komentarze: 1437, w dziale opowiadań: 1270, opowiadania: 375
komentarze: 1437, w dziale opowiadań: 1270, opowiadania: 375
Zygrfrydzie, dziękuję za przeczytanie! Skrótowość poniekąd wynikała z chęci wpasowania się w limit. Kolejny raz powtórzę, że nominacja jest miła, ale opowiadanie nie celowało w piórko, tylko w przyzwoitą kontynuację serii ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Możemy przedłużyć termin wyzwania, i tak nowego nie da się opublikować – próbowałem.
W ramach protestu ogłaszam Tydzień Świstaka – powtarzające się do znudzenia wyzwanie z wiaderkiem i deską :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witamy nowego uczestnika wyzwań!
Obok wyraźnie wkurzonego gnoma stał wysoki, chudy elf ciężkich okularach.
Zgubiło się “w”
W didaskaliach dialogowych czasem jest wielką literą, kiedy powinno być z małej – zapytał i wydusił są “paszczowe”
Próbował zachować spokój i zaczął od zaprzeczania.
Końcówka objaśnia to, co czytelnik już wie – niepotrzebnie.
Całość ładna – tak mało znaków, a wyszedł całkiem przyjemny magiczny świat, w którym każdy szczególik jest ciekawy. No i deska do krojenia przestrzeni i otwierania portalu świetna!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
– Wezmę to wiaderko. I deskę do krojenia!
– Cztery obole, młodzieńcze.
– Eee, dlaczego tak drogo?
– Wiaderko dwa i deska dwa.
– Ale to zwyczajna deska!
– Z drewna oliwnego, mały. I uprzedzam, mam tylko takie, najlepsze, z warsztatu samego Tektona.
– Ale ta deska to sęk na sęku!
– Wymienię, skoro się nie podoba.
– Nie! – Młodzieniec zareagował nadzwyczaj gwałtownie, kiedy handlarz sięgnął po deskę przykrywającą wiaderko. – Ta mi się podoba! Tak w sumie… jak ma sęki, jest twardsza!
– Niech będzie – westchnął handlarz – Obniżę do trzech i pół.
– Mam tylko trzy – Młodzieniec rozłożył ręce. Handlarz zmarszczył brwi sięgnął do brody, by zwyczajowo się podrapać, lecz w tej samej chwili zza rogu ulicy rozległy się krzyki.
– Na Zeusa, cóż to za rwetes?
Do wrzasków i tupotu sandałów dołączyły kolejne, niepokojące odgłosy: chrumkanie, sapanie, a na koniec dziwaczny warkot, od którego kupcowi aż zjeżyły się włosy na karku.
– To jak, sprzeda pan za trzy?
– Co? Ach, tak, niech ci będzie, targujesz się niczym Hermes… – Handlarz nawet nie patrzył już na chłopca, tylko na ulicę, którą w popłochu przebiegali kolejni mieszkańcy miasteczka. Zgarnął bezwiednie dwa obole i wrzucił do sakiewki.
Młodzieniec ukłonił się, wziął nakryte deską wiaderko przed siebie i ruszył w przeciwną stronę, niż wszyscy inni. Kupiec pociągnął nosem: zdawało mu się, że poczuł zapach lekko przejrzałych gruszek. Dopiero po chwili zerknął na skrzynie z owocami.
– A to spryciarz, niech no ja cię dopadnę!
Wybiegł przed kram, ale widok kolejnej osoby uciekającej w panice ostudził jego zapał do ścigania złodziejaszka.
Tymczasem młodzieniec cierpliwie taszczył wiaderko. Główna ulica miasteczka opustoszała – nie licząc ogromnego dzika, który właśnie demolował stragan i próbował dosięgnąć jego właściciela. Handlarz uczepił się rękami krawędzi dachu, a nogami dyndał w powietrzu. Przy studni był jeszcze ktoś, muskularny mężczyzna oparty o cembrowinę. Ze spokojem patrzył na scenkę rozgrywającą się zaledwie kilkadziesiąt kroków od niego.
– Wujku Herkulesie, mam! – krzyknął radośnie chłopak.
Siłacz uśmiechnął się i pomachał to towarzysza.
– Świnka! – Pokazał palcem rozjuszonego dzika. – Świnka zła!
– Pamiętasz, jaki jest plan?
Mężczyzna podrapał się po głowie, dwa razy przewrócił oczami i zmarszczył czoło.
– Eee… Yyy…
– Nie szkodzi, wujku. Damy radę.
Młodzieniec odwrócił się do dzika. Gwizdnął głośno.
– Ej, głupia sterto sadła!
Postawił wiaderko na ulicy i odsłonił deskę.
– Szkoda tych frykasów dla ciebie, ale trudno.
Wyjął jedną gruszkę i odgryzł kawałek, po czym rzucił resztą. Trafił dzika prosto w zadek. Ten odwrócił się i prychnął, a potem pochylił łeb. Po chwili pędził już w stronę młodzieńca. Ten przechylił wiaderko, żeby zwierzę poczuło i zobaczyło zawartość, a potem zręcznie uskoczył w bok.
Wielki knur wyhamował, prychnął jeszcze raz, po czym dorwał się do gruszek: łapczywie pochłaniał kolejne owoce, aż wreszcie zostały już tylko te na dnie wiaderka. Włożył wielki łeb do środka. Słuchać było mlaskanie, przerywane stukotem długich szabli knura o drewno.
– Teraz, wujku! – Młodzieniec wręczył siłaczowi deskę.
– Hę?
– Ja naciągam mu wiadro na łeb, ty walisz deską w denko. Z całej siły! Tylko w wiadro, nie we mnie, rozumiesz?
– Yhym. Ale świnka bardziej zła!
– Trudno. Przeprosimy ją potem, dobrze? A teraz do roboty, bo zaraz zeżre wszystko i plan weźmie w łeb, dosłownie!
Młodzieniec dobiegł do dzika i naciągnął mu wiadro głębiej na ryj. Zwierzę potrząsnęło głową i niewiele brakowało, by przewróciło śmiałka, ale w tej samej chwili Herkules wziął zamach i uderzył. Rozległ się trzask: szable przebiły wiadro i zaklinowały się w twardym sękatym drewnie deski.
– No i po krzyku. To zabieramy go do króla. Nie, co ty robisz?! Po co go tachać, jak możemy wrzucić na wózek? Dopiero przed pałacem zarzucisz go na plecy, tak, dla pokazu.
– Ale to nie ta świnka, co ją chciał król!
– Jest wystarczająco wielki i straszny. Nikt go o imię nie będzie pytał. Dobrze się sprawiłeś, wuju. Jeszcze tylko osiem i będzie bosko!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Wygląda na to, że jutro będę ratował honor wyzwań :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
No i ktoś się przywlókł nocną porą :)
Czytało się całkiem płynnie – lekki, przystępny styl. O tej porze nie wyłapuję wprawdzie niedoskonałości językowych, chyba że są bardzo wyraźne – a tutaj takich nie napotkałem.
Konstrukcja fabuły też mi się podobała, ponieważ szybko przechodzimy przez to, co w opowiadaniu o śmierci nieuniknione i zaczyna się akcja. Dobrym zabiegiem jest podział na rozdziały zatytułowane nazwami grzechów. Wprawdzie odbiera to element zaskoczenia (czytelnik wie, że bohater zmierzy się z grzechami) ale i tak zachęca do czytania – bo chcemy się dowiedzieć, jakie wyzwania spotkają bohatera.
Zatem początek mnie wciągnął i kibicowałem bohaterowi przy wędrówce przez Czyściec – choć miejscami miałem również skojarzenia z chińskim Diyu. O ile taka koncepcja była wciągająca, to przy wyborze wyzwań i opisie przygód bohatera miałem mieszane uczucia. Aż się prosi, żeby grzechy i kuszenie miało głębię psychologiczną, tymczasem dostałem kilka lekkich, zabawnych scenek. które jednak równie szybko weszły mi do głowy co z niej uleciały.
Bohater nie był szczególnie surowo karany, czasem miałem wrażenie, że po prostu spaceruje (wyjątkiem były psy). Regeneracja w kolejnych poziomach gry obniżyła napięcie fabularne i stawkę do poziomu, na którym historię po prostu się czyta, ale bez wypieków na policzkach. Wiemy, że i tak dokądś dojdzie, nie czułem zagrożenia.
Bardzo mało jest interakcji z ludźmi/duszami, nawet tymi “wirtualnymi” – w zasadzie tylko scenka z “bajerowaniem” damy wyróżnia się pod tym względem. W większości przypadków bohater zmaga się ze złośliwym otoczeniem.
Często wyzwanie/kara nie pasowały mi do tytułu rozdziału.
Pycha: rozumiem metaforę z błotem, ale to jednak przenośnia. Pycha najczęściej ujawnia się w traktowaniu innych ludzi. Tutaj widziałem raczej przywiązanie do rzeczy materialnych niż pychę.
Głupota: owszem, wybór pierwszych lepszych drzwi nie jest szczególnie rozsądny, ale to akurat bardziej pasowało mi do lenistwa/nonszalancji. Czy brak chęci do rozwiązywania zagadek jest od razu głupotą?
Chciwość: w miarę trafione, choć znów bardziej pasuje do skąpstwa (problem z wydawaniem) niż chciwości (pragnienie, by mieć coraz więcej).
Hazard: bohater gra w co popadnie, ale nie dowiadujemy się, dlaczego tak robi. Mam wrażenie, że przejście przez ten “pokój” nic go nie nauczyło – dostał żetony, stracił je i przy okazji ubranie. To jedna ze scenek, w których w ogóle nie czułem napięcia.
Tchórzostwo: czy strach przed gigantycznym pająkiem jest tchórzostwem? Pająk to drapieżnik, przy tych rozmiarach upolowanie człowieka nie stanowiłoby dla niego problemu. Wprawdzie na końcu okazuje się, że to rzeźby, ale nie widzę w tym zachowaniu tchórzostwa, raczej chęć przetrwania. Może bohater ma fobię, ale czy fobia to od razu grzech? Nie udzielenie pomocy innej osobie jest dużo wyraźniejszym aktem tchórzostwa.
Gniew: tego fragmentu zupełnie nie rozumiem. Czy przejście przez ogień jest gniewem? Jeśli to jakaś metafora, to bardzo odległa.
Podsumowując: język super, ogólna koncepcja dobra, szczegóły już mi nie zagrały.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Hejka, dalej mi się podoba. Może napiszesz powieść?
Na razie muszę uporać się z ostatnim opowiadaniem z tej serii, co nie jest łatwe, kiedy siada się do laptopa po 22:00. Potem zerknę na wszystkie części i zobaczę, co z tym się da zrobić – na razie bardziej zbiór opowiadań niż zwarta powieść, ale… technicznie jest to do zrobienia. Tylko z czasem jak zwykle problem, a jeszcze dochodzi strzyżenie opowiadań w konkursie, żeby wyrobić te 80% :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Cieszę się! Jak to z moimi historiami bywa, są już kolejne części :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Jimie, formacja mułowców z Wąwału tak mnie zainspirowała, że chyba staną się bohaterami opowiadania. Wyobraźcie sobie natarcie takiej formacji: mułowce w szyku bojowym, każdy lekko przymulony, oczywiście na mule bojowym, z tysięcy gardeł dobywa się bełkot “Za mułłę!”.
Na razie rozpoznałam 4 za autorstwo, których dam sobie rękę uciąć

Z ostrymi narzędziami trzeba uważać, można skończyć po ciemnej stronie Mocy :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Edytka: u mnie coś cudacznego dzieje się z komentarzami. Jakby wędrowały z właściwego miejsca gdzieś indziej. Też tak macie?
Wszystkiemu jest winna ciemna strona strzyżenia opowiadań.
Once you start down the dark path, forever will it dominate your destiny. 
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
No właśnie, dużo wątków, dużo przemyśleń, a znaków nie za dużo, żeby to wszystko wybrzmiało.
Byłem ciekawy dynamiki rozwoju androida – czy on w ogóle się rozwijał, stawał bardziej ludzki, czy był taki od początku? Czy obcowanie z ludźmi przez tyle wieków było jak woda drążąca kamień? Czy wraz z kolejnymi naprawami nie przebudował się również układ nerwowy?
A co do kwestii relacji i rodziny, przypomniał mi się stary film “Nieśmiertelny” (tytuł angielski Highlander)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
A “przy przelotnym spojrzeniu”?
Aliteracja się zrobiła. Minimalistycznie “W przelocie”, można też spróbować “omiatając spojrzeniem przechodniów (…).” lub coś w tym stylu.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Gdyby nie pies żandarma, obszczekujący zainteresowane mną szczury, pewnie leżałabym tam do pierwszych roztopów
Imiesłów przymiotnikowy źle tu brzmi. Może “który zaczął szczekać na (…)
Prawdą jest też, że moja blada jak porcelana twarz, otoczona wiankiem oszronionych jasnych włosów, zastygła w uśmiechu
Większość opowiadań o śmierci w tym konkursie powtarza urban myth o tym, że na twarzy zastyga ostatni wyraz. Polecam poczytać opinie patologów. Zetknąłem się z tym problemem jeszcze przed upowszechnieniem się wyszukiwarek SI więc czytałem kilka artykułów w oryginale.
Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc znajome grzechotanie drewnianych patyczków i, jakbym chciała im coś udowodnić, pstryknęłam palcami
Kolejny imiesłów do odstrzału – usłyszawszy
Namalowane pędzlem utkanym ze wspomnień przybierały postać miejsc, w których już byliśmy, chociażby w snach, i dokąd chcieliśmy wrócić.
Dla mnie zawsze prószył śnieg.
A tu nie ma błędu, tylko ładna koncepcja zaświatów!
Choćbym przez kolejne trzysta lat musiała wciąż oglądać się za siebie i sprawdzić pod każdym kamieniem,
Niezgodność czasów. Może lepiej “sprawdzać”
a każdy tak unikalny, że przy krótkim spojrzeniu nie sposób było wychwycić wszystkich implantów i ulepszeń, którymi poddali swoje ciała.
Drażni mnie “przy krótkim spojrzeniu” – chyba lepiej je czymś zastąpić albo przynajmniej zmienić konstrukcję gramatyczną.
Co innego nielegalne wtargnięcie do prywatnego szpitala, a co innego zamienienie funkcjonariuszy miejskiej ochrony w płonące pochodnie.
Wystarczy “w pochodnie” – robi się tautologia.
Znów spojrzałam w jego oczy odbijające się w lusterku.
Chyba lepiej “w odbicie jego oczu w lusterku”
Tuż za jego plecami dostrzegłam uzbrojonych mężczyzn, którzy wynurzyli się z hangaru. Szli tyłem, ostrożnie stawiając kroki, i nie odrywali wzroku od celu przed sobą. Dwóch ściskało jelce katan, trzech mierzyło z karabinów sonicznych, a jeden ze strzelby.
Sześciu na jednego. Niesprawiedliwie.
– Roland – szepnęłam, gdy rozpoznałam kroczącego ku nim Powiernika, szczerzącego się w krwawym uśmiechu.
Scena na tyle zagmatwana, że czytałem ją dwa razy, żeby zrozumieć, co się stało. Szczególnie, że powinna najpierw zobaczyć ich, potem Powiernika.
Powiernik zamłynkował efektownie, tymczasem ja pstrykałam obłąkańczo palcami, jakbym rozgrzewała się do dance-offu, a nie mordobicia. Rycerz wyciągnął zza pasa sztylet i rzucił mi go pod nogi.
Synonim “Rycerz” pojawia się nagle, bez uprzedzenia. No i “zamłynkował” problematyczne (kręcił młynka).
Ubrania i prześcieradła zaczęły spadać jak płonące ptaki.
Łowcy próbowali dusić płomienie, które na nich przeskakiwały i strzepywali z włosów żarzące się strzępy tkanin
Bardzo palne robią ubrania w przyszłości :P Ale scenka kreatywna.
Wrażenia ogólne: podobała mi się wartka akcja i budowanie świata. W zasadzie przez całe opowiadanie miałem wrażenie ekspozycji. Koniec niczego nie kończy, a historia wydaje się być wstępem do większej całości.
Czy to źle? Dla tych, którzy czekają na opowiadania-zamknięte pudełeczka, pewnie tak. Dla miłośników serii i je piszących niekoniecznie. Ja przeważnie piszę serie, więc otwarte zakończenie mi nie przeszkadza, ale pewnie niektórzy będą szukać jakiegoś morału i go nie znajdą. Za to twist fabularny jest, choć nie poczułem się nim specjalnie wstrząśnięty.
Ze względu na przyzwoite światotwórstwo i niebanalne pomysły należy się biblioteka!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Czepialski czytelnik też się cieszy, że nowa fryzura się podoba, zwłaszcza że to zasługa Autorki. Albo Autora. W każdym razie polecam się i biegnę do innych owieczek!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Przybywam!
Całą dobę nikt nie pochylił się nad opowiadankiem? Gwałtu rety! No dobra, to jedziemy, Autorko (chociaż dałeś/łaś do zrozumienia, że o płci nic nie wiadomo, ale trudno mi tak pisać bezosobowo. Masz bohaterkę kobiecą to chwilowo będziesz Autorką ;) )
Tod śmieje się cicho, zapewne w reakcji na moją rozwartą buzię.
Ostatnie słowo robi z bohaterki dziewczynkę. Dziewczynki mają buzie, kobiety mają usta.
– Aniela. Nie znaczy to jednak, że mamy teraz iść razem jak stare małżeństwo.
Zrozumiałe, ale może wdzięczniej byłoby “Aniela. Tylko nie myśl sobie, że teraz pójdziemy razem jak stare małżeństwo”
Rusza pierwszy, stąpając pewnie, a jednocześnie lekko po tęczowym bruku.
Rusza przodem będzie chyba wdzięczniejsze
a po lewej huczy wodospad, który próbuje zagłuszyć śpiew i skrzek papug.
To jednak huczy?
Brzozy o biało-czarnych pniach i gęsto zazielenionych gałęziach
Koniec jest zrozumiały, ale nie jest szczególnie zgrabny. Zwięźle “i gęstym listowiu”. Rozwlekle można dać metaforę o zielonym baldachimie albo cuś takiego :P
Czuję błogość i spokój, gdy nagle… widzę dziecko wpadające do ogniska!
Taki sposób opisu czyni ze zdarzenia “migawkę”, nieruchomy obraz, w dodatku sugeruje, że to dziecko wpada cały czas, miej nad nim litość!. Może “widzę, jak dziecko wpada do ogniska”.
(Odczytałem to jako element “matriksa”, rozmyślną wizję, którą serwuje jej Tod – bo dzieci jednak rzadko wpadają do ogniska. Częściej się parzą , kiedy próbują wyciągnąć albo dołożyć patyk.)
nie mogąc oderwać oczu od liści brzóz mieniących się pod wpływem promieni słońca.
Zbyt technicznie, po prostu mieniących się w słońcu/świetle
Jeszcze nigdy nie czułam się tak beztrosko, a nawet mnie tam nie ma, tylko obserwuję z boku. Czuję, jak powoli wszystkie mięśnie się rozluźniają; karku, ramion, nóg… A umysł oblepia ta cudowna nieświadomość, jaką odczuwa się zaraz po przebudzeniu, te kilka sekund, gdy nie pamiętasz, co cię trapi od dni, tygodni, miesięcy.
Z jednej strony ładnie opisane, z drugiej bohaterka robi się bardzo teatralna – jej nastrój zmienia się szybko w zależności od scenerii. Jeśli tak łatwo ulega chwili, to zaczynam szukać w niej głębszego problemu psychicznego. Są zwykle dwie szkoły tworzenia takich bohaterów: łatwiejsza “robi tak, bo taka jest” (motyw poza tekstem) i trudniejsza, która naprowadza czytelnika na to, dlaczego tak postępuje (motyw wynika z tekstu).
Ale tam też jest moja mama, moja siostra, cała rodzina, która za mną tęskni. Znajomi, przyjaciele, wyzwania, przygody… Które niekoniecznie będą miłe. Sukcesy, ale i porażki…
Naprawdę nie wiem…
Tutaj odnajduję wyrwę w logice. Fajnie, że dowiedziała się, że istnieje niebo, ale czy to od razu powód, by zakończyć życie? Idąc tym tropem, katolicki kapłan powinien zabijać dzieci zaraz po ochrzczeniu (bo pójdzie do nieba i nie nagrzeszy) – hm, jest pomysł na horror z seryjnym mordercą ;)
Takie to naciągane, że w tym momencie straciłem więź z bohaterką. Do tego zdania jeszcze jakoś mogłem się w nią wczuć, ale tutaj kompletnie odpadłem.
Przez parę wydobywającą się z naparu obserwuję Toda
Znów zbyt technicznie i w dodatku z powtórzeniem
Podoba mi się jego uśmiech w postaci śnieżnobiałych zębów.
A mi się nie podoba to zdanie, bolą od niego zęby :P
Może tak: Podoba mi się jego uśmiech i błysk śnieżnobiałych zębów
Można jeszcze dodać: Podoba mi się jego uśmiech i błysk śnieżnobiałych zębów spomiędzy rozchylonych warg – ale czytelnik odczyta to jako wyraźne zainteresowanie seksualne.
Zanim zdążam się obrócić, znika za drzwiami i zostawia mnie samą w tym dziwnym pomieszczeniu.
Jestem wyczerpana. Dobrze, że w świecie Pomiędzy też istnieje sen. Kładę się na łóżko, które jest zaskakująco wygodne.
Ejże, piła herbatę, a gdzie łazienka? Mycie zębów jej daruję :P
Nie mam pojęcia, dlaczego dopiero po kilku dniach odważam się je zadać. – W tej kwestii nie mogę ci pomóc.
Po kilku dniach w pokoiku bez toalety nie dziwię się, że nikt nie chce z nią rozmawiać :P
Figluje z kruczoczarnymi włosami Toda, pozostawia na nich blask
Jak wiatr pozostawia na czymś blask? Wiatr to ruch powietrza, nie światło!
Chwyta moje palce, a je nie oponuję.
Literówka – ja nie oponuję
– Jednak jesteś głupi – mówię ostro, pozytywnie zaskoczona swoją szczerością.
Didaskalia to znów opis zamiast pokazywania.
W głowie i sercu wybucha mi jakaś eksplozja, ciepło rozlewa się po ciele niczym lawa po stokach wulkanu.
Bardzo drażni słowo “jakaś”. Może “Eksploduje mi serce, potem głowa, ciepło (…)”
Podchodzę do niego i kładę rękę na ramieniu, którego napięte mięśnie wyczuwam nawet przez koszulę i marynarkę.
Zgrabna chwila, niezgrabne zdanie – druga część jest dość pokraczna. To kulminacja, więc powinno czytać się gładko. Można rozbić na dwa zdania.
Czuję ręce Toda wszędzie, chwytają wszystkich wypukłości z pasją,
Zła odmiana. Wszystkie wypukłości, nie wszystkich wypukłości. W sumie dobrze, że wklęsłości ominął :P
I to na tyle strzyżenia!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Odwracam głowę na boki; szafki, szpitalne łóżka, puste.
Jak w połowie opowiadań w tym konkursie :)
szurania pielęgniarek w crocsach, którym nigdy się nie spieszy,
Chodziłyby szybciej, gdyby crocsy się spieszyły? Przy takiej konstrukcji gubi się podmiot, ale czytelnik to łyknie
Otwieram je i z wrażenia na chwilę zapominam oddychać.
O oddechu nie trzeba pamiętać, przynajmniej, jeśli jest się ssakiem lądowym :P
Ogromny wodospad, od którego huk wody powinien mnie ogłuszać, szumi przyjemnie dla ucha
Całe zdanie mało zgrabne, zwłaszcza drugi człon. Może tak: Wodospad tak ogromny, że powinien ogłuszać hukiem wody, zamiast tego przyjemnie szumi.
Czytelnik raczej wie, że bohaterka nie android, słyszy uszami. Poza tym unikamy słowa “który” do kolejnej przeróbki.
Kolorowe papugi siadają na gałęziach soczyście zielonych drzew, a te zdołały się zakorzenić w skałach okalających wodospad.
Ostatnia część sprawia wrażenie, że czynność zakorzeniania nastąpiła na oczach bohaterki. Może “które wczepiły się korzeniami w szczeliny skał okalających wodospad”
Niepewnie stawiam pierwszy krok. Nic się nie dzieje, lęk stopniowo znika.
Może chodziło Ci o “nic złego się nie dzieje” – bo w obecnej wersji czytelnik może wpaść w przekonanie, że nie udało się jej wykonać kroku.
Docieram do bariery mostu. Za nim roztacza się krystalicznie czysta woda, niebieska jak na reklamie wycieczki z biura podróży.
Za mostem czy pod mostem? I czy most ma barierę czy barierkę? I czemu barierka jest szczególną częścią mostu, do której dociera bohaterka – moim zdaniem dociera do mostu, a za barierką… no właśnie, woda się nie roztacza, widok się roztacza. Woda ma taflę, która może się rozpościerać (przeważnie między czymś a czymś).
I raczej w reklamie, bo na reklamie oznacza na nośniku (na przykład billboardzie).
Przed sobą widzę jedną stronę deptaku. W centrum stoi szpital, który rozpoznaję tylko po wielkim czerwonym krzyżu nad wejściem.
deptaka. I w centrum czego? Jednej strony deptaka?
Budynek bardziej przypomina średniowieczną gospodę z tymi brązowymi belkami na modłę domów pruskich i zielonymi, murowanymi ścianami.
Kto na forum uwielbia takie domy? Czyżby HollyHell? ;)
Wędruję spojrzeniem po łańcuchu domków, ciekawa jego długości i końca.
A to nie tautologia czasem? Bo koniec wyznacza też długość. Może: ciekawa, jak daleko sięga.
W niektórych siedzą nawet ludzie, choć są nieliczni.
Powtórzenie i mało zgrabne zdanie.
Ostatni budynek graniczy z bardzo wysokim murem, a ten biegnie od przygranicznego domku aż do balustrady mostu i przecina go na środku żelazna brama.
Pogubiłem się. Dajcie mapkę!
Przejeżdża kilku przechodniów, robiąc z nich dosłownie mięsną, krwawą miazgę.
Musiałby ich chyba przejechać kilka razy wprzód i wspak, chyba że jeździ latem na łańcuchach :) Odebrałem jako element fantastyczny.
Kierowca jednak jedzie dalej i znika w kolejnej uliczce.
Kolejnej w stosunku do czego?
Ten okropny widok dosłownie zapiera mi dech
To jest już tell zamiast show – opisywanie.
Szarpię za bramę, ale ona nawet nie drgnie.
Szarpię bramę (ale szarpię za klamkę) – ja też się na tym wykładam w opowiadaniach ;)
Kobieta już nie przypomina człowieka, tylko… chodzącą kupę mięsa. Krzyczy z bólu, jakby gotowali ją w ogromnym kotle.
Autorko, nie jesteś przypadkiem na diecie karniworowej? Nie jest to najlepszy opis, jaki widziałem, zwłaszcza w odniesieniu do osoby z poparzeniami, a słowo “kupa” budzi dziwne skojarzenia.

Dyszę ze zmęczenia i przerażenia. Gdy uspokajam oddech, zauważam, że moje ręce gwałtownie drżą.
Pierwsze zdanie to opisywanie zamiast pokazywania. I co to znaczy “gwałtownie drżą”? Coś mi pachnie (nie kojarzyć z obrazkiem powyżej) kalką z angielskiego, my hands shake violently. Robisz takie kalki w myślach, Autorko?
Obserwuję rybki, które pływają sobie beztrosko. Zastanawia mnie, kiedy się obudzę. Czy ryby zdążą mnie pokąsać albo nawet zjeść?
Poza piraniami w zasadzie nie ma takiego zagrożenia. Jakoś wysiadając z kajaka do rzeki nie myślę, czy coś mnie zje czy nie. Więc skąd tutaj nagle rybki-ludojady? Coś mi się wydaje, że to było wytłumaczenia dla czytelnika, dlaczego nie skoczyła.
A szkoda, bo Tod mógłby jej pomóc wyjść z jeziora albo nawet ją wyłowić i wtedy ich spotkanie wyglądałoby piekielnie naturalnie. Startując z pozycji wybawcy/rycerza mógłby ją łatwiej uwieść, w dodatku gdzieś trzeba wysuszyć te mokre ciuchy, no i może skaleczyła się o kamień… Czytelnik tak łatwo by się nie domyślił, że to Pan Śmierć.
– Bo jeśli to nie jest sen i skoczę…
To się zmoczysz, kobieto, z cukru jesteś ? :P
Męski, pewny głos zza moich pleców zaskakuje mnie tak bardzo, że natychmiast przestaję płakać
Jasne, że zza jej pleców. Poza tym to znów kalka z angielskiego.
równie czarnych spodniach na kant,
Wydaje mi się, że w kant. Ale jeansów nie prasuję, więc mogę się nie znać :P
Jednak starannie przystrzyżona broda, z rzadka przyprószona siwizną oraz spojrzenie charakterystyczna dla ludzi, którzy widzieli wiele, sugerują z kolei, że już trochę życia ma za sobą.
Błąd odmiany. I chyba moja wyobraźnia zastrajkowała w drugiej części. Też widziałem wiele drzew, jezior i gór – to mam jakieś szczególne spojrzenie? Domyślam się, o co chodzi, ale chyba trzeba to opisać zgrabniej.
Jednak gdy moje przypuszczenia zostają potwierdzone przez tajemniczego mężczyznę, który prawdopodobnie pełni tutaj rolę szefa
Bo tak wymyśliłaś, Autorko? Twoja bohaterka błądzi dotąd jak bezradne dziewczę we mgle, a tutaj nagle od razu jest Sherlockiem i wie, że to szef. Nie kupuję tego. W dodatku tutaj zrobiłaś kolejną dziurkę w baloniku napięcia fabularnego.
Z tej odległości nie widzę szczegółów, jednak w oczy rzucają się liczne wzgórza i małe górki w przeciwieństwie do płaskiego terenu, który dominuje po Stronie Życia
Liczne wzgórza i małe górki nie brzmią dobrze w zestawieniu. I skąd ona wie, jaki tam dominuje teren, jest kartografem? Chyba widziała tylko kilka uliczek…
jestem w stanie dostrzec wyłaniającą się zza murów obszerną gamę różnorakich barw;
Obszerna gama różnorakich barw tak mnie zmęczyła, że życzę dobrej nocy.
Przepraszam, że wyczesałem tylko kawałek. Ale przyrzekam, że wrócę z maszynką do strzyżenia owiec :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Skoro nie był betowany, to wrócę na czesanie, tylko wezmę grabie i siekierę grzebyczek :)
Czyli przeczytałem, będzie ciąg dalszy uwag. Na razie widzę mocną inspirację konkursowym obrazkiem i bohatera, który od pierwszej chwili w wyobraźni czytelnika jest tym, kim okaże się w ostatniej scenie, nawet imię go zdradza. W ten sposób, autorko, spuściłaś z fabularnego balonika połowę ciśnienia, ponieważ nie ma twistu. Ale i tak nieźle się czytało – choć przyznam, że kilka razy czułem efekt nakładania czytelnikowi czegoś łopatą do głowy.
Odnośnie pytań wcześniejszych czytelników/czek: od spotkania Toda wyraźnie widać, że cały ten świat to tylko matriks. Moim zdaniem nie ma tam innych dusz, inaczej całość traci logikę (przynajmniej dla mnie). Czyli, Autorko, kupuję to, ale pod warunkiem, że to wirtualny twór wytworzony do skuszenia tej jednej osoby.
No i co do zbliżenia na końcu, dobrze że urwałaś w tym miejscu, bo technicznie dalszy ciąg jest karkołomny :P
Awansem klikam bibliotekę (ale czesanie przyjmij jako równie nieuchronne co Tod) :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Drobiazgi:
Wyłączył główny projektor, odcinając do od sieci.
Literówka i imiesłów do odstrzału
Nagle szum klimatyzacji, pracującej lodówki i muzykę Louisa Armstronga, płynącą z winylowej płyty, przerwało pukanie do drzwi.
Z takim szykiem mało naturalnie się czytało, choć logicznie to pasuje
W progu stał mężczyzna w płaszczu z ciemnego kompozytu. Gdy na niego spojrzał, jego wszczepiony interfejs optyczny automatycznie nałożył na postać siatkę diagnostyczną.
Nie wiadomo, kto jest podmiotem w drugim zdaniu, trzeba to odgadywać, czyli nie czyta się płynnie
Nie miała zmarszczek, ale w jej rysach tkwiło coś tajemniczego. Mądrość, lecz także bijąca od niej aura nostalgicznego smutku
To bardziej tell niż show
Kręcone włosy i delikatny zarost dopełniały niepokojąco wręcz naturalnego wyglądu człowieka.
Nie brzmi to dobrze
Paul wstał gwałtownie z kanapy i cofnął się o krok. Był już prawie pewien kim jest ów tajemniczy gość.
– Paul Emmet Braun? Miałem się tu stawić – powiedział krótko Somniosus, wciąż wpatrując się w płótno.
– Wie pan, o tej porze przeważnie już nie pracuję – odparł Paul.
Skłamał. Nieraz przyjmował o tej porze, a nawet jeszcze później.
– Chociaż w sumie… Po co właściwie pan przybył? – zapytał z zainteresowaniem.
Po co bohater bawi się w ciuciubabkę z androidem? Nie widzę sensu, poza wydłużeniem tekstu.
Dlatego też tyle lat pracował nad stworzeniem syntetyka zdolnego przeciwstawić się prawom stanowionym przez czwarty wymiar, jakim był czas.
Ten czwarty wymiar to również ozdobnik – dlaczego nie po prostu upływowi czasu? Żeby mądrzej brzmiało?
Jak widać, drobiazgów trochę jest, a w ich znajdowaniu doszedłem dopiero do rozpoczęcia opowieści. Co nie znaczy, że czytało mi się trudniej – może i zauważałem usterki, ale historia była prowadzona w miarę sprawnie.
W zasadzie po przeczytaniu w pamięci została mi ostatnia scenka, jakbym również kasował wcześniejsze szczegóły. Tylko że ona oznacza, że android był “ludzki” już we wczesnym etapie swojej podróży przez czas, a potem tylko się przyglądał.
Morał chyba taki, że warto zauważać uczucia i relacje, a inne usuwać z bufora, że w pamięci zostają dramatyczne wydarzenia, które poruszają nawet maszynowy “mózg”.
W zasadzie nie rozumiem, dlaczego morduje obu naukowców. Fakt, jakoś to usprawiedliwia, ale o co właściwie walczy? Żeby nie zmieniać czasu, czy żeby nie krzywdzić kolejnych androidów? Ten drugi motyw wydaje mi się prawdopodobny. Z drugiej strony, czy stała mu się aż taka krzywda, a cała podróż była cierpieniem? I czy jedyne, czego się nauczył, to zabijać ludzi?
Więc może pozostanę przy tym wątku rodzinnym jako głównym przesłaniu.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O ile pamiętam kiedyś NASA miało problem ze skanowaniem płytek osłon termicznych wahadłowca w bardzo dużych powiększeniach, wymiar był podobny jak tej kostki., a chcieli zobaczyć jak zaczyna się proces degradacji właśnie na poziomie warstw atomów.
U Ciebie chyba przydałaby się kombinacja mikroskopu elektronowego (jeszcze jeden warunek pomiaru – powierzchnia przedmiotu jest przewodząca, nie wiem, czy kostka przewodzi) z detektorem EDX (analiza składu powierzchni), do tego X-ray do analizy struktury atomowej+ od razu tomograf rentgenowski, i jeszcze głowica AFM do skanowania powierzchni. Wydaje mi się, że nawet obecnie są możliwości techniczne by coś takiego zbudować, ale jest po prostu za drogie. No i kombinacja tych trzech metod to wyzwanie dla sieci neuronowej.
To w sumie tylko dekoracja w opowiadaniu, nie będę się nad nią pastwił XD
Za to sam efekt obrotów i ten makroskopowy spin mogę kupić – jeśli spin jest jakoś powiązany z momentem obrotowym (na przykład orbitalnym) cząstek przedmiotu, to przedmiot ma taki wewnętrzny żyroskop.
Było słynne doświadczenie, w którym fizycy wymusili bodajże polem magnetycznym, żeby moment pędu elektronów (czyli związany z obrotem wokół czegoś) został skierowany w określoną “stronę” – zgodnie lub przeciwnie ze wskazówkami zegara. No i cały przedmiot poddany doświadczeniu zaczął obracać się w drugą stronę – jak śmigłowiec z wyłączonym śmigłem ogonowym :) Więc się da :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Podobał mi się pomysł na zarządzanie zaświatami przy pomocy zakonu żeńskiego – zahaczał o dystopię, bo siostry zakonne okazały się równie “ułomne” jak dusze, które miały sądzić.
Tylko kompozycja całości dość chaotyczna – niektóre wątki są naturalistyczne, inne ckliwe, na dodatek to zakończenie z chłostą i sadyzmem. Mam wrażenie, że miejscami, drogi Anonimie, rozmyślnie chciałeś nadać tekstowi ostrzejszy wydźwięk, więc pojawia się i brutalność języka, i brutalność fabuły. Tak jakbyś nie miał zaufania do tego, że bez tych “polepszaczy smaku” tekst zwróci uwagę. W dodatku nastrój poszczególnych fragmentów bardzo się zmienia, biega swobodnie od banału do patosu i grozy.
Więc, Anonimie, napiszę jak fizyk, że opowiadanie ma potencjał i nie jest to 0V, ale gdyby kompozycja i fabuła były bardziej spójne (a wątki zamknięte), to byłoby lepiej
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Hm, Anonimie, bardzo to szczwanie napisałeś, bo czytelnik czeka, aż podasz mu rozstrzygnięcie na tacy (bo tak rozleniwiły go historie z morałem widocznym z kilometra). A tu niespodzianka, musi sam się zastanowić nad przesłaniem, i od razu bunt, że za skomplikowana historia :P
Opowiadania “do przemyślenia” zawsze niosą ryzyko, że czytelnik zrozumie je inaczej niż autor. Zwłaszcza jeśli czyta je przed pierwszą w nocy. Więc moje nocne przemyślenia są takie, że wstyd i tak zwane wyrzuty sumienia są w nas, i to one są prawdziwą kulą u nogi, i to tak wielką, że pewnie utkną w każdej bramie. Staramy się żyć dobrze, otoczenie w różny sposób może oceniać te starania i nasze zasady, ale gdzieś w środku znamy odpowiedź na pytanie, czy przeżyliśmy życie tak, jak chcieliśmy i tak, jak powinniśmy.
Z perspektywy ewangelickiej grzechy zostały i tak przebaczone przez śmierć Chrystusa (uff, nie myślałem, że będę rozwijał takie tematy w komentarzu do opka), więc i tak jesteśmy zbawieni – wystarczy w to uwierzyć. I z tym uwierzeniem jest problem – bo jeśli wierzyło się w to, że postępuje się słusznie, wystarczy przejść przez bramę, ale jeśli cały czas ścigają nas “szkielety w szafie” – to znów ma się bagaż.
Więc o tak późnej (albo wczesnej) porze dla mnie jest to opowiadanie o byciu sobą, zgodności z zasadami i spójności świadomości z podświadomością (wiadomo, że czasem się rozjeżdżają, ale powiedzmy, że dążą w podobnym kierunku).
A skoro przykułeś moją uwagę o tak nikczemniej porze, to biblioteka się należy!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Drogi Anonimie,
Przypomniałeś mi opowiadaniem film A Ghost Story. Tam również duch snuł się przez cały seans, niepewny swojej roli, a widz sam odgadywał przesłanie. Pamiętam, że opinie widzów były wtedy skrajne – większości albo się bardzo podobał, albo nie podobał w ogóle.
Od razu rozwieję Twoją niepewność – opowiadanie mi się podobało, bo w tym cały snuciu się po gmachu, w trakcie którego duch nie ma wpływu absolutnie na nic czytelnik ma również czas na zastanowienie się nad przesłaniem. Więc było trochę dłużyzn, ale nie na takich, bym stracił cierpliwość do czytania, ale były również fragmenty zabawne i sarkastyczne.
Nieuchronność przemijania, konieczność zejścia ze sceny, dostrzeżenie wartości innych ludzi, kiedy jest już na to za późno, pogodzenie się z utratą sprawczości i pryśnięcie mitu o tym, że jest się niezastąpionym (i zapewne na tym bohater na tym budował swoją wartość) – takich przemyśleń, podanych w nienachalny sposób, jest wiele, a każdy może odczytać po swojemu sens opowiadania. No i ładne zakończenie.
Nic dodać, nic ująć, tylko klikać do biblioteki!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Sieć neuronowa interpretuje trajektorie odbitych elektronów i na tej podstawie tworzy trójwymiarowy wizerunek struktury atomowej
Hm, mikroskop elektronowy nie ma rozdzielczości atomowej. Do analizy strukturalnej używa się przeważnie X-ray (dyfrakcja promieniowania gamma o długości zbliżonej do odległości międzyatomowej).
Elektrony z wiązki mikroskopu elektronowego nie mają odpowiedniej długości fali. Nawet sieć neuronowa nie złamie zasad fizyki. Nie da rady, na skutek wielu zasad, od optycznych do nieoznaczoności Heisenberga.
Są obecnie np. tomografy rentgenowskie do wykonywana obrazów, ale trójwymiarowy dyfraktometr rentgenowski to byłoby coś, i w zasadzie robiłoby to, co w opowiadaniu. Ilość danych do przetworzenia byłaby istotnie potworna, ale – uwaga – i tak urządzenie widziałoby tylko powierzchnię do pewnej głębokości, nie wnętrze przedmiotu. Struktury atomowej wnętrza nie da się badać.
Samą powierzchnię da się zeskanować mikroskopem sondy skanującej (inaczej mikroskop sił atomowych). To taka bardzo mała igiełka, która jeździ wzdłuż powierzchni. Też ma rozdzielczość atomową, ale widzi tylko to, czego dotknie, a skanowanie trwa bardzo długo (bo dla takiej malutkiej igiełki nasza skala odległości to jak podróż na księżyc :) ).
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dobrze napisane i wciągające – choć, jak zauważyła Finkla, ilość niedomkniętych wątków może zastanawiać, szczególnie, że przedmowa deklaruje zamkniętą całość.
Również pogubiłem się w tym, że w oddziaływaniu na różnych ludzi obiekt daje różne efekty. Te obroty, które zmieniają jego działanie też zabrzmiały dziwnie – obroty względem czego? Pola grawitacyjnego? Wielu ludzi pewnie obracało przedmiot na rozmaite sposoby, powinien być zupełnie “rozkalibrowany”.
Momentami zawieszałem się na technikaliach (jestem fizykiem). Gdzieś pojawia się mikroskop neutronowy, a są odbite elektrony. Skąd w ogóle urządzenie bierze wiązkę neutronów, skoro można ją otrzymać albo w akceleratorze albo w reaktorze jądrowym? Jedno i drugie raczej nie zmieści się w pokoju. Takich szczegółów było trochę, może nie-fizyka nie rozpraszają – mnie zatrzymywały na moment, ale nie odbierały przyjemności z czytania.
A że czytało się przyjemnie, biblioteka zasłużona!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Słyszałem o czi-psach, ale trzy koty to już wynaturzenie. Choć kot gościł już w wyzwaniach w cudeńku z pchlego targu i również został ukradziony.
W komplecie z deską do krojenia i wiaderkiem kot brzmi niepokojąco. Może lwiątko?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Z plecakiem górskim jest taka trudność, że nie ma synonimów. Można iść w ogólne typu “przedmiot” – sprawdzę, gdzie da się wprowadzić. Plecak w podróży jest bagażem, a czy samodzielnie, hm…
Zaraz zobaczę, co dam radę z tym zrobić.
A te drzwi i klamka złośliwe, bo szarpie się za klamkę, ale szarpie drzwi, tutaj masz rację :P
P.S. Nadmuchiwana matka to oczywiście nie rodzicielka w wersji turystycznej, tylko materac. Jak każdy wyraz używany bardzo często ulega żargonowemu skróceniu – mogę zmienić na materac, będzie czytelniej. Kwestie dialogowe typu “matka mi się rozpruła” “matka mi przecieka” (podwójny żargon, bo wypuszcza powietrze) rzeczywiście mogą wzbudzać wesołość :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
współautorze nieistniejącego opka, które wspólnie sknociliśmy! :) :)
Ale jeszcze do odratowania, tylko muszę się zabrać za tę połówkę i przerobić na oddzielną historię.
Trochę jakbyś powycinał część tekstu. Cierpienie, którego dusze uniknęły, żal utraty ziemskiego życia – powiedziała im o tym? Wiem, że to bardzo subiektywne, ale naprawdę czułam się zagubiona, niczym dusze Asfodelu – i czemu oni byli zagubieni?
Hm, tak to jest, jak się siedzi w temacie mitologicznych zaświatów, i wydaje się, że czytelnik też “na bieżąco” – chyba powinienem to wprowadzić łagodniej, ale to wymaga znacznie dłuższej ekspozycji. Musiałbym mieć dodatkową scenkę, w której Nila lub inny bohater tłumaczy komuś strukturę i niuanse greckiego świata podziemi, oraz różnice między światem nordyckim a greckim. Wykładanie tego z poziomu narratora byłoby nudnawe.
W podziemiach greckich pamięć zachowywali tylko “pensjonariusze” Elizjum. Duszom z Pół Asfodelowych odbierano pamięć – rzekomo, żeby nie tęskniły i nie cierpiały. Utrata pamięci czyniła z dusz raczej żałosne istnienia – na przykład w Odysei matka Odyseusza nie rozpoznaje syna:
Siedziała tam blisko krwi czarnej matka moja,
lecz nie raczyła spojrzeć na syna, ani słowa
przemówić doń
Inny fragment Odysei (z WolneLektury.pl):
a dusza jak sen lekki ulatuje z siły,
błądząc bez celu…
Pod tym względem nordyckie podziemia były lepsze – przynajmniej w początkowej wersji dość “egalitarne”. Dusze zachowywały pamięć i groziła im jedynie nuda wiecznej egzystencji. Początkowo w ogóle nie było tam wspólnego świata podziemi i wierzono, że zmarli nadal żyją w kurhanach obok wioski, potem (mniej więcej w okresie, w którym rozgrywa się historia) bardziej “modny” stał się koncept wspólnych podziemi, ale nadal równych dla wszystkich. Dopiero transformacja z osadników do wojowników spowodowała podział nordyckich zaświatów na trzy (albo cztery) części – odpowiednik piekła, miejsce dla “średniaków” i dwie krainy dla wybrańców. Sama widzisz, że to zawikłana historia :)
Druga wersja to umieścić ten cały opis zaświatów we wstępie, żeby czytelnik wiedział, po czym… stąpa ;)
Co do kontynuacji, to myślę, że już wystarczy.
Jest jeszcze jedna zaczęta część, więc szkoda mi ją wrzucać do wirtualnej szuflady :)
Pozdrawiam i czekam na coś pachnącego świeżością bułeczek z piekarni o poranku. :)
No cuś będzie, albo wreszcie twarde SF, albo obyczajówka z realizmem magicznym. Się napisze :)
A rzędy Hadesa z radością poprawię, bo rzeczywiście to zgrzyta :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Może tym razem będą jeździć Toyotą z dieslem ;)
Jak Oliwce zamarzy się rumak, żeby wjechać na nim na konwent, to przecież siano trzeba dowozić Hiluxem, nie taczką :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Uff, wrzutka w ostatniej chwili i zaraz szykuję nowe wyzwanie. Nie ma to jak solidna zlewa za oknem, jest motywacja do pisania :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu. A wszystko zaczęło się od niespodziewanego telefonu.
– Halo? Słucham?
– Przepraszam… nie obudziłam? – rozległ się nieśmiało brzmiący kobiecy głos.
– Nie, i tak wcześnie wstaję – odpowiedziałem i spojrzałem na stertę papierzysk na biurku, która zapowiadała pracowity weekend.
– No… ja też za długo nie spałam, ale nie w tej sprawie, albo może właśnie w tej… – Zamilkła na moment, jakby się zbierała na odwagę. – Bo ja dziękuję za plecak. I pewnie pan go szuka. Przepraszam, że nie oddałam go od razu.
– Plecak?
– No, niebieski, z czerwonymi tasiemkami, w górnej klapie był adres i numer telefonu, przy tym czerwonym notesie… Do notesu nie zaglądałam! – dodała szybko.
Pobiegłem do szafy i wciąż z telefonem w dłoni szarpnąłem drzwi, a potem odchyliłem ubrania. Plecaka nie było. Poczułem przypływ adrenaliny: czy ktoś wślizgnął się niepostrzeżenie do domu i ukradł mi rzeczy, a potem porzucił gdzieś plecak?
– Jest pan tam? – spytała niepewnym głosem.
– Jestem, jestem… – Gorączkowo sprawdzałem inne zakamarki i szuflady: paszport, portfel, laptop, saszetka z euro i koronami szwedzkimi – wszystko było na miejscu. Jakim cudem zginął plecak? Albo nie zginął, skoro ktoś go znalazł…
– Czy poza notesem i karteczką… – zacząłem, ale nie potrafiłem znaleźć w myślach dalszego ciągu. – Czy był pełny?
– Tak, i właśnie dlatego dziękuję.
Stary, poczciwy Forclaz Air Plus, trzydziestka, wypatrzony kiedyś na olx. Jeden z najlżejszych plecaków górskich. Większości turystów służył zapewne na jeden spacer, ja potrafiłem się w niego spakować na kilka dni. Mieścił wszystko, co potrzeba – śpiwór, nadmuchiwany materac, worek biwakowy, jedzenie na dwa–trzy dni, menażkę i kuchenkę.
U mnie nie miał łatwego życia – służył za poduszkę, siedzisko, ocierał się o skały i gałęzie, czasem lądował w śniegu, a czasem w błocie. Dzielnie znosił trudy podróży, ale przybywało mu blizn – tu naderwana siateczka, tam zgnieciona klamerka i rozczapierzony koniec linki, a niespieralnych plam nawet nie liczyłem.
Mimo to zajmował honorowe miejsce w pokoju – za każdym razem, kiedy na niego patrzyłem, przypominałem sobie wszystkie miejsca, które odwiedziłem. Zawsze spakowany i gotowy do drogi, warował przy drzwiach niczym pies, który ze smyczą w zębach domaga się spaceru. Wiedziałem, że w każdej chwili mogę po prostu wyjść i wyruszyć, dokądkolwiek chcę.
W końcu dno plecaka zaczęło się pruć, a do zestawu wycieczkowego dołączyła igła z nicią. Kiedy przez niezauważone w porę rozdarcie wypadł jakiś drobiazg zdecydowałem, że najwyższa pora kupić coś nowego. Moja ówczesna partnerka przyjęła ten wybór z wyraźną ulgą – od dłuższego czasu narzekała, że na wycieczkach plecak wygląda obciachowo.
Staruszek został wyprany, po raz kolejny zszyty i wylądował w szafie – odruchowo spakowałem go tak jak zwykle, i tak nie było lepszego miejsca na wszystkie podróżnicze graty. Nie używałem ich zresztą równie często, jak kiedyś – praca i życie rodzinne pożerały coraz więcej czasu. Wycieczki kolejowe zmieniły się w samochodowe, spontaniczne wypady zastąpiło żmudne planowanie i pakowanie dziesiątek przedmiotów, które miały uczynić podróż wygodną, ale w końcu stawały się balastem.
– Wie pan, kiedy go znalazłam, nie miałam dokąd pójść – głos kobiety wyrwał mnie z zamyślenia. – Wiedziałam tylko, że nie mogę wrócić. Bałam się, że zaraz zrobi się ciemno… szłam na dworzec, nie wiem dlaczego, może słyszałam, że tam można się przespać. A on sobie po prostu leżał, pod ławką w parku. Na początku przeszłam obok, po co mi kolejny problem z oddawaniem znalezionego bagażu. Ale potem zawróciłam. Może jestem głupia, ale pomyślałam, że to znak. Zajrzałam do środka. I znalazłam te wszystkie rzeczy… a kiedy je pakowałam z powrotem, na ziemię wypadł wydruk biletu kolejowego. Dzień się zgadzał, tylko rok inny. Zerknęłam na godzinę, wzięłam plecak, pobiegłam na dworzec, pociąg właśnie odjeżdżał. Wsiadłam i patrzyłam, jak miasto odjeżdża. A potem się rozpłakałam. I zasnęłam, z tym biletem w ręku. To też było głupie, przecież to stary bilet, nieważny… ale konduktor chyba nie spojrzał dokładnie, albo zrobiło mu się żal. I w dodatku obudził mnie nad ranem, żebym nie przegapiła stacji.
Słuchałem opowieści, wciąż oszołomiony. W końcu przypomniałem sobie o wypadzie, do którego nigdy nie doszło i wielkiej kłótni, która wszystko zmieniła. Spojrzałem jeszcze raz na biurko. Wydruki, tabele, teksty poznaczone markerem, dwa laptopy… brakowało tylko tabliczki „kara” zawieszonej na ścianie.
Odsłoniłem okno. Promienie wschodzącego słońca sięgnęły szafy. Wydawało mi się, że na dnie, tam, gdzie stał plecak, leżała jeszcze jakaś kartka.
– … dwa razy pytałam się miejscowych, jakiejś babuleńki, a potem pilarzy. I w końcu doszłam to tego miejsca oznaczonego kółeczkiem. Do chatki nad jeziorem. Jest pięknie, śpiewają ptaki, a ja wyjadam panu jedzenie. I zrobiło mi się głupio, i zadzwoniłam…
– Nie jest przeterminowane? – wtrąciłem odruchowo.
– A kto by się tym przejmował?
