- Opowiadanie: melendur88 - Ostatni Gryf | Koenrad z Mirtu

Ostatni Gryf | Koenrad z Mirtu

No i jest. Wrzuciłem.

Pisałem tę historię od września – od momentu publikacji „Upiora z Velen”, który liczył ponad sto tysięcy znaków. To był dla mnie ważny tekst. Pamiętam, jak regulatorzy skutecznie sprowadziła mnie wtedy na ziemię – i dobrze, bo dzięki niej wiedziałem, że dużo pracy przede mną, że warsztat matters. Ale pamiętam też @RobertaRaksa, dzięki któremu w ogóle ten wiedźmin powstał. Mimo błędów, spodobał mu się. To wystarczyło, żebym pisał dalej – Robert, jeszcze raz dzięki.

Tekst wrzucałem od półtorej miesiąca, poprawiałem, skracałem, a w międzyczasie testowałem krótsze formy. Ale w końcu trzeba przestać czekać, ileż można poprawiać i zmieniać koncepcje.

Dziękuję @CZARNA2 – zwłaszcza za pomoc przy scenach walki. @Tarninie tez pragnę podziekować bo niektórymi uwagami w “Materia Prima” bardzo mi pomogła :) Dziękuje też betom spoza NF.

Ta historia dzieje się dziesięć lat po „Upiorze z Velen”. Skróconą wersję tamtego tekstu planuję wrzucić za miesiąc lub dwa. Chronologicznie opowiadanie jest osadzone dwa lata po „Ostatni Gryf: Materia Prima” i rok po „Ostatni Gryf: Skrzyniarz”.

Pierwotnie miało to być zakończenie. Wiedźmin miał tutaj zginąć. W połowie pisania uznałem jednak, że to jeszcze nie ten moment.

To fanfiction osadzone w świecie Sapkowskiego. Koenrad nie jest kalką Geralta. Ma własną drogę, własne decyzje i własne konsekwencje. Większość postaci jest nowa. Niektórym drugoplanowym postaciom z książek nadaję nowe życie, bo aż prosiło się, by wyciągnąć je z tła i pozwolić im coś znaczyć.

Pankratz przeklina. Strażnicy też.

Resztę zostawiam Wam.

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ostatni Gryf | Koenrad z Mirtu

Pro­log

 

14 marca 1254 r.

No­vi­grad.

 

Rybą i desz­czem cuch­nę­ły ulice No­vi­gra­du, szcze­gól­nie tego dnia, gdy na po­bli­skim Ba­za­rze Za­chod­nim od­by­wał się co­ty­go­dnio­wy rybi targ, gdzie po­ło­wa mia­sta to­nę­ła w morzu łusek, soli i wrza­sków prze­ku­pek. Ulica, przy któ­rej Mar­ga­ri­ta Laux-An­til­le wy­naj­mo­wa­ła jeden ze swo­ich apar­ta­men­tów, choć da­le­ka od sa­me­go rynku, zwała się „Ło­so­sio­wa" – nie­trud­no zgad­nąć, dla­cze­go. I choć dzi­siaj stoją tu do­stoj­ne ka­mie­ni­ce, za­pach po­zo­stał ten sam. 

Ko­en­rad za­pu­kał w so­lid­ne, dę­bo­we drzwi. Za­wsze pukał. Z za­sa­dy i z ostroż­no­ści, mimo prze­szło, pół­to­ra­rocz­nej współ­pra­cy.

– Wejdź.

Głos był cie­pły, acz pod­szy­ty nutą znu­że­nia, jaka ce­chu­je ko­bie­ty, które wi­dzia­ły już zbyt wiele, by byle czym się eks­cy­to­wać. Za­pach, na który wiedź­min, z racji mu­ta­cji i fachu, zwra­cał uwagę w pierw­szej ko­lej­no­ści, był u Mar­ga­ri­ty zgoła od­mien­ny od ulicz­ne­go fe­to­ru. Pa­no­wa­ła tu ko­ją­ca woń ró­ża­nych olej­ków, wosku i sta­re­go per­ga­mi­nu, za­pach wie­dzy i luk­su­su.

Do­pie­ro po chwi­li jego wzrok spo­czął na niej. Mar­ga­ri­ta unio­sła się z fo­te­la, odło­ży­ła na in­kru­sto­wa­ny sto­lik opa­słe to­mi­sko. Jej fa­lu­ją­ce, ja­sno­blond włosy opa­da­ły swo­bod­nie na ra­mio­na, w uszach lśni­ły sza­fi­ry, a pro­sta, zie­lo­na suk­nia opi­na­ła po­stać tak do­sko­na­łą, że na jej widok nawet mar­mu­ro­we po­są­gi bogiń w świą­ty­niach Me­li­te­le mo­gły­by po­pę­kać z za­wi­ści.

Ko­en­rad, za­zwy­czaj opa­no­wa­ny, z po­zo­ru cy­nicz­ny i pewny sie­bie jak każdy ce­cho­wy za­bój­ca po­two­rów, po­czuł, że na mo­ment za­po­mi­na, po co wła­ści­wie prze­szedł ów próg. Prze­łknął ślinę, kon­sta­tu­jąc ze zdzi­wie­niem nagłe, obce mu za­kło­po­ta­nie. Wy­glą­da­ła, jak za­wsze, zja­wi­sko­wo. Od­zy­skaw­szy rezon, zsu­nął mokry od ka­pu­śniacz­ku kap­tur, po czym po­ło­żył przed cza­ro­dziej­ką cięż­ką, opra­wio­ną w po­pę­ka­ną skórę księ­gę.

– Zna­la­złem to na Faroe – rzekł, sta­ra­jąc się brzmieć rze­czo­wo. – Pie­częć jest tak silna, że me­da­lion drży mi na szyi za każ­dym razem, gdy biorę to w ręce. Nawet teraz.

Mar­ga­ri­ta kątem oka za­re­je­stro­wa­ła drga­nia srebr­ne­go gryfa, lecz jej uwagę, co na­tu­ral­ne, przy­kuł wo­lu­min. Unio­sła brwi, w ge­ście nie tyleż py­ta­ją­cym, co po­wąt­pie­wa­ją­cym.

– I cze­góż to przy­cho­dzisz z tym do mnie, wiedź­mi­nie? Za­miast, bo ja wiem, do an­ty­kwa­riu­sza?

– Nie znam wielu cza­ro­dzie­jów – mruk­nął, ucie­ka­jąc wzro­kiem. – Poza tym… i tak bym tu przy­szedł. Je­steś je­dy­ną cza­ro­dziej­ką, któ­rej ufam. I którą… sza­nu­ję.

W jej spoj­rze­niu po­ja­wi­ło się coś mięk­kie­go, cień uśmie­chu, który nie był, jak to u cza­ro­dzie­jek bywa, maską. Ko­en­rad nigdy tak wy­lew­ny nie bywał. Z jego po­sta­wy biła śmia­łość, ja­kiej wcze­śniej nie oka­zy­wał.

– To nie jest zwy­kła księ­ga – po­wie­dzia­ła cicho, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi po okład­ce, a jej głos na­brał pro­fe­sjo­nal­nej, aka­de­mic­kiej po­wa­gi. – Ema­nu­je magią, to na pewno ro­bo­ta pie­czę­ci. Ini­cja­ły…

– Oczy­wi­ście – prze­rwał jej z krzy­wym pół­u­śmie­chem. – Dla­te­go przy­sze­dłem do cie­bie, Rita. Ale na razie nie otwie­raj. Wpierw mu­sisz usły­szeć, w jaki sposób wsze­dłem w jej po­sia­da­nie. To hi­sto­ria… po­ucza­ją­ca.

– No więc? – na­chy­li­ła się, a za­pach róż stał się in­ten­syw­niej­szy.

Ko­en­rad nalał sobie wina z ka­raf­ki sto­ją­cej na stole, nie py­ta­jąc o zgodę. Dość bycia jeno po­słań­cem, po­my­ślał, czu­jąc, jak dłoń mu lekko drży, gdy po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać i prze­kro­czyć nie­wi­dzial­ną gra­ni­cę ety­kie­ty. Roz­parł się wy­god­nie, ma­sku­jąc na­pię­cie.

– To było pod­czas ro­bo­ty dla Krat­ze­na i Molt­za. Dwa kup­czy­ki, chci­we jak dia­bli. Ochra­nia­łem ich łajbę przed po­two­ra­mi i pi­rac­ką szu­mo­wi­ną. Rejs miał być ostat­nim. Han­dlo­wa­li ra­ry­ta­sa­mi z Wysp Skel­li­ge i Faroe. Krat­zen ma sła­bość do fa­ro­ań­skich serów, sam wi­dzia­łem, jak łkał nad sta­rym kozim serem, bo jeden…

– Ko­en­ra­dzie – prze­rwa­ła mu Mar­ga­ri­ta z roz­ba­wie­niem, krzy­żu­jąc ra­mio­na na pier­si. – Czy opo­wiesz mi o in­kry­mi­no­wa­nej księ­dze, czy będę zmu­szo­na wy­słu­chać peł­nej hi­sto­rii fa­ro­ań­skie­go se­ro­war­stwa i mle­czar­stwa? Wiem, że de­ta­le są dla cie­bie istot­ne, ale li­to­ści.

– Ma to zna­cze­nie – wtrą­cił, uno­sząc palec. – Wszyst­ko ma zna­cze­nie, na dobrą spra­wę. Na przy­kład to, że ów ser kosz­tu­je wię­cej niż dobry wierz­cho­wiec bo­jo­wy. Po­dob­nie jak fa­ro­ań­ski łosoś, od­mia­na tak rzad­ka i tłu­sta, że jedna becz­ka to trzy­sta no­vi­gradz­kich koron. Wła­śnie po tego ło­so­sia pły­nę­li­śmy do Trot­the­im, zapyziałej nory na Faroe.

Mar­ga­ri­ta wes­tchnę­ła cięż­ko, osten­ta­cyj­nie, ale kącik jej ust drgnął.

– Niech bę­dzie. Trot­the­im. I cóż tam się wy­da­rzy­ło wie­ko­pom­ne­go?

– Sie­dzie­li­śmy w karcz­mie „Pod Mo­krym Wie­lo­ry­bem”. Nazwa idio­tycz­na, al­bo­wiem wie­lo­ry­by z na­tu­ry rze­czy są mokre, żyjąc w wo­dzie. Wtedy wpadł Krat­zen, czer­wo­ny na gębie, wrzesz­cząc, że ktoś ukradł jedną becz­kę wę­dzo­ne­go ło­so­sia. Spy­ta­łem, jak bar­dzo zbied­niał z tego po­wo­du, jed­nak moja iro­nia nie tra­fi­ła na po­dat­ny grunt, gdyż ku­piec o mało nie do­stał apo­plek­sji. Do­pie­ro Moltz prze­ka­zał, że mieli kon­trakt na tuzin be­czek i do­kład­nie tyle mu­sie­li do­star­czyć ja­kie­muś waż­ne­mu klien­to­wi w Tre­to­go­rze.

– I na­tu­ral­nie… – za­czę­ła

– …na­tu­ral­nie po­pro­si­li mnie o in­ter­wen­cję. – Ko­en­rad uśmiech­nął się. – Bo któż inny na­da­je się do tro­pie­nia zło­dzie­ja ryb, jak nie za­bój­ca po­two­rów? Uzna­li, że w ra­mach ochro­ny przed be­stia­mi mie­ści się rów­nież, wedle ich­niej­sze­go osądu, szu­ka­nie za­gu­bio­nej becz­ki z ło­so­siem. Choć znie­sma­czo­ny, zgo­dzi­łem się. Po­sze­dłem na sta­tek, zba­da­łem ślady. Szyb­ko usta­li­łem, że coś wpeł­zło, becz­kę prze­tur­la­ło i ci­snę­ło w toń. Prze­szu­ka­łem brzeg i tra­fi­łem na trop, który należał do jakiegoś wodnego trupojada.

– Aha. – Mar­ga­ri­ta ski­nę­ła głową, ba­wiąc się ko­smy­kiem wło­sów. – I po­dą­ży­łeś tro­pem.

– Po­dą­ży­łem. Ślad wiódł do ja­ski­ni przy kli­fach. Me­da­lion za­czął wi­bro­wać, ale… – urwał, pa­trząc na nią z nie­skry­wa­ną fa­scy­na­cją. – Wiesz, że robi ci się uro­cza zmarszcz­ka mię­dzy brwia­mi, gdy się kon­cen­tru­jesz?

Mar­ga­ri­ta po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie, mimo woli po­pra­wia­jąc rąbek de­kol­tu, ge­stem tyleż ko­bie­cym, co zdra­dza­ją­cym nagłą utra­tę pro­fe­sjo­nal­ne­go dy­stan­su. Ko­en­rad? Nigdy taki nie był – po­my­śla­ła, zbi­ja­na z tropu.

– Ko­en­rad. Księ­ga…

– Racja. – Zaśmiał się. – Wsze­dłem do ja­ski­ni i… tu za­czę­ła się praw­dzi­wa za­ba­wa. Nagle me­da­lion mnie szarp­nął, jakby ktoś za smycz mnie po­cią­gnął. Ale było za późno. Ja­ski­nia… zmie­ni­ła się. Znik­nę­ła wil­goć i klify. Zna­la­złem się w ja­kiejś piw­ni­cy, peł­nej ple­śni, kurzu i dziw­nych, al­che­micz­nych opa­rów. Baba wodna była rów­nie zdu­mio­na tym ob­ra­zem, co ja sam.

– Baba wodna? – Mar­ga­ri­ta unio­sła brwi. – I por­tal?

– Tak, baba wodna, po­spo­li­ty ro­dzaj tru­po­ja­da – Mru­gnął do cza­ro­dziej­ki. – Be­stia po­czu­ła się za­gro­żo­na, rzu­ci­ła się na mnie. No to łup­ną­łem in­stynk­tow­nie aar­dem. Za mocno. Baba rąb­nę­ła w spróch­nia­łe pod­po­ry piw­ni­cy. Nie­ste­ty, nie prze­wi­dzia­łem, że strop bę­dzie tak lichy. Pękło, ru­nę­ło, część su­fi­tu po­grze­ba­ła nie­szczę­sne­go tru­po­ja­da. Zro­zu­mia­łem, że to ko­niec zwie­dza­nia, a chaos na­ra­sta, więc czas było dawać nogi za pas. Tylko gdzie? Ob­ra­cam się, widzę drzwi. No to ja pędem w ich stronę.

– I wtedy … zna­la­złeś w końcu te księ­gę? – spy­ta­ła.

– Wła­śnie ucie­ka­jąc – po­twier­dził z wi­siel­czym hu­mo­rem. – Noga wpa­dła mi mię­dzy ka­mie­nie, ru­ną­łem jak długi i przy­dzwo­ni­łem… twa­rzą pro­sto w ten wo­lu­min, który leżał na dro­dze uciecz­ki. Oku­cie pie­czę­ci roz­cię­ło mi wargę. – Do­tknął pal­cem wciąż świe­żej bli­zny. – Chwy­ci­łem księ­gę, wsta­ję i nagle po­czu­łem znowu to samo, co przy wcho­dze­niu. Szarp­nię­cie me­da­lio­nu. Ob­ró­ci­łem się i… już byłem z po­wro­tem. W tej samej ja­ski­ni, z któ­rej wy­sze­dłem. Bez baby wod­nej i wa­lą­ce­go się su­fi­tu.

Mar­ga­ri­ta par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Nie wie­rzę! Cała twoja he­ro­icz­na eska­pa­da to po­tknię­cie się i ude­rze­nie fa­cja­tą o księ­gę?

– Praw­dzi­wa hi­sto­ria Upio­ra z Velen – uśmiech­nął się krzy­wo. – Czło­wiek, który po­ko­nu­je prze­zna­cze­nie dzię­ki… nie­zdar­no­ści. Gdy­bym miał być z tego ty­tu­łu sław­nym, wy­brał­bym wła­śnie tę wer­sję. Ale cze­kaj, nie skoń­czy­łem.

– A co z becz­ką?

Ko­en­rad mach­nął ręką.

– Wy­my­śli­łem, że ukradł ją troll. Po­wie­dzia­łem Krat­ze­no­wi, że jeśli chce od­zy­skać rybę, ma mi za­pła­cić za ubi­cie trol­la sześć­set ore­nów. Becz­ka warta była koło czte­rech setek, więc ską­piec skal­ku­lo­wał i od­pu­ścił.

– I nie byłeś cie­kaw, co to była za piw­ni­ca? Gdzie cię rzu­ci­ło? – do­py­ta­ła, na­chy­la­jąc się ku niemu.

– Byłem – od­po­wie­dział sta­now­czo. – Ale wie­dzia­łem, czym śmier­dzia­ła. Nie tylko ry­ba­mi. Śmier­dzia­ła kło­po­ta­mi z cza­ro­dzie­ja­mi. A je­dy­ną cza­ro­dziej­kę, którą ak­cep­tu­ję… – prze­rwał, pa­trząc jej pro­sto w fioł­ko­we oczy – …mam wła­śnie przed sobą.

– A jed­nak trzy­masz tę księ­gę – za­uwa­ży­ła, prze­su­wa­jąc pal­cem po pie­czę­ci z mo­sią­dzu. – A.T. Ar­taud Ter­ra­no­va. To na­zwi­sko zna każdy w Are­tu­zie. Czło­nek Ka­pi­tu­ły. Nie­bez­piecz­ny gracz.

– Wi­dzisz – po­wie­dział wiedź­min. – Naj­więk­sze se­kre­ty nie leżą na szczy­cie wieży z kości sło­nio­wej ani w strze­żo­nych pod­zie­miach. Cza­sem wy­star­czy się o nie po­tknąć w za­ple­śnia­łej ja­ski­ni na skel­li­gij­skiej wy­spie.

W apar­ta­men­cie za­pa­no­wa­ła cisza, prze­ry­wa­na tylko bęb­nie­niem desz­czu o szyby. Ko­en­rad pa­trzył na Mar­ga­ri­tę, która w świe­tle świec wy­da­wa­ła się nie­re­al­na. Zbyt pięk­na dla mu­tan­ta. Jed­nak wie­dział, że do od­waż­nych świat na­le­ży, a rola bier­ne­go ob­ser­wa­to­ra jej urody znu­dzi­ła mu się osta­tecz­nie. Zbyt długo.

– Morał? – spy­ta­ła w końcu, uno­sząc kie­lich.

– Morał jest taki, że przy­pa­dek rzą­dzi nami bar­dziej niż magia. – W jego gło­sie po­ja­wi­ła się nie­pew­ność, rzad­ki gość w jego gar­dle. – A skoro już o przy­pad­kach mowa…

Za­wa­hał się. Mar­ga­ri­ta pa­trzy­ła wy­cze­ku­ją­co.

– Może… Może kie­dyś, gdyby los znów się wtrą­cił… – za­czął, ważąc słowa. – Spo­tka­my się tylko we dwoje? Bez ksiąg, bez misji, bez tru­po­ja­dów. Przy do­brym winie. I roz­mo­wie. I serze. Z Faroe.

Mar­ga­ri­ta nie wy­buch­nę­ła śmie­chem od razu. Przez chwi­lę mie­rzy­ła go wzro­kiem, w któ­rym chłód ustę­po­wał miej­sca cze­muś na kształt dra­pież­nej apro­ba­ty dla tej nowej, bez­czel­nej pew­no­ści sie­bie.

– Przy­pa­dek… – za­czę­ła wresz­cie, a jej oczy, za­zwy­czaj chłod­ne, na­bra­ły bla­sku. – Nie­któ­re przy­pad­ki warto spro­wo­ko­wać, wiedź­mi­nie. Wino bę­dzie od­po­wied­nie. A co do sera… – uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo. – Cóż, zo­ba­czy­my, czy po­tra­fisz być rów­nie zaj­mu­ją­cy bez księ­gi, o którą można roz­bić sobie usta.

Ko­en­rad wstał, a na­pię­cie mię­dzy nimi stało się gęste jak mgła na mo­cza­rach.

– Obie­cu­ję nie po­ty­kać się o meble. Chyba że bę­dzie to… tak­tycz­ne po­tknię­cie.

Mar­ga­ri­ta po­de­szła do niego. Się­ga­ła mu le­d­wie do ra­mie­nia. Mu­snę­ła pal­cem bli­znę na jego war­dze.

– Tak­tycz­ne po­tknię­cie? – szep­nę­ła. – Może na­stęp­nym razem po­cze­kam, aż się po­tkniesz… o mój próg.

 

***

 

Kilka miesięcy wcze­śniej.

 

W la­bo­ra­to­rium pa­no­wa­ła cisza, gęsta od pyłu i stra­chu.

– Stra­ty? – za­py­tał w końcu, gło­sem wy­pra­nym z emo­cji, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od pu­ste­go miej­sca.

Sługa, szary na twa­rzy jak po­piół, wstrzy­mał od­dech.

– Pra­cow­nia zruj­no­wa­na, mi­strzu. Alem­bi­ki, szkło…i Ta księ­ga. Nie­ste­ty.

Od­wró­cił się gwał­tow­nie, a poły jego szaty za­ło­po­ta­ły ni­czym skrzy­dła nie­to­pe­rza.

– Pisz list – rzu­cił w stro­nę sługi. – Do Stre­go­bo­ra.

 

 

 

Roz­dział I

 

28 marca 1254 r.

No­vi­grad, dziel­ni­ca por­to­wa.

 

Biuro Pan­krat­za Na­chta prze­siąk­nię­te było za­pa­chem suk­ce­su – wosku do pie­czę­ci, świe­że­go drew­na i do­bre­go, re­dań­skie­go wina. Na dę­bo­wym biur­ku, obok stosu map i ksiąg ra­chun­ko­wych, lśni­ły mo­sięż­ne przy­rzą­dy na­wi­ga­cyj­ne. To było biuro czło­wie­ka, który w końcu za­czął pra­co­wać na wła­sny ra­chu­nek. I na swo­ich za­sa­dach.

Ko­en­rad stał przy oknie, opar­ty o ścia­nę, w mil­cze­niu ob­ser­wu­jąc por­to­wy gwar. Jego spo­kój był jak tafla lodu na wzbu­rzo­nym morzu, któ­rym w tej chwi­li był Pan­kratz. Były na­jem­nik, kon­do­tier, wła­ści­ciel biz­ne­su ochro­niar­skie­go i nie tylko, mio­tał się po po­ko­ju, wy­ma­chu­jąc zmię­tym per­ga­mi­nem.

– Patrz no, kurwa, na to! – wark­nął, rzu­ca­jąc pa­pier na stół. – Po la­tach, po tym wszyst­kim, co dla nich zro­bi­łem… wy­sła­li mi kwit! Nawet nie list. Zwy­kły, je­ba­ny kwit z banku z do­pi­skiem: „Za­koń­cze­nie współ­pra­cy". Żad­ne­go dzię­ku­ję, nawet spier­da­laj. Nic! Jak­bym był zwy­kłym pa­rob­kiem, nie part­ne­rem!

Ko­en­rad od­wró­cił głowę. W bursz­ty­no­wych oczach wiedź­mi­na, jak zwy­kle prze­ni­kli­wych, nie było krzty emo­cji.

– Też do­sta­łem. Zdą­ży­łem użyć jako pod­pał­ki do ognia. Patrz na to ina­czej, Pan­kratz: za­pła­ci­li ci. Ca­łość, co do ko­ro­ny. Sam mó­wi­łeś, że wy­dę­bi­łeś z nich wię­cej, niż byli warci.

– Tu nie cho­dzi o ko­ro­ny, do cho­le­ry! – Pan­kratz grzmot­nął pię­ścią w stół, aż ka­ła­marz pod­sko­czył. – Cho­dzi o sza­cu­nek! Pa­mię­tasz tego poetę od sied­miu bo­le­ści, Bar­to­le­mo Krat­ze­na, co przy­lazł do mnie z tym swoim wspól­ni­kiem, Molt­zem? Ten drugi łajbę po babce odzie­dzi­czył i my­śle­li, że będą wiel­cy kupcy. Obie­ca­li mi złote góry. A ja, głupi, uwie­rzy­łem. Przez lata pil­no­wa­łem ich za­sra­nej „He­dwi­gi". A oni?

Za­milkł, twarz miał czer­wo­ną jak cegła.

– Jak tylko za­ro­bi­li tro­chę gro­szy, po­czu­li za­pach pie­nię­dzy, za­czę­li ciąć kosz­ty. Pa­mię­tasz tego dra­ka­ra pod Un­dvik? Mó­wi­łem, że trza cię wy­na­jąć, bo wokół wy­brze­ża roi się od syren. To ten no­vi­gradz­ki cen­tuś, Moltz, stwier­dził, że „wiedź­min to nie­po­trzeb­ny wy­da­tek". Z wła­snej kiesy cię wtedy wy­na­ją­łem! Każdą stra­tę zwa­la­li na mnie! Sztorm? Wina Pan­krat­za. Pi­ra­ci? Pan­kratz źle pil­no­wał. Jak­bym był ja­kimś ich chłyst­kiem do dźwi­ga­nia skrzyń, a nie tym, co zbu­do­wał ich in­te­res od pod­staw! Bo jak ina­czej to mam rzec?! Beze mnie i moich ludzi ten biz­nes by im się roz­le­ciał. Pa­mię­tasz, kurwa, że na każ­dym ich rej­sie pły­wa­łem jako ob­sta­wa z moimi chło­pa­ka­mi? Do­pie­ro póź­niej, gdy się do­ro­bi­łem, mo­głem zle­cać to lu­dziom albo wy­na­jąć cie­bie.

Ko­en­rad wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie ro­zu­miem, czemu się tym tru­jesz. Wie­dzia­łeś, że cię wy­ko­rzy­stu­ją i sam mi to mó­wi­łeś już pół roku temu. Zro­bi­łeś ostat­nio im rejs, za­żą­da­łeś za niego for­tu­ny, a oni za­pła­ci­li. Masz wła­sny in­te­res, masz pie­nią­dze. Wy­gra­łeś. Po co to dalej mie­lisz?

Pan­kratz spoj­rzał na niego, jakby tam­ten mówił w obcym ję­zy­ku.

– Nie ku­masz, Ko­en­rad? Bo to boli! – wy­rzu­cił z sie­bie. – Przez lata po­zwa­la­łem, by banda du­si­gro­szy trak­to­wa­ła mnie jak chło­pa do cięż­kiej ro­bo­ty! To mnie wkur­wia! A ty mi tu z lo­gi­ką wy­jeż­dżasz? Czy ty ro­zu­miesz, czym jest sza­cu­nek?

Ko­en­rad wes­tchnął.

– Bo ty się z nimi nie­po­trzeb­nie szar­pa­łeś o ja­kieś pier­do­ły zwią­za­ne z sza­cun­kiem. Oni nie byli warci przej­mo­wa­nia się o to. Ja też ich do­iłem – od­parł Ko­en­rad spo­koj­nie. – Sprze­da­łem im „wiedź­miń­ską gwa­ran­cję". Pła­ci­li co rejs za od­no­wie­nie cza­rów prze­ciw sy­re­nom na to­te­mach, które sam wy­stru­ga­łem na po­cze­ka­niu. Nie wie­dzie­li, że wy­star­czy­ło raz na kurs w jedną stro­nę prze­trzeć maszt albo dziób stat­ku mie­szan­ką gówna biesa i Bia­łej Mewy. Sy­re­ny się trzy­ma­ły z da­le­ka, a oni pła­ci­li jak za "ta­jem­ni­cze" wiedź­miń­skie czary. To naj­lep­szy in­te­res, jaki z nimi zro­bi­łem.

Pan­kratz za­mru­gał, a potem ryk­nął szcze­rym śmie­chem.

– Ty chy­try dra­niu! Wie­dzia­łem, że coś kom­bi­nu­jesz! – Po­krę­cił głową z po­dzi­wem. – Dobra, chę­do­żyć ich. Masz rację. Wy­gra­łem. A oni niech gniją. Ważne, że teraz gramy na swo­ich za­sa­dach. Uczci­wie. A skoro o tym mowa… mam dla cie­bie ro­bo­tę. Spodo­ba ci się. Pach­nie gro­szem. No i ma­ga­mi – znowu.

Ko­en­rad zmru­czył oczy.

– Znowu? My­śla­łem, że po ostat­niej akcji z tym al­che­mi­kiem z Oxen­fur­tu będę miał spo­kój od magów.

Pan­kratz za­śmiał się gar­dło­wo.

– Nie gadaj mi tu far­ma­zo­nów, Ko­en­rad. A sło­dziut­ka pa­nien­ka Mar­ga­ri­ta Laux… Kurwa, nigdy nie wy­po­wiem jej na­zwi­ska.

Ko­en­rad par­sk­nął krót­ko, bez uśmie­chu.

– Mar­ga­ri­ta Laux-An­til­le, jak wiesz, to ude­rza­ją­co pięk­na ko­bie­ta. Obec­nie kan­dy­dat­ka do funk­cji rek­to­ra Are­tu­zy. Aka­de­mii, gdzie szko­lą cza­ro­dziej­ki. Ja je­stem tylko pro­stym wiedź­mi­nem. Poza tym, ty masz żonę i dzie­ci, więc czemu cię to w ogóle ob­cho­dzi?

– A co, za­zdro­sny? Cie­kaw­y je­stem, ot co. A co do panny Mar­ga­ri­ty, weź się w końcu za nią Ko­en­rad. Za każ­dym razem przy roz­li­cze­niu za pil­no­wa­nie jej domu, do­sta­je post stric­tum "Pro­szę po­zdro­wić Ko­en­ra­da, panie Nacht". Nie ma zna­cze­nia, czy rek­tor­ka, czy król. Poza tym nikt nie każe ci się ob­rącz­ko­wać. Ale wziął­byś się w końcu za jakiś po­waż­ny zwią­zek, a ty wiecz­nie jeź­dzisz do tej sta­rej kurwy w Crey­den. A tej Margaricie, bę­dzie rok, jak ci o tym mó­wi­łem, że po­do­basz się jej. Ale mniej­sza z tym. Przejdź­my do kon­kre­tów. Masz nowe zle­ce­nie. Od bur­mi­strza Mirtu.

Ko­en­rad zmarsz­czył brwi.

– Mirt? Pierw­sza nie­for­mal­na sto­li­ca cza­ro­dzie­jów. Daw­niej na­zy­wa­ło się Mir­the. Nadal są tam ruiny ich grodu. Wiele lat temu Falka spa­li­ła tam Rad­mi­ra.

Pan­kratz po­chy­lił się nad biur­kiem.

– Co do cza­ro­dzie­jów – po­dob­no jakiś mag ostat­nio tam sie­dział. W sta­rej wieży, w tych ru­inach, co mó­wisz. Na­zy­wał się… Ar­mand Ter­ra­vi­ta, albo coś podobnego.

Ko­en­rad prze­wró­cił ocza­mi.

– Ar­taud Ter­ra­no­va – po­pra­wił go niczym ucznia.

– Jeden pies! – prych­nął Pan­kratz. – Ważne, że płacą. Ponoć wy­pro­wa­dził się pół roku temu. I wtedy się za­czę­ło.

– Co do­kład­nie?

– Naj­pierw dziw­ne świa­tła, huki i wrza­ski. Jakiś cie­kaw­ski chłop z oko­licz­nych farm się tam wła­do­wał – zna­le­zio­no go na­stęp­ne­go dnia roz­szar­pa­ne­go. Znaj­do­wa­no ko­lej­nych. Z tego co wiem, na­tra­fio­no nawet na mar­twe­go dzie­cia­ka, który za­pu­ścił się do ruin. Lu­dzie boją się wy­cho­dzić z cha­łup. Mówią o de­mo­nicz­nych psach, o stwo­rach po­dob­nych do kóz. Ga­da­ją, że wy­glą­da­ją niczym dia­bły na czte­rech ła­pach.

Ko­en­rad za­my­ślił się.

– Może Bar­ghe­sty? Dziw­ne… Rzad­ko pod­cho­dzą tak bli­sko domów. Zwy­kle trzy­ma­ją się cmen­ta­rzy i miejsc na­zna­czo­nych klą­twą. Coś tu nie gra.

– No wła­śnie. Dla­te­go po­trze­bu­ją wiedź­mi­na. Naj­le­piej, żebyś po­je­chał i spraw­dził. Oczy­wi­ście po­wiesz od kogo.

– A ile płacą? – spy­tał Ko­en­rad.

– Ty­siąc koron. Część w ore­nach, bo wy­mie­nić mi się opła­ca. Ale nie przej­muj się, wiem gdzie do­brze sprze­dać je z zy­skiem. Umowa jest taka: dzie­więć­set dla cie­bie, sto dla mnie. Oczy­wi­ście mó­wi­my o ko­ro­nach.

Ko­en­rad pod­szedł do biur­ka i oparł dło­nie o blat. Jego wzrok spo­czął na mapie, na małym punk­cie ozna­cza­ją­cym Mirt.

– Wieża, mag, który się wy­pro­wa­dził, a potem po­ja­wi­ły się po­two­ry… To pew­nie po­zo­sta­łość sta­re­go zamku, gdzie cza­ro­dzie­je re­zy­do­wa­li sto lat temu. Nigdy tam nie byłem. Wy­da­wa­ło mi się, że po Re­be­lii Falki nic nie zo­sta­ło. Do­brze by­ło­by skon­tak­to­wać się z Mar­ga­ri­tą, ale nie będę jej o to pro­sił. Teraz ma wy­kła­dy na Are­tu­zie. A ja nie mam me­ga­sko­pu, by się z nią skon­tak­to­wać.

Pan­kratz uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– No to jedź, Gry­fie. Zo­bacz, co tam na­wa­rzył ten cały Ter­ra­no­va. I pa­mię­taj – Pan­kratz Nacht za­wsze ma dla cie­bie ro­bo­tę. Roz­li­cza­my się jak zwy­kle. Bur­mistrz płaci mi, a ty do­sta­jesz pie­nią­dze u Cian­fa­nel­lich, ty­dzień po ro­bo­cie.

– Nie my­śla­łeś prze­nieść się do Vi­val­dich? Wi­dzia­łem pla­ka­ty, że ofe­ru­ją do­dat­ko­we opro­cen­to­wa­nie za trzy­ma­nie u nich fun­du­szy.

– Zło­dziej­stwo, mówię ci – prych­nął Pan­kratz. – Praw­da jest taka, że in­we­stu­ją swoje pie­nią­dze w kru­szec. Śmier­dzi mi to na ki­lo­metr. Ale może wezmę to pod uwagę.

Ko­en­rad wziął głę­bo­ki od­dech i wró­cił do te­ma­tu.

– Niech ci bę­dzie. Po­ja­dę do Mirtu. Za­wsze chcia­łem zba­dać ruiny, w któ­rych two­rzy­ła się pierw­sza Ka­pi­tu­ła i po­rzą­dek, jaki znamy.

 

 

 

Roz­dział II

 

7 kwiet­nia 1254 r.

Mirt, Re­da­nia.

 

Brama stała otwo­rem, ale w jej wnę­trzu, pod ka­mien­nym łu­kiem, cze­ka­ła straż­ni­cza kon­tro­la – dwóch zbroj­nych, żywy dowód na to, że żadna re­dań­ska ad­mi­ni­stra­cja nie prze­pu­ści oka­zji, by skom­li­ko­wać rzecz pro­stą. Za­trzy­my­wa­li każ­de­go, bo tak na­ka­zy­wa­ła pro­ce­du­ra, a pro­ce­du­ra była tu waż­niej­sza niż sens.

Ko­en­rad ścią­gnął wodze.

– Na­zwi­sko, cel i fach – wy­re­cy­to­wał, mru­żąc oczy. – I glejt, jeśli łaska. Bo na gębę to ja mogę i kró­lem się ogło­sić.

– Ko­en­rad. Wiedź­min. – Ko­en­rad wska­zał na me­da­lion. – To znak ce­cho­wy.

– Wiedź­min? – Straż­nik skrzy­wił się, niczym po zgryzieniu cytryny. – A glejt na to jest? Bo ten bla­sza­ny wi­sio­rek to ja psu na budę mogę przy­bić. Pro­ce­du­ra to pro­ce­du­ra, bez pie­czę­ci ani rusz…

– Za­nie­chaj, Miesz­ko, boś głupi jak but z lewej nogi – prze­rwał mu chra­pli­wy głos.

Z cie­nia war­tow­ni wy­ło­nił się star­szy sier­żant o wąsie tak su­mia­stym, że zda­wał się mieć wła­sną oso­bo­wość. Splu­nął so­czy­ście pod ko­py­ta konia i ski­nął głową przy­by­szo­wi.

– Nie wi­dzisz tych kocich oczu? Mie­czy dwóch? Nie ner­wuj­cie, mi­strzu. Młody jest. Sier­żant Ulbert, do usług. Cze­ka­li­śmy na was, panie. Bur­mistrz Vo­sha­gen kazał wy­pa­try­wać.

– A pre­fekt? – za­py­tał chłod­no Ko­en­rad, igno­ru­jąc skon­fun­do­wa­ne­go mło­dzi­ka. – Z nim też roz­mó­wić się mia­łem.

Sier­żant po­krę­cił głową i zdjął hełm, prze­cie­ra­jąc spo­co­ne czoło.

– Pre­fek­to­wi już wszyst­ko jedno. Czer­won­ka, panie. Sracz­ka go wzię­ła okrut­na, ty­dzień temu go wy­krę­ci­ło, a wczo­raj ducha wy­zio­nął. Przy­kra spra­wa, ale przy­naj­mniej szyb­ka. Do ra­tu­sza jedź­cie, do Vo­sha­ge­na. On teraz sam ten cały baj­zel trzy­ma.

Gdy brama zgrzyt­nę­ła za nim, za­my­ka­na przez wciąż mam­ro­czą­ce­go pod nosem Miesz­ka, gród Mirt zda­wał się wstrzy­my­wać dech. Pro­wa­dząc konia stępa, wiedź­min ru­szył w stro­nę cen­trum. Ulicz­ki nie tęt­ni­ły ży­ciem, jak to miało miej­sce w No­vi­gra­dzie czy Oxen­fur­cie; okien­ni­ce były prze­waż­nie po­za­my­ka­ne na głu­cho, a zza ry­glo­wa­nych wrót sły­chać było je­dy­nie przy­tłu­mio­ne szep­ty. Ko­en­rad od razu za­uwa­żył, że śmierć pre­fek­ta nie była je­dy­nym zmar­twie­niem mia­sta – wzmo­żo­ne pa­tro­le krą­ży­ły ner­wo­wo, a lu­dzie prze­my­ka­li pod ścia­na­mi niczym cie­nie.

Do­pie­ro przy rynku było tro­chę bar­dziej gwar­no. Jakaś mieszcz­ka ku­po­wa­ła mąkę, gdzieś ba­wi­ły się dzie­ci, które jed­nak na jego widok umil­kły i skry­ły się za mat­czy­ną spód­ni­cą. Kil­ka­na­ście par oczu śle­dzi­ło go z mie­sza­ni­ną stra­chu i na­dziei. Był nie­mal pewny, że usły­szał szept: „O, wiedź­mi­na w końcu na­ję­li.”.

Przed ra­tu­szem, na ławie przy drzwiach, sie­dzia­ło dwóch straż­ni­ków z mi­na­mi ludzi, któ­rzy dawno za­po­mnie­li, czym jest en­tu­zjazm. Wi­dząc wiedź­mi­na, mi­mo­wol­nie wsta­li i wy­pro­sto­wa­li się, opie­ra­jąc o ha­la­bar­dy. Ko­en­rad pod­szedł do drew­nia­nej po­rę­czy, wy­bie­ra­jąc wolny słu­pek.

– A gdzie to, wiedź­ma­ku? – wark­nął jeden ze straż­ni­ków, ru­do­wło­sy, gło­sem znisz­czo­nym przez tani al­ko­hol. – Takim jak ty nie wolno tu konia zo­sta­wiać.

– Wszyst­kie inne miej­sca są za­ję­te – od­parł spo­koj­nie Ko­en­rad, wska­zu­jąc na kilka wierz­chow­ców przy in­nych słup­kach. – Gdzie w takim razie mam go zo­sta­wić?

– A gdzie? – Straż­nik splu­nął. – Trza było wczo­raj w ra­tu­szu się zgła­szać, że koń tu bę­dzie stał. To miej­sca dla bur­mi­strza ludzi. Zna­czy się dla re­jen­tów róż­no­ra­kich i ase… so… no wie­cie. – Za­wa­hał się, szu­ka­jąc słowa. – Tych co tu ro­bo­tę robią. Trze­ba mieć, ten, no… Ob­sta­…No kurwa żesz! Za­mó­wić dzień wcze­śniej trza!

Ko­en­rad wes­tchnął z re­zy­gna­cją. – Ob­sta­lu­nek na po­stój dla konia? – po­wtó­rzył po­wo­li. – Na bra­mie sły­sza­łem, że pre­fekt zszedł na czer­won­kę, w mie­ście gra­su­ją de­mo­ny, lu­dzie giną, a wy pil­nu­je­cie, żeby nikt bur­mi­strzo­wi miej­sca przy słup­ku nie zajął? Przy­je­cha­łem na jego we­zwa­nie. Je­stem wiedź­mi­nem i za­mie­rzam roz­wią­zać wasz pro­blem z po­two­ra­mi, a nie de­ba­to­wać nad lo­gi­sty­ką par­ko­wa­nia.

– Wiedź­min, srydź­min! – prych­nął straż­nik, pro­stu­jąc się. – Prze­pi­sy to prze­pi­sy! Konia brać i do staj­ni miej­skiej pro­wa­dzić!

W tym mo­men­cie drzwi ra­tu­sza otwo­rzy­ły się ze skrzy­pie­niem. Uka­zał się niski, krępy męż­czy­zna z pur­pu­ro­wą od zde­ner­wo­wa­nia twa­rzą, lśnią­cą od potu. Na gło­wie nosił nieco gro­te­sko­wo wy­glą­da­ją­cy nie­bie­ski sza­pe­ron.

– Na bogów, co to za ha­ła­sy?! Wiedź­min! To wy! Wresz­cie! – Twarz męż­czy­zny roz­ja­śnił wyraz ulgi. – Igno­ruj­cie tych bał­wa­nów, panie. O, przed­sta­wię się na­le­ży­cie – ner­wo­wo po­trzą­snął rękę wiedź­mi­na – Hu­bert Vo­sha­gen. Pro­szę, przy­wiąż­cie konia tutaj, na moim miej­scu. Na moim! – wska­zał na naj­bliż­szy słu­pek. – Chodź­my na górę.

Straż­ni­cy zble­dli. Ko­en­rad, nie ko­men­tu­jąc, przy­wią­zał konia i ru­szył za bur­mi­strzem do środ­ka. Ga­bi­net bur­mi­strza Vo­sha­ge­na był miej­scem, w któ­rym pa­no­wał ten szcze­gól­ny ro­dzaj cha­osu, jaki można ob­ser­wo­wać je­dy­nie u ludzi prze­ko­na­nych o wła­snej nie­omyl­no­ści. Stosy per­ga­mi­nów pię­trzy­ły się niczym for­ty­fi­ka­cje, gro­żąc za­wa­le­niem.

Za mniej­szym biur­kiem sie­dzia­ła ko­bie­ta w sile wieku, o twa­rzy wręcz wy­ku­tej z ka­mie­nia. Miała w sobie tę su­ro­wą urodę urzęd­ni­czek, które całe życie spę­dzi­ły na pil­no­wa­niu, by nikt nie ukradł gro­sza z miej­skiej kasy. Jej pióro skrzy­pia­ło nie­mi­ło­sier­nie, jakby pro­te­sto­wa­ło prze­ciw li­cze­niu cu­dzych pie­nię­dzy. Bur­mistrz opadł na krze­sło, które za­stę­ka­ło z dez­apro­ba­tą.

– To jest ase­sor­ka Do­bra­wa – mach­nął ręką w stro­nę ko­bie­ty, która le­d­wie ski­nę­ła głową, nie prze­ry­wa­jąc pi­sa­nia. – Pro­wa­dzi miej­skie fi­nan­se i… cóż, wszyst­ko inne, co wy­ma­ga po­rząd­ku. Bez niej to mia­sto roz­pa­dło­by się w ty­dzień, zwłasz­cza teraz, gdy pre­fek­ta za­bra­kło.

– Ko­en­rad z Mirtu – przed­sta­wił się wiedź­min, lekko kła­nia­jąc się w stro­nę ko­bie­ty. – Wiedź­min z cechu Gryfa.

Ase­sor­ka wresz­cie ode­rwa­ła wzrok od ksiąg, wsta­ła i od­po­wie­dzia­ła ukło­nem. I do­pie­ro wtedy, gdy się wy­pro­sto­wa­ła, Ko­en­rad mi­mo­wol­nie za­uwa­żył, że na­tu­ra ob­da­rzy­ła ją kształ­ta­mi, któ­rych nie po­wsty­dzi­ła­by się nie­jed­na ko­bie­ta trud­nią­ca się naj­słyn­niej­szym ulicz­nym za­wo­dem – tyle że za­miast je eks­po­no­wać, no­si­ła je jak prze­kleń­stwo, za­pię­ta po szyję w gra­na­to­wą suk­nię. Przez mo­ment ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły – jej chłod­ne, oce­nia­ją­ce, jego obo­jęt­ne. Usia­dła z po­wro­tem, lecz jej pióro za­wi­sło nad per­ga­mi­nem. Cze­ka­ła.

– Panie wiedź­mi­nie – za­czął bur­mistrz, a głos mu drżał niczym ga­la­re­ta – sy­tu­acja jest… jakby to rzec… że też mi słowa w gębie puch­ną… Ka­ta­stro­fal­na.

– Może od po­cząt­ku – pod­su­nął Ko­en­rad, sia­da­jąc. Wy­do­był z kie­sze­ni nie­wiel­ki no­tat­nik opra­wio­ny w ciem­ną, chro­po­wa­tą skórę oraz rysik. Otwo­rzył go na czy­stej stro­nie, gotów no­to­wać. – Co do­kład­nie się dzie­je? Kon­kre­tów po­trze­bu­ję.

Hu­bert prze­łknął ślinę.

– Otóż to, miesz­kał tu cza­ro­dziej. Ar­taud Ter­ra­no­va się zwał. Rok z okła­dem tu bawił. Naj­pierw w wy­naj­mo­wa­nym domu na Rze­mieśl­ni­czej, przy­zwo­icie pła­cił, nikt skar­gi nie miał. A potem, panie, prze­niósł się do sta­rej wieży, do tych ruin po daw­nym gro­dzie. Mówił, że tam le­piej mu się pra­cu­je nad… ba­da­nia­mi. Coś o ko­niunk­cjach sfer pra­wił, o ta­jem­ni­cach dla dobra ludz­ko­ści. Ty­po­we cza­ro­dziej­skie bred­nie, co to zwy­kły człek pojąć nie może, a i poj­mo­wać nie chce.

– A potem?

– A potem, mi­strzu wiedź­mi­nie, pół roku temu jak ręką odjął – znik­nął. Bez słowa, bez po­że­gna­nia. Jakby go zie­mia po­chło­nę­ła albo dia­bli wzię­li. Jego sługa, taki wy­fio­ko­wa­ny szcze­niak z Oxen­fur­tu, przy­szedł rano do wieży – pusto. Wszyst­ko po­roz­rzu­ca­ne, co wska­zy­wa­ło na po­śpiech. Ni listu, ni wie­ści.

Do­bra­wa odło­ży­ła pióro z wes­tchnie­niem.

– I wtedy, na złość, za­czę­ły się te… ma­ni­fe­sta­cje. Tak to w ak­tach miej­skich za­pi­sa­łam.

