- Opowiadanie: CZARNA2 - Szept zimy

Szept zimy

Opo­wia­da­nie na­pi­sa­ne do ob­ra­zu Anny Słoncz, pt: Szept Zimy

Opo­wia­da­nie jest hor­ro­rem, bar­dzo krwa­wym i nie­od­po­wied­nim dla wraż­li­wych czy­tel­ni­ków.

Obraz jest na końcu opo­wia­da­nia.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Outta Sewer, Bardjaskier

Oceny

Szept zimy

Mó­wi­li nam, że świat scho­dzi na psy, że lu­dziom nie wolno wie­rzyć. Stra­szy­li glo­bal­nym ocie­ple­niem, dziu­rą ozo­no­wą, de­gra­da­cją śro­do­wi­ska, su­chy­mi wia­tra­mi znad Sa­ha­ry.

Przy­zwy­cza­ili­śmy się do tego.

Nikt jed­nak nie brał pod uwagę zimy, a ona zja­wi­ła się nagle i z mocą śnież­ne­go szkwa­łu.

Z dnia na dzień tem­pe­ra­tu­ra spa­dła do minus dwu­dzie­stu stop­ni. Prze­sta­ła funk­cjo­no­wać kolej, ko­mu­ni­ka­cja miej­ska. Pę­ka­ły rury z wodą, bra­ko­wa­ło ogrze­wa­nia, i cią­gle ro­bi­ło się zim­niej.

Ktoś wy­cią­gnął z za­ka­mar­ków in­ter­ne­tu prze­po­wied­nię o końcu świa­ta:

W naj­zim­niej­szą noc, otwo­rzą się wrota pie­kieł i na trzy dni za­pa­nu­je ciem­ność.

Ale żeby stało się to tak do­słow­nie?

Jedną z ostat­nich wia­do­mo­ści, jaką usły­sze­li­śmy, to ta, że na Sy­be­rii z kra­te­ru Ba­ta­gaj, zwa­ne­go po­tocz­nie „wro­ta­mi pie­kieł”, wy­do­by­wa się dym, a tem­pe­ra­tu­ra w oko­li­cy sięga minus dzie­więć­dzie­się­ciu stop­ni. Potem na­stą­pi­ła ciem­ność i wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Oprócz jed­nej rze­czy: od ludzi trze­ba trzy­mać się z da­le­ka. I od po­two­rów, które wy­peł­zły ze szcze­li­ny – dzi­wacz­nych i mrocz­nych, zna­nych z baśni i lu­do­wych podań.

 

 

 

– Po­śpiesz się, Cyśka.

Nie­na­wi­dzi­łam, jak oj­ciec tak mnie na­zy­wał, jakby nie mógł po­wie­dzieć: Mar­ce­li­na. Przy­śpie­szy­łam kroku, idąc po za­mar­z­nię­tym, chrzęsz­czą­cym śnie­gu i cią­gnąc za sobą cięż­kie sanie. Tata szedł z przo­du ze swo­imi. W dwóch śli­zgach mie­ścił się cały nasz do­by­tek.

– Cyśka, prze­bie­raj no­ga­mi. Je­ste­śmy na otwar­tym te­re­nie.

To ozna­cza­ło, że mo­gli­śmy zo­ba­czyć nie­bez­pie­czeń­stwo z da­le­ka, ale rów­nież wi­dzia­no i nas.

Przy­śpie­szy­łam, cięż­ko dy­sząc, byle jak naj­szyb­ciej do­trzeć do po­bli­skie­go lasu. Tam zwol­ni­my. Od­pocz­nie­my.

Słoń­ce wi­sia­ło nisko, za­snu­te cięż­ki­mi chmu­ra­mi, jako le­d­wie wi­docz­ny, ja­śniej­szy okrąg. Śnieg skrzy­piał, a spod niego sły­chać było głu­che tąp­nię­cia za­mar­z­nię­te­go je­zio­ra. Gdzieś od lasu do­tar­ło do nas prze­raź­li­we wycie.

Za­mar­łam.

Oprócz ludzi i po­two­rów na­le­ża­ło uni­kać wil­ków. Ci trzej wy­mie­nie­ni nigdy nie od­pusz­cza­li, gdy wpa­dli na trop.

– Chyba jest jeden – wy­szep­ta­łam, pa­trząc za od­da­la­ją­cym się ojcem. – Mam na­dzie­ję.

Sanie, które się za­trzy­ma­ły, cięż­ko było po­ru­szyć. Mia­łam wra­że­nie, że mo­men­tal­nie przy­mar­z­ły do lodu. Tata po­na­glał mnie z przo­du, a ja nie mo­głam ru­szyć. Zde­spe­ro­wa­na pró­bo­wa­łam chwy­cić się lodu i pod­cią­gnąć, żeby wresz­cie zmie­nić po­ło­że­nie. Po kilku pró­bach udało się.

Sa­pa­łam, na­bie­ra­jąc tempa, czu­jąc na twa­rzy lo­do­wa­ty wiatr, który wła­śnie się obu­dził i z każdą chwi­lą przy­bie­rał na sile.

– Byle do drzew, zanim za­mar­z­nę – jęk­nę­łam, po­ty­ka­jąc się i pod­pie­ra­jąc rę­ka­mi.

Prze­raź­li­wy ja­zgot roz­legł się ko­lej­ny raz chyba z tego sa­me­go miej­sca. Mia­łam ciar­ki na ple­cach od tego wycia. Drze­wa po­wi­ta­łam z ulgą, dały nieco ochro­ny przed za­wie­ją.

Wy­so­kie, ma­je­sta­tycz­ne, całe w śnie­gu. Po­mię­dzy nimi wił się stru­myk. Mu­siał być cie­pły, bo woda le­ni­wie w nim pły­nę­ła. Wie­dzia­łam, że tata nie od­pu­ści i na noc roz­bi­je­my obóz nie­da­le­ko. O ile nie znaj­dzie lep­sze­go schro­nie­nia.

Ja­ski­ni nie zna­leź­li­śmy. Za to wpa­dli­śmy na wilka.

Wiel­ki, czar­ny ba­sior, za­klesz­czo­ny w pu­łap­ce na niedź­wie­dzie, na nasz widok za­czął się szar­pać. Ko­łu­ją­ce nad nami kruki przy­cup­nę­ły na ga­łę­ziach drzew, z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­da­jąc się sy­tu­acji. Spraw­dzi­li­śmy do­kład­nie oko­li­cę i oprócz śla­dów wilka nie było in­nych. Sama pu­łap­ka wy­glą­da­ła na starą. Oj­ciec wy­mie­rzył z du­bel­tów­ki, ma­ją­cej lata świet­no­ści za sobą. Do­stał ją od dziad­ka, gdy skoń­czył dzie­sięć lat.

– Za­cze­kaj. – Za­trzy­ma­łam go. – Szko­da mar­no­wać kuli. Może… może go uwol­nij­my?

Męż­czy­zna prych­nął, ale opu­ścił broń.