Sięgnąłem do wnętrza szafy i wyjąłem kartkę. Bilet na poranny pociąg, który wtedy wydrukowałem, a potem przedarłem na pół. Dzień się zgadzał, rok nie. Do odjazdu zostało czterdzieści minut. Wyszarpnąłem z szafy kurtkę, spodnie i pudełko z górskimi butami.
– Jest pan tam? Bo nie wiem, jak panu oddam plecak. Boże, nawet nie wiem, kiedy i jak wrócę, zostawiłam tam portfel, blik mi nie działa, a komórka zaraz się rozładuje…
– Ładowarka solarna. Jest w kieszonce pod plecami. W środku jest też kabelek. W Androidzie trzeba ustawić wolne ładowanie. Działa tylko w pełnym słońcu. Da sobie pani z tym radę? – spytałem, przełączywszy na głośnomówiący, bo właśnie sklejałem bilet taśmą.
– Nie wiem. Chyba tak. Jeszcze raz dziękuję, to miejsce jest cudne…
– Cieszę się. Choć nigdy tam nie byłem – powiedziałem, pakując jednocześnie do kieszeni kurtki scyzoryk, pastę i szczoteczkę. Przynajmniej nad Jackiem Reacherem miałem przewagę, on podróżował tylko ze szczoteczką.
– Nie?
– Znalazłem to miejsce w internecie. Zaznaczyłem na mapce jako dogodny nocleg.
– To może wyślę zdjęcie? I co z plecakiem?
– Proszę go ode mnie pozdrowić. A zresztą… sam to zrobię.
Przekręciłem klucz. Jeszcze raz spojrzałem na przedarty bilet.
Rozkład połączeń mógł się zmienić. A bilet, choć nigdy nie wykorzystany, dawno stracił ważność. Powinienem połączyć się ze stroną, wyszukać połączenie i kupić nowy.
Mimo to, kiedy biegłem po schodkach na peron, nadal miałem w ręku tylko tę wymiętą karteczkę, jakby reguły rządzące światem przestały mnie obchodzić.
A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ciekawe, czy będzie “w samo południe”, bo napięcie wisi w powietrzu.
Pisownię i logikę sprawdzę przy drugim czytaniu – dużo lepiej mi to idzie, kiedy już znam cały tekst. Rzeczywiście ta rozmowa z Mściwojem ma kilka braków, można było ją poprowadzić zabawniej, np. chłopak mógłby szukać w pamięci słów brzmiących podobnie, a znaczących coś zupełnie innego.
Mam wrażenie, że, ponieważ jest młody i był zmuszany do pracy fizycznej, jego słownictwo może być jeszcze uboższe niż przeciętne – efekt izolacji, również społecznej. Wiadomo ze wcześniejszych rozdziałów, że był nieśmiały. Ale zawsze mógł podsłuchiwać opowieści starszych.
W szczególności “kubatura” jest słowem pochodzenia obcego. Nie jest jednak wykluczone, że Słowianie ogólnie mieli do czynienia z innymi językami. Ostatnio badania genetyczne wskazują na to, że na terenie Polski nie było “pustek” osadniczych. Nigdy nie odchodziły całe plemiona, a pewne wioski pozostawały pod wpływem określonej kultury, ale istniały cały czas.
W miejscu, w którym przez długi czas mieszkałem w Warszawie, ciągłość osadnicza istniała od czasów prasłowiańskich. Cmentarzyska różnych kultur mieszają się ze sobą na jednym terenie, począwszy od łowców reniferów. Znaleziska celtyckie wcale nie były rzadkością. Czy zaglądali tam kupcy ze szlaku bursztynowego, którzy rozumieli “kubaturę” – możliwe :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Po pierwsze – dobrze się czyta i wciąga, choć początek wydaje się przewidywalny. Ale im dalej w las, tym więcej drzew (mango), co więcej nawet w tym łatwym do przewidzenia starcie były oryginalne treści. Bohater – domorosły filozof, w dodatku wiecznie na bakier z systemem i rzeczywistością w ogóle, jest świetnym wyborem, żeby do tekstu przemycić w mało nachalny sposób ambitne rozważania o cywilizacji, człowieku, potrzebach – i to podane w zabawny, sarkastyczny sposób.
Obawiałem się, że zakończenie – które raczej musiało oznaczać porażkę bohatera – będzie równie oczywiste. A tutaj niepowodzenie (bohatera, nie autora :) ) owszem, pojawiło się, ale w całkiem zgrabnym i oryginalnym stylu.
Podobała mi się i koncepcja, i wykonanie, a zwłaszcza zabiegi Anonima, żeby skutecznie rozruszać szare komórki czytelników. Nie mam innego wyjścia jak kliknąć do biblioteki!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Czekała na odwrócone spojrzenia, skrzywione usta albo choć drgnięcie brwi. Kątem oka wyłowiła kręcącą się w obejściu Ludolę. Usta kobiety wykrzywił jadowity uśmiech.
Tutaj jest nie tyle powtórzenie, co zapowiedź czegoś, co się zdarzy – nie brzmi to dobrze, a czytelnik ma wrażenie, że uprzedzasz go o czymś, co się stanie. Czytelnik się nudzi, jeśli czyta dwa razy to samo.
Barczysty Bronisław opierał się o płot. Na jej widok zamarł, a miarowy łomot młota umilkł.
Wyobraźnia zastrajkowała, ponieważ pierwsze zdanie sugeruje bohatera statycznego, a w drugim uderzającego młotem.
Obracała go w dłoniach, kręcąc głową. Jej palce delikatnie dotykały połamanych prętów.
Drugie zdanie z angielską składnią. Można zastąpić np. “Przesunęła opuszkami palców po połamanych prętach” – wyraz “delikatnie” jest nadużywany w tekstach.
Albo Welesowi nie podoba się, że łowimy w jego rzece.
Można przestawić “się” wcześniej (Albo Welesowi się nie podoba), by uzyskać mniej “wschodnie” brzmienie
Wciąż czując na sobie spojrzenia sąsiadów, poszła do chaty Jagny
Składnia budzi skojarzenia z “Będąc młodą lekarką, przyszedł do mnie pacjent” :)
Słychać było tylko splot witek.
Może ściślej Słychać było tylko splatanie witek.
Splot jest dwuznaczny i oznacza również już splecioną rzecz, a ona nie wydaje dźwięku, jeśli nikt jej nie rusza.
Granica między korą a jasnym drewnem stała się wyraźna. Już nie walczył z korą na oślep. Ostrożnie wsunął nóż w szczelinę między korą a jasnym drewnem.
Te powtórzenia nie brzmią dobrze.
– Patrz. – Wskazała starą wierzbę na miedzy, gdzie w głębokim cieniu poruszał się ciemny kształt. Chodził szybko, obgryzając paznokcie.
Drugie trudne miejsce dla wyobraźni, bo chłopak jest daleko i w cieniu, a potem jest o obgryzaniu paznokci.
Sporo wątków w jednym odcinku. Część “teologiczna” ładnie pokazuje różnice w postrzeganiu kary, winy i grzechu oraz przeznaczenia. Zgrabna scena ze struganiem drewna.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Trochę szkoda, że ten fragment poległ, bo akurat wypowiedzi Oliwki ładnie budują klimat opowieści. Stylizacja języka jest mocną stroną tekstu. Pastisz i satyra również zgrabne. Tylko ta fabuła mi “nie podeszła”, ech…
A co do dźwięku silnika – hm, nic nie przebije traktorowego klekotu niezniszczalnego diesla 2.5 Toyoty :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam władcę czterech “e”!
Hm, tyle się działo ostatnio, że nawet przeoczyłem fakt nominacji (ale jest mi bardzo miło, skoro się dowiedziałem :P ).
Dla mnie ważniejsza jest ciągłość serii, zabawa światem mitologii znanej (grecka) i mniej znanej (nordycka – znamy wersje średniowieczne, a nie te z V wieku przed naszą erą). Więc nie jestem bardzo rozczarowany nieopierzeniem ;) W tej serii było już mocne otwarcie, reszta dokłada kolejne puzzle do układanki. Choć oczywiście staram się, żeby były ciekawe, a każdy tekst jest trochę inny!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Wersja Barniusza była wciągająca – ale kiedy dotarłem do zakończenia miałem wrażenie, że jest urwana w połowie. W dodatku pojawiła się śmierć bliskiej osoby, która zawsze jest dramatyczna – więc miałem wrażenie, że wiele wątków zostało otwartych, ale żaden nie zamknięty. Skok napięcia fabularnego wywołany wiadomością o śmierci trochę kłócił się z humorem na końcu. Za to przyznam, że treść zostaje w myślach!
W tekście ac podobało mi się wymieszanie absurdu z codziennością. Upakowanie kilku zabawnych scenek w tak krótkim tekście cieszyło – dobrze się bawiłem, a barman na końcu był jak strzelba Czechowa – skoro wcześniej się pojawił i niecierpliwie czekał na zapłatę, jego wątek musiał wybrzmieć.
Fragment Guru jest bardzo uniwersalny – po niewielkich przeróbkach równie dobrze funkcjonować i w XIX wieku (oczywiście bez lokalizacji), i w dwudziestoleciu międzywojennym, i w realiach dystopijnych, nie mówiąc o historii alternatywnej. Zarekwirowanie plecaka jako opakowanie zastępcze skojarzyło mi się z czasami komunizmu, a tekst jest na tyle łagodny, że jako satyra przeszedłby raczej przez cenzurę – przecież cenzora zawsze można było udobruchać tym, że bagaż zamiast służyć jednostce przysłuży się ogółowi ;)
Niedziela będzie deszczowa, to może uda mi się coś wydziergać :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Odrobinę szkoda, bo przyjaźń małej dziewczynki i zrzędliwego Przewoźnika miała w sobie jakiś czar. :)
Będzie jeszcze kiedyś nastoletnia bohaterka, zbuntowana i rozchwiana + Przewoźnik nieco zagubiony w takiej relacji, ale czas, królestwo za czas :)
Również pozdrawiam!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Zaczyna się ciekawie – scenka na poczcie jest intrygująca, a zakończenie równie dobrze może wskazywać na spisek pocztowy. Zastanawiałem się, czy pracownice poczty należą do tajnej organizacji, a wybór adresata paczek ma znaczenie. Dodatkowo spodobało mi się Krasickiego i Krasińskiego, bo to warszawski “klasyk”, i swego czasu załatwiałem coś na jednej z tych ulic – niestety nie pamiętam, na której XD
Scenka z wyprawą na cosplay zaintrygowała jeszcze bardziej – bo dostałem wyzwanie, jak połączyć te dwa wątki.
Potem pojawiła się tytułowa bomba, więc tytuł już tak nie frapował. Wprawdzie w tym miejscu akcja przyśpieszyła – przynajmniej pozornie, bo bohater utknął w samochodzie, ale wzrosło napięcie – a jednak obserwowałem wydarzenia nieco z boku, jakbym nie potrafił utożsamić się z bohaterem i poczuć jego emocje. Stawka jest wysoka, ale jakoś mnie to nie ruszyło. Nie wiem, dlaczego – bohater jest całkiem sympatyczny, jego wybrance też źle nie życzę… mniejsza o to.
W szpitalu napięcie siadło, a w ostatniej scenie z grillem – zupełnie oklapło. Może to przez oczekiwanie na fantastykę, a może chociaż jakiś globalny spisek lub tajną organizację wróżek paczkowych. Powinienem się cieszyć, że wszystko się dobrze skończyło, ale został niedosyt.
Bo było napisane bardzo dobrze, czytało się bez wysiłku, słowa działały na wyobraźnię i malowały w myślach scenki. Więc sposób przekazu był dobry, ale treść po prostu nie porwała, przynajmniej od momentu, kiedy bohater ocknął się w szpitalu.
I co się stało z tym nieszczęsnym Nissanem? ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Gdyby opowiadanie nie zostało zgłoszone na konkurs, zastanawiałbym się dłużej nad interpretacją wyprawy. Konkurs zepchnął nieco moje przemyślenia w stronę śmierci – istotnie, jest kilka szczegółów, które mogą wskazywać na to, że bohater przenosi się na tamten świat, jeśli nie jest w nim od samego początku.
Wzmianka o trzech mężczyznach, którzy odwiedzili żonę podróżnika pod jego nieobecność i trup pod koniec zasugerowały mi, że Brocke szukał mordercy żony – zaś okultystyczne znaki, że chce go “ożywić” choćby po to, by dokonać symbolicznej zemsty lub “rozliczenia”. Czy w tym celu dotarł do zaświatów w przenośni czy dosłownie –nie wyczułem, choć przejście przez Patelnię jest dla mnie przenośnią śmierci. To zdanie odczytałem jako małą podpowiedź:
– Idź dalej – powiedział Brocke, kładąc mu rękę na ramieniu. – A zobaczysz rzeczy, których oczy żywych nigdy jeszcze nie widziały.
Znalazłem kilka potykaczy logicznych, takich jak cykady – żyją na roślinach, więc jeśli je słyszeli, to minęli oazę lub przynajmniej miejsce, gdzie można było się dokopać do wody. Do tego ruchome piaski, które powstają w miejscu, gdzie piasek jest nasączony wodą – owszem, można w nich utknąć, ale wystarczy taki piasek odcisnąć i ma się co pić. Warto sprawdzić na wikipedii lub w słowniku znaczenie (inaczej kurzawka).
W serialu “Pogromcy mitów” sprawdzano kiedyś, czy można utonąć w kurzawce albo zanurzyć się po szyję – polecam.
Nazwy miejsc były zupełnie od czapki, a wyskakujący nagle Zuberec wybił mnie zupełnie z rytmu.
Językowo drażniło mnie kilka drobiazgów.
Już w drugim zdaniu jest jukowy worek – chyba jutowy?
Gdy ruszył się, by się podnieść
Są miejsca z sięlozą – to przykład. Wystarczy zamienić “się podnieść” na “wstać”, a najlepiej obejść inaczej całość, bo przecież musiał wykonać ruch.
Krzemień, dla którego oszukiwanie oszustów i zarabianie na wariatach stanowiło główne źródło utrzymania,
Do historii zawitał również ten sympatyczny stworek:

– Czemuż to? – zapytał Brocke, teatralnie udając urażonego podobnymi oskarżeniami.
– Gdyby przez tę pustynię dało się przejść, to już dawno ktoś by to zrobił – parsknął pan Ryba. – To miesiąc na wielbłądach. Nie weźmiesz pan ze sobą tyle wody. Pomijam już, że nie ma siły, żebyś to cholerne bydlę zmusił do pójścia w głąb dalej niż dziesięć mil, próbowałem. Piechotą to będzie ponad dwa. Ja widzę, że pan masz podejrzanych pomagierów, co to ni wody, ni jadła, ale nasza trójka to już inna historia. Życie panu niemiłe?
Nie mam nic przeciwko manierom językowym postaci w dialogu, co indywidualizuje wypowiadane kwestie, ale “to” używa również Brocke.
Siedział oparty o pustynny głaz
Czyli jaki? Pustynny jest krajobraz, nie głaz. Czy pies na pustyni od razu jest pustynny?
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony niezłe budowanie klimatu, kolejne fragmenty ładnie oddają trudy podróży, zagubienie, zawieszenie między życiem a śmiercią, z coraz silniejszym wskazaniem śmierć. Z drugiej ilość niewyjaśnionych zagadek “wokół” osi fabuły czasem przytłaczała. Obraz dość smutny, oniryczny i zagmatwany. Do czytania bardziej sercem niż rozumem.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam, Ślimaku!
ale skąd wiedzieliby, że ofiarą będzie akurat ta kapłanka, a nie inni ich krewni i znajomi?
Miasto było wyludnione – w jednym miejscu kryje się wzmianka o nietypowej ciszy. Istotnie, cięcia opisów do limitu zredukowały cały opis właściwie do dwóch zdań, a obserwatorem jest stary pies, więc czytelnik może łatwo to przeoczyć. Opis, który potrafi czytelnikowi jednoznacznie stwierdzić, że w mieście jest tylko kapłanka i pies, byłby sporo dłuższy. Chyba łatwiej rozbudować dialog Hadesa, który jest bardziej “wszechwiedzący” i dopytuje się kapłanki, gdzie się wszyscy podziali – uczynię to w wolnej chwilii ;)
Dziękuję za kliknięcie i dobre słowo. Istotnie, przygoda Nili ładniej (i bardziej spójnie dla czytelnika) wyglądałaby w zestawieniu wszystkich opowiadań, czytanych w ciągu – taki zbiorek tematyczny. Do tegoż brakuje jeszcze jednego elementu, w którym w sposób pełniejszy opisana jest np. rola Nili w wiosce i rozmowy z umarłymi (tutaj jedynie wspominane), takowa część, usytuowana między poprzednimi a bieżącą, pewnie pojawi się w swoim czasie, domykając serię.
Na forum przydałaby się funkcjonalność tworzenia wirtualnych zbiorków, wielu autorów ma serie, które rozrzucone są trudne do znalezienia.
Z drugiej strony wszystkie historie Nili mogą stanowić “szkielet” książki (po odpowiednim rozbudowaniu), lecz w takim wypadku należałoby przed wydaniem usunąć je z forum, przy okazji wysławszy wszystkim betującym prezent w postaci wydrukowanego egzemplarza – na razie nie mam takiego zamiaru, niech jeszcze nacieszą czyjeś oczy, zanim znikną gdzieś w czeluściach biblioteki.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Bałem się nieco “moralizatorskiego” opowiadania, które na końcu nakłada czytelnikowi do łebka to, co oczywiste. A jednak wyszła historia całkiem nieoczywista, ani czarna, ani biała, tylko szara, a czytelnik może sam wyciągnąć z niej określone przesłanie.
Więc subiektywnie historia mi się podobała – duch, który najpierw pragnie zemsty, potem się waha, potem pragnie uratować nieszczęśliwca, ale wcale mu się to nie udaje. Podobnie z Ocharem – na początku nie lubimy go ani trochę, a na końcu może nie jest aniołem, ale jest po prostu jednym z grzeszników, jak każdy inny. Nie jest wcale arcyłotrem i udało Ci się, narratorze, wzbudzić w czytelniku nić sympatii – choć można się spierać, czy to “sympathy for the devil” – raczej nie.
Pozdrawiam i do biblioteki jak najbardziej!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Po prostu przedmiot zawieszony w próżni
Próżnia jednak kojarzy mi się z brakiem atmosfery i przestrzenią międzyplanetarną, nie krainą pająków.
stworzenia występowały tu milionami.
Niezgrabne stylistycznie.
Wszystkie wyglądały identycznie. Włochate insekty – tak bym je opisał.
Pająk to nie insekt, choć to zdanie bohatera, więc może być subiektywne.
przypominała podziurawiony szwajcarski ser – pełen dziur.
Nie tylko ser, ale i masło maślane.
Matka wyłączyła procesy myślowe. Przez wieki doświadczeń nauczyła się, że rozumność nie gwarantuje przetrwania
Hm, a jak je później włączy, skoro nie myśli? Czyli najważniejsza istota w tym świecie popełniła egzystencjalne sepuku, a my dowiadujemy się tego ot, tak, przy okazji? No i całość systemu nadal działa, hm, to po co była ta zabawa?
Ciało było dziwnie przezroczyste
Skoro jeszcze nie wiemy, że wypowiada się bohater, czytelnik nie wie również, o czyje ciało chodzi.
Zobaczyłem dwoje młodych ludzi – mężczyznę i kobietę (…) Mężczyzna zdawał się być zagubiony, mały… wyglądał jak ktoś, kto przeszedł już wiele, targany życiem, dla którego przyszłość nie gwarantowała poprawy.
To taki młody-sterany życiem, czy w średnim wieku? Końcówka zdania to (wybacz, Anonimie) pustosłowie. Nie potrafię przypisać konkretnych znaczeń ani wyobrażeń ani do jednej, ani do drugiej frazy.
– A gdyby świnie miały skrzydła, to by szybowały w przestworzach – przerwał głos Matyr.
– Oburzający komentarz.
Nie tak oburzający, a to oburzenie nakładane łopatą czytelnikowi do łebka.
Mężczyzna siedział w fotelu, w pięknym, bogatym mieszkaniu. Wokół krzątał się inny mężczyzna.
– Kochanie? Może zjemy na mieście?
Siedząc w fotelu, zamyślony i zagubiony w meandrach własnych myśli, miałem dziwne poczucie, że czegoś nie pamiętam. Posiadałem wszystko, co mogłem sobie zażyczyć: piękny dom, partnera, z którym byłem już wiele lat, dobrą pracę. A jednak wciąż czułem niedosyt… Chciałem więcej…
Usłyszałem dziwny odgłos westchnięcia, w którym pobrzmiewała dezaprobata. Powietrze przesycone było goryczą…
Ten fragment nie pasuje do innych – co najwyżej do pierwszego, kiedy inny mężczyzna uśmiecha się do bohatera. Czy jest to zatem alternatywna wersja jego życia?
Na końcu znów pustosłowie, chyba że ktoś wpuścił tam gaz musztardowy ;)
Usterek jest troszkę więcej. Co do “wrażeń ogólnych”:
Kojarzyło się z filmem “Matrix”. Bardzo podobny koncept, tylko biologiczny. Sam opis roju jest interesujący i uważam, że sprawnie zrealizowany mógłby przebić pierwowzór – mamy kasty ustRoju, każda ze swoją funkcją. System jest otwarty i pozyskuje energię (poprzez nowych zmarłych), więc nie stoi w sprzeczności z zasadami termodynamiki.
Pomysł więc ciekawy, ale nie innowacyjny, więc wczytywałem się w szczegóły, ale nie czułem zaskoczenia.
Do tego dyskusje o życiu, myśleniu, świadomej egzystencji i filozofii – moim zdaniem doklejone nieco na siłę. Aż prosiło się o to, żeby czytelnikowi właśnie takie pytania rodziły się w głowie – niestety, tutaj Anonim robi całą pracę za czytelnika, albo właśnie nie robi – tylko wskazuje, i to wytłuszczoną czcionką: tutaj, czytelniku, masz sens życia, a tutaj, że istotą człowieczeństwa jest wieczne zdziwienie.
Czułem się jak zawinięty w kokon i karmiony przez rurkę.
Przeczytałem bez większych problemów, ale czy coś z tego zapamiętam? Koncepcję pajęczego roju pewnie tak, ale przemyślenia o życiu już chyba nie, ponieważ nie powstały w mojej głowie, tylko zostały podane. Trochę to wszystko udziwnione. Powinienem się utożsamić z bohaterem, bo trochę się przeżyło, ale jakoś nie potrafiłem i dość obojętnie śledziłem jego losy. Podobnie jak bohater na końcu mam poczucie, że czegoś zabrakło :/
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Regulatorzy,
Jestem wdzięczny za wizytę (i drobne poprawki) mimo upału!
Tak chyba jest z forum, kreujemy coraz to nowe światy, i zawsze “świeży” motyw mocniej działa na wyobraźnię, a zamknięte całości robią większe wrażenie niż cykle opowiadań.
Jest to ważny głos, w którą stronę iść – bo nęcił mnie powrót do świata magicznych cukinii, Matyldy i smoka, ale któż teraz będzie pamiętał, skąd wzięła się zadziorna bohaterka i że warzywa w nocy potrafią się przemienić w wojowników – więc zostaje znów żmudna ekspozycja na 10k znaków, i tylko 20k na historię, bo opowiadania powyżej 30k czyta mało osób.
Chyba łatwiej jednak pisać takie historie w książkach i zbiorkach, a na forum publikować zupełnie nowe koncepty, najlepiej zamknięte wyraźną klamrą kompozycyjną, żeby nie kusiły do repety :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
SI w dalszym ciągu myli znaczenie wyrazów – ciekawe, na jakich tekstach się uczył, może z prasy brukowej albo wypowiedziach polityków… ale historia nie jest tak mdła, jak w poprzednich modelach. Widzę problemy z czasami, narratorem, stylem – a jednak pointa jakaś jest, i to z kocurkiem. Czyżby SI wiedziała, że Tarnina będzie to czytać? Szczwana bestia :)
Testowo wrzuciłem w google zapytania i zauważyłem, że w takich zabawach językowych SI “głupieje” – na razie im trudniejsze zadanie, tym łatwiej rozróżnić SI i człowieka.
Czyli róbmy ambitne wyzwania! :D
To ciekawy test, możemy powtórzyć go za pół roku. Melendurze, zachowaj gdzieś zapytania, żeby można było zadać podobne!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
gdzie wedle legendy zatopiony jest Maluch
W rzece Łebie był kiedyś samochód (VW Golf bodajże), ale dało się go minąć kajakiem. Pamiętam za to, że raz napotkałem zator lodówkowy – stara chłodziarka wbita między drzewa zagradzała drogę. Musiałem ją zepchnąć dalej. W sumie była tak wielka, że mógłbym się przesiąść XD.
W okolicy Warszawy w rzekach wielkości Raduni też zdarzały się samochody, więc coś w tym jest. Ale tam przeważnie topiły się zimą, kiedy ktoś jeździł po lodzie, i potem latem wystawał dach.
A w samym mieście krążą legendy o czołgu zatopionym w jeziorku. Jakoś nie wierzę, że czołg akurat forsował jeziorko, kiedy wokół było dużo miejsca. Ludzie lubią legendy.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Z tymi larwami – tak istotnie jest, masz rację. Widuję te osy koło domu, rzeczywiście zaczepiają pajączki, ale te szybko odskakują. Na stercie drewna trwa nieustanna walka.
Pomysł na Obcego nie wziął się tak z czapki – choć twórcy wykorzystali wiele naszych lęków. Tam są aż dwa odniesienia – do larwy, która wykluwa się ze środka i do samego pająka (twarzołap).
W opowiadaniu fajnie przedstawiłeś punkt widzenia pająka – sam bohater jest nieco antropomorficzny, co ułatwia nam śledzenie akcji i zrozumienie, co się dzieje. Pewnie trudniej byłoby zmienić perspektywą na bliższą pajęczym zmyłom, na przykład wyczuwanie wibracji. Podobno kątniki widzą słabo, a polegają głównie na dotyku (również drganiach powietrza) i zapachu. Byłoby to bliższe biologii, ale zrujnowało dynamikę scen, więc rozumiem :)
Jeśli ktoś nie lubi kątników, można je grzecznie wypraszać zapachem, nie kapciem :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Jest za gorąco, żeby łapać usterki językowe :/
Ale mimo temperatury czytało się dobrze. Lekkie i zabawne, nawet nie odczułem tych ponad 25k znaków – chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Plus ładne zakończenie.
Kiedyś pozwoliłem samicy krzyżaka mieszkać w kuchni. Dzielnie łapała muchy, ale zimą się zestarzała. Pająki to jedne z niewielu zwierząt, u których dobrze zbadano zwierzęcy odpowiednik choroby Alzheimera, ponieważ widać to po strukturze sieci. Pożegnałem staruszkę z honorami, kiedy odeszła, bo zamiast spirali rysowała Picassa i muchy się nie łapały.
Biblioteka za pomysł i realizację.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To jeszcze dodam, że scena kopania grobu była opisana bardzo trafnie. Nie kopię wprawdzie grobów :) , ale zdarza mi się wykopywać inne rzeczy, również głębokie, w glinie i z kamieniami, więc ujęła mnie plastyczność opisu i oddanie czynności słowami. W literaturze jest mało wzorców i doceniam wysiłek twórczy!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To rzeka Radunia. Jedna z lepszych rzek na kajak (kiedyś).
Jest zasilana przez jeziora, na których można popłynąć w kółko, tzn. wrócić do punktu wyjścia z jednym przeniesieniem kajaka. Mam wolny kajak (pneumatyczny) i musiałem być na wodzie około piątej rano, żeby zdążyć zrobić kółko przed zmierzchem. Dodam że kiedyś była to atrakcja, teraz przenoska jest zagrodzona przez dwie prywatne posesje, a jeden z kluczowych kanałów zarośnięty sitowiem. Po prostu ludzie zrobili się wygodni i nikt nie pływa tak długo. Na Litwie są podobne szlaki i tam można spotkać mnóstwo ludzi, w tym Polaków. Trochę szkoda.
W Raduni są ryby, nie wiem jak w Pruszczu. Nie dopływałem tam nigdy, bo musiałbym spakować kajak do PKS, żeby wrócić do miejsca startu.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
fabułę bardziej dotyczącą bohatera
Właśnie, skoro inspiracja twórczością Lema, to taki Pirx by się przydał. Pirx był refleksyjny i potrafił zbudować napięcie, nawet jeśli występował solo. A czytelnik potrzebuje “przewodnika”, kogoś, z kim się utożsami.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nul – Święty czas, święta ziemia
beeeecki: Z szarością nam wszystkim do twarzy, czyli opowieść o bohaterstwie
Anonim – I przyjął ciało zmarłej dziewicy
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam,
Chwyciłem nóż i ostrożnie wsunąłem go w szczelinę, delikatnie podważając.
Tu mam wątpliwości z imiesłowem (ktoś już nazwał mnie pierwszym łowcą imiesłowów, ale bez przesady ;) ) – w pierwszych dwóch członach jest czas dokonany, w ostatnim imiesłów odnosi się do czynności niedokonanej. Albo trzeba zmienić na wsuwałem, albo na podważywszy
jak deszcz iskier sypie się na suchy mech, aż ten zatlił się z cichym syknięciem.
Pierwsze można zamienić na opada zamiast sypie się
Łodygi skręcały się z trzaskiem, a pokryte czarnymi plamami liście zwijały się,
Tutaj nie mam na razie pomysłu
Ze wsi zaczął się ciągnąć odgłos dzwonów.
Opcjonalnie w ramach walki z siękozą można zmienić na Od wsi rozbrzmiewały dzwony
położyła dłoń na moim ramieniu.
Położyła mi dłoń na ramieniu (polska składnia zamiast angielskiej)
Krążyła między koronami sosen, a
jejśpiew niósł się po całym borze.
Już było jej w poprzednim zdaniu. Tu można usunąć.
położyła głowę na moim ramieniu
położyła mi głowę na ramieniu
Była osadzona na nowym, jesionowym stylisku. Drewno było wygładzone i pokryte bejcą.
Może: Była osadzona na nowym, jesionowym stylisku, wygładzonym i pokrytym bejcą.
Całość ładna, choć rwane opisy (wydaje mi się, że oddają chaos myśli bohatera) wymagają skupienia przy odbiorze. Nie zawsze jest jasne, gdzie jesteśmy i co się stało – w moim odbiorze to również efekt “rozedrgania”, kiedy trafił do wioski.
Bardzo starannie napisane opisy. Wdzięcznie stworzona relacja bohatera z Mirellą, świetna “chemia” tej dwójki, dobre dialogi i opis interakcji.
Hm, widzę tu głębszą myśl, i to nie nakładaną łopatą. Ładne odniesienia do mniej znanej mitologii, w tym celtycki byk (choć to chyba bardziej pierwotny, indoeuropejski motyw).
Moim zdaniem to jedno z lepszych opowiadań w miesiącu, warte podwójnego klikania.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Tak SI w darmowej wersji radziło sobie z wyzwaniem tygodniowym – miały być historyjki bez litery “a” w tekście. Chciałem porównać wytwór z moim tekstem, więc nakazałem napisać utwór na około 4000 znaków, ze szczurem, krukiem i inkwizytorem.
Oto rezultat:
“Mroczny inkwizytor kroczy przez gęsty dym. Wokół płonie potężny ogień. Cichy szczur mknie przez mroczny loch. Siwy kruk krąży wysoko pod sufitem. Wielki smok drzemie wśród złotych monet. Jego zielone łuski lśnią w mroku. Inkwizytor niesie ciężki, ostry miecz. Ten wiekowy duch chce krwi. Szczur gryzie gruby sznur. Kruk widzi cel i głośno krzyczy. Smok budzi się z głębokiego snu. Groźny potwór unosi wielki łeb. Wielki ryk tłucze grube mury. Zimny podmuch wieje przez puste wieże. Inkwizytor wie, że musi być silny. Jego serce bije mocno. Wróg zionie wielkim płomieniem. Błysk niszczy ciemność. Sprytny szczur mknie pod wielki mur. Kruk leci prosto w dym. Ostre ostrze tnie łuski bestii. Krwisty płyn cieknie w złoto. Smok wyje z wielkiego bólu. Ciężki miecz tnie łeb bestii. Potwór gubi siły i powoli ginie. Mrok gęstnieje w grobowcu. Inkwizytor triumfuje wśród kości. Szczur, kruk i inkwizytor stoją dumni. Bój dobiegł kresu. Noc przynosi spokój i chłód.”
Według SI to jest około 4000 znaków XD
Może lepsze, płatne wersję potrafią lepiej. Dodam, że to czwarta wersja, wcześniej zawsze używał litery “a” i musiałem go informować, że musi spróbować jeszcze raz.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
OOO, masz rację, Barniuszu. I to w ostatnim wersie!
Hm, trudno to ominąć, ale zaraz coś wymyślę.
Może to bój ostatni, bo niedługo ktoś wpisze polecenie w SI i tam nie będzie pomyłek…
Ani zabawy z trzecią wersją tego samego zdania :)
Napiszę do Melendura, on ma dostęp do wersji premium SI, zobaczymy z ciekawości, jak sobie z tym poradzą – tylko nie będziemy śmiecić na tym wątku chyba
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O Kruku Zenonie, łowcy smoków
Część IV
– Giń, przebrzydłe smoczysko! – krzyknął Wyrwiząb. Był już tuż, tuż, lecz ugrzęzł w żużlu i nie sięgnął smoczycy toporem. Pieklił się więc niemożebnie, grożąc przy tym orężem.
– Mój ci on!
– Nie twój, to przecież mój druh! – oburzył się Zenon. – Szczurze Grzegorzu, wróćże, przecież życie ci miłe!
– W istocie, miłe będzie życie u boku smoczycy – rzekł Grzegorz, przytuliwszy się lubieżnie do tęczowych łusek. – Ze smoczego stołu uszczknie się to i owo…
– Mieliśmy zdobyć rękę księżniczki, czyżbyś z żądzy rozum zgubił?
– Jestem księżniczką, złym urokiem w bestię przemienioną! – rzekło urocze smoczę, wypluwszy uprzednio spomiędzy zębów szczątki rycerzy. – Kto mi serce powierzy, urok ów zdejmie.
– Hej, ejże, co ze mną? Królewską córkę chcę przecież! – rzekł gniewnie Wyrwiząb.
– To jest ubicie bestii w przenośni – dobyło się ze smoczych ust. – Przecież smoczycy już nie będzie.
– Dowód przynieść muszę! – rzekł inkwizytor.
– Smoczych zębów w bród, mleczne, ledwo co wyrżnęły mi się kły.
– Czyżby nieletnie smoczę? – Skrzywił się Zenon, łypiąc przy tym kruczym okiem.
– Czyżby niewygodny widz i szpicel? – rzekło urocze smocze dziewczątko i jednym ruchem szczęk pochłonęło rozmówcę.
Wniosek: nie ufaj wierz subtelnemu kobiecemu pięknu, szczególnie jeśli jesteś krukiem.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Kiedy napisałeś o pajęczaku, od razu przyszedł mi pomysł na niesporczaki (Tardigrada). Są to jedne z niewielu zwierząt, które wytrzymują próżnię i promieniowanie kosmiczne, a po powrocie do bardziej sprzyjających warunków znów mogą normalnie funkcjonować i się rozmnażać. Bez problemu przetrwają opisywaną podróż. Może to jest pomysł na “ubarwienie” opowiadania, a przy tym zainteresowanie czytelników tymi mało znanymi stworzonkami? One są jak wyjęte z SF :)
Podobnie jak poprzednio: unikanie powtórzeń tych samych informacji w kolejnych zdaniach sprawi, że znajdziesz więcej czytelników. Wiele osób czyta opowiadania “na kolanie” i szybko zniechęca się do nadmiarowych słów.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Hm, każdy wyciąga z opowiadania coś innego. Jeśli Ty wyciągnąłeś rozrywkę, a szukałeś na przykład opowieści o tym, że walka o słuszną sprawę może zmienić świat, a tego nie znalazłeś – dobre i to :)
Od zarania dziejów były różne historie – jedne bawiły, inne podnosiły na duchu lub smuciły. Ale celem było zawsze porwać czytelnika ;)
Pozdrawiam!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ładne. Dobre, obrazowe porównania, działają na wyobraźnię, bez zbytnich udziwnień
Zamiana goiła twe rany na goiła ci rany może usunąć problem, o którym wspominał barniusz, do tego szyk będzie bardziej swojski. Ale w poezji każde słówko ma znaczenie, więc sam zdecyduj.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Taki post “systemowy” – a może stworzyć internetową tabelkę, który użyszkodnik zna się na którym zagadnieniu, oczywiście zagadnieniami – i jak ktoś ma wątpliwości, to może uderzać bezpośrednio?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O Kruku Zenonie, łowcy smoków
Część III
U wylotu dziury kręciło się już kilku rycerzy, i to dosłownie. Chodzili w kółko, porzuciwszy oręż, niektórzy również zbroje. Dwóch zdążyło już zdjąć bieliznę i włóczyli się przed wejściem zupełnie nagusieńcy. Otwór co chwilę się różowił.
Wyrwiząb śledził spojrzeniem odczyty dozymetru.
– To cholerstwo promienieje subtelnym kobiecym pięknem – orzekł. – Rycerze mutują w smoczą wyżerkę. Szczęście, że jestem już odporny, co wtorek grilluję młode wiedźmy.
– I nic o tym nie wiemy? – zrzędził Grzegorz.
– Hm, wy się nie boicie? – wątpił Wyrwiząb.
– Wykłułem już tyle pięknych oczu, nie bierze mnie – stwierdził Zenon.
– O żesz w mordę, te łuski tęczkowe, brzuszek rozkoszny, szpony purpurowe… – Szczur już kroczył w stronę otworu.
– Stój, Grzegorzu! – krzyknął Zenon, lecz było zbyt późno. – Unieś topór, Wyrwizębie! Grzegorz nie może skończyć w smoczym brzuszysku!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Noce są chłodne, rozumiem nocną aktywność.
Nie wszyscy siedzą, jak ja, w miejscu nazywanym przez miejscowych “Zimna dziura” (oficjalna nazwa pobliskiego przystanku autobusowego XD) i bimbają sobie na upały
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Współczuję Tarninie, kiedy będzie poprawiać nasze wypociny bez “a” – czasem tak nagięte, że aż trzeszczy XD
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O Kruku Zenonie, łowcy smoków
Część II
– Ciężkie twe brzuszysko niezmiernie, Grzegorzu!
– Nie jęcz, Zenonie, tylko leć wyżej! Kto rzekł, że koźlę w młodości bez trudu unosił?
– Będziesz zrzędził po próżnicy, to wnet ze szponów wypuszczę! Szczęście, że otwór w ziemi ogromny już widzę, niechybnie to smocze legowisko.
– Ktoś ku niemu lezie, zerknijże!
– Nie ktoś, tylko Wyrwiząb, królewski egzekutor i inkwizytor!
– Czyżbyś mówił o źródle jeszcze ciepłych posiłków, Zenonie?
– Mógłby wreszcie spostrzec, że nie liczy się ilość, lecz gust. Tłuczone żywcem gorzknieje.
– Co, jeśli pierwszy dorwie bestię? Lądujmy i rozmówmy się z nim!
Kruk obniżył lot, niby niechcący trzepnął szczurem o dorodne głogi, po czym z impetem wrył się w błocko u stóp Wyrwizęba.
– Dokądże to, dobroczyńco? – rzekł szczur, wypluwszy uprzednio błoto.
– Przejść się, bo co? – mruknął Wyrwiząb.
– Z toporem?
– Codzienne ćwiczenie czyni mistrzem!
– Nie idziesz przypadkiem do bestii?
– Może idę, i co z tego?
– To, że możemy ci pomóc, dobroczyńco.
– Sprytny jesteś, szczurze, lecz król tylko jednemu rękę oferuje.
– Wyrwizębie, pozwól, że się wtrącę – rzekł kruk – księżniczki zwykle są dwurękie. Chodzi ci specyficznie o rękę, czy może o inne wdzięki? Mógłbyś więc cieszyć się urodą jednorękiej księżniczki, kiedy my chętnie przytulimy drugą rękę. I czy nie jesteś mistrzem w dzieleniu członków?
Wyrwiząb prychnął, westchnął i skrobnął się toporem po łysinie.
– Spróbujcie tylko mnie okpić, to oskóruję i obiorę z piórek!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Zainspirowaliście mnie krukiem. Aliteracje zamierzone XD. Może będą kolejne części.
P.S. Jak ktoś dopisze kolejną część Zenona, też się nie obrażę. Byle nie powstały dwie jednocześnie, bo będzie bifurkacja opowieści :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O Kruku Zenonie, łowcy smoków
Część I
– Zenonie, zerknijże, coś do kory w nocy przybili!
Kruk przeciągnął się i łypnął groźnie, lecz w końcu sfrunął i przycupnął przy pniu.
„Kto bestię ubije, ten rękę księżniczki zdobędzie”
– Bujdy i gryzmoły! – zezłościł się Zenon. – Bo co to jest, niby smok?
– Smok, nie smok, ręki księżniczki żem jeszcze nie przeżuł – rzekł szczur Grzegorz.
– Przecież ledwie tydzień temu żeśmy w książęcym brzuchu ucztę mieli, nie pomnisz? Z bitwy chyżo uszedł, lecz w pień głową huknął, pechowiec.
– Książę księżniczce nie równy!
– We łbie ci się przewróciło. Ze smokiem się chcesz bić?
– Szczurze życie krótsze niż twoje, kruku. O czymże wnukom powiem? Przeżyć i przeżuć w pełni, oto me motto!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Moim zdaniem z tekstu można usunąć 50% objętości, jeśli nie więcej. Często występują w nim powtórzenia oraz objaśnienia czegoś, co zostało już wytłumaczone w poprzednim zdaniu. Jeśli dostaję kilka razy to samo, szybko się zniechęcam ze względu na objętość tekstu, nie zawartość.
Fabuła nawiązuje do Solaris, ale sposób prezentacji nie angażuje czytelnika. Po prostu nie czuję napięcia fabularnego. Są opisy, jest powolna akcja, którą dodatkowo rozbija “encyklopedyczny” sposób prezentacji.
Wyczuwam tęsknotę za “starą szkołą” SF, ale świat poszedł naprzód, potrzeby i wymagania czytelników się zmieniły. Warto tchnąć w tekst trochę uczucia, może chociaż jakieś dylematy moralne – niby tutaj są zarysowane, ale słabo.
Szczerze: kreacja świata ładna i spójna, ale trochę się wynudziłem. Gdybym dostał rak napisaną książkę, przebrnąłbym tylko przez pierwszy rozdział.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Tomaszu,
Hm, wiele strzałów i chyba niewiele trafień w moje poczucie tego, co w wyzwaniu miało być – ale może inni się wypowiedzą :)
W sumie ostatnie ma potencjał:
Do nieba idą małe aniołki, które urodziły się i od razu umarły. A co jeżeli trzeba je tam w nieskończoność lulać i przewijac? Albo co jak musimy co dzień spotykać tych, którzy tutaj ulegli nagłemu spaleniu przy swojej śmierci?
Gdyby nie to, że dla niektórych lulanie i przewijanie jest rajem. A dla pisarza horrorów taki spacer wśród nadpalonych znajomych jest inspiracją!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Anonimie – co do upływu czasu, można to jakoś pokazać – np. jej wydaje się, że to chwila, ale Dmytro wchodzi na tle zachodzącego słońca, choć przed chwilą było południe. Dociekliwy czytelnik zauważy, że jedno i drugie cierpienie było długie, a niedociekliwy tylko wrzuci to w oniryczną wizję świata.
Rozumiem jednocześnie duże napięcie fabularne sceny, która musi być dynamiczna, więc wszelkie objaśnienia “rozwalą” tempo – zatem można to uznać za konieczne poświęcenie logiki i zostawić tak, jak jest. Czasem tak bywa, nie da się wszystkiego napisać.
Odetchnąłem z ulgą, bo tekst ciężki, więc musi mieć stosownie świadomego autora, co cieszy :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witamy na forum!
Tutaj znajdziesz wątek powitalny:
https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/56842845
Co do tekstu, to warto go sformatować, obecnie to jeden zwarty blok. Trzeba wydzielić dialogi i akapity.
Sama opowieść grozy w porządku, czyli straszy, napięcie narasta, wracanie do wypartych z pamięci szczegółów to dobry zabieg – czytelnik jest ciekawy, co się naprawdę stało, na początku wzbudzasz niepokój, który intryguje. Pod tym względem jest dobrze.
Czytelnik obeznany z gatunkiem przewiduje fabułę i zakończenie, pod tym względem nie jest odkrywczo, ale nie jest również źle.Tzn. nie zjeżyłaś mi włosów na głowie, ale też się nie nudziłem. jak na pierwszą historię obiecująco. Pisz dalej. Tylko formatuj :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witaj Anonimie,
nie cyrtoliła,
nie certoliła
że umarłem i że zmartwychwstając, trafiłem do cudzego ciała.
Ładniej: że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała.
Słodki, cieniutki głosik rozległ się w mojej czaszce.
Można próbować przerobić składnię na bardziej “polską”: rozbrzmiał mi w czaszce
ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody.
jak oblany wiadrem zimnej wody – załatwia problem nagromadzenia “moja” i “mnie”
Z tłumu wynurzył się chłop jak dąb, czerwony na twarzy, z czapką gniecioną w dłoniach.
Koniec zdania brzmi mało naturalnie. może: który wielkimi grabami międlił czapkę. Albo coś podobnego
a w piersi waliło nam serce.
Szyk kładzie nacisk na serce, co nie jest odkrywcze. Trzeba położyć nacisk na waliło.
To wrażenia ogólne: całość bardzo zabawna. Jest wiele “perełek” i rozśmieszaczy, gdybym miał je wypisać, pewnie zajęłyby w okienku pełen ekran laptopa. Jednocześnie akcja jest sprawnie poprowadzona, początek nie nudzi i zachęca do lektury, a potem jest już tylko lepiej. Pomysł z ciałem Marysi jest świetny, podobnie jak rzekomy cud i reakcja parafian. W tym całym szaleństwie jest też dumanie nad tym, żeby wykorzystać okazje, które daje życie, i to podane w sposób mało nachalny. Koniec tylko ładnie domyka całość, jest nawet drugi, mały zwrot akcji.
Styl bardzo przyjemny w czytaniu. Coś jak u Zakapiora, ale nie będę na razie zgadywał. Stylizacja Mariana też dobra i wzbudza wesołość.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Uff, a ja naiwny myślałem, że opowiadanie na “H” ma wysoki próg wejścia :) A tu od razu atakuje miks językowy.
Przyznam, że, jeśli już uda się wejść w historię, ten wołyński Dzień Świstaka daje dużo przyjemności. A w zasadzie nieprzyjemności, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Bo z każdym obrotem pętli narasta napięcie, świat ewoluuje od oswojonego do dzikiego, a niepokojące jest to, że ta dzika część jest realna, a ta oswojona jest iluzją z zaświatów.
Podobało mi się to, że tekst naprawdę potrafi budzić emocje. Z każdym razem odsłania nowy, przerażający fragment. Osnowa fantastyczna nie jest przy tym nachalna i sztuczna, po prostu pozwala odtworzyć historię kolejny raz, żeby dodać szczegóły.
Nastrój, niepokój, sposób prowadzenia, struktura mnie ujęły. Ciekawy tekst.
Językowo nie da się sprawdzić, bo to ryzykowny miks i do sprawdzania raczej jest potrzebny Ukrainiec. Aczkolwiek tutaj:
– Do pobaczenia – odpowiedziałam po naszemu, nadal uśmiechając.
mam wątpliwość, ponieważ w ukraińskim, tak jak w polskim “królują” formy zwrotne, tylko doklejane na końcu czasownika, a tekst zmienia wiele czasowników zwrotnych na “ucięte” – tak jak tutaj, z czasownika powstał imiesłów. Wydało mi się to sztuczne.
Do biblioteki jak najbardziej. W tym konkursie jest wiele eksperymentów językowych i ten również wydaje się adekwatny do przedstawienia historii, choć – jak zaznaczyłem – zdecydowanie powinien to skomentować Ukrainiec.
P.S. Użycie już w pierwszym obrocie pętli przedmiotów z pozoru “od czapy”, które stopniowo zyskują znaczenie i okazują się “krzywym zwierciadłem” rzeczywistości również mnie ujęło – zauważył to już Zakapior, tylko potwierdzam. Dobry zabieg, bo przykuwa uwagę czytelnika.
P.S.2 Co do procesu skórowania – skóra człowieka jest silnie zrośnięta z powięzią. U zwierząt futerkowych jest zupełnie inaczej. W dodatku skóra ludzka się rwie przy uszkodzeniach.
Zatem proponowałbym skonsultowanie tego z osobą o wykształceniu medycznym. Moim skromnym zdaniem proces ten nie zajmie kilku minut, ale jest to tylko moje zdanie. Proces skórowania, nie konsultacji XD.
Przeprowadzenie owego researchu zostawiam sumieniu Anonima . Oceniałem tym razem wartość artystyczną, nie bullshity.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Anonimie,
Pisane tak charakterystycznym dla Ciebie stylem, że trudno od pierwszych wersów nie zauważyć ;)
Miałem wrażenie, że każda historia mogłaby nieść ze sobą coś szczególnego. Bohaterowie sami ograniczają wypowiedź, kiedy robi się interesująco, a przecież zwykle robi to prezenterka. Wędrujemy przez epoki i widzimy wyraźny podział na niebo i piekło, poza tym zestawiłeś chrześcijański koncept z reinkarnacją.
Podobało mi się, że opowiadanie dąży konsekwentnie do finału. Jest zaskakująca pointa.
Zastanawia mnie tylko, co właściwie nie podoba się mnichom – czy właśnie dodanie owej reinkarnacji, która burzy im koncepcję, czy w ogóle sam pomysł, że osoba żywa może mówić o zaświatach. Elementy mistycyzmu występują w wielu wyznaniach i nie są aż tak ostro tępione. Byłem ciekawy, czy nie podoba im się również początek (do momentu spotkania z aniołem/diabłem) czy tylko druga część.
W stylu największy problem miałem z powtórzeniami i tłumaczeniem tego, co już zostało napisane.
Pozdrawiam!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Przybywam!
Wczorajszego popołudnia na ulicy Dietla w Krakowie miał miejsce tragiczny wypadek. Kierowca, będący pod wpływem alkoholu, zboczył ze swojego pasa, wjeżdżając na chodnik. Potrącił ze skutkiem śmiertelnym ośmioletnią dziewczynkę. Sam również zginął na miejscu. Wstępnie, według ustaleń naszej redakcji, bezpośrednim powodem zgonu okazał się metalowy pręt, który po wjechaniu pojazdu w rusztowanie firmy budowlanej remontującej kamienicę, wbił się w głowę sprawcy wypadku.
Wczorajszego popołudnia na ulicy Dietla w Krakowie miał miejsce tragiczny wypadek. Kierowca, będący pod wpływem alkoholu, zboczył ze swojego pasa i wjechał na chodnik. Potrącił ze skutkiem śmiertelnym ośmioletnią dziewczynkę. Sam zginął na miejscu, doznawszy urazu czaszki o element rusztowania.
Po pierwsze, upolowałem kolejny imiesłów w dzisiejszym dniu (czuję się prawie jak Messi na Mundialu, albo Wiedźmin na cmentarzysku zombie, tylko już nie pamiętam, ile ich ubiłem).
Po drugie, wybacz, Anonimie, ale to najgorszy zapis relacji, który tu czytałem (ever). Jak można osadzić takiego potworka w całkiem niezłym tekście? Starałem się przepisać, najgorzej było z elementem twistu fabularnego – w relacji nie może być tak drastycznych opisów jak głowa przebita prętem, ale z drugiej strony jest to potrzebne do rozwiązania zagadki, czyli reinkarnacji kierowcy.
Odruchowo robię głupotę, zaciskając szczękę na jej bucie, ciągnąc za nogę. Szybko jednak zdaję sobie z tego sprawę i w pośpiechu lustruję to małe pomieszczenie.
Drugie upiorne miejsce. Uwierz mi, przy redakcji przydałby się tag “horror”.
Instynktownie zaciskam zęby na bucie i ciągnę za nogę. Szybko zauważam, że tak jej nie uwolnię – Klaudia kaszle jeszcze bardziej. Pośpiesznie rozglądam się po pomieszczeniu.
Gdzieś zauważałem jeszcze jakieś “spowalniacze”, ale nie mogę wyręczać innych tropicieli słówek, bo się rozleniwią 
Podobała mi się historia opowiadana przez psa. Może dlatego, że jeśli przechodzę przez wieś, zwykle przychodzą do mnie wszystkie psy i merdają ogonkami, a jeśli w okolicy zgubi się pies, jest spora szansa, że znajdzie się właśnie u mnie. Nie muszę zatem mieć swojego psa, ale trzymam torbę z karmą na wszelki wypadek :)
Podobało mi się również to, że uwzględniłeś hierarchię zmysłów pieska – wzrok nie jest na pierwszym miejscu.
I podobało mi się to, że nie przeczytałem komentarza Bruce przed czytaniem, bo nie miałbym przyjemności zgadywania.
Anonimie, na koniec sugerowałbym wywalić ten HUK, ponieważ:
a) Reg się załamie,
b) wszyscy będą wiedzieli, kto to napisał XD.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
P.S. Bruce, nie martw się, Ciebie wilczek nie będzie żarł. Bo to jest takie… sarkastyczne. Przynajmniej moim zdaniem. A jak jest sarkazm, i zrozumie się go wprost, to tak wychodzi.
A zresztą, niech Anonim sam wytłumaczy :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ma kopa i efekt “Wow”.
Rytm i rymy i tak sprawdzi Ślimak.
Ja uśmiechnąłem się od ucha do ucha, choć ten uśmieszek taki trochę cyniczny. Bo można się uśmiechać, jak nie piszą o tobie XD
Anonimie, sprawiłeś mi ogromną radość swoją twórczością. I niech Fenrir zeżre Tor chroni tych, którym nie sprawia radości :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Brodę miał skołtunioną, wtarte w nią resztki starego jedzenia,
Hm, coś mi tu nie brzmi.
Kiedy srebrny krzyż spoczął na mojej piersi,
Można zmienić składnię na mniej “angielską” – nie zawsze brzmi to lepiej, więc musisz zdecydować:
Kiedy srebrny krzyż spoczął mi na piersi,
Ciasne pętle powodowały rany na fioletowej skórze, ale nie krwawiłem
Mało naturalne. Lepiej: Ciasne pętle raniły fioletową skórę, ale nie krwawiłem
Pchnął gwałtownie nóż, prosto między
mojeżebra.
Wiadomo, czyje
Adept zamarł w progu, rzucając torbę na ziemię.
Jeśli zamarł, to nie rzucając, tylko rzuciwszy. Ha, wiedziałem, że jakiś imiesłów ubiję!
Wrażenia ogólne: świetne opowiadanie. Wartka akcja upchnięta wzorowo w niewielkiej objętości. Ciekawy, choć zasugerowany zwrot akcji – taki miękki twist, ale i tak dobrze się bawiłem. Naturalne dialogi, ciekawa kreacja świata. Do tego wzruszające zakończenie. W zasadzie idealne proporcje wszystkiego ;)
Jakby forum działało sprawniej, to by było w jeden dzień przeklikane do biblioteki. Nieco w tym pomogę :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Myślę, że każdy z nas ma inne podejście do pisania i inne fundamenty, na który stoi, stąd różne opinie.
Mnie chyba najlepiej streszcza coś, co napisałem kiedyś w komentarzu Holly:
Opowiadanie jest jak relacja z czytelnikiem. Wystarczy jedno fałszywe słowo, a staniesz się w jego oczach graczem, nie partnerem. Chcę widzieć w tym, co piszesz, czarodziejkę, nie iluzjonistkę.
Jeśli opowiadanie ma warstwę realną i fantastyczną, to w realnej wszystko ma być dopięte na ostatni guziczek, a w fantastycznej mogą sobie latać duchy i bóg wie co.
Przypomniało mi się, jak kiedyś Holly dostała głos na “nie” w piórkach m.in. za to, że u niej bohaterowie podpisywali akt kupna domu ze sobą, bez notariusza – a rzeczywistość tak nie działa.
Oj, ta Holly mi po głowie chodzi :P
Jeśli opko ma warstwę fantastyczną, ale “Wiedźminowską”, to sprawdzam fizykę w scenach walki, w których nie używają magii, jakąś podstawową medycynę, oczywiście psychologię bohaterów, ale to wszystko. Jeśli świat jest zupełnie od czapki, to nie ma co go sprawdzać technicznie.
Jeśli widzę kategorię absurd, to tylko sprawdzam przecinki, bo nawet psychologii się nie da XD
Jeśli widzę twarde SF, to sprawdzam wszystko, co się da. A jeśli widzę space operę, tylko psychologię postaci.
Dla mnie pisarz jest detektywem, ale w ramach gatunku, w którym aktualnie pisze. Tutaj określiłem gatunek zgrubnie jako realizm magiczny i tak go sprawdzałem.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Melendurze, jest to ciekawe spostrzeżenie SI o dwóch przeciwstawnych efektach, które jednak nijak nie ma się do obserwacji praktycznych ekip ratowniczych. Im dłużej ofiara była uwięziona, tym trudniej było ją wyciągnąć. Nie trzeba bić się na modele SI, tylko napisać do TOPR (tam jest najwięcej akcji, bo jaskinie są długie i mają sporo zacisków), co polecam czynić.
Na hasło “piszę opowiadanie i mam kilka pytań” zwykle są w stanie odpowiedzieć, chyba że jest długi weekend ;)
Swego czasu obracałem się w tym środowisku i słyszałem dużo o akcjach ratowniczych – był to ulubiony temat rozmów, bo łatwo było przyciągnąć uwagę :) Również od osób, które w nich uczestniczyły i same wyciągały ludzi. Sporo chodziłem po jaskiniach, do tej pory wala mi się gdzieś legitymacja speleoklubu, tylko składki już nieopłacone XD
Wracając do meritum: celem nie jest wytknięcie komuś błędów, tylko nie powielanie bullshitów. Nasze słowa są czytane i działają na wyobraźnię kolejnych osób. Jaskinie występują w wielu opowiadaniach i często opisywane są po prostu źle. Więc nie wojuję tutaj z anonimką, tylko z tym, żeby opis miał coś wspólnego z rzeczywistością. A opowiadanie zaczyna się od nawiązania w przedmowie do konkretu.
Zauważ, że w pierwszym wpisie w ogóle nie wojowałem z tym, że bohaterka mogła go ugryźć – tylko z tym, że przez kalosz będzie jej trudno :) Cytuję:
weszli tam zupełnie bez sprzętu, w krótkich butach, i mogła mu się wgryźć w łydkę
Ale jeśli w drugim wpisie wciska mi się bullshit o tym, że bohaterka błyskawicznie chudnie, mam prawo stwierdzić, że jest to bullshit.
W sumie mogę sobie odpuścić. W dobie SI i tak wiemy, jak coś działa, bo SI nam powie. Więc piszmy sobie o jaskiniach takich, jak na filmach z Disney+.
P.S. Odnośników tym razem nie podaję, załączam obrazek. Niech Claude zweryfikuje. I to mój ostatni post odnośnie technikaliów.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Anonimie, rozczaruję Cię, ale w absolutnej ciemności nie widać nic. Receptor musi otrzymać foton, żeby ten go wzbudził. Nie ma fotonu – nic nie widzisz. Fizyka, medycyna, nie będę się powoływał na własne doświadczenia. Wybacz, ale to po prostu nie zadziała. W scence, w której prawie dostała kopniak butem podobnie – ona nie zobaczy buta. Trzeba ją opisać w ten sposób, że rzeczywiście ją kopnął.Jeśli to była jego pasja, oboje są w kaskach, więc tylko poczuje, że coś ją uderzyło.
Jeśli powołujesz się na badania – cytuj odnośniki. Chętnie podejmę polemikę również z autorami owych, jest tam zwykle corresponding author. Nie wiem, kto przepuścił taki badawczy bullshit przez recenzję.
Teza o tym, że chudną, to również bullshit. W ciągu 92 godzin nie nastąpi zauważalne chudnięcie. Pojawią się za to obrzęki, które utrudnią wyciągnięcie. Jest zatem odwrotnie do tego, co piszesz.
Poczytaj, proszę to:
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC12139709/
Oraz sprawdź hasła:
Zastój żylny i limfatyczny
zespół ciasnoty przedziałów powięziowych
Uciśnięte tkanki puchną i osobę jest coraz trudniej wyciągnąć. Pojawiają się stany zapalne, w mięśniach wydzielą toksyny, co może nawet prowadzić do ich uszkodzenia.
I nie piszę tego ze złośliwości, czy z chęci pokazania, że lepiej zrobiłem search. W sumie nie musiałem go robić, wystarczą mi opowieści ludzi, których znałem. Zresztą jednego wieczora rozmawiałem z gościem w bazie, drugiego zapłakana rodzina przyjechała po jego rzeczy – takie doświadczenia też bywały.
Nie, Anonimie, nie wyjaśniłaś, tylko zagmatwałaś jeszcze bardziej, bo wyjaśnienie mnoży kolejne błędne tezy.
Może skupmy się na wątku psychologicznym, bo tam jest problem. Jaskinia to tylko dekoracja, większość czytelników tego nie zauważy.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ambush, wybacz, ale ten stockowy obrazek pocięty liniami trochę mnie razi. Ktoś go tak oznaczył, żeby za niego zapłacić, więc wklejanie go, hm…
Wiem, że jesteś w Jury i niby nie warto się narażać, ale szczerość tym razem zwyciężyła
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Przybywam!
Początek wciągnął, ponieważ sporo czasu spędziłem przeciskając się przez jaskinie.
Latarki, które dawały tak niewiele światła, zgasły, grzebiąc nas w ciemności. Było to tak dawno temu, że mogłam już zauważyć ciemniejszy zarys stopy Karola.
Logika: jak mogła zauważyć zarys stopy, skoro jest w jaskini? Skoro nie ma źródła światła, nic nie widać. Pomijam to, że z zewnątrz jest kalosz, który trudno opisać jako stopę.
– Na pewno nas szukają. – Usłyszałam zapewnienie z przodu
To jeden z tych dyskusyjnych zapisów dialogu, podobny do “Gdzie jesteś? – doszedł do mnie głos”. Jak widzisz, startuję didaskalia małą literą, bo choć mowa o słuchu, to słychać mowę. Kiedyś nawet dawałem do tego odnośniki słownikowe i przykłady z książek w komentarzu.
Ciężkie skały natychmiast na mnie naparły, ściskając boleśnie, powodując gwałtowne dudnienie w uszach i jasne plamy przed oczami.
Ciężar czujemy, kiedy coś chcemy unieść, albo kiedy coś ruchomego nas zgniata. Tutaj bohaterka jest wewnątrz nieruchomego górotworu. Reszta opisu brzmi w miarę dobrze (początek omdlenia), ale ten początek nie jest dobry. “Twarde skały” nie kłóci się z logiką.
Walczyłam o oddech, połykając łapczywie krótkie, zatęchłe hausty.
Dlaczego zatęchłe? Zatęchłe są nory i piwnice, ze względu na pleśń. Każda jaskinia pachnie inaczej, ale rzadko jest to typowa stęchlizna – chyba że coś tam zdechło, albo przez szczeliny wpadły liście i humus. Wtedy istotnie jest to zapach rozkładu, ale nie pakowałbym wszystkich zapachów do jednego worka.
spływała słaba strużka wody. Zlizałam ją łapczywie, zdzierając język, smakując szorstką powierzchnię skały.
Bohaterka ma delikatny język, nie pamiętam, żebym miał wrażenie zdzierania przy zlizywaniu wody ze skał. Tam, gdzie cały czas po nich cieknie, pojawia się taki śliski nalot (z minerałów, w Polsce zwykle wapień), więc nie są aż tak szorstkie. Ale niech zostanie, dodaje dramatyzmu :)
Efekt był taki, że ugrzęzłam jeszcze bardziej.
– I co? – Usłyszałam z ciemności.
– Utknęłam jeszcze bardziej.
Dialog powtarza wcześniejszy opis. Czyli opis nie jest potrzebny.
Prychnął zły i wierzgnął nogą, prawie trafiając mnie w twarz.
Prychnął ze złości
– Przez dziewięćdziesiąt dwie godziny była całkowicie odcięta od jakichkolwiek bodźców. Nie wiemy, jak to wpłynęło na jej psychikę. Na pewno nie obejdzie się bez psychologa, może psychiatry.
Niewiele wpłynęło. Znacznie większe znaczenie ma tu trauma wynikająca z samego wypadku i na nią położyłbym nacisk. Odcięcie od bodźców w sytuacji, w której bohaterka jest głodna, odwodniona i sama traci świadomość przynosi tylko ulgę. Psycholog będzie potrzebny, ale raczej by pomóc dziewczynie poradzić sobie z tym, co się zdarzyło, niż z tym, że była pozbawiona bodźców.
– Chyba przyznasz mi rację, że nie był ciebie wart – odparł Kania.
Milczałam, nie mogąc się nie zgodzić, to jednak nie usprawiedliwiało zjedzenia go.
Tutaj nagle się dowiadujemy, że bohaterka zjadła chłopaka. Nie jest to zaakcentowane i wyskakuje jak królik z kapelusza. Owszem, czytelnik może czegoś podejrzewać po tych scenach wgryzania się, ale tutaj brzmi to jak twist bez twistu.
Końcówka mnie rozczarowała. Szczególnie, że na tym etapie już walczyłem z logiką wcześniejszych scenek – skoro była uwięziona i nie mogła się ruszyć, czy mogła go zjeść dosłownie? A jeśli w przenośni, w zaświatach, jaki jest sens tekstu o skosztowaniu ludzkiego mięsa?
Technicznie, żeby dobrać mu się do nogi, musiałaby się przegryźć przez kalosz. Nie wspominam o tym, że w głębszych jaskiniach raczej nosi się kombinezon z cordury lub PVC. Ok, załóżmy, że weszli tam zupełnie bez sprzętu, w krótkich butach, i mogła mu się wgryźć w łydkę… Robi się to zagmatwane. No i jaki problem w tym, że na wpółprzytomna kobieta zjadła kawałek już martwego partnera? Jesteśmy ssakami wszystkożernymi, nie ufoludkami, staramy się sobie jakoś radzić :)
Początek, mimo kilku drobiazgów, brzmiał obiecująco. Była w nim jakaś psychologia – choć tekst, który rzuca chłopak, żeby ona się ruszyła, jest tak żałosny i skrajny, że z psychologicznego punktu widzenia też bardzo to razi. Najpierw jest opanowany i wspierający, później nagle miesza ją z błotem (i to dosłownie :) ). Żeby to było wiarygodne, oczekiwałbym pokazania, jak stopniowo się załamuje – brakowało mi stadium pośredniego. Teksty o gotowaniu i seksie są bardzo sztampowe – oczywiście mogły się pojawić, ale oczekiwałbym czegoś jeszcze.
Więc, hm, historia miała potencjał. To bardzo odległe skojarzenie, ale w tekście https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34983 też odniosłem podobne wrażenie – dopóki nie pojawił się diabeł, całość jeszcze brzmiała, ale wraz z nim coś się załamało (we mnie czytelniczo). Tutaj było podobnie. Diabeł jest slapstickowy i nachalny, jak wycięty z komiksu. A powinien być subtelną wątpliwością, robakiem, który stopniowo drąży myśli.
Dzięki za temat jaskiniowy, który jest mi bliski, konsekwencje psychiczne sytuacji też brzmiały ciekawie, nawet gdyby rzeczywiście zjadła mu kawałek łydki. Zaświaty do momentu pojawienia się diabła były ciekawe, głód jest pierwotnym instynktem.
Pozdrawiam!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Tekst z solidną podbudową.
Nie jestem fanem rozgrywek politycznych i historii, które rozgrywają się w gabinetach, więc początek mnie znużył. Potem było już lepiej, choć na akcję musiałem czekać do ostatniego fragmentu.
To, czego mi brakowało w rozmowach, to wzmianki o życiu osobistym. Rozumiem, że to Niemcy, że wszystko chodzi jak w zegarku, ale kiedy spotykają się politycy, uprawiają również small talk i zdarza im się wplatać luźniejsze tematy. Problem chybna w tym, że mało jest tutaj scenek dialogu jeden na jeden, a jeśli są, to mało w nich miejsca na takie kwestie.
Bohaterowie są “posągowi”, nie widać w nich ludzkich elementów. Brakowało mi też w dialogach różnicowania między bohaterami, wprowadzenia ulubionych powiedzonek, naleciałości, manier językowych.
Poza tym marudzeniem powyżej, to dobra historia i dobrze napisana, więc z chęcią kliknę bibliotekę!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O rany, takie dobre, a nikt tego nie klikał?
Fakt, jakaś bariera wejścia jest, bo od początku jest nieco szorstko, a język potoczny – tylko jak się przebrnie przez ten wstęp, to trudno się oderwać.
Historia w sam raz – angażująca czytelnika, ale nie zagmatwana. Zagadki fabularne sprawiają przyjemność, końcowy podwójny zwrot jest pomysłowy (na szczęście nie czytałem komentarzy). Sugestywna wizja świata, dobry efekt imersji – zważywszy, że z takim narratorem jest się trudno utożsamić, jest to karkołomne wyzwanie, ale wyszło świetnie. Język narracji też jest elementem świata.
Bawiłem się bardzo dobrze. Widać dużo pracy włożone w opowiadanie.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O, dzięki, zawsze w okresie konkursów widać, jaki jest deficyt czytelników, a nadmiar piszących :D
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Barniuszu, toż to horror! Będzie mnie prześladował kilka tygodni!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Wpadł w obejście jak burza, nie mogąc ustać w miejscu.
Kolejny imiesłów do odstrzału, bo niezgrabnie to brzmi. Czasownik dokonany w pierwszym członie i jednoczesność dość dyskusyjna.
Wpadł w obejście jak burza i jeszcze długo nie mógł ustać w miejscu.
dzieciaki przytuliły się do jej spódnicy
Można spróbować tutaj słowiański szyk: dzieciaki przytuliły się jej do spódnicy
Stanimir, odłożył cegłę, którą sprawdzał, jak schnie
Zrozumiałe, ale niezgrabne i ma problemy z interpunkcją
Stanimir odłożył cegłę, której dotąd uważnie się przyglądał, by samemu się przekonać, jak schnie
Niestety wychodzą takie “potworki”, druga opcja to opisać to inaczej.
Agnieszka skinęła głową, z wdzięcznością przyjmując dar.
Niby poprawnie, ale można zamienić na “przyjąwszy”, bo wcześniej jest dużo powtarzalnych struktur z imiesłowami
Taczka sama dźwiga większość ładunku, wy tylko prowadzicie.”
Cudzysłów się dokleił
Leszek skradał się dookoła kucającego Gniewka.
Kucającego wiele razy czy przykucniętego?
Ładne zakończenie, zachęca do dalszego czytania. Z pozoru trudna decyzja, bo oczywiście trzeba Mściwoja “przygarnąć” i tak mówi bezstronny obserwator, ale Robert nie ma takiego dystansu. W każdym razie czytelnicy będą czekać na ciąg dalszy. Mściwój, rozwinięty fizycznie ale nieśmiały (zgaduję, że brak akceptacji ze strony ojca) byłby dobrym sprzymierzeńcem Gniewka – to pewien archetyp bohatera, który nie zdaje sobie sprawy z własnej siły i często występuje w prozie. Ja w serii “Żaba” miałem siłacza Orteka, który dodatkowo był nieco upośledzony w postrzeganiu świata, zatrzymał się na etapie małego chłopca.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Odnośnie pytania: w opowiadaniu język bohatera oscyluje między codziennością a metaforą:
Przychodzę do ciebie od kilku miesięcy, zacząłem na poprzednią jesień. Pamiętam, pomyślałem, że ładnie ci orzechy wokół grobu naspadały.
To jest przykład fragmentu, w którym są kolokwializmy, składnia i gramatyka nieco kuleje, i co powie na to Tarnina? A jednak nie zaznaczałem tego jako błąd, tylko próbę zapisania myśli takich, jakimi są, łącznie z niedoskonałością gramatyczną.
Są też mniejsze grzeszki:
Mnie uchroniły, w sensie.
Metafory graniczące z kolokwializmem też:
Potrafię znormalizować się w głowie
Czy mi to przeszkadza? Kiedyś już napisałem i się tego trzymam: nie przeszkadza mi maniera pisarska, która definiuje styl, o ile mieści się w granicach poprawności. Tutaj się nie mieści (ewidentnie jest to “jazda bo bandzie”), ale też mi nie przeszkadza, ponieważ od początku widzę, że jest cechą tego opowiadania.
Ujmę to tak: gdybym miał przeczytać całą książkę tak napisaną, miałbym mieszane uczucia. Tutaj jest mały, zamknięty utwór, w którym owe kolokwializmy wydają się tak nienaruszalną częścią, że poprawianie ich nie ma sensu. Widzę w tym zamysł artystyczny, każde zdanie jest dla mnie zrozumiałe, mimo owych zgrzytów z poprawnością. Ma to swój urok.
To jeszcze jedno porównanie: jeśli opowiadanie ma tag “absurd” to nie będę rygorystycznie sprawdzał logiki (choć mogę sprawdzać technikalia).
Jeszcze przytoczę najładniejszy fragment:
Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach. Prawie nie rozmawiającymi, z obawy przed tematem, który musiałby się pojawić. Nie od razu to zrozumiałem, trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała. Dopiero potem zastanowiłem się nad tym nieco bardziej. Temat, który byłby nieunikniony, byłby jednocześnie tabu. Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków, z których każde ma własną rodzinę. Tylko gorszym. Oj, znacznie gorszym.
Jeśli ceną za przeczytanie tego są zgrzyty gramatyczno-składniowe i kolokwializmy – tak, chętnie ją zapłacę XD
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Zaraz po nich zniknęli fpogromcy.
Coś się rozjechało albo zlało?
Na zewnątrz to wcale, nie jestem szalony.
Dziwnie się czyta z tym przecinkiem.
zastanowiłem się nad tym nieco bardziej
Kolokwialne. Lepszy związek frazeologiczny to głębiej – od analogii do “po głębszym zastanowieniu”
Napisane w pięknym, nastrojowym stylu. Podobała mi się i treść, i sposób budowania zdań. Dużo wzruszających momentów, realistyczne zdziwienie bohatera światem. W trakcie lektury wczuwałem się w narratora – co, biorąc pod uwagę jego opłakany stan, jest osiągnięciem – i jednocześnie wymogiem do imersji w przedstawiony świat.
Tekst ma szansę zostać w głowie na dłużej, niedopowiedzenia tylko zachęcają do zadawania sobie pytań. Czyta się i głową i sercem, czyli wywołuje uczucia, i nie jest to bynajmniej znużenie :)
Kliknąłem, ale wydaje mi się, że dużo klików może doprowadzić do ujawnienia autora, kiedyś było to dyskutowane – musiałbym wrócić do jednego z poprzednich konkursów.
Gratulacje za bardzo udany tekst!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Cóż, po za poprawkami nie będę ingerować w treść, bo z tego co kojarzę, to niedozwolone,
Moim zdaniem trzeba (w dozwolonych ramach) uwypuklić to, że bohater jest mordercą. To jest zasadniczy problem, nie dekoracje w postaci Hadesu czy Helheim.
Z komentarzy wynika, że część czytelników tego nie łapie – dlaczego bohater chce odejść w pustkę.
W moim odbiorze jest to najważniejszy element tekstu, który odróżnia go od czystych zabaw słowem – tutaj kryje się przesłanie. To dobry efekt – zaczynamy śmiesznie, kończymy w zadumie. Tylko trzeba go uwypuklić.
Więc na Twoim miejscu, Anonimie, skupiłbym się na tym – żeby wybrzmiało przesłanie, bez zbytniej zmiany akcji.
Nie odpowiadam za Jury, ale przebudowanie zdań o morderstwie tak, żeby wybrzmiały, nie jest chyba ingerencją w treść – bo treść już tam jest, tylko słabo widoczna.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Po przeczytaniu tytułu myślałem, że będzie samo Diyu, bo tam dusza była dokładnie “trzepana” za wszystkie grzeszki – i było chyba dość biurokratycznie :)
Z racji serii o Nili muszę być na bieżąco w temacie zaświatów XD
Hm, można było dorzucić Easter Eggi – np,. wzmiankę, że któraś z urzędniczek znika na szkolenie w Diyu, i już zorientowany czytelnik by się uradował, a niezorientowany może zainteresował słówkiem. To, że zakładamy, że czytelnik jest na poziomie Disney+ nie znaczy, że musimy się zawsze ograniczać. Można to napisać tak, że dla Disneyowca jest to po prostu jakiś ozdobnik, tak zwany “abażur”, który nie przeszkadza mu rozumieć fabuły, a taki co przekopuje mitologie będzie miał przyjemność.
Rzeczywiście wszystkich wątków nie da się wrzucić w opowiadanie, które ma bawić czytelnika i jego cel jest zupełnie inny. Nie chodzi przecież o to, żeby opowiadanie się zgadzało dokładnie z mitologią, tylko o zabawę dla czytelnika – ale z drugiej strony ważne, żeby ten nie poczuł, że porusza się wśród dekoracji z kartonu ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
i w ogóle:(
W ogóle ani trochę nie odstajesz, ale od klimatu tak. Ale właśnie od tego są wyzwania, żeby próbować i szybko mieć odpowiedź.
No i wyzwania są od tego, że jak się spadnie z konia… czy mam kontynuować? :P
Przecież nie jest nigdzie napisane, że ma się jedną próbę!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Guru,
Pierwsze, co zauważyłem, to eksperyment z formą – bardzo krótkie linie. Mam spostrzeżenie, że nadawało to tempo czytaniu, wymagało jednak oswojenia się ze sposobem zapisu. Zapewne niektórzy czytelnicy, którzy widzieli już niejedną zabawę w literaturze zupełnie się tym nie przejmą, a nawet ucieszą z odmiany. Można natomiast nie trafić w czyjeś gusta – więc od razu wycinamy część odbiorców, tylko ze względu na formę. Czy warto? Hm, przewrotnie napiszę, że czasem warto, by pisanie było różnorodne.
Podobał mi się końcowy twist, w którym bohater staje się “wysłannikiem” głodu. Napięcie narastało stopniowo, co wciągało mnie w opowieść.
Wybijały mnie niektóre słówka, i to jest chyba ważne spostrzeżenie – przy takim rozbiciu tekstu na linie również wszystko dobrze widać, więc wszelkie niezgrabności stylistyczne od razu wypływają na wierzch.
Miał więcej niż wszyscy razem
Miał więcej, niż wszyscy we wsi razem wzięci
Bogumiła słyszała częściej zgrzyt żaren niż własne myśli.
To kobieta, ma rozdzielną uwagę. Mielenie zboża nie przeszkadza chyba aż tak bardzo w myśleniu.
Zadowolenie było w mlaskaniu, w cieple izby, w ciężkości brzuchów.
Takie poetyckie, ale niektórzy czytelnicy się pogubią
– Jeszcze – uśmiechnął się Bogdan.
Albo przerobić na “gębowe”, albo wielką literą i zmienić szyk, albo jako wtrącenie dialogowe i bez kropki
Śnieg był głęboki. Zniknęły w nim. Nie poszedł za nimi.
Powtórzenie “nim”, poza tym “zniknęły” sugeruje, że zapadły się w śnieg całkowicie. Bydło by po prostu nie chciało wtedy iść. Chyba że wyżarły sobie tunel, ale to raczej komiczny efekt.
Teo
Miłe to, ale nie bałem się ani trochę. To chyba wersja dla rezydentów domu spokojnej starości, gdzie połowa jest już po zawale i serduszko nie może szybciej zabić :)
Rozkręca się bardzo powoli, w zasadzie czytelnik rozumie to, że zakłócali ciszę już na początku, ale potem dowiaduje się wszystkiego ze szczegółami. Po tak długim wstępie, który w zasadzie prezentuje stałą wartość “napięcia fabularnego” oczekiwałem czegoś bardzo mocnego, a dostałem coś, co tylko potencjalnie wieje grozą – jak woda po gotowaniu parówek :P
Gdybym miał napisać w skrócie, to, eee, ma potencjał :)
Widzę, że sięgasz do wspomnień. Dzieciństwo to kopalnia horrorów. Wystarczy je ożywić :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Na razie bez łapanki językowej – na którą przyjdzie czas, bo miejscami było “szorstko”.
Koncepcja mi się spodobała – zabawnie, ale miejscami pojawiała się i groza.
Moment, w którym bohater przypomina sobie, że jest mordercą, wydawał mi nieco zagmatwany:
Na tę myśl chwycił się nadgarstka, gdzie jeszcze kilka godzin temu jej pomalowane, sztuczne pazury wbiły mu się pod skórę.
Nigdy od niej nie uciekniesz, ani tu, ani tam.
– Cicho.
Od chwili gdy was zostawił, nie zrobiłeś nic. Dałeś jej miotać sobą wedle uznania, i co teraz? Morderco.
– CICHO!
To kulminacja całości, więc moim zdaniem nie powinno być tutaj wieloznaczności, jak we fragmencie, który wyróżniłem. Czytelnik na podstawie tego zdania ma się domyślić, co się stało, ale ja się gubiłem. Powinno być mocno i wyraźnie.
Z uwag technicznych:
Brakowało mi islamu – drugiej religii świata:
https://www.infoans.org/pl/dzialy/warto-wiedziec/item/25574-religie-na-swiecie
Tam też są odpowiedniki nieba i piekła – Sura 56, można sprawdzić na:
I chińskich zaświatów, przez które muszą przebrnąć wszystkie dusze, żeby się oczyścić:
https://china-underground.com/2011/04/27/the-eighteen-layers-of-chinese-hell/
No dobra, uznajmy, że przecież to fikcja, miało być śmiesznie, więc zostaje nam Niebo, podziemia greckie i skandynawskie.
W wersji greckiej bohater bez monety będzie się błąkał 100 lat nad Kokytos, co samo w sobie jest rodzajem piekła, bo to rzeka lamentu. Potem trafi pod sąd – w tym przypadku przed oblicze Eaka, bo on odpowiada za Europę. Nie wiemy, za co zabił, czy kogoś bronił, czy jest po prostu psychopatą. Psychopata trafiłby do Tartaru i tam wiecznie cierpiał.
W wersji nordyckiej w opowiadaniu zupełnie pominięta jest w opowiadaniu struktura zaświatów – pojawia się tylko Walhalla. Nordyckie zaświaty miały również Folkvangr – Pole Dusz, do którego trafiałą polowa “bohaterów”. Miejscem rządziła Freja.
Neutralna dusza po prostu wiodłaby nudne życie pod czujnym okiem Hel.
Morderca – zależnie od wersji mitologii – zostałby od razu pożarty przez Nidhogga i unicestwiony, albo (w późniejszych wersjach) cierpiał męki w piekle. Trzeba pamiętać, że okresie, kiedy została spisana, mitologia nordycka była już pod wpływem chrześcijaństwa, ale również wcześniejszych naleciałości rzymskich.
Z Eddy Poetyckiej, tłumaczenie Apolonii Załuskiej:
„Widziała salę od słońca daleką,
Na trupim brzegu, drzwi na północ patrzą;
Jadu krople padają otworami dachu,
Z grzbietów wężowych pleciona ta sala.
Widziała tam brodzących w nurtach rzek bystrych
Mężów krzywoprzysiężnych i morderców wilczych
I tych, co żonę cudzą ułudą uwiedli;
Tam Nidhögg wysysał ciała zmarłych…”
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Gdyby Wenusjanki i Marsjanie tak wdzięcznie do siebie pisali, może rzadziej sięgaliby po broń masowego rażenia, w tym pociski soniczne, portale do odległych krain oraz hibernację wieczorną.
Jak już zauważyli czytelnicy, mimo reprymendy w słowach jest sporo ciepła, a sarkazm nie przechodzi w złośliwość.
Zatem, droga Ziemianko, rada starszych mej rasy zdecydowała przekazać Ci amulet kliku, z zaleceniem, by co najmniej raz w tygodniu ułożyć dla niego opowieść. Amulet bez opowieści śniedzieje, aż w końcu chowa się ze wstydu pod szafą w oczekiwaniu na lepszego właściciela, więc dbaj o niego :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witaj, Anonimie!
Czytało się dobrze, choć wymagało skupienia by powiązać scenki. Trudno mówić za innych, ale mam wrażenie, że próg wejścia w rzeczywistość jest wysoki, więc mogą się pojawić pytania “ale o co chodzi?”.
Ja starałem się wyłączyć sprawdzacza literówek i składni, wtedy pomogło (za drugim czytaniem) – kiedy wczułem się w nastrój, pozwoliłem treści zagościć w myślach, a samym myślom trochę błądzić po odniesieniach kulturowych, znaczenie scenek stało się w miarę jasne. Brawo za ambicje i pomysł.
Dobre budowanie świata, poznajemy go zarówno oczami technika, sprowadzonego de facto do roli więźnia, jak i w dialogu z posłańcem z Kalos. Dwa punkty widzenia, dwie różne metody opisania, podobała mi się taka ekspozycja.
Dialogi na wiele osób zawsze są trudne, ale ten brzmiał w miarę dobrze. Gdyby posłaniec miał w wypowiedziach jakąś formę grzecznościową na początku, łatwiej byłoby go wyróżnić, bo przecież pozostałe głosy to w gruncie rzeczy jedno i nie ma tam znaczenia, kto mówi.
Koncepcja harfiarza też ciekawa.
Zalatywało Jim-em, ale na razie zbyt mało poszlak, nie będę zgadywał.
Polecam jeszcze raz przeczesać tekst, trafiają się babolki takie jak ten:
Tam, gdzie krzyżowały się ich niezliczona ilość – na pępicy.
Odmiana?
Mimo drobiazgów napisane naprawdę porządnym językiem.
Polecam dodać oznaczenie 18+ ze względu na scenkę pobierania nasienia – w sumie jest tag erotyka, ale nie zaszkodzi.
Mam wątpliwość logiczną, czy nasienie techników miało wartość, skoro pracowali w takich warunkach.
Pozdrawiam!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Z tym ŁUP i podobnymi – hm, gdyby to była cecha charakterystyczna całej serii, chyba bym przywykł. Taka maniera pisarska, przestaje drażnić po dwóch rozdziałach, po czterech już jej nie zauważasz ;)
Gdyby dać komiksowe ilustracje w dużej ilości, może formuła light novel – kto wie? Dobry sposób, żeby się wyróżnić. W Polsce nie jest chyba popularne.
Mam na myśli to, że fanfiki o Wiedźminie to mocno obsadzony obszar, trudno się przebić.
Całość stylowo dość szorstka, edytor jeszcze miałby trochę roboty. Pod względem pomysłów bardzo dobra.
To będzie trudna decyzja – przebijać się z Koenradem czy spisać go na straty i stworzyć własny, odjechany świat. Teraz jest czas na takie odjechanie, takie mam przeczucie – uniwersum, które tworzy zupełnie nowe zasady gry, może wciągnąć czytelników.
Taka Diuna to fabryka dziur logicznych i technicznych, a jaka modna :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Tu też dialog do poprawy. Kropka po mamo, odruchowo z dużej.
Można dyskutować. Przywitać (słownie) to czynność gębowa. Przywitać (w ogóle) – do interpretacji. Więc to chyba ciężki przypadek.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nostalgiczne i nastrojowe.
W tekście jest sporo pogody… ducha :) Prowadzi czytelnika przez cały proces przejścia w zaświaty i zamiany w ducha z wdziękiem. Jest sporo wzruszeń, miłe, rodzinne scenki – a jednocześnie uniknąłeś patosu. Czyli łezka się kręci, ale nie jest wyciskana z odbiorcy.
Na razie nie robiłem łapanki językowej, ale zwróciłbym uwagę na imiesłowy. Większość jest użyta poprawie, ale błysnęły mi takie, które nie wydają się wyrażać jednoczesności, a przynajmniej wyobrażenie sobie, że jedna czynność towarzyszyła drugiej wymaga pewnej ekwilibrystyki. Jest też trochę powtórzeń. Wcale nie przeszkadzało mi to w odbiorze, tekst czyta się gładko, a niedoskonałości zauważałem przy okazji, a nie wywalałem się na nich.
Przykłady:
zaczął wyłamywać parasole. Ludzie zaczęli w pośpiechu
szepnęła Śmierć do jego ucha
Anglicyzm składniowy(death whispered in his ear)– lepiej: szepnęła mu Śmierć do ucha
odruchowo spróbował się przywitać, ale żaden dźwięk nie wydostał się z jego ust.
Siękoza (na szczęście na to się nie umiera XD) . Wydostał się można zmienić na wyszedł – żaden dźwięk nie wyszedł mu z ust. Może być też “opuścił”, ale wtedy trzeba niestety mieć tę angielskawą składnię “nie opuścił jego ust”, ponieważ sam czasownik jest wieloznaczny.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To pomaga trochę.
A uwagi czytelników jeszcze bardziej XD
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
bo ostatnio mam skłonność do przedłużania.
Zamiast z tym walczyć, zacznij książki pisać XD
It is not who I am underneath, but what I do that defines me