- Opowiadanie: Bardjaskier - Po drugiej stronie zdjęcia

Po drugiej stronie zdjęcia

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Po drugiej stronie zdjęcia

 

Akademia 

Joe skrócił sobie drogę przez boisko do rugby. Nie zwracał uwagi na wyzwiska trenujących. Był przed ostatnim egzaminem i miał w nosie inwektywy młodych kadetów. Jeszcze rok temu może i by się postawił. Obiłby któremuś gębę. Ale już nie. Bo jutro będzie oficerem lotnictwa w randze podporucznika. A to zobowiązuje. Zresztą, gdy przypną mu insygnia, nikt nie będzie się ważył reagować inaczej niż salutem.

Rozmarzony, niemal sam zapomniał o zasadach. W ostatniej chwili stuknął piętami i, wyprężony jak struna, uderzył prawą pięścią w lewą pierś z głośnym:

– Chwała!

Nauczyciel lotnictwa wraz z wykładowcą nawigacji międzygwiezdnej. Uśmiechnęli się do niedoszłego pilota i odpowiedzieli:

– Matce Ziemi.

Joe był ich ulubieńcem – najlepszy na roku, tak jak wcześniej ojciec, który nie raz pił z wykładowcami Akademii Sił Interwencyjnych. Joe był podobny do staruszka. Wysoki, przystojny blondyn o niebieskich oczach, dzięki którym zdał niejeden egzamin u kapitan Susan McNill.

Doszedł do placu apelowego, na którym w rzędzie stali absolwenci. W czarno-czerwonych mundurach odbierali gratulacje od dowódcy klasy i pułkownika Lazara.

Joe przeskoczył przez oparcie krzesła na trybunie i klapnął na siedzisko obok Tima.

– Człowieku, ale mnie przestraszyłeś! – przyjaciel niemal upuścił książkę.

– Coś taki nerwowy. – Joe potarmosił czarne, kręcone włosy Tima.

Lubił mu docinać, a odkąd akademia pozbawiła go bujnego afro, które było dumą i magnesem na dziewczynki, za każdym razem Joe na przywitanie przypominał Timowi o tej stracie.

– Przestań się zgrywać, białasie – warknął Tim, ale Joe wiedział, że się cieszy na widok przyjaciela.

– Co czytasz?

– Co czytam?! To, co i ty masz czytać!

– Pokaż. – Joe wyrwał z rąk Tima podręcznik. – „Kolonializm ratunkiem dla przestrzeni życiowej człowieka”. Po wojnie będziemy mieli obywatelstwo, a wtedy te propagandowe bzdury o relokacji nie będą ci potrzebne.

– Ale są potrzebne na jutrzejszy egzamin. – Tim odebrał książkę. – A jak nie zdasz testu obywatelskiego, to możesz pomarzyć o byciu pilotem. Zostaniesz co najwyżej trepem i będziesz stacjonował do pięćdziesiątki w jakiejś bazie kolonialnej.

– Spokojnie, polityka Ziemi jest mi znana. Od dziecka ojciec wpaja mi, jak ważna jest ekspansja dla przeludnionej planety. O równości obywatelskiej i czemu podludzie muszą migrować do kolonii. W tym podręczniku nie ma niczego, czego nie słyszałem w domu.

– Mówisz z takim lekceważeniem o zasadach, które zrównują wszystkich obywateli. To system idealny.

– Nie dla tych, którzy nie mają szans na obywatelstwo – zauważył Joe.

– Każdy ma, kto zechce…

– Walczyć dla Matki Ziemi. Tak, wiem. Albo to, albo kolonia.

Na placu apelowym rozbrzmiała „Oda do radości”. Tim i Joe wstali na baczność i zaczęli śpiewać hymn razem z pilotami z odznaczeniami przypiętymi już do mundurów. Na maszcie powiewała czarna flaga z czerwoną gwiazdą.

 

*

W klubie oficerskim młodzi piloci oddawali się pijaństwu i rozpuście. DJ podkręcał atmosferę, która i tak już przypominała autobus szkolny pędzący ku przepaści. Tim wpadł w sidła blondynki z dużym biustem i pożądliwym spojrzeniu. Jej wyuzdane ruchy jasno mówiły, że skorzystała z racji pancernych. Joe patrzył, jak wciska język do ust przyjaciela razem z niebieską tabletką. Na sali kręcili się oficerowie starsi rangą, którzy musieli wiedzieć, że ktoś gwizdnął racje pancerne z magazynu i teraz połowa absolwentów jest naćpana jak bąki, ale udawali, że tego nie widzą.

Joe trafił na ciemnoskórą dziewczynę, śliczną jak letnia noc. Tańczyli dłuższy czas, a jej ruchy zdradzały również chęć do innych aktywności. Joe był myślami gdzie indziej, a ona, choć robiła, co mogła, by krążyły wokół niej, pogodziła się z porażką i zmieniła obiekt pożądania.

– Idę do baru, chcesz coś?! – Joe nachylił się do ucha przyjaciela i niemal zderzył się z blondyną. – Do baru…!

Zrezygnował i tylko poklepał Tima po ramieniu.

– Bierz ją, tygrysie – wyszeptał i ruszył przez tłum na parkiecie.

W drugiej sali nie było już tak tłoczno. Przy stolikach trwał pseudointelektualny pijacki bełkot, a część absolwentów toczyła nierówną walkę z obezwładniającym alkoholem. Joe znalazł miejsce przy barze i zamówił piwo. Myślał o teście końcowym. Nie znał odpowiedzi przynajmniej na połowę pytań. Zaliczył i przez chwilę myślał, że dopisało mu szczęście. A potem zobaczył na korytarzu ojca rozmawiającego z Lazarem. Nie podszedł się przywitać. Skręcił w kierunku schodów i uciekł.

Od tego spotkania myślał tylko o tym, czy w ogóle musiał przyjść na egzamin końcowy. Może i nie przygotował się tak jak Tim, może zbyt lekkomyślnie podchodził do wagi sprawdzianu obywatelskiego. Ale, do cholery, przez pięć lat pracował na to, by samemu zdecydować, czy zda, czy nie. A teraz czuł, że nie miał wpływu na nic.

– Równość obywatelska, pieprzenie – powiedział do kufla z piwem.

– Nie wierzysz w to, że wszyscy obywatele są równi według prawa?

Spojrzał na kapitana i wykładowcę etyki. Chciał wstać i zasalutować, ale nauczyciel szybko dał mu znać, że to zbędne.

– Tak, wierzę – odpowiedział, gdy zorientował się, że kapitan czeka na odpowiedź. – Ludzie rodzą się równi i do egzaminu mają takie same prawa. Test na obywatelstwo pozwala sprawdzić, czy te prawa mogą zachować. To jest uczciwe.

– Czemu to takie ważne? – zapytał kapitan.

– Z powodu przeludnienia tylko obywatele Matki Ziemi mają prawo do pozostania w ojczyźnie, bo odpowiedzialność całego społeczeństwa sprawia, że możemy żyć w pokoju, na równych prawach.

– Ci, którzy odrzucają obywatelstwo albo je lekceważą, nie mogą zostać. Jako ludzie jesteśmy monolitem, twardym, nie do złamania. Jednolitym. To ważne, bo każde odstępstwo powoduje rysy na naszej powierzchni, a to może doprowadzić do pęknięcia – powiedział kapitan i wypił pięćdziesiątkę wódki. – Podludzie mogą żyć po swojemu.

– Ale nie na Ziemi – dodał Joe. – I przestrzegając trzech przykazań.

– Taka jest cena indywidualizmu.

– Chodziło mi o coś innego – zaczął Joe – o sytuację, gdy ktoś wie, że zostanie obywatelem, czy tego chce, czy nie.

– A ty nie chcesz?

– Nie. Oczywiście, że chcę, ale wszyscy powinni otrzymywać obywatelstwo na tych samych warunkach. Prawda?

– Tak. – Kapitan patrzył na Joe życzliwie, jak na kociątko bawiące się kłębkiem włóczki. – Czasem zdarzają się jednostki, których nie chcemy stracić. A są nam potrzebne. To się nazywa wyższa konieczność. Pamiętaj, jesteśmy…?

– Jak monolit.

Kapitan poklepał Joe po policzku i wstał.

– Nie myśl tyle. Jak wrócisz z misji, będziesz inaczej patrzył na świat.

 

*

Młodzi piloci stali w szeregu na placu apelowym. Czekali. Joe był szczęśliwy, że nie dopił piwa. Miał kaca, ale przynajmniej się wyspał. Inni wyglądali, jakby umarli, a teraz wystawiono ich zwłoki. Tim świetnie do nich pasował – blady, z błędnym wzrokiem utkwionym gdzieś w dali.

Pułkownik Lazar nie spieszył się z odczytaniem listy. Ciągnął długie przemówienie. Joe był pewien, że robi to umyślnie. Pieprzony sadysta.