– Chodź­my – po­wie­dział i ru­szył w głąb lasu.

– A co z nim? – Wska­za­łam ręką na wilka.

– Na­tu­ra zrobi, co trze­ba.

Zro­bi­ło mi się żal zwie­rzę­cia. Wes­tchnę­łam i po­dą­ży­łam za ojcem, oglą­da­jąc się co chwi­lę, do­pó­ki czar­na sierść nie znik­nę­ła mię­dzy drze­wa­mi.

Miej­sców­kę na noc zna­leź­li­śmy nad rzecz­ką roz­dzie­la­ją­cą las na dwie czę­ści. Było tu prze­pięk­nie. Kruki po­de­rwa­ły się do lotu i przez chwi­lę krą­ży­ły nad nami, gdy roz­kła­da­li­śmy duży na­miot, a w środ­ku mniej­szy. W ten spo­sób po­wie­trze mię­dzy nimi było cie­plej­sze.

Kiedy skoń­czy­li­śmy, pta­szy­ska od­le­cia­ły, kra­cząc obu­rzo­ne.

W rzece pły­wa­ła nasza ko­la­cja, a ja byłam za­chwy­co­na, mogąc zjeść coś in­ne­go niż kon­ser­wy po dacie waż­no­ści.

Moje myśli wra­ca­ły do wilka i jego prze­ra­żo­ne­go spoj­rze­nia. Dziw­ne, ale mia­łam wy­rzu­ty su­mie­nia, że nie po­mo­gli­śmy mu.

Obu­dzi­łam się w środ­ku nocy z wra­że­niem, że coś krąży wokół obozu. Ostroż­nie wyj­rza­łam z na­mio­tu. Las był jasny, przy­kry­ty bia­łym pu­chem ni­czym pie­rzy­ną. Ogni­sko wy­ga­sło, a uczu­cie nie­po­ko­ju po­wo­li się wy­co­fa­ło. Ni­ko­go ani ni­cze­go nie było.

Wy­peł­złam z na­mio­tu, cały czas za­sta­na­wia­jąc się nad losem wilka. Po cichu za­su­nę­łam zamek na­mio­tu i ru­szy­łam w stro­nę miej­sca, gdzie zna­leź­li­śmy ba­sio­ra.

Drze­wa trzesz­cza­ły od mrozu. Spod stóp sły­chać było chrzęst śnie­gu. Las szep­tał dawno za­po­mnia­ne hi­sto­rie, a cięż­kie ga­łę­zie ugi­na­ły się, gro­żąc pęk­nię­ciem. Do­tar­łam na miej­sce, a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wa­ło, bo po wilku nie było śladu. Je­dy­nie roz­grze­ba­na, gruba war­stwa śnie­gu, zmie­sza­na z zie­mią i krwią oraz wy­sta­ją­ce z niej ko­rze­nie. Ka­wa­łek dalej zna­la­złam wnyki. Co­kol­wiek je ro­ze­rwa­ło, mu­sia­ło być nie­zwy­kle silne. Ro­zej­rza­łam się po­dejrz­li­wie, ści­ska­jąc w ręce pi­sto­let, przy­go­to­wa­na na atak. Nic jed­nak się nie stało.

Ciszę nocną ro­ze­rwał strzał w od­da­li. Wszę­dzie roz­po­zna­ła­bym ten szcze­kli­wy głos du­bel­tów­ki ojca. Rzu­ci­łam się bie­giem w stro­nę obo­zo­wi­ska, po­ty­ka­jąc na wy­sta­ją­cych ko­rze­niach i śli­zga­jąc po za­mar­z­nię­tym śnie­gu. Po­mię­dzy drze­wa­mi bez­sze­lest­nie mknę­ła smu­kła syl­wet­ka wilka. Za­uwa­ży­łam ją mi­mo­wol­nie.

Z da­le­ka sły­sza­łam pod­nie­sio­ne głosy. Jeden chyba ko­bie­cy. Za­trzy­ma­łam się za drze­wem, cięż­ko dy­sząc, i ob­ser­wo­wa­łam sy­tu­ację. Oj­ciec leżał nie­ru­cho­mo na ziemi, w ka­łu­ży krwi. Nad nim po­chy­la­ło się dwóch ro­słych męż­czyzn, a trze­ci, drob­niej­szy, prze­szu­ki­wał obo­zo­wi­sko. Nie wie­dzia­łam, czy w na­mio­cie ktoś jest i ilu na­past­ni­ków na­pa­dło na obo­zo­wi­sko. Byłam jed­nak pewna, że sły­sza­łam czte­ry, może pięć gło­sów.

Za­sło­ni­łam usta, kiedy jeden z męż­czyzn od­wró­cił tatę na plecy. Roz­trza­ska­na na mia­zgę twarz bę­dzie mnie prze­śla­do­wać do końca życia. Mo­głam temu za­po­biec, gdy­bym nie od­da­li­ła się od obozu.

– No, witam – usły­sza­łam tuż przy uchu, a wraz ze sło­wa­mi po­czu­łam chłód me­ta­lu na po­ty­li­cy. Mo­głam się do­my­śleć, że facet ma broń. Nie sły­sza­łam, że ktoś się skra­dał, i klę­łam na sie­bie za to, że stra­ci­łam czuj­ność.

– Po­wo­li się od­wróć – po­le­cił męż­czy­zna.

Uczy­ni­łam to, co mi kazał, uno­sząc ręce do góry. Do­pie­ro teraz zo­ba­czy­łam, że jest ich dwóch. Niż­szy spraw­dził, czy nie mam broni. Za­brał mój pi­sto­let i wsa­dził za sze­ro­ki pas spi­na­ją­cy futro z niedź­wie­dzia.

– Nie­zły kąsek nam się tra­fił – po­wie­dział, od­su­wa­jąc się ode mnie i szcze­rząc w uśmie­chu. Za­uwa­ży­łam, że bra­ku­je mu kilku zębów. – Oj… nie rób ta­kiej obu­rzo­nej miny. Zo­ba­czysz, bę­dziesz za­do­wo­lo­na.

– Ru­szaj do obozu – wark­nął ten z bro­nią.

Od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam we wska­za­ną stro­nę, czu­jąc, jak nogi ugi­na­ją się ze stra­chu. We­szłam w krąg świa­tła, a wszy­scy zwró­ci­li uwagę na moją osobę. Drob­na po­stać po­de­szła i przez chwi­lę przy­glą­da­ła mi się uważ­nie.

– Nie­po­trzeb­na nam cipa.

– Oj… sio­stra. Tobie może nie, ale nam ow­szem – mruk­nął szczer­ba­ty. Ko­bie­ta cmok­nę­ła nie­za­do­wo­lo­na.

– Ba­sio­ra wi­dzia­łeś? – za­py­ta­ła po chwi­li, zwra­ca­jąc się do wy­cho­dzą­ce­go z ciem­no­ści szczu­płe­go męż­czy­zny.

– Nie. Uciekł z paści, a ktoś mu po­mógł.

Ko­bie­ta wska­za­ła na mnie głową.

– Za mało siły, to coś… więk­sze­go – od­parł po­wo­li nowo przy­by­ły.

– Kurwa – wark­nę­ła, krą­żąc nie­spo­koj­nie po obo­zo­wi­sku.

Byłam spa­ra­li­żo­wa­na stra­chem i je­dy­ne, co zro­zu­mia­łam, to że z ja­kie­goś po­wo­du czar­ny wilk prze­ra­żał ich.

Na skra­ju lasu, tam gdzie za­czy­nał się mrok, sie­dzia­ła smu­kła syl­wet­ka. Błysz­czą­ce oczy wpa­try­wa­ły się we mnie z upo­rem. W chwi­lę póź­niej za­uwa­ży­łam ko­lej­ną, która cicho zbli­ża­ła się do kręgu świa­tła, a zaraz w innym miej­scu zja­wi­ła się na­stęp­na. Na­li­czy­łam ich sześć. Nie ata­ko­wa­ły. Po pro­stu przy­glą­da­ły się nam, jakby cze­ka­jąc na znak.

– Już jest – szep­nął szczer­ba­ty, się­ga­jąc ostroż­nie po broń.

Za gra­ni­cą wi­docz­no­ści coś było. Bar­dziej to czu­łam, niż wi­dzia­łam. Coś pier­wot­ne­go zbli­ża­ło się, po­wo­du­jąc, że mia­łam ciar­ki na ple­cach, a nogi się ugi­na­ły. Sły­sza­łam trzask ga­łę­zi, to, jak po­ru­sza się zie­mia i prze­ma­wia las w ci­chych szme­rach.

Atak na­stą­pił nie­ocze­ki­wa­nie.

Grube, sple­cio­ne ga­łę­zie wy­strze­li­ły z mroku, ude­rza­jąc po obu stro­nach. Wi­dzia­łam, jak war­ko­cze roz­plą­tu­ją się szyb­ko. Unie­sie­ni w po­wie­trze dwaj męż­czyź­ni zo­sta­li ro­ze­rwa­ni, a wnętrz­no­ści wżar­ły się w śnieg. Krew osia­dła na pniach, spły­wa­jąc po­wo­li ni­czym ży­wi­ca.

Prze­raź­li­wy wizg trwał i trwał. Chwi­lę za­ję­ło mi uzmy­sło­wie­nie sobie, że to mój krzyk.

Wilki wgry­za­ły się wszę­dzie: w ręce, nogi, twarz.

Ko­rze­nie wy­strze­li­ły w górę, wbi­ja­jąc się w ko­bie­tę. Przez chwi­lę drga­ła, wy­ba­łu­sza­jąc oczy, zanim spi­ral­na gałąź nie prze­bi­ła krta­ni, wy­cho­dząc usta­mi. Upa­dła na zie­mię, wpa­tru­jąc się we mnie oskar­ży­ciel­sko.

Nagły bez­ruch był nie do znie­sie­nia.

Z mroku wy­szła po­stać. Wy­so­ki męż­czy­zna o bla­dej twa­rzy i po­pę­ka­nej, szorst­kiej skó­rze przy­po­mi­na­ją­cej korę drzew. Ubra­ny w strój le­śni­cze­go, po­kry­ty mchem i po­ro­sta­mi. Nie po­tra­fi­łam wy­do­być z sie­bie dźwię­ku, kiedy pod­cho­dził. Las szu­miał od po­dmu­chów zim­ne­go wia­tru. Drze­wa trzesz­cza­ły, a ja klę­cza­łam cała we krwi, czu­jąc, jak za­ma­rza we mnie na­dzie­ja.

Pod­świa­do­mie wie­dzia­łam, kto to jest.

Pan Lasu nie zna dobra ani zła – obca myśl po­twier­dzi­ła moje przy­pusz­cze­nia. Obok mnie sie­dział czar­ny ba­sior i przez chwi­lę mia­łam wra­że­nie, że po­ro­zu­mie­wa się z Do­bro­cho­czym*.

Na mo­ment za­mknę­łam oczy, a wilki roz­pierz­chły się. Pędy po­wo­li opla­ta­ły kost­ki i nad­garst­ki, przy­cią­ga­jąc do pod­ło­ża. Czu­łam, jak suną wzdłuż ciała, krę­pu­jąc, wbi­ja­jąc się pod ubra­nie, prze­bi­ja­jąc skórę. Drob­ne ga­łąz­ki wbi­ja­ły się w żyły z nie­zno­śnym bólem.

Las za­pusz­czał we mnie ko­rze­nie.

Chłod­ny po­wiew na roz­grza­nej twa­rzy i mo­głam z bli­ska spoj­rzeć w stare oczy le­sze­go, a jego słowa po­czu­łam w sobie naj­mniej­szą nawet cząst­ką. Wbiły się w umysł i duszę.

Do­pó­ki lu­dzie żyją, zie­mia bę­dzie umie­rać.

Nie mo­głam się z tym nie zgo­dzić, ale tak prze­raź­li­wie chcia­łam żyć. Otwo­rzy­łam usta, żeby to po­wie­dzieć, ale drob­ne ga­łąz­ki już wy­cho­dzi­ły przez nie, opla­ta­jąc twarz. Łzy cie­kły mi­mo­wol­nie. Do­bro­cho­czy przy­glą­dał mi się z uwagą i spo­ko­jem, jakby wi­dział wiel­ce cie­ka­wy okaz. Prze­wier­cał wzro­kiem na wylot, grze­biąc w naj­skryt­szych za­ka­mar­kach duszy, szu­ka­jąc praw­dy. Wresz­cie le­d­wie za­uwa­żal­nie ski­nął głową, a ból gdzieś znik­nął.

Ostat­ni od­dech, a potem tak upra­gnio­ny spo­kój i bez­pie­czeń­stwo, i błoga myśl, że na wio­snę wy­pusz­czę nowe pędy.

 

* Do­bro­cho­czy – rzad­sza nazwa le­sze­go.

Koniec

Komentarze

Miejscami niezłe, soczyste opowiadanie. Ma swój rytm. 

 

Ładnie to opisałaś, bez zbędnej przesady, rzeczowo, krótko:

 

Uniesieni w powietrze dwaj mężczyźni zostali rozerwani, a wnętrzności wżarły się w śnieg. Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.

 

Choć pewnie chciałbym tu jeszcze z jedno czy dwa zdania, by scenka bardziej się rozgościła w mózgu czytającego.

Myślę, że warto by było dać tekstowi się trochę uleżeć, przeczytać go ponownie przed wrzuceniem tutaj.

 

 

Oprócz ludzi i potworów należało unikać wilków. Ci trzej wymienieni nigdy nie odpuszczali, gdy wpadli na trop.

 

Te zdania mi nie brzmią.

Dlaczego? Bo to nie są pojedyncze egzemplarze (co by usprawiedliwiało użycie "ci trzej wymienieni") a całe kategorie stworzeń.

 

Ojciec wymierzył z wiatrówki mającej lata świetności za sobą. Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.

 

Z wiatrówki nie zabijesz wilka ani nawet człowieka, możesz co najwyżej wkurzyć. Owszem, można wiatrówki nieco przerobić, by były odrobinkę groźniejsze, ale do uśmiercenia większego zwierzęcia trzeba coś większego – mam trochę broni w domu i akurat wiatrówki to zabawki – można z nich zabić co najwyżej wróbla, z przerobioną amunicją może małego kota.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Z wiatrówki nie zabijesz wilka ani nawet człowieka, możesz co najwyżej wkurzyć. Owszem, można wiatrówki nieco przerobić, by były odrobinkę groźniejsze, ale do uśmiercenia większego zwierzęcia trzeba coś większego – mam trochę broni w domu i akurat wiatrówki to zabawki – można z nich zabić co najwyżej wróbla, z przerobioną amunicją może małego kota.

 

Nie zgodzę się. 

 

Z wiatrówki zabijesz nawet i człowieka, jeżeli dobrze trafisz np, oko, głowę czy serce z konkretnej odległości. Spokojnie wytłuczesz ptactwo. Wilka również, jeżeli trafisz w jakikolwiek czuły punkt, jak u człowieka. Wystarczy wyguglać i zobaczysz kilka takich histori, z łapanki:

https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,30776904,waldemar-ch-smiertelnie-postrzelil-z-wiatrowki-kolege-grozi.html

 

Chociaż wiadomo, lepiej by było może dubeltówka. Przynajmniej w literaturze.

 

 

Wracając do powieści : 

 

Mi się podobało, w szczególności zakończenie. Konsekwetnie zrealizowałaś plan, mimo moich uwag (jako pół-beta :)) szłaś po swojemu, co mi sie też podoba. 

 

Osobiście liczyłem trochę na inne zakończenie, co zresztą sam mówiłem , ale i tak własnie to odróżnia dojrzałych ludzi od początkujacych piszących od tego, że wiedzą, czego chcą. I w sumie dlatego ono mi się podoba.

 

Klimat postapo jest mi bliski, chociaż nie dominujący. Ta wieczna zima to też ciekawy temat, poruszany w popkulturze, bodaj Ciszewski o nim pisał w swojej książce no i rodzima gra Frostpunk. 

 

Bięgnę do klikarni :) 

 

Melendur88

@melendur88

Nie zgodzę się. 

 

Człowieka można zabić i kartką papieru. Zauważ, jakie dodatkowe warunki tu dałeś, żeby się udało kogoś zabić. Owszem – jeśli strzelisz z bliska pod określonym kontem czlowiekowi czy wilkowi w oko z wiatrówki – to jest szansa, że go zabijesz – a na pewno go oślepisz. Ale zauważ, że oni w opowiadaniu chcieli zabić wilka z litości, a nie po to by zadać mu możliwie jak najbardziej bolesną śmierć – a strzelanie do niego z wiatrówki w oko w nadziei, że się go w końcu zabije – na pewno nie byłoby skrócaniem cierpień.

O ptactwie – sam wspomniałem – da się. Nawet stosunkowo duże ptaki da się zabić z wiatrówki – choć do sokoła czy orła raczej nie byłoby z wiatrówki sensu strzelić – do siedzącego w spokoju w pobliżu gołębia – ok. Wróbla – bez problemu. Kuropatwę czy kaczkę – nie sądzę.

Tak czy siak, wiatrówka z normalnym śrutem nie jest skuteczną, morderczą bronią.

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Choć pewnie chciałbym tu jeszcze z jedno czy dwa zdania, by scenka bardziej się rozgościła w mózgu czytającego.

Myślę, że warto by było dać tekstowi się trochę uleżeć, przeczytać go ponownie przed wrzuceniem tutaj.

 

Drogi Jimie, uważam, że niedosyt jest lepszy niż przesyt, bo uruchamia wyobraźnie, a przecież o to chodzi w pisaniu.

Co do uleżenia tekstu, w tym wypadku z pewnością zagościły na dnie szuflady, ponieważ jest on trochę zbyt krwawy.

 

Uwagi oczywiście biorę, pod uwagę i już poprawiam.

I bardzo proszę nie strzelać do kochanych kotecków, tylko wybrać sobie ambitniejszy cel jakim są szczury albo gołębie.

Bardzo dziękuję za komentarz, którego naprawdę nie spodziewałam się.

Drogi Jimie, uważam, że niedosyt jest lepszy niż przesyt, bo uruchamia wyobraźnie, a przecież o to chodzi w pisaniu.

 

Mi za to ciągle mało – ale masz rację – w wielu miejscach to się doskonale sprawdza, co więcej, to Ty jesteś autorką, a ja tylko etatowym marudą.

 

Co do uleżenia tekstu, w tym wypadku z pewnością zagościły na dnie szuflady, ponieważ jest on trochę zbyt krwawy.

 

Nie napisałem nigdzie, że jest zbyt krwawy. Wręcz przeciwnie – ten aspekt Twojego tekstu mi bardzo przypadł do gustu.

 

 

Do kotów nigdy nie strzelałem… do szkodników w stylu szczurów i gołębi – cóż – owszem. Ale najczęściej strzelałem po prostu do tarczy strzeleckiej – szczególnie w czasach, gdy jeszcze miałem dobre oko.

 

Spodziewaj się niespodziewanego ;-)

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Strzelectwo to fajna sprawa. Za młodu też coś próbowałam ale to były czasy, kiedy na dziewczynę z bronią patrzyło się jak na dziwadło.

Fajne, nieoczywiste zakończenie. Początkowo, widząc w którą stronę ono zmierza, chciało mi się protestować, lecz ostatnie zdanie pogodziło mnie. smiley

Kilka szczegółów zwróciło moją uwagę:

 

Pękały rury z wodą, brakowało ogrzewania, i ciągle robiło się zimniej.

Tu bez przecinka przed “i”.

 

Ciszę nocną rozerwał strzał w oddali. Wszędzie rozpoznałabym ten szczekliwy głos wiatrówki ojca. Rzuciłam się biegiem w stronę obozowiska, potykając na wystających korzeniach i ślizgając po zamarzniętym śniegu. Pomiędzy drzewami bezszelestnie mknęła smukła sylwetka wilka. Zauważyłam ją mimowolnie.

“o wystające korzenie” lepiej zabrzmi.

 

Zasłoniłam usta, kiedy jeden z mężczyzn odwrócił tatę na plecy. Roztrzaskana na miazgę twarz będzie mnie prześladować do końca życia.

Powstaje efekt „odczepionej twarzy”, który nie wiem, czy jest zamierzony. Może lepiej:

Widok roztrzaskanej na miazgę twarzy…

 

Opowiadanie bardzo pasuje do wybranego obrazu. smiley Aż chciałoby się go zobaczyć gdzieś bardziej w środku tekstu (może bliżej opisu rzeczki?).

 

Gratuluję i życzę powodzenia w konkursie. smiley

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Do kotów nigdy nie strzelałem… do szkodników w stylu szczurów i gołębi – cóż – owszem. Ale najczęściej strzelałem po prostu do tarczy strzeleckiej – szczególnie w czasach, gdy jeszcze miałem dobre oko.

No ja też Jimie, po za tym często lubie takie teoretycznie dyskusje, więc dalej będę oponował bo jak zakleszczony basior leżał dodatkowo ranny, to serio wymierzenie z wiatrówki ma sens :) Wiatrówka to broń, a nie zabawka. Wszystko też, zależy od śrutu i długości wiatrówki, jak długa lufa etc.

 

Co prawda Czarna2 już zmieniła na dubeltówkę to przyznasz Jimie, że w tej konkretnej sytuacji, jam sam przyznałeś, zabiłbyś go przysłowiową kartką do papieru. Albo łyżką. :) 

 

Btw, na latające szczury sam stosowałem, ale później przeszedłem na plastikowe kulki, bo jednak to zwierzę, i żal mi było je krzywdzić :)

 

 

 

Melendur88

Oj melendur…latające szczury to najgorsze zło paskudzące po oknach. Dla takich nie ma litości. Dla ogoniastych też bo jak źle trafisz to potrafią pogonić

W sumie miałem podobnie…

Do latających szczurów strzelałem z… nerfów :) W końcu chodzi głównie by ich się pozbyć, a niekoniecznie – zabić :)

Nerfami też można kogoś zabić – jak i śmiechem :)

 

https://www.youtube.com/watch?v=9VDvgL58h_Y

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Berig, bardzo dziękuję a komentarz. Co do końcówki sama miałam mieszane uczucia. Początkowo chciałam Cyśkę, zabić no ale nie mogłam.

No, ja chciałem, żeby przeżyła – chociaż, prawdę mówiąc, też wydawało mi się, że zasługa w postaci chęci uwolnienia basiora jest ciut małym pretekstem do aktu łaski.

Jeżeli jednakowoż miałaś taki plan, jak piszesz, to aktualne “kompromisowe” zakończenie:

 

(A tak na marginesie: co Wy wszyscy tacy krwiożerczy jesteście?)

No tośmy sobie, ..., polatali!

A tak na marginesie: co Wy wszyscy tacy krwiożerczy jesteście?

 

Z dwojga złego chyba jednak lepiej zabijać bohaterów swoich tekstów, niż ludzi na ulicach.

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Też tak myślę.

Z dwojga złego chyba jednak lepiej zabijać bohaterów swoich tekstów, niż ludzi na ulicach.

yes 

Polać mu :) 

Melendur88

Hejka! 

Tekst ma dość mroczny klimat i wciąga w tę zimną, niepokojącą rzeczywistość. Najbardziej podobały mi się opisy natury, są plastyczne. Momentami akcja dzieje się trochę za szybko, ale całość i tak robi wrażenie. Połączenie postapokaliptycznej wizji z elementami ludowej grozy, wypada ciekawie. smiley

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

No, no, CZARNA2, aleś mi zaimponowała… Klimat mroźny, gęsty i konsekwentnie prowadzony od pierwszego akapitu do samego finału. Bardzo podoba mi się połączenie postapokaliptycznej wizji z baśniową grozą.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Potem nastąpiła ciemność i wszystko się zmieniło.

Oprócz jednej rzeczy: od ludzi trzeba trzymać się z daleka

Czyli wcześniej ludzi też trzeba było unikać?

 

Sanie, które się zatrzymały, ciężko było poruszyć.

Da się to opisać zgrabniej. Np. “Raz zatrzymane sanie ciężko było ponownie wprawić w ruch”.

 

jako ledwie widoczny, jaśniejszy okrąg.

Okrąg to linia (na obwodzie koła/tarczy)

 

Chyba jest jeden – wyszeptałam, patrząc za oddalającym się ojcem

Może: chyba jest sam/chyba jest tylko jeden

 

Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.

Kim był dziadek? Gangsterem? Spróbuj zrobić coś takiego legalnie :D

 

– A co z nim? – Wskazałam ręką na wilka.

– Natura zrobi, co trzeba.

Zaraz, zaraz, a skóry? Mięso? Mogli chociaż zjeść wątrobę na miejscu!

 

Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.

Dyskusyjne użycie imiesłowu. Ogólnie cały tekst przejrzałbym pod kątem imiesłowów, nie wszędzie wyrażają jednoczesność.

 

wbijając się pod ubranie, przebijając skórę. Drobne gałązki wbijały

 

Całość opowiedziana zgrabnie. Jest bohaterka, z którą czytelnik może się utożsamić, narracja pierwszoosobowa pozwala pokazać uczucia i przemyślenia, czyli dobrze wykorzystana forma. Czy występuje zwrot akcji… w pewnym sensie tak, może nie przygryzałem paznokci w oczekiwaniu na rozwiązanie intrygi, ale koniec stara się dostarczyć wyjaśnienie początku – bunt sił przyrody wobec ludzi.

Wizerunek Leszego ewoluował przez wieki, tutaj użyto wersji “nowoczesnej” – leśniczy. Wolałbym wersję wcześniejszą, słowiańską, ale to tylko moje widzimisię.

Czy było aż tak krwawo? Chyba nie, wszystkie drastyczne opisy są skupione w jednej scenie, czyli szybko i po krzyku.

 

 

 

Hej 

 

Pękały rury z wodą, brakowało ogrzewania, i ciągle robiło się zimniej.

Pękały rury z wodą, brakowało ogrzewania, robiło się coraz zimniej.

 

W najzimniejszą noc, otworzą się wrota piekieł i na trzy dni zapanuje ciemność.

A to nie brzmi znowu tak strasznie ;) 

 

Ale żeby stało się to tak dosłownie?

 

Nie wiadomo o co chodzi – ja bym usunął 

 

Jedną z ostatnich wiadomości, jaką usłyszeliśmy, to ta, że na Syberii z krateru Batagaj, zwanego potocznie „wrotami piekieł”, wydobywa się dym, a temperatura w okolicy sięga minus dziewięćdziesięciu stopni. Potem nastąpiła ciemność i wszystko się zmieniło.

Oprócz jednej rzeczy: od ludzi trzeba trzymać się z daleka. I od potworów, które wypełzły ze szczeliny – dziwacznych i mrocznych, znanych z baśni i ludowych podań.

Ze szczeliny wulkanu? Jeśli tak to dobrze to jakoś podkreślić. 

 

I od potworów, które wypełzły z krateru – dziwnych i mrocznych, znanych z baśni i ludowych podań.

 

Przyśpieszyłam kroku, idąc po zamarzniętym, chrzęszczącym śniegu i ciągnąc za sobą ciężkie sanie. Tata szedł z przodu ze swoimi. W dwóch ślizgach mieścił się cały nasz dobytek.

Przyśpieszyłam kroku, zamarznięty śnieg chrzęścił pod nogami. Tata szedł przodem. Ciągnęliśmy ciężkie sanie na których mieścił się cały nasz dobytek.

 

– Cyśka, przebieraj nogami. Jesteśmy na otwartym terenie.

To oznaczało, że mogliśmy zobaczyć niebezpieczeństwo z daleka, ale również widziano i nas.

 

AA to wiemy, nie trzeba tłumaczyć :)

 

Słońce wisiało nisko, zasnute ciężkimi chmurami, jako ledwie widoczny, jaśniejszy okrąg.

Słońce nisko wisiało na zachmurzonym niebie, jako ledwie widoczny okrąg – zasnute to zasłonięte, a więc niewidoczne.

 

Śnieg skrzypiał, a spod niego słychać było głuche tąpnięcia zamarzniętego jeziora. Gdzieś od lasu dotarło do nas przeraźliwe wycie.

 

Śnieg skrzypiał na zamarzniętym jeziorze – nie wiem o co chodzi z tąpnięciem ale zdanie chyba i tak jest przekombinowane.

 

Oprócz ludzi i potworów należało unikać wilków.

 

Jeszcze wilków :D. Wydaje mi się, że te zdanie nic nie wnosi. 

 

Ci trzej wymienieni nigdy nie odpuszczali, gdy wpadli na trop.

 

A to na pewno :)

 

 Sanie, które się zatrzymały, ciężko było poruszyć. Miałam wrażenie, że momentalnie przymarzły do lodu. Tata ponaglał mnie z przodu, a ja nie mogłam ruszyć. Zdesperowana próbowałam chwycić się lodu i podciągnąć, żeby wreszcie zmienić położenie. Po kilku próbach udało się. 

 

Pchnęłam sanie. Nawet nie drgnęły. Ugrzęzły w śniegu lub gorzej – płozy przymarzły do tafli jeziora. Usłyszałam ponaglenia ojca. Jeszcze mocniej szarpnęłam pasy/szelki. Kolejne wycie. Spojrzałam przez ramię. Tata nawet się nie obrócił. Targałam naprężoną uprząż. Trzask i sanie ruszyły.

 

Sapałam, nabierając tempa, czując na twarzy lodowaty wiatr, który właśnie się obudził i z każdą chwilą przybierał na sile.

 

Przyśpieszyłam, ciężko dysząc. Czułam na twarzy lodowaty wiatr, który nagle się obudził i przybierał na sile. 

 

– Byle do drzew, zanim zamarznę – jęknęłam, potykając się i podpierając rękami.

 

Potknęłam się, podparta rękami o śnieg wyjęczałam:

– Byle do drzew, zanim zamarznę

 

Przeraźliwy jazgot rozległ się kolejny raz chyba z tego samego miejsca. Miałam ciarki na plecach od tego wycia.

Ciarki to jak widzimy włos w zupie – ja bym całość wyciął :)

 

Drzewa powitałam z ulgą, dały nieco ochrony przed zawieją.

Wysokie, majestatyczne, całe w śniegu. Pomiędzy nimi wił się strumyk. Musiał być ciepły, bo woda leniwie w nim płynęła. 

 

Drzewa wysokie, majestatyczne, całe w śniegu, powitałam je z ulgą. Pomiędzy nimi wił się strumyk pod cienką warstwą lody. – nie musi być ciepły to ruch wody sprawia, że nie zamarza 

 

 

Wiedziałam, że tata nie odpuści i na noc rozbijemy obóz niedaleko. O ile nie znajdzie lepszego schronienia.

Jaskini nie znaleźliśmy. Za to wpadliśmy na wilka.

 

Nie zaleźliśmy lepszego miejsca na schronienie, za to wpadliśmy na wilka. – strasznie dużo dopowiedzeń, wiadomo, że wolą jaskinie ;)

 

 

Wielki, czarny basior, zakleszczony w pułapce na niedźwiedzie, na nasz widok zaczął się szarpać.

Wielki, czarny basior, z łapą zakleszczoną w pułapce na niedźwiedzie. Na nasz widok zaczął warczeć. – ta łapa to go chyba boli czy to o co zaczepiła się pułapka ;) 

 

Sprawdziliśmy dokładnie okolicę i oprócz śladów wilka nie było innych.

Dokładnie sprawdziliśmy okolicę, nie znaleźliśmy innych śladów oprócz tych należących do wilka.

 

 Sama pułapka wyglądała na starą. 

 

To fajnie :) ja bym wyciął ;)

 

Ojciec wymierzył z dubeltówki, mającej lata świetności za sobą. Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.

Ojciec wymierzył ze starej dubeltówki, którą dostał jeszcze od dziadka. – wiek taty, gdy dostał broń chyba nie ma znaczenia dla historii ;) 

 

– Zaczekaj. – Zatrzymałam go. – Szkoda marnować kuli. Może… może go uwolnijmy?

 

– Zaczekaj. – Złapałam tatę za rękę. – Szkoda marnować kuli. Może… może go uwolnijmy? 

 

Mężczyzna prychnął, ale opuścił broń.

Ojciec burknął coś, ale opuścił broń.

 

Zrobiło mi się żal zwierzęcia. Westchnęłam i podążyłam za ojcem, oglądając się co chwilę, dopóki czarna sierść nie zniknęła między drzewami.

To wynika z opisu. 

 

a w środku mniejszy. W ten sposób powietrze między nimi było cieplejsze.

 

a w środku mniejszy – w ten sposób lepiej mogliśmy się ochronić przed zimnem.

 

Kiedy skończyliśmy, ptaszyska odleciały, kracząc oburzone.

Kiedy skończyliśmy, ptaszyska odleciały, z głośnym krakaniem.

 

Moje myśli wracały do wilka i jego przerażonego spojrzenia. Dziwne, ale miałam wyrzuty sumienia, że nie pomogliśmy mu.

 

To też wiemy z tekstu :)

 

Ognisko wygasło, a uczucie niepokoju powoli się wycofało. Nikogo ani niczego nie było.

 

I tu też :)

 

Wypełzłam z namiotu, cały czas zastanawiając się nad losem wilka. Po cichu zasunęłam zamek namiotu i ruszyłam w stronę miejsca, gdzie znaleźliśmy basiora.

 

Wypełzłam z namiotu i zasunęłam zamek,  cały czas zastanawiając się nad losem wilka. Ruszyłam tam, gdzie znaleźliśmy basiora

 

 

Drzewa trzeszczały od mrozu. Spod stóp słychać było chrzęst śniegu. Las szeptał dawno zapomniane historie, a ciężkie gałęzie uginały się, grożąc pęknięciem.

Gałęzie trzeszczały od zalegających szczap śniegu, spod butów dochodził chrzęst. Wiatr wył między drzewami zupełnie jakby las szeptał, jakąś dawno zapomnianą historię. – nie wiem czy o to Ci chodziło, ale gałęzie chyba nie trzeszczą od mrozy, a jak się uginają to pod czymś :)

 

Dotarłam na miejsce, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo po wilku nie było śladu. Jedynie rozgrzebana, gruba warstwa śniegu, zmieszana z ziemią i krwią oraz wystające z niej korzenie. Kawałek dalej znalazłam wnyki. Cokolwiek je rozerwało, musiało być niezwykle silne.

Na miejscu nie było już wilka, jedynie rozgrzebana, gruba warstwa śniegu i ziemia zmieszana z krwią. Kawałek dalej znalazłam wnyki. Cokolwiek je wytargało, musiało być niezwykle silne.

 

Rozejrzałam się podejrzliwie, ściskając w ręce pistolet, przygotowana na atak. Nic jednak się nie stało.

Możemy to podejrzewać, a skoro nic się nie stało to można wyciąć ;)

 

 

Ciszę nocną rozerwał strzał w oddali.

Ciszę zakłócił huk wystrzału. 

 

Wszędzie rozpoznałabym ten szczekliwy głos dubeltówki ojca.

Wszędzie rozpoznałabym odgłos dubeltówki ojca.

 

Pomiędzy drzewami bezszelestnie mknęła smukła sylwetka wilka. Zauważyłam ją mimowolnie.

 

Pomiędzy drzewami zauważyłam sylwetkę wilka. 

 

Z daleka słyszałam podniesione głosy. Jeden chyba kobiecy. Zatrzymałam się za drzewem, ciężko dysząc, i obserwowałam sytuację. Ojciec leżał nieruchomo na ziemi, w kałuży krwi. Nad nim pochylało się dwóch rosłych mężczyzn, a trzeci, drobniejszy, przeszukiwał obozowisko. Nie wiedziałam, czy w namiocie ktoś jest i ilu napastników napadło na obozowisko. Byłam jednak pewna, że słyszałam cztery, może pięć głosów.

 

Z daleka słyszałam podniesione głosy. Jeden kobiecy. Zatrzymałam się za drzewem, ciężko dysząc. Ojciec leżał nieruchomo na ziemi, w kałuży krwi. Nad nim pochylało się dwóch rosłych mężczyzn, a trzeci, drobniejszy, przeszukiwał obozowisko. Nie wiedziałam, czy w namiocie ktoś jest i ilu napastników napadło na obozowisko. Byłam jednak pewna, że słyszałam cztery, może pięć głosów.

 

Jeśli tego nie widać, to po co dopowiadać. Bohater może coś sobie tam myśleć ale te informację psują klimat i zwalniają tempo akcji :)

 

Zasłoniłam usta, kiedy jeden z mężczyzn odwrócił tatę na plecy. Roztrzaskana na miazgę twarz będzie mnie prześladować do końca życia. Mogłam temu zapobiec, gdybym nie oddaliła się od obozu.

 

“Push the tempo Push the tempo Push the tempo Push the tempo up” ;)

Jeden z mężczyzn odwrócił tatę na plecy, zasłoniłam usta, widząc roztrzaskaną na miazgę twarz – wiedziałam, że ten obraz zostanie ze mną już do końca życia. – a nawet można usunąć to co po myślniku :)

 

– No, witam – usłyszałam tuż przy uchu, a wraz ze słowami poczułam chłód metalu na potylicy. Mogłam się domyśleć, że facet ma broń. Nie słyszałam, że ktoś się skradał, i klęłam na siebie za to, że straciłam czujność.

– No, witam – usłyszałam tuż przy uchu i poczułam chłód metalu na potylicy. 

 

Push the tempo !!!

 

Uczyniłam to, co mi kazał, unosząc ręce do góry.

 

Posłuchałam i uniosłam ręce do góry.

 

Niższy sprawdził, czy nie mam broni. Zabrał mój pistolet i wsadził za szeroki pas spinający futro z niedźwiedzia.

Niższy zabrał mój pistolet i wsadził za szeroki pas spinający futro z niedźwiedzia.

 

https://www.youtube.com/watch?v=JEq10L7u3SM

 

Odwróciłam się i ruszyłam we wskazaną stronę, czując, jak nogi uginają się ze strachu. Weszłam w krąg światła, a wszyscy zwrócili uwagę na moją osobę. Drobna postać podeszła i przez chwilę przyglądała mi się uważnie.

Odwróciłam się i ruszyłam we wskazaną stronę, czując, jak nogi uginają się ze strachu. Weszłam w krąg światła, a wszyscy w obozie od razu zwrócili na mnie uwagę. Drobna postać podeszła bliżej. 

 

Byłam sparaliżowana strachem i jedyne, co zrozumiałam, to że z jakiegoś powodu czarny wilk przerażał ich.

 

Bałam się ale rozumiałam, że z jakiegoś powodu czarny wilk ich przerażał.

 

Na skraju lasu, tam gdzie zaczynał się mrok, siedziała smukła sylwetka. Błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z uporem. W chwilę później zauważyłam kolejną, która cicho zbliżała się do kręgu światła, a zaraz w innym miejscu zjawiła się następna. Naliczyłam ich sześć. Nie atakowały. Po prostu przyglądały się nam, jakby czekając na znak.

Na skraju lasu, tam gdzie zaczynał się mrok, zauważyłam siedzącą smukłą sylwetkę. Błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z uporem. W następnej chwili kolejną i jeszcze jedną, która cicho zbliżała się do kręgu światła. Naliczyłam ich sześć. Nie atakowały. Po prostu przyglądały się nam, jakby czekając na znak.

 

Za granicą widoczności coś było. Bardziej to czułam, niż widziałam. Coś pierwotnego zbliżało się, powodując, że miałam ciarki na plecach, a nogi się uginały. Słyszałam trzask gałęzi, to, jak porusza się ziemia i przemawia las w cichych szmerach.

 

W ciemności było coś jeszcze. Czułam to. Coś pierwotnego – zbliżało się, powodując drżenie nóg…

Trzask gałęzi. To, nadchodziło – a warz z tym ziemia przemówiła, las szemrał 

 

Grube, splecione gałęzie wystrzeliły z mroku, uderzając po obu stronach. Widziałam, jak warkocze rozplątują się szybko. Uniesieni w powietrze dwaj mężczyźni zostali rozerwani, a wnętrzności wżarły się w śnieg.

 

Grube, splecione gałęzie wystrzeliły z mroku. Pochwyciły dwóch mężczyzn i rozerwały, wnętrzności wypadły wżerając się w śnieg 

 

Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.

 

To jest dobre :)

 

 

 

Przeraźliwy wizg trwał i trwał. Chwilę zajęło mi uzmysłowienie sobie, że to mój krzyk.

Wilki wgryzały się wszędzie: w ręce, nogi, twarz.

Przeraźliwy wrzask trwał i trwał. Po chwili uzmysłowiłam sobie, że to ja krzyczę.

Wilki zagryzały ludzi w obozowisku – wgryzały się w ręce, nogi i twarze.

 

Na koniec uświadomiłem sobie, że to jednak ją jedzą – ale to nadal nie wynika z Twojego opisu. I te zapożyczenie może być ale zatrzymuje, a przynajmniej mnie zatrzymało – wizg 

 

zanim spiralna gałąź nie przebiła krtani, wychodząc ustami. Upadła na ziemię, wpatrując się we mnie oskarżycielsko.

zanim spiralna gałąź nie wyszła ustami. Upadła na ziemię, wpatrując się we mnie oskarżycielsko.

 

No bo gardłem czy ustami – musisz się zdecydować :)

 

Nagły bezruch był nie do zniesienia.

 

Nagły cisza była nie do zniesienia.

 

Czułam, jak suną wzdłuż ciała, krępując, wbijając się pod ubranie, przebijając skórę. Drobne gałązki wbijały się w żyły z nieznośnym bólem.

 

Czułam, jak suną wzdłuż ciała, krępując, wchodzą pod ubranie, przebijając skórę, drobne gałązki, wbijały się w żyły z nieznośnym bólem.

 

Chłodny powiew na rozgrzanej twarzy i mogłam z bliska spojrzeć w stare oczy leszego, a jego słowa poczułam w sobie najmniejszą nawet cząstką. Wbiły się w umysł i duszę.

 

Chłodny powiew na rozgrzanej twarzy, sprawił, że mogłam spojrzeć w oczy leszego, a jego słowa poczułam w sobie najmniejszą nawet cząstką. Wbiły się w umysł i duszę.

 

Nie mogłam się z tym nie zgodzić, ale tak przeraźliwie chciałam żyć. Otworzyłam usta, żeby to powiedzieć, ale drobne gałązki już wychodziły przez nie, oplatając twarz.

 

Zdychaj oślizgła kreaturo – chciałam wrzasnąć ale drobne gałązki już wychodziły przez nie, oplatając twarz.

Żartuję :)To dobry opis

 

Może – między wargami? Te gałązki… no wiesz o co chodzi :) 

 

 

 

Fajne opowiadanie, które wymaga podkręcenia tempa :). Opisy plastyczne ale czasem nad nimi nie panujesz, ja też tak mam – jak coś ;). Do kolejnego tekstu musi lecieć w tle Fatboy slim! Klikam i pozdrawiam :) 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

 

Trzymając się zasad w regulaminie, czy mogę Cię prosić, żebyś dodała imię i nazwisko autorki i tytuł obrazu w opowiadaniu, pod obrazem, a nie w przedmowie? Możesz w nawiasie. Będę zobowiązany! Dzięki.

You cannot petition the Lord with prayer!

Śnieg skrzypiał na zamarzniętym jeziorze – nie wiem o co chodzi z tąpnięciem ale zdanie chyba i tak jest przekombinowane.

Bardzie, to akurat dobry opis – jeśli nie szło tamtędy jeszcze cięższe zwierzę, pod ciężarem człowieka w tafli powstają pęknięcia/rysy, ale nie załamuje się jako całość. Tzn. można po niej iść, ale cały czas słyszysz niepokojące dźwięki. Czasem brzmi tak, jakby stłuc szybę, czasem jakby uderzyć młotem w napiętą linę, a na dużym jeziorze jak grzmot. Zdarza się, że pęknięcie biegnie od miejsca stąpnięcia do obu brzegów, co jest dość spektakularne, a dodatkowo echo odbija się zwykle od ściany lasu.

Na węższych rzekach zdarza się, że pod taflą lodu wytwarza się pustka powietrzna. W trakcie ostrej zimy poziom wody się obniża, więc często tafla lodowa pozostaje rozparta między brzegami (i bardzo naprężona) a nurt traci z nią kontakt i płynie w pewnej odległości od lodu. Na bagnach i mokradłach również występuje podobne zjawisko, tafla “wisi” na kępach i pniakach. W trakcie przeprawy opada się czasem o kilka cm w dół, ale razem z całą taflą.

A, ok – dzięki marzan. I przypomniałeś mi, że zapomniałem dopisać… 

 

CZARNA2 – uwagi oczywiście do przemyślenia – nie traktuj ich jako prawdy objawione :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Czołem Czarna2!

To oznaczało, że mogliśmy zobaczyć niebezpieczeństwo z daleka, ale również widziano i nas.

Chyba albo “również”, albo “i nas”. Jedno i drugie wskazuje na porównanie.

Po kilku próbach udało się.

Lepiej nie kończyć zdań na “się”.

Mężczyzna prychnął, ale opuścił broń.

Dziwne jest nagle powiedzenie o ojcu “mężczyzna”. Generalnie lepiej unikać mnożenia określaczy.

Wypełzłam z namiotu, cały czas zastanawiając się nad losem wilka. Po cichu zasunęłam zamek namiotu i ruszyłam w stronę miejsca, gdzie znaleźliśmy basiora.

Powtórzonko.

 

Co do tekstu, to mam pewien zgrzyt. Z jednej strony narracja i fabuła wydają mi się dość rustykalne. Chciałbym więcej, dla klimatu, dla napięcia, dla fabuły. Z drugiej, to krótki tekst, a przekazałaś całkiem spójną historię, budując punkt kulminacyjny. Zabrakło mi trochę większych emocji głównej bohaterki, pomogłyby. Absolutnie nie jestem też fanem w kilku miejscach nagłego czasu teraźniejszego. Dla mnie to jednak albo albo, chyba, że coś jest wyraźnie wypowiedzią lub myślą.

Niemniej, interpretacja obrazu ciekawa.

 

Pozdrawiam!

Cześć Czarna2!

Jest w opowiadaniu niepokojący klimat zimowego lasu, przeczucie czegoś strasznego i nieznanego. Do tego dobrze pasuje fabuła, choć bardzo krótka i uproszczona. 

Uwagi:

Zgadzam się z Beeeeckim, że jeśli narratorem jest bohaterka, to nie pomyśli o ojcu “mężczyzna”, to brzmi bardzo sztucznie 

– Zaczekaj. – Zatrzymałam go. – Szkoda marnować kuli. Może… może go uwolnijmy?

Mężczyzna prychnął, ale opuścił broń.

Zabrakło mi podkreślenia motywacji bohaterki, dlaczego wyszła w nocy z namiotu? Z ciekawości? Z litości? 

Jest to niejasne.

Ogółem, można byłoby poprawić to i owo, ale sama historia, a zwłaszcza klimat horroru są interesujące. Zwierzęta zimowe na plus :)

Pozdrawiam!

 

 

Witam CZARNA2 !!!!

 

Dobre opowiadanie z klimatem. Fajny twist na końcu. Podświadomie czekałem na coś podobnego i się nie zawiodłem.

Co mi się podobało? To że czytało się dobrze, potrafiło mnie wciągnąć. Co na minus? Chyba trochę za krótkie :)

Ale to tylko moja opinia.

 

Pozdrawiam panią i życzę powodzenia w konkursie!!!!

 

 

 

 

Jestem niepełnosprawny...

Nowa Fantastyka