– Jakie ma­ni­fe­sta­cje? – Ko­en­rad po­chy­lił się. – Mów­cie ja­śniej, bo nie mam czasu na zga­dy­wan­ki.

– Świa­tła w wieży – szep­nął Vo­sha­gen, zni­ża­jąc głos z obawy, że ktoś może pod­słu­chi­wać. Za­czął sku­bać man­kiet ka­fta­na, zo­sta­wia­jąc na nim nitki. – Fio­le­to­we jak flaki to­piel­ca, nie­bie­skie jak twarz wi­siel­ca, czer­wo­ne jak krew dzie­wi­cy. I dźwię­ki, mi­strzu, dźwię­ki! Jakby pio­run walił w ko­wa­dło, a ko­wa­dłem było samo niebo. Lu­dzie za­czę­li omi­jać to miej­sce sze­ro­kim łu­kiem. A potem… po­ja­wi­ły się trupy.

– Ile ofiar?

– Trzy, mi­strzu Ko­en­ra­dzie. Pierw­sza na far­mie Ger­har­da, syn go­spo­da­rza. Chłop jak dąb, a roz­szar­pa­ny jakby jakiś wą­pierz albo strzy­gon się do niego do­brał. Druga i trze­cia po­dob­nież. Ale dziw­ne to było, mi­strzu wiedź­mi­nie, bo przy tru­pach… – urwał, szu­ka­jąc słów.

– No! – po­go­nił go wiedź­min. – Nie będę was za język cią­gnął.

– Szron był. W maju, mi­strzu! Jakby zima przy­szła tylko po to, by kogoś za­brać. I za­pach… me­ta­licz­ny taki, słod­ka­wy. Mdlą­cy. Niczym ktoś wę­giel z łaj­nem zmie­szał i pod­grzał.

Ko­en­rad ski­nął głową. Znał ten za­pach. I by­naj­mniej, nie był to za­pach węgla z łaj­nem.

– To wszyst­kie ofia­ry? – za­py­tał, no­tu­jąc. – Trzy?

Bur­mistrz Vo­sha­gen za­czął ner­wo­wo gła­dzić brodę.

– Nie, mi­strzu wiedź­mi­nie. Była jesz­cze czwar­ta. Naj­śwież­sza. Przed trze­ma dnia­mi. Złot­nik Hie­ro­nim. Są­sie­dzi sły­sze­li krzy­ki i łomot, więc po­wia­do­mi­li stra­że. Gdy przy­by­li­śmy… warsz­tat był zde­mo­lo­wa­ny, a Hie­ro­nim w kącie. Wy­su­szo­ny niczym trup. I znów ten szron, ten za­pach.

– Coś zgi­nę­ło z warsz­ta­tu?

– A skąd­że mamy wie­dzieć? – Hu­bert Vo­sha­gen roz­ło­żył ręce. – Nie pro­wa­dzi­li­śmy in­wen­ta­rza ma­jęt­no­ści złot­ni­czej. Wszyst­ko było po­roz­rzu­ca­ne jak po jar­mar­ku. Może coś znik­nę­ło, może nie. Dia­bli wie­dzą.

Ko­en­rad za­sta­no­wił się.

– Dom, gdzie miesz­kał Ter­ra­no­va. Macie klu­cze?

– Są w de­po­zy­cie – ode­zwa­ła się Do­bra­wa, nie pod­no­sząc wzro­ku znad per­ga­mi­nu. – Ska­ta­lo­go­wa­ne pod siedem przez pięć. Mie­nie po­rzu­co­ne.

Podeszła do wielkiej szafy i sięgnęła do szuflady biurka, wyjmując ciężki, żelazny klucz, po czym położyła go na blacie z głuchym stuknięciem.

– Nikt tam nie zagląda, mistrzu wiedźminie – dodała cierpko. – Strażnicy twierdzą, że w domu straszy.

– Prze­klę­ty, zna­czy się! – wtrą­cił Hu­bert, ocie­ra­jąc czoło wierz­chem dłoni. – Że duchy tam cho­dzą, a meble same tańce od­pra­wia­ją!

– Chcę go zo­ba­czyć. Teraz.

– Teraz? Ale słoń­ce już ku za­cho­do­wi… Może jutro? A wtedy one…

– Teraz – po­wtó­rzył wiedź­min tonem nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu, za­my­ka­jąc no­tat­nik z ci­chym klap­nię­ciem. – Im dłu­żej cze­ka­my, tym ludzi wię­cej może zgi­nąć. A ja nie przy­je­cha­łem tu trupy li­czyć, lecz pro­blem roz­wią­zać.

Chwi­lę póź­niej stali przed za­nie­dba­ną ka­mie­ni­cą. Bur­mistrz z tru­dem otwo­rzył za­rdze­wia­łe drzwi. W środ­ku cuch­nę­ło stę­chli­zną i ze­psu­ty­mi de­kok­ta­mi. Ko­en­rad wszedł, jego zmy­sły w peł­nej go­to­wo­ści. Hu­bert i Do­bra­wa zo­sta­li w progu. W po­wie­trzu czuć było ozon – ślad te­le­por­ta­cji. W głów­nej izbie me­da­lion za­czął lekko drżeć. Drga­nia na­si­la­ły się w jed­nym z kątów, gdzie były stare dę­bo­we deski. Ko­en­rad uklęk­nął, prze­su­nął dło­nią po drew­nie. Jedna deska była ob­lu­zo­wa­na. Pod­wa­żył ją szty­le­tem.

W skryt­ce le­ża­ło ak­sa­mit­ne za­wi­niąt­ko. Roz­wi­nął je ostroż­nie. We­wnątrz – mlecz­no­bia­ły klej­not pul­su­ją­cy sła­bym świa­tłem. Gdy go do­tknął, po­czuł mro­wie­nie ma­gicz­nej ener­gii.

– Zna­la­złem powód – rzekł, wsta­jąc. – Po­twór nie przy­szedł zabić złot­ni­ka. Przy­szedł po to. – Po­ka­zał klej­not. – Teraz do wieży iść muszę.

– A jakiż to potwór, mi­strzu wiedź­mi­nie, mógł przyjść po jakieś świecidełko? – ode­zwał się Hu­bert, za­my­ka­jąc drzwi na klucz. – A co z tym sługą Ter­ra­no­vy? Ten szcze­niak z Oxen­fur­tu? Pew­nie uciekł gdzie pieprz ro­śnie, ale może warto…

– Uciekł? – Ko­en­rad zmarsz­czył brwi. – Gdzie teraz jest?

– A bo to był taki mło­kos, Ja­siek się zwał, nie, cze­kaj­cie, Jarek… Jakub! Tak, Jakub. Gdy zo­ba­czył, że mi­strza nie ma, to naj­pierw bie­gał po mie­ście jak kot z pę­che­rzem, pytał wszyst­kich, czy nie wi­dzie­li…

Ko­en­rad jed­nak prze­stał słu­chać. Jego wzrok po­wę­dro­wał w górę, przy­cią­gnię­ty in­stynk­tem. Na ko­mi­nie dwa domy dalej sie­dzia­ła wiel­ka sowa. Jej nie­ska­zi­tel­ne upie­rze­nie wska­zy­wa­ło na sowę śnież­ną, która tak da­le­ko na po­łu­dnie zwy­kła się nie za­pusz­czać. Pa­trzy­ła pro­sto na niego zło­ty­mi ocza­mi, w któ­rych tliło się coś nie­po­ko­ją­co ludz­kie­go. Przez mo­ment ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły.

– …a potem po­je­chał do Oxen­fur­tu, bo mówił, że tam ma ro­dzi­nę – koń­czył Vo­sha­gen, nie­świa­do­my, że wiedź­min go nie słu­cha.

Sowa prze­krzy­wi­ła głowę w spo­sób, który u zwy­kłej sowy byłby na­tu­ral­ny, ale u tej wy­da­wał się… prze­my­śla­ny. Jakby oce­nia­ła. Jakby kal­ku­lo­wa­ła. Gdy Ko­en­rad zro­bił krok w jej stro­nę, bez naj­mniej­sze­go szme­ru roz­po­star­ła skrzy­dła, więk­sze niż po­win­ny być u ja­kiej­kol­wiek sowy, i od­fru­nę­ła, zni­ka­jąc za da­chem z gra­cją, która nie na­le­ża­ła do tego świa­ta.

– Wiedź­mi­nie? – Hu­bert spoj­rzał w tym samym kie­run­ku, ale zo­ba­czył tylko puste niebo. – Coś nie tak?

– Nie – skła­mał Ko­en­rad. – Nic. Pan­kratz wspo­mi­nał, że opła­cił mi izbę w karcz­mie.

– A, tak, tak! W „Ba­ry­łecz­ce”! – oży­wił się bur­mistrz. – Przy rynku, nie mo­że­cie chy­bić. Pokój czeka, opła­co­ny z góry, z wy­ży­wie­niem. Tylko… skończ­cie to, mi­strzu wiedź­mi­nie. Mirt już nie wy­trzy­ma.

– Zro­bię co w mojej mocy – od­parł Ko­en­rad. – Wasz cza­ro­dziej naj­wy­raź­niej przy­zwał coś, czego nie po­wi­nien. Jak to mają w zwy­cza­ju – eks­pe­ry­men­tu­ją, a inni płacą cenę.

Słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi. Zo­sta­wił bur­mi­strza i ru­szył przez rynek.

 

 

Roz­dział III

 

W karcz­mie „Ba­ry­łecz­ka" cuch­nę­ło, co w przy­byt­kach takiej ka­te­go­rii o tej porze dnia dzi­wić nie mogło, a wręcz sta­no­wi­ło ele­ment lo­kal­ne­go ko­lo­ry­tu. W owej swo­istej sym­fo­nii za­pa­chów do­mi­no­wa­ła nuta zwie­trza­łe­go piwa i ludz­kie­go potu. Gwar, gęsty i lepki, ude­rzył w Ko­en­ra­da ni­czym fi­zycz­na za­sło­na. Wiedź­min omiótł wzro­kiem salę, in­stynk­tow­nie szu­ka­jąc stra­te­gicz­ne­go punk­tu, gdzie plecy chro­nił­by lity mur, a oczy mia­ły­by pod­gląd na cały te­atrzyk.

Był tylko jeden taki stół. I był, rzecz jasna, za­ję­ty.

Zaj­mo­wał go sa­mot­ny elf, nie­ru­cho­my ni­czym wy­rzeź­bio­ny w dębie posąg, kon­tem­plu­ją­cy dno pu­ste­go kufla. Miał ostre rysy Aen Se­idhe i oczy, które wi­dzia­ły zbyt wiele, by byle co mogło je zdzi­wić. Ko­en­rad pod­szedł, nie spusz­cza­jąc z oka resz­ty sali.

– Wolne? – rzu­cił krót­ko, tonem, który nie do­pusz­czał dys­ku­sji.

Elf le­ni­wie pod­niósł wzrok, mie­rząc wiedź­mi­na z chłod­ną obo­jęt­no­ścią. Me­da­lion Gryfa. Bli­zny. Pio­no­we źre­ni­ce, bursz­ty­no­we oczy. Wzru­szył ra­mio­na­mi, co w tej mowie ciała ucho­dzi­ło za szczyt wy­lew­nej apro­ba­ty.

Ko­en­rad usiadł. Ski­nął na szyn­kar­kę, która od­po­wie­dzia­ła mu spoj­rze­niem i le­d­wie do­strze­gal­nym ru­chem głowy. Spo­kój nie trwał jed­nak długo.

– Ej, szpi­cza­sto­uchy – ode­zwał się ktoś z tłumu gło­sem cięż­kim od al­ko­ho­lu i pew­no­ści sie­bie. – To nie jest miej­sce dla cie­bie. A gdzie twój kufel?

Wol­nym kro­kiem pod­szedł do nich męż­czy­zna, lekko się za­ta­cza­jąc.

Ka­ftan roz­cheł­sta­ny pod szyją, pas z mie­czem po­lu­zo­wa­ny, po­licz­ki czer­wo­ne, a spoj­rze­nie to cha­rak­te­ry­stycz­ne po­łą­cze­nie nudy i po­gar­dy, które rodzi się tylko u ludzi prze­ko­na­nych, że prawo noszą przy bio­drze razem ze stalą i ku­flem w ręku. Straż­nik miej­ski stał nad nimi roz­par­ty, z rę­ka­mi opar­ty­mi o pas.

– U nas w Mirt łow­czym jest się z nada­nia rady i stra­ży – cią­gnął, na­chy­la­jąc się bli­żej, aż po­czuć było kwa­śny od­dech. – Po­rząd­ni lu­dzie pil­nu­ją po­rząd­ku. Nie tacy jak ty. Ze dłu­gi­mi usza­mi i cu­dzy­mi zwy­cza­ja­mi.

Upił łyk piwa. Elf słu­chał.

– Wiesz, ilu chło­pa czeka na ten wakat? – dodał. – Ta­kich, co tu się uro­dzi­li, po­dat­ki płacą i nie plują na piwo. A ty sie­dzisz, chuja ro­bisz i jesz­cze żołd bie­rzesz. Czas, żebyś grzecz­nie wy­pier­da­lał z Mirt.

Elf nawet nie drgnął. Spoj­rzał na straż­ni­ka tak, jak pro­fe­sor z Aka­de­mii Oxen­furc­kiej pa­trzy na wy­jąt­ko­wo po­spo­li­ty okaz chrząsz­cza gno­ja­rza.

– Po pierw­sze, tylko zwil­żam usta, gdyż go­rzał­ka za­tru­wa umysł. – Od­parł gło­sem gład­kim i zim­nym ni­czym tafla lodu. ​– Po dru­gie, łow­czym zo­sta­łem, le­gal­nie, bo żem do kon­kur­su na sta­no­wi­sko przy­stą­pił. A po trze­cie… – za­wie­sił głos na uła­mek se­kun­dy. – ów wakat, o któ­rym ple­ciesz, ist­nie­je tylko w two­jej wy­obraź­ni. Tamże, gdzie lę­gnie się twoja, pożal się bo­go­wie, zro­dzo­na z al­ko­ho­lu od­wa­ga.

– Ty… ty usza­ty skur­wy­sy­nu! – Straż­nik pod­niósł się cięż­ko, chwie­jąc się, i zła­pał za rę­ko­jeść mie­cza. – Mnie tu bę­dziesz…

Wiedź­min oce­nił sy­tu­ację w mgnie­niu oka. Stan emo­cjo­nal­ny draba, sty­mu­lo­wa­ny pod­łym piwem i ura­żo­ną dumą, osią­gnął punkt kry­tycz­ny. Z dru­giej stro­ny, palce po­zor­nie opa­no­we­go elfa drgnę­ły w kie­run­ku, gdzie pod tu­ni­ką z pew­no­ścią spo­czy­wa­ło na­rzę­dzie do pusz­cza­nia krwi.

Ko­en­rad wstał.

– Panie straż­ni­ku – ode­zwał się spo­koj­nie. – Daj­cie spo­kój. Sza­now­ny… elf wła­śnie wspo­mi­nał, że musi się prze­wie­trzyć. Praw­da? – rzu­cił krót­ko do elfa, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od czło­wie­ka.

Straż­nik prze­niósł mętny wzrok na Ko­en­ra­da. W końcu do­strzegł me­da­lion.

– A tyś co za jeden? – wy­char­czał, mru­żąc za­łza­wio­ne śle­pia. – Obroń­ca jego? Wiedź­min… – 

Za­milkł, a w męt­nych oczach bły­snę­ło nagłe roz­po­zna­nie. Zbladł. 

– Cze­kaj no… Znam cię. Z Velen cię znam. Ptaka masz w me­da­lio­nie… Tyś jest ten prze­klę­ty Ko­en­rad! Upiór z Velen! Ten, co to tuzin chło­pa wy­rżnął, wli­cza­jąc w to mego ku­zy­na, któ­re­go, świeć Me­li­te­le nad jego duszą, do pia­chu przez cie­bie kła­dli!

