- Opowiadanie: chalbarczyk - Miasto pogranicza

Miasto pogranicza

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Miasto pogranicza

 

Jewgien kochał Chełm, chociaż nie zawsze wiedział który.

Miasto pod śniegiem było ciche i puste.

Ścisnęło mrozem w tym roku, ale przecież nie tak, jak Za Bramą. – Pomyślał z tęsknotą. Miastem Za Bramą nazywał ten drugi świat, którym wszystko było po staremu, i w którym zazwyczaj przebywał Oleg. Ale dziś wieczorem Oleg miał przejść przez Bramę. Dziś się z nim zobaczy.

Jewgien wszedł do cerkwi i pewnym krokiem skierował się ku drzwiom przy lewej absydzie. Minął ikonę Bogurodzicy w bocznej nawie, ale się nie zatrzymał, nie przeżegnał, tylko gniewnie zagryzł usta.

– Wieszają jakieś podróbki! wymknęło mu się. Nachmurzył się jeszcze bardziej.

Wiele razy myślał, że miasto Za Bramą jest lepsze. Nie chodziło o to, że nie doceniał postępu technologicznego, centralnego ogrzewania i bezpłatnej komunikacji miejskiej. Doceniał. Ale tamten świat, gdy Miasto było dumną stolicą księstwa i miało prawdziwą cudowną ikonę… po prostu wydał mu się doskonalszy. Nie był w nim od lat. Utknął w Chełmie z XXI wieku, coraz bardziej się garbiąc i robiąc się zgorzkniałym. Ale nic to ze świstem wciągnął zimne powietrze dziś się wszystko zmieni.

 

Oleg pozostał takim, jakim go zapamiętał. Nie postarzał się wcale, ale jeszcze bardziej nabrał mięśni i postawy.

– Druhu! – zawołał do niego Jewgien.

Oleg uśmiechnął się ciepło i szczerze. Miał na sobie kożuch i sobolową czapę, na plecach przytroczoną broń. Szron osiadł mu na rzęsach i brodzie.

Uścisnęli się serdecznie.

– Jewgien – zaczął bez wstępów – przeszedłem na waszą stronę, bo kapituła wysyła mnie z poleceniem. Od kilku miesięcy różni znikają z Miasta. Czasem kupcy, czasem ktoś z przybocznych zastępów księcia. Kiedy indziej podrostki. Przypuszczamy, że przegroda się przerwała i przeciskają się przez szczeliny. Muszą tutaj ukrywać się wśród ludzi albo w korytarzach.

Jewgien słuchał nieuważnie. Tak chciałby porozmawiać z Olegiem jak za dawnych czasów. Roznieciliby ognisko, Oleg by zagrał tę swoją smętną melodię, napiliby się samogonu, a potem by rozpoczął opowieść, która skończyłaby się dopiero nad ranem, o warownym Mieście, o wyprawie księcia na Lublin, o skarbach w kredowych podziemiach, o…

– Jewgien, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Jewgien pokiwał skwapliwie głową i szybko powiedział:

– Nie wiem, skąd wam przyszedł pomysł, że uciekinierzy się przedostają na naszą stronę. Ja niczoho ne baczył.

Płynnie przechodził na swoją mowę, zresztą teraz w mieście nie dało się odróżnić przyjezdnych od tutejszych i wszyscy rozmawiali w trudnej do gramatycznego zdefiniowania mieszance ukraińskich czasowników, chełmskich zaimków i polskich przekleństw.

– W wartowni masz jakąś broń?

Wartownia to tutaj zwykła stróżówka, ale Jewgien nie tłumaczył. Ze skrzynki wyciągnął woreczek ziela, dawno nieużywane linki i zatrzaski.

Wyszli na mróz. Wspięli się na wzgórze, a Jewgien zapatrzył się na światła, mrugające w oddali. W dole rozciągało się miasto z niewysokimi kamienicami i wąskimi uliczkami, z wyniosłymi cerkwiami i kościołami. Placami i arteriami. Tak, lubił to miasto i był mu wierny, bo przypominało mu dom.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, gdzie już czekał na nich baciuszka. Oleg skłonił się i pocałował księdza w rękę.