Nastał moment, na który wszyscy czekali.

– Chwała! – zawołał Lazar.

– Matce Ziemi! – odpowiedzieli chórem piloci.

Major zastąpił pułkownika przy sztandarze i wyciągnął kajet. Bez zbędnych przemówień – co piloci przyjęli z ulgą – zaczął odczytywać przydziały.

Joe wiedział, gdzie się dostanie. Przecież był niezbędną częścią obywatelskiego monolitu, a tacy ludzie mogli trafić tylko do:

– Szósta Dywizja Interwencyjna, Trzynasta Kompania – ogłosił major przy nazwisku Joego.

Kto by się spodziewał. Dywizja owiana złą sławą wśród kolonistów i wieczną chwałą na Ziemi. A do tego legendarna Trzynasta Kompania – wylęgarnia bohaterów. Ojciec przeszedł sam siebie, biorąc pod uwagę, jakie Joe osiągnął oceny końcowe.

Gdy padło nazwisko Tima, Joe zamarł. Nie darowałby sobie, gdyby z powodu koneksji zabrakło miejsca dla przyjaciela, który nie tylko studiował z zapałem, ale szczerze wierzył w strukturę obywatelską.

– Szósta Dywizja, Trzynasta Kompania.

Joe odetchnął z ulgą.

 

Stacja orbitalna

Joe zakończył serię podciągnięć na drążku. Opuścił się na materac i zachwiał. Opanował mdłości. Wiedział, że znów zwymiotuje – jak nie teraz, to później. Oby tylko nie na odprawie.

– Tim, musimy iść! – zawołał.

Prysznic pomagał. Gdyby tylko mógł, spędziłby pod natryskiem cały dzień.

– To oni – powiedział Tim.

Joe spojrzał przez korytarz do szatni. To byli kończący służbę weterani Trzynastej Kompanii. Po odprawie mieli rozpocząć ostatnią misję. Joe i Tim przylecieli wraz z dwudziestoma ośmioma pilotami mającymi zastąpić poprzedni skład.

– Tylko tylu zostało? – zapytał Joe.

– A będzie mniej. Jeszcze nie spełniła się klątwa trzynastego.

– To się zawsze dzieje?

– Z tego, co słyszałem, to tak. Odkąd powstała kompania – powiedział poważnie Tim.

Joe inaczej ich sobie wyobrażał. Nie wyglądali na bohaterów, raczej na bardzo zmęczonych.

– Pieprzysz – powiedział Joe.

– Poważnie. Zawsze któryś to robi. Podobno to z powodu zdjęcia, które chwilę wcześniej zostaje przekazane kolejnemu rekrutowi. I tak klątwa krąży po pilotach. Dlatego ci z trzynastego jeszcze nigdy nie wrócili na Ziemię w komplecie.

– Może tym razem będzie inaczej.

Joe zwrócił uwagę na Azjatę w krótkich spodenkach i przepoconym podkoszulku, siedzącego na ławce, opartego plecami o metalową szafkę. Patrzył w podłogę, a mięśnie na twarzy drgały mu jak u osoby powstrzymującej płacz. Któryś z pilotów klepnął go w ramię, coś powiedział. Azjata spojrzał przez korytarz na Joego, a on nie mógł oderwać wzroku od smutnych czarnych oczu, pod powiekami których zebrały się łzy i wolno spłynęły po policzkach.

Joe poczuł, jak treść żołądka podchodzi do gardła. Zwymiotował. Sztuczna grawitacja Szóstej Dywizji znów go pokonała.

 

*

W sali odpraw ciszę przerywało brzęczenie rzutnika. Piloci siedzieli w ciemnym pomieszczeniu, wpatrzeni w ekran projekcyjny, na którym wyświetlano cele.

– Po zniszczeniu dowództwa rebeliantów czyścicie ten, ten i ten obszar dla grupy naziemnej – kontynuował major. – Chłopaki z kolonii zajmą się resztkami, jeśli jakieś im zostawicie, i sprawdzą, czy Karim bin Ahmad Farandżijja zarobił rakietą w dupę. Jeśli go zostawicie piechocie, to macie jak w banku, że zgłoszę was do pacyfikacji kolejnego konfliktu. Jeśli zginie – macie u mnie beczkę piwa. Jakieś pytania?

Jasne światło zalało pomieszczenie. Joe zorientował się, dopiero gdy wzrok przywykł do oświetlenia, że tylko on trzyma podniesioną rękę.

– Joe?

Tim patrzył na przyjaciela z uniesionymi brwiami.

– Co ty robisz? – wyszeptał.

– Ja… właściwie nie mam pytania – szybko wytłumaczył się Joe i opuścił dłoń.

– O nie, kochaniutki. – Major założył ręce za plecy i stanął w rozkroku. – Zadaj swoje pytanie.

Tim pokręcił głową. Joe wzruszył ramionami i wstał.

– To pacyfikacja religijna. Chciałem zapytać, panie majorze, jakiego wyznania są rebelianci?

– Słodki Jezu! A co to, kurwa, za różnica! Siadaj, bo nie mogę patrzeć na twoją gębę, ale coś mi się wydaje, że ją zapamiętam!

Joe był pewien, że piloci wybuchną śmiechem, ale usiadł w całkowitej ciszy.

– Zapamiętajcie sobie jedno! – ciągnął major. – Podludzie nie mają prawa do wyznania, do zakładania partii i posiadania dzieci bez zezwolenia! Zdawaliście test na obywatelstwo, więc powinniście to wiedzieć! Jeśli będziemy musieli wsadzić rakietę w zadek muzułmanina, zrobimy to tak samo chętnie jak w przypadku protestanta, buddysty czy pieprzonego świadka Jehowy! Te sukinsyny złamały prawo! Ponadto napadli na konwój naszych chłopaków z kolonii! Tym samym wypowiedzieli wojnę Matce Ziemi! I teraz poniosą tego konsekwencje! Chwała!

– Matce Ziemi! – wrzasnęli piloci.

 

*

– Jakiego są wyznania? Chłopie, od teraz jadasz po drugiej stronie stołówki, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się przyjaźnimy. – Tim walnął otwartą dłonią w tył kasku Joego.

– Przestań, po prostu…

– Co?

– Byłem ciekawy, z kim będziemy walczyć.

– Kawaleria powietrzna nie pyta kto!

– Tylko gdzie?! I kiedy?!

– Dokładnie!

Doszli korytarzem do windy zajętej przez starszych pilotów. Ktoś przytrzymał drzwi ręką.

– Jest jeszcze miejsce – powiedział Azjata z napisem „Wypalić do ziemi” na hełmie.

Wśród trzydziestu stłoczonych w korytarzu kotów żaden się nie poruszył.

– Ilu? – rzucił Joe.

– Pięciu spokojnie wejdzie – odpowiedział Azjata.

Tim i Joe wystąpili jako pierwsi. Pełna winda ruszyła do hangaru.

– Jakiego jesteś wyznania, kocie? – rzucił ktoś z tyłu.

– A katolików zabijasz? Czy tylko Żydów?

– Nie patrz na mnie – powiedział Tim, gdy Joe przewrócił oczami – To cyrk na twoją cześć.

– Nie słuchaj tych bałwanów – powiedział Azjata. – Jak żołądek?

– Lepiej – odpowiedział Joe.

– Jedz dużo musu i pij wodę. Mnie to pomogło. Po miesiącu przywykniesz. – Joe nie mógł patrzeć Azjacie w oczy, ciągle wilgotne, jakby miał zaraz płakać. – To nie było głupie pytanie, tylko niewygodne. A armia takich nie lubi. Ale lepiej, żebyś nie myślał o nich jak o ludziach. Cel. Zapamiętaj to słowo i wbij sobie do głowy. To recepta na spokojny sen.

– Dzięki. Postaram się zapamiętać.

Winda stanęła. Drzwi rozsunęły się i ujrzeli Szturmowce – cadillaki przestworzy. Hangar wypełniał personel techniczny przygotowujący maszyny do lotu.

– Powodzenia – powiedział Tim.

– Do zobaczenia na stacji – odpowiedział Joe. 

 

*

Wszedł do kokpitu. Zapiął maskę tlenową i uruchomił procedurę przygotowawczą. Osłona kabiny powoli opadła z sykiem. Joe uruchomił test szczelności. Wszystkie parametry były w normie.

– Czerwona Jedynka, czy wszystko okej? – zatrzeszczał głośnik komunikatora.

– Kabina szczelna, mogę podjeżdżać – odpowiedział.

Szturmowiec ruszył na ruchomej platformie do luku startowego. Joe poradził sobie na wszystkich symulacjach. Dwa próbne loty orbitalne zaliczył celująco. Był najlepszy na roku, a w maszynie czuł się jak w samochodzie – to był żywioł Joego. A mimo to drżał. Ręce dygotały, a pod maską czuł krople potu.