W karcz­mie za­pa­dła cisza. Gęsta, lepka, cięż­ka od stra­chu. Sły­chać było tylko ska­pu­ją­ce ze stołu piwo. Kro­pla po kro­pli, jak upły­wa­ją­cy czas przed eg­ze­ku­cją.

Ko­en­rad, choć przy­wykł już do tego nie­chlub­ne­go ty­tu­łu, to jed­nak za każ­dym razem czuł, jakby ktoś na nowo wy­pa­lał na nim to pięt­no, które otrzy­mał tam­te­go dnia.

Tak też było tym razem.

Zanim jed­nak pijak zdą­żył splu­nąć, a Ko­en­rad za­re­ago­wać, do stołu pod­szedł inny straż­nik. Ten był trzeź­wy i wy­glą­dał na tego sa­me­go wą­sa­te­go sier­żan­ta, który skon­tro­lo­wał go przy bra­mie.

– Dość, Gniew­ko– wark­nął, kła­dąc cięż­ką dłoń na ra­mie­niu pod­wład­ne­go. – Za dużo wy­pi­łeś. Baba na cie­bie czeka, zdaje się, że lada chwi­la ro­dzić bę­dzie. Wy­no­cha do cha­łu­py, ale już!

– Ale, sier­żan­cie… to on! – beł­ko­tał Gniew­ko, wciąż wska­zu­jąc na wiedź­mi­na. – Ten Upiór…

– Rze­kłem: wy­no­cha! – ofi­cer po­pchnął go mocno w stro­nę wyj­ścia. Gdy pi­ja­ny straż­nik znik­nął za drzwia­mi, sier­żant od­wró­cił się do Ko­en­ra­da. Ski­nął głową sztyw­no, z mie­sza­ni­ną stra­chu i wy­mu­szo­ne­go sza­cun­ku. – Mistrz Ko­en­rad, jak pa­mię­tam. Bur­mistrz uprze­dzał o wa­szym przy­by­ciu. Macie im­mu­ni­tet. Pro­szę wy­ba­czyć mo­je­mu czło­wie­ko­wi.

Ko­en­rad ski­nął głową. Sier­żant od­szedł bez słowa. Gwar po­wo­li wra­cał, choć już ci­szej, pod­szy­ty szep­ta­mi i lę­kiem.

Aen Sie­dhe przy­glą­dał się wiedź­mi­no­wi spod przy­mru­żo­nych po­wiek.

– „Upiór z Velen" – mruk­nął. – Mocne. Ale ten przy­wi­lej od bur­mi­strza też ni­cze­go sobie.

Ko­en­rad po­wo­li roz­luź­nił chwyt na mie­czu, po­zwa­la­jąc sobie na krót­ki, gorz­ki gry­mas ma­ją­cy imi­to­wać uśmiech.

– Zga­dza się. Tyle że ma ogra­ni­czo­ny czas obo­wią­zy­wa­nia. Bę­dzie dzia­łać, póki pro­ble­mu bur­mi­strza nie roz­wią­że. A re­pu­ta­cja… re­pu­ta­cja to gówno, które do butów przy­wie­ra i przez całe życie za tobą kro­czy. Tak jak mój przy­do­mek, który wła­śnie przed chwi­lą po­zna­łeś.

– Po­do­ba mi się twoja fi­lo­zo­fia – od­parł elf. – Lud za­wsze po­trze­bu­je po­two­ra. Kie­dyś my. Teraz wy.

– W grun­cie rze­czy masz rację – mruk­nął Ko­en­rad. – Isto­ty ro­zum­ne, czy to lu­dzie, elfy, czy kra­sno­lu­dy, za­wsze po­trze­bu­ją kogoś, na kogo mogą zwa­lić winę za wła­sne lęki. Ale zo­staw­my fi­lo­zo­fię. Tam­ten pijak na­zwał cię łow­czym. Wiesz coś o spra­wie, dla któ­rej tu je­stem? O wieży na ba­gnach?

– Yaevinn – przed­sta­wił się elf, a jego oczy na chwi­lę stra­ci­ły obo­jęt­ny wyraz. – Wiem wię­cej, niż tylko to, gdzie łazić po lesie i kiedy w ruiny się nie za­pusz­czać. To ja znaj­do­wa­łem tych, któ­rych szu­ka­no. A ra­czej to, co z nich zo­sta­ło. Wy­pa­tro­szo­ne trupy na skra­ju ba­gien. Wy­glą­dasz na kogoś, kto nie ma czasu na błą­dze­nie, więc po­wiem wprost: za­pro­wa­dzę cię. Z czy­stej cie­ka­wo­ści. Chcę zo­ba­czyć, co Upiór z Velen zrobi z tym, co tam znaj­dzie.

Ko­en­rad wziął so­lid­ny łyk piwa, które wresz­cie wy­lą­do­wa­ło na stole, ale nie za­py­tał o to, co może zna­leźć na miej­scu. Za­miast tego, zmru­żył oczy.

– Za­pro­wa­dzisz mnie, to już wiem. Ale po­wiedz mi coś, Yaevin­nie. – Ko­en­rad od­sta­wił kufel z ci­chym stuk­nię­ciem. – Nie wie­rzę, że nie wiesz, co za­bi­ja tych ludzi. I szcze­rze, pa­trząc co tu się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło, za­czy­nam ro­zu­mieć, dla­cze­go sam się tym nie za­ją­łeś.

Yaevinn uniósł brew, a w jego oczach po­ja­wił się błysk chłod­ne­go roz­ba­wie­nia.

– Oświeć mnie, wiedź­mi­nie.

– Bo to nie jest ro­bo­ta dla sa­mot­ne­go elfa, praw­da? Ani tym bar­dziej dla zgrai tych mo­czy­mord ze stra­ży miej­skiej. To ro­bo­ta dla kogoś, kto zna się na magii. Cza­ro­dzie­ja albo wiedź­mi­na. A ty wo­lisz ob­ser­wo­wać z bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Cze­ka­łeś na kogoś, kto od­wa­li brud­ną ro­bo­tę.

– Są spra­wy, któ­rych nie można roz­wią­zać siłą, nawet jeśli dys­po­nu­je się krze­pą trol­la i re­flek­sem rysia – od­parł Yaevinn, a w jego gło­sie nie było cie­nia urazy, je­dy­nie chłod­na, nie­mal aka­de­mic­ka kon­sta­ta­cja faktu. – Jak za­pew­ne zdą­ży­łeś się zo­rien­to­wać, wiedź­mi­nie, choć funk­cję tu otrzy­ma­łem i przy­dział mam, to kon­fra­te­rii w stra­ży nie zna­la­złem. Dla nich, choć­bym i smoka go­ły­mi rę­ka­mi udu­sił, po­zo­sta­nę cia­łem obcym.

– Aaa, o to idzie. O aten­cję i spo­kój wśród po­spól­stwa. – Ko­en­rad uniósł brew, a usta wy­krzy­wił w drwią­cym uśmie­chu. – Pró­bo­wa­łeś cho­ciaż coś zro­bić dla nich? Za­skar­bić łaski?

– Pró­bo­wa­łem – w gło­sie Yaevin­na za­brzmia­ła nagle nuta goryczy. – W nie­jed­nym mie­ście. Wę­dru­ję od osady do osady, pró­bu­jąc żyć mię­dzy wami, Dh'oine. I wciąż, nie­zmien­nie, je­stem tylko szpi­cza­sto­uchym gno­jem, któ­re­mu można pluć pod nogi, byle nie na buty, bo te kosz­tu­ją i można przecież mi je też odebrać.

– A jak długo z nimi żyłeś? – Ko­en­rad uniósł brew. – Lu­dzie to nie psy, Aen Sie­dhe. Nie wy­star­czy rzu­cić im kości, by ma­cha­li ogo­nem. Mu­sisz z nimi dłu­żej pożyć. Zrób coś dla nich, po­pra­cuj z nimi. Roz­wiąż kilka pro­ble­mów. Uwierz mi, że po dłuższym cza­sie znaj­dą się tacy, co spoj­rzą ina­czej. Kra­sno­lu­dy i ni­zioł­ki jakoś z ludź­mi żyją. Su­ge­ru­ję, żebyś spró­bo­wał przy­naj­mniej. A wra­ca­jąc. Wy­kład ci pra­wię o ko­og­zy­sten­cji, a masz ze sobą wiedź­mi­na. Chodź ze mną, a może za­skar­bisz sobie sza­cu­nek. A i na­gro­dą się po­dzie­lę. Idziesz?

Yaevinn po­zwo­lił sobie na cień uśmie­chu.

– Prze­ko­na­łeś mnie. Pójdę. Tym bar­dziej, że jest tam coś jesz­cze. Wi­dzia­łem ją wczo­raj o zmierz­chu, gdy spraw­dza­łem ścież­ki. Sowa. Duża, biała, o nie­na­tu­ral­nie in­te­li­gent­nych oczach. Cza­to­wa­ła na ru­inach. Nie był to zwy­kły ptak, wiedź­mi­nie. Je­że­li wiesz co ma mam na myśli.

Ko­en­rad zmru­żył oczy. Po­li­mor­fia. Sztu­ka prze­mian. Rzecz trud­na i rzad­ka, do­stęp­na nie­licz­nym ar­cy­mi­strzom magii lub isto­tom takim jak wam­pi­ry wyż­sze. Jeśli zaś cho­dzi­ło o cza­ro­dzie­jów zdol­nych do ta­kiej trans­for­ma­cji, lista po­dej­rza­nych była krót­ka i nie­bez­piecz­na. Atraud? Być może.

– W takim razie – rzekł, wsta­jąc i rzu­ca­jąc na stół mo­ne­tę, która brzęk­nę­ła, po­kry­wa­jąc koszt obu trun­ków – nie każmy jej dłu­żej cze­kać. Idzie­my.

– Teraz? W nocy? – Yaevinn nie krył zdzi­wie­nia.

– Przejdź­my zba­dać teren, bę­dzie mniej przy­pad­ko­wej ga­wie­dzi– uciął Ko­en­rad, za­rzu­ca­jąc płaszcz na ra­mio­na. – A ja chcę mieć to już za sobą. A je­że­li to jest to o czym myślę, nie ma zna­cze­nia w jaką porę przyj­dzie­my.

 

***

 

Kwiet­nio­wa noc przy­ję­ła ich chło­dem, który wdzie­rał się pod ka­ftan i był wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­ny. Mirt kładł się spać, a przy­naj­mniej uda­wał, że to robi, ry­glu­jąc okien­ni­ce i ga­sząc łu­czy­wa, jakby lud wie­rzył, że to uchro­ni ich przed tym, co cza­iło się w ru­inach. Straż przy bra­mie, ro­ze­spa­na i zzięb­nię­ta, nie czy­ni­ła wstrę­tów, kon­ten­tu­jąc się mruk­nię­ciem na widok wiedź­mi­na z elfem, uzna­jąc za­pew­ne, że jeśli licho nie­sie kogoś za mur o tej porze, to albo jest sza­lo­ny, albo sam jest licho, a z oboma ga­tun­ka­mi le­piej nie za­dzie­rać.

Szli w mil­cze­niu.

Ruiny le­ża­ły nie­da­le­ko za mia­stem, droga więc była krót­ka, choć cią­gnę­ła się dłu­żej, niż po­win­na. Gdy mi­nę­li bramę, wy­szli na nie­wiel­kie wzgó­rze. Stam­tąd widać było reszt­ki sta­re­go Mir­the i gó­ru­ją­cą nad nimi sa­mot­ną wieżę.

Sama wieża rów­nież nie wy­glą­da­ła na taką, o którą ktoś dbał, ale da­chów­ki trzy­ma­ły się jesz­cze na miej­scu, a ścia­ny – choć nad­gry­zio­ne cza­sem – spra­wia­ły wra­że­nie wciąż trwa­łych.

W oko­li­cy pa­no­wa­ła głu­cha cisza.

Yaevinn uniósł dłoń. Me­da­lion na szyi Ko­en­ra­da za­czął mia­ro­wo wi­bro­wać. Wiedź­min in­stynk­tow­nie za­trzy­mał ręką to­wa­rzy­sza.

Z mgły, która kłę­bi­ła się mię­dzy ru­ina­mi, bez­sze­lest­nie wy­ło­ni­ło się sześć po­tęż­nych, czar­nych syl­we­tek na czte­rech ła­pach. To nie były zwie­rzę­ta z krwi i kości. Ich łby przy­po­mi­na­ły wy­krzy­wio­ne, psie czasz­ki odar­te z ciała, a w pu­stych oczo­do­łach pło­nął zie­lon­ka­wy, upior­ny blask. Po­mię­dzy sczer­nia­ły­mi ko­ść­mi wiły się strzę­py ma­te­rii czar­nej jak noc. Na grzbie­tach wid­nia­ły chi­ty­no­we sko­ru­py, które zda­wa­ły się być czę­ścią ich szkie­le­tów.

Ko­en­rad łyk­nął fiol­kę Ja­skół­ki.

Kro­czy­ły po­wo­li. Pod ich szpo­nia­sty­mi ła­pa­mi trawa z wolna po­kry­wa­ła się szro­nem.

– Szy­kuj się – syk­nął łow­czy, na­pi­na­jąc strza­łę.

Ko­en­rad dobył srebr­ne­go mie­cza, zaś runy na nim za­świe­ci­ły w bla­sku księ­ży­ca.

– Ogary Dzi­kie­go Gonu – tak jak po­dej­rze­wa­łem – syk­nął pod nosem.

Pierw­szy ogar sko­czył. Zanim zdą­żył opaść, świ­snę­ły dwie strza­ły. Jedna tra­fi­ła go w oko, druga wbiła się głę­bo­ko w gar­dło. Be­stia zwa­li­ła się na zie­mię z głu­chym ło­sko­tem.

Resz­ta stada ru­szy­ła do ataku.

Rzu­cił krót­ki Znak Igni, fala ognia zmu­si­ła dwa ogary do od­sko­cze­nia. Zro­bił pi­ru­et, wbi­ja­jąc się mię­dzy po­two­ry. Jego miecz świ­snął w pół­ob­ro­cie, nie­mal od­ci­na­jąc łeb naj­bliż­sze­mu. Bez chwi­li prze­rwy spa­ro­wał cios pa­zu­rów dru­gie­go, ro­biąc płyn­ne przej­ście w dół, i pchnął pro­sto w jego pierś, wy­ko­rzy­stu­jąc całą siłę bio­der.

Yaevinn po­rzu­cił łuk i dobył el­fie­go mie­cza. Jego walka była tań­cem – uni­kał, pa­ro­wał, ciął po ła­pach i bo­kach, nie dając się tra­fić.

Trze­ci i czwar­ty ogar za­ata­ko­wa­ły Ko­en­ra­da jed­no­cze­śnie. Wiedź­min ci­snął w ich stro­nę falę mocy ze Znaku Aard. Jeden z po­two­rów za­to­czył się do tyłu. Drugi, tylko lekko wy­trą­co­ny z rów­no­wa­gi, sko­czył, bar­dzo szyb­ko, na tyle, że Ko­en­rad, za­miast uniku, wszedł w zwar­cie, wy­ko­nu­jąc szyb­ki, ho­ry­zon­tal­ny cios tnący na wy­so­ko­ści pyska be­stii. Sre­bro roz­pła­ta­ło jej tułów, lecz ogar zdą­żył wbić jeden z swo­ich kłów pod żebro wiedź­mi­na. Ko­en­rad od­rzu­cił zra­nio­ne­go ogra, od­wró­cił się i za­koń­czył żywot oszo­ło­mio­ne­go po­two­ra pro­stym, bru­tal­nym pchnię­ciem w serce.

Ostat­ni ogar, wi­dząc śmierć po­zo­sta­łych, rzu­cił się na Yaevin­na z furią. Elf z tru­dem spa­ro­wał po­tęż­ne ude­rze­nie, które nie­mal wy­trą­ci­ło mu broń. Wy­ko­rzy­stu­jąc jego impet, od­sko­czył w bok, po­zwa­la­jąc się mu od­sło­nić. W tym samym mo­men­cie Ko­en­rad do­sko­czył z dru­giej stro­ny. Dwa mie­cze, ludz­ki i el­fic­ki, wbiły się w czar­ny kor­pus jed­no­cze­śnie.

