Opowiadanie napisane do obrazu Anny Słoncz, pt: Szept Zimy
Opowiadanie jest horrorem, bardzo krwawym i nieodpowiednim dla wrażliwych czytelników.
Obraz jest na końcu opowiadania.
Opowiadanie napisane do obrazu Anny Słoncz, pt: Szept Zimy
Opowiadanie jest horrorem, bardzo krwawym i nieodpowiednim dla wrażliwych czytelników.
Obraz jest na końcu opowiadania.
Mówili nam, że świat schodzi na psy, że ludziom nie wolno wierzyć. Straszyli globalnym ociepleniem, dziurą ozonową, degradacją środowiska, suchymi wiatrami znad Sahary.
Przyzwyczailiśmy się do tego.
Nikt jednak nie brał pod uwagę zimy, a ona zjawiła się nagle i z mocą śnieżnego szkwału.
Z dnia na dzień temperatura spadła do minus dwudziestu stopni. Przestała funkcjonować kolej, komunikacja miejska. Pękały rury z wodą, brakowało ogrzewania, i ciągle robiło się zimniej.
Ktoś wyciągnął z zakamarków internetu przepowiednię o końcu świata:
W najzimniejszą noc, otworzą się wrota piekieł i na trzy dni zapanuje ciemność.
Ale żeby stało się to tak dosłownie?
Jedną z ostatnich wiadomości, jaką usłyszeliśmy, to ta, że na Syberii z krateru Batagaj, zwanego potocznie „wrotami piekieł”, wydobywa się dym, a temperatura w okolicy sięga minus dziewięćdziesięciu stopni. Potem nastąpiła ciemność i wszystko się zmieniło.
Oprócz jednej rzeczy: od ludzi trzeba trzymać się z daleka. I od potworów, które wypełzły ze szczeliny – dziwacznych i mrocznych, znanych z baśni i ludowych podań.
– Pośpiesz się, Cyśka.
Nienawidziłam, jak ojciec tak mnie nazywał, jakby nie mógł powiedzieć: Marcelina. Przyśpieszyłam kroku, idąc po zamarzniętym, chrzęszczącym śniegu i ciągnąc za sobą ciężkie sanie. Tata szedł z przodu ze swoimi. W dwóch ślizgach mieścił się cały nasz dobytek.
– Cyśka, przebieraj nogami. Jesteśmy na otwartym terenie.
To oznaczało, że mogliśmy zobaczyć niebezpieczeństwo z daleka, ale również widziano i nas.
Przyśpieszyłam, ciężko dysząc, byle jak najszybciej dotrzeć do pobliskiego lasu. Tam zwolnimy. Odpoczniemy.
Słońce wisiało nisko, zasnute ciężkimi chmurami, jako ledwie widoczny, jaśniejszy okrąg. Śnieg skrzypiał, a spod niego słychać było głuche tąpnięcia zamarzniętego jeziora. Gdzieś od lasu dotarło do nas przeraźliwe wycie.
Zamarłam.
Oprócz ludzi i potworów należało unikać wilków. Ci trzej wymienieni nigdy nie odpuszczali, gdy wpadli na trop.
– Chyba jest jeden – wyszeptałam, patrząc za oddalającym się ojcem. – Mam nadzieję.
Sanie, które się zatrzymały, ciężko było poruszyć. Miałam wrażenie, że momentalnie przymarzły do lodu. Tata ponaglał mnie z przodu, a ja nie mogłam ruszyć. Zdesperowana próbowałam chwycić się lodu i podciągnąć, żeby wreszcie zmienić położenie. Po kilku próbach udało się.
Sapałam, nabierając tempa, czując na twarzy lodowaty wiatr, który właśnie się obudził i z każdą chwilą przybierał na sile.
– Byle do drzew, zanim zamarznę – jęknęłam, potykając się i podpierając rękami.
Przeraźliwy jazgot rozległ się kolejny raz chyba z tego samego miejsca. Miałam ciarki na plecach od tego wycia. Drzewa powitałam z ulgą, dały nieco ochrony przed zawieją.
Wysokie, majestatyczne, całe w śniegu. Pomiędzy nimi wił się strumyk. Musiał być ciepły, bo woda leniwie w nim płynęła. Wiedziałam, że tata nie odpuści i na noc rozbijemy obóz niedaleko. O ile nie znajdzie lepszego schronienia.
Jaskini nie znaleźliśmy. Za to wpadliśmy na wilka.
Wielki, czarny basior, zakleszczony w pułapce na niedźwiedzie, na nasz widok zaczął się szarpać. Kołujące nad nami kruki przycupnęły na gałęziach drzew, z zainteresowaniem przyglądając się sytuacji. Sprawdziliśmy dokładnie okolicę i oprócz śladów wilka nie było innych. Sama pułapka wyglądała na starą. Ojciec wymierzył z dubeltówki, mającej lata świetności za sobą. Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.
– Zaczekaj. – Zatrzymałam go. – Szkoda marnować kuli. Może… może go uwolnijmy?
Mężczyzna prychnął, ale opuścił broń.
– Chodźmy – powiedział i ruszył w głąb lasu.
– A co z nim? – Wskazałam ręką na wilka.
– Natura zrobi, co trzeba.
Zrobiło mi się żal zwierzęcia. Westchnęłam i podążyłam za ojcem, oglądając się co chwilę, dopóki czarna sierść nie zniknęła między drzewami.
Miejscówkę na noc znaleźliśmy nad rzeczką rozdzielającą las na dwie części. Było tu przepięknie. Kruki poderwały się do lotu i przez chwilę krążyły nad nami, gdy rozkładaliśmy duży namiot, a w środku mniejszy. W ten sposób powietrze między nimi było cieplejsze.
Kiedy skończyliśmy, ptaszyska odleciały, kracząc oburzone.
W rzece pływała nasza kolacja, a ja byłam zachwycona, mogąc zjeść coś innego niż konserwy po dacie ważności.
Moje myśli wracały do wilka i jego przerażonego spojrzenia. Dziwne, ale miałam wyrzuty sumienia, że nie pomogliśmy mu.
Obudziłam się w środku nocy z wrażeniem, że coś krąży wokół obozu. Ostrożnie wyjrzałam z namiotu. Las był jasny, przykryty białym puchem niczym pierzyną. Ognisko wygasło, a uczucie niepokoju powoli się wycofało. Nikogo ani niczego nie było.
Wypełzłam z namiotu, cały czas zastanawiając się nad losem wilka. Po cichu zasunęłam zamek namiotu i ruszyłam w stronę miejsca, gdzie znaleźliśmy basiora.
Drzewa trzeszczały od mrozu. Spod stóp słychać było chrzęst śniegu. Las szeptał dawno zapomniane historie, a ciężkie gałęzie uginały się, grożąc pęknięciem. Dotarłam na miejsce, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo po wilku nie było śladu. Jedynie rozgrzebana, gruba warstwa śniegu, zmieszana z ziemią i krwią oraz wystające z niej korzenie. Kawałek dalej znalazłam wnyki. Cokolwiek je rozerwało, musiało być niezwykle silne. Rozejrzałam się podejrzliwie, ściskając w ręce pistolet, przygotowana na atak. Nic jednak się nie stało.
Ciszę nocną rozerwał strzał w oddali. Wszędzie rozpoznałabym ten szczekliwy głos dubeltówki ojca. Rzuciłam się biegiem w stronę obozowiska, potykając na wystających korzeniach i ślizgając po zamarzniętym śniegu. Pomiędzy drzewami bezszelestnie mknęła smukła sylwetka wilka. Zauważyłam ją mimowolnie.
Z daleka słyszałam podniesione głosy. Jeden chyba kobiecy. Zatrzymałam się za drzewem, ciężko dysząc, i obserwowałam sytuację. Ojciec leżał nieruchomo na ziemi, w kałuży krwi. Nad nim pochylało się dwóch rosłych mężczyzn, a trzeci, drobniejszy, przeszukiwał obozowisko. Nie wiedziałam, czy w namiocie ktoś jest i ilu napastników napadło na obozowisko. Byłam jednak pewna, że słyszałam cztery, może pięć głosów.
Zasłoniłam usta, kiedy jeden z mężczyzn odwrócił tatę na plecy. Roztrzaskana na miazgę twarz będzie mnie prześladować do końca życia. Mogłam temu zapobiec, gdybym nie oddaliła się od obozu.
– No, witam – usłyszałam tuż przy uchu, a wraz ze słowami poczułam chłód metalu na potylicy. Mogłam się domyśleć, że facet ma broń. Nie słyszałam, że ktoś się skradał, i klęłam na siebie za to, że straciłam czujność.
– Powoli się odwróć – polecił mężczyzna.
Uczyniłam to, co mi kazał, unosząc ręce do góry. Dopiero teraz zobaczyłam, że jest ich dwóch. Niższy sprawdził, czy nie mam broni. Zabrał mój pistolet i wsadził za szeroki pas spinający futro z niedźwiedzia.
– Niezły kąsek nam się trafił – powiedział, odsuwając się ode mnie i szczerząc w uśmiechu. Zauważyłam, że brakuje mu kilku zębów. – Oj… nie rób takiej oburzonej miny. Zobaczysz, będziesz zadowolona.
– Ruszaj do obozu – warknął ten z bronią.
Odwróciłam się i ruszyłam we wskazaną stronę, czując, jak nogi uginają się ze strachu. Weszłam w krąg światła, a wszyscy zwrócili uwagę na moją osobę. Drobna postać podeszła i przez chwilę przyglądała mi się uważnie.
– Niepotrzebna nam cipa.
– Oj… siostra. Tobie może nie, ale nam owszem – mruknął szczerbaty. Kobieta cmoknęła niezadowolona.
– Basiora widziałeś? – zapytała po chwili, zwracając się do wychodzącego z ciemności szczupłego mężczyzny.
– Nie. Uciekł z paści, a ktoś mu pomógł.
Kobieta wskazała na mnie głową.
– Za mało siły, to coś… większego – odparł powoli nowo przybyły.
– Kurwa – warknęła, krążąc niespokojnie po obozowisku.
Byłam sparaliżowana strachem i jedyne, co zrozumiałam, to że z jakiegoś powodu czarny wilk przerażał ich.
Na skraju lasu, tam gdzie zaczynał się mrok, siedziała smukła sylwetka. Błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z uporem. W chwilę później zauważyłam kolejną, która cicho zbliżała się do kręgu światła, a zaraz w innym miejscu zjawiła się następna. Naliczyłam ich sześć. Nie atakowały. Po prostu przyglądały się nam, jakby czekając na znak.
– Już jest – szepnął szczerbaty, sięgając ostrożnie po broń.
Za granicą widoczności coś było. Bardziej to czułam, niż widziałam. Coś pierwotnego zbliżało się, powodując, że miałam ciarki na plecach, a nogi się uginały. Słyszałam trzask gałęzi, to, jak porusza się ziemia i przemawia las w cichych szmerach.
Atak nastąpił nieoczekiwanie.
Grube, splecione gałęzie wystrzeliły z mroku, uderzając po obu stronach. Widziałam, jak warkocze rozplątują się szybko. Uniesieni w powietrze dwaj mężczyźni zostali rozerwani, a wnętrzności wżarły się w śnieg. Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.
Przeraźliwy wizg trwał i trwał. Chwilę zajęło mi uzmysłowienie sobie, że to mój krzyk.
Wilki wgryzały się wszędzie: w ręce, nogi, twarz.
Korzenie wystrzeliły w górę, wbijając się w kobietę. Przez chwilę drgała, wybałuszając oczy, zanim spiralna gałąź nie przebiła krtani, wychodząc ustami. Upadła na ziemię, wpatrując się we mnie oskarżycielsko.
Nagły bezruch był nie do zniesienia.
Z mroku wyszła postać. Wysoki mężczyzna o bladej twarzy i popękanej, szorstkiej skórze przypominającej korę drzew. Ubrany w strój leśniczego, pokryty mchem i porostami. Nie potrafiłam wydobyć z siebie dźwięku, kiedy podchodził. Las szumiał od podmuchów zimnego wiatru. Drzewa trzeszczały, a ja klęczałam cała we krwi, czując, jak zamarza we mnie nadzieja.
Podświadomie wiedziałam, kto to jest.
– Pan Lasu nie zna dobra ani zła – obca myśl potwierdziła moje przypuszczenia. Obok mnie siedział czarny basior i przez chwilę miałam wrażenie, że porozumiewa się z Dobrochoczym*.
Na moment zamknęłam oczy, a wilki rozpierzchły się. Pędy powoli oplatały kostki i nadgarstki, przyciągając do podłoża. Czułam, jak suną wzdłuż ciała, krępując, wbijając się pod ubranie, przebijając skórę. Drobne gałązki wbijały się w żyły z nieznośnym bólem.
Las zapuszczał we mnie korzenie.
Chłodny powiew na rozgrzanej twarzy i mogłam z bliska spojrzeć w stare oczy leszego, a jego słowa poczułam w sobie najmniejszą nawet cząstką. Wbiły się w umysł i duszę.
– Dopóki ludzie żyją, ziemia będzie umierać.
Nie mogłam się z tym nie zgodzić, ale tak przeraźliwie chciałam żyć. Otworzyłam usta, żeby to powiedzieć, ale drobne gałązki już wychodziły przez nie, oplatając twarz. Łzy ciekły mimowolnie. Dobrochoczy przyglądał mi się z uwagą i spokojem, jakby widział wielce ciekawy okaz. Przewiercał wzrokiem na wylot, grzebiąc w najskrytszych zakamarkach duszy, szukając prawdy. Wreszcie ledwie zauważalnie skinął głową, a ból gdzieś zniknął.
Ostatni oddech, a potem tak upragniony spokój i bezpieczeństwo, i błoga myśl, że na wiosnę wypuszczę nowe pędy.
* Dobrochoczy – rzadsza nazwa leszego.
.jpg)
Miejscami niezłe, soczyste opowiadanie. Ma swój rytm.
Ładnie to opisałaś, bez zbędnej przesady, rzeczowo, krótko:
Uniesieni w powietrze dwaj mężczyźni zostali rozerwani, a wnętrzności wżarły się w śnieg. Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.
Choć pewnie chciałbym tu jeszcze z jedno czy dwa zdania, by scenka bardziej się rozgościła w mózgu czytającego.
Myślę, że warto by było dać tekstowi się trochę uleżeć, przeczytać go ponownie przed wrzuceniem tutaj.
Oprócz ludzi i potworów należało unikać wilków. Ci trzej wymienieni nigdy nie odpuszczali, gdy wpadli na trop.
Te zdania mi nie brzmią.
Dlaczego? Bo to nie są pojedyncze egzemplarze (co by usprawiedliwiało użycie "ci trzej wymienieni") a całe kategorie stworzeń.
Ojciec wymierzył z wiatrówki mającej lata świetności za sobą. Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.
Z wiatrówki nie zabijesz wilka ani nawet człowieka, możesz co najwyżej wkurzyć. Owszem, można wiatrówki nieco przerobić, by były odrobinkę groźniejsze, ale do uśmiercenia większego zwierzęcia trzeba coś większego – mam trochę broni w domu i akurat wiatrówki to zabawki – można z nich zabić co najwyżej wróbla, z przerobioną amunicją może małego kota.
Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie.
ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Z wiatrówki nie zabijesz wilka ani nawet człowieka, możesz co najwyżej wkurzyć. Owszem, można wiatrówki nieco przerobić, by były odrobinkę groźniejsze, ale do uśmiercenia większego zwierzęcia trzeba coś większego – mam trochę broni w domu i akurat wiatrówki to zabawki – można z nich zabić co najwyżej wróbla, z przerobioną amunicją może małego kota.
Nie zgodzę się.
Z wiatrówki zabijesz nawet i człowieka, jeżeli dobrze trafisz np, oko, głowę czy serce z konkretnej odległości. Spokojnie wytłuczesz ptactwo. Wilka również, jeżeli trafisz w jakikolwiek czuły punkt, jak u człowieka. Wystarczy wyguglać i zobaczysz kilka takich histori, z łapanki:
Chociaż wiadomo, lepiej by było może dubeltówka. Przynajmniej w literaturze.
Wracając do powieści :
Mi się podobało, w szczególności zakończenie. Konsekwetnie zrealizowałaś plan, mimo moich uwag (jako pół-beta :)) szłaś po swojemu, co mi sie też podoba.
Osobiście liczyłem trochę na inne zakończenie, co zresztą sam mówiłem , ale i tak własnie to odróżnia dojrzałych ludzi od początkujacych piszących od tego, że wiedzą, czego chcą. I w sumie dlatego ono mi się podoba.
Klimat postapo jest mi bliski, chociaż nie dominujący. Ta wieczna zima to też ciekawy temat, poruszany w popkulturze, bodaj Ciszewski o nim pisał w swojej książce no i rodzima gra Frostpunk.
Bięgnę do klikarni :)
Melendur88
Nie zgodzę się.
Człowieka można zabić i kartką papieru. Zauważ, jakie dodatkowe warunki tu dałeś, żeby się udało kogoś zabić. Owszem – jeśli strzelisz z bliska pod określonym kontem czlowiekowi czy wilkowi w oko z wiatrówki – to jest szansa, że go zabijesz – a na pewno go oślepisz. Ale zauważ, że oni w opowiadaniu chcieli zabić wilka z litości, a nie po to by zadać mu możliwie jak najbardziej bolesną śmierć – a strzelanie do niego z wiatrówki w oko w nadziei, że się go w końcu zabije – na pewno nie byłoby skrócaniem cierpień.
O ptactwie – sam wspomniałem – da się. Nawet stosunkowo duże ptaki da się zabić z wiatrówki – choć do sokoła czy orła raczej nie byłoby z wiatrówki sensu strzelić – do siedzącego w spokoju w pobliżu gołębia – ok. Wróbla – bez problemu. Kuropatwę czy kaczkę – nie sądzę.
Tak czy siak, wiatrówka z normalnym śrutem nie jest skuteczną, morderczą bronią.
ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Choć pewnie chciałbym tu jeszcze z jedno czy dwa zdania, by scenka bardziej się rozgościła w mózgu czytającego.
Myślę, że warto by było dać tekstowi się trochę uleżeć, przeczytać go ponownie przed wrzuceniem tutaj.
Drogi Jimie, uważam, że niedosyt jest lepszy niż przesyt, bo uruchamia wyobraźnie, a przecież o to chodzi w pisaniu.
Co do uleżenia tekstu, w tym wypadku z pewnością zagościły na dnie szuflady, ponieważ jest on trochę zbyt krwawy.
Uwagi oczywiście biorę, pod uwagę i już poprawiam.
I bardzo proszę nie strzelać do kochanych kotecków, tylko wybrać sobie ambitniejszy cel jakim są szczury albo gołębie.
Bardzo dziękuję za komentarz, którego naprawdę nie spodziewałam się.
Drogi Jimie, uważam, że niedosyt jest lepszy niż przesyt, bo uruchamia wyobraźnie, a przecież o to chodzi w pisaniu.
Mi za to ciągle mało – ale masz rację – w wielu miejscach to się doskonale sprawdza, co więcej, to Ty jesteś autorką, a ja tylko etatowym marudą.
Co do uleżenia tekstu, w tym wypadku z pewnością zagościły na dnie szuflady, ponieważ jest on trochę zbyt krwawy.
Nie napisałem nigdzie, że jest zbyt krwawy. Wręcz przeciwnie – ten aspekt Twojego tekstu mi bardzo przypadł do gustu.
Do kotów nigdy nie strzelałem… do szkodników w stylu szczurów i gołębi – cóż – owszem. Ale najczęściej strzelałem po prostu do tarczy strzeleckiej – szczególnie w czasach, gdy jeszcze miałem dobre oko.
Spodziewaj się niespodziewanego ;-)
ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Strzelectwo to fajna sprawa. Za młodu też coś próbowałam ale to były czasy, kiedy na dziewczynę z bronią patrzyło się jak na dziwadło.
Fajne, nieoczywiste zakończenie. Początkowo, widząc w którą stronę ono zmierza, chciało mi się protestować, lecz ostatnie zdanie pogodziło mnie. 
Kilka szczegółów zwróciło moją uwagę:
Pękały rury z wodą, brakowało ogrzewania, i ciągle robiło się zimniej.
Tu bez przecinka przed “i”.
Ciszę nocną rozerwał strzał w oddali. Wszędzie rozpoznałabym ten szczekliwy głos wiatrówki ojca. Rzuciłam się biegiem w stronę obozowiska, potykając na wystających korzeniach i ślizgając po zamarzniętym śniegu. Pomiędzy drzewami bezszelestnie mknęła smukła sylwetka wilka. Zauważyłam ją mimowolnie.
“o wystające korzenie” lepiej zabrzmi.
Zasłoniłam usta, kiedy jeden z mężczyzn odwrócił tatę na plecy. Roztrzaskana na miazgę twarz będzie mnie prześladować do końca życia.
Powstaje efekt „odczepionej twarzy”, który nie wiem, czy jest zamierzony. Może lepiej:
Widok roztrzaskanej na miazgę twarzy…
Opowiadanie bardzo pasuje do wybranego obrazu.
Aż chciałoby się go zobaczyć gdzieś bardziej w środku tekstu (może bliżej opisu rzeczki?).
Gratuluję i życzę powodzenia w konkursie. 
No tośmy sobie, ..., polatali!
Do kotów nigdy nie strzelałem… do szkodników w stylu szczurów i gołębi – cóż – owszem. Ale najczęściej strzelałem po prostu do tarczy strzeleckiej – szczególnie w czasach, gdy jeszcze miałem dobre oko.
No ja też Jimie, po za tym często lubie takie teoretycznie dyskusje, więc dalej będę oponował bo jak zakleszczony basior leżał dodatkowo ranny, to serio wymierzenie z wiatrówki ma sens :) Wiatrówka to broń, a nie zabawka. Wszystko też, zależy od śrutu i długości wiatrówki, jak długa lufa etc.
Co prawda Czarna2 już zmieniła na dubeltówkę to przyznasz Jimie, że w tej konkretnej sytuacji, jam sam przyznałeś, zabiłbyś go przysłowiową kartką do papieru. Albo łyżką. :)
Btw, na latające szczury sam stosowałem, ale później przeszedłem na plastikowe kulki, bo jednak to zwierzę, i żal mi było je krzywdzić :)
Melendur88
Oj melendur…latające szczury to najgorsze zło paskudzące po oknach. Dla takich nie ma litości. Dla ogoniastych też bo jak źle trafisz to potrafią pogonić
W sumie miałem podobnie…
Do latających szczurów strzelałem z… nerfów :) W końcu chodzi głównie by ich się pozbyć, a niekoniecznie – zabić :)
Nerfami też można kogoś zabić – jak i śmiechem :)
https://www.youtube.com/watch?v=9VDvgL58h_Y
ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Berig, bardzo dziękuję a komentarz. Co do końcówki sama miałam mieszane uczucia. Początkowo chciałam Cyśkę, zabić no ale nie mogłam.
No, ja chciałem, żeby przeżyła – chociaż, prawdę mówiąc, też wydawało mi się, że zasługa w postaci chęci uwolnienia basiora jest ciut małym pretekstem do aktu łaski.
Jeżeli jednakowoż miałaś taki plan, jak piszesz, to aktualne “kompromisowe” zakończenie:

(A tak na marginesie: co Wy wszyscy tacy krwiożerczy jesteście?)
No tośmy sobie, ..., polatali!
A tak na marginesie: co Wy wszyscy tacy krwiożerczy jesteście?
Z dwojga złego chyba jednak lepiej zabijać bohaterów swoich tekstów, niż ludzi na ulicach.
ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Też tak myślę.
Z dwojga złego chyba jednak lepiej zabijać bohaterów swoich tekstów, niż ludzi na ulicach.
![]()
Polać mu :)
Melendur88
Hejka!
Tekst ma dość mroczny klimat i wciąga w tę zimną, niepokojącą rzeczywistość. Najbardziej podobały mi się opisy natury, są plastyczne. Momentami akcja dzieje się trochę za szybko, ale całość i tak robi wrażenie. Połączenie postapokaliptycznej wizji z elementami ludowej grozy, wypada ciekawie. 
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet
No, no, CZARNA2, aleś mi zaimponowała… Klimat mroźny, gęsty i konsekwentnie prowadzony od pierwszego akapitu do samego finału. Bardzo podoba mi się połączenie postapokaliptycznej wizji z baśniową grozą.
https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta
.gif)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Potem nastąpiła ciemność i wszystko się zmieniło.
Oprócz jednej rzeczy: od ludzi trzeba trzymać się z daleka
Czyli wcześniej ludzi też trzeba było unikać?
Sanie, które się zatrzymały, ciężko było poruszyć.
Da się to opisać zgrabniej. Np. “Raz zatrzymane sanie ciężko było ponownie wprawić w ruch”.
jako ledwie widoczny, jaśniejszy okrąg.
Okrąg to linia (na obwodzie koła/tarczy)
Chyba jest jeden – wyszeptałam, patrząc za oddalającym się ojcem
Może: chyba jest sam/chyba jest tylko jeden
Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.
Kim był dziadek? Gangsterem? Spróbuj zrobić coś takiego legalnie :D
– A co z nim? – Wskazałam ręką na wilka.
– Natura zrobi, co trzeba.
Zaraz, zaraz, a skóry? Mięso? Mogli chociaż zjeść wątrobę na miejscu!
Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.
Dyskusyjne użycie imiesłowu. Ogólnie cały tekst przejrzałbym pod kątem imiesłowów, nie wszędzie wyrażają jednoczesność.
wbijając się pod ubranie, przebijając skórę. Drobne gałązki wbijały
Całość opowiedziana zgrabnie. Jest bohaterka, z którą czytelnik może się utożsamić, narracja pierwszoosobowa pozwala pokazać uczucia i przemyślenia, czyli dobrze wykorzystana forma. Czy występuje zwrot akcji… w pewnym sensie tak, może nie przygryzałem paznokci w oczekiwaniu na rozwiązanie intrygi, ale koniec stara się dostarczyć wyjaśnienie początku – bunt sił przyrody wobec ludzi.
Wizerunek Leszego ewoluował przez wieki, tutaj użyto wersji “nowoczesnej” – leśniczy. Wolałbym wersję wcześniejszą, słowiańską, ale to tylko moje widzimisię.
Czy było aż tak krwawo? Chyba nie, wszystkie drastyczne opisy są skupione w jednej scenie, czyli szybko i po krzyku.
Hej
Pękały rury z wodą, brakowało ogrzewania, i ciągle robiło się zimniej.
Pękały rury z wodą, brakowało ogrzewania, robiło się coraz zimniej.
W najzimniejszą noc, otworzą się wrota piekieł i na trzy dni zapanuje ciemność.
A to nie brzmi znowu tak strasznie ;)
Ale żeby stało się to tak dosłownie?
Nie wiadomo o co chodzi – ja bym usunął
Jedną z ostatnich wiadomości, jaką usłyszeliśmy, to ta, że na Syberii z krateru Batagaj, zwanego potocznie „wrotami piekieł”, wydobywa się dym, a temperatura w okolicy sięga minus dziewięćdziesięciu stopni. Potem nastąpiła ciemność i wszystko się zmieniło.
Oprócz jednej rzeczy: od ludzi trzeba trzymać się z daleka. I od potworów, które wypełzły ze szczeliny – dziwacznych i mrocznych, znanych z baśni i ludowych podań.
Ze szczeliny wulkanu? Jeśli tak to dobrze to jakoś podkreślić.
I od potworów, które wypełzły z krateru – dziwnych i mrocznych, znanych z baśni i ludowych podań.
Przyśpieszyłam kroku, idąc po zamarzniętym, chrzęszczącym śniegu i ciągnąc za sobą ciężkie sanie. Tata szedł z przodu ze swoimi. W dwóch ślizgach mieścił się cały nasz dobytek.
Przyśpieszyłam kroku, zamarznięty śnieg chrzęścił pod nogami. Tata szedł przodem. Ciągnęliśmy ciężkie sanie na których mieścił się cały nasz dobytek.
– Cyśka, przebieraj nogami. Jesteśmy na otwartym terenie.
To oznaczało, że mogliśmy zobaczyć niebezpieczeństwo z daleka, ale również widziano i nas.
AA to wiemy, nie trzeba tłumaczyć :)
Słońce wisiało nisko, zasnute ciężkimi chmurami, jako ledwie widoczny, jaśniejszy okrąg.
Słońce nisko wisiało na zachmurzonym niebie, jako ledwie widoczny okrąg – zasnute to zasłonięte, a więc niewidoczne.
Śnieg skrzypiał, a spod niego słychać było głuche tąpnięcia zamarzniętego jeziora. Gdzieś od lasu dotarło do nas przeraźliwe wycie.
Śnieg skrzypiał na zamarzniętym jeziorze – nie wiem o co chodzi z tąpnięciem ale zdanie chyba i tak jest przekombinowane.
Oprócz ludzi i potworów należało unikać wilków.
Jeszcze wilków :D. Wydaje mi się, że te zdanie nic nie wnosi.
Ci trzej wymienieni nigdy nie odpuszczali, gdy wpadli na trop.
A to na pewno :)
Sanie, które się zatrzymały, ciężko było poruszyć. Miałam wrażenie, że momentalnie przymarzły do lodu. Tata ponaglał mnie z przodu, a ja nie mogłam ruszyć. Zdesperowana próbowałam chwycić się lodu i podciągnąć, żeby wreszcie zmienić położenie. Po kilku próbach udało się.
Pchnęłam sanie. Nawet nie drgnęły. Ugrzęzły w śniegu lub gorzej – płozy przymarzły do tafli jeziora. Usłyszałam ponaglenia ojca. Jeszcze mocniej szarpnęłam pasy/szelki. Kolejne wycie. Spojrzałam przez ramię. Tata nawet się nie obrócił. Targałam naprężoną uprząż. Trzask i sanie ruszyły.
Sapałam, nabierając tempa, czując na twarzy lodowaty wiatr, który właśnie się obudził i z każdą chwilą przybierał na sile.
Przyśpieszyłam, ciężko dysząc. Czułam na twarzy lodowaty wiatr, który nagle się obudził i przybierał na sile.
– Byle do drzew, zanim zamarznę – jęknęłam, potykając się i podpierając rękami.
Potknęłam się, podparta rękami o śnieg wyjęczałam:
– Byle do drzew, zanim zamarznę
Przeraźliwy jazgot rozległ się kolejny raz chyba z tego samego miejsca. Miałam ciarki na plecach od tego wycia.
Ciarki to jak widzimy włos w zupie – ja bym całość wyciął :)
Drzewa powitałam z ulgą, dały nieco ochrony przed zawieją.
Wysokie, majestatyczne, całe w śniegu. Pomiędzy nimi wił się strumyk. Musiał być ciepły, bo woda leniwie w nim płynęła.
Drzewa wysokie, majestatyczne, całe w śniegu, powitałam je z ulgą. Pomiędzy nimi wił się strumyk pod cienką warstwą lody. – nie musi być ciepły to ruch wody sprawia, że nie zamarza
Wiedziałam, że tata nie odpuści i na noc rozbijemy obóz niedaleko. O ile nie znajdzie lepszego schronienia.
Jaskini nie znaleźliśmy. Za to wpadliśmy na wilka.
Nie zaleźliśmy lepszego miejsca na schronienie, za to wpadliśmy na wilka. – strasznie dużo dopowiedzeń, wiadomo, że wolą jaskinie ;)
Wielki, czarny basior, zakleszczony w pułapce na niedźwiedzie, na nasz widok zaczął się szarpać.
Wielki, czarny basior, z łapą zakleszczoną w pułapce na niedźwiedzie. Na nasz widok zaczął warczeć. – ta łapa to go chyba boli czy to o co zaczepiła się pułapka ;)
Sprawdziliśmy dokładnie okolicę i oprócz śladów wilka nie było innych.
Dokładnie sprawdziliśmy okolicę, nie znaleźliśmy innych śladów oprócz tych należących do wilka.
Sama pułapka wyglądała na starą.
To fajnie :) ja bym wyciął ;)
Ojciec wymierzył z dubeltówki, mającej lata świetności za sobą. Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.
Ojciec wymierzył ze starej dubeltówki, którą dostał jeszcze od dziadka. – wiek taty, gdy dostał broń chyba nie ma znaczenia dla historii ;)
– Zaczekaj. – Zatrzymałam go. – Szkoda marnować kuli. Może… może go uwolnijmy?
– Zaczekaj. – Złapałam tatę za rękę. – Szkoda marnować kuli. Może… może go uwolnijmy?
Mężczyzna prychnął, ale opuścił broń.
Ojciec burknął coś, ale opuścił broń.
Zrobiło mi się żal zwierzęcia.Westchnęłam i podążyłam za ojcem, oglądając się co chwilę, dopóki czarna sierść nie zniknęła między drzewami.
To wynika z opisu.
a w środku mniejszy. W ten sposób powietrze między nimi było cieplejsze.
a w środku mniejszy – w ten sposób lepiej mogliśmy się ochronić przed zimnem.
Kiedy skończyliśmy, ptaszyska odleciały, kracząc oburzone.
Kiedy skończyliśmy, ptaszyska odleciały, z głośnym krakaniem.
Moje myśli wracały do wilka i jego przerażonego spojrzenia. Dziwne, ale miałam wyrzuty sumienia, że nie pomogliśmy mu.
To też wiemy z tekstu :)
Ognisko wygasło, a uczucie niepokoju powoli się wycofało. Nikogo ani niczego nie było.
I tu też :)
Wypełzłam z namiotu, cały czas zastanawiając się nad losem wilka. Po cichu zasunęłam zamek
namiotui ruszyłam w stronę miejsca, gdzie znaleźliśmy basiora.
Wypełzłam z namiotu i zasunęłam zamek, cały czas zastanawiając się nad losem wilka. Ruszyłam tam, gdzie znaleźliśmy basiora
Drzewa trzeszczały od mrozu. Spod stóp słychać było chrzęst śniegu. Las szeptał dawno zapomniane historie, a ciężkie gałęzie uginały się, grożąc pęknięciem.
Gałęzie trzeszczały od zalegających szczap śniegu, spod butów dochodził chrzęst. Wiatr wył między drzewami zupełnie jakby las szeptał, jakąś dawno zapomnianą historię. – nie wiem czy o to Ci chodziło, ale gałęzie chyba nie trzeszczą od mrozy, a jak się uginają to pod czymś :)
Dotarłam na miejsce, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo po wilku nie było śladu. Jedynie rozgrzebana, gruba warstwa śniegu, zmieszana z ziemią i krwią oraz wystające z niej korzenie. Kawałek dalej znalazłam wnyki. Cokolwiek je rozerwało, musiało być niezwykle silne.
Na miejscu nie było już wilka, jedynie rozgrzebana, gruba warstwa śniegu i ziemia zmieszana z krwią. Kawałek dalej znalazłam wnyki. Cokolwiek je wytargało, musiało być niezwykle silne.
Rozejrzałam się podejrzliwie, ściskając w ręce pistolet
, przygotowana na atak. Nic jednak się nie stało.
Możemy to podejrzewać, a skoro nic się nie stało to można wyciąć ;)
Ciszę nocną rozerwał strzał w oddali.
Ciszę zakłócił huk wystrzału.
Wszędzie rozpoznałabym ten szczekliwy głos dubeltówki ojca.
Wszędzie rozpoznałabym odgłos dubeltówki ojca.
Pomiędzy drzewami bezszelestnie mknęła smukła sylwetka wilka. Zauważyłam ją mimowolnie.
Pomiędzy drzewami zauważyłam sylwetkę wilka.
Z daleka słyszałam podniesione głosy. Jeden chyba kobiecy. Zatrzymałam się za drzewem, ciężko dysząc, i obserwowałam sytuację. Ojciec leżał nieruchomo na ziemi, w kałuży krwi. Nad nim pochylało się dwóch rosłych mężczyzn, a trzeci, drobniejszy, przeszukiwał obozowisko. Nie wiedziałam, czy w namiocie ktoś jest i ilu napastników napadło na obozowisko. Byłam jednak pewna, że słyszałam cztery, może pięć głosów.
Z daleka słyszałam podniesione głosy. Jeden kobiecy. Zatrzymałam się za drzewem, ciężko dysząc. Ojciec leżał nieruchomo na ziemi, w kałuży krwi. Nad nim pochylało się dwóch rosłych mężczyzn, a trzeci, drobniejszy, przeszukiwał obozowisko. Nie wiedziałam, czy w namiocie ktoś jest i ilu napastników napadło na obozowisko. Byłam jednak pewna, że słyszałam cztery, może pięć głosów.
Jeśli tego nie widać, to po co dopowiadać. Bohater może coś sobie tam myśleć ale te informację psują klimat i zwalniają tempo akcji :)
Zasłoniłam usta, kiedy jeden z mężczyzn odwrócił tatę na plecy. Roztrzaskana na miazgę twarz będzie mnie prześladować do końca życia. Mogłam temu zapobiec, gdybym nie oddaliła się od obozu.
“Push the tempo Push the tempo Push the tempo Push the tempo up” ;)
Jeden z mężczyzn odwrócił tatę na plecy, zasłoniłam usta, widząc roztrzaskaną na miazgę twarz – wiedziałam, że ten obraz zostanie ze mną już do końca życia. – a nawet można usunąć to co po myślniku :)
– No, witam – usłyszałam tuż przy uchu, a wraz ze słowami poczułam chłód metalu na potylicy. Mogłam się domyśleć, że facet ma broń. Nie słyszałam, że ktoś się skradał, i klęłam na siebie za to, że straciłam czujność.
– No, witam – usłyszałam tuż przy uchu i poczułam chłód metalu na potylicy.
Push the tempo !!!
Uczyniłam to, co mi kazał, unosząc ręce do góry.
Posłuchałam i uniosłam ręce do góry.
Niższy sprawdził, czy nie mam broni. Zabrał mój pistolet i wsadził za szeroki pas spinający futro z niedźwiedzia.
Niższy zabrał mój pistolet i wsadził za szeroki pas spinający futro z niedźwiedzia.
https://www.youtube.com/watch?v=JEq10L7u3SM
Odwróciłam się i ruszyłam we wskazaną stronę, czując, jak nogi uginają się ze strachu. Weszłam w krąg światła, a wszyscy zwrócili uwagę na moją osobę. Drobna postać podeszła i przez chwilę przyglądała mi się uważnie.
Odwróciłam się i ruszyłam we wskazaną stronę, czując, jak nogi uginają się ze strachu. Weszłam w krąg światła, a wszyscy w obozie od razu zwrócili na mnie uwagę. Drobna postać podeszła bliżej.
Byłam sparaliżowana strachem i jedyne, co zrozumiałam, to że z jakiegoś powodu czarny wilk przerażał ich.
Bałam się ale rozumiałam, że z jakiegoś powodu czarny wilk ich przerażał.
Na skraju lasu, tam gdzie zaczynał się mrok, siedziała smukła sylwetka. Błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z uporem. W chwilę później zauważyłam kolejną, która cicho zbliżała się do kręgu światła, a zaraz w innym miejscu zjawiła się następna. Naliczyłam ich sześć. Nie atakowały. Po prostu przyglądały się nam, jakby czekając na znak.
Na skraju lasu, tam gdzie zaczynał się mrok, zauważyłam siedzącą smukłą sylwetkę. Błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z uporem. W następnej chwili kolejną i jeszcze jedną, która cicho zbliżała się do kręgu światła. Naliczyłam ich sześć. Nie atakowały. Po prostu przyglądały się nam, jakby czekając na znak.
Za granicą widoczności coś było. Bardziej to czułam, niż widziałam. Coś pierwotnego zbliżało się, powodując, że miałam ciarki na plecach, a nogi się uginały. Słyszałam trzask gałęzi, to, jak porusza się ziemia i przemawia las w cichych szmerach.
W ciemności było coś jeszcze. Czułam to. Coś pierwotnego – zbliżało się, powodując drżenie nóg…
Trzask gałęzi. To, nadchodziło – a warz z tym ziemia przemówiła, las szemrał
Grube, splecione gałęzie wystrzeliły z mroku, uderzając po obu stronach. Widziałam, jak warkocze rozplątują się szybko. Uniesieni w powietrze dwaj mężczyźni zostali rozerwani, a wnętrzności wżarły się w śnieg.
Grube, splecione gałęzie wystrzeliły z mroku. Pochwyciły dwóch mężczyzn i rozerwały, wnętrzności wypadły wżerając się w śnieg
Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.
To jest dobre :)
Przeraźliwy wizg trwał i trwał. Chwilę zajęło mi uzmysłowienie sobie, że to mój krzyk.
Wilki wgryzały się wszędzie: w ręce, nogi, twarz.
Przeraźliwy wrzask trwał i trwał. Po chwili uzmysłowiłam sobie, że to ja krzyczę.
Wilki zagryzały ludzi w obozowisku – wgryzały się w ręce, nogi i twarze.
Na koniec uświadomiłem sobie, że to jednak ją jedzą – ale to nadal nie wynika z Twojego opisu. I te zapożyczenie może być ale zatrzymuje, a przynajmniej mnie zatrzymało – wizg
zanim spiralna gałąź nie przebiła krtani, wychodząc ustami. Upadła na ziemię, wpatrując się we mnie oskarżycielsko.
zanim spiralna gałąź nie wyszła ustami. Upadła na ziemię, wpatrując się we mnie oskarżycielsko.
No bo gardłem czy ustami – musisz się zdecydować :)
Nagły bezruch był nie do zniesienia.
Nagły cisza była nie do zniesienia.
Czułam, jak suną wzdłuż ciała, krępując, wbijając się pod ubranie, przebijając skórę. Drobne gałązki wbijały się w żyły z nieznośnym bólem.
Czułam, jak suną wzdłuż ciała, krępując, wchodzą pod ubranie, przebijając skórę, drobne gałązki, wbijały się w żyły z nieznośnym bólem.
Chłodny powiew na rozgrzanej twarzy i mogłam z bliska spojrzeć w stare oczy leszego, a jego słowa poczułam w sobie najmniejszą nawet cząstką. Wbiły się w umysł i duszę.
Chłodny powiew na rozgrzanej twarzy, sprawił, że mogłam spojrzeć w oczy leszego, a jego słowa poczułam w sobie najmniejszą nawet cząstką. Wbiły się w umysł i duszę.
Nie mogłam się z tym nie zgodzić, ale tak przeraźliwie chciałam żyć. Otworzyłam usta, żeby to powiedzieć, ale drobne gałązki już wychodziły przez nie, oplatając twarz.
Zdychaj oślizgła kreaturo – chciałam wrzasnąć ale drobne gałązki już wychodziły przez nie, oplatając twarz.
Żartuję :)To dobry opis
Może – między wargami? Te gałązki… no wiesz o co chodzi :)
Fajne opowiadanie, które wymaga podkręcenia tempa :). Opisy plastyczne ale czasem nad nimi nie panujesz, ja też tak mam – jak coś ;). Do kolejnego tekstu musi lecieć w tle Fatboy slim! Klikam i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,
tekst poznałem rzetelnie, na nowo.
Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,
nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.
Trzymając się zasad w regulaminie, czy mogę Cię prosić, żebyś dodała imię i nazwisko autorki i tytuł obrazu w opowiadaniu, pod obrazem, a nie w przedmowie? Możesz w nawiasie. Będę zobowiązany! Dzięki.
You cannot petition the Lord with prayer!
Śnieg skrzypiał na zamarzniętym jeziorze – nie wiem o co chodzi z tąpnięciem ale zdanie chyba i tak jest przekombinowane.
Bardzie, to akurat dobry opis – jeśli nie szło tamtędy jeszcze cięższe zwierzę, pod ciężarem człowieka w tafli powstają pęknięcia/rysy, ale nie załamuje się jako całość. Tzn. można po niej iść, ale cały czas słyszysz niepokojące dźwięki. Czasem brzmi tak, jakby stłuc szybę, czasem jakby uderzyć młotem w napiętą linę, a na dużym jeziorze jak grzmot. Zdarza się, że pęknięcie biegnie od miejsca stąpnięcia do obu brzegów, co jest dość spektakularne, a dodatkowo echo odbija się zwykle od ściany lasu.
Na węższych rzekach zdarza się, że pod taflą lodu wytwarza się pustka powietrzna. W trakcie ostrej zimy poziom wody się obniża, więc często tafla lodowa pozostaje rozparta między brzegami (i bardzo naprężona) a nurt traci z nią kontakt i płynie w pewnej odległości od lodu. Na bagnach i mokradłach również występuje podobne zjawisko, tafla “wisi” na kępach i pniakach. W trakcie przeprawy opada się czasem o kilka cm w dół, ale razem z całą taflą.
A, ok – dzięki marzan. I przypomniałeś mi, że zapomniałem dopisać…
CZARNA2 – uwagi oczywiście do przemyślenia – nie traktuj ich jako prawdy objawione :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Czołem Czarna2!
To oznaczało, że mogliśmy zobaczyć niebezpieczeństwo z daleka, ale również widziano i nas.
Chyba albo “również”, albo “i nas”. Jedno i drugie wskazuje na porównanie.
Po kilku próbach udało się.
Lepiej nie kończyć zdań na “się”.
Mężczyzna prychnął, ale opuścił broń.
Dziwne jest nagle powiedzenie o ojcu “mężczyzna”. Generalnie lepiej unikać mnożenia określaczy.
Wypełzłam z namiotu, cały czas zastanawiając się nad losem wilka. Po cichu zasunęłam zamek namiotu i ruszyłam w stronę miejsca, gdzie znaleźliśmy basiora.
Powtórzonko.
Co do tekstu, to mam pewien zgrzyt. Z jednej strony narracja i fabuła wydają mi się dość rustykalne. Chciałbym więcej, dla klimatu, dla napięcia, dla fabuły. Z drugiej, to krótki tekst, a przekazałaś całkiem spójną historię, budując punkt kulminacyjny. Zabrakło mi trochę większych emocji głównej bohaterki, pomogłyby. Absolutnie nie jestem też fanem w kilku miejscach nagłego czasu teraźniejszego. Dla mnie to jednak albo albo, chyba, że coś jest wyraźnie wypowiedzią lub myślą.
Niemniej, interpretacja obrazu ciekawa.
Pozdrawiam!
Cześć Czarna2!
Jest w opowiadaniu niepokojący klimat zimowego lasu, przeczucie czegoś strasznego i nieznanego. Do tego dobrze pasuje fabuła, choć bardzo krótka i uproszczona.
Uwagi:
Zgadzam się z Beeeeckim, że jeśli narratorem jest bohaterka, to nie pomyśli o ojcu “mężczyzna”, to brzmi bardzo sztucznie
– Zaczekaj. – Zatrzymałam go. – Szkoda marnować kuli. Może… może go uwolnijmy?
Mężczyzna prychnął, ale opuścił broń.
Zabrakło mi podkreślenia motywacji bohaterki, dlaczego wyszła w nocy z namiotu? Z ciekawości? Z litości?
Jest to niejasne.
Ogółem, można byłoby poprawić to i owo, ale sama historia, a zwłaszcza klimat horroru są interesujące. Zwierzęta zimowe na plus :)
Pozdrawiam!
Witam CZARNA2 !!!!
Dobre opowiadanie z klimatem. Fajny twist na końcu. Podświadomie czekałem na coś podobnego i się nie zawiodłem.
Co mi się podobało? To że czytało się dobrze, potrafiło mnie wciągnąć. Co na minus? Chyba trochę za krótkie :)
Ale to tylko moja opinia.
Pozdrawiam panią i życzę powodzenia w konkursie!!!!
Jestem niepełnosprawny...