Szarpnęło maszyną. Platforma uniosła Szturmowca pod kątem czterdziestu pięciu stopni i skierowała kokpitem do luku.

– Opuszczamy – zaskrzeczał komunikator.

Joe zjechał w zupełną ciemność. Gdzieś z tyłu usłyszał trzask. Zamknięto śluzę.

– Tu Czerwona Piątka, jak mnie słyszycie? – odezwał się dowódca grupy.

– Dwójka gotowy w luku.

– Czwórka wjechał do dołka.

– Trójka gotowy.

– Jedynka? Jedynka, jesteś z nami czy zastanawiasz się nad wyznaniem Farandżijja?

Joe spojrzał na komunikator. Coś w nim narastało. Czuł, że za chwilę wszystko się zmieni.

– Jedynka, potwierdź gotowość.

– Tu Jedynka, gotowy – powiedział.

– Tu dowódca Czerwonych, jesteśmy gotowi.

Część dawnego Joe zniknie.

– Czerwoni, otwieramy zewnętrzne śluzy.

Na zawsze.

– Odpalamy za…

I nigdy już nie wróci.

– Pięć, cztery…

Metalowa spirala rozwijała się. Joe widział fragment czerwonej planety w czarnym bezkresie.

– Trzy, dwa…

Na łuku sfery zobaczył różową poświatę połyskującą niczym aureola.

– Jeden. Zwalniamy blokadę. Powodzenia, chłopaki.

Szturmowiec wysunął się z luku. Bezwładnie wirował w przestrzeni. Joe zobaczył stację Szóstej Dywizji zawieszoną nad linią Kármána i statki wylatujące z kadłuba niczym owady z gniazda.

– Czerwoni, na mój znak odpalamy silniki.

Joe oprzytomniał. Uruchomił żyroskop i wbił koordynaty na planetę. Szturmowiec powoli ustawił się kokpitem w stronę różowej sfery.

– Odpalamy.

Joe uruchomił silniki do skoku grawitacyjnego. Szturmowce pomknęły przez czarną pustkę, zostawiając za sobą ogniste smugi. Niczym rydwany ognia.

 

*

W kantynie panowała wrzawa. Pierwszy lot bojowy został zakończony sukcesem. Jeden Szturmowiec strącono. Pilot przeżył. Przejęły go siły kolonialne i czekał teraz na powrót do stacji.

– Kiedy wziąłeś ostatnią tabletkę? – zapytał Joe.

– A ty? – Tim otworzył pudełko racji pancernych i połknął niebieską pigułkę.

– Przed powrotem na stację. Nie miałem już siły. Oczy mi się zamykały.

– To błąd – powiedział Tim. – Ja wziąłem pierwszą w luku startowym. Kolejną w czasie akcji i nawet nie pomyślałem o spaniu.

– To po co ci następna?

– Ta już jest dla zabawy. – Tim mrugnął do Joe. – Twoja drużyna świetnie się spisała. Jak myślisz, kto zostanie dowódcą?

– Chyba Trójka. To on pierwszy namierzył cel.

Rozmowy przerwał huk wystrzału. Piloci zerwali się z miejsc. Ktoś pędził w stronę kajut. Ruszyli biegiem. Na miejscu był już medyk i starszy oficer. Joe przecisnął się przez tłum. Azjata siedział na koi, oparty o ścianę obryzganą krwią. Z ust dowódcy Czerwonych wylatywała cienka strużka dymu.

 

Zdjęcie

Joe zatrzasnął drzwi kajuty. Przed oczami wciąż miał budynki z czerwonej gliny i ludzi biegających uliczkami. Byli jak mrówki w zagłębieniach między płytami chodnika. Miasto w jednej chwili eksplodowało, a fragmenty domów wylatywały w powietrze wśród płomieni.

Pamiętał iskry na poszyciu szturmowca, gdy pociski z obrony naziemnej odbijały się od pancerza. Koloniści walczyli chaotycznie, strzelali na oślep. A drużyna Joe była precyzyjna, zsynchronizowana. Każdy manewr, nurkowanie i atak – perfekcyjny. Przez chwilę widział inne grupy nacierające na miasto. Harmonia, z jaką działali, była piękna. Był dumny, że był częścią tej niszczycielskiej perfekcji.

Dlaczego się zastrzelił? Dowódca był opanowany. Wydawał rozkazy precyzyjnie, bez chwili wahania. Joe nie mógł przypomnieć sobie niczego, co tłumaczyłoby to, co zrobił – poza łzami na policzkach Azjaty.

Podniósł hełm z koi i podszedł do szafki, otworzył drzwi. Spojrzał na zdjęcie oparte na górnej półce. Obrócił się, ale był sam. Odwiesił hełm i zabrał fotografię. To był negatyw starego typu – z jednej strony czarny z białym paskiem. Na drugiej był obraz drzewa. Nic więcej.

(„Strażnik mokradeł” Anna Słoncz)

*

– Tu dowódca, przygotować się do odpalenia grawitacyjnych – zakomunikował Joe. – Odpalamy.

Moc silników do skoku grawitacyjnego wciskała ciało w fotel. Joe na tym etapie nie panował nad maszyną – mógł tylko kontrolować ciało. Kadłub rozbłysł, a dziób Szturmowca otoczyły płomienie. Kokpit trząsł się, gdy statek przebijał kolejne warstwy atmosfery. Przeciążenie gniotło klatkę piersiową, ciśnienie pulsowało w skroniach. Joe włączył chłodzenie kabiny. Szturmowiec wpadł w czerwonoróżową masę. Teraz najważniejsze, by nie stracić przytomności. Zwiększył dawkę tlenu.

– Czerwoni, meldować – nadał komunikat.

– Czwórka na miejscu.

– Trójka jestem.

– Dwójka w chmurach.

– Piątka obecny.

– Przesyłam koordynaty – zakończył.

Joe zamarł, gdy maszyna przebiła się przez chmury. Jaskrawe, wermilionowe niebo przeważało barwą nad różem obłoków i zachwycało bezkresem. Szturmowce ustawiły się w szyk i pomknęły w stronę celów.

 

*

Joe siedział na koi i patrzył na zdjęcie obrazu. Był chyba namalowany farbami akrylowymi. Samotne drzewo. Stare. Pozbawione liści. Z gałęzi zwisały porosty, jak strzępy włosów na głowie starca. W tle, na ciemnym niebie, kłębiły się brudnoszare chmury. Faktura płótna sprawiała wrażenie drobnego deszczu.

– Idzie na burzę – wyszeptał Joe.

 

*

– Odpaliłem ostatni ładunek kierowany, trafił w wieżę. Rakieta wbiła się i eksplodowała. Wybuch rozsadzał konstrukcję od środka. – Szczęka Tima chodziła na boki, oczy były w ciągłym ruchu, gdy połknął kolejną tabletkę racji pancernych. – Fragmenty wieży fruwały w powietrzu, gdy pękła w połowie i runęła na budynki. Zobaczyłem konwój między domami. Zanurkowałem. Pociskami rwałem karoserie samochodów jak papier. Dwadzieścia pojazdów. Po drugim ataku wszystkie płonęły. To było…

Joe patrzył na szeroko otwarte oczy Tima, na uchylone usta. Na zachwyt odbierający mowę.

– Wspaniałe – powiedział Joe.

– Tak. To było wspaniałe.

 

*

Joe otworzył oczy. Leżał spokojnie na koi, w ciemnej kajucie. Zastanawiał się, co go obudziło. To pewnie był sen. Nie pamiętał, o czym. Próbował z całych sił przypomnieć sobie choćby fragment. Był pewien, że było w nim coś ważnego, ale nie potrafił przywołać żadnego obrazu. Czuł tylko zimno – przenikający chłód, który pozostał z nim na jawie.

Po drugiej stronie

– Czwórka, uważaj na baterie po prawej, walą do ciebie jak do kaczki!

Joe pchnął drążek, zmuszając maszynę do nurkowania. Przemknął między dwoma budynkami i nacisnął spust. Pociski rwały chodnik, nim trafiły w barykadę z działkiem przeciwlotniczym. Pociągnął drążek. Zobaczył błysk. Szturmowiec zawirował. Rakieta przeleciała tuż obok lewego skrzydła.

– Spokojnie, Jedynka, już go mam – zatrzeszczał komunikator.

Joe zobaczył, jak Piątka posyła pocisk naprowadzający w budynek. Dwupiętrowy dom wyleciał w powietrze, rozrzucając fragmenty konstrukcji i ciał.

– Dobry strzał, Piątka. – Kogoś zakomunikował.

Joe zawrócił maszynę w stronę baterii przeciwlotniczej. W chwili gdy Czwórka dostał w ster.

– Spadam – nadał krótko pilot.

– Katapultuj się! Czwórka! – wrzasnął Joe.

Szturmowiec z numerem cztery zdołał zawrócić w stronę ostrzeliwującej maszynę baterii i zanurkował. Eksplozja silników Czwórki zmiotła pobliskie budynki. W miejscu stanowiska obrotnego powstał płomienny grzyb.

Na łączach panowała cisza. Joe poderwał maszynę i zakołował nad miastem. Pozostałe Szturmowce dołączyły do szyku.

– Wszystkie cele zostały zniszczone – nadał Piątka. – Czekamy na rozkazy, Jedynka.

Joe patrzył na puste miejsce w formacji.

– Przygotować się do natarcia – powiedział. – Wypalić mi tu wszystko do ziemi.

– Za Czwórkę! – Zatrzeszczał komunikator.

 

*

– Wiesz, mam taki powracający sen – zaczął Joe, gdy Tim podał mu dwie tabletki racji pancernych. – Masz takie?

– Ja nie sypiam – odpowiedział przyjaciel i połknął niebieskie pigułki.

– Ja nie wiem, czy śpię. To chyba coś pomiędzy. – Joe zapił tabletki piwem. – Ale śnię. A może to tylko przywidzenia? Halucynacje?

– Ale się powtarza?

– Tak.

– I co widzisz? – zapytał Tim.

– Stoję w zaszlamionej wodzie. Z trudem mogę stawiać kroki. Na powierzchni unosi się mgła. Dookoła jest cicho i szaro. Na ciemnym niebie zbierają się burzowe chmury. Widzę drzewo porośnięte mchem, zamiast liści z gałęzi zwisają porosty. Jest stare, o grubym, ciemnym pniu i połamanych gałęziach. Stoi na niewielkim wzniesieniu, wystającym ponad breję, w której brodzę. Idę w stronę drzewa, a im jestem bliżej, tym woda jest bardziej gęsta. Coś czepia się nóg. W końcu widzę nad sobą gałęzie i dyndające zielsko. To stare drzewo chyba wyznacza granicę. Niczym strażnik. Cichy i groźny. Nie broni mi przejść, ale ostrzega, że coś jest za pniem.

– I co jest za drzewem?

– Nie wiem. Boję się sprawdzić.

 

*

Szturmowce leciały nisko, w luźnym szyku. Skały w kolorze dojrzałych truskawek odcinały się od karminowego piachu. Na horyzoncie różowe chmury wisiały nisko nad ziemią. Była tylko drużyna Joego. Lot rozpoznawczy nie przyniósł żadnych nowych informacji o rebeliantach.

– Chłopaki, jeszcze dwa miesiące – odezwał się Czwórka.

– Młodzi zdechną tu z nudów. Rozbiliśmy każdy bunt, wszystkie powstania spacyfikowane. Co oni będą tu robić? – powiedział Trójka.

– Pić piwo i ćpać racje pancerne – odezwała się Dwójka.

– To niesprawiedliwe – poskarżył się Trójka.

– A kto mówił, że życie jest sprawiedliwe? – zapytał Czwórka.

– Twoja stara, Czwórka, gdy jej dobrze zrobiłem. – Trójka zaśpiewał jak wokalista grupy gospelowej.

– Przestańcie – uciął Joe. – Tu zawsze jest ktoś, z kim trzeba walczyć.

– Święte słowa, szefie – powiedział Dwójka. – Podludzie nie potrafią żyć w pokoju. Gdyby nie było Szóstej Dywizji, zabijali by się między sobą.

– Budynki na jedenastej – zakomunikował Piątka.

– Sprawdź to – rozkazał Joe. – Skupcie się. Szyk bojowy, zabezpieczymy teren wokół celu.

Piątka odbiła od formacji. Pozostałe Szturmowce wzniosły się wyżej i zatoczyły szeroki krąg nad okolicą. Joe widział, jak Piątka dwukrotnie przelatuje nad budynkami.

– Proszę o zgodę na otwarcie ognia – zatrzeszczał komunikator.

– Czy to rebelianci? – zapytał Joe.

– Mam takie podejrzenie.

Joe przypomniał sobie, jak wspina się po śliskim zboczu. Dotyka czarnej kory – mokrej i zimnej. Palce wciska w bruzdy, uczepiony chropowatej powierzchni wyciąga nogi z zielonej brei. Pień góruje nad Joe. Porosty powiewają na wietrze.

– Jedynka, czy mogę prosić o zgodę na akcję?

– Tak bardzo się boję – wyszeptał Joe. – Ale muszę wiedzieć, co jest po drugiej stronie.

– Szefie, wszystko dobrze? – zapytał Dwójka.

– Tak. – Joe znów czuł ciepło promieni wpadających do kokpitu, widział horyzont w kilku odcieniach czerwieni. – Piątka, masz wolną rękę. 

W miejscu, gdzie kołowała Piątka, podniosła się chmura pyłu, gdy pociski uderzyły w karminowy piach. Zabudowania eksplodowały.

– Pociągnął ich z V czwórki, podwójny ładunek robi robotę – powiedział Trójka.

– I zajebiście wygląda, spójrzcie na te płomienie – zachwycił się Dwójka.

– Popisuje się. Mógł załatwić sprawę działkiem. Kaliber trzydzieści milimetrów zostawiłby tu siekane – odezwał się Czwórka.

Szturmowce nadleciały nad pogorzelisko. Piątka dołączyła do szyku. Chłopcy dyskutowali, oceniając zniszczenia. Joe im nie przeszkadzał. Z kabiny patrzył na płonące budynki i ciała leżące w piachu. Spomiędzy ruin jednego z domów wybiegła postać. Naga, osmolona. Czerwone plamy na skórze dziewczynki wyglądały na poważne oparzenia. Stanęła nad rozerwanymi ciałami ludzi i zwierząt. Patrzyła. Nie mogła zrozumieć, co się stało z matką, ojcem i rodzeństwem, którzy pracowali przed domem.

 

*

Stopa osunęła się wraz z ziemią i mchami, które wpadły do gęstej wody. Joe złapał czarny kikut, podciągnął się i objął pień. Był przerażająco zimny i mokry. Spojrzał w koronę drzewa. Gałęzie wisiały nieruchomo. Zbierały deszczówkę, która spływała po porostach. Joe, wtulony, szedł wokół pnia. Z czołem przyciśniętym do chropowatej struktury widział tylko krople i mech rosnący w szerokich bruzdach. Ziemia sypała się pod nogami. Stopy zjeżdżały po mokrej, śliskiej powierzchni. Przesuwał dłonie, zahaczał palcami o korę i stawiał krok za krokiem. Gdy był pewien, że jest po drugiej stronie. Zamknął oczy, odwrócił się i oparł plecy o drzewo.

– Proszę – powiedział.

Dookoła panowała cisza.

– Błagam! Niech was tam nie będzie!

Deszcz kapał na twarz, spływał po policzkach i szyi. Przeraźliwie zimny.

– Niech was nie będzie!

Odchylił głowę i otworzył oczy. Chmury zasnuły czarne niebo, kłębiły się i wirowały.

– Błagam!

Spojrzał na rozlewisko. Mokradła ciągnęły się po horyzont, a ciała leżały tuż pod powierzchnią wody – okaleczone, niepełne, o białej, rozmokłej skórze.

 

*

Joe obudził się. Wyciągnął zdjęcie spod poduszki i przyglądał się samotnemu drzewu. Wstał i odłożył fotografię do małej wnęki w szafce. Wyciągnął pistolet z kabury i usiadł na koi. Odbezpieczył broń i wsadził lufę do ust. Po raz pierwszy w życiu miał poczucie, że sam stanowi o sobie.

 

Koniec

Komentarze

Hłe hłe, kurdebele hłe, wrócę z dłuższym komentarzem wkrótce, jak czas się przestanie skraplać, ale muszę powiedzieć, że fajniutko, że następny z autorów Księgi ruszył do malarskiego boju :)

Czuję, kurczę, że nie bardzo co mam się wygłupiać z moim tekstem wobec aż takiej konkurencji – ale jednak, co mi tam, też coś skrobnę, skoro się zadeklarowałem – i żeby silver miał trochę trudniej, buahahahaha….

 

Ogólnie – podobało się, choć parę razy się zatrzymałem, ale to bardziej ja chyba coś, niż opko samo w sobie (ja dziś wszystko robię w pośpiechu i nie mam na nic czasu, a przydałoby się jeszcze Księgę promować – a nie mam kiedy, smuteczek, że wiem że nikt poza mną tego nie zrobi :/ ).

Przykładowo, nie wiem w sumie dlaczego nie spodobało mi się to zdanie:

“W klubie oficerskim młodzi piloci oddawali się pijaństwu i rozpuście.”

Może chodzi o szyk (rozpuście i pijaństwu brzmiałoby lepiej?) a może po prostu to, że dla mnie rozpusta zawiera w sobie pijaństwo a nie tylko rozkosze zgoła inne. Jak widać – ciężki ze mnie czytelnik (przynajmniej dziś).

Na szybko – widać, że nastrój Księgi nadal jest w autorach bo mocno zmysłowe to opowiadanie :)

 

Tak czy siak – klikam – a z dłuższym komentarzem wrócę jak odnajdę czas.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Hej Jim :) Dziękuję za odwiedziny i czekam na rozbudowany komentarz :). Zaciekawiła mnie rozpusta i pijaństwo;). Ale muszę się nie zgodzić. Bo rozpusta głównie dotyczy sfery seksualnej, a pijaństwo prowadzi do rozpusty, czasem rozpusta może prowadzić do pijaństwa, ale to już są ciężkie przypadki ;). Dzięki za klika i pozdrawiam ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Najpierw jeszcze muszę wysmarować rozbudowany koment Jolce :)

Ale do Ciebie wrócę, jak tylko znajdę czas :)

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Taa… człowiek bez większego namysłu przystępuje do konkursu, wierząc, że czekają go same honory, a potem czyta to opowiadanie… i w tym miejscu chyba lepiej zamilknąć…

 

Świetne opowiadanie i świetnie napisane. Szczególnie uderzył mnie sposób, w jaki pokazałeś rozpad człowieczeństwa Joego – od pewnego siebie kadeta, przez oficera stopniowo wchodzącego w tryby systemu, aż po złamanego żołnierza, który w końcu zaczyna widzieć prawdę. Symbol zdjęcia, tego przeklętego obrazu drzewa, jest genialny: to jego sumienie, którego nie da się zgubić, nawet wtedy, gdy cały świat każe o nim zapomnieć.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Cześć!

Wybór obrazu nie zapowiada takiej historii, zaskoczyłeś mnie zupełnie :) Z jednej strony stworzyłeś prosty świat z niewidocznym na powierzchni totalitaryzmem, a z drugiej bohatera, który prawie się przystosował… Angażująca opowieść.

Gdzieś po drodze chyba brakuje fragmentu zdania, ale teraz nie mogę znaleźć.

Pozdrawiam!

Niemal przez cały czas,  czułam narastające napięcie, a im dalej wchodziłam w historię, tym trudniej było mi się od niej oderwać, mimo że wiele scen było ciężkich. Przemiana Joe była dla mnie bardzo poruszająca, bo widać, jak krok po kroku coś w nim gaśnie i jak coraz trudniej mu się sprzeciwić temu, co go otacza. Wykorzystanie obrazu jako zdjęcia, które przenosi klątwę, to naprawdę świetny pomysł. Dzięki temu historia zyskuje dodatkowy niepokój. Końcówka zafundowała mi prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Podsumowując – mega dobra historia.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Podążaj za białym królikiem.

Hejo:) Lepsze niż cokolwiek co czytałem w ostatniej NF. Może mam wypaczony gust i lubię paramilitarystyczne bzdety. Albo poprostu nie lubię, panoszącej się tam ostatnio obyczajówki;). Zresztą co ja tam mogę wiedzieć. Ostatnie dwa teksty które mogę przywołać z pamięci to " Prawa Murphy'ego" i tekst o jakichś słowiańskich bożkach gdzie na koniec główna bohaterka znajduje zaskrońca na pralce. Mi się.. :). Zresztą NF kupuję już zasadniczo tylko dla felietonów, i dla tego że utrzymują forum.

Czołg może wpaść w poślizg na zwłokach, na asfalcie

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Witam :]

 

No i cóż, kolejny udany tekst. Czyta się płynnie i szybko nabieramy poczucia, że coś jest bardzo nie tak i wszystko skończy się źle, więc chce się to czytać. Wyimaginowany świat jest przekonujący i szczegółowy, a jednocześnie udało się nie popaść w nadmierną ekspozycję.

 

Jeśliby na coś kręcić nosem, to na pewną przewidywalność. O klątwie trzynastego dowiadujemy się jakoś w 1/3 opowiadania i potem już zasadniczo wiadomo, co będzie dalej. Ale tak naprawdę nie jestem przekonany, czy to jest wada, to uczucie nieuchronności też miało swój urok.

 

Pozdrawiam


Rozmarzony(,) niemal sam zapomniał o zasadach.

Hm wydaje mi się że tu powinien być przecinek? Nie umiem do końca tego uzasadnić, ale teraz wygląda, jakby “rozmarzony” było podmiotem, a chyba nie o to chodziło…?

 

aktywności

Aktywność po polsku nie oznacza czynności.

 

wydaje, że ja zapamiętam!

“Ją”, jak sądzę.

 

– Czerwona Jedynka, czy wszystko ok? – Zatrzeszczał głośnik komunikatora.

Moim zdaniem “zatrzeszczał” małą. Zwłaszcza, jeśli orzeczenie jest przed podmiotem.

 

Bezwładnie wirował w przestrzeni.

Hm a dlaczego on nagle wiruje?

 

Pierwszy lot bojowy został zakończony sukcesem. Jeden Szturmowiec został strącony.

Tu dowódca, przygotować się do odpalenia grawitacyjnych – zakomunikował Joe. – Odpalamy.

Pierwszego myślnika zabrakło.

 

– Dobry strzał, Piątka. – Kogoś zakomunikował.

“Ktoś” zakomunikował. Albo nawet “zakomunikował ktoś” hmm

 

– Spadam. – Nadał krótko pilot.

Moim zdaniem “nadał” małą.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Witam :)

 

Jakieś nocne czytanie się odbyło, co mnie cieszy bo to raczej nie tekst do śniadania :). Od razu dziękuję bruce i Marszawie oraz MichaelBullfinch za jurorskie komentarze :). 

 

 

d.pankovski

 

Miło mi, że tekst Cię poruszył. Tak, rozpad Joego jest głównym wątkiem i to na nim się skupiam w opowiadaniu. Zastanawiam się czy nie widział? Chyba nie, raczej widział i przyjmował bezrefleksyjnie. Ale wątpliwości już pojawiają się w akademii – pierwsze rysy ;) i to sprawia, że zagląda w siebie. Pomału, ostrożnie z lękiem. Ale raz uruchomiona wątpliwość narasta. I choć Joe wie co to oznacza, to jednak idzie w tą podróż nawet jeśli jej końcem musi być koniec Joego. 

 

Zdjęcie faktycznie jest tu wyzwalaczem, który dokonuje rozpadu Joego w chili gdy czytamy o locie rozpoznawczym. Ale czy gdyby nie scena z dzieckiem to Joe by nam się zachował. Chyba nie, klątwa by rozerwała duszę Joego jak eryni ;) 

 

chalbarczyk

 

W sprawie obrazu, to od razu wiedziałem jakie wzbudza we mnie emocje, co chce mi powiedzieć (w końcu chodziło się na ASP ;)). Problem polegał na tym w jaką historię go ubrać. Militaria, a więc i przemyślenia dotyczące armii jako narzędzia politycznego, wydawały się najlepszym wyborem… przez chwilę rozważałem marynarkę wojenną, na planecie bez lądów, gdzie analogicznie Szósta Dywizja stacjonowała by w bazie podwodnej :). Ale ten pomysł wydał mi się za mało destrukcyjny. Nagły atak z powietrza niesie więcej emocji :). Dlatego też jest dużo rwanych zdań i mogłem gdzieś przesadzić. Pewnie ktoś wyłapie te urwane zdanie :)

 

 betweenthelines

 

 

Bardzo mnie to cieszy, jeśli są emocje to znaczy, że opowiadanie się udało. Rozpad osobowość bohatera, to coś co pojawia się w moich opowiadaniach dość często. To dlatego, że piszę horrory, a to właśnie sfera emocjonalna bohaterów jest w tym gatunku najważniejsza, a nie potwór :). Tu horrou nie widziałem. Obraz kusił do napisania czegoś mroczniejszego, ale tym razem postanowiłem zmierzyć się z SF, które nie jest moim ulubionym gatunkiem :), ale paradoksalnie lepiej pasuje do obrazu (ładnie kontrastuje z technologią :))

 

 

Leclerc

 

Miło mi, że opowiadanie się podobało i fajnie, że wpadłeś :) Rzadko Cię widuje pod moimi tekstami, najwidoczniej muszę pisać więcej SF ( ale to będzie dość trudne :)). Żałuję tylko, że napisałeś tak mało o tekście, a tyle o opowiadaniach, które mniej Ci się podobają – co nie znaczy, że nie widzę zamaskowanego, w ten sposób, komplementu ;) 

 

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Jakieś nocne czytanie się odbyło, co mnie cieszy bo to raczej nie tekst do śniadania :). Od razu dziękuję bruce i Marszawie oraz MichaelBullfinch za jurorskie komentarze :). 

 

heart

Ja przy śniadaniu czytałam. Nocnym markiem jestem tylko z musu (=przez zachowania Syna). :)

 

Pecunia non olet

Hej

 

GalicyjskiZakapior dziękuję za odwiedziny i komentarz. Bardzo mnie cieszy, że fabularnie i konstrukcyjnie opowiadanie się spodobało :). Tak, powolne zmierzanie Joego ku przepaści gra tu pierwsze skrzypce, ostatnio oglądałem w kinie Harrego Angela więc mógł podświadomie wpłynąć na autora tekstu ;). Ale czy Joe zmierza, raczej już spada. To co śledzimy, to proces uświadamiania sobie przez bohatera sytuacji, w której się znalazł i czekamy jak z tego wyjdzie. W drugiej części komentarza o tym wspominasz i faktycznie. Idziemy razem w Joe po drodze, która jest widoczna i wiemy dokąd prowadzi, to jasne. Bardziej mi chodzi o to czy widzimy co robimy i na ile potrafimy usprawiedliwiać nasze działania. I co jeśli dojdziemy do momentu gdy musimy spojrzeć na sytuację w której się znaleźliśmy bez argumentów wyparcia. Joe tak głęboko zabrnął w systemie, jednocześnie nie mogąc już w nim funkcjonować, że stanął przed jedyną słuszną możliwością ucieczki. Właściwie to historia z happy endem ;) 

 

Dziękuję za łapankę, tego mi brakowało. 

 

aktywności

Aktywność po polsku nie oznacza czynności.

 

„Aktywności to liczba mnoga od słowa aktywność, oznaczająca różnorodne działania, zajęcia, zaangażowanie lub ruch podejmowany przez człowieka. – więc w sensie metaforycznym pasuje, wiadomo, że nie będą grali w ping ponga ;) 

 

– Czerwona Jedynka, czy wszystko ok? – Zatrzeszczał głośnik komunikatora.

Moim zdaniem “zatrzeszczał” małą. Zwłaszcza, jeśli orzeczenie jest przed podmiotem.

 

Właśnie, zatrzeszczał, zakomunikował, nadał. Ja miałem z małej ale potem zmieniłem na duża, potem myślałem by znów zmienić na małą literę :D. Mam to na oku i zobaczę jak inni się będą zapatrywać na komunikaty radiowe – czy traktować je gębowo czy nie :) 

 

 

 bruce – ty jesteś usprawiedliwiona :) 

 

Pozdrawiam :)

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

heartlaugh

Pecunia non olet

Bardzo dobrze wychodzi Ci SF. Nie mam pojęcia na ile te opisane techniczne procedury mają sens, ale robią wrażenie. Czyta się lekko, jak przygodówkę. Akademia i przyjaźnie, pierwsze zadania, potem rutynowe zabijanie wspomagane stymulantami. Najpierw dużo imion, na końcu zastały tylko numery.

Dużo w tej przyszłości się pomieszało. Symbolika i praktyka z różnych obszarów. W Spes też bohater chowa czarno-czerwoną opaskę (lubisz ten zestaw kolorów?). „Oda do radości”, wojny religijne, podludzie.

Zaskakujące opowiadanie w kontekście wybranego obrazu, ale wyszło bardzo dobrze.

 

Pozdrawiam!

Hej AP :) 

 

Starałem się uważać na naukowy bełkot i oszczędnie rzucać technicznymi hasłami – dobrze, że robią wrażenie, to już coś :). Widzisz, te wymieszanie wynika z tego co się dzieje. Lewica nie jest już biedna ale spasiona, a zamiast do klasy robotniczej przemawia do ludzi, którzy nie wiedzą co robić z kasą. Na odwrót jest z prawicą – oczywiście w dużym uproszczeniu. Ideały tracą na znaczeniu bo się zużywają, a raczej zużywają je propagandyści. I tak to się miesza, przy czym nikomu nie przeszkadza, że faszyzm, nazizm, komunizm i socjalizm w ustach większości ludzi jest narzędziem bez pierwotnego znaczenia. Co powoduje, że zapomina się o tym jakie mogą być skutki nazywania lwa kiciusiem ;). Tak, czerwień i czerń są bardzo wyraźne (radykalnym połączeniem) i pewnie dlatego używają ich radykalne środowiska. No i ładnie wyglądają – tak lubię te połączenie :). Dziękuję za kilka i cieszę się, że opowiadanie się podobało :)

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej, Bardzie, przeczytałam z zainteresowaniem! Taka przygodówka z mrocznym zakończeniem. Jak zwykle w Twoim wykonaniu, porządnie napisane, przemyślane, fabuła logiczna. Przypomina mi się “Top Gun” i “Gwiezdne Wojny”. Fajne! :) 

Trochę rozczarowała mnie przewidywalność zakończenia. Szkoda, że przez pół opka wiemy, jak się skończy. Ale to nie jest duża wada. :) Za to bohater jest wyrazisty i w dodatku zmienia się. To na plus. 

W sumie fabuła, wg mnie rozpisana jest na coś o wiele większego, i brakuje mi zaangażowania w problemy świata, które zarysowałeś. Ale, wiadomo, trzeba by książkę napisać.

 

Po drugiej stronie

Albo brakuje tu kropki, albo drugiej części zdania…

 

Pozdrawiam mroźnie! 

Hej Jolka. Dziękuję za odwiedziny i komentarz :). Właśnie w naszym bohaterze zawarta jest cała głębia świata i tego czym się stał. A sednem jest droga do finału i przemiana jaką przechodzi bohater, a nie sam finał. Na pewno też nie chciałem napisać przygodówi w stylu Top Gun czy Gwiezdnych Wojen – no cóż chyba nie wyszło. Ale komentarz krytyczny dobrze robi dla ostudzenia emocji :). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Aż taki krytyczny to nie był… klik poszedł! :)

Hej HollyHell – 3H ;) i dziękuję za komentarz jurorski:).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Opowiadanie kojarzyło mi się z “Grą Endera”, choć opisy misji są jak z “Gwiezdnych Wojen”.

 

Podobał mi się sposób opisywania misji: dynamika, dialogi, dobór słów tworzą naprawdę dobry efekt. Można poczuć się jak za sterami.

Nieco słabszy był “rozbieg” czyli akademia, ale rozumiem, że był to konieczny element ekspozycji, bez którego bohaterowie nie mieliby historii. 

Fabuła jest również dobrze skonstruowana, występuje zagadka angażująca czytelnika, choć – jak już zauważyli przedpiścy – całość jest dość przewidywalna. Ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo byłem już na tyle zaintrygowany, że chciałem się dowiedzieć “jak to się stanie”.

 

Miałem nadzieję na intensywniejszą interakcję z drzewem, które pełni rolę Królowej Roju z Endera. Ale i tak było nieźle.

 

 

Jeśli Gwiezdny Wojny, to te szturmowce wskazywałyby na ciemną stronę. Mi bardziej skojarzyło się ze Star Trekiem.

Hej 

 

JolkaK – dziękuje za klika :)

 

marzan – dziękuję za odwiedziny i komentarz, miło mi, że opowiadanie się podobało :). “Grą Endera” nie widziałem, a skojarzenie z GW to pewnie przez te nazwy Szturmowców. Jeśli chodzi o twista, to faktycznie na portalu jest dziwna moda, która chyba pomału już odchodzi (na szczęście), że opowiadanie ma mieć twist . Uważam, że dobry twist nie jest zły ale często wychodzi kiepsko szczególnie jeśli na siłę był dorzucony do historii. Ciekawe jak by wyglądał twist w Tytaniku ;)?

 

Ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo byłem już na tyle zaintrygowany, że chciałem się dowiedzieć “jak to się stanie”.

 

I o to chodziło :) 

 

 

AP – 

Jeśli Gwiezdny Wojny, to te szturmowce wskazywałyby na ciemną stronę. Mi bardziej skojarzyło się ze Star Trekiem.

 

Nieeeee! ;)

W GW Szturmowcy to żołnierze a nie myśliwce, tym bardziej nie wiem o co chodzi ale z ST. Tego nie zniosę ;)

 

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Ciekawe jak by wyglądał twist w Tytaniku ;)?

Nocny Król wyławia go łańcuchami z dna, tak samo jak smoka z jeziora w średnio udanej scenie z ekranizacji GOT. Potem zaczyna karierę pirata. 

Nieważne, skąd weźmie łańcuchy. W ekranizacji GOT nikt się nie przejmował.

:D no właśnie tak to wygląda z tymi twistami:D

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nieeeee! ;)

Nie dziwię się takiej reakcji. Też nie jestem fanem tych franczyz.

Inni wspominają o „Gwiezdnych Wojnach”, „Star Treku”, „Grze Endera”, a ja poczułam tu klimat „Żołnierzy Kosmosu” Paula Verhoevena. 

Kolejne misje, bohater pnący się coraz wyżej w szczeblach kariery, „amerykański” klimat. Brakowało kosmicznych robali zamiast rebeliantów ;)

Co do samego tekstu, to podobał mi się.

Na początku kręciłem nosem na sposób wykorzystania przez Ciebie obrazu, lecz końcowe scenki sprawiły, że zmieniłem zdanie. Ostatecznie wyszło ciekawie i pomysłowo. Obraz jako „przeklęte zdjęcie”, ale też symbol winy i upadku psychiki Joego.

Ogółem udane opowiadanie.

Pozdrowienia!

Hej Storm :)

 

Dzięki, że wpadłeś. Miło mi, że tekst się podobał. Żołnierzy Kosmosu widziałem ale tam bohater był zdegradowany i miał zostać wyrzucony z armii ;). No ale faktycznie może coś w tym jest. Najważniejsze, że dobrze się bawiłeś w czasie lektury.

 

Pozdrawiam:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Fakt, aczkolwiek ciągle miałem przed oczyma wyobraźni Johnny’ego Rico a nie Joego mimo wielu różnic. Nie wiem, to chyba znak, że pora sobie odświeżyć ten film.

I prawdopodobnie też przeczytać w końcu książkę Heinleina ;>

Też książki nie czytałem… Ja przed oczami zawsze mam scenę pod prysznicem koedukacyjnym ;) Może dlatego, że w dość młodym wieku zobaczyłem ten film ;) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć, Bardjaskier

Czytało się płynnie, bez większych zgrzytów i choć nie przepadam za tematyką wojskową, to muszę powiedzieć, że teskt wywarł na mnie wrażenie. Dlaczego? Ponieważ porusza ważną kwestię, trochę na czasie, a raczej bardzo na czasie. U nas jest wielki pomnik z napisem: Nigdy więcej wojny! Ale jak widać, pamięć lubi zawodzić, szczególnie pamięć społeczeństwa. A poza tym, jak w opowiadaniu, pewnych wydarzeń nie da się zapomnieć, usunąć z pamięci, i kończy się to wszystko zgaszeniem światła. 

Kolejna sprawa w opko, która również jest istotna, to sposób w jaki ukazujesz propagandę, zryte berety, naiwność i nienawiść i tuż obok, empatię pomiędzy żołnierzami. Fabuła dzieje się w strukturach armii, ale zręcznie przekazujesz sprawy ważne. 

Widzę, że opowiadanie jest biblio – w pełni zasłużenie, gratuluję.

Pozdrawiam

Powodzenia w konkursie

Hej Hesket:)

 

Tak, tekst zdecydowanie jest antywojenny. Miło mi też, że mimo tematyki militarnej ta druga warstwa się podobała na tyle, że znalazłeś w nim coś dla siebie :). Propaganda jest trochę wyeksponowana, ale propaganda przeważnie ma się rzucać w oczy :). Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dobre opko. Czytało się płynnie, przypomina mi to Wieczną Wojnę Joego Haldemana, którą miałem okazję ostatnio przeczytać. 

Nie powiem, że wątek zdjęcia pozostawił mnie obojętnym, ale jednak bardziej przerażająca dla mnie była sama wojna.

Spomiędzy ruin jednego z domów wybiegła postać. Naga, osmolona. Czerwone plamy na skórze dziewczynki wyglądały na poważne oparzenia. Stanęła nad rozerwanymi ciałami ludzi i zwierząt. Patrzyła. Nie mogła zrozumieć, co się stało z matką, ojcem i rodzeństwem, którzy pracowali przed domem.

Ten fragment przypomniał mi relację amerykańskiego korespondenta wojennego – Juliena Bryana, który obecny był w Polsce we wrześniu 1939. 

Siedem kobiet kopało ziemniaki w polu. (…) Desperacko potrzebowały jedzenia. Nagle znikąd pojawiły się dwa niemieckie samoloty i zrzuciły dwie bomby na mały dom, zaledwie dwieście metrów dalej. Dwie kobiety przebywające w domu zginęły, Kobiety kopiące ziemniaki padły płasko na ziemię, mając nadzieję, że pozostaną niezauważone. Po oddaleniu się bombowców kobiety wróciły do pracy.

Ale nazistowscy piloci nie byli zadowoleni ze swojej pracy. Po kilku minutach wrócili i zanurkowali (…) tym razem ostrzeliwując pole z karabinów maszynowych. Dwie z siedmiu kobiet zginęły. Pozostałe pięć jakoś uciekło. Kiedy fotografowałem ciała, podbiegła mała dziesięcioletnia dziewczynka i stanęła jak sparaliżowana przy jednym z trupów. Kobieta była jej starszą siostrą.

Dziecko nigdy wcześniej nie widziało śmierci i nie mogło zrozumieć, dlaczego siostra nie chce z nią rozmawiać… Dziecko patrzyło na nas zdezorientowane. Objąłem ją ramieniem i przytuliłem mocno, próbując ją pocieszyć. Płakała. Ja też płakałem, podobnie jak dwaj polscy oficerowie, którzy byli ze mną…

 

Kliknąłbym, ale inni mnie wyprzedzili. :)

Powodzenia w konkursie!

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Hej Gryzok_Półpospolity :)

 

Dziękuję za odwiedziny i chęć klika :) Miło mi, że opowiadanie się podobała :)

 

I z jednej strony jestem trochę zły ale z drugiej zadowolony, że ktoś skojarzył sceny :). Tak, na bazie tej relacji + obraz zrodził się pomysł :). 

 

Gratuluję przenikliwości :) 

 

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

O, kolejna porcja skojarzeń. To jeszcze dorzucę jedno: Mulholland Drive. Może nie oczywiste, ale pewnie będziesz wiedział, o co mi chodzi.

Mulholland widziałem dawno temu i nie wracałem do niego bo bardziej mi pasuje Zaginiona autostrada czy Blue Velvet :) Ale narazie tylko Gryzok trafił w dyszkę:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Gratuluję Gryzokowi, ale nie pisałem o inspiracji, tylko o skojarzeniu.

 Główny bohater opowiadania “Po drugiej stronie zdjęcia” o imieniu Joe uprawia rugby. To z pewnością młody, silny mężczyzna. Joe ma szansę awansować na oficera lotnictwa. Będzie pilotował bojowe statki kosmiczne, a może nawet dowodził.

Ludzie prowadzą ekspansję kosmosu, podobną do kolonizowania odległych lądów, zamieszkałych przez prymitywnych tubylców. Jest to szansa na uratowanie ludzkości przed przeludnieniem na Ziemi.

W klubie oficerskim toczy się rozrywkowe życie. Jest to ostoja wolności dla młodych kadetów, którzy na służbie musza być zdyscyplinowani.

Próbują uwodzić atrakcyjne dziewczyny. Rozmawiają też o polityce.

Po egzaminie Joe dostaje przydział, dociera do stacji orbitalnej.

Tam żołnierze otrzymują pierwszy rozkaz – mają pokonać rebeliantów za pomocą szturmowców.

Opowiadanie przypomniało mi “Gwiezdne wojny”, które jednak są bardziej bajkowe.

Piloci dyskutują o swoim zadaniu. Mają wątpliwości, co z pewnością nie spodoba się ich przełożonym.

Próbujesz poruszać problemy różnic religijnych.

Joe walczy wspólnie z przyjacielem, Timem.

Rozpoczyna się bitwa, poprzedzona skokiem czasoprzestrzennym.

Bitwa kończy się zwycięstwem. Kadeci świętują sukces. Rozmawiają o walce.

Nagle jednak jeden z pilotów popełnia samobójstwo. Dlaczego się zastrzelił?

W opowiadanie został wpleciony smutny obraz drzewa rosnącego samotnie na bagnie.

Kolejna potyczka.

W opowiadaniu spodobały mi się opisy kosmicznych bitew.

Joe śnie koszmarne sny o wojennych ofiarach. Na końcu się zabija.

To bardzo ponure zakończenie. Wojna wygląda atrakcyjnie jak w grze komputerowej, ale jej skutki okazują się tragiczne: zniszczenia, cierpienie, śmierć..

 

 

 

 

Grzesiek12 ciekawe streszczenie – po śmierć masz o jedną kropkę za mało albo za dużo.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Jak na mój gust – za bardzo militarne. To nie jest żadna wada ogólna, to tylko ja nie lubię czytać o wojnie. A poszedłeś na całość – mamy wyłącznie żołnierzy, mnóstwo walk i zabijania.

Klątwa prześladująca kompanię stanowi dla mnie ciekawe światełko w tunelu. Trochę wygląda jak wyrzuty sumienia, którymi można się zarazić, biorąc zdjęcie. A może zdjęcie musi trafić na podatny grunt? A może tylko podatni w ogóle interesują się zdjęciem? To są interesujące rzeczy, a nie tylko walka i walka…

Ergo: wincy klątw! ;-)

 

Babska logika rządzi!

Eeee tam, na forum jest tak mało tematyki militarnej, że taki rodzynek się przyda. Ale tego nie przemyślałem, że kobiecej części forum może się mniej podobać. No tak to jest chłopaki lubią się bawić żołnierzykami;) Dziękuję za odwiedziny, komentarz i pozdrawiam :).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

O tak, chciałam napisać w komentarzu, że to bardzo męski świat i męski tekst.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Bardzo się cieszę Anet :) i dziękuję za odwiedziny, pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, napisałeś o sprawach, o których nie chciałabym czytać – wojna, zabijanie, rujnowanie miast, niszczenie wszystkiego do gołej ziemi… I w tej historii pokazałeś człowieka, który w pewnym momencie nabiera wątpliwości. Dość wcześnie sygnalizujesz, że opowiadanie nie skończy się dobrze, a jednak czytało się całkiem nieźle.

Jestem pełna podziwu, że zdołałeś wpleść tutaj „Strażnika mokradeł” – wizerunek samotnego drzewa z uroczyska, który, zdawałoby się, nijak nie przystaje do opisanych wydarzeń, a jednak odgrywa niebagatelną rolę.

 

który nie raz pił z wy­kła­dow­ca­mi Aka­de­mii Sił In­ter­wen­cyj­nych. Joe był po­dob­ny do sta­rusz­ka. Wy­so­ki, przy­stoj­ny blon­dyn o nie­bie­skich oczach, dzię­ki któ­rym nie raz za­li­czył eg­za­min… → Czy to celowe powtórzenie?

Może w pierwszym zdaniu: …który wielokrotnie pił z wy­kła­dow­ca­mi Aka­de­mii Sił In­ter­wen­cyj­nych.

 

Tim wpadł w sidła blon­dyn­ki z dużym biu­stem, któ­rej śli­skie oczy… → Wiem, że można robić maślane oczy, ale nie mam pojęcia, kiedy oczy są śliskie.

 

Przy sto­li­kach trwał pseu­do-in­te­lek­tu­al­ny pi­jac­ki beł­kot… → Przy sto­li­kach trwał pseu­doin­te­lek­tu­al­ny pi­jac­ki beł­kot

 

Tak jest cena in­dy­wi­du­ali­zmu. → Pewnie miało być: Taka jest cena in­dy­wi­du­ali­zmu.

 

bud­dy­sty czy pie­przo­ne­go Świad­ka Je­ho­wy! → …bud­dy­sty czy pie­przo­ne­go świad­ka Je­ho­wy!

 

Mi to po­mo­gło. Mnie to po­mo­gło.

 

– Czer­wo­na Je­dyn­ka, czy wszyst­ko ok? – Za­trzesz­czał gło­śnik ko­mu­ni­ka­to­ra. → – Czer­wo­na Je­dyn­ka, czy wszyst­ko okej? – za­trzesz­czał gło­śnik ko­mu­ni­ka­to­ra.

Rozmowę przez komunikator potraktowałabym tak jak rozmowę przez telefon. Tu zatrzeszczał jest opisaniem zniekształconych słów, wypowiedzianych przez rozmówcę.

Nie używamy skrótów, zwłaszcza w dialogach.

 

– Opusz­cza­my.Za­skrze­czał ko­mu­ni­ka­tor. → – Opusz­cza­my – za­skrze­czał ko­mu­ni­ka­tor.

 

Z ga­łę­zi zwi­sa­ły po­ro­sty, jak szczę­py wło­sów na gło­wie star­ca. → Z ga­łę­zi zwi­sa­ły po­ro­sty, jak strzę­py wło­sów na gło­wie star­ca.

Bardzie, bój się bogów!

 

– Spo­koj­nie, Je­dyn­ka, już go mam.Za­trzesz­czał ko­mu­ni­ka­tor. → – Spo­koj­nie, Je­dyn­ka, już go mam – za­trzesz­czał ko­mu­ni­ka­tor.

 

– Spa­dam.Nadał krót­ko pilot. → – Spa­dam – nadał krót­ko pilot.

 

– Wszyst­kie cele zo­sta­ły znisz­czo­ne.Nadał Piąt­ka. → – Wszyst­kie cele zo­sta­ły znisz­czo­ne – nadał Piąt­ka.

 

– Pro­szę o zgodę na otwar­cie ognia.Za­trzesz­czał ko­mu­ni­ka­tor. → – Pro­szę o zgodę na otwar­cie ognia – za­trzesz­czał ko­mu­ni­ka­tor.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej regulatorzy :)

 

dziękuję za kolejne przeczytane opowiadanie i wyłapanie błędów – poprawione :). 

 

Bardzie, bój się bogów!

No cóż moja dysleksja jeszcze czasem daje znać o sobie :). 

 

Temat jest mało przyjemny ale bez obrazu byłby kolejną historią wojenną, a też mi się wydaje, że obraz ciekawie urozmaica opowiadanie. Muszę przyznać, że ten obraz nie jest najciekawszym do wyboru ale od razu skojarzył mi się z przestrogą, czymś czego nie należy lekceważyć, a już na pewno nie należy sprawdzać co jest za drzewem. Z drugiej strony, gdyby Joe nie zobaczył co jest za Strażnikiem mokradeł, nigdy by nie miał możliwości decydowania o sowim dalszym losie.

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzo proszę, Bardzie. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

 

…ten obraz nie jest najciekawszym do wyboru ale od razu skojarzył mi się z przestrogą…

Pierwsze wrażenie jest dość istotne, bo dzięki temu dokonałeś trafnego wyboru i napisałeś porządne opowiadanie. Mam nadzieję, że jury je doceni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Bardzie!

 

Bardzo porządnie napisane military sf. Propaganda rodem z “Kawalerii kosmosu” Heinleina świetnie tutaj pasuje, choć nastawiona jest nie przeciw obcym, a przeciw swoim. Skojarzenia mam też z tym, jak mieszkańcy Hegemonii Człowieka reagowali na Intruzów w cyklu Hyperion Cantos Simmonsa. No i jest w Twoim opowiadaniu też coś z “Gry Endera” Carda.

Podoba mi się Twój protagonista, który od samego początku nie okazuje pełnej pokory wobec systemu, coś jak Kirk ze Star Treka. Zadaje pytania, szuka odpowiedzi, nie chce być po prostu kolejnym dronem, ukształtowanym w pełni przez system, by w tym systemie tkwić po uszy społecznie i mentalnie. Jego przemiana nie jest więc nagła i nieoczywista, bo od samiutkiego początku dajesz podwaliny pod postawę, którą zaczyna przyjmować. Bibliotekę klikałbym bez namysłu.

Co mi się podoba mniej… Dwie sprawy. Pierwsza to przewidywalność fabuły, bo karty dotyczące jego losu, tego jak skończy, odkrywasz bardzo wcześnie i w żaden sposób nie twistujesz tego, czego czytelnik się domyśla. Ale może to i dobrze? Bo czasem nie cel ma nam się podobać, a droga, która do tego celu prowadzi. Jak kiedyś śpiewał (?) Scooter: The chase is better than the catch ;) 

Druga sprawa to bardzo pretekstowe potraktowanie obrazu. Wybrałeś jeden z fajniejszych, taki, który już sam budzi niepokój, skojarzenia z czymś ponurym i prastarym, a użyłeś go jako rekwizytu jeno. Równie dobrze mogłeś użyć któregokolwiek innego obrazu. 

Muszę jednak Ci powiedzieć, że lektura sprawiła mi frajdę. Mało military sf na portalu, a to jest całkiem dobre.

Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w konkursie!

Q

Known some call is air am

Hej Outta 

 

całkiem mi miło, że opowiadanie zebrało tyle odniesień do literatury i filmu, a jeszcze bardziej, że większości nie znam :). Ciekawe jest to, że najbardziej doceniłeś to, co i mi się podoba, czyli MILITARIA :D. Wybuchy, system totalitarny, wybuchy, bunt jednostki przeciwko systemowi, wybuchy bo nie ma nic lepszego niż zapach napalmu o poranku ;). A tak serio, to bardzo jest zastanawiające, czemu to co podobało się większości komentujących, Ciebie urzekło mniej. Moim zdaniem nie jest to najlepszy obraz, ten akt z Białego płótna podoba mi się bardziej.

 

Ale chyba wiem – po prostu masz w głowie własną historię dla tej ponurej scenerii i uważasz, że mogła zostać lepiej spożytkowana. Możesz mieć rację, jeśli dobrze odczytuje Twój komentarz. Ale będę się bronił, bo przecież zabieram czytelnika w głąb obrazu i nadaje mu znaczenie, które łączy się nie tylko z wydarzeniami ale i przemianą bohatera. A gdyby na zdjęciu umieścił gołą pannę jako strażnika moralności, to Joe przekraczając granicę zobaczyłby raczej posiadłość Playboya, a nie własne sumienie :). 

 

Można by się zastanowić czy inny obraz z widokiem pasuje lepiej. No nie, bo nie ma na nim strażnika. Nie ma tej figury ostrzegającej przed przekraczaniem granicy. I dlatego ten obraz jest wybrany z rozmysłem,  choć nie jest, w mojej ocenie, najlepszy :). 

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Miło mi, że opowiadanie się podobało. No i wpadaj częściej, bo coś jest Cię mało na portalu, ostatnimi czasy :). 

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka