Widzicie ten hak?
Niech ma Szwed za swoje.
Za te gwałty, za szabry, co po wsiach wszyscy oni robią. Za wdowy i sieroty. Sprawiedliwości stało się zadość, choć sposób to może i mało rycerski, bo żołnierzom to miecz albo kula w łeb się należy. Ale skoro o rzeźni mowa… Opowiem wam historyję o takim haku. Bo, mili moi, to nie pierwszy raz, gdy hak mi towarzyszy.
Jesień Roku Pańskiego tysiąc sześćset pięćdziesiątego siódmego do szczęśliwych nie należała, oj nie. W Polszcze, tej naszej umęczonej macierzy, złota jesień zdechła, nim się na dobre zaczęła, ustępując miejsca słocie, co to duszę z człowieka wyciąga skuteczniej niż cyrulik zęba. Niebo, szare i nabrzmiałe jak wrzód, tygodniami wisiało nad Podlasiem, a deszcz nie padał – on siekł, dziurawił świat jak rzeszoto. Płakały niebiosa, jakoby widziały, co się na dole wyprawia, a widok to był zaprawdę nędzny.
Potop szwedzki, ta nawała z północy, co to ją dwa lata temu diabli nadali, utopiła Rzeczpospolitą we krwi i popiołach. I choć król nasz, Jan Kazimierz – daj mu Boże zdrowie, bo rozumu czasem brakuje – większość ojczyzny odzyskał, to pludracy wciąż krążyli wokół nas niczym sępy nad padliną. Kraj spalony, zrujnowany, folwarki w zgliszczach, a na traktach, gdzie ongiś kupcy z towarem bezpiecznie ciągnęli, teraz zbóje i wilcy prawo dyktują. Księża z ambon grzmią o Jeźdźcach Apokalipsy, a lud prosty żegna się trwożnie, bo Wojna, ten żywioł nienasycony, wciąż żarła wszystko, co na drodze spotkała.
A ja? Ja bym pewnie dalej na jelenie w podlaskich puszczach polował, miast na Szwedów w błocie czatować, gdyby nie ta przeklęta sprawa z Milewskimi.
Tatko, świeć Panie nad jego duszą, mawiali: „Janku, nie łaź ty na Milewszczowa, bo nieszczęście z tego będzie”. Ale kto by tam ojca słuchał, gdy krew gorąca, a u sąsiada córka urodziwa?
Kasienka jej było. Albo Maryśka? Mniejsza z imieniem, ważne, że ciało miała grzeszne, a oczy… No właśnie. Oczy.
A było to pół roku temu. Nów na niebie wisiał, ciemno, a myśmy się w stodole u Milewskich schadzali. Siano pachniało latem i grzechem. Przytuliłem ją, gorąca była, może nawet za bardzo, jakby w febrze jakiej. Całuję szyję, dłonie błądzą gdzie trzeba, aż tu nagle czuję… warkot. Nie westchnienie, mości panowie, a warkot, chrapliwy, zwierzęcy, co z trzewi idzie. Odsuwam się, by w ślepia jej spojrzeć, a tam już nie ma Kasienki.
Oczy jej się zrobiły żółte, ze źrenicą pionową, jak u strzygona albo kota wściekłego. Gęba się wykrzywiła, rozdarła niemal do uszu, a zębiska… Jezu miłosierny, kły jak u wilka wyskoczyły! Rzuciła się na mnie, szponami drąc koszulę, do gardła mi skacząc. Krew chlusnęła, ale nie moja na szczęście, bom się uchylił.
Strach mnie obleciał, nie wstydzę się rzec, bo to nie białogłowa była, jeno czart wcielony! Macam ręką w ciemności, a tu hak wisi. Żelazny, solidny hak, na którym Milewscy świniobicie czyniąc, półtusze wieszali. Chwyciłem to żelastwo instynktem samym i gdy ona skoczyła znowu, kłapiąc szczęką, żem trupi fetor poczuł – zdzieliłem. Przez łeb. Z całej siły, co mi strach i wzburzona krew dały.
Chrupnęło. I padła na wznak.
Uciekłem stamtąd, jakby mnie sto diabłów goniło. Myślałem, żem w malignie był, żem przywidzenia miał. Ale rano… Rano przyjechał on. Janusz Milewski. Brat jej. Psubrat, rzec by można.
Awantura była krótka.
– Tyś siostrę moją zhańbił i zamordował! – wrzeszczał. – Psim synem jesteś, Kozubowski!
Tłumaczyć chciałem, że to potwór był, że strzyga, że bronić się musiałem – ale gdzie tam, grochem o ścianę. Nawet na szable do pojedynku rycerskiego nie stanął. Z krócicy do mnie wypalił, psubrat, zanim jeszcze sygnał padł. W udo mnie drasnął, jucha pociekła po cholewie. Ale ja, panowie bracia, łuk miałem przy sobie. Nie guldynkę, nie bandolet, a łuk właśnie, bo prochem gardzę.
Trzeba wam bowiem wiedzieć, że na ojcowim dworze rezydował Selim, stary Lipek, wierny jak pies, choć poganin. A żem nauk tatarskich nie zapomniał i w powiecie rajgrodzkim łucznik ze mnie pierwszy, to i nie myślałem długo. Cięciwa brzdęknęła, krótko, sucho. Strzała weszła w skroń, czysto, aż pióra zadżały.
I tak to się skończyło. Szlachcic zabił szlachcica. Hańba, kryminał, wygnanie. Ojciec mnie z domu wyprawił, bym głowę ocalił i winy odkupił.
– Do wojska idź – rzekł – tam o przeszłość nie pytają, byleś szablą machać umiał.
I tak żem trafił tutaj. Jan Kozubowski, herbu Dąb, porucznik wolentarskiej chorągwi, do usług.
Znam ja te lasy jak własną kieszeń, każdego Szweda wywęszę, co się po krzakach kryje. Żaden mi nie umknie. A że w nocy spać nie mogę, bo mi się te żółte ślepia śnią? To i dobrze, warta czujniejsza.
Jutro, powiadacie, na podjazd idziem? Pod ten szwedzki biwak? To dobrze. Szykujcie waćpanowie szablice, podsypujcie proch na panewki i miejcie odwagę w sercu. Bo my, panowie bracia, jeńców nie bierzemy. A jakby który ze Szwedów miał oczy żółte i kły… to ja już wiem, co z takim robić.
Haka jeno potrzebuję.
Sporządzono w Piotrkowie, na posiedzeniu zwyczajnym Generalnego Trybunału Koronnego Królestwa Polskiego, w roku Pańskim 1668.
W sprawie z instygacji Urzędu przeciwko Janowi Kozubowskiemu, herbu Dąb, o morderstwo, gwałt na prawie boskim i ludzkim, infamię oraz grabież w czasie wojennym dokonaną.
Trybunał Koronny, po wysłuchaniu świadków i rozpatrzeniu apelacji obrony, co następuje, orzeka:
Apelacyję oskarżonego, Jana Kozubowskiego herbu Dąb, jako bezzasadną i na kłamstwie ufundowaną, in toto* odrzuca.
Argumenta obrony, jakoby denatka, Katarzyna Milewska, istotą nadprzyrodzoną, wąpierzem lub strzygą będącą, oskarżonego zaatakowała, Sąd za bluźnierstwo poczytuje, mające na celu jeno uniknięcie sprawiedliwości. Fakt nagłej śmierci ojca panny Milewskiej, miesiąc przed zdarzeniem zaszłej, rzekomo od kłów wilczych na szyi zadanej, Sąd uznaje za nihil ad rem* i dowód na nieszczęśliwy afekt natury, nie zaś sił nieczystych interwencję.
Sąd daje wiarę zeznaniu Wielmożnej Pani Milewskiej, matki zabitych, która pod przysięgą zaświadczyła, iż syn jej, śp. Janusz Milewski, w dniu tragedii widział oskarżonego w karczmie „Pod Złamanym Kołem”, w stanie upojenia wielkim i od zmysłów odchodzącego, co tłumaczy przywidzenia o potworach i bestiach, zrodzone w głowie gorzałką i delirium strawionej. Potwierdza się tym samym, iż schadzka w stodole miejsce miała, lecz zakończyła się mordem w afekcie pijackim i bestialstwie dokonanym.
Zważywszy na powyższe, oraz na udowodnione czyny oskarżonego w latach wojny, to jest: szaber mienia kościelnego i szlacheckiego, gwałty na niewiastach oraz infamię ciążącą na nim od lat dwóch:
Skazuje się Jana Kozubowskiego na damnatio ad uncum*, to jest przez powieszenie na haku za żebro zaczepionym, aż do wyzionięcia ducha.
Prośbę o ścięcie mieczem, jako honorową i stanowi rycerskiemu przynależną, Sąd odrzuca. Infamis i łotr czci nie posiada, przeto śmierć jego hańbiąca być musi.
* in toto – z łac. “w całości”
* nihil ad rem – z łac. “nic to zmienia”, “nic do dodania”
* damnato ad uncium – z łac. “skazanie na hak”.