Ogar zawył, a jego wycie brzmia­ło jak pę­ka­ją­cy lód. Chwi­lę póź­niej wszyst­kie sześć ciał roz­pu­ści­ło się w czar­ny dym i szron, który szyb­ko znik­nął.

Za­pa­dła cisza. Sły­chać było tylko ich cięż­kie od­de­chy.

– Cały, elfie? – za­py­tał Ko­en­rad, ocie­ra­jąc miecz i wy­cią­ga­jąc z torby ban­da­że.

Yaevinn ski­nął głową, przy­ci­ska­jąc dłoń do roz­cię­te­go ra­mie­nia. – Dra­śnię­cie. A ty?

– Też – skła­mał wiedź­min, czu­jąc pul­su­ją­cy ból w że­brach. – Nic po­waż­ne­go.

Przez chwi­lę w mil­cze­niu opa­try­wa­li swoje rany. Ko­en­rad podał el­fo­wi zwój czy­ste­go płót­na, a sam, wypił ko­lej­ną fiol­kę czer­wo­ne­go płyny, czu­jąc, jak Ja­skół­ka, elik­sir ak­ce­le­ru­ją­cy u wiedź­mi­nów re­ge­ne­ra­cję tka­nek za­czy­na dzia­łać, przy­spie­sza­jąc go­je­nie. Krwa­wić prze­sta­nie za mo­ment.

– Wiesz, co to było, praw­da? – za­py­tał cicho wiedź­min, gdy opa­trzy­li rany– Pój­dziesz dalej?

Yaevinn ski­nął głową, spraw­dza­jąc na­pię­cie cię­ci­wy w łuku, gotów do dal­szej drogi.

– Oczy­wi­ście. To się robi zbyt cie­ka­we, by teraz za­wró­cić.

– Ogary Dzi­kie­go Gonu – stwier­dził Ko­en­rad. – Wie­dzia­łeś, co tu znaj­dzie­my?

– Do­my­śla­łem się. Magia, którą czuć w tym miej­scu… nie jest z tego świa­ta. Stare le­gen­dy opo­wia­da­ją o upior­nych jeźdź­cach na szkie­le­to­wych ko­niach, pę­dzą­cych po nie­bie jako zwia­stun wojny i nie­szczę­ścia. Za­wsze my­śla­łem, że to tylko opo­wie­ści, któ­ry­mi stra­szy się dzie­ci.

– Le­gen­dy czę­sto mają w sobie ziar­no praw­dy – mruk­nął Ko­en­rad. – Chodź­my. Czas po­znać resz­tę tej bajki.

 

Roz­dział IV

 

JWPa­nu Pan­krat­zo­wi Na­chto­wi,

Kon­do­tie­ro­wi i Przed­się­bior­cy w No­vi­gra­dzie

Na­pi­sa­ny: w Mir­cie, dnia 14-go kwiet­nia, w roku 1254, ręką wła­sną.

 

Wiel­ce Sza­now­ny Panie Nacht,

Z ser­cem peł­nym dzięk­czy­nie­nia do­no­szę, iż kon­trakt nasz uzna­ję za wy­peł­nio­ny. Wiedź­min Ko­en­rad udał się ku wieży wraz z na­szym łow­czym, elfem Yaevin­nem. Ów elf, zbla­dły ni­czym mły­narz, pod przy­się­gą ze­znał, co za­szło: o oga­rach Dzi­kie­go Gonu, cza­rach rwą­cych niebo i por­ta­lu, z któ­re­go biesy po Ar­tau­dzie wy­ła­zi­ły. A Ko­en­rad, nie ba­cząc na życie, wła­snym wy­sił­kiem ów por­tal za­mknął, co elf przy­się­gnie. Za ten czyn he­ro­icz­ny lud nasz jed­no­gło­śnie uznał go za Bo­ha­te­ra Mirtu.

Gdy dym opadł, zna­leź­li­śmy go bez ducha, z ży­ła­mi go­re­ją­cy­mi niby la­tar­nie. Po­spól­stwo na ko­la­na padło, wi­dząc, jaką cenę za nasze oca­le­nie za­pła­cił.

Co się zaś tyczy za­pła­ty: ślę umó­wio­ny ty­siąc koron. Do­łą­czam trzy­sta koron eks­tra­or­dy­na­ryj­nej pre­mii, wy­su­pła­nej z pry­wat­nych środ­ków, wię­cej nie dam, choć­by mnie kołem ła­ma­no, al­bo­wiem kasa miej­ska pusta. Wi­ce­kanc­lerz Ma­thiass Morra przy­krę­cił nam kurek z sub­wen­cja­mi, a dy­wi­den­dę na po­czet „No­we­go Ładu” za­trzy­mał, zo­sta­wia­jąc jeno per­ga­mi­no­we pro­me­sy bez po­kry­cia.

Jed­na­ko­woż, by wdzięcz­ność oka­zać, ogła­szam, iż Wiedź­min ma w karcz­mie „Ba­ry­łecz­ka” do­ży­wot­nie, dar­mo­we miej­sce i wy­szynk. Nadto, z ini­cja­ty­wy ce­chów, ru­szy­ła zbiór­ka na po­mnik dla Bo­ha­te­ra Mirtu. Na razie mamy pół korca mie­dzia­ków i obiet­ni­cę do­sta­wy pia­skow­ca ufun­do­wa­ną przez rze­mieśl­ni­ków. Pro­si­my jed­nak o datki miesz­czan, gdyż z po­wo­dów w/w wy­mie­nio­nych skar­biec grodz­ki świe­ci już pust­ka­mi.

Na ko­niec do­no­szę, iż zja­wi­ła się cza­ro­dziej­ka, z pió­rem sowim na gło­wie, imie­niem Fi­lip­pa Eil­hart. Oka­zaw­szy glejt kró­lew­ski ja­śnie pa­nu­ją­ce­go Vi­zi­mi­ra, oświad­czy­ła, iż wiedź­mi­na pod swą ku­ra­te­lę bie­rze. Re­spekt przy tym ta­ko­wy wzbu­dzi­ła, że straż bez roz­ka­zu sa­lu­to­wa­ła. Na od­chod­nym rze­kła, iż z Wasz­mo­ścią oso­bi­ście się roz­mó­wi, by o miej­scu po­by­tu druha po­wia­do­mić, po czym znik­nę­ła w por­ta­lu.

Z sza­cun­kiem,

Hu­bert Vo­sha­gen

Bur­mistrz Mirt

 

Roz­dział V

3 kwiet­nia 1254 r.

Żeńska Akademia Magii “Are­tu­za”, wyspa Tha­nedd.

 

Sala wy­kła­do­wa imie­nia al­che­mi­ka Gio­van­ne­go z Ban Glean, który, na­wia­sem mó­wiąc, wsła­wił się w an­na­łach magii głów­nie tym, że zmarł w trak­cie eks­pe­ry­men­tu udu­szo­ny po­dob­no przez wła­sną kre­ację, to­nę­ła w ciszy. Była to cisza spe­cy­ficz­na, prze­peł­nio­na stra­chem, i za­pa­chem per­fum mło­dych pa­nien z do­brych domów, które nagle, z bru­tal­ną ja­sno­ścią, zro­zu­mia­ły, że magia to nie tylko ma­cha­nie różdż­ką i ła­pa­nie przy­stoj­nych ba­ro­nów na urok, lecz cięż­ka praca.

Fi­lip­pa Eil­hart, do­rad­czy­ni króla Vi­zi­mi­ra, a za­ra­zem go­ścin­na wy­kła­dow­czy­ni z Tre­to­go­ru, za­koń­czy­ła pre­lek­cję o po­li­mor­fii sto­so­wa­nej – w swoim nie­po­wta­rzal­nym stylu.

– Za­mia­na w zwie­rzę – rze­kła, a jej głos był chłod­ny jak woda w cem­bro­wi­nie stud­ni – to nie uciecz­ka, moje dro­gie panny. To do­mi­na­cja. Jeśli któ­raś z was mnie­ma, że zmie­ni się w mysz, by uciec przed pro­ble­ma­mi, nie­chaj wie, że życie ma w zwy­cza­ju bywać kotem. Zro­zu­mia­no?

Adept­ki od­po­wie­dzia­ły chó­ral­nym mi­le­cze­niem. Pa­trzy­ły na nią jak na bó­stwo, które w każ­dej chwi­li może ci­snąć pio­ru­nem, albo co gor­sza, zadać do­dat­ko­wą pracę do­mo­wą.

– Ko­niec. Pani Mar­ga­ri­ta Laux-An­til­le prze­ka­za­ła mi, że na za­li­cze­nie mo­je­go wy­kła­du, macie na­pi­sać esej o sta­bi­li­za­cji formy po­śred­niej przy za­cho­wa­niu świa­do­mo­ści. Kto po­my­li ak­cen­ty, nie zdaje. 

Gdy adept­ki wy­bie­gły, a wła­ści­wie ucie­kły, tra­tu­jąc się w drzwiach z god­no­ścią stada spło­szo­nych gęsi, z cie­nia ko­lum­ny wy­ło­ni­ła się Mar­ga­ri­ta. Jesz­cze nie rek­tor­ka, ale no­szą­ca się z pew­no­ścią sie­bie, co su­ge­ro­wa­ło, że no­mi­na­cja jest tylko kwe­stią czasu i drob­nych for­mal­no­ści.

– Je­steś dla nich okrut­na, Fi­lip­po – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem, w któ­rym cza­iła się bel­fer­ska sa­tys­fak­cja , ale dzię­ku­ję ci za wzię­cie tego fa­kul­te­tu. 

– Jest mi to na rękę na ten mo­ment. Poza tym, nie je­stem okrut­na. Je­stem sku­tecz­na – od­par­ła Eil­hart, strze­pu­jąc nie­wi­docz­ny pyłek z man­kie­tu. – Masz wino? To, które ser­wu­ją dzi­siaj w re­fek­ta­rzu, jest okrop­ne.

Ogień w ko­min­ku przy­jem­nie trza­skał, a w kom­na­cie uno­sił się za­pach per­fum Mar­ga­ri­ty oraz Fi­lip­py, prze­mie­sza­ny z aro­ma­tem wina To­us­sa­int , rocz­nik ty­siąc dwie­ście czter­dzie­sty ósmy. Tru­nek był wy­bor­ny, a at­mos­fe­ra sprzy­ja­ła zwie­rze­niom, co w świe­cie cza­ro­dzie­jek za­zwy­czaj zwia­sto­wa­ło prze­su­wa­nie pion­ków na sza­chow­ni­cy. Mar­ga­ri­ta, roz­luź­nio­na trun­kiem, opar­ła się wy­god­nie, a jej wy­dat­nie osa­dzo­ne pier­si zda­wa­ły się po­twier­dzać tezę, że na­tu­ra bywa hojna nawet dla in­te­lek­tu­ali­stek.

– Mam coś, co cię za­in­te­re­su­je – za­czę­ła, gdy tylko pierw­szy kie­lich roz­luź­nił gor­se­ty ety­kie­ty. – Coś z ka­te­go­rii "za­ka­za­ne, nie­bez­piecz­ne i na­le­żą­ce do kogoś, kogo nie lu­bi­my".

Wy­ję­ła z se­kre­te­ry gri­mu­ar. To­misz­cze miało na grzbie­cie wy­tło­czo­ne cha­rak­te­ry­stycz­ną pie­częć z ini­cja­ła­mi “A.T” .

Fi­lip­pa za­mar­ła z kie­li­chem w po­ło­wie drogi do ust. 

– Ter­ra­no­va – stwier­dzi­ła sucho, a jej oczy zwę­zi­ły się. – Ar­taud dałby sobie uciąć rękę, by to od­zy­skać. A zna­jąc jego upodo­ba­nia, wo­lał­by uciąć rękę komuś in­ne­mu. Skąd to masz, Rito? 

– Pre­zent – Mar­ga­ri­ta uśmiech­nę­ła się, gła­dząc skórę okład­ki. Był to uśmiech ko­bie­ty, która lubi być ad­o­ro­wa­na, nawet jeśli ad­o­ra­tor przy­no­si jej za­tru­te wino – Od kogoś, kto uznał, że u mnie bę­dzie bez­piecz­niej­sza. Jesz­cze nie zła­ma­łam pie­czę­ci, jest wy­jąt­ko­wo wred­na, nawet jak na Ar­tau­da, ale… spójrz tutaj.

Prze­su­nę­ła pal­cem po grzbie­cie księ­gi, tam gdzie skóra łą­czy­ła się z pa­pie­rem.

– Za­uwa­ży­łaś dy­so­nans? – spy­ta­ła Mar­ga­ri­ta, a w jej gło­sie za­brzmia­ła nuta ba­daw­czej pasji. – Okład­ka jest nowa. Skóra świe­ża, pach­nie jesz­cze gar­bar­niak, a te ini­cja­ły błysz­czą no­wo­ścią, ale spójrz na blok. Spójrz na karty.

Fi­lip­pa na­chy­li­ła się. Rze­czy­wi­ście. Pa­pier był stary, po­żół­kły, miej­sca­mi po­pla­mio­ny czymś, co wy­glą­da­ło jak stare, za­schnię­te od­czyn­ni­ki al­che­micz­ne. Brze­gi były wy­strzę­pio­ne, jakby księ­gę czy­ta­no wie­lo­krot­nie, w po­śpie­chu i w wa­run­kach da­le­kich od bi­blio­tecz­nej ste­ryl­no­ści.

– To nie są no­tat­ki Ter­ra­no­vy, Fi­lip­po – do­koń­czy­ła Mar­ga­ri­ta. – On to… opra­wił na nowo. Coś sta­re­go. Coś, co pach­nie la­bo­ra­to­rium, któ­re­go już nie ma. Za­ry­zy­ko­wa­ła­bym stwier­dze­nie, że to ma­nu­skrypt z cza­sów Al­zu­ra…Albo… jego mi­strza, Ma­la­spi­ny. A ci dwaj wiemy, że two­rzy­li wiedź­mi­nów i zaj­mo­wa­li się mu­ta­cja­mi, a ostat­nio sły­sza­łam plot­ki o Ter­ra­no­vie. To praw­da, co sie o nim mówi, że to on stał za znisz­cze­niem Kaer Seren?

Fi­lip­pa od­sta­wi­ła kie­lich. Bez­gło­śnie. W jej umy­śle krop­ki szyb­ko się po­łą­czy­ły. Kaer Seren, wiedź­miń­skie sze­dlisz­cie cechu Gryfa, które raz od­wie­dzi­ła. Stary ma­nu­skrypt, ukry­wa­ny przez Ter­ra­no­vę, opra­wio­ny w jego wła­sne ini­cja­ły… Wła­snie, Kaer Seren. Prze­cież by­wa­ła tam przed wie­lo­ma laty u swego sta­re­go przy­ja­cie­la, cza­ro­dzie­ja re­zy­den­ta Rey­har­da.

– Daj mi to – po­wie­dzia­ła, wy­cią­ga­jąc rękę, a w jej gło­sie nie było proś­by, lecz im­pe­ra­tyw. – Zba­dam to w Tre­to­go­rze. Mam lep­sze la­bo­ra­to­rium i lep­sze me­to­dy na opor­ne pie­czę­cie.

Mar­ga­ri­ta jed­nak cof­nę­ła dłoń, przy­ci­ska­jąc to­misz­cze do pier­si, co wy­glą­da­ło dość gro­te­sko­wo w ze­sta­wie­niu z mrocz­ną na­tu­rą przed­mio­tu, jakby tu­li­ła do serca ja­do­wi­te­go węża.

– O nie, moja droga. – Po­krę­ci­ła głową z uśmie­chem, który miał być cza­ru­ją­cy, a był wy­ro­kiem. – Obie­ca­łam komuś, że sama to zba­dam. Zła­mię tę pie­częć. To kwe­stia am­bi­cji. Po­ży­czę ci ją, oczy­wi­ście, ale póź­niej. Za ty­dzień, może dwa. Gdy skoń­czę.

Fi­lip­pa wsta­ła. De­cy­zja za­pa­dła – po­my­śla­ła. Mar­ga­ri­ta nie odda jej teraz po do­bro­ci, a si­ło­we roz­wią­za­nie w Are­tu­zie, przy świad­kach, nie wcho­dzi­ło w grę. Trze­ba było użyć wy­try­cha.

– Jak sobie ży­czysz – rzu­ci­ła nie­dba­le, po­pra­wia­jąc opa­skę z piór­kiem sowy na gło­wie. – A po­wiedz mi… Kto ci to przy­niósł? Jakiś błęd­ny ry­cerz, który po­my­lił smoka z wia­tra­kiem?

– Pe­wien… wiedź­min – od­par­ła Mar­ga­ri­ta, a w jej oczach po­ja­wił się ten spe­cy­ficz­ny błysk, który ko­bie­ty za­zwy­czaj re­zer­wu­ją dla wspo­mnień o czymś za­ka­za­nym a przy­jem­nym. – Zwie się Ko­en­rad.

Fi­lip­pa zmrużyła oczy.

 Ko­en­rad

Znała nie­gdyś kogoś o tym imie­niu. Wiele lat temu, gdy od­wie­dzi­ła pew­ne­go, sta­re­go przy­ja­cie­la w Kaer Seren…by do­po­móc mu z pro­ble­ma­mi Próby Traw i mu­ta­ge­nów. Wów­czas to ura­to­wa­ła jed­ne­go chłop­ca. Chłop­ca, który tak wła­śnie się zwał. I który, co nie bez zna­cze­nia, wy­ka­zy­wał pewne zdol­no­ści. Czyż­by los był aż tak… cie­ka­wy?

– Ko­en­rad? – po­wtó­rzy­ła bez­na­mięt­nie, ob­ra­ca­jąc kie­lich w pal­cach, jakby oce­nia­ła ja­kość szkła, a nie wagę słów. – Dość po­spo­li­te imię. Czy to ten sam, o któ­rym sły­sza­łam plot­ki z Velen? Ten, któ­re­go zwą Upio­rem?

– Lu­dzie ga­da­ją bzdu­ry – żach­nę­ła się, po­pra­wia­jąc de­kolt. – To nie­zwy­kle kul­tu­ral­ny męż­czy­zna. Oczy­ta­ny. I wcale nie przy­po­mi­na upio­ra. Ma w sobie pewną… me­lan­cho­lię, która jest za­ska­ku­ją­co po­cią­ga­ją­ca.

Eil­hart po­czu­ła ukłu­cie chło­du w żo­łąd­ku. A więc to on. I był tutaj. 

– Me­lan­cho­lię? – Fi­lip­pa unio­sła brew z lek­kim, kpią­cym nie­do­wie­rza­niem, ide­al­nie ma­sku­jąc burzę, która w niej na­ra­sta­ła. – U wiedź­mi­na? Za­pew­ne po­my­li­łaś to z nie­straw­no­ścią po elik­si­rach. Chyba że… dałaś się zwieść po­zo­rom, Rito.

– No gdzie, Fi­lip­po! – Za­prze­czy­ła Mar­ga­ri­ta z trium­fal­nym uśmie­chem – Wy­obraź sobie, że to on za­pro­sił mnie na ko­la­cję. Mnie! I zro­bił to z taką… non­sza­lan­cją, jakby za­pra­szał kró­lo­wą. Oczy­wi­ście się zgo­dzi­łam. Je­stem cie­ka­wa, co taki "Upiór" jada. Nigdy w życiu nie wi­dzia­łam tak uro­cze­go wiedź­mi­na.

Fi­lip­pa za­mar­ła. Wino w jej kie­li­chu za­fa­lo­wa­ło lekko, choć dłoń cza­ro­dziej­ki zda­wa­ła się być nie­ru­cho­ma.

– Oczy­wi­ście – skła­ma­ła gład­ko, tłu­miąc lo­do­wa­tą furię pod maską nudy. – Uro­czy wiedź­min. Brzmi jak oksy­mo­ron, ale niech ci bę­dzie. Muszę nie­ste­ty cię opu­ścić. Vi­zi­mir czeka, a wiesz, że kró­lo­wie źle re­agu­ją na cze­ka­nie. Do­sta­ją wzdęć i hu­mo­rów. Dzię­ku­ję za wino. I za… in­for­ma­cje.

Los, jak to ma w zwy­cza­ju, za­re­cho­tał w kącie, a nie­świa­do­ma tego Mar­ga­ri­ta , do­pi­ła spo­koj­nie resz­tę wina.

 

 

Roz­dział VI

 

19 kwietnia 1254 r.

Królewskie Miasto Tretogor, Redania.

 

Gdy ostatni raz budził się w podobnych okolicznościach, ponad rok temu, bolała go nawet myśl o istnieniu. Zazwyczaj też, budził się na parcianym sienniku wypchanym słomą, cuchnącym potem i stęchlizną po poprzednich bywalcach karczemnych izb, którymi okazjonalnie się raczył, ale też i na trawie się spać mu zdarzało . Tym razem spoczywał na poduszce miękkiej jak obłok, a nozdrza łechtała woń czystej pościeli, krochmalu i zapachu, który nieuchronnie przywodził na myśl Kaer Seren.

To był cynamon i nard.

Pamięć wracała opornie. Spróbował się podnieść. Syknął, gdy w plecach trzasnęło, jakby pękała sucha gałąź. Opadł z powrotem. Rozejrzał się.

Komnata była przestronna, urządzona z przepychem, który kłuł w oczy, miast cieszyć. Przez wysokie okna wpadało blade światło poranka, rysując na hebanowej podłodze geometryczne wzory. Na stoliku obok łoża: fiolka z mętnym płynem, dzban, szklanica.

Drzwi skrzypnęły.

Kobieta, która weszła, ubrana była w prostą, ciemną suknię, której koszt z pewnością przewyższał roczny dochód niejednej wsi. Hebanowe włosy splecione miała w dwa grube warkocze, a na skroniach srebrną opaskę z wpiętym w nią pojedynczym, szarym piórem. Zatrzymała się pośrodku komnaty, patrząc na niego z miną alchemika, któremu eksperyment nie wybuchł w twarz, choć wszelkie przesłanki na to wskazywały.

Filippa Eilhart. Ta sama, która była przy nim tamtego dnia w Kaer Seren.

Nic się nie zmieniła, mimo tylu lat. Ten sam zapach.

– Witaj w Tretogorze, mieście królewskim, Koenradzie z Mirtu – odezwała się głosem gładkim i chłodnym. – Słyszałam, że taki nosisz teraz przydomek. Twój agent, niejaki Pankratz, zdążył już odebrać nagrodę. Poinformował mnie, że pieniądze są na twoim koncie u Cianfanellich. Rzetelny człowiek. Przynajmniej w kwestiach finansowych.

Próbował odpowiedzieć, ale gardło odmówiło posłuszeństwa, wydobywając z siebie jedynie chrapliwy skrzek. Wskazał na wodę. Czarodziejka podeszła, usiadła na krawędzi łoża. Podała mu szklankę, podtrzymując głowę dłonią pewną i chłodną.

– Pani… Filippo… – wychrypiał po kilku łykach. – Ile spałem?

– Ach, tak. „Pani Filippa" – westchnęła z teatralnym sentymentem. – Zostawmy etykietę w ruinach Kaer Seren, Koenradzie. Jesteś już dużym chłopcem. Nie sądzisz?

Koenrad skinął głową, walcząc z zawrotami pod czaszką.

– Cztery dni – odparła beznamiętnie. – Wstrząs mózgu, ogólne wycieńczenie i… nader specyficzna reakcja organizmu na magiczne przeciążenie. Musiałam cię wprowadzić w letarg, żeby ci nie rozerwało serca. Pamiętasz cokolwiek?

Jej głos, mimo aksamitnej barwy, był zimny jak lód. Na moment przeniósł go z powrotem do laboratorium w twierdzy Gryfów. Znów uderzył go smród mutagenów.

Spokojnie, Koenrad. Wszystko będzie dobrze.

Otrząsnął się. Wspomnienia z wieży wróciły, ostre jak odłamki szkła.

– Wieża… – zaczął, zbierając myśli. – Pamiętam. Weszliśmy. Ja i elf, Yaevinn. Pustka. Cisza dzwoniąca w uszach. W laboratorium Artauda chaos, ale znalazłem notatki. Pisał o portalu w podziemiach. Niestabilnym. Że brakuje mu klucza. Elfickiego aktywatora. Klejnotu. – Spojrzał na nią.– Tego samego, który znalazłem w Mircie.

Filippa słuchała, a jej oczy, ciemne i nieprzeniknione, zwęziły się nieznacznie.

– Zeszliśmy do piwnicy – kontynuował. – Tam nie były tylko ogary, Filippo. Tam był Gon. Dziki Gon. Prawdziwy. Elf Aen Elle w zbroi z kości. Yaevinn zajął się bestiami, ja jeźdźcem… Ale gdy padł, wychodzili następni. A portal pulsował.

Zacisnął dłoń na pościeli.

– Improwizowałem. Miałem klejnot. Cisnąłem nim w wir i uderzyłem Znakiem Aard. Z całą mocą, jaką zdołałem z siebie wykrzesać. Chciałem wywołać zwarcie. Reakcję łańcuchową.

Filippa uśmiechnęła się kącikiem ust.

– Obserwowałam cię.

– Sowa… – szepnął, doznając nagłego olśnienia. – Tak… Ta biała sowa w Mircie.

– Oczywiście. – Potwierdziła bez cienia zażenowania, dotykając pióra przy opasce. – Byłam ciekawa. Gdy usłyszałam huk, wbiegłam. Leżałeś nieprzytomny, a twoje ciało pulsowało czystą, dziką mocą. Yaevinn klęczał przy tobie, nie wiedząc, czy uciekać, czy się modlić.

Pochyliła się nad nim.

– Portal się zamknął. Wywołałeś inwersję. Ale energia niemal cię zabiła. Twoje ciało reaguje na magię w sposób… ekstraordynaryjny. Elfa odesłałam. Burmistrzowi opowiedziałam historię o bohaterskim wiedźminie ratującym miasto. Wygodną dla mnie, ciebie i miasta. 

– Dziękuję – wydusił. – Wykonywałem tylko kontrakt.

– Wiem. Ale jest coś jeszcze. Notatki Terranovy. Pisał, że portal zakrzywia nie tylko przestrzeń?

– O czasie mówiłem – zaczął Koenrad, chcąc zakpić, ale głos uwiązł mu w gardle. Przerwał gwałtownie, a jego wzrok, dotąd skupiony na rozmówczyni, utonął gdzieś w hebanowych słojach podłogi. Myśli, dotąd rwane i nieposłuszne, nagle zaczęły układać się w przerażająco klarowny wzór.

Niestabilny portal. Artaud. I owa przeklęta piwnica na Faroe, w której znalazł się przed kilkoma tygodniami po niefortunnym spotkaniu z babą wodną. Księga z jego inicjałem, którą dał Margaricie.

Wspomnienie uderzyło go z siłą obucha. Jak mógł wcześniej tego nie skojarzyć?

Filippa wstała, podeszła do okna, prezentując mu swe nienaganne plecy.

– Fascynujące… – podjęła, nie odwracając głowy. – Portale działają w sposób binarny, przenosząc materię z punktu A do punktu B. Działają w sferze geografii, Koenradzie, nie zaś chronometrii. Nigdy w czasie. Tylko najpotężniejsi elfi więdzacy przed wiekami potrafili jakoby otwierać bramy między światami, naginając samą strukturę rzeczywistości. Ale nie żeby…

– …przenosić się w czasie – dopowiedział wiedźmin, a jego głos brzmiał jak zgrzyt piasku w trybach zegara. – Terranova wyprowadził się z Mirtu dobre pół roku wcześniej. Zniknął, zostawiając wieżę pustą, podczas gdy ja… ja znalazłem się w tamtej piwnicy ledwie miesiąc temu. Na Faroe. Na Skellige.

Gwałtowne poruszenie wywołało nagły spazm. Serce Koenrada, dotąd bijące w wiedźmińskim, leniwym rytmie, nagle straciło takt, uderzając o żebra niczym spłoszony ptak o pręty klatki. Chwycił się za pierś, syknął.

Filippa była przy nim w mgnieniu oka. Usiadła na brzegu łóżka, położyła dłoń na jego piersi. Palce rozbłysły błękitem. Poczuł, jak jego własne żyły odpowiadają tym samym światłem, a kojące ciepło, znane mu z dzieciństwa, rozlewa się po ciele. Cofnęła dłoń. Ból ustąpił.

Cofnęła dłoń, a ból ustąpił. Serce przestało walić, jak oszlałe.

– Widzisz? – powiedziała miękko. – Emocje. Twój rezonans się rozstraja. Ciało nie nadąża za magią, którą generujesz. Masz ogromny magiczny potencjał, Koenradzie, ale jesteś niestabilny.

– Dziękuję – wychrypiał – Nie omieszkam skorzystać z azylu, albowiem ze wstaniem problem mam na razie zgoła fundamentalny.

– Wypij. – Podała mu fiolkę z mętnym płynem. – Jaskółka, którą zrobiłam specjalnie dla ciebie. Znasz ją doskonale. Weź, pomoże ci się szybciej zregenerować.

Wypił. Smakowała jak żółć, zgnilizna i piołun. Wykręciło mu gębę. Jego własne mikstury bywały łagodniejsze, łamane miodem lub mlekiem, ale czarodziejka widać wyznawała zasadę, że lekarstwo musi smakować cierpieniem, by działało.

– Słyszałam o tym… prezencie – zaczęła tonem gładkim jak atłas, pod którym czaiły się ostre szpilki ironii. – O grimuarze z Faroe. Tym z pieczęcią Terranovy. Gest zaiste rycerski i godny poematów, by wręczyć go damie. Ale i wielce nieroztropny. Dlaczego nie przyszedłeś z tym do mnie?

Koenrad odstawił pustą szklankę. Eliksir szumiał w głowie, ale umysł pozostawał trzeźwy, analizując każde słowo.

– Nie znałem wtedy innej czarodziejki – odparł szczerze, patrząc jej prosto w oczy. – Ty, Filippo, byłaś dla mglistym wspomnieniem z dzieciństwa. Margaritę znam. I jej ufam.

Przełknął ślinę, zwilżając spierzchnięte usta. Spojrzał na nią. 

– Po co miałem się fatygować do ciebie, szukać cię po dworach, nie mając pewności, czy mnie w ogóle przyjmiesz? Czy nie zostanę zamieniony w ropuchę na progu, zanim zdążę otworzyć usta? Wybór wydawał się oczywisty.

W kącikach jej ust drgnęło coś na kształt zrozumienia, a może nawet cienia aprobaty dla tej prostej, żołnierskiej logiki.

– Racja – przyznała cicho. Potem wstała, przeszła się po pokoju, szeleszcząc jedwabiem, po czym odwróciła gwałtownie, a w jej oczach znów zapłonął ten sam triumfalny blask.

– Niemniej, wieść i tak do mnie dotarła. Od Margarity Laux-Antille, rzecz jasna. Rita… – zawiesiła głos, a uśmiech, który posłała w przestrzeń, był pełen pobłażania – …bywa czasem rozbrajająco wylewna, zwłaszcza gdy mowa o niebezpiecznych zabawkach, które trafiają w jej ręce pod płaszczem wiedźmińskich uprzejmości. Słyszałam o waszej współpracy. To miła czarodziejka… ale strasznie naiwna. Świat magii, Koenradzie, to szachownica, na której ona wciąż wierzy, że można grać bez zbijania figur. To błąd, który prędzej czy później kosztuje życie.

Usiadła z powrotem, bliżej niż poprzednio. Zapach nardu i cynamonu uderzył go z nową siłą, niemal namacalny w dusznej komnacie.

– Pokażę ci, jak działa ta szachownica. Od zaplecza. Bez zasłon, którymi Rita próbuje osłaniać twoje oczy. Bo ty, w przeciwieństwie do innych, masz szansę nie być pionkiem. A królem. Lub przynajmniej figurą, która zna zasady gry lepiej niż ci, co ją wymyślili.

Koenrad wytrzymał jej spojrzenie, choć czuł, jakby stał nad krawędzią, kuszącą swym mrokiem. Było w niej coś z kobry królewskiej – piękno nierozerwalnie splecione z groźbą śmiertelnego ukąszenia. Budziło to niezdrową fascynację; uczucie niepokojące, lecz jednocześnie, ku własnej zgryzocie, coraz bardziej pociągające.

– Masakra w Rybrücke – zmieniła temat z chirurgiczną precyzją, nie dając mu czasu na ripostę. – Upiór z Velen. Czy wtedy twoje naczynia też tak świeciły?

– Sporo wiesz, Filippo. Zbyt sporo, jak na kogoś, kto rzekomo tylko mnie obserwował.

– Ja zawsze wiem więcej, niż powinnam. To mój zawód. Powiedz mi jednak… Co czułeś?

Koenrad spojrzał w okno, na blade słońce Tretogoru, a potem znów na nią.

– To nie było uczucie. To był stan. Zimna furia. Narzędzie, które samo zaczęło ciąć. A potem została tylko pustka, ból i ciemność. Z perspektywy lat… sądzę, że doprowadziłem się wtedy do stanu przedzawałowego. Staram się używać Znaków tak, jak nas uczono, ale czasem…

– Surowa moc. Chaotyczna. Niestabilna – przerwała mu spokojnie. – Wiedziałam, że masz potencjał, Koenradzie, ale to, co nosisz pod skórą, jest czymś innym. Czymś, co w końcu cię zabije, jeśli nie przestaniesz igrać z własną fizjologią.

Uniosła lekko podbródek, a jej postawa emanowała erudycyjną wyniosłością.

– To, co opisałeś w Velen, nie było incydentem, lecz przeciążeniem krytycznym. Wiedźmińskie mutacje mają za zadanie tworzyć rębajłów, nie adeptów sztuk wyższych. Zmieniają ciało, by podporządkować krew wysiłkowi i regeneracji, tłumiąc jednocześnie przepływ surowej energii, albowiem magia i stal rzadko idą w parze bez wzajemnej anihilacji. Twój naturalny talent jednak nie wyparował pod wpływem mutagenów. Został uwięziony, zdławiony i zmuszony, by płynąć korytami, które nie są do tego przystosowane. Ty jesteś paradoksem żywym, Koenradzie.

– Chcesz powiedzieć – odezwał się wiedźmin, próbując wykrzesać z siebie resztki sarkazmu – że nie powinienem był nigdy zostać wiedźminem? Że jestem Źródłem, które miast czarować, nauczyło się machać kawałkiem zaostrzonego żelaza?

– Źródłem? Nie, nie w tym prostackim znaczeniu – odparła chłodno, jakby poprawiała błąd w zapisie księgowym. – Byłeś wyczulony na moc od dziecka. Powinieneś był uczyć się ją porządkować, miast ją tłumić. Upierałam się ongiś, by zabrać cię do Ban Ard, ale Keldar i Reyhard nie chcieli o tym słyszeć.

Ujęła jego dłoń, kładąc dwa palce na nadgarstku. Nie cofnęła ich, gdy podjęła ponownie:

– Ciało wiedźmina jest dzięki mutagenom niezwykle wydajne. Krew w spoczynku płynie wolno, oszczędnie, wasz organizm zna odpoczynek głębszy niż sen. Ty natomiast wprowadzasz w tę harmonię burzę. Gdy sięgasz po magię, twoje serce traci rytm, a krew pędzi szybciej, niż przewidują traktaty o wiedźmińskiej fizjologii. Widziałam to w wieży i czułam pod palcami, jak rwało się twoje tętno. Jakby próbowało uciec z własnego ciała.

Uśmiechnęła się, a w jej oczach lód ustąpił miejsca drapieżnemu uznaniu.

– Dopiero moje zaklęcia przywróciły ci wiedźmińską normę. Ale ta somatyczna aberracja sugeruje potencjał, o jakim wasze cechowe podręczniki milczą. Ciekawam wielce, czy przy odpowiedniej stymulacji byłbyś zdolny do pełnej inkantacji, zamiast tych waszych jarmarcznych sztuczek. Taka moc to skarb. Prawdziwa osobliwość ontologiczna.

– Krzepiąca to wieść, że żyję tu wyłącznie na prawie cudu i medycznego defektu – uśmiechnął się krzywo, maskując napięcie kpiną. – Pankratz ma pewnie jakiegoś sprawnego buchaltera. Trzeba go będzie zawezwać, by mnie rzetelnie wycenił jako ten „skarb", zanim koszty mojego sercowego rozedrgania przerosną zyski z moich usług. Może zdąży na mnie zarobić, nim ostatecznie pęknę.

Parsknęła śmiechem, krótkim, szczerym i zaskakująco dziewczęcym.

– Jesteś raczej klejnotem w surowej bryle, wiedźminie, którego wartość pojąć może jedynie koneserka, nie zaś liczykrupa – odrzekła, podchodząc bliżej, tak że poczuł zapach jej perfum. – Dlatego nie oddam cię w ręce żadnego rachmistrza.

Koenrad milczał chwilę, przesuwając palcem po bliźnie na piersi. W końcu uniósł wzrok. Uparty, twardy.

– Filippo, skoro poruszyłaś przeszłość… Od lat nie daje mi to spokoju. Dlaczego ja? Sigrid, Ulfrich… nikt z mojego rocznika nie wyszedł z Próby żywy. Tylko ja. Przypadek? Czy twoja ingerencja? – Zawiesił głos. – I pamiętam, kto zniszczył Kaer Seren. Czarodzieje. Margarita mówiła, że nic nie wiedziała. Jak było naprawdę?

Filippa cofnęła dłoń. Jej twarz stężała, maska opadła, odsłaniając chłód polityki.

– Słodziutka Margarita, jak zwykle, nie powiedziała ci wszystkiego. Każdy czarodziej wie.

Wstała, podeszła do okna, odwrócona plecami.

– Kaer Seren nie upadło przez przypadek. W Kapitule był dysonans. Tissaia była przeciw. Ale inni… zwłaszcza Artaud Terranova… mieli odmienne zdanie. Decyzja zapadła wyżej. Władcy Koviru i Poviss dali zgodę. Terranova miał obsesję na punkcie mutacji. Reyhard wierzył, że naprawi to, co Wilkom z Kaer Morhen wymykało się spod kontroli. Że zdoła przywrócić chwałę szkoły. A Keldar za tę obietnice, godził się puszczać was na pewną śmierć.

Odwróciła się.

– Ty przeżyłeś, bo właściwe mutacje się przyjęły. Cudem. Jako jedyny. Reyhard chciał iść dalej. Chciał cię „naprawić". Wyciszyć w tobie magię, rozpocząć kolejne eksperymenty. Nie pozwoliłam na to. Przerwałam proces. Zastosowałam zaklęcie stabilizujące. Proste i bezpieczne.

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

– Widocznie teoria nie uwzględniła wszystkiego.

Wróciła na krzesło. Założyła nogę na nogę. Jedwab zaszeleścił, odsłaniając gładkie udo. Koenrad, wbrew woli, zawiesił wzrok. O mgnienie oka za długo. Filippa uśmiechnęła się kącikiem ust.

– Widzę w tobie wątpliwości – powiedziała. – Ale myśl logicznie: czy chciałabym twojej śmierci? Nie miałam wtedy głosu w radzie. Przybyłam tam dla Reyharda. Był moim przyjacielem. Kimś ważnym. Tyle musi ci wystarczyć.

Pochyliła się.

– Nim cię zostawię, mam propozycję. Wiem, czego pragniesz. Sprawiedliwości. Terranova był prowodyrem. Ja również mam z nim… niewyrównane rachunki. Razem możemy zająć się tym potworem.

Jej spojrzenie stało się drapieżne.

– Ale ostrzegam. Nie toleruję konkurencji. Jeśli przyjmiesz moją dłoń, nie będzie miejsca dla sentymentów do innych czarodziejek. Żadnych konsultacji na boku. Albo my, albo ty sam. Cena jest wysoka. Ale ja… – zawiesiła głos i uśmięchnęła się uwodzicielsko. – …Naprawdę potrafię się odwdzięczyć.

Koenrad milczał, patrząc w jej twarz. Niepokojąco piekną.

– To pieśń przyszłości – dodała łagodniej, wstając. – Na razie jesteś zbyt słaby, by stać, a co dopiero dedukować. Masz tu azyl.

Położyła dłoń na klamce.

– A, jeszcze jedno. Ta księga… którą znalazłeś, a potem tak lekkomyślnie oddałeś. Pochodzi z waszej biblioteki. Z Kaer Seren.

Koenrad otworzył usta w niemej konsternacji, ale Filippa nie dała mu dojść do słowa.

– Odpoczywaj. Jak poczujesz się lepiej… poinformujesz mnie o decyzji.

Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Zostawiając go w gęstej, dusznej ciszy, przesyconej wonią nardu i obietnicą, która miała smak dziegciu. Wiedział, że azyl, o którym mówiła, był w istocie preludium do gry, a szachownica, na którą go wprowadzono, nie wybacza błędów.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Przykładowe kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Interpunkcja, np.:

Ulica, przy której Margarita Laux-Antille wynajmowała jeden ze swoich apartamentów, choć daleka od samego rynku, zwała się „Łososiowa" – nietrudno zgadnąć (przecinek?) dlaczego.

Zawsze pukał. Z zasady i z ostrożności, mimo przeszło, półtorarocznej współpracy. – zbędny ostatni przecinek?

Baba wodna była równie zdumiona tym obrazem (przecinek?) co ja sam.

Wolnym krokiem, podszedł do nich mężczyzna, lekko się zataczając. – zbędny pierwszy przecinek?

Po drugie, łowczym zostałem, legalnie, bo żem do konkursu na stanowisko przystąpił. – tu drugi?

 

 

 

Powtórzenia (jest ich bardzo dużo!), np.:

Koenrad, zazwyczaj opanowany, z pozoru cyniczny i pewny siebie jak każdy cechowy zabójca potworów, poczuł, jak na moment zapomina, po co właściwie przeszedł ów próg.

Zamiast, bo ja wiem, do antykwariusza?

– Nie znam wielu czarodziejów, jak wiesz – mruknął, uciekając wzrokiem.

W jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, cień uśmiechu, który nie był, jak to u czarodziejek bywa, maską. Koenrad nigdy tak wylewny nie bywał.

– I nie byłeś ciekaw, co to była za piwnica?

W jego głosie pojawiła się niepewność, rzadki gość w jego gardle.

To ten novigradzki centuś, Moltz, stwierdził, że „wiedźmin to niepotrzebny wydatek".

Jakbym był jakimś ich chłystkiem do dźwigania skrzyń, a nie tym, co zbudował ich interes od podstaw!

– Daj mi to – powiedziała, wyciągając rękę, a w jej głosie nie było prośby, lecz imperatyw. – Zbadam to w Tretogorze.

 

 

Zapisy dialogów, np.:

– Racja. – Roześmiał się cicho. – czy to nie gębowe?

– Tak, baba wodna, pospolity rodzaj trupojada – Mrugnął do czarodziejki. – brak kropki w środku?

– Pisz list – rzucił w stronę sługi. – do Stregobora. – czemu po kropce mała litera?

– Po pierwsze, tylko zwilżam usta, gdyż gorzałka zatruwa umysł. – odparł głosem gładkim i zimnym niczym tafla lodu. – tu podobnie?

– No gdzie, Filippo! – zaprzeczyła Margarita z triumfalnym uśmiechem – Wyobraź sobie, że to on zaprosił mnie na kolację. – tu znów brak kropki w środku?

– Jesteś raczej klejnotem w surowej bryle, wiedźminie, którego wartość pojąć może jedynie koneserka, nie zaś liczykrupa – odrzekła, podchodząc bliżej, tak że poczuł zapach jej perfum – Dlatego nie oddam cię w ręce żadnego rachmistrza. – i tu?

 

 

Fragmenty niejasne, np.:

Margarita podeszła do niego. Sięgała mu ledwie do ramienia. Musnęła palcem bliznę na jego wardze.

– Taktyczne potknięcie? – szepnęła. – Może następnym razem poczekam, aż się potkniesz… o mój próg.

Dwa lata wcześniej.

W laboratorium panowała cisza, gęsta od pyłu i strachu.

– Straty? – zapytał w końcu, głosem wypranym z emocji, nie odrywając wzroku od pustego miejsca. – czemu nagle, podczas opisywania sceny i rozmowy bohaterów, pojawia się w kolejnym wersie, nawet bez większej przerwy czy wytłuszczenia, zdanie: „Dwa lata wcześniej”? ; o kim tu mowa, kto i kogo pyta?

 

Ortografia, np.:

Po za tym nikt nie każe ci się obrączkować. – razem?

 

Ogólnie ciekawa, wciągająca fabuła, lecz – jak przy każdym Twoim opowiadaniu o przygodach Koenrada – mam wrażenie poznawania pewnego fragmentu większej powieści. Tutaj zakończenie też wyraźnie na to wskazuje. ;) Jako czytelnik czuję, że to kontynuacja pewnego cyklu opowiadań i nie ma ona jeszcze tu swego zakończenia. :)

Usterek jest bardzo dużo, bo też opowieść liczy sobie sporo znaków (ponad 70 tysięcy!), zatem trzeba je wszystkie bardzo starannie poprawić. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Jako czytelnik czuję, że to kontynuacja pewnego cyklu opowiadań i nie ma ona jeszcze tu swego zakończenia. :)

Wyjaśniłem w przedmowie. Początkowo chciałem się zamknąć w trzech opkach, ale potem uznałem, że polubiłem postacie które stworzyłem – zła maniera, ale sprawia mi przyjemność. Nawet skrobnąlem coś testowo dalej, ale nie wiem czy nie zmienię, bo nie jestem przekonany. 

Tak, myślę o cyklu, co wyjdzie zobaczymy, ale planuje skręcić w stronę nawet już własnego uniwersum :) Tak wiele pomysłów, a tak mało jasnych decyzji. 

 

Poprawki – które mówiłaś – naniesione wszystkie – te rzeczy które wspomniałaś poprawiłem, a i powtórzenia które są, no cóż, przy tym formacie ciężko ich się nie ustrzec, ale teraz przysiadłem na 45 minut i poprawiłem wszystko co wskazałaś, a i `jak` postarałem się skutecznie zastąpić synonimami :) ( w całym opowiadaniu.

 

Fragmenty niejasne, np.:

Wrzuciłem sobie jeszcze wcześniej do google docs-a, a ten niestety mi zmienił format bo radą regulatorzy w “Skrzyniarzu” zmieniłem czcionkę i jak przeklejałem tutaj, to niestety mi źle sformatował, poprawione i dałem jeszcze gwiazdki rozdzielając scenki :)

 

 

I bruce jak zwykle dziekuje za łapankę i przeczytanie!

Melendur88

Rozumiem, ja jednak (zgodnie z zaznaczeniem) podałam Ci tylko przykładowe fragmenty z sugerowanymi zmianami, trzeba całość przejrzeć i poprawić, bo nie zdołałam wypisać wszystkiego, skupiając się nade wszystko na śledzeniu akcji. :)

I ja dziękuję, trzymam kciuki za stworzenie cyklu opowieści, bo fabuła jest arcyciekawa, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Rozumiem, ja jednak (zgodnie z zaznaczeniem) podałam Ci tylko przykładowe fragmenty z sugerowanymi zmianami, trzeba całość przejrzeć i poprawić, bo nie zdołałam wypisać wszystkiego, skupiając się nade wszystko na śledzeniu akcji. :)

 

No wczoraj jeszcze spojrzałem i co życzliwi jeszcze wyłapali. Wydaje się mi, że wszystkie co mogłem sprawdziłem, jeszcze przed chwilą dostrzegłem, co mogłem :) Dziękuje za ciepłe słowa, jak zwykle bruce jesteś nieoceniona :)

Melendur88

Ukłony. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka