Anno Domini 1420
Wiesz, Alutko, czemu w gwiazdy tak często patrzę? Nie tylko dlatego, żem od dziecka w nieboskłon z uwielbieniem spoglądała. Pytasz, na mój mniszy habit i na siwe włosy matki przełożonej patrząc, azali ja kiedykolwiek kogoś uczuciem obdarzyłam i czy serce me wciąż bije dla kogoś. Owszem, dziecko. Wiem jednak, że tu nie wróci już pewnie nigdy. Pytasz czemu? Opowiem ci. Bacz wszakoż, że historii tej nie powierzyłam dotąd żadnej żywej duszy. Bo i uwierzyć w nią łatwo by nikt nie chciał.
Jam ze Zwanowa, miasteczka niewielkiego, co to pod Poznaniem leży. Tatko mój magistrem krakowskiej Akademii był niegdyś. Gdym dzieckiem jeszcze była, dom nam tu z nadania dano, a jemu urząd bakałarza powierzono, by tutejszą szkółkę parafialną w pieczy swej trzymał. I jam o nauce przez całe dziecięce lata marzyła. Biegła byłam w owych siedmiu sztukach wyzwolonych, o których to uczeni mężowie prawią. Gramatykę i dialektykę w lot pojęłam, arytmetyka i geometria tajemnic dla mnie nie miały, a astronomię… tę ponad wszystko umiłowałam. Lecz ojciec widział dobrze, jak świat ten jest urządzony. Pojmował, że dla kobiet sprawiedliwości w nim zgoła nie ma. Brat mój na zamku służył, za giermka u syna dziedzica. A ja? Mnie do kądzieli i garnków szykowano. Jedynym w osadzie miejscem, które szczerą miłością darzyłam, było małe jezioro za zagajnikiem, gdzie z ojcowymi pergaminami i zapiskami ukradkiem się wymykałam. Tam jedynie prawdziwą wolność czułam, z dala od cudzych oczu i narzuconych mi powinności. W niebo patrzałam i dumałam o konstelacjach i prawach niebieskich.

„Zawieszenie” aut. Anna Słoncz.
Pewnej nocy głuchej, gdym osiemnaście wiosen miała, błysk niebo rozdarł. Gwiazdą spadającą z pewnością to nie było. Kula światła w dół runęła i z głuchym stłumionym tąpnięciem, bez huku wielkiego, w lód jeziora mojego uderzyła. Pobiegłam tam czym prędzej. W oparach zastałam karocę dziwną, dymiącą, a przy niej… jego. Człowieka rannego i zziębniętego okrutnie. Mową dziwną prawił, klął jak szewc, lecz patrzył na mnie wzrokiem, jakiego u żadnego z tutejszych młodzianów nigdy nie widziałam.
W szopie ojcowskiej go ukryłam. Dwa tygodnie u nas gościł. Zdziwiłabyś się, Alutko, widząc, jak z ojcem mym język wspólny wnet znaleźli. Po nocach przesiadywali, o biegu gwiazd i porządku niebieskim rozprawiając. Pomagał nam na obejściu, drwa rąbał, sprzęty naprawiał. A mieczem władał, zaprawdę, jak mało kto. Bratu memu, gdy ów z zamku na krótko do domu zjechał, kilka takich sztuczek z ostrzem pokazał, iż ten tylko usta z podziwu otworzył.
O zmroku zaś dzielił się mądrością, o jakiej żaden z tutejszych bakałarzy nigdy nie słyszał. Pamiętam, Alutko, jak razu pewnego, gdy ojciec nasz już chrapał, przybysz z nieba ów narysował mi węgielkiem na dębowej desce układ gwiazd. Konstelacje, o jakich nasz proboszcz bodaj nie śnił. Palcem wodził po wyrysowanych sferach, tłumacząc ich ruchy, a dłoń jego przypadkiem mej dłoni dotknęła. Nie cofnął jej. I ja też nie. Spojrzał na mnie tak, jakby widział we mnie równego sobie mędrca, a nie dziewkę od garów. Zawsze za brzydką się uważałam, a on sprawił, żem mądrą i piękną się poczuła. Poczułam, że ktoś nareszcie mnie rozumie.
Pytasz, jak zwał się w istocie… Winfred z Dillingen się przedstawił. Ale miasta takiego na żadnej z map nigdy nie widziałam. Sądzę… że przyznać się bał. W imię owo wcale nie uwierzyłam. Pewnego razu, gdym z oddali go obserwowała, dobiegł z głębi zagajnika głos jakiś, co innym zupełnie mianem go zawołał. Zła na siebie byłam okrutnie, żem przez wiatr owego zawołania dokładnie nie usłyszała, ani kto zza drzew krzyczał… lecz po tym, jak wzdrygnął się na ów dźwięk, pewnam była, iż inne miano w istocie nosi. Gdym go o to później zagadnęłam, westchnął ciężko i przyznał, że prawdy wyjawić mu nie wolno.
Opowiedział mi za to nieco o swym losie. Mówił, że wywodzi się ze świata do naszego podobnego… lecz w którym magia tętni, prawdziwe smoki niebo prują, a po ziemi stąpają baśniowe stwory. Opowiadał o ludziach smukłych, o twarzach gładkich i uszach spiczastych oraz o karłach brodatych, krępych, co w górach stal niestrudzenie kują. Rzekł, iż zbiegiem nieszczęsnym w portal jakiś wszedł, czarodziejskie wrota, w które za nic wchodzić nie powinien. Zbiegł zaś, jak to ujął, z jakiegoś niebiańskiego statku łowców niewolników. Ci zaś bezlitośnie jego tropem gnali.
Winfred jednak od kilku dni stawał się coraz bardziej niespokojny i rozdrażniony, jakby licho jakieś w powietrzu wyczuwał. Na kolejne wyjście nad jezioro zabrał ze sobą miecz długi, co go był od brata mego pożyczył. Pamiętam, jak ujął rękojeść w dłoń, a w oczach jego błysnęło coś takiego, jakby dawnego, wiernego kamrata po latach witał. Srogi mróz trzymał kilka dni to i lód znowu jezioro pokrył. Zasiadł nad zamarzniętą taflą i długie godziny przy wyrąbanym mieczem przeręblu spędzał, czegoś wciąż szukając. Dopytywałam, co za skarb tam utonął, lecz on wcale mi nie odpowiadał. Mruknął jedynie, że to rzecz dlań nader ważna.
Niebo było owego popołudnia szare, ołowiane, zasnute ciężkimi chmurami. Zapewne przez owo zasępienie nie dostrzegliśmy zrazu, co z góry nadciągało. Wpierw usłyszeliśmy jeno dziwny, niski pomruk, obcy a groźny, od którego aż lód pod nogami zaczął drżeć. Winfred od razu w lot pojął, co się święci. Do osady uciekać nam nie było można – jezioro leżało niemal ćwierć mili drogi od chat, na otwartym polu wnet by nas dopadli, a i zgubę na całe spokojne Zwanowo byśmy ściągnęli.
Przeszłość go dopadła. Przyszli po niego. Postacie, co z mgły się wyłoniły, były jak z innego świata, Alutko. Koszmary prawdziwe. Jeden z nich uszy miał szpiczaste, a skórę czarną jak sadza, niczym kolor nocnego nieba. Z nim zaś bestie szły, co posturą ludzi przypominały, lecz ogromne były ponad miarę, skórę miały zieloną, a z pysków sterczały im kły niczym u dzika.
Winfred krzyknął, bym w trzcinach się skryła, a sam z owym długim mieczem w dłoniach na lód wyszedł. Sroga się walka wywiązała. Pamięć mnie już, starą, zawodzi, lecz jedno pomnę do dziś: o parowaniu owych ciosów mowy być nie mogło. Oprawcy ci dzierżyli dziwne, zębate brzeszczoty, które żarzyły się piekielnym gorącem i wyły niczym roje os. Lód pod nimi aż syczał i topniał, pewnam więc była, że i zwykłą stal by wnet w niwecz obrócili. Winfred unikał więc ciosów, wężowym ruchem się wymykając, i ciął zwykłym żelazem tam, kędy pancerza bestie nie miały. Powalił świńskie, zielone gęby, posyłając ich na twardy lód, lecz ten o czarnej skórze był rychły i przebiegły. Ciął Winfreda w bark, aż ten z zachwianiem na jedno kolano padł.
Wtedym ja z trzcin dojrzała, iż z łapska jednej z ubitych bestii wypadła dziwna kula, światłem w swym wnętrzu pulsująca. Pomnąc nauki ojca o ciężarze ciał, lecz nade wszystko wiedziona nagłym przeczuciem, chwyciłam ów czarci pocisk i cisnęłam ze wszystkich mych sił… zgoła nie w owego szpiczastouchego, lecz prosto w środek naruszonego przerębla.
Winfred pojął w lot me intencje i odskoczył wstecz. Huknęło potężnie! Z samego dna jeziora wystrzelił w niebo słup wody i szlamu, a pękający z ogłuszającym trzaskiem lód pochłonął oprawcę. Zaskoczony, wpadł z całym swym ciężkim pancerzem w czarną, zimną toń.
