostawmy filozofię. Tamten pijak nazwał cię łowczym. Wiesz coś o sprawie, dla której tu jestem? O wieży na bagnach?
– Yaevinn – przedstawił się elf, a jego oczy na chwilę straciły obojętny wyraz. – Wiem więcej, niż tylko to, gdzie łazić po lesie i kiedy w ruiny się nie zapuszczać. To ja znajdowałem tych, których szukano. A raczej to, co z nich zostało. Wypatroszone trupy na skraju bagien. Wyglądasz na kogoś, kto nie ma czasu na błądzenie, więc powiem wprost: zaprowadzę cię. Z czystej ciekawości. Chcę zobaczyć, co Upiór z Velen zrobi z tym, co tam znajdzie.
Koenrad wziął solidny łyk piwa, które wreszcie wylądowało na stole, ale nie zapytał o to, co może znaleźć na miejscu. Zamiast tego, zmrużył oczy.
– Zaprowadzisz mnie, to już wiem. Ale powiedz mi coś, Yaevinnie. – Koenrad odstawił kufel z cichym stuknięciem. – Nie wierzę, że nie wiesz, co zabija tych ludzi. I szczerze, patrząc co tu się przed chwilą wydarzyło, zaczynam rozumieć, dlaczego sam się tym nie zająłeś.
Yaevinn uniósł brew, a w jego oczach pojawił się błysk chłodnego rozbawienia.
– Oświeć mnie, wiedźminie.
– Bo to nie jest robota dla samotnego elfa, prawda? Ani tym bardziej dla zgrai tych moczymord ze straży miejskiej. To robota dla kogoś, kto zna się na magii. Czarodzieja albo wiedźmina. A ty wolisz obserwować z bezpiecznej odległości. Czekałeś na kogoś, kto odwali brudną robotę.
– Są sprawy, których nie można rozwiązać siłą, nawet jeśli dysponuje się krzepą trolla i refleksem rysia – odparł Yaevinn, a w jego głosie nie było cienia urazy, jedynie chłodna, niemal akademicka konstatacja faktu. – Jak zapewne zdążyłeś się zorientować, wiedźminie, choć funkcję tu otrzymałem i przydział mam, to konfraterii w straży nie znalazłem. Dla nich, choćbym i smoka gołymi rękami udusił, pozostanę ciałem obcym.
– Aaa, o to idzie. O atencję i spokój wśród pospólstwa. – Koenrad uniósł brew, a usta wykrzywił w drwiącym uśmiechu. – Próbowałeś chociaż coś zrobić dla nich? Zaskarbić łaski?
– Próbowałem – w głosie Yaevinna zabrzmiała nagle nuta goryczy. – W niejednym mieście. Wędruję od osady do osady, próbując żyć między wami, Dh'oine. I wciąż, niezmiennie, jestem tylko szpiczastouchym gnojem, któremu można pluć pod nogi, byle nie na buty, bo te kosztują i można przecież mi je też odebrać.
– A jak długo z nimi żyłeś? – Koenrad uniósł brew. – Ludzie to nie psy, Aen Siedhe. Nie wystarczy rzucić im kości, by machali ogonem. Musisz z nimi dłużej pożyć. Zrób coś dla nich, popracuj z nimi. Rozwiąż kilka problemów. Uwierz mi, że po dłuższym czasie znajdą się tacy, co spojrzą inaczej. Krasnoludy i niziołki jakoś z ludźmi żyją. Sugeruję, żebyś spróbował przynajmniej. A wracając. Wykład ci prawię o koogzystencji, a masz ze sobą wiedźmina. Chodź ze mną, a może zaskarbisz sobie szacunek. A i nagrodą się podzielę. Idziesz?
Yaevinn pozwolił sobie na cień uśmiechu.
– Przekonałeś mnie. Pójdę. Tym bardziej, że jest tam coś jeszcze. Widziałem ją wczoraj o zmierzchu, gdy sprawdzałem ścieżki. Sowa. Duża, biała, o nienaturalnie inteligentnych oczach. Czatowała na ruinach. Nie był to zwykły ptak, wiedźminie. Jeżeli wiesz co ma mam na myśli.
Koenrad zmrużył oczy. Polimorfia. Sztuka przemian. Rzecz trudna i rzadka, dostępna nielicznym arcymistrzom magii lub istotom takim jak wampiry wyższe. Jeśli zaś chodziło o czarodziejów zdolnych do takiej transformacji, lista podejrzanych była krótka i niebezpieczna. Atraud? Być może.
– W takim razie – rzekł, wstając i rzucając na stół monetę, która brzęknęła, pokrywając koszt obu trunków – nie każmy jej dłużej czekać. Idziemy.
– Teraz? W nocy? – Yaevinn nie krył zdziwienia.
– Przejdźmy zbadać teren, będzie mniej przypadkowej gawiedzi– uciął Koenrad, zarzucając płaszcz na ramiona. – A ja chcę mieć to już za sobą. A jeżeli to jest to o czym myślę, nie ma znaczenia w jaką porę przyjdziemy.
***
Kwietniowa noc przyjęła ich chłodem, który wdzierał się pod kaftan i był wyjątkowo nieprzyjemny. Mirt kładł się spać, a przynajmniej udawał, że to robi, ryglując okiennice i gasząc łuczywa, jakby lud wierzył, że to uchroni ich przed tym, co czaiło się w ruinach. Straż przy bramie, rozespana i zziębnięta, nie czyniła wstrętów, kontentując się mruknięciem na widok wiedźmina z elfem, uznając zapewne, że jeśli licho niesie kogoś za mur o tej porze, to albo jest szalony, albo sam jest licho, a z oboma gatunkami lepiej nie zadzierać.
Szli w milczeniu.
Ruiny leżały niedaleko za miastem, droga więc była krótka, choć ciągnęła się dłużej, niż powinna. Gdy minęli bramę, wyszli na niewielkie wzgórze. Stamtąd widać było resztki starego Mirthe i górującą nad nimi samotną wieżę.
Sama wieża również nie wyglądała na taką, o którą ktoś dbał, ale dachówki trzymały się jeszcze na miejscu, a ściany – choć nadgryzione czasem – sprawiały wrażenie wciąż trwałych.
W okolicy panowała głucha cisza.
Yaevinn uniósł dłoń. Medalion na szyi Koenrada zaczął miarowo wibrować. Wiedźmin instynktownie zatrzymał ręką towarzysza.
Z mgły, która kłębiła się między ruinami, bezszelestnie wyłoniło się sześć potężnych, czarnych sylwetek na czterech łapach. To nie były zwierzęta z krwi i kości. Ich łby przypominały wykrzywione, psie czaszki odarte z ciała, a w pustych oczodołach płonął zielonkawy, upiorny blask. Pomiędzy sczerniałymi kośćmi wiły się strzępy materii czarnej jak noc. Na grzbietach widniały chitynowe skorupy, które zdawały się być częścią ich szkieletów.
Koenrad łyknął fiolkę Jaskółki.
Kroczyły powoli. Pod ich szponiastymi łapami trawa z wolna pokrywała się szronem.
– Szykuj się – syknął łowczy, napinając strzałę.
Koenrad dobył srebrnego miecza, zaś runy na nim zaświeciły w blasku księżyca.
– Ogary Dzikiego Gonu – tak jak podejrzewałem – syknął pod nosem.
Pierwszy ogar skoczył. Zanim zdążył opaść, świsnęły dwie strzały. Jedna trafiła go w oko, druga wbiła się głęboko w gardło. Bestia zwaliła się na ziemię z głuchym łoskotem.
Reszta stada ruszyła do ataku.
Rzucił krótki Znak Igni, fala ognia zmusiła dwa ogary do odskoczenia. Zrobił piruet, wbijając się między potwory. Jego miecz świsnął w półobrocie, niemal odcinając łeb najbliższemu. Bez chwili przerwy sparował cios pazurów drugiego, robiąc płynne przejście w dół, i pchnął prosto w jego pierś, wykorzystując całą siłę bioder.
Yaevinn porzucił łuk i dobył elfiego miecza. Jego walka była tańcem – unikał, parował, ciął po łapach i bokach, nie dając się trafić.
Trzeci i czwarty ogar zaatakowały Koenrada jednocześnie. Wiedźmin cisnął w ich stronę falę mocy ze Znaku Aard. Jeden z potworów zatoczył się do tyłu. Drugi, tylko lekko wytrącony z równowagi, skoczył, bardzo szybko, na tyle, że Koenrad, zamiast uniku, wszedł w zwarcie, wykonując szybki, horyzontalny cios tnący na wysokości pyska bestii. Srebro rozpłatało jej tułów, lecz ogar zdążył wbić jeden z swoich kłów pod żebro wiedźmina. Koenrad odrzucił zranionego ogra, odwrócił się i zakończył żywot oszołomionego potwora prostym, brutalnym pchnięciem w serce.
Ostatni ogar, widząc śmierć pozostałych, rzucił się na Yaevinna z furią. Elf z trudem sparował potężne uderzenie, które niemal wytrąciło mu broń. Wykorzystując jego impet, odskoczył w bok, pozwalając się mu odsłonić. W tym samym momencie Koenrad doskoczył z drugiej strony. Dwa miecze, ludzki i elficki, wbiły się w czarny korpus jednocześnie.
Ogar zawył, a jego wycie brzmiało jak pękający lód. Chwilę później wszystkie sześć ciał rozpuściło się w czarny dym i szron, który szybko zniknął.
Zapadła cisza. Słychać było tylko ich ciężkie oddechy.
– Cały, elfie? – zapytał Koenrad, ocierając miecz i wyciągając z torby bandaże.
Yaevinn skinął głową, przyciskając dłoń do rozciętego ramienia. – Draśnięcie. A ty?
– Też – skłamał wiedźmin, czując pulsujący ból w żebrach. – Nic poważnego.
Przez chwilę w milczeniu opatrywali swoje rany. Koenrad podał elfowi zwój czystego płótna, a sam, wypił kolejną fiolkę czerwonego płyny, czując, jak Jaskółka, eliksir akcelerujący u wiedźminów regenerację tkanek zaczyna działać, przyspieszając gojenie. Krwawić przestanie za moment.
– Wiesz, co to było, prawda? – zapytał cicho wiedźmin, gdy opatrzyli rany– Pójdziesz dalej?
Yaevinn skinął głową, sprawdzając napięcie cięciwy w łuku, gotów do dalszej drogi.
– Oczywiście. To się robi zbyt ciekawe, by teraz zawrócić.
– Ogary Dzikiego Gonu – stwierdził Koenrad. – Wiedziałeś, co tu znajdziemy?
– Domyślałem się. Magia, którą czuć w tym miejscu… nie jest z tego świata. Stare legendy opowiadają o upiornych jeźdźcach na szkieletowych koniach, pędzących po niebie jako zwiastun wojny i nieszczęścia. Zawsze myślałem, że to tylko opowieści, którymi straszy się dzieci.
– Legendy często mają w sobie ziarno prawdy – mruknął Koenrad. – Chodźmy. Czas poznać resztę tej bajki.
Rozdział IV
JWPanu Pankratzowi Nachtowi,
Kondotierowi i Przedsiębiorcy w Novigradzie
Napisany: w Mircie, dnia 14-go kwietnia, w roku 1254, ręką własną.
Wielce Szanowny Panie Nacht,
Z sercem pełnym dziękczynienia donoszę, iż kontrakt nasz uznaję za wypełniony. Wiedźmin Koenrad udał się ku wieży wraz z naszym łowczym, elfem Yaevinnem. Ów elf, zbladły niczym młynarz, pod przysięgą zeznał, co zaszło: o ogarach Dzikiego Gonu, czarach rwących niebo i portalu, z którego biesy po Artaudzie wyłaziły. A Koenrad, nie bacząc na życie, własnym wysiłkiem ów portal zamknął, co elf przysięgnie. Za ten czyn heroiczny lud nasz jednogłośnie uznał go za Bohatera Mirtu.
Gdy dym opadł, znaleźliśmy go bez ducha, z żyłami gorejącymi niby latarnie. Pospólstwo na kolana padło, widząc, jaką cenę za nasze ocalenie zapłacił.
Co się zaś tyczy zapłaty: ślę umówiony tysiąc koron. Dołączam trzysta koron ekstraordynaryjnej premii, wysupłanej z prywatnych środków, więcej nie dam, choćby mnie kołem łamano, albowiem kasa miejska pusta. Wicekanclerz Mathiass Morra przykręcił nam kurek z subwencjami, a dywidendę na poczet „Nowego Ładu” zatrzymał, zostawiając jeno pergaminowe promesy bez pokrycia.
Jednakowoż, by wdzięczność okazać, ogłaszam, iż Wiedźmin ma w karczmie „Baryłeczka” dożywotnie, darmowe miejsce i wyszynk. Nadto, z inicjatywy cechów, ruszyła zbiórka na pomnik dla Bohatera Mirtu. Na razie mamy pół korca miedziaków i obietnicę dostawy piaskowca ufundowaną przez rzemieślników. Prosimy jednak o datki mieszczan, gdyż z powodów w/w wymienionych skarbiec grodzki świeci już pustkami.
Na koniec donoszę, iż zjawiła się czarodziejka, z piórem sowim na głowie, imieniem Filippa Eilhart. Okazawszy glejt królewski jaśnie panującego Vizimira, oświadczyła, iż wiedźmina pod swą kuratelę bierze. Respekt przy tym takowy wzbudziła, że straż bez rozkazu salutowała. Na odchodnym rzekła, iż z Waszmością osobiście się rozmówi, by o miejscu pobytu druha powiadomić, po czym zniknęła w portalu.
Z szacunkiem,
Hubert Voshagen
Burmistrz Mirt
Rozdział V
3 kwietnia 1254 r.
Żeńska Akademia Magii “Aretuza”, wyspa Thanedd.
Sala wykładowa imienia alchemika Giovannego z Ban Glean, który, nawiasem mówiąc, wsławił się w annałach magii głównie tym, że zmarł w trakcie eksperymentu uduszony podobno przez własną kreację, tonęła w ciszy. Była to cisza specyficzna, przepełniona strachem, i zapachem perfum młodych panien z dobrych domów, które nagle, z brutalną jasnością, zrozumiały, że magia to nie tylko machanie różdżką i łapanie przystojnych baronów na urok, lecz ciężka praca.
Filippa Eilhart, doradczyni króla Vizimira, a zarazem gościnna wykładowczyni z Tretogoru, zakończyła prelekcję o polimorfii stosowanej – w swoim niepowtarzalnym stylu.
– Zamiana w zwierzę – rzekła, a jej głos był chłodny jak woda w cembrowinie studni – to nie ucieczka, moje drogie panny. To dominacja. Jeśli któraś z was mniema, że zmieni się w mysz, by uciec przed problemami, niechaj wie, że życie ma w zwyczaju bywać kotem. Zrozumiano?
Adeptki odpowiedziały chóralnym mileczeniem. Patrzyły na nią jak na bóstwo, które w każdej chwili może cisnąć piorunem, albo co gorsza, zadać dodatkową pracę domową.
– Koniec. Pani Margarita Laux-Antille przekazała mi, że na zaliczenie mojego wykładu, macie napisać esej o stabilizacji formy pośredniej przy zachowaniu świadomości. Kto pomyli akcenty, nie zdaje.
Gdy adeptki wybiegły, a właściwie uciekły, tratując się w drzwiach z godnością stada spłoszonych gęsi, z cienia kolumny wyłoniła się Margarita. Jeszcze nie rektorka, ale nosząca się z pewnością siebie, co sugerowało, że nominacja jest tylko kwestią czasu i drobnych formalności.
– Jesteś dla nich okrutna, Filippo – powiedziała z uśmiechem, w którym czaiła się belferska satysfakcja , ale dziękuję ci za wzięcie tego fakultetu.
– Jest mi to na rękę na ten moment. Poza tym, nie jestem okrutna. Jestem skuteczna – odparła Eilhart, strzepując niewidoczny pyłek z mankietu. – Masz wino? To, które serwują dzisiaj w refektarzu, jest okropne.
Ogień w kominku przyjemnie trzaskał, a w komnacie unosił się zapach perfum Margarity oraz Filippy, przemieszany z aromatem wina Toussaint , rocznik tysiąc dwieście czterdziesty ósmy. Trunek był wyborny, a atmosfera sprzyjała zwierzeniom, co w świecie czarodziejek zazwyczaj zwiastowało przesuwanie pionków na szachownicy. Margarita, rozluźniona trunkiem, oparła się wygodnie, a jej wydatnie osadzone piersi zdawały się potwierdzać tezę, że natura bywa hojna nawet dla intelektualistek.
– Mam coś, co cię zainteresuje – zaczęła, gdy tylko pierwszy kielich rozluźnił gorsety etykiety. – Coś z kategorii "zakazane, niebezpieczne i należące do kogoś, kogo nie lubimy".
Wyjęła z sekretery grimuar. Tomiszcze miało na grzbiecie wytłoczone charakterystyczną pieczęć z inicjałami “A.T” .
Filippa zamarła z kielichem w połowie drogi do ust.
– Terranova – stwierdziła sucho, a jej oczy zwęziły się. – Artaud dałby sobie uciąć rękę, by to odzyskać. A znając jego upodobania, wolałby uciąć rękę komuś innemu. Skąd to masz, Rito?
– Prezent – Margarita uśmiechnęła się, gładząc skórę okładki. Był to uśmiech kobiety, która lubi być adorowana, nawet jeśli adorator przynosi jej zatrute wino – Od kogoś, kto uznał, że u mnie będzie bezpieczniejsza. Jeszcze nie złamałam pieczęci, jest wyjątkowo wredna, nawet jak na Artauda, ale… spójrz tutaj.
Przesunęła palcem po grzbiecie księgi, tam gdzie skóra łączyła się z papierem.
– Zauważyłaś dysonans? – spytała Margarita, a w jej głosie zabrzmiała nuta badawczej pasji. – Okładka jest nowa. Skóra świeża, pachnie jeszcze garbarniak, a te inicjały błyszczą nowością, ale spójrz na blok. Spójrz na karty.
Filippa nachyliła się. Rzeczywiście. Papier był stary, pożółkły, miejscami poplamiony czymś, co wyglądało jak stare, zaschnięte odczynniki alchemiczne. Brzegi były wystrzępione, jakby księgę czytano wielokrotnie, w pośpiechu i w warunkach dalekich od bibliotecznej sterylności.
– To nie są notatki Terranovy, Filippo – dokończyła Margarita. – On to… oprawił na nowo. Coś starego. Coś, co pachnie laboratorium, którego już nie ma. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że to manuskrypt z czasów Alzura…Albo… jego mistrza, Malaspiny. A ci dwaj wiemy, że tworzyli wiedźminów i zajmowali się mutacjami, a ostatnio słyszałam plotki o Terranovie. To prawda, co sie o nim mówi, że to on stał za zniszczeniem Kaer Seren?
Filippa odstawiła kielich. Bezgłośnie. W jej umyśle kropki szybko się połączyły. Kaer Seren, wiedźmińskie szedliszcie cechu Gryfa, które raz odwiedziła. Stary manuskrypt, ukrywany przez Terranovę, oprawiony w jego własne inicjały… Własnie, Kaer Seren. Przecież bywała tam przed wieloma laty u swego starego przyjaciela, czarodzieja rezydenta Reyharda.
– Daj mi to – powiedziała, wyciągając rękę, a w jej głosie nie było prośby, lecz imperatyw. – Zbadam to w Tretogorze. Mam lepsze laboratorium i lepsze metody na oporne pieczęcie.
Margarita jednak cofnęła dłoń, przyciskając tomiszcze do piersi, co wyglądało dość groteskowo w zestawieniu z mroczną naturą przedmiotu, jakby tuliła do serca jadowitego węża.
– O nie, moja droga. – Pokręciła głową z uśmiechem, który miał być czarujący, a był wyrokiem. – Obiecałam komuś, że sama to zbadam. Złamię tę pieczęć. To kwestia ambicji. Pożyczę ci ją, oczywiście, ale później. Za tydzień, może dwa. Gdy skończę.
Filippa wstała. Decyzja zapadła – pomyślała. Margarita nie odda jej teraz po dobroci, a siłowe rozwiązanie w Aretuzie, przy świadkach, nie wchodziło w grę. Trzeba było użyć wytrycha.
– Jak sobie życzysz – rzuciła niedbale, poprawiając opaskę z piórkiem sowy na głowie. – A powiedz mi… Kto ci to przyniósł? Jakiś błędny rycerz, który pomylił smoka z wiatrakiem?
– Pewien… wiedźmin – odparła Margarita, a w jej oczach pojawił się ten specyficzny błysk, który kobiety zazwyczaj rezerwują dla wspomnień o czymś zakazanym a przyjemnym. – Zwie się Koenrad.
Filippa zmrużyła oczy.
Koenrad.
Znała niegdyś kogoś o tym imieniu. Wiele lat temu, gdy odwiedziła pewnego, starego przyjaciela w Kaer Seren…by dopomóc mu z problemami Próby Traw i mutagenów. Wówczas to uratowała jednego chłopca. Chłopca, który tak właśnie się zwał. I który, co nie bez znaczenia, wykazywał pewne zdolności. Czyżby los był aż tak… ciekawy?
– Koenrad? – powtórzyła beznamiętnie, obracając kielich w palcach, jakby oceniała jakość szkła, a nie wagę słów. – Dość pospolite imię. Czy to ten sam, o którym słyszałam plotki z Velen? Ten, którego zwą Upiorem?
– Ludzie gadają bzdury – żachnęła się, poprawiając dekolt. – To niezwykle kulturalny mężczyzna. Oczytany. I wcale nie przypomina upiora. Ma w sobie pewną… melancholię, która jest zaskakująco pociągająca.
Eilhart poczuła ukłucie chłodu w żołądku. A więc to on. I był tutaj.
– Melancholię? – Filippa uniosła brew z lekkim, kpiącym niedowierzaniem, idealnie maskując burzę, która w niej narastała. – U wiedźmina? Zapewne pomyliłaś to z niestrawnością po eliksirach. Chyba że… dałaś się zwieść pozorom, Rito.
– No gdzie, Filippo! – Zaprzeczyła Margarita z triumfalnym uśmiechem – Wyobraź sobie, że to on zaprosił mnie na kolację. Mnie! I zrobił to z taką… nonszalancją, jakby zapraszał królową. Oczywiście się zgodziłam. Jestem ciekawa, co taki "Upiór" jada. Nigdy w życiu nie widziałam tak uroczego wiedźmina.
Filippa zamarła. Wino w jej kielichu zafalowało lekko, choć dłoń czarodziejki zdawała się być nieruchoma.
– Oczywiście – skłamała gładko, tłumiąc lodowatą furię pod maską nudy. – Uroczy wiedźmin. Brzmi jak oksymoron, ale niech ci będzie. Muszę niestety cię opuścić. Vizimir czeka, a wiesz, że królowie źle reagują na czekanie. Dostają wzdęć i humorów. Dziękuję za wino. I za… informacje.
Los, jak to ma w zwyczaju, zarechotał w kącie, a nieświadoma tego Margarita , dopiła spokojnie resztę wina.

Rozdział VI
19 kwietnia 1254 r.
Królewskie Miasto Tretogor, Redania.
Gdy ostatni raz budził się w podobnych okolicznościach, ponad rok temu, bolała go nawet myśl o istnieniu. Zazwyczaj też, budził się na parcianym sienniku wypchanym słomą, cuchnącym potem i stęchlizną po poprzednich bywalcach karczemnych izb, którymi okazjonalnie się raczył, ale też i na trawie się spać mu zdarzało . Tym razem spoczywał na poduszce miękkiej jak obłok, a nozdrza łechtała woń czystej pościeli, krochmalu i zapachu, który nieuchronnie przywodził na myśl Kaer Seren.
To był cynamon i nard.
Pamięć wracała opornie. Spróbował się podnieść. Syknął, gdy w plecach trzasnęło, jakby pękała sucha gałąź. Opadł z powrotem. Rozejrzał się.
Komnata była przestronna, urządzona z przepychem, który kłuł w oczy, miast cieszyć. Przez wysokie okna wpadało blade światło poranka, rysując na hebanowej podłodze geometryczne wzory. Na stoliku obok łoża: fiolka z mętnym płynem, dzban, szklanica.
Drzwi skrzypnęły.
Kobieta, która weszła, ubrana była w prostą, ciemną suknię, której koszt z pewnością przewyższał roczny dochód niejednej wsi. Hebanowe włosy splecione miała w dwa grube warkocze, a na skroniach srebrną opaskę z wpiętym w nią pojedynczym, szarym piórem. Zatrzymała się pośrodku komnaty, patrząc na niego z miną alchemika, któremu eksperyment nie wybuchł w twarz, choć wszelkie przesłanki na to wskazywały.
Filippa Eilhart. Ta sama, która była przy nim tamtego dnia w Kaer Seren.
Nic się nie zmieniła, mimo tylu lat. Ten sam zapach.
– Witaj w Tretogorze, mieście królewskim, Koenradzie z Mirtu – odezwała się głosem gładkim i chłodnym. – Słyszałam, że taki nosisz teraz przydomek. Twój agent, niejaki Pankratz, zdążył już odebrać nagrodę. Poinformował mnie, że pieniądze są na twoim koncie u Cianfanellich. Rzetelny człowiek. Przynajmniej w kwestiach finansowych.
Próbował odpowiedzieć, ale gardło odmówiło posłuszeństwa, wydobywając z siebie jedynie chrapliwy skrzek. Wskazał na wodę. Czarodziejka podeszła, usiadła na krawędzi łoża. Podała mu szklankę, podtrzymując głowę dłonią pewną i chłodną.
– Pani… Filippo… – wychrypiał po kilku łykach. – Ile spałem?
– Ach, tak. „Pani Filippa" – westchnęła z teatralnym sentymentem. – Zostawmy etykietę w ruinach Kaer Seren, Koenradzie. Jesteś już dużym chłopcem. Nie sądzisz?
Koenrad skinął głową, walcząc z zawrotami pod czaszką.
– Cztery dni – odparła beznamiętnie. – Wstrząs mózgu, ogólne wycieńczenie i… nader specyficzna reakcja organizmu na magiczne przeciążenie. Musiałam cię wprowadzić w letarg, żeby ci nie rozerwało serca. Pamiętasz cokolwiek?
Jej głos, mimo aksamitnej barwy, był zimny jak lód. Na moment przeniósł go z powrotem do laboratorium w twierdzy Gryfów. Znów uderzył go smród mutagenów.
Spokojnie, Koenrad. Wszystko będzie dobrze.
Otrząsnął się. Wspomnienia z wieży wróciły, ostre jak odłamki szkła.
– Wieża… – zaczął, zbierając myśli. – Pamiętam. Weszliśmy. Ja i elf, Yaevinn. Pustka. Cisza dzwoniąca w uszach. W laboratorium Artauda chaos, ale znalazłem notatki. Pisał o portalu w podziemiach. Niestabilnym. Że brakuje mu klucza. Elfickiego aktywatora. Klejnotu. – Spojrzał na nią.– Tego samego, który znalazłem w Mircie.
Filippa słuchała, a jej oczy, ciemne i nieprzeniknione, zwęziły się nieznacznie.
– Zeszliśmy do piwnicy – kontynuował. – Tam nie były tylko ogary, Filippo. Tam był Gon. Dziki Gon. Prawdziwy. Elf Aen Elle w zbroi z kości. Yaevinn zajął się bestiami, ja jeźdźcem… Ale gdy padł, wychodzili następni. A portal pulsował.
Zacisnął dłoń na pościeli.
– Improwizowałem. Miałem klejnot. Cisnąłem nim w wir i uderzyłem Znakiem Aard. Z całą mocą, jaką zdołałem z siebie wykrzesać. Chciałem wywołać zwarcie. Reakcję łańcuchową.
Filippa uśmiechnęła się kącikiem ust.
– Obserwowałam cię.
– Sowa… – szepnął, doznając nagłego olśnienia. – Tak… Ta biała sowa w Mircie.
– Oczywiście. – Potwierdziła bez cienia zażenowania, dotykając pióra przy opasce. – Byłam ciekawa. Gdy usłyszałam huk, wbiegłam. Leżałeś nieprzytomny, a twoje ciało pulsowało czystą, dziką mocą. Yaevinn klęczał przy tobie, nie wiedząc, czy uciekać, czy się modlić.
Pochyliła się nad nim.
– Portal się zamknął. Wywołałeś inwersję. Ale energia niemal cię zabiła. Twoje ciało reaguje na magię w sposób… ekstraordynaryjny. Elfa odesłałam. Burmistrzowi opowiedziałam historię o bohaterskim wiedźminie ratującym miasto. Wygodną dla mnie, ciebie i miasta.
– Dziękuję – wydusił. – Wykonywałem tylko kontrakt.
– Wiem. Ale jest coś jeszcze. Notatki Terranovy. Pisał, że portal zakrzywia nie tylko przestrzeń?
– O czasie mówiłem – zaczął Koenrad, chcąc zakpić, ale głos uwiązł mu w gardle. Przerwał gwałtownie, a jego wzrok, dotąd skupiony na rozmówczyni, utonął gdzieś w hebanowych słojach podłogi. Myśli, dotąd rwane i nieposłuszne, nagle zaczęły układać się w przerażająco klarowny wzór.
Niestabilny portal. Artaud. I owa przeklęta piwnica na Faroe, w której znalazł się przed kilkoma tygodniami po niefortunnym spotkaniu z babą wodną. Księga z jego inicjałem, którą dał Margaricie.
Wspomnienie uderzyło go z siłą obucha. Jak mógł wcześniej tego nie skojarzyć?
Filippa wstała, podeszła do okna, prezentując mu swe nienaganne plecy.
– Fascynujące… – podjęła, nie odwracając głowy. – Portale działają w sposób binarny, przenosząc materię z punktu A do punktu B. Działają w sferze geografii, Koenradzie, nie zaś chronometrii. Nigdy w czasie. Tylko najpotężniejsi elfi więdzacy przed wiekami potrafili jakoby otwierać bramy między światami, naginając samą strukturę rzeczywistości. Ale nie żeby…
– …przenosić się w czasie – dopowiedział wiedźmin, a jego głos brzmiał jak zgrzyt piasku w trybach zegara. – Terranova wyprowadził się z Mirtu dobre pół roku wcześniej. Zniknął, zostawiając wieżę pustą, podczas gdy ja… ja znalazłem się w tamtej piwnicy ledwie miesiąc temu. Na Faroe. Na Skellige.
Gwałtowne poruszenie wywołało nagły spazm. Serce Koenrada, dotąd bijące w wiedźmińskim, leniwym rytmie, nagle straciło takt, uderzając o żebra niczym spłoszony ptak o pręty klatki. Chwycił się za pierś, syknął.
Filippa była przy nim w mgnieniu oka. Usiadła na brzegu łóżka, położyła dłoń na jego piersi. Palce rozbłysły błękitem. Poczuł, jak jego własne żyły odpowiadają tym samym światłem, a kojące ciepło, znane mu z dzieciństwa, rozlewa się po ciele. Cofnęła dłoń. Ból ustąpił.
Cofnęła dłoń, a ból ustąpił. Serce przestało walić, jak oszlałe.
– Widzisz? – powiedziała miękko. – Emocje. Twój rezonans się rozstraja. Ciało nie nadąża za magią, którą generujesz. Masz ogromny magiczny potencjał, Koenradzie, ale jesteś niestabilny.
– Dziękuję – wychrypiał – Nie omieszkam skorzystać z azylu, albowiem ze wstaniem problem mam na razie zgoła fundamentalny.
– Wypij. – Podała mu fiolkę z mętnym płynem. – Jaskółka, którą zrobiłam specjalnie dla ciebie. Znasz ją doskonale. Weź, pomoże ci się szybciej zregenerować.
Wypił. Smakowała jak żółć, zgnilizna i piołun. Wykręciło mu gębę. Jego własne mikstury bywały łagodniejsze, łamane miodem lub mlekiem, ale czarodziejka widać wyznawała zasadę, że lekarstwo musi smakować cierpieniem, by działało.
– Słyszałam o tym… prezencie – zaczęła tonem gładkim jak atłas, pod którym czaiły się ostre szpilki ironii. – O grimuarze z Faroe. Tym z pieczęcią Terranovy. Gest zaiste rycerski i godny poematów, by wręczyć go damie. Ale i wielce nieroztropny. Dlaczego nie przyszedłeś z tym do mnie?
Koenrad odstawił pustą szklankę. Eliksir szumiał w głowie, ale umysł pozostawał trzeźwy, analizując każde słowo.
– Nie znałem wtedy innej czarodziejki – odparł szczerze, patrząc jej prosto w oczy. – Ty, Filippo, byłaś dla mglistym wspomnieniem z dzieciństwa. Margaritę znam. I jej ufam.
Przełknął ślinę, zwilżając spierzchnięte usta. Spojrzał na nią.
– Po co miałem się fatygować do ciebie, szukać cię po dworach, nie mając pewności, czy mnie w ogóle przyjmiesz? Czy nie zostanę zamieniony w ropuchę na progu, zanim zdążę otworzyć usta? Wybór wydawał się oczywisty.
W kącikach jej ust drgnęło coś na kształt zrozumienia, a może nawet cienia aprobaty dla tej prostej, żołnierskiej logiki.
– Racja – przyznała cicho. Potem wstała, przeszła się po pokoju, szeleszcząc jedwabiem, po czym odwróciła gwałtownie, a w jej oczach znów zapłonął ten sam triumfalny blask.
– Niemniej, wieść i tak do mnie dotarła. Od Margarity Laux-Antille, rzecz jasna. Rita… – zawiesiła głos, a uśmiech, który posłała w przestrzeń, był pełen pobłażania – …bywa czasem rozbrajająco wylewna, zwłaszcza gdy mowa o niebezpiecznych zabawkach, które trafiają w jej ręce pod płaszczem wiedźmińskich uprzejmości. Słyszałam o waszej współpracy. To miła czarodziejka… ale strasznie naiwna. Świat magii, Koenradzie, to szachownica, na której ona wciąż wierzy, że można grać bez zbijania figur. To błąd, który prędzej czy później kosztuje życie.
Usiadła z powrotem, bliżej niż poprzednio. Zapach nardu i cynamonu uderzył go z nową siłą, niemal namacalny w dusznej komnacie.
– Pokażę ci, jak działa ta szachownica. Od zaplecza. Bez zasłon, którymi Rita próbuje osłaniać twoje oczy. Bo ty, w przeciwieństwie do innych, masz szansę nie być pionkiem. A królem. Lub przynajmniej figurą, która zna zasady gry lepiej niż ci, co ją wymyślili.
Koenrad wytrzymał jej spojrzenie, choć czuł, jakby stał nad krawędzią, kuszącą swym mrokiem. Było w niej coś z kobry królewskiej – piękno nierozerwalnie splecione z groźbą śmiertelnego ukąszenia. Budziło to niezdrową fascynację; uczucie niepokojące, lecz jednocześnie, ku własnej zgryzocie, coraz bardziej pociągające.
– Masakra w Rybrücke – zmieniła temat z chirurgiczną precyzją, nie dając mu czasu na ripostę. – Upiór z Velen. Czy wtedy twoje naczynia też tak świeciły?
– Sporo wiesz, Filippo. Zbyt sporo, jak na kogoś, kto rzekomo tylko mnie obserwował.
– Ja zawsze wiem więcej, niż powinnam. To mój zawód. Powiedz mi jednak… Co czułeś?
Koenrad spojrzał w okno, na blade słońce Tretogoru, a potem znów na nią.
– To nie było uczucie. To był stan. Zimna furia. Narzędzie, które samo zaczęło ciąć. A potem została tylko pustka, ból i ciemność. Z perspektywy lat… sądzę, że doprowadziłem się wtedy do stanu przedzawałowego. Staram się używać Znaków tak, jak nas uczono, ale czasem…
– Surowa moc. Chaotyczna. Niestabilna – przerwała mu spokojnie. – Wiedziałam, że masz potencjał, Koenradzie, ale to, co nosisz pod skórą, jest czymś innym. Czymś, co w końcu cię zabije, jeśli nie przestaniesz igrać z własną fizjologią.
Uniosła lekko podbródek, a jej postawa emanowała erudycyjną wyniosłością.
– To, co opisałeś w Velen, nie było incydentem, lecz przeciążeniem krytycznym. Wiedźmińskie mutacje mają za zadanie tworzyć rębajłów, nie adeptów sztuk wyższych. Zmieniają ciało, by podporządkować krew wysiłkowi i regeneracji, tłumiąc jednocześnie przepływ surowej energii, albowiem magia i stal rzadko idą w parze bez wzajemnej anihilacji. Twój naturalny talent jednak nie wyparował pod wpływem mutagenów. Został uwięziony, zdławiony i zmuszony, by płynąć korytami, które nie są do tego przystosowane. Ty jesteś paradoksem żywym, Koenradzie.
– Chcesz powiedzieć – odezwał się wiedźmin, próbując wykrzesać z siebie resztki sarkazmu – że nie powinienem był nigdy zostać wiedźminem? Że jestem Źródłem, które miast czarować, nauczyło się machać kawałkiem zaostrzonego żelaza?
– Źródłem? Nie, nie w tym prostackim znaczeniu – odparła chłodno, jakby poprawiała błąd w zapisie księgowym. – Byłeś wyczulony na moc od dziecka. Powinieneś był uczyć się ją porządkować, miast ją tłumić. Upierałam się ongiś, by zabrać cię do Ban Ard, ale Keldar i Reyhard nie chcieli o tym słyszeć.
Ujęła jego dłoń, kładąc dwa palce na nadgarstku. Nie cofnęła ich, gdy podjęła ponownie:
– Ciało wiedźmina jest dzięki mutagenom niezwykle wydajne. Krew w spoczynku płynie wolno, oszczędnie, wasz organizm zna odpoczynek głębszy niż sen. Ty natomiast wprowadzasz w tę harmonię burzę. Gdy sięgasz po magię, twoje serce traci rytm, a krew pędzi szybciej, niż przewidują traktaty o wiedźmińskiej fizjologii. Widziałam to w wieży i czułam pod palcami, jak rwało się twoje tętno. Jakby próbowało uciec z własnego ciała.
Uśmiechnęła się, a w jej oczach lód ustąpił miejsca drapieżnemu uznaniu.
– Dopiero moje zaklęcia przywróciły ci wiedźmińską normę. Ale ta somatyczna aberracja sugeruje potencjał, o jakim wasze cechowe podręczniki milczą. Ciekawam wielce, czy przy odpowiedniej stymulacji byłbyś zdolny do pełnej inkantacji, zamiast tych waszych jarmarcznych sztuczek. Taka moc to skarb. Prawdziwa osobliwość ontologiczna.
– Krzepiąca to wieść, że żyję tu wyłącznie na prawie cudu i medycznego defektu – uśmiechnął się krzywo, maskując napięcie kpiną. – Pankratz ma pewnie jakiegoś sprawnego buchaltera. Trzeba go będzie zawezwać, by mnie rzetelnie wycenił jako ten „skarb", zanim koszty mojego sercowego rozedrgania przerosną zyski z moich usług. Może zdąży na mnie zarobić, nim ostatecznie pęknę.
Parsknęła śmiechem, krótkim, szczerym i zaskakująco dziewczęcym.
– Jesteś raczej klejnotem w surowej bryle, wiedźminie, którego wartość pojąć może jedynie koneserka, nie zaś liczykrupa – odrzekła, podchodząc bliżej, tak że poczuł zapach jej perfum. – Dlatego nie oddam cię w ręce żadnego rachmistrza.
Koenrad milczał chwilę, przesuwając palcem po bliźnie na piersi. W końcu uniósł wzrok. Uparty, twardy.
– Filippo, skoro poruszyłaś przeszłość… Od lat nie daje mi to spokoju. Dlaczego ja? Sigrid, Ulfrich… nikt z mojego rocznika nie wyszedł z Próby żywy. Tylko ja. Przypadek? Czy twoja ingerencja? – Zawiesił głos. – I pamiętam, kto zniszczył Kaer Seren. Czarodzieje. Margarita mówiła, że nic nie wiedziała. Jak było naprawdę?
Filippa cofnęła dłoń. Jej twarz stężała, maska opadła, odsłaniając chłód polityki.
– Słodziutka Margarita, jak zwykle, nie powiedziała ci wszystkiego. Każdy czarodziej wie.
Wstała, podeszła do okna, odwrócona plecami.
– Kaer Seren nie upadło przez przypadek. W Kapitule był dysonans. Tissaia była przeciw. Ale inni… zwłaszcza Artaud Terranova… mieli odmienne zdanie. Decyzja zapadła wyżej. Władcy Koviru i Poviss dali zgodę. Terranova miał obsesję na punkcie mutacji. Reyhard wierzył, że naprawi to, co Wilkom z Kaer Morhen wymykało się spod kontroli. Że zdoła przywrócić chwałę szkoły. A Keldar za tę obietnice, godził się puszczać was na pewną śmierć.
Odwróciła się.
– Ty przeżyłeś, bo właściwe mutacje się przyjęły. Cudem. Jako jedyny. Reyhard chciał iść dalej. Chciał cię „naprawić". Wyciszyć w tobie magię, rozpocząć kolejne eksperymenty. Nie pozwoliłam na to. Przerwałam proces. Zastosowałam zaklęcie stabilizujące. Proste i bezpieczne.
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
– Widocznie teoria nie uwzględniła wszystkiego.
Wróciła na krzesło. Założyła nogę na nogę. Jedwab zaszeleścił, odsłaniając gładkie udo. Koenrad, wbrew woli, zawiesił wzrok. O mgnienie oka za długo. Filippa uśmiechnęła się kącikiem ust.
– Widzę w tobie wątpliwości – powiedziała. – Ale myśl logicznie: czy chciałabym twojej śmierci? Nie miałam wtedy głosu w radzie. Przybyłam tam dla Reyharda. Był moim przyjacielem. Kimś ważnym. Tyle musi ci wystarczyć.
Pochyliła się.
– Nim cię zostawię, mam propozycję. Wiem, czego pragniesz. Sprawiedliwości. Terranova był prowodyrem. Ja również mam z nim… niewyrównane rachunki. Razem możemy zająć się tym potworem.
Jej spojrzenie stało się drapieżne.
– Ale ostrzegam. Nie toleruję konkurencji. Jeśli przyjmiesz moją dłoń, nie będzie miejsca dla sentymentów do innych czarodziejek. Żadnych konsultacji na boku. Albo my, albo ty sam. Cena jest wysoka. Ale ja… – zawiesiła głos i uśmięchnęła się uwodzicielsko. – …Naprawdę potrafię się odwdzięczyć.
Koenrad milczał, patrząc w jej twarz. Niepokojąco piekną.
– To pieśń przyszłości – dodała łagodniej, wstając. – Na razie jesteś zbyt słaby, by stać, a co dopiero dedukować. Masz tu azyl.
Położyła dłoń na klamce.
– A, jeszcze jedno. Ta księga… którą znalazłeś, a potem tak lekkomyślnie oddałeś. Pochodzi z waszej biblioteki. Z Kaer Seren.
Koenrad otworzył usta w niemej konsternacji, ale Filippa nie dała mu dojść do słowa.
– Odpoczywaj. Jak poczujesz się lepiej… poinformujesz mnie o decyzji.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Zostawiając go w gęstej, dusznej ciszy, przesyconej wonią nardu i obietnicą, która miała smak dziegciu. Wiedział, że azyl, o którym mówiła, był w istocie preludium do gry, a szachownica, na którą go wprowadzono, nie wybacza błędów.