1. Pomarańczowa sukienka
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Lolę, miała na sobie pomarańczową sukienkę, która zupełnie nie pasowała do klubu Euforia.
Musisz wiedzieć, że w tamtych latach kobiety przychodziły do klubów takich jak Euforia albo roznegliżowane do granic możliwości albo zupełnie na luzie, w jeansach i conversach. Nic pomiędzy. A tamta kiecka… Miała co prawda odkryte plecy, a jej cienkie jak sznurki ramiączka krzyżowały się tuż pod łopatkami i schodziły łagodnie aż do talii, ale sięgała Loli do połowy łydki i miała szyfonową spódnicę z koła. Dziewczyna wyglądała, jakby wyjęto ją z Dirty Dancing. Kiedy Lola tańczyła do klubowej muzyki, sukienka kołysała się delikatnie, a kiedy robiła obroty, materiał podnosił się do góry i tworzył prawie poziomą linię. W stroboskopowym świetle migały mi wtedy jej uda.
Popijałem whisky sour, gapiłem się na Lolę z kąta parkietu i zastanawiałem, czy przy następnym obrocie zobaczę jej majtki. Ciekawiło mnie, jakiego były koloru.
Kilku facetów wpatrywało się w nią bez żenady, tak jak ja, ze wzrokiem utkwionym w jej udach. Kolejnych kilku zerkało na nią jedynie ukradkiem. Parsknąłem pod nosem nieswojo. Najwyraźniej wszyscy należeliśmy do tego samego klubu zboczeńców. Ale Jezu, czy można było ich albo mnie winić?
To była najpiękniejsza dziewczyna, jaką widziałem w życiu. Mogła mieć dwadzieścia kilka lat. Jej odsłonięta skóra sprawiała wrażenie nieskazitelnie białej i idealnie gładkiej, jak porcelana. Na nadgarstkach i kostkach nosiła szerokie, błyszczące bransoletki z koralików, które wydawały mi się szalenie ekstrawaganckie. Miała długie, brązowe włosy, poskręcane w sprężyste loki. Kiedy tańczyła, raz za razem, niczym welon, owijały jej małą, trójkątną twarz i ramiona. Czasem z tej burzy fal wychylał się zgrabny nos, czasem migały wysokie kości policzkowe. I rzadko – oczy. Przez większość czasu były zamknięte, jakby Lola trwała w transie – otwierała je jedynie na chwilę, spoglądała wtedy na szczęśliwca, który był najbliżej, rzucała na niego powłóczyste spojrzenie spod rzęs i przymykała ponownie powieki.
Chciałem wtedy zrobić jej zdjęcie, uwiecznić ten widok na zawsze. Gdybym miał ze sobą cokolwiek z mojego sprzętu, pewnie bym je zrobił.
Lola tańczyła z każdym i z każdą, kto do niej podchodził i nawiązywał jakiś kontakt fizyczny. Obracała się, hipnotyzowała otoczenie ruchem dłoni i rąk, jak zaklinacz oszałamiający kobry dźwiękami fletu. Jeśli ktoś coś do niej mówił, nie odpowiadała, uśmiechała się jedynie. A jeśli zaczynał jej zbyt nachalnie dotykać, wywijała się zręcznie, przenosiła kilka kroków dalej i znów rozpoczynała solowy taniec.
Wyglądała, jakby była naćpana po same dziurki w uszach.
– Jak tam? – zagadał mnie Kiwi, klepiąc w przedramię.
Przyszliśmy do Euforii we dwóch, pobawić się, poderwać kogoś, jedyni single w paczce poparowanych znajomych. Kiwi jak zwykle wbił się w najlepsze ciuchy, wylał na siebie perfumy Armaniego i nie żałował kasy na drinki. Marszczył co chwilę nos, chyba przed chwilą wciągnął kreskę. Na jego ramieniu uwieszona była kobieta, którą musiał dzisiaj zbajerować – szczupła, blondwłosa i zupełnie przezroczysta, w porównaniu do hipnotyzującej dziewczyny w pomarańczowej sukience.
– Ta tancerka? Nie twoja liga – rzucił, kiedy zrozumiał, na kogo patrzę. – Ale szukaj szczęścia. My z Sonią zawiniemy się stąd, w porządku?
Kiwnąłem głową, a on objął blondynkę i ruszył w stronę wyjścia. Kiwi zawsze miał szczęście, kiedy szliśmy na podryw. Za każdym razem wychodził z klubu z numerem telefonu albo z dziewczyną. Z żadną nie spotykał się potem więcej niż kilka razy.
Ja szczęścia, w przeciwieństwie do niego, nie miałem. Nie ta prezencja, jak to mówią. Od totalnej zlewy ratował mnie zawód fotografa, który zdawał się fascynować kobiety, ale potem znów traciłem punkty – nie za bardzo potrafiłem rozmawiać z nowo poznanymi osobami. Zawsze waliłem jakąś głupotę, nieśmieszny żart, a potem rozmowa przestawała się kleić, a ja traciłem zainteresowanie. Byłem przekonany, że powinno od razu “zaklikać”. Może z tego powodu byłem wciąż sam.
Wyrwałem się z tych ponurych rozmyślań i przeniosłem wzrok ponownie na Lolę. Zobaczyłem, że przestała tańczyć. Przestała właściwie robić cokolwiek, stała na środku parkietu rozluźniona i z jakąś obojętną sympatią obserwowała wszystkich dookoła. Był to dziwny, nienaturalny bezruch. Jak glitch w grze, pomyślałem wtedy.
I stwierdziłem, że mimo wszystko do niej podejdę.
Ale ona otrząsnęła się nagle, nieobecny uśmiech spełzł z jej ust, a spojrzenie stało się nieco bardziej przytomne. Zdecydowanym krokiem zeszła z parkietu, zręcznie wymijając tańczących i zniknęła w drzwiach dla obsługi.
Szlag.
Powinienem podejść do niej wcześniej, a nie czekać do ostatniej chwili.
Kręciłem się potem jeszcze dwie godziny po Euforii, ale dziewczyna w pomarańczowej sukience już się nie pojawiła.
2. Papieros
Wróciłem do Euforii następnego wieczora, sam.
Tym razem Lola miała na sobie wyszywaną szafirowymi koralikami sukienkę z bufiastymi rękawami i odkrytymi plecami, która kończyła się tuż pod pośladkami. Przez ramię przewiesiła malutką torebkę, do której chyba nie można było włożyć niczego sensownego. Zwisały z niej pęki błyszczących jak klejnociki koralików na sznurkach. Owijały się o odkryte nogi Loli jak węże, tylko po to, by po kilku ruchach odkręcić się i owinąć dookoła uda w drugą stronę. Dziewczyna miała zamknięte oczy i wyglądała, jakby nie ogarniała rzeczywistości.
Gapiłem się na nią tak długo, aż miałem wrażenie, że wyryłem jej obraz na siatkówce oka. Jak powidok, który został na powiekach, kiedy zbyt długo wpatrujesz się w światła neonów.
W pewnym momencie znów to zauważyłem: pojawił się glitch. Jakby wyłączyli Loli kontakt z bazą. Tępy uśmiech, jakby ktoś tę dziewczynę zepsuł i porzucił. A potem nagłe ożywienie i ucieczka z parkietu. Z koralikowej torebki wyjęła paczkę papierosów i zapalniczkę, a potem zdecydowanie ruszyła przed siebie, przeciskając się zgrabnie pomiędzy ludźmi.
Tym razem nie zamierzałem jej zgubić. Ruszyłem za nią do wyjścia z Euforii, ale nie byłem tak szybki i zwinny jak ona. W panice przeciskałem się przez tłum, kiedy Lola znikała mi z oczu.
– Hej, ty! – krzyknął za mną jakiś facet, kiedy lekko go odepchnąłem na bok, żeby przejść, ale nie zatrzymałem się. Serce zaczęło mi mocniej bić, ekscytacja uderzyła do głowy.
Wyleciałem z Euforii w panice, szukając szafirowych błysków w poświacie ulicznych latarni. Przy wejściu stał tłumek palaczy, których do dymka na zewnątrz nie zniechęciła chłodna, kwietniowa noc. Rozejrzałem się gorączkowo. Dokąd poszła ta dziewczyna? Nie mogła przecież od tak zniknąć…
I nagle ją zobaczyłem. Stała oparta o ścianę budynku klubu, tam, gdzie łączył się z kolejnym. W samym kącie placyku, jakby chciała się ukryć przed wzrokiem innych. Nie miała na sobie kurtki ani płaszcza, ale nie wyglądała, jakby było jej zimno. Wsadziła papierosa do ust i próbowała go odpalić, ale zapalniczka ciągle jej gasła.
W głowie tłukły mi się słowa Kiwiego: “Nie twoja liga”.
Przełknąłem ślinę i ruszyłem w jej stronę, a kiedy zatrzymałem się tuż przy niej, spojrzała na mnie spod firanki czarnych, mocno wytuszowanych rzęs.
– Będziesz tak się gapił, czy mi podpalisz?
Była obcesowa, a ja czułem się jak uczniak, chociaż miałem wtedy już na karku trzydziestkę. Wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę i podałem jej ogień. Zaciągnęła się głęboko i wydmuchała dym prosto w moją twarz, a potem oparła o ścianę budynku. Jej długie, odsłonięte nogi wydawały się sięgać nocnego nieba. Nie wiedziałem, co zrobić z rękami, więc wyciągnąłem z trudem z kieszeni paczkę Marlboro i zapaliłem.
Staliśmy tak w ciszy, ona patrzyła na mnie, ja na nią, a w głowie miałem pustkę. To był jeden z tych momentów, kiedy dramatycznie zdajesz sobie sprawę, że powinieneś powiedzieć coś mądrego, robiącego wrażenie, ale wszystko, co przychodzi ci do głowy, wydaje się banalne.
Lola zaciągnęła się jeszcze raz i skrzywiła z odrazą.
– Wszystko ok? – zaryzykowałem neutralne pytanie.
– Nie cierpię palić – odpowiedziała, wzruszając ramionami, po czym jeszcze raz się zaciągnęła.
– To… może nie pal? – zasugerowałem czując, że robię z siebie debila.
Kolejne wzruszenie ramion.
– On mi każe. Właściciel.
– Właściciel klubu każe ci palić? Dlaczego miałby to robić? – zapytałem skonsternowany, bo wydawało mi się to idotyczne.
– Chyba mu się wydaje, że wyglądam wtedy jak jakaś gwiazda rocka.
Spojrzałem na nią i zrozumiałem, że tak, dokładnie tak wyglądała z ciemnymi, rozmazanymi cieniami na powiekach wielkich oczu, kiedy nonszalancko odrzucała w tył brązowe loki.
Nie mogłem tego powiedzieć na głos, więc zamiast tego skomentowałem szczerze:
– To chore, nie jesteś przecież niczyją własnością. Facet nie może ci kazać palić tylko po to, żebyś wyglądała lepiej. Kazałbym mu się gonić na twoim miejscu.
Lola spojrzała na mnie uważnie spod przymkniętych powiek. O nie, to jest ten moment, kiedy przegiąłeś, pomyślałem. Oceniłem ją, wtrąciłem się w nie swoje sprawy i dałem nieproszoną radę. Kobiety tego nienawidzą, nie? Ale zanim spanikowałem do reszty, Lola kiwnęła głową.
– Masz racje, to chore – powiedziała, jednak nie wyrzuciła papierosa.
Przełknąłem ślinę. Nie pogoniła mnie. Wziąłem to za dobry znak i postanowiłem iść za ciosem.
– Jestem Bart, a ty?
– Lola.
Nie podała mi ręki, jedynie zaciągnęła się jeszcze raz i jeszcze raz skrzywiła. Kiedy poruszyła ręką, jej ekstrawaganckie bransoletki zsunęły się z nadgarstka i zobaczyłem, że ukrywała pod nimi tatuaże. Brzydkie, czarne, niepokojące, jakby wytatuowała sobie drut kolczasty.
– Już wiem, czemu nosisz bransoletki – rzuciłem bez zastanowienia, a Lola zamarła. – Żeby zakryć te wstrętne dziary.
Wspominałem, że zawsze mówiłem to, czego nie powinienem? Byłem królem podrywu.
– Ty… ty je widzisz – skomentowała zupełnie bez sensu.
Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, Lola rzuciła niedopalonego papierosa na ziemię, wyminęła mnie i zniknęła ponownie w Euforii.
3. Przeprosiny
Przychodziłem do Euforii w każdy weekend.
Nietrudno było Lolę znaleźć – otoczona tłumem, który do niej lgnął, w tanecznym transie, zawsze ubrana zbyt ekstrawagancko. Raz założyła zieloną bluzkę z rozszerzanymi rękawami i falbaniastym żabotem, którą połączyła z szerokimi, koronkowymi spodniami, spod których prześwitywały jej białe nogi i czarne stringi. Innym razem wbiła się w wyszywaną piórami różową mini, która odsłaniała dół jej pośladków, kiedy unosiła ręce do góry. Kiedy indziej miała na sobie bordową sukienkę z lejącym dekoltem i rozporkiem ciągnącym się aż do biodra. Lola w tej kiecce śniła mi się potem przez kilka dni.
Zawsze stałem w kącie i jedynie ją obserwowałem znad drinka. Zastanawiałem się, jak wyglądałaby na moich zdjęciach. Czy udałoby mi się uchwycić jej magnetyzm w prostej, fotograficznej klatce? Nie będę kłamał – im dłużej na nią patrzyłem, tym mniej miałem odwagi, by znów zagadać. Lola spławiała każdego, kto tego próbował, a ja chyba bym nie zniósł, gdyby mnie też zignorowała. To dziwne, ale równocześnie bałem się, że mnie nie pamięta i bałem się, że pamięta aż za dobrze, bo wciąż czuje się obrażona tamtymi słowami o tatuażach. Próbowałem ją więc złapać na papierosie, ale przestała na niego wychodzić.
W końcu, którejś nocy, zdecydowałem się z nią porozmawiać na parkiecie.
Tańczyła wtedy jak zwykle, roztaczając swój czar. Początkowo pusty parkiet dookoła niej po chwili się zapełnił, jakby Lola przyciągała ludzi jak magnes. Miała na sobie czerwoną, rozkloszowaną sukienkę ze sztywnej tafty, a włosy upięła w wysoki kok ozdobiony kokardą.
Podszedłem do niej, zdeterminowany i w gruncie rzeczy dość żałosny. Zabujałem się w rytm muzyki i z drżeniem wyciągnąłem rękę. Chwyciłem Lolę za chłodną dłoń i obróciłem w tańcu, spódnica zaszeleściła, a ja złapałem Lolę w talii i przyciągnąłem do siebie. Pachniała truskawkami, a mi zakręciło się w głowie.
– Przepraszam – wykrzyknąłem do jej ucha, wiedząc, że może mnie nie usłyszeć w hałasie, jaki panował w klubie. Wciąż trzymając ją za dłoń, przesunąłem delikatnie bransoletki z jej nadgarstka i przejechałem kciukiem po niepokojącym tatuażu, nie mogąc uwierzyć w to, jak gładka jest jej skóra. – Za tamto. Nie powinienem ich komentować.
Spojrzałem ponownie w jej twarz, żeby zobaczyć reakcję.
– Nie przepraszaj. Są wstrętne – dotarło do mnie, kiedy przekrzyczała muzykę patrząc na tatuaż. Potem przeniosła wzrok na moją twarz. Pamiętała mnie. I nie była zła. Serce wywinęło mi fikołka. W końcu mogłem zobaczyć z bliska, że miała bardzo ciemne, praktycznie czarne oczy. – Czemu mnie zaczepiasz?
Zacisnęła palce na moich palcach, jakoś tak dziwnie, jakby chciała dać mi jakiś znak, co na pewno sobie wyobraziłem. Ale mnie przybyło odwagi. Pochyliłem się nad nią znów i zbliżyłem usta do jej ucha, a Lola zamarła.
– Bo chciałbym cię lepiej poznać – wykrzyknąłem, a ona zadrżała lekko, a moje ciało przeszył prąd. Czyżby też…
Ale wrażenie nieoczekiwanej chemii nagle minęło. Lola odsunęła się ode mnie gwałtownie jak oparzona i rozejrzała się szybko dookoła przestraszona, jakby kogoś szukała.
– Nie powinno cię tu być, mogę mieć kłopoty – krzyknęła i wywinęła mi się zwinnie.
I znów, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zostawiła mnie samego, tym razem wśród tańczącego tłumu.
4. Kawiarnia
W tamtym czasie wpadłem w prawdziwą obsesję.
Przechodziłem albo przejeżdżałem obok Euforii za każdym razem, kiedy mogłem – gdy wracałem ze zlecenia, szedłem na spotkanie z klientem czy wracałem do wynajmowanego mieszkania. Często brałem laptopa i pracowałem z kawiarni, która była w budynku po drugiej stronie ulicy. Nie wiem, ile razy złapałem się na tym, że edytowałem jakieś zdjęcie z reportażu ślubnego czy sesji produktowej, tylko po to, by po jakimś czasie zawiesić się zupełnie nad klawiaturą, bo zamiast ekranu obserwowałem wejście do klubu.
Widziałem Lolę kilkukrotnie. Najczęściej podjeżdżała pod wejście Euforii samochodem, a potem do środka wprowadzał ją wysoki, starszy mężczyzna w marynarce i okularach. Mógł mieć pięćdziesiątkę na karku, ale wyglądał świetnie – jak jeden z tych bogatych facetów, którzy z wiekiem zyskują, a nie tracą. Zżymałem się w duchu za każdym razem, kiedy widziałem go z Lolą.
Zacząłem podejrzewać, że ona… no cóż, że ona i ten facet mogli być razem. Ale czułem, że coś w tej relacji było nie tak. Widziałem to w tych krótkich momentach, kiedy prowadził ją do klubu, trzymając za ramię jak rzecz. Raz, kiedy rozmawiała zbyt długo z ochroniarzem, a on już czekał przy aucie, pstryknął palcami, a Lola na chwilę zawiesiła się – kolejny glitch – a potem potulnie pobiegła do samochodu. Nigdy nie otwierał jej drzwi, a ona nigdy się przy nim nie uśmiechnęła.
Pewnego dnia weszła z nim do kawiarni, kiedy ja siedziałem w kącie i pracowałem nad wyjątkowo nudnym zleceniem. Podniosłem wtedy wzrok znad laptopa i przeżyłem mały zawał serca, kiedy ich zauważyłem. Już podnosiłem się, by do nich, a właściwie do niej, podejść, kiedy natrafiłem na jej przerażone spojrzenie. Usadziło mnie ono w miejscu. Wciąż tłukło mi się po głowie to jej „mogę mieć kłopoty” – to dlatego przestałem przychodzić do klubu. Nie byłem głupi, nie chciałem jej robić problemów. Coś w układzie, w jakim tkwiła, było nie tak… Przemoc? Wyzysk? A może po prostu zwykły, toksyczny związek między starszym, uprzywilejowanym facetem a młodą, naiwną dziewczyną? Nie wiedziałem, ale chciałem być jej rycerzem na białym koniu.
Moja obsesja na punkcie Loli osiągnęła punkt kulminacyjny.
A ona… no cóż, najwyraźniej też o mnie myślała, chociaż wtedy nie miałem pojęcia, czym właściwie sobie na to zasłużyłem.
Pewnego dnia znów przyszła do kawiarni, tym razem sama. Tego majowego dnia lało jak z cebra, a ona miała na sobie długą, żółtą spódnicę z rozporkiem do połowy uda, top niewiele różniący się od biustonosza i kapelusz z kwiatem słonecznika. Bransoletki grzechotały na jej nadgarstkach i kostkach. Wyglądała jak promień słońca, kiedy stanęła przed stolikiem, który z baristką z kawiarni zaczęliśmy nazywać „moim”.
– Nie powinno cię tu być – powiedziała Lola stanowczo, rzucając mi trudne do zidentyfikowania spojrzenie spod gęstych, czarnych rzęs.
– Ale jestem – powiedziałem, wstając. Byłem od niej wyższy, a kapelusz ograniczał jej pole widzenia, więc Lola musiała zadrzeć głowę wysoko do góry, by spojrzeć mi w twarz.
– Nigdy więcej tu nie przychodź, dobrze?
– Pod warunkiem, że się ze mną spotkasz.
Nie rezygnowałem. Już wtedy nie potrafiłem z niej zrezygnować.
– Dobrze – powiedziała po chwili wahania.
5. Zdjęcie
Nie wiem, kiedy zakochałem się w Loli.
Czy to było wtedy, kiedy wymknęła się pierwszy raz, żeby się ze mną spotkać?
To nie była ani długa, ani przyjemna randka. Szybka kawa w kawiarni naprzeciwko Euforii, jakbyśmy wpadli na siebie przypadkiem, by w każdej chwili mogła się z tego spotkania wytłumaczyć. Lola wydawała się znudzona i zdenerwowana jednocześnie. Ubrała się w zbroję: szarą sukienkę obwieszoną łańcuchami i dżetami, a czarne oczy ukryła za ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi. Grzechotała bransoletkami i pocierała co chwilę palcami po ukrytych pod nimi tatuażach, jakby ją swędziały.
Wypiła wtedy latte z pianką, które zrobiło jej wąsy na ustach – nic jej nie powiedziałem, bo wyglądała zachwycająco. Jak zblazowana celebrytka przyłapana w kapciach, przez co odkryła swoją prawdziwą twarz.
Pytałem wtedy o różne rzeczy, a ona odpowiadała banałami. Nie dowiedziałem się o jej przeszłości niczego sensownego. W końcu zobaczyła swoje odbicie w witrynie i starła piankowe wąsy, zła i najeżona, a potem zaproponowała papierosa na zewnątrz. Odmówiłem, a ona wyszła na chwilę i zapaliła, krzywiąc się przy każdym zaciągnięciu. No cóż, nie zniechęciła mnie wtedy zupełnie, chociaż robiła wszystko, by to zrobić.
Może zakochałem się w niej na naszej kolejnej randce, w parku na drugim końcu miasta. Nigdy nie dała mi swojego numeru telefonu, na jednym spotkaniu umawialiśmy się na następne. “Wymknęłam się”, tak to określiła, kiedy stanęliśmy pod jego bramami. Zabrałem ją do tamtego parku, bo lubiłem jego stare, brukowane uliczki, chłód panujący pod wiekowymi dębami pomimo gorącego czerwcowego popołudnia. Tamto popołudnie było zupełnie inne – śmiała się dużo, prawie nie paliła i nie dotykała tatuaży. Widziałem, że spodobał jej się tamten park, z ławkami rozsianymi pod oszałamiająco pachnącymi jaśminami, a ja miałem lekkie serce – bo najwyraźniej miałem z tą dziewczyną coś wspólnego.
“Zaklikało”.
Pewnie mógłbym powiedzieć, że zakochałem się w Loli podczas dwóch tygodni, kiedy tamtego faceta nie było w mieście. Widywałem się wtedy z nią codziennie. Chodziliśmy na kawę, spacery po parku, a wieczorami siadaliśmy na kocu nad rzeką i wpatrywaliśmy się w zachodzące słońce. Jakbyśmy byli nastolatkami, którzy zaczynają randkować, a nie dorosłymi ludźmi. Robiłem jej mnóstwo zdjęć. Niepozowanych, z zaskoczenia. Żadnego jej nie pokazywałem, a ona śmiała się, że jestem dziwakiem.
W tamtym czasie byłem jak na haju, upijałem się jej obecnością. Tylko dlatego nie myślałem jasno… Nie zastanawiałem się, ile ryzykuje spotykając się ze mną. Co zrobiłby tamten facet, gdyby się o nas dowiedział? Miałem to w dupie.
Ale potem przypadkiem wpadliśmy na Kiwiego.
Nie wiem, który był bardziej zaskoczony towarzyszką tego drugiego: Kiwi Lolą, czy ja Sonią z klubu, z którą znajomość najwyraźniej kwitła. Ale wtedy zacząłem myśleć, że świat nie jest jednak tak wielki, jaki się wydawał, kiedy wpatrywałem się w czarne jak nocny nieboskłon oczy Loli. Więc zaczęliśmy szukać bardziej ustronnych miejsc na spotkania.
Tamtego wieczora wylądowaliśmy u mnie w mieszkaniu, a ja w końcu pokazałem jej zrobione przeze mnie fotografie. Miałem trudność, by wybrać najlepszą z nich, bo każda budziła we mnie coś… jakieś poczucie tęsknoty, opiekuńczości. Lola była rewelacyjną modelką, nie spotkałem nigdy nikogo, kto tak wychodziłby na zdjęciach. Każde budziło zachwyt, poruszało, przyciągało wzrok. W końcu zdecydowałem się na tuzin i wydrukowałem je wcześniej.
Z duszą na ramieniu podałem jej plik zdjęć, a ona wzięła go w białe dłonie i przeglądała w ciszy. Stałem nad nią jak uczeń czekający na wynik sprawdzianu. Zbytnio się stresowałem, by patrzeć na fotografie, które przecież były świetne. Zamiast tego patrzyłem na tatuaże Loli, które wychynęły zza bransoletek i były ledwo widoczne… jakby zbladły? Ale przecież to nie było możliwe.
– Och… – Lola doszła do ostatniego zdjęcia.
– To moje ulubione.
Przedstawiało Lolę siedzącą na ławce w naszym parku, patrzącą gdzieś w dal. Na jej ustach błąkał się lekki uśmiech, przymknęła oczy, jakby rozkoszowała się wszystkim, co ją otaczało. Miała wtedy na sobie zwyczajną sukienkę w biało niebieskie paski i nudne klapki. Wydawała się na tym zdjęciu taka zwyczajna i szczęśliwa, jakby zdjęła w końcu wszystkie maski, które normalnie prezentowała światu.
– Wyglądam na nim, jakbym była prawdziwa – wyszeptała, a ja nie zrozumiałem, o co jej chodziło. Chciałem dopytać, ale słowa uwięzły mi w gardle, kiedy spojrzała na mnie znad fotografii, a w jej czarnych oczach pojawił się zachwyt i wdzięczność. Była piękna, bezbronna i… tak blisko.
Pocałowałem ją, to chyba oczywiste. Tylko idiota by tego w tamtym momencie nie zrobił.
I pewnie powiesz teraz, że zakochałem się w niej właśnie wtedy, kiedy kochaliśmy się na moim łóżku, na jej rozrzuconych zdjęciach, na które zupełnie nie zwracaliśmy uwagi, wtedy, kiedy w końcu zanurzyłem się w niej w pełni, a zapach truskawek i aksamitne, brązowe loki odgrodziły mnie od świata niczym szczelna bariera.
Myślę jednak, że to nie była prawda. Jestem przekonany, że zakochałem się w niej wtedy, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy w Euforii, kiedy tańczyła w pomarańczowej sukience. To była była miłość od pierwszego wejrzenia.
I wiem, że powiesz, że to mit, że taka miłość nie istnieje. A ja ci na to powiem, że na świecie istnieje wiele rzeczy, które istnieć nie mają prawa, a jednak istnieją.
A Lola… była jedną z nich.
6. Glitch
W końcu glitch wydarzył się, kiedy byłem blisko, sam na sam z Lolą.
Siedzieliśmy na kocu nad rzeką i patrzyliśmy na letni zachód słońca. Zaczynały już cykać cykady, a znad wody ciągnął chłód, więc usiadłem za Lolą, żeby ją ogrzać. Wąchałem jej pachnące truskawkami loki, obejmowałem gładkie ramiona i kołysałem ją delikatnie, całując, raz po raz, w tył głowy.
I nagle poczułem, że Lola się spięła, a potem usiadła jakoś tak nienaturalnie, przestała się kołysać.
– Wszystko ok? – zapytałem, ale mi nie odpowiedziała.
Wychyliłem się do przodu, żeby spojrzeć jej w twarz i złapać z nią kontakt wzrokowy, ale ona patrzyła w dal uprzejmym, zupełnie nieobecnym spojrzeniem.
– Lola? Co się dzieje? – dopytywałem, przenosząc się obok niej, teraz już poważnie zaniepokojony.
Ale ona nie odpowiedziała, jakby się zupełnie zawiesiła. Z wahaniem pomachałem jej przed twarzą ręką, dotknąłem ramienia i delikatnie potrząsnąłem, ale ona mnie nie zauważała. Kiedy zacząłem panikować i szukać telefonu, by zadzwonić po karetkę, bo podejrzewałem jakiś atak padaczki czy coś podobnego, Lola nagle otrząsnęła się, dokładnie tak jak w klubie. Syknęła przy tym dziwnie i potrząsnęła rękami, grzechocząc bransoletkami.
– Muszę iść – rzuciła stanowczo, a ja zamarłem z telefonem w ręku.
– Yyy, czemu? Skąd wiesz?
Nie odpowiedziała mi. Wstała gwałtownie, zaczęła zbierać swoje rzeczy i zupełnie mnie ignorując, ruszyła w stronę ścieżki prowadzącej przez zarośla na nadrzeczną promenadę.
– Lola! Co się dzieje?
Wstałem i pobiegłem za nią, ale ona nie reagowała. Wkurzony złapałem ją za przedramię, zatrzymując.
– To wszystko nie miało sensu, to wszystko nie miało sensu – powtarzała, próbując się wywinąć, a głos jej drżał.
– Co nie miało sensu? My? – zacząłem dopytywać i przeniosłem dłonie na jej nadgarstki, żeby ją unieruchomić i zmusić do jakichś wyjaśnień. Bo tego, że miała na myśli nas, mnie, do wiadomości nie przyjmowałem.
I aż syknąłem. Jej nadgarstki parzyły!
Złapałem ją za łokieć i podsunąłem sobie jej dłoń przed oczy. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Pod koralikowymi bransoletkami wyraźnie odznaczały się wstrętne, kolczaste tatuaże. W ostatnim czasie miałem wrażenie, że stawały się coraz bledsze, coraz mniej wyraźne na jasnej, porcelanowej skórze Loli, ale teraz zrozumiałem, że wszystko się cofnęło. Wzory nie tylko były doskonale widoczne, ale wręcz świeciły na czerwono, jak cienkie włókna rozgrzanego do czerwoności żelaza, umieszczone tuż pod skórą.
Lola skrzywiła się i stęknęła.
– Muszę iść! On mi każe… inaczej nie przestanie – wychrypiała, a ja gapiłem się na jej ręce. Tatuaże rozświetliły się na sekundę, a Lola załkała z bólu. Puściłem ją, oniemiały, bojąc się, że mój chwyt pogarsza sytuację.
Wykorzystała to od razu. Kiedy tylko uwolniłem jej ręce, cofnęła się, a potem odwróciła i pobiegła szybko pomiędzy krzewami, a ja nie wiedziałem, czego właściwie byłem świadkiem.
7. Euforia
Chwilę zajęło mi ochłonięcie i przyswojenie tego, co widziałem. Przekonanie się, że mi się nie wydawało, że naprawdę widziałem, jak tatuaże rozjarzają się na nadgarstkach Loli. Z tyłu głowy wciąż tłukła mi się myśl, że to nie mogło być realne. Ale wiedziałem, że ból w jej oczach był prawdziwy, więc w gruncie rzeczy na jedno wychodziło.
Zabrałem koc, na którym się przytulaliśmy, wsiadłem do auta i pojechałem do Euforii.
Zaczynałem rozumieć, że to była wina tamtego faceta, z którym ją widywałem i zamierzałem coś z tym zrobić. Miałem w dupie, kim był. Mafiozem, guru sekty, alfonsem… czy może kimś, kto potrafi robić rzeczy, których nikt nie powinien umieć robić. Przed oczami miałem rozgrzane do czerwoności kolczaste kajdany, które wymuszały na Loli posłuszeństwo i miałem ochotę coś rozwalić.
Jego rozwalić, najlepiej.
Zacząłem dobijać się do drzwi klubu, który był jeszcze zamknięty. Nie wiem, ile to trwało, ale każdy kopniak i każde uderzenie powodowały u mnie jeszcze większą wściekłość.
– Lola! – wydzierałem się, a ludzie na ulicy oglądali się na mnie jak na szaleńca. – Looola!
W końcu ktoś otworzył drzwi, a ja szarpnąłem je gwałtownie i wbiegłem do środka, mijając zaskoczonego ochroniarza. Zanim zdążył zareagować, byłem już w środku. Przebiegłem wzrokiem po głównej sali, ale nikogo w niej nie było. Lokal bez włączonych świateł stroboskopowych wydawał się brudny i tandetny, ale ja nie zamierzałem spędzić w nim ani sekundy dłużej, niż to było konieczne. Musiałem jedynie ją znaleźć…
– Spieprzaj, zasrańcu – usłyszałem i nagle poczułem, że ktoś łapie mnie za ramię i ciągnie do tyłu.
Straciłem równowagę i uderzyłem barkiem w drzwi od toalety. Ochroniarz klubu nie czekał, aż się otrząsnę. Zaatakował. Dostałem w brzuch i zgiąłem się wpół, tracąc dech. Po chwili moja twarz eksplodowała bólem, kiedy kolano osiłka trafiło mnie w nos.
Złapałem się za twarz i zatoczyłem, a ochroniarz chwycił mnie obiema rękami za bluzę i popchnął na ziemię. Zasłaniałem usta i nos, z którego wciąż lała się krew, ale reszta mojego ciała była wystawiona na ciosy niczym tarcza ćwiczebna. Czułem kopniaki – brzuch, udo… Zawyłem, kiedy dostałem w nerkę.
Mówiłem już, że nigdy nie byłem za dobry w bójkach?
– Stop!
Kopniaki ustały, ale ból nie. Przez chwilę kuliłem się na ziemi jak zwierzę, a potem powoli opuściłem ręce i rozejrzałem się po słabo oświetlonym korytarzu.
To był ten facet. Stanął niedaleko, z założonymi rękami i przyglądał się, jak ochroniarz spuszcza mi wpierdol. W swoim swetrze, marynarce i eleganckich okularach, wyglądał jak wykładowca uniwersytetu, może literatury? Na pewno nie jak typ, który jednym słowem może kazać spuścić ci łomot, a także jednym słowem może cię od niego uratować.
Obok niego stała Lola, ze wzrokiem utkwionym w podłodze, potulna i przerażona.
Podniosłem się z ziemi z trudnością, wytarłem rękawem krew lecącą z nosa, chociaż nie miało to wiele sensu, bo ciurkała bez ustanku. Ochroniarz złapał mnie za ręce i unieruchomił mi je za plecami.
– Zobacz, oto twój rycerz – powiedział mężczyzna ironicznie, a kiedy Lola nie podniosła głowy, by na mnie spojrzeć, pstryknął palcami. Jej nadgarstki znów zapłoneły na sekundę, a ona zamarła, niczego nieświadoma, w znanymi mi już glitchu, a potem spojrzała posłusznie na mnie. – Naprawdę sądziłaś, że się nie dowiem?
W oczach Loli było tyle smutku, bólu i wstydu, że nie mogłem znieść jej spojrzenia. Przeniosłem wzrok na mężczyznę.
– Puść ją – powiedziałem, a on zaśmiał się cicho, jakbym opowiedział błyskotliwy żart. Miałem ochotę rzucić się na niego z pięściami i zetrzeć mu z twarzy ten uprzejmy uśmieszek.
– Nigdy jej nie puszczę – odpowiedział i objął ją ramieniem, z satysfakcją obserwując moją reakcję. – Jest i była zawsze tylko moja.
– Nie jest twoją własnością! – warknąłem, a mężczyzna zaśmiał się chrapliwie.
– I tu się mylisz. Jest! Jest ode mnie… uzależniona. Teraz ci się może wydawać, że to ciebie chce, bo na chwilę spuściłem ją z oczu, znudziłem się, a ona potrzebowała zabawy. Ale to koniec. To mnie chce i zawsze mnie będzie chciała.
Niespodziewanie, ciszej niż najcichszym szeptem, Lola wydukała:
– Nieprawda.
Zamarłem. Wydawało się, że mężczyzna z początku tego nie usłyszał, ale może jedynie nie zrozumiał, że cokolwiek powiedziała? Ale w końcu to do niego dotarło. Spojrzał na nią zaskoczony, a ja zyskałem pewność, że Lola walczy.
Szarpnąłem się, ale ochroniarz trzymał mnie zbyt mocno. Oprawca Loli przestał ją obejmować i pstryknął ponownie palcami. Tatuaże zabłysły rozżarzonym żelazem, ale Lola nie zawiesiła się jak wcześniej. Spojrzała na mnie jedynie po raz ostatni i odeszła w głąb korytarza.
– Lola! – krzyknąłem za nią desperacko, a mężczyzna przede mną stracił nad sobą panowanie. Doskoczył do mnie, złapał za przód bluzy i przybliżył swoją twarz do mojej. W jego oczach widziałem wściekłość i coś jeszcze. Miałem nadzieję, że to była niepewność.
– To nie Lola, tylko lala, idioto! – warknął mi prosto w twarz. – Lala!
Dyszeliśmy obaj ciężko i powoli zacząłem dochodzić do wniosku, że facet jednak mnie zabije gołymi rękami, ale… wycofał się. Puścił moją bluzę i wzdrygnął się, wygładził klapy marynarki, poprawił rękawy.
– Trzymaj się od niej z daleka, bo skończysz znacznie gorzej niż dzisiaj – powiedział pogardliwie i skinął głową ochroniarzowi, by mnie wyprowadził na zewnątrz.
Kiedy wsiadałem roztrzęsiony do auta i szukałem jakichkolwiek chusteczek, które mogłyby zatamować krwotok z nosa, niewiele rozumiałem. Kim był ten mężczyzna? I kim była Lola? Po głowie chodziło mi niepokojące przeczucie, że naprawdę była… inna. Widziałem te tatuaże, widziałem, jaką ten mężczyzna miał nad nią władzę – jak lalkarz, mistrz marionetek. Kimkolwiek oboje byli… zrozumiałem, że tamten facet naprawdę zawładnął moją Lolą. Moją. Ale zrozumiałem też, że nie miał nad nią takiej władzy, jak sądził. Tatuaże naprawdę blakły, a ona naprawdę mu się sprzeciwiła, bo chciała czegoś… kogoś innego, niż on.
To ja musiałem sprawić, że te tatuaże znikały. Może mogłem ją przed nim uratować?
8. Lola
Nie pokazałem się więcej w Euforii, bo się bałem. Nie o siebie, chociaż wciąż wszystko mnie bolało po pobiciu przez ochroniarza klubu. Bałem się o Lolę – zaczynałem się zastanawiać, do czego mógł być zdolny tamten facet. Jaką karę jej wymierzył? Co by jej zrobił, gdyby mnie znów zobaczył? Wolałem uśpić jego czujność i przeklinałem się w duchu za lekceważenie sytuacji. Wcześniej zagrożenie, jakie stanowił, było trochę abstrakcyjne, kiedy jeszcze myślałem, że ich relacja była jedynie toksyczna, szczególnie, że często go nie było w mieście. Teraz przed oczami wciąż miałem te świecące tatuaże, a w uszach dźwięczały mi jego słowa.
Lola. Lala.
Co to za różnica, myślałem wściekły. Byłem w niej zakochany po uszy, rozumiesz? To była moja tancerka w pomarańczowej sukience i musiałem ją z tej matni wyrwać.
Opracowałem plan.
Przede wszystkim musiałem nawiązać kontakt z Lolą, bo przecież nie miałem jej numeru telefonu, o ile w ogóle go posiadała. Do tego posłużyły mi liściki. Pierwszy wymieniliśmy dzięki baristce z kawiarni – patrzyła na mnie z zażenowaniem pomieszanym z rozbawieniem, kiedy podawałem jej kartkę, jaką miała przekazać Loli.
– Tylko wtedy, kiedy nie będzie z nią nikogo innego, a w szczególności tego faceta w marynarce, dobrze? – dopytywałem i czułem się jak idiota z jakiejś komedii romantycznej, chociaż w gruncie rzeczy grałem rolę raczej w dramacie.
Ale się udało, nawiązaliśmy kontakt.
Potem zostawiliśmy liściki w książkach, które stały na kawiarnianym parapecie. Pewnie byłoby to szalenie romantyczne, gdyby nie ich treść. Treść, w której zakomunikowałem jej, że z niej nie zrezygnuję, że ją uratuję, porwę, cokolwiek będzie trzeba. Treść, w której ona pisała, że nie da rady, że ucieczka nie ma sensu. Do dzisiaj trzymam te kartki, wymięte, poskładane setki razy tak, że krawędzie zgięć prawie się poprzerywały.
Zgodziła się na spotkanie.
Kazała mi czekać wieczorami codziennie, przez dwa tygodnie, nad rzeką, tam, gdzie oglądaliśmy zachody słońca. Napisała mi, że on miał wyjechać i że miała być pilnowana jedynie przez ochroniarza, który lubił sobie przyćpać i odlecieć. Napisała mi wprost: “nie wymykam się, żeby uciec, tylko żeby się pożegnać”. Ten liścik był jej ostatnim.
Nie miałem innego wyjścia, jak czekać. Przychodziłem codziennie nad rzekę o wiele za wcześnie, kiedy jeszcze było jasno, bo bałem się, że ona przyjdzie przed wieczorem. Zostawałem na tamtym brzegu do późnej nocy, bo codziennie miałem nadzieję, że jednak przyjdzie, do końca… Ostatniego dnia, kiedy nadeszła północ, zaczynało do mnie docierać, że się nie pojawi…
Przyszła.
Miała na sobie kolorową spódnicę do ziemi i białą koszulę wiązaną w pasie, na głowie kolorową chustę, przez co wyglądała jak egzotyczna kapłanka.
Czy wstydzę się tego, co wtedy zrobiłem? Trochę, bo zrobiłem to wbrew jej woli… Chociaż to było dla jej dobra, rozumiesz?
Kiedy podeszła, objąłem ją i pocałowałem. Zaproponowałem, byśmy po raz ostatni się napili kawy – miałem w termosie czarną dla siebie, a dla niej latte. Pianka już dawno zamieniła się w mleko, ale kawa wciąż była ciepła. Lola z wahaniem usiadła ze mną na kocu, a potem oparła o moje ramię. Wpatrywaliśmy się w noc, piliśmy kawę i… Lola była mi tak znajoma, tak kochana… jak mogłem pozwolić jej odejść?
Więc nie pozwoliłem. Tabletka gwałtu, którą załatwiłem od Kiwiego, zaczęła działać już po chwili. Kiedy Lola zrozumiała, że coś jest nie tak, wstała chwiejnie, ale nie potrafiła zachować równowagi, język jej się plątał. W końcu straciła kontakt z rzeczywistością, a ja wziąłem ją na ręce i zaniosłem do auta.
A potem wywiozłem ją, jak najdalej od niego.
9. Chatka
Tatuaże przypominające drut kolczasty z czasem zbladły. Czy martwię się, że wrócą? Oczywiście. Nie chcę… Nie mogę jej stracić. I nie chcę przeżywać tego wszystkiego, co się działo na “detoksie”, jak nazywam czasem w myślach okres bezpośrednio po ucieczce Loli.
Najgorzej było pierwszej nocy, po tym, jak przyjechaliśmy do wynajętego przeze mnie domku letniskowego w leśnej głuszy. Tabletka gwałtu przestała działać, a Lola zaczęła się budzić… i najwyraźniej on to wyczuł. Tatuaże najpierw delikatnie błyskały, a Lola nie reagowała. Nie mogła, bo przywiązałem ją do łóżka i zakleiłem usta taśmą. Patrzyła na mnie błagalnie, bez zrozumienia, ale ja jedynie pokręciłem głową.
Czekałem, aż tatuaże zaczęły płonąć. Odległość, jaka dzieliła nas od tamtego faceta, musiała mieć znaczenie, bo nie rozżarzały się tak jasno, jak wtedy nad rzeką. Ale mimo to Lola wiła się, krzyczała bezgłośnie pod taśmą, warczała i rzucała się po łóżku na tyle, na ile mogła. Wyglądała jak opętana. To było tak… jakby wyrzucała go ze swojego systemu, jakby była na odwyku. Czasem mdlała z bólu i bezsilności, a ja wtedy całowałem jej powieki i sam płakałem. Robiłem okłady z lodu na jej nadgarstkach i kostkach, co trochę pomagało.
Do dzisiaj zastanawiam się, skąd wziąłem w sobie siłę, żeby jej nie uwolnić. Bo jej nie uwolniłem. Nie, nie pozwoliłem jej wyjść, nie pozwoliłem jej mnie opuścić i wrócić do niego. Wiedziałem, że to była tylko jego wola, że ona nie miała w tym pokręconym układzie nic do gadania. Myślisz, że jestem złym człowiekiem, że to wszystko zrobiłem? Że nie zapytałem jej o zdanie? Wtedy tak o sobie nie myślałem.
To była najgorsza noc w moim życiu. Najczarniejsza.
A kiedy rano wzeszło słońce, w okolicznym lesie rozśpiewały się ptaki, ataki w końcu minęły. Tatuaże zbladły, stały się jasne jak kreski wieloletnich rozstępów, jak cieniutkie, białe blizny, a Lola zaczęła odzyskiwać przytomność.
Bałem się, że mnie znienawidzi, w gruncie rzeczy byłem tego pewien. Kiedy zrozumiała, gdzie jest, co się dzieje, kiedy w jej oczach pojawił się błysk świadomości, spojrzała na mnie spod czarnych rzęs i patrzyła bardzo długo, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć, więc też się na nią jedynie gapiłem. Miała zaróżowione policzki, mokre od potu włosy przyklejone do głowy i wory pod oczami, przez co jej twarz przypominała gołą czaszkę.
W końcu odchrząknęła i zapytała:
– Będziesz się tak gapił, czy mnie przytulisz?
Epilog
Nie chodzę już w ekstrawaganckich ubraniach, wybieram raczej wygodne, sportowe dresy czy t-shirty. Białe, szare, czarne, spokojne. Czuję się w nich bardziej jak ja, od kolorów boli mnie głowa.
Nie tańczę, a muzyki słucham rzadko, najczęściej jazzu, bo jazzu słucha Bart.
Mieszkamy w małym domku na odludziu, w którym nie ma za wiele udogodnień, ale nie przeszkadza mi to. Codziennie rano robimy sobie kawę, a wieczorami oglądamy zachód słońca nad pobliskimi polami. Czasem w nocy podnosi się nad nimi mgła.
Na moich nadgarstkach już nie widać tatuaży, zostały jedynie niewyraźne, prawie nieodznaczające się blizny. To ciekawe, bo wcześniej towarzyszyły mi cały czas i byłam przekonana, że tak będzie już zawsze. Kiedy Bart je zobaczył, jako jedyny ze wszystkich znanych mi ludzi poza NIM… Musiałam wiedzieć, dlaczego je widzi. Do dzisiaj jednak nie rozwiązałam tej zagadki.
Bart robi mi często zdjęcia, a ja nie wiem do końca, co takiego wspaniałego w nich widzi, kiedy się nimi zachwyca. Po prawdzie nie wiem, co widzi we mnie, ale chyba nie może beze mnie żyć. A ja bez niego…? No cóż.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ON mnie wołał. Czasem wspominam te noce z Euforii, wypełnione pulsowaniem świateł i głośną muzyką. I inne, kiedy otulał mnie przyjemny zapach JEGO swetra, w którym czasem chodziłam. I jeszcze inne, kiedy leżeliśmy w łóżku i nagle słyszałam stuk odkładanych na stolik nocny okularów, chwilę przed tym, jak postanawiał, że dzisiaj jeszcze mnie weźmie. Czasem nie miałam ochoty i to była noc płonących tatuaży, ale najczęściej… miałam. Wiem, że były też złe noce i złe dni, ale te jakoś ciężej odszukać mi w pamięci.
Czasem ten okres wydaje mi się snem – jakby wcale mnie nie dotyczył, jakby wcale go nie było. A czasem wydaje mi się, że to on był prawdziwy, a ta rzeczywistość, która mnie otacza teraz, jest kłamstwem.
Dziś, kiedy Bart pojechał na sesję zdjęciową, zapaliłam papierosa i cholernie mi smakował.