Jak pył opadł, wtem w oddali rozległ się ryk i ujrzeliśmy potężną, karocę, którą owi łowcy z nieba zstąpili. Winfred już wprzód mi wyłuszczył, iż statkiem się takie dziwo zowie. Gdy tylko w oczy jego spojrzałam, pojęłam w lot. Pragnął odejść.
Błagałam go. Prosiłam, by w gwiazdy wziął mnie ze sobą, by wyrwał z tego zapyziałego padołu, gdzie do końca dni mych jakiemuś kowalowi posługiwać bym musiała.
Chwycił mnie za ramiona. W oczy moje spojrzał prosto, a z bliska jeszcze wyraźniej widzieć się dało, iż do ludzkich były zgoła niepodobne, kocie jakby. I rzekł cicho:
– Nie, Nawojko. Ja w tym świecie, choć pięknym i memu podobnym, zawsze intruzem pozostanę. To nie mój dom. Wchodząc przez ten portal o którym ci wzmiankowałem, nie mówiłem, żem szukał zguby matki jednej z mojego świata. Dziecka , którego nadal nie odnalazłem. Znam ja mocodawców tych, co tutaj ubiliśmy. To ci za porwanie młodzika odpowiadają. Obiecałem, że go odnajdę i bezpiecznie do domu odstawię. Odnaleźć je muszę… I z nim do swego świata powrócić. Ty masz swoje powołanie. I marzenia swoje.
Łzy gorzkie rzuciły mi się do oczu. Poczułam nagle, iż za nic w świecie puścić go nie chcę, pragnąc zatrzymać go przy sobie bodaj na tę jedną, ulotną chwilę. Wsparłam się na palcach i sama wargi swe do ust jego przywarłam. Zaskoczony był zrazu, lecz wnet odpowiedział pocałunkiem gwałtownym, wcale nie dworskim, krwią i mrozem smakującym. Gdym w rozpaczy za poły jego odzienia dłońmi chwyciła, przyciągając go ku sobie, nie oponował. Wciągnął mnie w półmrok owego statku, gdzie ciepło łagodne biło, odcinając nas od wiatru zimowego i pobojowiska. Dech mi w piersiach zaparło, a świat zawirował, jakbym w przepaść leciała. Oddałam mu się cała, z woli własnej i z serca palącej potrzeby. Złączyliśmy się w jedno z taką rozpaczą i gorącem, jakbyśmy oboje ów uciekający czas oszukać chcieli, gasząc w sobie nawzajem strach przed tym, co nieuchronne.
Patrzyłam przez łzy, które same do oczu się cisnęły, jak w statku owym ulatuje prosto w szare, ołowiane niebo. Zniknął w gęstych chmurach, jeno białą, rozedrganą smugę za sobą zostawiając. Spłynęła mi po policzku kropla gorzka, gdym tak stała, śledząc ów jasny ślad rwący się na zimnym wietrze. Smuga owa rozwiała się wnet, niby poranna mgła nad wodą, lecz w pamięci i sercu mym wyryła się na zawsze, niczym najpiękniejsza, a zarazem najboleśniejsza blizna.
Gdy huk ucichł, a ja na pobojowisku sama ostałam, podeszłam znów do brzegu. Wtedy to, w zrytym wybuchem śniegu, dojrzałam coś zmatowiałego – żelazny, rdzewiejący medalion, drapieżnego ptaka wyobrażający. To po to właśnie nurkował tamtego wieczoru. Podniosłam go ukradkiem, sama nie wiedząc czemu, i schowałam głęboko w zanadrzu swego płaszcza, jak relikwię z innego świata.
I wiesz, każdego dnia od owego czasu w niebo to spoglądam. Ciągle jezioro owo pamiętam. Nie tylko więź z tym przybyszem mocną poczułam. On odwagę i kierunek mi nadał. Ucięłam warkocze, strój męski przywdziałam i do Krakowa wyruszyłam. Z miłości do nauki, jak to potem przed sądem biskupim rzekłam. Lecz w głębi serca wiedziałam, żem uczyniła to także po to, by bodaj na drobinę nieboskłonu dosięgnąć, w który on wtedy uleciał…
***
…a dziś w Krakowie, na terenie Parku imienia Henryka Jordana, w słynnej Galerii Wielkich Polaków, uroczyście odsłonięto kolejne popiersie. Tym razem uhonorowano Nawojkę – postać historyczną, pierwszą polską studentkę, która w XV wieku w męskim przebraniu podjęła studia na Akademii Krakowskiej, przecierając szlaki dla milionów kobiet. Przemawiający na uroczystości rektor podkreślił jej niezłomną miłość do nauki. Słuchacie Radia ZET, minęła właśnie trzynasta…
Wiatr szeleścił zrudziałymi liśćmi wzdłuż alejek Parku Jordana, przeganiając nielicznych spacerowiczów w zimny, jesienny wieczór. Przed nowiutkim, lśniącym w bladym słońcu popiersiem z brązu stał mężczyzna w skórzanej kurtce.
Sięgnął dłonią do uszu i zsunął bezprzewodowe słuchawki na szyję, ucinając w połowie serwis informacyjny Radia ZET. Wsunął dłonie głęboko w kieszenie, wpatrując się w wyrzeźbioną twarz z brązu. Rysy pomnika były gładkie, klasyczne, z uduchowionym wyrazem twarzy wpatrzonym gdzieś w dal.
– Zrobili cię piękniejszą – mruknął pod nosem, uśmiechając się lekko. – Ale nie pokazali za to tego, co było w tobie najpiękniejsze.
Wyciągnął rękę i delikatnie pogładził chłodny policzek z brązu. Ruch ten sprawił, że spod rozpiętego kołnierzyka jego koszuli wysunął się na ułamek sekundy zmatowiały medalion przedstawiający głowę drapieżnego ptaka z otwartym dziobem. Złapał go szybko, pośpiesznie chowając z powrotem pod materiał.
Zapadła cisza. Mężczyzna westchnął i zapatrzył się w dal, ponad koronami drzew. Potem zadarł głowę do góry. Nagle jego wzrok przykuł punkt na niebie. Coś przemieszczało się z nienaturalną prędkością, zostawiając za sobą ledwo zauważalną poświatę.
Przekrzywił głowę, po czym spojrzał na swój masywny zegarek, który nie pokazywał ani godziny, ani ziemskich współrzędnych. Zamrugał powoli.
– Eh, Znowu – westchnął z ciężką rezygnacją, poprawił kołnierz i ruszył szybkim krokiem w głąb miasta.
***
Siostra Alina klęczała na kamiennej podłodze w surowej izbie, kończąc szeptem gorączkowy pacierz przy łóżku starej mistrzyni. Od tamtego wieczoru, gdy sędziwa kobieta powierzyła jej w tajemnicy swą niezwykłą przeszłość, minął równy miesiąc, a jej stan pogorszył się okrutnie. Zapadła głucha cisza, przerywana jeno trzaskiem dogasającej łojówki i świstem słabnącego oddechu konającej.
Mniszka przeżegnała się i podniosła z klęczek.
– Matko… po strawę idę. Nakarmim cię – rzekła cicho, pochylając się nad staruszką.
Nie usłyszawszy odpowiedzi, westchnęła, zamykając za sobą drzwi.
Zaledwie jej kroki ucichły na korytarzu, drzwi ponownie skrzypnęły.
Z mrocznego korytarza powiało dziwnym chłodem – bynajmniej nie klasztornym zaduchem starych murów, lecz mrozem pachnącym zimowym powietrzem i wiatrem znad zamarzniętego jeziora.. Przeciąg zgasił świecę, spowijając izbę półmrokiem.
A w progu mężczyzna stanął. Wysoki, w dziwną skórznię odziany, z obliczem, którego ząb czasu wcale nie nadgryzł. Oczy jego nienaturalne, bursztynowe, w ciemnościach posiwiałą twarz staruszki odnalazły.
Nawojka uśmiechnęła się kącikiem wyschniętych ust. Nagle uleciał z niej wszystek ból, a strudzone, demencją trawione kości, błoga i niespodziewana lekkość ogarnęła. Zmarszczki na jej obliczu zdawały się wygładzać. Mężczyzna ów próg przestąpił i dłoń ku niej wyciągnął.
– Czas w drogę, najjaśniejsza z gwiazd – usłyszała cichy szept, choć usta przybysza bodaj się nie poruszyły.
Wyciągnęła ku niemu swą słabą rękę, a jej zaciśnięte palce rozluźniły się ufnie. Mężczyzna ujął jej dłoń, a ów ciężki, żelazny medalion gładko i bezszelestnie wsunął się w jego własne palce, wracając do prawowitego właściciela.
Zamknęła oczy, a jej oddech ustał. Odeszła w spokoju, w głuchej i pustej celi, w której po tajemniczym przybyszu nie ostał się wnet najmniejszy ślad, tak samo po matce przełożonej.
Ciała Nawojki nigdy nie odnaleziono, lecz historia jej nie zapomniała, tak samo nigdy nie zapomniał jej tajemniczy przybysz z gwiazd.