Znów bez wstępów zdawał sprawę z sytuacji Miasta Za Bramą. Z tonu jego głosu można byłoby sądzić, że to poważny kłopot. Ale czy to nie jest proste poszukiwanie uciekinierów, którzy chcieli zakosztować zakazanej magii, a może po prostu zakosztować innego życia? Nawet sam książę wezwał Olega i powierzył mu zadanie, zbyt błahe dla komendanta drużyny książęcej. Jewgien chciałby dowiedzieć się, jak tam Oleg żył przez ostatnie lata, gdzie bywał, ale nie miał śmiałości zapytać. Oleg wydawał polecenia szorstkim głosem i chyba nie pamiętał już, jak bardzo się dawniej przyjaźnili.

– Przeszukam podziemia, a ty wyślij umyślnego do władz, niech sprawdzą spisy ludności. Uchodźców, sieroty, chłopców z wojskowym przeszkoleniem.

– Tak, tak. – Przytaknął, ale pomyślał, że przecież teraz to bezcelowe. Tyle ludyny ze wschodu przewija się teraz przez Chełm…

***

Chełm tętnił życiem dzięki Akademii, ale gdy studenci wyjeżdżali na ferie, stawał się prowincjonalnym miastem, próżnym, melancholijnym, ze zbyt wybujałą sakralną architekturą. Jewgien zaproponował, że najpierw rozejrzą się po akademiku, jeśli ktoś z młodych się ukrywa, to właśnie tu łatwo będzie znaleźć jakiś ślad. Przedstawił Olegowi niewyróżniającego się niczym chłopca, który od tego roku tak jak wielu innych uczył się na pilota. Wyszli na mały skwer, teraz zupełnie pusty z powodu trzymającego wszystkich w domach mrozu.

– Cześć Gienku, a to kto? – Chłopak przyglądał się niespokojnie Olegowi.

– To mój druh. Wiesz, chcemy się rozpytać, to tu, to tam, czy nie…

Nagle, bez ostrzeżenia Oleg doskoczył do chłopaka i ścisnął za gardło. Tamten wytrzeszczył oczy i zrobił się czerwony.

– Gadaj!

– Oleg! Daj spokój, to tylko student…

Oleg nie słuchał. Wolną ręką wyciągnął z kieszeni garść suchych liści i podetknął chłopakowi pod nos. Od razu na jego czole pojawiły się pulsujące sine żyły – znak, że przeszedł granicę dwóch światów.

– Cholerne zioło! – wycharczał, gdy Oleg rozluźnił chwyt. Kaszląc, upadł na śnieg.

Jewgien stał zaskoczony. Dlaczego niczego nie zauważył? Znali się od długiego czasu, to był miły, prosty chłopak spod Dorohuska… Czyżby tak przywykł do tego miasta, że przytępiły mu się zmysły?

– Kto cię przysłał?

Chłopak spojrzał z wściekłością i przygryzł usta do krwi.

– Mów! – Oleg chwycił go za twarz.

Krew cienką strugą płynęła mu po brodzie, później po ręce Olega i stygła na śniegu.

Chłopak wywrócił oczy, krew zmieszała się z pianą, którą się dławił. Jeszcze przez chwilę był wśród żywych, ale zaraz potem znieruchomiał.

Oleg zły patrzył na martwe ciało.

 

***

Przeprawili się na drugą stronę i znaleźli się w Mieście za Bramą. Chełm był taki sam, tylko nieco mniej rozległy, zamiast świateł nisko nad horyzontem świeciły roje gwiazd, a obłoki galaktyk powoli obracały się nad wzgórzem. Sobór ze złotymi kopułami górował nad okolicą, wyłaniał się jak królewski okręt z morza lodu i śniegu,

Jewgien poczuł, że wrócił do domu.

Książę Daniło rządził Rusią i Miastem żelazną ręką. Wieże zamku Romanowiczów sięgały prawie nieba i każda kryła w sobie zastępy obrońców: kuszników, piechoty miejskiej i łuczników. Miasto, otoczone szerokim murem z zielonego piaskowca było bezpieczne. Nad wszystkim górowała dzwonnica, skąd na każde święto rozlegało się bicie siedmiu dzwonów. Ale najważniejszy był sobór, bo w nim przebywała Najświętsza Panienka.

W okazałej pałacie na zamku zebrali się wielmoże, wojewodowie, komendanci chorągwi i zapewne tajni szpiedzy księcia, a może tak jak Jewgien inni strażnicy z tamtej strony.

– Czy poselstwo od papy rymskogo wróciło?

– Nie, książę.

Daniło zaklął pod nosem, a ludzie zaszemrali.

– Ile nam jeszcze trzeba czekać!

Książę załatwiał sprawy księstwa, rozsądzał spory i wydawał polecenia. Trwało to długo. Gdy skończył i zostali sami, zapytał wprost:

– Jakie wieści?

– W Chełmie spokój. Widać ci, co się przedostali, siedzą cicho. O żadnych buntach nie słychać, nie widać też, żeby szykowali się na naszą stronę.

Oleg zdał raport i książę spojrzał na Jewgiena pytająco.

– Na Ukrainie wciąż wojna, Moskale szarpią nasz lud. Straty w ludziach ogromne – odpowiedział na to krótko.

– A w Koronie Polskiej?

– Spokojnie… jak na razie.

– Wartować wciąż nam trzeba, bo nie wiadomo, kto zechce przecisnąć się przez Bramę i naznosić broni i ognia.

– Książę…

– Jewgien, wybacz, że posłałem cię na drugą stronę. Wiem, że twoje miejsce przy mnie, ale tobie mogę zaufać.

– Chciałbym służyć przy tobie, książę, ale jak twoja wola postawić mnie na granicy, to i tam będę.

– Dobrze, Jewgien.

– Ale dlaczego nie sprowadzić tu broni? – Zawsze zadawał sobie to pytanie, dlaczego książę zamknął przejście pomiędzy Miastami i nie dozwala, aby przerzucać broń na jego stronę. – Przecież i królestwo urosłoby w siłę i nikt już, książę, by ci nie zaszkodził. Ani Tatarzy, ani Moskale, ani Lachy.

Daniło machnął ręką zniecierpliwiony.

– Jewgien, jak ja mogę użyć broni, to inni także.

Jewgien przygryzł wargę, bo przypomniał sobie, co onegdaj zrobił w chwili lekkomyślności.

***

Ruch w zamku zrobił się większy niż zwykle, bo dziś spodziewano się powrotu poselstwa od papieża, który miał przyzwolić na koronację księcia Daniła na króla Rusi. Wszyscy uwijali się jak w ukropie, bo wiadomym było, że książę czeka niecierpliwie na wieści z Rzymu. Korona da mu taką władzę, o której zawsze marzył i niezatrzymaną siłę. Jakie jeszcze ziemie przyłączy? Jakie miasta zbuduje?

Rwetes zrobił się przy bramie i w chmurach pary wjechało kilku konnych. Jewgien ze zdziwieniem jednak zauważył, że nie są to ludzie księcia.

Na przedzie w kożuchu do ziemi szedł prisłużnik i niczym buzdygan dzierżył kij z zatkniętymi baranimi rogami. Za nim jeźdźcy, a każdy miał na twarzy wzory wymalowane czerwoną farbą. Na końcu wałachy ciągnęły wóz, ale nie było można dojrzeć, kto nim jedzie, bo widok zasłaniały gruba kapa, rozciągnięta na wozie na kształt namiotu. Gdy Jewgien spojrzał na nich, nagły ból ścisnął mu serce, a pod powiekami nieoczekiwanie zamajaczyła postać Helenki. Ostatni raz widział ją, gdy żegnała go białą dłonią, wsiadając do auta obcych ludzi o chytrych oczach. Jeźdźcy mieli w sobie ten sam wężowaty, podstępny spryt, który Jewgien dobrze znał i który wyczuwał z daleka. Oczy zimne, a usta pełne i lubieżne. Zacisnął pięści. Jak on ich nienawidził!

Nawet nie wiedział, kiedy znalazł się w głównej sali w zamku, gdy książę witał przybyłych. Większość dostojników już była i Oleg też. Okazało się, że z wozu wylazł brodaty obdartus, na którego wszyscy wołali „Oświecony”. Oświecony wyglądał jak dziad, z pełechatym łbem, w wyszmelcowanej kapocie i podartej koszuli. Szedł w stronę księcia nie schylając głowy.

– Oświecony pozdrawia kniazia Daniła!

Wnieśli dary dla księcia, kilka ciężkich skrzyń. Oświecony otworzył pierwszą. Była zapełniona wypolerowanymi szablami i szyszakami.

Daniło pokiwał z uznaniem głową.

Nagle błysnęło i huknęło. Tłum się cofnął, a na środek wyszedł Oświecony.

– Bezbożne miasto, to tam! – wskazał w kierunku Bramy – w którym bluźnierstwo sączy się z każdych ust, jeszcze przed wiosną wyśle chorągwie na naszą stronę i czeka was wszystkich zagłada!

Sala zaszumiała, a książę ściągnął brwi.

– Musisz otworzyć Bramę i powieść zastępy wojów ku zwycięstwu!

Cuchnęło od niego wódą i brudem. Oświecony wywrócił oczami i wydał z siebie pisk. Jewgien się wzdrygnął. Prorok wyciągnął wcale nie taką cherlawą rękę z kosturem i rozpoczął dziwny taniec. Kiwał się, trząsł głową i bełkotał, z ust leciała mu ślina. Jewgienowi zrobiło się niedobrze. Ale inni kłaniali mu się z szacunkiem i prosili o błogosławieństwo. Sam książę też. Oświecony dotykał ich głów brudnymi palcami i coś tam do siebie mamrotał. Potem taki pobłogosławiony wpadał w dziki chichot.

Jewgien rozejrzał się przerażony. Szaleństwo przybierało na sile. Chciał odciągnąć Olega, który zahipnotyzowany wodził oczyma za dziadem.

– Chodźmy stąd!

Ale Oleg nie słuchał.

– Wieszczę koniec świata! Całkiem wyraźnie krzyknął dziad. Przyjdą i rozharatają wam gardło!

Zacharczał i znów wpadł w bełkot.

Rozpoczęła się pijatyka. Prisłużnicy Oświeconego rozlewali ludziom alkohol, zaczynając od księcia. Powoli wszystkim na policzki występowały rumieńce i krew im uderzała do głowy. Niektórzy zaczęli gonić dziewki po sali, które uciekały z piskiem. Wszyscy wpadali w trans. Prisłużnicy także. Musiał im czegoś dosypywać do picia, bo mieli obłęd w oczach i zły uśmiech na ustach.

Jewgien takich znał. Ciągnęli się jak stado wron za pielgrzymkami, które szły do Chełma. Osaczali rozmodlone dziewczęta i pobożnych chłopców, a czasem naiwnych kleryków. Nie wiedział, co mówili na ucho, jakich zaklęć używali, ale prawie zawsze udawało im się kogoś złowić. Jewgien próbował powstrzymać Helenkę, prosił, aby z nimi nie odjeżdżała, nie znał jednak zaklęć, nie wiedział, jak ma ją zatrzymać. Jakże był wtedy bezsilny!

– Do broni! Miasto nie jest nam już potrzebne! Zdobędziemy nowy świat! Szaman stanął na krześle i zaczął krzyczeć, a do niego przyłączali się omroczeni.

Naraz Jewgien dostrzegł jego kpiący uśmiech i dosłyszał, jak mówi do siebie:

– Ach wy durnie, po co wam Brama, ja nie umiecie z niej korzystać! Już ja zrobię z niej użytek. Poprowadzę wyznawców ku przyszłości, a wy sczeźniecie tutaj na zawsze, bo mi to wasze miasto nie jest do niczego potrzebne! Burundaju! – skinął na jednego ze swoich – szykuj oddział i idź otworzyć Bramę. Jak książę nie będzie chciał, to go przymuś. Nasi wywiadowcy czekają po tamtej stronie i już czas, by się ujawnili.

Jewgien zrozumiał. Oświecony zniszczy Chełm, nie zostanie tu kamień na kamieniu, może sprowadzi z nieba ogień, a może huragan, który wszystko zmiecie z powierzchni ziemi. Bo jedno tylko miasto może istnieć. Sam ucieknie przez Bramę do nowego świata, aby dalej niszczyć i zwodzić ludzi…

Co robić?

Chwycił Olega za kaftan i wyciągnął z sali.

– Oleg!!! – Zdzielił go w twarz.

Oleg powoli przytomniał. Jewgien wodę z bukłaka wlewał mu do gardła, aż tamten zaczął się krztusić.

– Wszyscyśmy wpadli w pułapkę! Oświecony szykuje nam zagładę.

Gdy Oleg wreszcie pojął, co Jewgien do niego mówi, chciał szukać księcia. Przyjaciel go przytrzymał.

– Już na pewno wzięli księcia.

– Biegnij, uderz w dzwon. Ja zbiorę drużynę.

Biegł ile sił w płucach. Wpadł do soboru, przed cudowną ikoną modlił się tłum. Dostrzegł dwóch podrostków, pociągnął ich za sobą i popchnął w stronę wejścia na dzwonnicę. Otwarte. Teraz w górę, do dzwonów! Gdy wspięli na najwyższą kondygnację, smagnął ich podmuch lodowatego wiatru. Chłopcy się skulili, ale Jewgien pokazał, jak mają obwiązać ręce i rzucił im sznury. Sam chwycił ten przyczepiony do największego z dzwonów, szarpnął, a serce dzwonu zabiło.

 

Dzwony długo biły na trwogę. Ludzie zaczęli wysypywać się z cerkwi. Jewgien z góry szukał Olega. Gdzie on jest?! Gdzie drużynnicy?!

Nagle nie wiadomo skąd pojawili się ratnicy z krótkimi mieczami, każdy w zbroi, z pałką przy pasie. Zaczęli ludzi okładać i zaganiać na plac. Jewgien domyślił się, że to wojsko Oświeconego. A jakże, nie będzie polegał on tylko na swojej alchemii i czarach!

***

Z sakwy wyciągnął kilka granatów, hukowych i dymnych, które wbrew rozkazom księcia schował tu lata temu, gdy był w Mieście. Nie wiedział, czy wypalą, ale musiał spróbować. Oddziały pieszych i kuszników walczyły w zachodniej części miasta próbując odciąć wroga od Bramy. Oświecony na pewno wykorzysta związanie wojsk Daniła i uderzy w innym miejscu, aby zdobyć przewagę.

Jewgien przedostał się do zamku, ale książęca pałata była już wzięta przez Tatarów, których zwerbował Oświecony. Sam Daniło siedział na krześle z szablą na gardle. Obserwował ich z ukrycia i zastanawiał się gorączkowo, jak ma odbić księcia. Naraz przed Daniłem pojawił się szaman.

– Książę, opór nie ma sensu. Miasto zajęte, po wszystkim ruszamy na tamtą stronę. Jeśli się nie przyłączysz… Zresztą, masz dość rozumu, żeby wiedzieć, jaki czeka cię los.

Daniło nawet nie spojrzał. Na jego twarzy odmalowała się najwyższa pogarda. Oświecony pojął pełną hardości dumę Daniła Halickiego, co rozwścieczyło go jeszcze bardziej.

– Sczeźniesz jak pies! A mogłeś mi służyć!

Coraz głośniejsze odgłosy walki zaczęły dobiegać z zewnątrz i po chwili do pałaty wpadł Oleg z drużyną. Tatarzy nie mieli szans z elitarnymi książęcymi oddziałami. Oleg zabił na miejscu dwóch obok księcia, a piesi wojowie zajęli się resztą. Oświecony rzucił wściekłe przekleństwo i wycofał się do sąsiedniej sieni.

– Jewgien! Za nim! – krzyknął Oleg i rzucił mu broń.

Jewgien chwycił miecz. Dłonie odwykłe od żelaza przeniknął ból. Zacisnął szczęki. Nie czas się zastanawiać, czy da radę. Ruszył naprzód. Z korytarza, z jednej i drugiej strony, zaczęli wybiegać najemnicy. Została mu może jedna chwyłyna, nie dłuższa niż mrugnięcie oczu. Doskoczył do dziada i podniósł broń. Ale Oświecony nie na darmo wysysał wszystką wiedzę z książek, tajemne zaklęcia, eliksiry, moc promieni słonecznych i Bóg wie, co jeszcze. Odparował cios, chociaż siła rzuciła go pod ścianę. Zachwiał się, po czym spojrzał ironicznie na Jewgiena i splunął.

– Chodź, nauczę ja cię moresu!

Jakaś straszna potęga biła od Oświeconego. Jewgien zląkł się. Ale zaraz przed oczyma stanął mu Oleg i książę, i Helenka. Gniew w nim zawrzał.

Ciął dziada raz z lewej, raz z prawej. Ciało przypominało sobie ruchy wojownika. Od tyłu zaczęli podchodzić strażnicy, gotowi do walki. Granaty nie mogły zrobić szkody czarnoksiężnikowi, sam je stosował do swych sztuczek, ale jego wojsko przez chwilę zatrzymają. Huknęło. Cofnęli się, poupadali, ale już po chwili szli naprzód. Jewgien próbował jeszcze raz dopaść szamana, ale skośnooki Burundaj odparował cios i zdzielił go w głowę. Chwycili oszołomionego Jewgiena pod ręce, wyciągnęli na zewnątrz i rzucili w śnieg.

Gdy oprzytomniał, zobaczył łuczników w ciasnym szeregu. Oświecony podniósł żagiew i rzucił ją w stronę przygotowanej wcześniej sterty drewna i słomy.

A więc Miasto spłonie.

Badyle zajęły się z suchym trzaskiem. Płomienie połykały bryły zmrożonego powietrza, a potem zaczęły lizać mur z zielonego piaskowca. Przedostawszy się na drugą stronę, pełzły w stronę dzwonnicy. Łucznicy posyłali płonące strzały ku zamkowi. Jewgien wiedział, że nie trwało to dłużej niż jedno mrugnięcie okiem, ale zdało mu się, że patrzy na ogień przez tygodnie.

Gdy był w tamtym nowym, hałaśliwszym Chełmie, zastanawiał się, co chciałby ocalić, gdyby przyszło mu zmierzyć się z wojną. Popijając piwo na Lubelskiej pod kawiarnianym parasolem, myślał niespiesznie, że nie biegałby jak w ukropie jak niektórzy, ale wybrałby trzy, może cztery rzeczy. Te, o których wtedy myślał, nie miały wcale znaczenia, dziś to wiedział.

Zataczając się, ruszył w stronę soboru. Czy zdąży?

***

Daniło z oddali spoglądał na palące się Miasto. Zarządził odwrót i całe wojsko i tabory, a także chłopstwo, które zostało bez dachu nad głową, ruszyło na wschód, zostawiając tych, którzy nie zdołali ujść przed pożogą.

***

Wyrwał łuk z ręki zabitego, grot umoczył w płonącym oleju i posłał w stronę Bramy. Górna kondygnacja zajęła się ogniem, najpierw powoli, ale już po chwili płonęły drewniane podłogi, wykusze i schody. Najemnicy Oświeconego, którzy mieli strzec przejścia, próbowali gasić. Jewgien miał nadzieję, że to na nic. Teraz tylko jedna rzecz. Zdążyć. Rzucił się biegiem, ciągnąc za sobą sanie.

Brama płonęła, kamienie rozgrzane do czerwoności pękały. Przejście zamykało się na zawsze. Tylko dwóch strażników dzieliło go od wyjścia. Jewgien popchnął sanki, które obciążone zjechały bez przeszkód w dół ku miastu. Sam doskoczył do strażnika. Zdzielił go pięścią pod brodę. Drugiego chwycił za nogi, pociągnął na ziemię. Okładał go po głowie z taką zaciekłością, jakby chciał zadośćuczynić wszystkim, których nie umiał obronić. Trwał przez długą chwilę w amoku, dopiero chłód go ocucił. Spojrzał za zakrwawione dłonie i rozejrzał się półprzytomnie. Ostatni prześwit w Bramie kurczył się i znikał. Podpełzł na kolanach i przeturlał się na drugą stronę. Jeszcze zdążył usłyszeć, jak za nim wali się sklepienie, a Miasto za Bramą przestaje istnieć.

 

***

Miasto Za Bramą stało się tylko obrazem w jego pamięci. Ruiny zamku Romanowiczów pokryła ziemia, zapadły się, jak zapada się przeszłość. Chełm został bez księcia, bez obrony, bez… Olega. Jewgien wrócił do dawnej wartowni, która była już tylko zwykłą stróżówką. Jego praca straciła wszelki sens, bo nie ma granicy i nie ma dwóch światów. Dziś nałożył białą koszulę i starannie zawiązał krawat. Narzucił odświętne palto. Po chwili znalazł się w cerkwi, ale tym razem skierował się ku lewej nawie. Cudowna ikona była na swoim miejscu.

Tłum modlił się przed Najświętszą Panienką. I Jewgien upadł na kolana. Zdało mu się, że ikona świeci cichym blaskiem, roztaczając wkoło złote promienie, jakby była cała utkana ze złota. Najświętsza Panienka poważna i smutna trzymała przy swoim policzku Młodzieńca. Był w nich i spokój, i pocieszenie, i dobra nieprzebrane nie z tego świata. Z piersi Jewgiena wydarło się westchnienie. Westchnął na poły z żalem, bo brakowało mu bardzo bliskich, na poły z wdzięcznością, bo udało mu się zatrzymać zło, które nie przedarło się do Chełma. A po tamtej stronie łatwo sobie z nim poradzą. – Pomyślał i uśmiechnął się.

Koniec

Komentarze

Czołem chalbarczyk!

Miło Cię widzieć po przerwie!

 

Tekst bardzo mnie wciągnął, jest oryginalny i bazuje na przeciekawym pomyśle. Dwa światy, z dwóch epok, oddzielone tajemniczą bramą. Skojarzyło mi się z “Gwiezdnym Pyłem”, ale też trochę z Murem Berlińskim. Do tego super klimat bohaterów i wartości, którymi się kierują oraz dobre wykorzystanie historii.

Natomiast sama opowieść fabularna, choć trzyma w napięciu, to jest trochę chaotyczna. Dużo się dzieje na raz i trudno to sobie jednoznacznie połączyć. Ostatecznie mam wątpliwość, dlaczego ludzie przenikali przez bramę? To byli agenci Oświeconego? Jakoś mi to umknęło. Stąd pewien problem mam z tym tekstem.

Niemniej, dobrze się to czytało. Łapanki nie zrobiłem, w kilku miejscach może bym się zastanowił, ale ogólnie napisane bardzo poprawnie. Kilkam

 

Pozdrawiam serdecznie!

Cześć Beeeecki!

Nie chciałam wszystkiego w szczegółach wyjaśniać, żeby nie robić dłużyzn, ale widać wkradł się chaos niestety :)

Tym bardziej mi miło, że uznałeś opowiadanie za niezłe. Dzięki za pokrzepiający komentarz!

I ja pozdrawiam!

Nowa Fantastyka