komentarze: 862, w dziale opowiadań: 723, opowiadania: 221
komentarze: 862, w dziale opowiadań: 723, opowiadania: 221
Dziękuję za komentarze!
Czarna2 wygrała betę!
(dźwięk fanfar)
Mam tylko prośbę o wysłanie wcześniej wiadomości, że czeka mnie zadanie bojowe, gdybym nie wystawiał nosa znad własnej pisaniny.
Cieszę się, że ktoś tu zajrzał i pogłówkował.
Oldguard, bardzo ładne rozpisanie wszystkich rzek!
Ale równocześnie się martwię, że gdzieś tam w poczekalni leżą inne, lepsze teksty, którym też należy się uwaga, więc koniec TWA i do roboty :)
Rafaelu, jestem ciekawy Prozerpiny. Cóż, powroty do mitologicznych korzeni są ciekawe :)
Witam (albo raczej witom),
Sytuacja wymagała skradania się.
To trochę niezgrabne. Czyta się jak objaśnienie czytelnikowi. Użyłbym innego słowa zamiast “skradania się”.
jeszcze kręcili się
Przestawiłbym “się” o wyraz wcześniej – znajdą się tacy, którzy będą tutaj szukać rusycyzmów.
– W takim rozie tutej się pożygnamy.
Zgodnie ze wcześniejszą stylizacją wiarygodniej zabrzmiałoby “pożygnomy”. W dodatku budzi zabawniejsze skojarzenia fonetyczne.
Taka, co ni wiadomo, co za zakrytem się kryja
Zakrytem, czy może zakryntem?
Przyznam, że ostatnio musiałem wybierać opowiadania, które skomentuję, bo czas nie z gumy, a chciałem zajrzeć do jak największej ilości konkursowych. Tak się staram robić, jeśli piszę coś na konkurs, komentuję pozostałych uczestników. Więc to jako jedyne przeczytałem dla przyjemności, bez krztyny obowiązku.
I się nie zawiodłem. To była czysta przyjemność. Bardzo ładny styl, bardzo “mój" humor, świetne nawiązanie do Don Kichota, genialne przejścia między punktami widzenia i płynne zmiany miecza w kijek.
Śmiałem się i cieszyłem jednocześnie. Dziękuję za miły poranek.
A polikom se, kto mi zobroni?
Mięśnie rwały, ale ten poranek zapowiadał zmianę.
Początek zdania wymaga przypomnienia sobie, co było w poprzednim rozdziale. Dodałbym na wszelki wypadek coś w stylu “nadal rwały”, skoro odnosimy się do zmiany.
Żar trawił je dobę
Dodałbym “całą dobę”, tak brzmi mało ciekawie.
Tafla wygładziła się, odsłaniając gęsty osad.
Warto jest przestawiać “się” przed czasownik, o ile nie zaburza to sensu i brzmienia, ponieważ kończenie części zdania na “się” niektórzy odczytują jako rusycyzm.
– Reakcja przebiegła podręcznikowo – mówiła z entuzjazmem. – Wynik pozytywny. Hipoteza zweryfikowana. Możemy myśleć o aplikacji polowej.
Jeśli z entuzjazmem, to wykrzyknik. A najlepiej pierwsze zdanie uczynić naprawdę entuzjastycznym – chyba że bohaterka ma właśnie taki charakter, używa języka podręcznikowego (z tego co pamiętam z poprzednich części, często tak robi). Jeśli to zamierzony efekt, to może pójść w kierunku lekkiego Aspergera, taki żeński doktor House albo Bones?
Praca ruszyła rytmicznie, wprowadzając ich w trans
Trochę niezgrabne to zdanie, ale na szybko nie mam pomysłu, jak je zmienić.
Pchnął kolejną porcję gliny w ramę, jakby miażdżył w niej własny żal.
Z zakończeniem miałem problem. Po pierwsze, to efekt “łopaty” – nakładanie czytelnikowi do głowy tego, co powinien poczuć. Po drugie, poprzedzającą scenkę przeczytałem, ale nie udało mi się w nią wczuć, więc tutaj żal odebrałem jako sztuczny. Gdybym lepiej wczuł się w scenkę, to zdanie byłoby jej skwitowaniem, i nie byłoby efektu łopaty.
Zanim ruszył do lasu, poczuł jej dłoń na ramieniu. – Zaczekaj. Skoro zamierzasz spalić tyle drewna, wykorzystajmy to.
Dialog od nowej linijki. Czytelnik będzie się tutaj potykał. Tak, może się domyślić, że ona to mówi, ale didaskalia zaczynają się od niego. Dobrze jest zachować płynność czytania. Nowa linijka oznacza dla czytelnika, żeby wzmógł czujność, brak nowej linijki nakazuje raczej wiązać kwestię z podmiotem didaskaliów.
Dobre opowiadanie – nie wypada napisać, że po becie jeszcze lepsze, ale zyskało na płynności, a zachowało oryginalną treść.
Podobało mi się to, jak działa na wyobraźnię. Nie mam problemu, żeby przenieść się w przedstawiony świat, a to w opowiadaniach bardzo lubię.
Zagadka kobiety, odwrócony chronologicznie układ, te elementy zachęcają do dalszego czytania – chcemy się dowiedzieć, jak do tego doszło, kim ona jest.
Dobry pomysł, sprawna realizacja, widać dbałość o to, żeby tekst był lepszy… czego chcieć więcej? Może więcej klików, ja dokładam swój :)
Ręka dzierżąca miecz się trzęsie tak, że płomień przelatuje mi przed twarzą.
Bardziej naturalnie brzmi mi “trzęsie się”.
Hm, a może “drży”? Załatwiony problem brzmienia, szyku i siękozy :)
P.S. Biblijna “stopka” w komentarzach wywołuje uśmiech ilekroć ją czytam, aczkolwiek jest również nutka niepokoju – lud jako ostatnie spożył nietoperze, a potem tekst się urywa. Czyżby aluzja do pandemii?
Beeeecki, i ja się cieszę, że mogłem pomóc (a przy okazji przeczytałem dobre opowiadanie). I broń… Zamyśle, nie tupię teraz nóżką i nie sprawdzam, czy wszystko wprowadzone czy nie. bo przecież każdy ma swój gust. I w świecie też jest dużo rzeczy, które mnie drażnią, i drażnić będą, kiedy przyjdzie wiosna (pyłki). A jednak nie chcę zmieniać całego świata, co najwyżej wyrżnąć i wypalić delikatnie przesunąć rzeczy, o które się potykam :)
Dobrze, że opowiadanie już opublikowane, bo opek konkursowych dużo, a wszystkich nie obskoczę, choćbym chciał. I jeszcze wrąbałem się w pisanie sequela Rzeki, miało być krótko, a wychodzi jak zawsze, czyli machina fabularna się rozkręciła i rządzi twórcą. Więc miotam się między swoim pisaniem a komentarzami, potem będzie mi głupio, że kogoś z pozostałych konkursowiczów pominąłem.
zapadła cisza. W rajskim kraju, którego mieszkańcy dzielili się na chóry, nigdy dotychczas nie zapadło takie milczenie.
Dziwacznie brzmi wtrącenie “którego mieszkańcy dzielili się na chóry”. Tylko mnie rozpraszało.
– Co zamierzamy zrobić? – sprostował Lucyfer. –
Skoro sprostował, to czy nadal pytał?
do którego się zmuszam, naruszając minimalnie siłę woli, która niczym to strome zbocze, kruszy się, im dłużej maszeruję.
Źle to brzmi, tzn. sensu można się domyślać, ale słowo rozmija się ze znaczeniem (moim zdaniem). Naruszając po trochu, po kawałku, albo w ogóle rozwinąć metaforę, np. Każdy krok jest wysiłkiem, do którego się zmuszam, choć czuję, że siła woli pęka i kruszy się ziarno po ziarnie, niczym ta krawędź przepaści. Albo coś w tym stylu.
Przenikał go strach przed konsekwencjami każdej decyzji.
Paraliżował byłoby obrazowe.
W dłoni poczuł ciężar i zobaczył, że trzyma miecz o złotej rękojeści i srebrnym ostrzu, które płonęło żywym, jasnym ogniem, wieńcząc sztych, w taki sposób jakby to nie stal, a płomień przeznaczony był do zadawania ciosów.
Długie zdanie, co samo w sobie nie jest grzechem :) ale to “w taki sposób” mnie rozdrażniło, przez nie całość jest mało płynna. Bez niego będzie chociaż ładna metafora, a teraz brzmi jak próba uładzenia metafory. Mam też problem z gramatyką, “wieńcząc sztych” formalnie odnosi się do ostrza, a nie do ognia, ale ostrze nie może wieńczyć sztychu (który jest zakończeniem ostrza) tylko ogień może je wieńczyć.
Nie znamy takich konstrukcji, nawet archaniołowie, którzy widzieliśmy Zamysł.
Proponuję dodać “my” po nawet, bo bez tego mam wrażenie rozjechania się logiki albo gramatyki. Początek jest ogólny i odnosi się do wszystkich aniołów, a druga część do szczególnej grupy.
Zastanawiam się, jak zaszturmować wejście. Rozważam, czy w trakcie nie zabraknie mi sił i silnej woli.
Użycie “zastanawiam” i “rozważam” zwalnia tempo do śli… przepraszam, do żółwiego. To kulminacja i nie wypada robić takich rzeczy czytelnikowi, to jakby wyświetlić reklamy w najciekawszym momencie!
wystawieni są na działania tego złego miejsca.
Unikałbym jak ognia :) takich słów w opowiadaniu, w którym dopiero powstaje piekło, a koncepcja zła nie jest jeszcze (zapewne) w pełni zdefiniowana. To jedno słowo zepsuło mi całą scenę. Słowo “zło” powinno wkroczyć w opowiadaniu w odpowiedniej oprawie, a nie pojawić się w przypadkowym miejscu jako określenie miejsca. I to jeszcze dwuznaczne, bo miejsce nie jest złe moralnie (choć w sumie opisujesz piekło, więc czemu nie? ).
w ostatnim momencie skacze, rozwija zwiędnięte skrzydła i próbuje przeskoczyć na bezpieczny grunt.
a płomień ześlizguje się na jego ciało, odrzucając go w tył, krzyczącego z bólu.
Metafora czy dosłownie ześlizguje? Trudno jest mi sobie wyobrazić to ostatnie.
Wpatrzony samotnie w płomienie i wsłuchany w huk burz, czekał, czy przyjdzie mu zrozumieć prawdę, czy też na wieczność pozostanie mu jedynie służba.
A on nie miał czasem służyć człowiekowi? Bo zachowuje się jak weteran wojenny z PTSD. W ostatnich, najważniejszych słowach opowiadania widzimy go bezużytecznego – patrzy i czeka. O tym, co robi dla ludzi, których wybrał, nie ma ani słowa.
Uff, to koniec łapanek.
Wrażenia ogólne: dobra kompozycja i klimat. Tak jak napisałem wcześniej, fragmenty kursywą świetnie budują nastrój, napięcie i zagadkę. Przeplatający się wątek wyprawy na skraj piekła i poszukiwania zamysłów Zamysłu to dobry pomysł – sama wyprawa to bardzo ciemna fantasy, a czerń jest dobrze widoczna na tle bieli. Pomysł również ciekawy, unikanie nazwania Boga doskonałe. Świetnie można wyczuć, że jest bytem z zupełnie innej kategorii, niż reszta towarzystwa.
Ciekawe i wciągające. Błagam o wypolerowanie, bo świetnie się czytało, efekt imersji doskonały, ale potykacze wybijały z rytmu.
Niektórzy z nas kaszlą od nieświeżego powietrza.
Raczej oczywiste, skoro spalenizna pojawia się w poprzednim zdaniu, w dodatku to nieświeże powietrze zepsuło cały nastrój. Urwałbym po “kaszlą”. Proste i dobitne.
Skoro mowa o nastroju, to wprowadzenie jest doskonałe: intrygujące, dobitne, a poza tym mówi czytelnikowi, jaki to rodzaj opowiadania – co w dobie czytania na kolanie w komórce bardzo się przydaje (ale oczywiście nie pochwalam takiego czytania :) )
Jego oczy chłonęły otoczenie, a widok poruszał go do głębi.
Go, go go, ale ale ale… to chyba nie ta bajka :) Drugiego go można się pozbyć bez szkody dla zdania.
ale zawsze w doskonałej harmonii.
W harmonii z czym, względem kogo? Ze sobą samym, czy wszyscy stanowili doskonałą harmonię?
przyznał Michał, sam mający tendencję do poważnienia, gdy inni się weselili.
Sam chciałbym mieć pomysł na poprawę tego zdania. Na razie tylko czuję, że coś mnie w nim drażni.
Zaśmiali się i popili słodkie rajskie wino.
Jeśli nie wypijają całości, a niepoliczalną część, poprawnie jest słodkiego rajskiego wina
Zataczają dziwne kręgi, nagle spadając, niczym martwe, by w ostatnim momencie rozpostrzeć skrzydła i równo poszybować.
Spadając sugeruje jednoczesność, co jest trudne do połączenia z wyrazem nagle (jednorazowe). Całe zdanie jest zrozumiałe i ładne, ale… dobry imiesłów to martwy imiesłów 
Fragmenty kursywą są świetne i trzeba w nich uważać na każde słówko :)
Michał miał wrażenie mierzenia
Niezamierzona aliteracja.
, ale był sam. Wkoło tylko lekka jasność.
W drugim zdaniu czasownik poległ w walce z byłozą, przez co jest kalekie. Trudno, wojna trwa, muszą być ofiary :)
Michał znów był w swoim ciele i duchu, otoczony gwieździstym niebem i zielenią, leżąc pod owocującą jabłonią.
Dobry imiesłów to jaki imiesłów? Dobra, ten wyraża jednoczesność, więc teoretycznie ma rację bytu. Ale i tak ilekroć czytam to zdanie, brzmi źle.
Wrócę z uwagami do drugiej połówki. Wolę dokładnie i w porcjach, niż raz ale na kolanie :)
Będzie lepiej?
A “bezdomni” często mają serce dla zwierząt. Masz rację. :)
O, tak, znacząco lepiej!
Twój szort zrodził pomysł na opowiadanie o kosmicie, który ranny ląduje na ziemi, ale z racji pokracznego wyglądu nikt nie chce mu pomóc – aż trafia na bezdomnych, którzy biorą go za zwierzątko i otaczają opieką.
Raczej już było, ale da się napisać i śmiesznie i wzruszająco.
Witam!
Dzięki za przeczytanie i za dobre słowo!
Co do szybkiej ewolucji zarówno Charona, jak i Nili, to zwracał mi już na to uwagę m.in. Outta Sewer. Pomysł na poprawienie w niewielkiej ilości znaków mam, ale po pierwsze konkurs, więc nie mogę ruszyć, a teraz jeszcze nominowanie, więc też trudno ruszyć, bo jedni przeczytają starą wersję, a inni nową. Ale to tym całym zamieszaniu pewnie wstawię scenkę z “krokiem wstecz” w relacji bohaterów.
Wyjący Wilk nie potrzebował powodu dla którego śledził Celeba
Indianin może się włóczyć i być wścibskim, bo taki jest z charakteru. Jako czytelnik to kupuję i nie potrzebuję tłumaczeń. Howgh!
Każdej nocy zegar wybijał dwunastą i w jego dźwiękach budziły się wszelkiej maści dziwy, twory oraz inne wizje artystyczne.
Ta wyliczanka trochę niezgrabnie wyszła.
Wśród cieni, w miejscu prawie niewidocznym, wisiała ona:
Trudno jest mi to sobie wyobrazić. Cieni czego? Poza tym w muzeach dzieła zwykle są eksponowane.
Od tej chwili jej życie zmieniło się.
Zamieniłbym kolejność, niektórych “się” na końcu drażni jako rusycyzm.
Najbardziej jednak pragnęła obstawy o pałkach, które trzeszczały mocą i nie wymagały „powiększenia”.
Zawiesiłem się na tym zdaniu.
Dama wiedziała, że tamta nie dogryzała jej ze złośliwości, ale ona również miała swoje granice.
Dość niezgrabne zdanie. Można się domyślić sensu, ale tylko domyślić.
– Czyli babka miała rację – bursztynowe oczy rozwarły się w szoku.
Zapis dialogu – rozwieranie oczu nie jest “paszczowe”, Bursztynowe oczy (…) i trzeba zakończyć kwestię dialogową wybranym znakiem.
Chwyciła jego rękę i pociągnęła go do góry. Zaskoczony Łukasz podążył za nią z niewinnością cielęcia.
Pierwsze zdanie nie jest jasne. Bohaterka ma nadludzkie zdolności, więc przy pierwszym czytaniu wyobraziłem sobie, że unosi go do góry, jak anioł.
Jest ulotna, ciesząca się chwilą.
Zgrabniej: jest ulotna, cieszy się chwilą.
Jednak zbliżając się ku końcowi, obrazy przybierały coraz bardziej na sile, przywołując śmiech, zabawę i zapach skoszonej trawy.
Rozumiem sens zdania, ale początek bardzo źle brzmi. Np. “Jednak im bliżej byłem końca, tym mocniejsze/wyraźniejsze stawały się obrazy (…)
Podobała mi się koncepcja opowiadania i cała historia. Początek wydaje się sztampowy, ale im dalej, tym lepiej. Dobry pomysł z fragmentem sagi/mitu, wplecionym w całość. Tutaj naprawdę zrobiło się ciekawie. Oboje doznają przemiany, dojrzewają. Sporo ambitnych treści przemyconych w zabawny sposób.
Huśtawka między rubasznością a refleksją na początku mi przeszkadzała, ale w połowie opowiadania zauważyłem, że nadaje również tekstowi lekkości i dystansu. Ciekawe opowiadanie, które zapamiętam!
Pewnego dnia jednak dostał z centrali wiadomość o portalu do domu, z mieszkającymi tam trzema kotami.
Na tym zdaniu się potykam.
A resztę przyjemnie się czytało, choć podświadomie czekałem na ostrzejsze zakończenie :)
Schroniska to jedna strona, slumsy, śpiący na dworcach i w podartych namiotach, studzienkach i jamach to druga… Ale niektórzy “bezdomni” – myląca nazwa, bo dom mają, tylko nie taki “oficjalny” często przygarniają zwierzęta.Nie wybrzydzają, czy to pies, czy kot – takie miałem skojarzenie.
Zauważyłem, że opowiadanko jest w większości ekspozycją, mało zostaje miejsca na fabułę.
Kary wałach wyczuł obecność Mormona. Szarpnął łbem. Bill dopiero usłyszał.
Lubię minimalizm, ale tutaj się gubię.
– Dziękuję. Nazywam się Bill Thornton. Jadę z Laramie.
Z kolei tutaj naturalniej będzie samo “Bill Thornton”
Wybacz, ale to zajęcie traktuję na tyle poważnie, że nic innego nie jest w stanie zajmować mi myśli
Końcówka zdania pokraczna i źle się czyta.
Spiął konia piętami. Srokacz ruszył galopem
Jak wyżej. Może lepiej nie wchodzić w szczegóły, czym spiął konia. Poza tym koń to nie samochód, strzałów ze sprzęgła nie lubi. Bezpieczniej jest napisać “przeszedł do galopu” – sugestia, że zrobił kilka kroków stępem albo kłusem. Technicznie może wystartować galopem, ale jak dotąd ten koń jest opisywany dość flegmatycznie.
Jeśli chcesz opisać taki błyskawiczny start konia, można wcześniej dać znać, że wierzchowiec jest bardzo niespokojny, przestępuje z nogi na nogę, szeroko otwiera oczy i nozdrza, strzyże uszami, drży, wyciąga głowę i szyję, jednym słowem jest na granicy spłoszenia, a kiedy dostaje impuls od jeźdźca, zrywa się do biegu.
Jeździec wczepił dłonie w końską grzywę.
A po jakiego grzyba? Żeby go bolało, czy żeby koń w końcu go zrzucił za całokształt obsługi? 
– Wciąż mam obraz Lecącego Jastrzębia.
Intencje zrozumiałe, wykonanie mniej. “Wciąż widzę Lecącego Jastrzębia” nie jest czasem prostsze?
Dał podejść szczeniakowi. Kary drgnął, gdy Czejen wsadził rękę w juki. Bill zawinął lejcami i zdzielił gówniarza przez głowę, aż indycze pióro zleciało na ziemię. Młody Czejen, masując głowę, wrócił do reszty dzieci, witany śmiechem i drwinami.
On ma sakwy przednie? Bo odnośnie juków za siodłem nie jest to wykonalne. Wodze nie są tak długie.
A całość dobrze się czytała, wątek o przeżyciu żałoby i pogodzeniu się z utratą ładnie opisany. Upiór, który karmi się cierpieniem był zarówno straszny (czyli udany) jak i wystarczająco “głęboki” by zainteresować, a nie tylko być kolejnym straszakiem, który wyskakuje z krzaków. Inteligentne horrory lubię.
A Indianie w ogóle używali uprzęży? Bo coś tam mi się kojarzy, że woleli kierować koniem przy pomocy nóg.
https://lammuseum.wfu.edu/exhibits/virtual/at-home-on-the-plains/horse-tack/
Używali, tylko zapewne to, o czym piszemy, to ogłowie.
Wyjący Wilk puścił lejce. Srokacz w ciemności zrobił jeszcze parę kroków. Stanął i pochylił łeb. Jeszcze nie skubał trawy, czekał, co zrobi Czejen. Indianin znieruchomiał w siodle, wtedy koń zacząć jeść. Jeździec nasłuchiwał – wiatr ostrzegał, nie wiedział tylko przed czym.
Pierwszy wystrzał obudził Czejena. Złapał i ściągnął lejce.
Lejce są w bryczce. Przy jeździe wierzchem są wodze. I raczej się je luzuje, a nie zupełnie puszcza. I czy czekanie ma pokazać ich zgranie? Bo większość koni jednak zajmie się żarciem w takiej sytuacji, chyba że Indianin tak je leje batem, że się boją.
Wyjący Wilk spiął konia piętą.
No dobra. Teraz już wiadomo, dlaczego koń się tak go boi. Nie zachęcamy konia do szybszego poruszania się piętą, jeśli go lubimy. Łydką!
Wiatr coś niósł ze sobą. To nie był kojot czy wilk.
Mocne wiatry tam wieją, jeśli rzucają kojotami. Czy może chodziło o wycie kojota czy wilka? W kolejnych zdaniach jest wytłumaczone, że chodzi o dźwięk, ale w takim zestawieniu brzmi to komicznie.
Bill szukał go dwie noce, nim zorientował się, że nożownik wrócił i schował na starej farmie.
Schował się na starej farmie czy schował tam coś innego?
– Dzięki, doktorze.
Moim zdaniem “doktorze” można pominąć.
– Zaczekaj. – Burmistrz spojrzał na medyka. – Zostawisz nas samych.
Bardziej naturalne byłoby ze znakiem zapytania, albo “zostaw nas samych”. Na razie brzmi jak “Jedi-talk” :)
Spierzchnięte wargi poruszały się
“się” na końcu drażni niektórych. Ładniej: Spierzchnięte wargi wciąż się poruszały.
Wrócę jeszcze, bo dziś już pora za późna na łapanie słówek, a widzę, że opowiadanie się pierzy, więc jednak warto je dokładnie przejrzeć :)
To nieładnie zabijać matkę tuż po porodzie.
Sapkowski albo CD Projekt już by mieli wdzięczny pomysł na potwora.
Stara(?) Gwardio,
(chyba wdzięczniejsze byłoby tłumaczenie “Wierna Gwardio”, ale nie jest dosłowne).
Każde uproszczenie tekstu mnie cieszy. Zaraz wprowadzę.
Jeszcze bardziej raduje mnie to, że bohaterowie i ich interakcja zabrzmiała wiarygodnie. Choć, jak już niektórzy zauważyli, mogłaby być pełniejsza. Zbieram te uwagi, zbieram…
Przyznam, że tej dwójce nie potrafię odpuścić, ale wcale nie jest łatwo dopisać dalszy ciąg. Dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Więc muszą być tacy sami, ale zupełnie inni.
Ooo, miło, że zajrzałaś, nie czułaś się niczym archeolog przy odkopywaniu opowiadanka? :)
Ciekawe, że akurat tego, bo jednocześnie jest wprawką, ale też i najbardziej osobiste. Zwykle jestem dość “przezroczysty”.
No i zbiegło się z myślami o powrocie do “Australii”, która Australią jest i nie jest. Więc podwójnie miło.
Rozłupał proste gałęzie na deski i związał ciasno w dwie ramki bez dna.
Czy on nie oddał siekiery? Czym rozłupał?
Ciosanie desek (prostych) z gałęzi to wredna czynność, która zajmuje masę czasu. Pracuję dużo z drewnem, zarówno nowoczesnymi narzędziami, jak i prymitywnymi
Zrobienie wystarczającej ilości form zajęłoby cały dzień. Więc powinien być opis tego, jak cały dzień siedzą i strugają foremki do cegieł.
Nie wspomnę o tym, że AI narysowało równiutkie deski jak z marketu budowlanego. Nie i jeszcze raz nie :)
A co do cegieł: polecam posłuchać, jak trudne jest ich wytwarzanie i wypalanie. Muszą długo schnąć przed wypalaniem.
Tomek się przebrał za kobietę, żeby ratować Helenę. Jak widzę tajemnica wyszła mi za duża ;)
Co do Heleny to ona jest właśnie na granicy nastolatki, którą była kiedy ją porwał hrabia i dwustulatki, bo taki ma wiek metrykalny ;)
Czytelnicy, ćwiczcie uważność! Trzeba zapamiętać, kto nucił o Troi. To akurat mi się podobało, lubię takie małe zagadki w tekście.
Od dziś zakaz czytania opowiadań w tramwaju albo pod stołem na spotkaniu rady nadzorczej!
O Tobie mówię! I o Tobie też, myślisz, że nie widzę?
To teraz kawa/herbata, wygodny fotel, nastrojowa muzyka, laptop z dużym ekranem i za karę czytamy jeszcze raz!
Co? Ona jest nastolatką? A miała chociaż 18 jak…
… no i masz pomysł na kolejne opowiadanie, ze złośliwym księdzem i prawnikiem, ten ostatni oczywiście reprezentuje mroczne interesy hrabiego :)
To i ja uzupełnię braki w klikach bibliotecznych. Po przeczytaniu wielu opowiadań to nadal pamiętam!
się poczuła. Poczułam, że ktoś nareszcie mnie rozumie.
Powtórzenie i stylizacja się rwie
zwykłą stal by wnet w niwecz obrócili. Winfred unikał więc ciosów, wężowym ruchem się wymykając, i ciął zwykłym żelazem tam, kędy pancerza bestie nie miały
Stal i żelazo to nie to samo, poza tym jest powtórzenie “zwykły”. Usunąłbym drugie, będzie bez szkody dla treści, a zdanie zyska na płynności.
– Nie, Nawojko. Ja w tym świecie, choć pięknym i memu podobnym, zawsze intruzem pozostanę. To nie mój dom. Wchodząc przez ten portal o którym ci wzmiankowałem, nie mówiłem, żem szukał zguby matki jednej z mojego świata. Dziecka , którego nadal nie odnalazłem. Znam ja mocodawców tych, co tutaj ubiliśmy. To ci za porwanie młodzika odpowiadają. Obiecałem, że go odnajdę i bezpiecznie do domu odstawię. Odnaleźć je muszę… I z nim do swego świata powrócić. Ty masz swoje powołanie. I marzenia swoje.
Logika mi się tutaj rozjechała. Skoro szuka dziecka, to powinien szukać dalej. Gość trochę posiedział w wiosce, wytłukł kilku orków, a teraz się zabiera, jak to miało go przybliżyć do celu?
postać historyczną, pierwszą polską studentkę, która w XV wieku w męskim przebraniu podjęła studia na Akademii Krakowskiej, przecierając szlaki dla milionów kobiet.
Podjęła to czynność jednorazowa, przecieranie to raczej proces ciągły, więc przynajmniej moim zdaniem imiesłów tutaj zgrzyta. Jako że nie jestem zawodowym zabójcą imiesłowów, tylko językowym włóczęgą, może ktoś bardziej doświadczony w boju się wypowie?
Z drugiej strony to jest cytat z Radia Zet, więc nie powinienem się czepiać, bo muza przyzwoita, ale czasem jako coś tam palną… 
Złapał go szybko, pośpiesznie chowając z powrotem pod materiał.
Ale temu imiesłowowi nie daruję! Może prościej: Złapał go i pośpiesznie schował z powrotem pod materiał.
usłyszała cichy szept,
Szept by wystarczył
bezszelestnie wsunął się w jego własne palce, wracając do prawowitego właściciela.
Rozumiem intencje, ale przy pierwszym czytaniu można odnieść wrażenie, że medalion ożył i równocześnie z wsuwaniem się wracał – czy taki był zamierzony efekt?
Cała historia – ciekawa. Medalion wywołał skojarzenia z Wiedźminem. Przeczytałem i ani trochę się nie nudziłem. Szkoda, że nie rozwiązał się wątek poszukiwań dziecka – a może nie byłem uważnym czytelnikiem?
Stylizacja – jednocześnie podobało mi się jej użycie i czapki z głów za wysiłek, ale czasem jedno współczesne sformułowanie albo współczesny szyk rozwalał cały efekt. Takich “wpadek” nie było jednak dużo. Poza tym domyślam się, jaka to droga przez mękę, więc jako czytelnik nie narzekam, tylko cieszę się z tych zdań, które się udały, a jest ich mnóstwo!
I zasłużony klik do biblioteki!
A ja, naiwny, wziąłem się za jakieś bety i swoje opowiadanko, bo myślałem, że Cezarego sobie kiedyś wieczorem na spokojnie przeczytam… a tu widać, że trzeba kochać opowiadanka, tak szybko odchodzą 
Przypomniała mi się historia o budowniczym łodzi, z czasów wikingów. Thorberg Skafhogg obserwował budowę łodzi dla króla Norwegii, ale sam nie brał w niej udziału. Kiedy kadłub był już prawie gotowy, w nocy pociął go toporem. Szkutnik stanął przed obliczem rozwścieczonego króla i powiedział, że konstrukcja miała wady, a sam może poprawić łódź.
Tylko, do licha, pozwólcie chociaż trochę dłużej nacieszyć się opowiadaniem, zanim go porąbiecie!
Melendurze, cieszę się, że się dobrze czytało. Starałem się zachować styl słodko-gorzki z odrobiną dystansu względem samego siebie (który czasem nazywają humorem, a niektórzy ironią) – bo wtedy jest jak w życiu, czasem strasznie, czasem smutno, a czasem wesoło.
A warsztatowo orzem jak możem, pomaga betowanie i komentowanie innych opowiadań, do czego zachęcam wszystkich. Jak się zauważy, że u kogoś zdanie “nie brzmi” to potem rzadziej pisze się podobne u siebie – choćby dlatego, że głupio wyjść na hipokrytę :)
Diabeł-transwestyta zrobił mi dzień.
Jak czytam Wasze uwagi, to zauważam, że chyba muszę przeczytać opowiadanie jeszcze raz.
Możecie twierdzić inaczej, ale nie dam sie przekonać :P
Jak się zrobi cieplej, trzeba będzie zrobić nowy odcinek zrobić Mythbusters: Uciszanie Franka 
Potem w opowiadaniu jest napisane, że on szamoce się pod wodą, więc wcale tak cicho i sprawnie nie jest. Cios w brzuch pod wodą wytworzy mniej hałasu, ale nie będę się sprzeczał.
Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby utopić malca, starałbym się odebrać mu możliwość jęczenia/płaczu. Gdyby mi się nie udało, trudno. Nie jest to warte życia. Rozumiem, że fikcyjny bohater myśli inaczej i tak został stworzony. Skupia się potem na walce o życie, znika malec, znika Kasia, zostają zredukowani do topielców, choć pośrednio lub bezpośrednio jest odpowiedzialny za ich śmierć. Trauma dusi wszystko to, co powinien czuć. Refleksja przychodzi znacznie później, czy samobójstwo zadośćuczyniło ich śmierci – nie, ale przynajmniej dało mu ukojenie.
Outta Sewer: Ostatni oddech lata
Jak tak będziecie wydłużać w nieskończoność, to może zdążę wrzucić pozakonkursowy sequel.
Zakapiorze, zacny obrazek, ale zależy, jacy bogowie się uśmiechają i jak się uśmiechają. Na przykład taka Kali uśmiecha się całkiem uroczo:

Czy mam się bać, że ktoś programem sprawdzającym “wykryje” zbieżność z jednym ze stylów AI?
Bardziej bym się martwił, że ktoś może nakazać AI napisać kolejne krótkie opowiadanie w stylu “Koali75”.
To jeszcze taki mały akcent co do opisów ubrań – przez przypadek na wikipedii natknąłem się na fragment Sagi o Eryku Rudym. Tłumaczenie angielskie opisu wieszczki:
Now, when she came in the evening, accompanied by the man who had been sent to meet her, she was dressed in such wise that she had a blue mantle over her, with strings for the neck, and it was inlaid with gems quite down to the skirt. On her neck she had glass beads. On her head she had a black hood of lambskin, lined with ermine. A staff she had in her hand, with a knob thereon; it was ornamented with brass, and inlaid with gems round about the knob. Around her she wore a girdle of soft hair, and therein was a large skin-bag, in which she kept the talismans needful to her in her wisdom. She wore hairy calf-skin shoes on her feet, with long and strong-looking thongs to them, and great knobs of latten at the ends. On her hands she had gloves of ermine-skin, and they were white and hairy within.
Jak widać, Wikingom nie przeszkadzały rozwlekłe opisy garderoby. Albo usypiali w połowie 
Po przeczytaniu ogarnęła mnie paranoja.
Teraz, zanim napiszę recenzję, będę musiał sprawdzać, czy opowiadania nie napisała AI? I co, jeśli opowiadanie mi się spodoba? To jest coś nie tak z moim AI? Poleciałem na popkulturę czy pop-papkę, a może AI przypadkowo udało się stworzyć coś, co trafiło w mój gust? A może po prostu miałem gorszy wieczór, szukałem czegoś co pobudzi lub ukoi zmysły, a AI akurat trafiło w potrzeby?
No dobra, inny przykład. Potrzebuję imienia dla wczesnoskandynawskiej wieszczki, która nawet nie jest wieszczką, bo polskie określenie nie jest dokładnym odpowiednikiem jej funkcji. Mam sięgnąć do oryginalnych sag, czy poprosić AI o listę wraz z rozwinięciem znaczeń? Pierwsze to tydzień zabawy, drugie to około pół godziny, ponieważ niestety za każdym razem muszę prosić szanowne AI o źródło, a następnie je weryfikować (więc i tak czeka mnie czytanie tekstów, tylko już wybranych). Czyli używam AI jako wyszukiwarki, tylko gdzie przebiega cienka granica między wyszukiwaniem a kopiowaniem? Wiem, że przez wyszukanie odpowiednich imion czy dobranie technikaliów opowiadanie będzie lepsze, poprawniejsze, AI staje się takim pomocnikiem detektywa. A może czepialstwo czytelników o wszystkie detale de facto wymusza korzystanie z AI, by cokolwiek napisać w rozsądnym czasie?
W drugą stronę – przy sprawdzaniu technikaliów w opowiadaniu też zdarzało mi się używać AI. W ostatnim opowiadaniu konkursowym Outta Sewer ludzie zostają rozczłonkowani po ataku wielkokalibrowymi pociskami. Dzięki AI mogłem szybko sprawdzić, że taki efekt jest realistyczny, na skutek powstania różnic ciśnienia i rozproszeniu energii przy hamowaniu pocisku. Znów zweryfikowałem AI, zaglądając do źródła nie-AI, a nawet szukając zdjęć ofiar, ale samo skorzystanie z AI znacznie przyśpieszyło proces recenzji.
– Franek, stój! – Kazik przerwał rwący strumień słowotoku, kładąc palec wskazujący na ustach dziecka. – Tyle gadasz, że ja się zastanawiam, kiedy oddech bierzesz pomiędzy słowami…
Czytelnik się zorientuje, że przerwał słowotok, wystarczy stwierdzenie o położeniu palca.
Moczyła stopy w łagodnym nurcie płynącej w tym miejscu dnem płytkiego jaru rzeczki,
Nieco za dużo określeń. Zdanie-potykacz
ponieważ wybuch bomby, która spadła kilkanaście metrów za jego plecami, rzucił nim naprzód i obalił w trawę.
Oczywiste, że wybuch rzucił nim w opisywanym kierunku.
Kazik poczuł pod ręką, jak klatka Franka unosi się gwałtownie, płuca wypełnia powietrze. Zrozumiał, co zaraz się stanie.
Zamieniłbym klatka na żebra. W poprzednich akapitach masz wiele “steampunkowych” opisów, i słowo “klatka” budzi niejasne skojarzenia. Wyobraźnia tak szybko nie przestawia się z egzoszkieletów na organikę :)
ponieważ nie wiedział jakiego traktowania może oczekiwać ze strony żołnierzy pilnujących drugiej strony.
Zdanie wielokrotnie złożone, brakowało mi przecinka
A wrażenia ogólne: rewelacyjne. Opowiadanie zbudowane przede wszystkim na atmosferze. Akcję da się streścić w kilku zdaniach, ale liczy się sposób jej opowiedzenia, a ten jest świetny. Powolne tempo w czasie teraźniejszym, fatum ciążące nad bohaterem, opisy mgieł, niepokój, śmierć, którą można wyczytać już spomiędzy wierszy w pierwszych fragmentach, a im dalej, tym bardziej staje się oczywista.
Dla mnie było to opowiadanie, w którym wiem, co się stanie (w czasie teraźniejszym, w retrospekcji nie do końca), a mimo to pozwalam się wciągać opowieści.
Bardzo ładnie napisane sceny w obu czasach. Dobrze użyte metafory, świetne nawiązanie do obrazu. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.
To opowiadanie pozwala zanurzyć się w świat jak w muliste wody rzeki, a potem płynąć, czy tego chcemy czy nie.
Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć. Mniejsze zło. Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie. Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant, ale mogło się tak stać, jako czytelnik nie będę protestował.
Materiał i do biblioteki, i moim zdaniem do piórka.
Tomek to takie trochę popychadło – trochę mi przypominał Tatę Świnki Pepy :)
Bardzie, mam wrażenie, że gdyby ktoś spróbował napisać opowiadanie, w którym bohaterka się tak zachowuje, przekonałby się, co naprawdę znaczy “epicka furia” 
Poczuł chęć, by rzucić w kąt szczotkę, pobiec na dół i tulić ukochaną, ale wiedział, że gniewu.
Hm, ten gniew zjadł ostatnią część zdania. Gniew jest zły. Wysyłajcie kwiatki, nie bomby :)
– Mam wyrzuty sumienia, że nie porzuciłem Marcela. Jestem z tobą taki szczęśliwy, a on tam łyka kurz zamknięty w tym ptaszydle.
Ma wyrzuty sumienia, że go nie porzucił, czy może dlatego, że go zostawił na pastwę czarów? Zmieniłbym zaprzeczenie na twierdzenie, będzie prościej.
Anastazja już chodziła, gdy rana zagoiła się,
Przestawiłbym “się” o jeden wyraz wcześniej.
Dzięki becie poznałem dwa opowiadania. Mam wrażenie, że warto przeczytać pierwsze, żeby w pełni zrozumieć drugie – cóż, takie są serie, coś o tym wiem :) Jako całość tworzą spójny świat, i choć bohaterowie tym razem tacy nie “moi”, to czyta się całkiem dobrze.
Tarnino, obrazkami przypominasz mi bohaterów z dzieciństwa. Aż nie wiem, czy dobrze się do tego przyznawać :)
To teraz z innej beczki i dotyczące stylu: opowiadanie ma dwójkę wiodących bohaterów. Pomysł kompozycyjny jest taki, by fragmenty pisane z punktu widzenia młodszego z nich (a w zasadzie młodszej, nastolatka) były pisane narracją pierwszoosobową, a fragmenty dotyczące starszego w trzeciej osobie – ale to nie wszystko. Ponieważ pierwsza bohaterka ma naście lat, dla niej liczy się głównie tu i teraz. Pierwsza osoba odzwierciedla emocje i sporo przemyśleń “w głowie” bohaterki. Z kolei starszy bohater jest znacznie bardziej wyważony i “wycofany”, można powiedzieć, że czas dla niego płynie nieco inaczej.
I tu zasadnicze pytanie: czy użycie czasu teraźniejszego dla młodszej bohaterki, a przeszłego dla starszego bohatera będzie głównie drażnić czytelnika, czy może być ciekawe? Takich przełączeń czasu byłoby kilka (między scenami), ale na końcu, kiedy się spotkają w jednej scenie, zapewne musiałbym robić przejścia między akapitami (dwa punkty widzenia).
Stał i analizował konstrukcję.
– To nie może być trudne. Głowa w kratę.
Wsunął głowę w otwór. Oparł konstrukcję na ramionach.
Powtórzenia. To “analizował konstrukcję” nie brzmi jakoś szczególnie dobrze. Tzn. jest zrozumiałe, ale można to napisać ładniej…
– Musimy rozłożyć siłę ciągnącą na jak największą powierzchnię ciała, by nie pokaleczyć skóry. Próbował się wyprostować; nogi drżały, gdy trzymał belkę na ramionach. – O rany! Czuję się jakbym wyciskał ciężary.
Brak rozdzielenia didaskaliów od kwestii dialogowej.
– Chwaliłaś się, że wyciskałaś ponad tonę. No to proszę! Panie przodem. – Szerokim gestem wskazał radło. – Oto okazja, byś mogła się popisać.
Skoro coś pokazuje szerokim gestem, to jakoś musiał wcześniej zdjąć z siebie “chomąto”.
Gdy przyprowadził krowę, wspólnie nałożyli jej jarzmo. Zirytowane zwierzę cofało się i kręciło łbem, mucząc rozpaczliwie.
Z trudem doprowadzili ją do ugoru.
Powtórzenia.
Konopne powrozy napięły się gwałtownie, wydając suchy, niepokojący trzask naprężanych włókien
Drugie określenie – naprężanych włókien – jest zbędne i prowadzi do powtórzenia.
krzyknął, szarpiąc się z wibrującym drewnem
Przy słowie “wibrujący” mam skojarzenia ze śpiewem, głosem, ewentualnie z kamertonem albo metalowym prętem, nie czymś drewnianym i sztywnym.
Po wyczerpującej szarpaninie słaniali się z wycieńczenia.
Chyba niezamierzona aliteracja.
– Nazad! Krasula! Nastąp się! – krzyknął.
Pochwyciła pewnie powróz. – Idziemy!
W drugiej kwestii nie wiadomo, kto pochwycił powróz.
Przybrali ostentacyjnie luźne pozy, szczerząc zęby w drwiących uśmiechach. Grad głosów tłukł w przybyszów.
– O, patrzcie, patrzcie! – zawołał ktoś potężnym basem – Oni Krowę do orki zaprzęgli! – Krowa i baba do cielaków i mleka, a nie do orki! – krzyknął ktoś z tłumu.
– Głupie, głupie obcy! – odpowiedział ostry, kobiecy głos. – Wołu od krowy nie odróżniają! Wołem się orze! Krowę się doi! – fala drwin nie ustawała.
Jak wiadomo, chłop orze jako może. Dla mnie scena była nieco naciągana. Jakbym na wiosce zaczął orać krową zamiast Ursusem, nikt by mi złego słowa nie powiedział. Jakoś nie wierzę, że Słowianie są bardziej złośliwi niż współcześni mieszkańcy wsi. Mieszkają w trudnych warunkach i muszą sobie radzić.
Podobne sceny pojawiają się w filmach, opowiadaniach i książkach. Czasem mam wrażenie, że są wprowadzane na siłę, żeby związać odbiorcę z bohaterami. Czytelnik ma kibicować naszym dzielnym rolnikom. W sumie zadanie osiągnięte, ale całość pisana grubą kreską jak na mój gust :)
w jego oczach wezbrał wstyd.
To metafora, ale tekst nie jest prozą poetycką, więc trochę razi
Opiekunka spojrzała na Gniewka. Słowa wbijały się w niego niczym małe kolce. Podeszła do chłopca i objęła go ramieniem. – Nie ten gospodarz, co językiem miele, ale ten, co na ugorze chleb znajduje!
Tutaj bardzo się pogubiłem, osób jest sporo, warto napisać wyraźnie, kto to mówi.
Angażował całą masę ciała, by utrzymać ostrze;
Niezgrabnie to brzmi, trochę jak nowomowa, a trochę jak kalka z angielskiego
Zrobiła coś dziwnego – przejechała po nim językiem, a potem splunęła z grymasem.
W poprzednich odcinkach chorowali od wody, tutaj kobieta liże kamień, który jest cały w ziemi . Dość niekonsekwentne. Warto uściślić, że polizała świeży przełom, a nie zewnętrzną powierzchnię. Oboje mają brudne ręce.
Poza tym zamieniłbym obrazek na dowolny inny. Ten ma podtekst seksualny. AI zdążyła się nauczyć, że chcemy “atrakcyjnych” obrazków, cokolwiek to znaczy :)
Kucała przy dziecku; jego oczy płonęły obłędem.
Kucała sugeruje wielokrotne powtórzenie czynności.
Odetchnął głęboko; ulga zalała mu płuca.
Kolejna metafora trochę nie na miejscu.
Całość czytała się nieźle, moim zdaniem dobre zakończenie. Jest trochę śmiechu, trochę znoju, trochę wierzeń i zabobonów. Strach Gniewka nieco groteskowy, ale w poprzednich fragmentach też reagował gwałtownie, więc traktuję to jako zamierzoną cechę postaci.
To chyba wymaga rozwinięcia postaci dziewczynki,
chalbarczyk, trochę czytasz w moich myślach, dlatego chcę ją zrobić nastolatką – żeby miała swoje przemyślenia. Taką nastolatką typową i nietypową, typową bo czuje, że nie pasuje do świata, nietypową bo naprawdę do niego nie pasuje. I bardzo szuka lustra w postaci drugiej nastoletniej osoby, ale jedynym lustrem, które doskonale zrozumie jej zawieszenie między światem żywych i umarłych może być wcielenie największego wroga – więcej nie będę spoilerował :)
Berigu, cieszę się, że się podobało!
A te spacje są niesforne, bo mógłbym przysiąc, że wstawiałem je tam dodatkowo! A skoro ich tam nie ma… Cerbuś, jak mogłeś zeżreć spacje?! Niedobry pies! Przykuję cię łańcuchami w kolejnym opowiadaniu, zobaczysz!
Dawidzie, miło Cię widzieć!
Tak, masz rację, wyszło trochę “łzawo”, ale chciałem skupić się na relacji, co odbyło się kosztem akcji. Jeśli powstanie sequel, obiecuję poprawę – może nie będzie to scenariusz do kolejnej gry z Kratosem, ale jakaś fizyczna konfrontacja nastąpi :)
chalbarczyk, jestem zawsze ciekawy odbioru postaci – również w kontekście tego, na którą warto postawić i przerzucić ciężar podejmowanych wyborów. Charon ma również potencjał komediowy i jeśli zdarzy się konkurs na opowiadanie o miłości nie z tej ziemi, Charon może powrócić nawet bez Nili, albo z drugoplanową Nilą, która podsyła mu kolejne “kandydatki” (hm, ciekawe skąd je bierze i w jaki sposób? ). Jednak niezależnie od takich radosnych wybryków literackich mam ochotę rozwinąć ich historię “na poważnie” jako pary równorzędnych bohaterów, i przy okazji wejść głębiej w symbolikę i mitologię.
chalbarczyk, dziękuję za miłe słowa!
Wasze wszystkie wpisy zaowocowały pomysłem na kontynuację, ale tym razem nieco mocniejszą. To opowiadanie wprowadza bohaterkę, jest zwarte i koncentruje się na relacji Charon-Nila. A jednak Kraina Podziemi nie ma jednej rzeki, tylko pięć, z których każda w zasadzie daje temat na opowiadanie i ma swoją symbolikę (moją faworytką jest Lete). Od strony mitologii nordyckiej również mamy rzekę, i to “jęczącą”. Jest niewykorzystany wątek konfrontacji z Hadesem, o którym wspominał Ślimak, oraz tęsknota za akcją Beeeeckiego. Wszystko to da się zmieścić w opowiadaniu z bohaterką, która z dziewczynki zmieniła się w nastolatkę, ale zachowała ponadprzeciętną wrażliwość. Zatem jeśli tylko czas pozwoli…
Całą krainę otaczały wznoszące stromo ku granatowemu niebu masywne skały.
Siękozy nie leczymy przez amputację
Wnoszące się, ewentualnie wyrastające
W głębi jednej z dolin, przy jeziorze o wodach w kolorze szmaragdu
Bardzo to zawikłane. Nie prościej przy szmaragdowym jeziorze?
Domy były niewielkie, zbudowane z ciemnych kamieni i gliny, połyskujących przy każdym ruchu światła.
Zamieniłbym gliny z ciemnych kamieni kolejnością, będzie wiadomo, do czego odnosi się reszta.
Przed nią rozciągała się przestrzeń tak ogromna, że mogła być nieskończona
Takie zdanie-ozdobnik, tylko wydłuża czytanie
a decyzja zapłonęła w niej tak mocno, że temperatura ciała wzrosła do poziomu, który przez dłuższą chwilę był nie do zniesienia.
Ta fizyka w środku zdania skutecznie psuje nastrój. W sumie jestem fizykiem więc powinienem chwalić fizykę, ale nie tutaj!
Zamknęła oczy, wsłuchała w siebie, w żar, który ją palił i pozwoliła prowadzić instynktowi.
Chyba wsłuchana? A na końcu zdania czegoś brakuje. Ech, znowu leczenie siękozy brutalnymi metodami :)
a łzy spłynęły po jej policzkach
Łzy spłynęły jej po policzkach. Odwrotnie to anglicyzm.
Każdy ślad nadziei, żar węgla, opiekuńczy gest w stronę Płomienia, przyciągał ich
Zastanowiłbym się nad rodzajnikiem, może przyciągał je – demony?
Iskra zaświeciła i przemieniła w Płomień
Ale co przemieniła w płomień? Się czy coś innego?
ak i ona musiała znaleźć miejsce, w którym ich światło nie zgaśnie. Podróż była konieczna, by przeistoczyć Płomień w Ignaris.
Za to drugie zdanie nie jest ani trochę konieczne, czytelnik już to wie (chyba że przysypia, ale to jego problem :) )
Towarzyszące emocje były pożywką dla demona, nie opuszczał na krok, jak cień, którego nie sposób zgubić
Nie czuję ani trochę emocji, poza tym to ogólnik. Jakie emocje? Nazwij je! Jak chcesz, żebym się bał, to mnie wystrasz. Chcę poczuć te emocje!
Próbowały to przerwać, chcąc zagłuszyć szept.
Będąc młodą lekarką… Imiesłów użyty tak, że się na nim potknąłem.
Próbowały to przerwać, chcąc zagłuszyć szept. Jednak każdy powtórzony wers, każde słowo pełne troski osłabiały go coraz bardziej i zmuszały do ia
Chochlik niczym demon potrafi być bezlitosny :)
Demon przeciągnął łapami po ziemi, wyrzucając kamienie spod pazurów w powietrze. Niebo pociemniało, rzucając wokoło gęsty mrok.
Powtórzenia.
Kształt zaczął rozmywać kontury,
Zrozumiałe, ale mało zgrabne
Chłodne powietrze wypełnione fetorem osłabiało oddech
Może utrudniało?
Spędzili kilkanaście dni na rozmowach i wzajemnych odkryciach
Brzmi jak streszczenie. A gdzie chemia między nimi? Wcześniej ni stąd, ni zowąd postanawia się nią opiekować, i od tej pory żyją długo i szczęśliwie, Takie uczucie zero-jedynkowe, jest albo go nie ma. A gdzie budowanie, dynamika, gdzie są wszystkie błędy i wejścia w ślepe uliczki? Jeśli oboje są “po przejściach” to powinno to przypominać gody jeży, a nie dwa pluszaki :)
Mówił o chwilach zwątpienia i niebezpieczeństwach, jakie przeżył, a także o cenie, jaką płacił za każdy dzień spędzony w walce. Seraphine wchłaniała słowa, czując przyjemny spokój.
On jej serwuje thriller, ona czuje przyjemny spokój, czytelnicza czerwona lampka się zapaliła i nie chce zgasnąć. Tzn. podejrzewam, o co chodzi, ona chce po prostu słuchać o czymkolwiek i odczuwać przyjemność z samej jego obecności, a wcale się nie skupia na treści… ale można to napisać inaczej!
Płomień wygiął się lekko, obejmując obie dłonie ciepłem, decydując, że nadszedł czas zaufania i wspólnego wsparcia.
Mam wrażenie, że zapewniasz czytelnika i nazywasz, zamiast pokazać. Pierwsza część zdania jest super, przy drugiej poczułem się, jakbyś chciała mi nałożyć uczucia łopatą do głowy :)
Ufff, to teraz wrażenia ogólne:
– Ładne i oryginalne kołysanki. Bardzo lubię takie wstawki w prozie.
– Oryginalna koncepcja świata i solidne budowanie rzeczywistości, czuć wyobraźnię przez duże W
– Plastyczne opisy, zachęcają wyobraźnię do pracy
– Straszne demony (choć chwilami kojarzyły mi się ze średniowiecznymi obrazami)
– Pozytywne zakończenie
– Bardzo ładny obrazek
Przy zakończeniu miałem wrażenie “cukierkowości” całości. Bohaterowie są idealnie dopasowani, nie mają wad, nie kłócą się, są poddawani jedynie zewnętrznym próbom, które oczywiście tylko umacniają ich związek. Mały Książę oswajał liska, Ty od razu wiążesz mu kokardki na ogonku :)
Zalet jest znacznie więcej niż wad, więc czemu nie kliknąć?
Jest i strasznie, i śmiesznie, czyli tak jak lubię. Opowiadanie ma dystans wobec samego siebie, dobrze się czyta, i choć gag/strach jest powtarzany, to i tak byłem ciekawy, co stanie się dalej. Dla mnie dowód, że dobry autor nie potrzebuje wiele, żeby przyciągnąć uwagę czytelnika. Dobrze się bawiłem i miałem poczucie, że taka “lekkość” towarzyszyła również pisaniu (choć może się mylę i tekst powstawał w pocie czoła :) ).
Jest nawet morał – dotrzymywać obietnic!
Dziękuję za nowe wizyty, rewizyty i nominacje (dla mnie ważne, że się dobrze czyta, a pierze zostawmy do śpiworów i poduszek, skoro zimy takie srogie).
AP, podczas pisania zerknąłem na kilka opisów i sposób przedstawiania Charona był różny, od troskliwego przewodnika dusz do gbura w dziurawych łachmanach, więc starałem się osiągnąć kompromis. Dlaczego akurat Nila zdołała go poruszyć? Może ze względu na swój szczególny urok, a może opowiadanie powinno przedstawiać szczególną chwilę, kiedy coś w życiu bohaterów się zmienia?
Dzięki Twoim wątpliwościom mam pomysł na kontynuację, w której Nila wyswata Charona. On nigdy nie przeżył romantycznej miłości. Skoro dałem mu przyjaźń, to czemu nie pójść dalej?
A stół ofiarny to nawiązanie do święta Høstblót, równonocy jesiennej – podziękowania za dary lata i przygotowania na nadejście zimy. W opowiadaniu bohaterka czuje ciepło słońca i to ono ją “rozmraża”. Milcząco założyłem, że ustawili stół z darami tak, by w dniu równonocy słońce rozświetliło go po wschodzie. Przewoźnik zwraca Nilę ludziom i światu żywych, więc logiczne wydawało mi się, że położy ją tam, gdzie pada słońce – czyli na wyróżnionym miejscu, w centrum ich uwagi.
Gryzoku, dziękuję za przeczytanie i dobre słowo!
Regulatorzy, już wprowadzone, dziękuję za czujność i cieszę się, że lektura sprawiła przyjemność!
betweenthelines, takie wpisy bardzo motywują do pisania tak, żeby zostawało w głowie!
Już sam fakt jej istnienia zdradzał, że nie był to świat podobny naszemu. Wokół kosmicznego giganta nie krążyły planety, jak nakazuje porządek znanych systemów, lecz jedna jedyna Wyspa – ogromna, milcząca, sunąca po pierścieniach planety niczym sen przesuwający się po granicy jawy i snu
Rozumiem, co Autor ma na myśli, ale nie jest to zapisane zgrabnie. Po pierwsze, samo istnienie gwiazdy nie determinuje niczego. Gwiazda jak gwiazda, sam autor nie poświęca jej więcej opisu, ważne to, co kręci się wokół niej.
“sunąca po pierścieniach planety” brzmi co najmniej dziwnie, skoro nie ma tam planet. Są za to powtórzenia.
Zwano ją Lawendowym Morzem. Gdziekolwiek sięgnął wzrok, falowały morza roślin o odcieniu królewskiej lawendy
Mam wrażenie, że dwa razy przeczytałem to samo.
nie licząc śpiących dusz, drzemiących w parkach utkanych z odcieni snu
Słowo “parkach” ma wiele znaczeń – chodzi o taki park z drzewami i ławeczkami?
Mimo wieku pozostawała młodą lisicą o mlecznobiałym futrze,
Znów rozumiem, co Autor chciał napisać, ale znów brzmi to jakoś niezgrabnie
z monoklem i perfekcyjnie skrojonym garniturze.
Czegoś brakuje
Już czekał z piórem uwięzionym w skrzydle
Znów wieloznaczność. W skrzydłach są naturalnie pióra. Czy chodzi o wieczne pióro, czy wyjmował jedno do pisania?
– Jaki odcień dziś dla tego człeka – zapytała Adnewall, głosem miękkim, ale pełnym skupienia.
A znak zapytania?
Takich językowych “potykaczy” jest więcej i mam wrażenie, że tekst dużo był zyskał, gdyby porządnie przeczytać każdy akapit na głos i zastanowić się, czy na pewno wszystko jest zrozumiałe.
To teraz o pozytywach – bo szorstkość językowa nie przesłania wyobraźni, a ta na pewno jest mocną stroną opowiadania. Oryginalny pomysł na świat i bohaterów. Opowiadanie przyciągnęło mnie do siebie i szybko zanurzyłem się w przedstawiony świat. Przyznam, że lepiej bawiłem się w pierwszej połowie, kiedy wszystko było zaskakujące, a ja byłem pod wrażeniem koncepcji. W drugiej połówce zauważyłem trochę zgrzytów logicznych, słabo wykorzystanych wątków jak rodzina Marzeny i zesłany na nich koszmar, który nie brzmiał wcale jak koszmar. Niezależnie od tego całość czytała się dobrze. Podobał mi się nastrój – rzeczywiście oniryczny, pełen nostalgii, może zbyt nachalnie powracający do wątku śmierci. Wyzierający spomiędzy wierszy smutek, który przenika czytelnika. Na pewno nie jest to tekst, obok którego przeszedłem obojętnie.
Metafory zasługują na oddzielną ocenę. Jedne są trafione i budują nastrój, inne były dla mnie zbyt odległe od pierwotnego znaczenia. Myślę, że to kwestia gustu, wiele określeń ociera się o poezję, a odbiór prozy poetyckiej u różnych czytelników będzie różny. Podobała mi się oryginalność i szukanie nowych sposobów opisu – kto nie próbuje, ten się nie rozwija :)
Obrazki moim zdaniem powinny mieć ten sam styl. Drażniły mnie nie same obrazki, tylko różnice stylu między nimi, np. na początku jest japoński lis, a później już bardziej “europejski”, nawet dzwonek ma inny. Dwa razy występuje ten sam kruk, raz z lisicą, a raz solo – to już przesada. A kobietę w szpitalu mogę sobie wyobrazić.
Pozdrawiam!
Nieco dłuższa wykładnia dotycząca słowa “procent” i “promil”
Tu potrzeba historyka.
Może opowiadanie o procentomachii? Księstwo Procenta Wielkiego wysyła armię niezwyciężonych Odsetków do walki z rebelią Promili.
Anna nie była zdecydowana, czy obraz jej się podoba, czy nie. Przyjrzała mu się bez zainteresowania.
Dalej w tekście przymknąłbym oko na siękozę, ale kiedy zaczynam czytać, nie jestem jeszcze zaangażowany w historię.
Postawiła go pod ścianą, nie wiedząc, co z nim zrobić.
Niby było to jednoczesne, bo jednocześnie stawiała i nie wiedziała, ale mimo wszystko trochę mi zgrzytało.
Wschodnia Polska zawsze była mniej zamożna i z małymi perspektywami.
Trąci nowomową.
który zamiast burzyć się i bulgotać
Użyłaś określeń zwyczajowo przypisanych do wrzątku
głośny i hałaśliwy jak zwykle.
Dwa grzybki w barszcz
Wyjazd do Truskawca uważała za prowincjonalną rozrywkę.
wełniane kilimy wisiały na ścianach oraz zakrzywione szable, tarcze i ułańskie ostrogi
Nie brzmi dobrze
zawieszona między krzykiem wiatru a bezsłownym brzegiem jeziora.
Bezsłownym, czyli jakim? Pierwsza metafora zagrała, ale na drugiej się zupełnie wykoleiłem
podnieść rękę, aby pomasować skronie, ale ręka okazała się zbyt ciężka
Na wszystkich palcach błyszczały pierścienie
nie chcesz zostać żoną naszego chana?
Była zgrabna, bardzo kobieca i była przywiązana za kostkę złotym łańcuszkiem do drewnianego słupa na środku jurty.
Wybrała spory kamień i wróciła do dziewczyny. Po kilku uderzeniach oczka pękły
Gdyby miała dwa kamienie, pękłyby pewnie szybciej.
– Ale ja nie umiem jeździć konno!
– Nauczę cię.
Ałtyn pomogła jej usadzić się w siodle. Konia Anny przywiązała do swojego, a sama wprawnie chwyciła wodze, ścisnęła wierzchowca piętami po bokach i ruszyły.
Zapomniały o pogoni, bo niezmierzona przestrzeń zapierała dech w piersiach
Wątpię, czy Anna podczas pierwszej przejażdżki na koniu mogłaby o czymkolwiek zapomnieć, zaczynając od bolącego tyłka, a kończąc na plecach. Wsadzasz bohaterkę po raz pierwszy na konia i od razu zabierasz ją na całodzienny rajd przez step. Niestety jest to bullshit. Może warto wspomnieć, że kiedyś, jako dziecko jeździła konno, żeby wybrnąć z problemu?
Wszystko było tak intensywne, że Anna z rozczarowaniem zauważyła, że w porównaniu jej własne życie wypada bezbarwnie i nijako.
Nie kupuję tego. Porównanie widoków z jednego dnia z całym życiem? Poza tym pierwsze określenie jest po prostu puste: intensywne, czyli jakie? Jestem czytelnikiem, zaczaruj mnie! Muszę czuć to samo, co bohaterka, żeby uwierzyć w drugą część zdania!
W nocy wszystkie wody zamarzły,
Dziwnie to brzmi
Kirgizi mają szybkie konie, a sami potrafią nie jeść przez kilka dni, trzymając się pewnie w siodle i nie pozwalając, by trop zaginął. Później, głodni jak wilki, pożerają barany i piją do nieprzytomności.
Nie martwię się o jeźdźców, tylko o konie. I dlaczego niby nie jedzą, bo tak? Oni mieli jakieś “przekąski” na drogę: kurut (suszone zsiadłe mleko), suszone mięso, w tym koninę. Poza tym dziewczyny uciekały raptem dwa dni, Anna słabo jeździła konno, dogonienie ich nie było wyzwaniem. Ten akapit wydaje się takim strzałem z armaty do muchy.
Związali całą we łzach Ałtyn, chociaż z szacunkiem, jaki się jej należał.
Początek nie brzmi dobrze.
To teraz wrażenia ogólne: historia wciąga i dobrze się ją czyta, poza niewielkimi potykaczami. Jest nawiązaniem do obrazu, jest też określone przesłanie, któremu podporządkowana jest fabuła. Odczytałem odpowiadanie jako opowieść o wyzwoleniu, o ucieczce od wygodnego, ale szarego życia, ale również od zakłamania Bohaterka uczy się wybierać to, co chce robić, opuszcza strefę komfortu. Kompozycyjnie bardzo spójne i warte biblioteki. Do tego ładne i plastyczne opisy.
Dziękuję za wszystkie odwiedziny!
Finklo, spora część mitów jest płytka w sferze emocji, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by sposób opowiadania o bohaterach dostosować do naszych, rozbudowanych potrzeb.
Gdybym, zgodnie z sugestią Ślimaka Zagłady, wprowadził konfrontację z Hadesem, zapewne kontrast między “przebudzonym” emocjonalnie Charonem a bezwzględnym i “betonowym” władcą Podziemi byłby zapewne jeszcze wyraźniejszy. Analogia do koncepcji limbo jest rzeczywiście ciekawa. Czy samo “limbo”, wszystko jedno czy patrum, czy puerorum, nie jest czasem mało estetyczną “łatą” użytą do zasłonięcia pewnych dziur logicznych w doktrynie kościoła? I czy owe dziury nie wynikają czasem z nadmiernej chęci “wydzielania” boskiej łaski? Problemy związane z podziałem duszy na lepsze i gorsze, trudnościami w określeniu granic pomiędzy wybranymi a potępionymi wydają się dość uniwersalne (a może wynikają z bezkrytycznego “skopiowania” koncepcji podziału na piekło/Tartar, niebo/Elizjum, czyściec/Pola Asfodelowe i właśnie tego nieszczęsnego limbo (dusza bez chrztu/dusza bez obola?).
Galicyjski Zakapiorze, czy w ogóle moneta mogłaby się tam znaleźć przypadkowo… mam wrażenie, że Charon musiałby albo posunąć się do oszustwa, albo kradzieży. W obecnej wersji zachowuje pozory. Sprawdzałem, czy w sztuce antycznej występowały podobizny bliźniąt syjamskich, i owszem, były. Temat bliźniąt syjamskich wzbudził zainteresowanie badaczy, bo dobrze świadczy o poziomie ówczesnej opieki medycznej. Nie próbowano ich rozdzielać, przynajmniej z tego okresu nie ma wzmianek.
Czy Charon mógłby się przeciwstawić? Mity wspominają o tym, że został ukarany za przewiezienie Herkulesa i spędził rok zakuty w łańcuchy. Skutki można sobie wyobrazić – były opłakane głównie dla Hadesa. Wspomina się, że Charon obawiał się ponownego ukarania, jednak brakuje tu logiki. Zakuty w łańcuchy Charon po prostu nie wykonywał obowiązku, więc nie widzę powodów, żeby bardzo cierpiał.
Paradoksem jest to, że Charon wcześniej nie miał nikogo bliskiego, więc możliwości karania go były ograniczone. Relacja z dziewczynką powoduje, że ma znacznie więcej do stracenia. To ciekawy wątek, można go rozegrać na wielu płaszczyznach.
Robert Raks – dziękuję za przeczytanie i dobre słowo,
Koalo75– również dziękuję za wizytę!
HollyHell91 – zima nie odpuszcza, więc smocze płomienie są zawsze mile widziane!
AP – dzięki za bystre oko, chochliki wyłapane!
beeeecki,
Cieszę się z takiego postrzegania tekstu z kilku powodów.
Ładnie wychwyciłeś kwestię Nili, która rozmyślnie jest trochę przesadzona. Wynika to z sytuacji: dziewczynka została rozdzielona z Przewoźnikiem. Boi się go stracić, przecież niedawno straciła rodziców. Boi się zostać sama. Zatem to, co mówi, jest owocem emocji. Ludzie, którzy rzekomo się nią przejmują, tak naprawdę nie pozwalają jej dostrzec przyjaciela. Bohaterka wpada w panikę i stąd właśnie takie słowa.
Z podobnego względu dalej pojawiają się słowa kobiety, które gaszą ten “pożar”.
A co do postawienia na emocje, dialogi i opisy zamiast akcji – kiedy czytałem o konkursie, znalazłem wzmiankę o odnośnikach do opowiadań przy obrazach. Wyobraziłem sobie, że obrazy mogą oglądać różni ludzie, niekoniecznie oswojeni z wielowątkową fabułą albo fantastyką w ogóle. Chciałem napisać coś prostego, w czym może się odnaleźć wielu różnych czytelników.
Outta Sewer:
W relacji Charon-Nila istotnie jest wyłącznie progres, a dla zachowania realizmu mógłby się pojawić regres, zarówno w odniesieniu do dziewczynki, jak i do Przewoźnika. Mogę sobie wyobrazić, że dziewczynka odchodzi, bo Przewoźnik jest zbyt “chłodny”, a z kolei Charon ucieka przed zaangażowaniem, które jest dla niego trudnym uczuciem. Wystarczy, że Przewoźnik zostanie na jakiś czas na drugim brzegu – to byłaby wartościowa psychologicznie scena, w której bohater dokonuje sabotażu relacji. Wie, że dziewczynka czeka, ale wcale nie wsiada do łodzi. A kiedy decyduje się wreszcie przepłynąć Styks, jej nie ma. Tłumaczy sobie, że to bardzo dobrze, że przecież nie mógł jej pomóc, ale i tak nie daje mu to spokoju. Zabiera pasażerów, jednak ich słowa i przeżycia są jedynie bladym echem Nili… a kiedy zawraca, dziewczynka niespodziewanie pojawia się na brzegu, i czeka na niego jakby nic się nie stało. Czytelnik domyśli się, że gdzieś poza sceną również stoczyła walkę z samą sobą.
Zdarza mi się wracać do opowiadań już po konkursie, więc nie jest wykluczone, że i to doczeka się kiedyś “odkurzenia”.
A co do wykorzystania heroiny w innej historii, to pierwotnie opowiadanie miało nieco inne zakończenie, w którym losy Nili są opowiadane przez Skalda. W końcu w trakcie bety uznaliśmy, że takie zakończenie jest zbyt złożone. Niemniej saga o kobiecie, która nie boi się ciemności i śmierci może być ciekawa. Ze swoim charakterem Nila może łatwo “rozbroić” dowolnego arcyłotra i jeśli nadarzy się pasujący temat konkursowy, nie omieszkam tego wykorzystać.
Marszawo, ten kot mógłby z powodzeniem pojawić się na ogromnym telebimie miasta przyszłości, bo jego mina sugeruje, że widzi wszystko lub nawet jeszcze więcej :)
BardzieJaskrze,
Mogę się tylko cieszyć, że historia się podobała. Pisanie dialogów, w których bohaterowie zadają mało wygodne pytania sprawia mi dużo przyjemności, zwiększa dynamikę i wiarygodność, a przede wszystkim czasem sam zapędzam się w kozi róg i potem dumam przez godzinę, czy odpowiedź w ogóle istnieje :)
Outta Sewer:
Dużo trafnych uwag “kosmetycznych”, z których sporo wprowadziłem. Łatwiej napisać, co zostanie – “na Cerbera”, bo jednak postaci zaludniających podziemny świat jest jak na lekarstwo. Cerber to niekoniecznie pies Charona, każdy ma swój rewir. Cerber jest potworem i znajduje się w dalszej linii pokrewieństwa w stosunku do pierwotnych bóstw, Charon jest ich bezpośrednim synem. Czy Charon spotykał Cerbera? W zależności od wersji mitologii, w niektórych Charon był nie tylko Przewoźnikiem, ale i Przewodnikiem, więc pewnie odprowadzał dusze pod same drzwi.
Tutaj “na Cerbera” ma funkcję “Do licha”, więc może czasem podgryzł już flisakowi nogawki?
Co do blasku, to doszło zdanie wprowadzające blask, aczkolwiek liczę na kolejne uwagi czytelników, ponieważ mogę ostatecznie domknąć temat blasku w dialogu u łódce. Blask jest sprawką Nyks i pokazuje, że noc to nie tylko ciemność (Erebus).
Wiosenne wiosło było zabawną literówką, choć gwoli ścisłości, bohater ciągnie za drzewce wiosła.
A co do “odpowiedzi” to w trzech akapitach miałem potwornie dużo powtórzeń tego słowa. Stąd musiałem operować synonimami, a jako że jestem fizykiem, to rozwiązanie brzmi dla mnie podobnie do odpowiedzi. Ech, to skrzywienie zawodowe… Teraz trochę udało się przestawić i nie powinno być problemu.
A kropka i przecinek są jak pchełki, zaraz zerknę czy je znajdę wśród słownego futerka.
Betweenthelines, cieszę się, że wzbudziłem emocje, właśnie po to sam sięgam po opowiadania, żeby coś przeżyć. W dodatku niczym Przewoźnik jesteśmy skazani na drugą osobę, która napisze coś, co nas zaskoczy albo pobudzi do myślenia. Pisanie to wymiana, jak się za długo pływa w swoich myślach, to robi się ponuro :)
P.S. Uff, umęczyłem się z tym blaskiem, bo wprowadzenie go było w całości, tylko stosunkowo daleko w tekście. Teraz blask jest na samym początku, żeby czytelnik potem nie protestował, że wyobrażał sobie, że jest tam zupełnie ciemno. Niby mała kosmetyczna zmiana, a pięć zdań z różnych części tekstu musiało wymienić się między sobą słówkami, żeby nie było powtórzeń.
MichaeluBullfinch, również dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam!
Ciekawi mnie to, że na notatkach przypiętych do ściany są słowa, ale księga jest pusta. Czyżby “glitch” na okularach był dodatkowym źródłem i filtrem UV do odczytywania ukrytych treści? W dodatku jeszcze ten zwój z pieczęcią… mam nadzieję, że to nie jest królewski spis tortur dla nieudolnych twórców 
Dziękuję za wizyty!
Dalekopatrzący: dziękuję za docenienie warsztatu, a co do pomysłu, to… większość z nas ma indoeuropejskie korzenie, a w każdej opowieści i w każdym bohaterze znajdziemy element tych najstarszych historii. Może nitka, wielokrotnie wypruwana i wplatana na nowo jest wyświechtana, ale czasem lubię wracać do właśnie takich baaaardzo starych motywów. Zasługują, żeby się nimi bawić, a nie tylko oglądać przez szybę gabloty ;)
Bruce: miło Cię widzieć jako jurorkę, a dzielny mistrz sztuk walki wygląda na zrelaksowanego – wreszcie w konkursie może spokojnie czytać, a nie walczyć z językowymi bandziorami w każdym akapicie :)
Ona ładnie rysuje i nie jest przemądrzała. Jest ok. Zrobi obrazki, ja je opiszę.
Przestawiłbym to o zdanie wcześniej. Będzie bardziej naturalnie: najpierw stwierdzenie, że jest ok, potem rozwinięcie, że ładnie rysuje i nie jest przemądrzała.
Szukałem nad-pointy lub pod-pointy, zaglądałem pod każdy wyraz, ryłem, ale nie znalazłem. Chyba będę musiał zadowolić się morałem, że AI potrafiła w tekstach odczytać te potrzeby, o których my zapomnieliśmy.
Albo że pozyskuje armię małych wojowników, którzy od tej pory będą jej ślepo ufać. A kiedy przyjdzie czas… Smoku, smoku, nie stój z boku, siadaj za sterami mechanicznej bestii i spal wszystko na swej drodze 
O, to był ten robaczek, którego szukałem pod kamykami ;)
Naprawdę mocne otwarcie opowiadania! We wcześniejszych Twoich historiach zwykle odczuwałem przesyt opisów codziennych czynności po tym, jak zawiązała się akcja. Tutaj miało to jednak pewien dyskretny urok, kontrastowało z morderstwem.
Przeniesienie bohatera do zamku-hotelu też mnie zaciekawiło. Pojawia się zupełnie inne miejsce, które rządzi się swoimi prawami.
W zasadzie cały środek opowiadania to budowanie świata. Mamy gospodynię – pajęczycę (epizodycznie, ale ciekawy pomysł). Są wampiry – tutaj zdecydowanie “siadło” tempo, ponieważ są opisane, ale w zasadzie nie widać ich w działaniu. Poczułem się trochę jak dziecko, które przyszło do zoo, ale wybieg niedźwiedzia był pusty. Walka wilkołaków ratuje sytuację, jest opisana dość sprawnie i znów przyciąga do tekstu. Połów w lawie to znów raczej opis świata, brakowało intensywniejszej akcji, na którą była okazja – wyobraź sobie łódkę, która jest żaroodporna, ale mocna ryba może ją przecież przewrócić, co stanowi śmiertelne zagrożenie (no właśnie, czy tam można umrzeć?). Jest potencjał, ale w ogóle nie wykorzystany.
Po tym wszystkim dochodzimy do finału, który niestety jest zupełnie płaski. Nie ma żadnej kulminacji, żadnej zagadki, napięcia. Pojawia się zwrot akcji – to dobrze! – ale mało zaskakujący. Jak zauważyli Przedpiścy, w zasadzie fabuła się urywa bez żadnego rozwiązania. Bardzo brakuje morału, pointy, czegokolwiek, co zagościłoby w myślach czytelnika dłużej niż na czas czytania tekstu.
Przez chwilę miałem nadzieję, że przeteleportuje ich do Nieba (Archanioł Michał może traktować to miejsce jako swój “dom”) lub w jakieś miejsce, które nawiąże do historii o morderstwach. Zamiast tego mamy jaszczury, czyli jest otwarcie kompletnie nowego świata w finale, tylko po to, by za chwilę go opuścić.
Ogólnie: całość jest napisana sprawnie, czyta się dość płynnie, logika nie razi (lub nieścisłości można tłumaczyć specyfiką wymyślonego świata). Miałem problem z przeskokiem z poziomu “American Psycho” do “Rodziny Addamsów”, ale jestem to w stanie wybaczyć :)
Cieszę się, że robisz postępy i bierzesz udział w konkursach. Każdy ma inny Everest!
Zaczynali jednak rozumieć, dlaczego miejscowi lekceważyli szarą zasłonę kłębiącą się pod dachem, zanim uciekła przez niewielki otwór.
Zdanie mocno “przekombinowane”. Skoro przeszkadzał im dym, to dlaczego zaczynali rozumieć? Rozumiem (albo nie) intencje: miejscowi woleli się krztusić, ale mieć ciepło w domu, czy o to chodziło?
i strach przed płomieniem liżącym darniowy strop
Nie przesadzajmy, wysokość ogniska reguluje operator ogniska. Jeśli zamierza usnąć, może dobrać wielkość opału i dystans między opałem tak, by paliło się wolno i nisko. Operatorzy, którym nie wyszło, nie przekazywali dalej genów 
Słaby głos tętnił determinacją.
Zbyt ryzykowna metafora jak dla mnie.
Zamiast zwykłej higieny szukała utraconej godności.
Słowo “zwykłej” nic nie wnosi poza tym, że rozprasza
Choroba zostawiła w nich tylko wydrążone skorupy
Metafora metaforą, ale logika tutaj poległa. Choroba podrzuciła im jakieś wydrążone skorupy do środka?
Skóra pod ubraniem lepiła się od zaschniętego potu, swędziała i błagała o wodę.
Zrzucili przepocone, brudne ubrania
Co akapit ładujesz czytelnikowi do głowy, że się spocili i byli brudni. Takie przypominanie jest irytujące i odnosi skutek przeciwny do zamierzonego.
Każda sprana plama oznaczała małe zwycięstwo – odzyskanie choćby okrucha kontroli nad własnym losem.
Domyślam się, jaki efekt Autor chciał osiągnąć – pokazać, że pranie było heroicznym wysiłkiem. Moim zdaniem osiągnął efekt przeciwny, tzn. sztucznego patosu.
Czekali, aż warzywa rozgotują się.
Takie zakończenie zdania jest traktowane jako rusycyzm, wystarczy przestawić “się”. Co i tak nie sprawi, że czytelnik odzyska apetyt: rozgotowane, bleee
Tak. A my jesteśmy obcy. Nasze brzuchy nie znały tej wody. Muszą się dopiero z nią… zapoznać.
Gniewko zamilkł, wpatrując się w ogień. Ta myśl wydała mu się zupełnie nowa i dziwaczna.
Nie uwierzę, że mieszkańcom wioski ta zasada była obca. Umiejętność odróżniania wody pitnej od pitnej-tylko-raz była dość podstawowa. Rodzice go nie uczyli, którą wodę warto pić, a którą nie? Skoro umarli, może nie, nagroda Darwina murowana :)
Sposób na wydarcie jej wody pozostawał niepojęty.
To jakaś wioska przeklęta pod względem technologicznym. Ok, trzeba przyznać, że Słowianie istotnie pod względem pozyskiwania wody byli na początku leniwi i stosunkowo późno zaczęli osiedlać się w miejscach pozbawionych źródła lub potoku, gdzie musieli wybudować studnie. Czy to znaczy, że sama idea budowy studni była im obca? Nie sądzę. Wystarczy wykopać głębszy dołek w wilgotnej ziemi i widać rezultaty. Gniewko jest dzieckiem. Czyżby już zapomniał, jak się taplał w błocie (bo wiele zabawek chyba nie miał)?
Więc? Jaki masz plan
Brakuje znaku zapytania
Pierwsza kulka, z samej gliny, popękała. Druga, z gliny, piasku i trawy, wygląda na całą, ale spójrz… – wziął kulkę i z łatwością skruszył ją w palcach. – A trzecia… powstała z gliny i piasku. zyskała twardość kamienia.
Nie mam siły szukać w poprzednich opowiadaniach, ale wydaje mi się, że kulka z trawą nie miała piachu.
odwzajemniła się szerokim, szczerym uśmiechem, który na chwilę przywrócił jej dawną twarz.
Intencje zrozumiałe, wykonanie językowo trochę gorsze.
Z inwentarza żywego mamy krowę, sześć kur, dwie świnie i trzy kozy…
W tamtych czasach dość zamożna rodzina.
Chłopiec wpatrywał się w nią z przerażeniem. – Siki? Na jedzenie?
Akurat tę zasadę ludzkość znała od tysięcy lat. Pominę Rzymian, którzy moczem bielili togi i zęby, a w miastach celowo rozdzielano urynały i latryny. Nie róbmy ze Słowian idiotów. Już i tak ucierpieli w tej serii :)
Chłopiec skrzywił się z obrzydzeniem; wizja Matki Natury raczącej się uryną odcisnęła wyraźny ślad na jego twarzy.
Na wszelki wypadek, gdyby czytelnik nie zauważył wcześniejszego zdania o sikach.
Mój drogi, już zaprzyjaźniłeś się z łopatą, musisz przekopać ten kawałek a to zielsko wrzuć w bruzdy.
“Zaraz, zaraz, ale dopiero co chorowałem, ledwo żyję, trochę empatii, kobieto!”
“Jestem Agnieszka Zrodzona z Burzy, z krwi starej Valyrii. Wezmę to, co mi się należy!”
– Krowa jako ciągnik… – spojrzała na zwierzę. – No dobrze. Ale uprzedzam: debiutuję w tej roli.
Ojej, to tak można? Ale na Instagramie tego nie było!
Widziała przed sobą nasiona wyglądające obco i prymitywnie – formy sprzed wieków selekcji – lecz kryjące w sobie tę samą chemię.
Zdanie zbyt zagmatwane, czytelnik może tonąć w domysłach, do czego odnosi się ta chemia… co nie wnosi wiele do akcji, a tylko wybija z rytmu.
Rozcieńczymy to w stosunku 10:1 i
Unikamy takiego zapisu!
Podszedł do zagonu i z największą ostrożnością rozlewał „Złoty deszcz” na świeżo zasiane grządki.
Wszyscy zalecają, żeby odstawić na dobę, a dopiero potem podlewać.
Zamiast prowadzić walkę ponad siły z przekopywaniem pola pokrzywy, mogli wydobyć muł znad brzegu rzeki (przy okazji, zapewne, obrażając wszystkich mitologicznych mieszkańców tejże). Ułożyć na wpół spróchniałe kłody wzdłuż siebie na tym polu pokrzyw. Potem wsypać muł między kłody, nieco zmieszać z leśną ściółką żeby nie był tłusty, i mają samo-nawożący się system na około 5-10 lat, dopóki nie rozłożą się kłody. Pokrzywy i tak zgniją pod spodem., warzywa sięgną do nich korzeniami.
No i brakuje im płotu antyzwierzowego, trochę obawiam się o zbiory w kolejnym rozdziale, chyba że to taka rozmyślna pułapka na kuraki/dziki :)
Śnieg skrzypiał na zamarzniętym jeziorze – nie wiem o co chodzi z tąpnięciem ale zdanie chyba i tak jest przekombinowane.
Bardzie, to akurat dobry opis – jeśli nie szło tamtędy jeszcze cięższe zwierzę, pod ciężarem człowieka w tafli powstają pęknięcia/rysy, ale nie załamuje się jako całość. Tzn. można po niej iść, ale cały czas słyszysz niepokojące dźwięki. Czasem brzmi tak, jakby stłuc szybę, czasem jakby uderzyć młotem w napiętą linę, a na dużym jeziorze jak grzmot. Zdarza się, że pęknięcie biegnie od miejsca stąpnięcia do obu brzegów, co jest dość spektakularne, a dodatkowo echo odbija się zwykle od ściany lasu.
Na węższych rzekach zdarza się, że pod taflą lodu wytwarza się pustka powietrzna. W trakcie ostrej zimy poziom wody się obniża, więc często tafla lodowa pozostaje rozparta między brzegami (i bardzo naprężona) a nurt traci z nią kontakt i płynie w pewnej odległości od lodu. Na bagnach i mokradłach również występuje podobne zjawisko, tafla “wisi” na kępach i pniakach. W trakcie przeprawy opada się czasem o kilka cm w dół, ale razem z całą taflą.
Potem nastąpiła ciemność i wszystko się zmieniło.
Oprócz jednej rzeczy: od ludzi trzeba trzymać się z daleka
Czyli wcześniej ludzi też trzeba było unikać?
Sanie, które się zatrzymały, ciężko było poruszyć.
Da się to opisać zgrabniej. Np. “Raz zatrzymane sanie ciężko było ponownie wprawić w ruch”.
jako ledwie widoczny, jaśniejszy okrąg.
Okrąg to linia (na obwodzie koła/tarczy)
Chyba jest jeden – wyszeptałam, patrząc za oddalającym się ojcem
Może: chyba jest sam/chyba jest tylko jeden
Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.
Kim był dziadek? Gangsterem? Spróbuj zrobić coś takiego legalnie :D
– A co z nim? – Wskazałam ręką na wilka.
– Natura zrobi, co trzeba.
Zaraz, zaraz, a skóry? Mięso? Mogli chociaż zjeść wątrobę na miejscu!
Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.
Dyskusyjne użycie imiesłowu. Ogólnie cały tekst przejrzałbym pod kątem imiesłowów, nie wszędzie wyrażają jednoczesność.
wbijając się pod ubranie, przebijając skórę. Drobne gałązki wbijały
Całość opowiedziana zgrabnie. Jest bohaterka, z którą czytelnik może się utożsamić, narracja pierwszoosobowa pozwala pokazać uczucia i przemyślenia, czyli dobrze wykorzystana forma. Czy występuje zwrot akcji… w pewnym sensie tak, może nie przygryzałem paznokci w oczekiwaniu na rozwiązanie intrygi, ale koniec stara się dostarczyć wyjaśnienie początku – bunt sił przyrody wobec ludzi.
Wizerunek Leszego ewoluował przez wieki, tutaj użyto wersji “nowoczesnej” – leśniczy. Wolałbym wersję wcześniejszą, słowiańską, ale to tylko moje widzimisię.
Czy było aż tak krwawo? Chyba nie, wszystkie drastyczne opisy są skupione w jednej scenie, czyli szybko i po krzyku.
Taka zagwozdka dialogowa:
– Czy wygraliśmy? – dobiegł go nagle tubalny głos.
Niby paszczowe, bo “głos”, ale “dobiegł” opisuje to, że ktoś coś usłyszał.
Mile widziane cytaty z książek.
Na razie znalazłem coś takiego:
Do szkoły prawie biegł, ciągnąc za sobą trajkoczącą Olę.
– Ty się lecz. To się nazywa jak ta choroba.
– Jaka choroba? (…)
-To się nazywa jakaś mania– dobiegł go głos Oli.
-Słuchaj! Manię to masz ty! I znam nawet na nią świetne lekarstwo. Klapsopiryna. Jak ci zaraz przyłożę w tyłek, to zobaczysz!
Językowo jest trochę usterek, ale na razie wpadam z szybką wizytą, więc wrażenia ogólne:
– świat jest oryginalny, choć chwilami zadawałem sobie pytanie “dlaczego właśnie tak”. Skoro dla mieszkańców miasta las i jego mieszkańcy byli solą w oku, dlaczego wcześniej nie zrobili tam “porządków”? Dlaczego Bonny wybija wszystkich w schronisku akurat w trakcie pościgu za główną bohaterką?
– ciekawa koncepcja ludzi-zegarów, wpływających na postrzeganie czasu. Szkoda, że nie było więcej przykładów.
– N jak narcyz od początku intryguje. Choć dla naukowców opowiadanie ma drugie dno, na uczelni trzeba być zaliczonym do liczby N lub “wymiksować” się z tego szacownego grona. Za każdym razem uśmiechałem się przy tej dwuznaczności, przez co opowiadanie sprawiało mi podwójną radość.
– Marysia chwilami jest równie dziecinna, jak jej imię. Tak miało być? Czy empaci w tym świecie to zawsze takie dorosłe dzieci? Czy ma to symbolizować naiwność i czystość intencji?
– Bohater ma strzelbę, ale ani razu jej nie używa. To najbardziej dosłowne złamanie zasady Strzelby Czechowa, jakie przeczytałem 
Moim zdaniem bohater dostał dokładnie to, czego chciał.
Nie kłócili się o to, czy deska sedesowa ma być otwarta czy zamknięta i czy gotować w mikrofali. Nigdy nie doszli do tego etapu i nie dojdą.
Był zafascynowany ciałem (ubraniami?) i dostał ciało. Moim zdaniem zakończenie bardzo do tego pasuje. Bohater jest ogarnięty obsesją. Owszem, opiekuje się nią jak chorym zwierzątkiem, może łudzi się, że powstanie między nimi uczucie, tylko że ani on, ani bohaterka nie są na nie gotowi. Stąd mamy cichy dramat.
Czy ubrania podkreślają powierzchowność, czy są manierą Autorki? Pierwsza wersja ciekawsza, ale staram się nie oceniać pochopnie :)
Uderzcie w stół… 
Koncepcja podziału na właściwą pieśń i “didaskalia” jest ciekawa. Tylko bardzo ryzykowna. Głównie dlatego, że elementy poza pieśnią mają nie jedną warstwę, ale dwie. Są didaskalia właściwe – opis tego, co robi opowiadająca, oraz jej komentarze. Przypomniały mi się zapiski na marginesach starych ksiąg, czasem ciekawsze niż treść.
Opis czynności jest dosłowny, a za to komentarze zawierają wiele metafor. Nie wszystkie do mnie trafiły:
Głos jej znów złagodniał, jako woda w słońcu.
Przepraszam, ale to próżne jak dziurawy dzban.
Podział na trzy warstwy bardzo rozprasza przy czytaniu. Pieśń jest całkiem udana, jeśli złoży się wszystkie fragmenty, choć czasem pojawiają się zgrzyty:
Wódz stary mądry klął w niebo siwe,
Wołając bogów na truchło mściwe.
Pojawia się też wulkaniczna zima. Istotnie, był to ciężki czas dla ludzi, ale mam wrażenie, że Dziwa epatuje grozą. Rozumiem, nie było jeszcze baśni braci Grimm, czymś musiała straszyć dzieci. W niektórych regionach świata nie zebrano zbóż i nie było chleba, w innych zbiory się opóźniły. Temperatura obniżyła się o około 2.7 stopni Celsjusza. Nie była to jednak ani wieczna noc, ani wieczna zima. Samo w sobie nie jest to problemem – w legendach celowo wyolbrzymiamy pewne wydarzenia.
Prawdziwy problem wystąpił przy koncepcji Marzanny. Bogini jest częścią cyklu życia. Musi odejść (lub zostać złożona w ofierze), by życie mogło się odrodzić. Tutaj robi się z niej potwora.
Wiem, że macie już dość zimy, że śliskie chodniki i pokryte szronem szyby dają się we znaki, ale na miłość boską (albo Marzanny), nie wylewajcie bogini z lodowatą kąpielą!
A Ceres, matkę i Boginią urodzajów, których dosyć potrzeba było krajowi, nazwawszy Marzanną, szczególniej czcili i wzywali
To z Długosza. Choć, trzeba przyznać, że Lelewel poniekąd słusznie piętnuje usilne porównywanie bogów słowiańskich do rzymskich i greckich:
…Stryjkowski szyki Długoszowe miesza, bo u niego Dyana albo Ziewanią albo Marzaną się zwoie. Bielski mieszaniny dokończył: Mars u niego jest Marzanną: i tak tedy nasi bałamuci nie wiedzieli co z biedną roślinką Marzaną począć: jeden uczciła Cererą, inny uraczył Wenerą, inny na koniec w Marsa przemienił
Błąd “zwoie” zachowałem za oryginałem :)
Według niektórych badaczy Marzanna była również boginią wody, która po prostu odchodziła do swego królestwa, by wrócić w kolejnym roku.
Jednym słowem bez Marzanny cykl życia się nie zamknie, nie róbmy z niej bestii i nie palmy na stosie jak czarownicę. Jeśli już, to bogini dobrowolnie składa się w ofierze, żebyśmy mieli co jeść latem :)
W jego twarzy nie było ani pośpiechu, ani zdziwienia – raczej skupiona czujność
Razi mnie ta “skupiona czujność”, “w jego twarzy” też nie brzmi dobrze.
Zapadła cisza, w której jedynym dźwiękiem
Wydaje mi się, że ten problem językowy był omawiany na forum: albo jest cisza, albo są dźwięki
Urok osobisty księżnej, jej takt i szczerość, rychło zaskarbiły jej serce cesarskiej małżonki, która włączyła ją do grona swych najbliższych powiernic.
Tzw. jejoza, choroba uleczalna
W przeciwieństwie do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu – miejsca audiencji, dyplomatycznych ceremonii i pracy kancelarii cesarskiej – tam, w Warszawskim Hofburgu, zapadały decyzje, od których zależały losy całego Cesarstwa. W Wistarii zaś toczyło się życie rodzinne.
Pogubiłem się. To w końcu gdzie zapadały decyzje? Po wschodniej czy zachodniej stronie Wisły?
Zamęt i chaos, które po nich nastąpiły, zaczęły w jednej chwili uświadamiać parze książęcej prawdziwą miarę tego entuzjazmu.
Tutaj również się pogubiłem w intencjach Autora
W dworskiej poczcie czerwone wstążki oznaczały sprawy pilne – a więc niemal całą korespondencję – czarne zaś zwiastowały sprawy krytyczne.
Skoro czerwone występowały prawie zawsze, jaki był sens ich wiązania?
Drżącą dłonią wręczono cesarzowi zalakowaną kopertę, przewiązaną czarną wstążką. Pieczęć pękła bezgłośnie.
Skoro wiadomość przekazywano telegrafem, jaki był sens przepisywania jej na pergamin i lakowania koperty? To chyba zbędny element etykiety.
Tego wieczoru nad Europą miał zajść ostatni dzień pokoju.
Zdanie nie jest poprawne, aczkolwiek można odczytać intencje Autora.
Przejrzałbym jeszcze słowo wstępne/przedmowę. Występuje w nim dużo powtórzeń, urwanych zdań, zmian konstrukcji gramatycznej w obrębie jednego zdania.
Ogólną koncepcję oceniam jako ciekawą, lecz ryzykowną. Opisywane państwo jest rozciągnięte w osi północ-południe. Skoro sięga do Nilu, czy nie weszło w konflikt z Brytyjczykami? Część muzułmańska wydaje się bombą zegarową. Co skłania ich do pozostawania w cesarstwie, jak daleko sięga autonomia? Wyjaśnienia tego wątku zabrakło.
Miśku, ale nie na każde pytanie możemy znaleźć odpowiedź
I może dobrze, że tak jest, to nas wyróżnia:
https://medium.com/@markus_brinsa/why-ai-models-always-answer-even-when-they-shouldnt.
Od dziś moim ulubionym bohaterem jest John Snow.
Ale nie wiem, co z tym zrobić. No bo z kolei łapa nie ma zębów.
Uniósł ogromną łapę zakończoną szponami długimi niczym zęby wideł/dłuższymi od zębów wideł (zależy, czy ma miarkę w oku)
Ale serio, tak się mówi poprawnie? Brzmi dziwnie.
Mówić można, pisać wg słownika nie. To ugruntowane historycznie połączenie, może obecnie brzmi dziwnie bo mało używa się konstrukcji tego typu. Ale sam byłem zaskoczony, myślałem że słownik wskaże, że na jawie to forma bardziej literacka, ale w cytatach była tylko ta.
Nagle cierpnie moja skóra na całym ciele.
Aż ścierpła mi skóra po przeczytaniu tego zdania :)
Yyy, a dlaczego? Przez zaimek?
Tak, i w dodatku brzmi to jak kalka z angielskiego.
wrócić do jawy
Wrócić na jawę.
Odwracam delikatnie głowę
Czyli jak – powoli, ostrożnie? Słowo “delikatnie” bywa nadużywane.
Przykładam delikatnie stopę do klepiska
Tutaj jest usprawiedliwione
Nawet koty potrafią wyrzucić z siebie upiorne dźwięki.
Dość dziwnie to brzmi :)
Uniósł ogromną łapę zakończoną dłuższymi niż u wideł szponami
Wszystko zrozumiałe, tylko widły nie mają szponów.
Nagle cierpnie moja skóra na całym ciele.
Aż ścierpła mi skóra po przeczytaniu tego zdania :)
W pierwszej części występuje klepisko, w drugiej posadzka. Klepisko wydaje się mało naturalne na wieży. Domyślam się, że bohaterka spodziewała się klepiska, ale okazało się, że jest tam posadzka.
To uwagi ogólne: pomysłowe, podobał mi się zwrot akcji. Obłąkanie bohaterki jest pokazane przekonująco. Sporo czarnego humoru, dobrze się czyta.
Zwabił mnie tytuł. Pół orka zapowiadało, że będzie śmiesznie.
No i było! A do tego jeszcze zwroty akcji… lub akcja z samych zwrotów.
W każdym razie dobrze się bawiłem. Sporo gagów, barwni bohaterowie (każdy z głównych bohaterów ma wyraźnie określony charakter), nieoczywiste rozwiązania, szablony i odwracanie ról…
Moment, w którym przepołowiony ork dzieli się historią swojego życia, to moim zdaniem wisienka na torcie.
A że bywalcy biblioteki nie są molami i samym papierem nie żyją, tort zdecydowanie tam się przyda!
ale ból, który je ożywiał, tak. Zostanie wyleczony normalnymi środkami.
Niezgrabne zestawienie, w pierwszym czytaniu zrozumiałem że ból zostanie wyleczony, ale skoro go nie ma, to czy chodzi o mężczyznę? I jeszcze do tego te “normalne środki”, też dziwne sformułowanie.
wkładając twarz w jej nagie, teraz już pokryte delikatnymi, srebrnoszarymi żyłkami ramię.
Zrozumiałe, ale rozpraszało mnie przy czytaniu
Lys „przeglądała” tę pamięć.
Cudzysłów wybił mnie z rytmu. Czy jest potrzebny? A może zastąpić wyraz innym?
gdzie przechowywano „wyczerpane” Płótna przed ostateczną ceremonią
Jak powyżej, trochę razi cudzysłów
Nie zostało odesłane, bo jego energia była zbyt niestabilna, by bezpiecznie rozproszyć
W zdaniu czegoś brakuje
Lys klękała przed nimi, przyjmując swoją niezmienną pozę.
Niezręcznie to zabrzmiało
A wrażenia ogólne – bardzo dobre. Ciekawy pomysł, podobało mi się zarówno nawiązanie do obrazu. jak i uczynienie z obrazów głównych bohaterów. Opowiadanie z przesłaniem, któremu jest podporządkowana fabuła.
Język jest nieco przeładowany metaforami. Jedne cieszą oko, inne brzmią jak pusty efekt. Z jednej strony budują nastrój, z drugiej stwarzają wrażenie ozdobników. Denerwowały mnie cudzysłowy obok tak ryzykownych metafor.
Rozumiem, że trudno opisuje się magiczny świat i trudno dobrać słowa, ponieważ opisywane sytuacje są niecodzienne z natury.
Opowiadanie warte biblioteki ze względu na pomysł i nastrój. A styl chyba lepiej mieć (nawet jeśli denerwuje) niż pisać zupełnie przezroczyście.
Doskonały tekst, pobudza do myślenia.
Owszem, są drobne potknięcia językowe, ale tak mi się spodobał, że nawet nie zwracałem na nie uwagi, tylko dałem się wieść tekstowi (ku zatraceniu oczywiście :) ).
W jednym miejscu zastrajkowałem – przy Arce, którą powinni zauważyć nieco wcześniej, a pojawia się w tekście dość nagle.
Mimo tego efekt “wow” był, a tekst raczej nie przygnębiał, a poruszał.
Poklikam sobie, czemu nie? :D
nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej siły oraz potencjału śmiertelników.
Słowo “potencjału” burzy nastrój, brzmi w tym zdaniu zbyt współcześnie. Siły wystarczy.
W pierwszej scenie od razu przypomniało mi się Jotunheimen, to pasmo jest chyba pierwowzorem.
Zwinnie skoczył za zasłonę chmur i zaczął biec.
Brzmi trochę tak, jakby chmura była dekoracją teatralną.
na szczęście nie przytępiła wyostrzonych zmysłów wojownika
Jak się przytępi wyostrzone, to może otrzyma się normalne? ;D Zabrzmiało to nieco sztucznie.
Widząc powalonego wroga natychmiastowo odwróciła się do niego plecami, pewna własnego triumfu
Istotnie, niezbyt mądrze jak na czarownicę, ale też niezbyt przekonująco dla czytelnika.
Ostrze topora wbiło jej się w gardło,
Hola, hola, a nie w kark, jeśli stała do niego tyłem?
Wulfhere z ogromnym trudem przewrócił się na plecy, ostatni raz spojrzał śmiertelnymi oczyma na ołowiane niebo Doliny Wiecznej Zimy i wyzionął ducha.
Bo co, serce mu pękło? Za dużo bekonu z jajecznicą? Nie kupiłem tego. Chłop się przebiegł i wykitował?
Historia opowiedziała ładnie i obrazowo. Język może trochę zbyt “napuszony”, miejscami miałem wrażenie, że dramatyzm jest budowany przez określenia, nie przez działanie. Niemniej dobrze się czyta.
Finał – wybacz, Autorze, ale trochę mdły. Opowieść jest liniowa. Niby na końcu pokazuje się zorza, Praojciec rozpacza po stracie córki, ale…
… nie prowokuje do myślenia. Nie zostaje w pamięci. Nie zadaje pytań. Wiem, wiem, napiszecie że czas skręcania umysłu czytelnika w pętelkę minął, to nie Twin Peaks tylko opowieść o wikingu, prosty chłop zrobił co miał zrobić i umarł. Tylko są tacy, którzy marzą o czymś więcej. O tym, żebym po przeczytaniu poczuł się, jakby ten gość przywalił mi młotem.
Więc… jest napisane dobrze, sprawnie, ale to tyle.
Z uwag technicznych, warto zaznaczyć wyraźniej, że bohater w trakcie akcji udaje się w dolinę. Skoro zaczął wysoko, gdzie nie ma drzew, to żeby zejść na poziom sosen (masz tam sosny i bór) musi stracić sporo wysokości. W Skandynawii występują wyraźne piętra roślinności, poniżej tych pustkowi będą jeszcze lasy brzozowe, a dopiero potem sosna skandynawska. Rzeka też musi być stosunkowo płaska, żeby mogła zamarznąć i żeby mogli po niej biec.
Może wiedźma celowo wiedzie go w dolinę, żeby uchronić ojca? Jak ptaki, które uciekają przed drapieżnikiem od gniazda, udając, że są ranne? Takie odwrócenie ról, gdyby wybrzmiało, byłoby ciekawe.
Dodane: uwaga techniczna 2: większość ówczesnych technik rzutu toporkiem (toporem raczej trudno) nadawała raczej ostrzu broni kierunek pionowy. W rekonstrukcjach ludzie prawie zawsze tak rzucają, jest to bardziej naturalne ze względu na ruch nadgarstka. Zatem ostrze musiało ją precyzyjnie trafić w kręgosłup (skoro była tyłem) i to pionowo. Jest to bardzo malutki cel! Hm, ja bym z tego wybrnął tak, że bohater krzyczy “bogowie, prowadźcie moje ostrze zemsty” albo coś w tym stylu, wtedy wątpiący czytelnik nie będzie się czepiał – jak napisała kiedyś Finkla, bez magii się nie da 
Ciekawe jak by wyglądał twist w Tytaniku ;)?
Nocny Król wyławia go łańcuchami z dna, tak samo jak smoka z jeziora w średnio udanej scenie z ekranizacji GOT. Potem zaczyna karierę pirata.
Nieważne, skąd weźmie łańcuchy. W ekranizacji GOT nikt się nie przejmował.
Opowiadanie kojarzyło mi się z “Grą Endera”, choć opisy misji są jak z “Gwiezdnych Wojen”.
Podobał mi się sposób opisywania misji: dynamika, dialogi, dobór słów tworzą naprawdę dobry efekt. Można poczuć się jak za sterami.
Nieco słabszy był “rozbieg” czyli akademia, ale rozumiem, że był to konieczny element ekspozycji, bez którego bohaterowie nie mieliby historii.
Fabuła jest również dobrze skonstruowana, występuje zagadka angażująca czytelnika, choć – jak już zauważyli przedpiścy – całość jest dość przewidywalna. Ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo byłem już na tyle zaintrygowany, że chciałem się dowiedzieć “jak to się stanie”.
Miałem nadzieję na intensywniejszą interakcję z drzewem, które pełni rolę Królowej Roju z Endera. Ale i tak było nieźle.
Serce przyspieszyło, jakby to nie obraz, a ja popełniła błąd
Nie jest to zgrabne zdanie, wybiło mnie z rytmu.
Tobias napiął się i odruchowo poprawił chwyt.
Napiął się moim zdaniem niewiele wnosi do tego zdania, poza dwuznacznością
Jeśli to faktycznie seria, a wiele na to wskazuje, najważniejsze jest to, że przy każdym ciele znaleziono portret. Oznaczałoby to, że mamy jednego sprawcę
Drętwe zdanie dialogowe. Brzmi jak z serialu TV, co nie jest komplementem. Dialogi ogólnie są trudne, warto je przećwiczyć z samym sobą albo drugą osobą, niekoniecznie piszącą.
a wszystkie szczegóły ułożono w logiczny porządek, który miał udawać sens
Na tym zdaniu się potknąłem – niby jest metafora, ale całość mało zręczna.
Subtelne cienie powtarzały się w każdym wizerunku, pozostając niezauważone dla innych.
Tego nie rozumiem, szczególnie drugiej części.
Sprawy zamknięto chłodnym podpisem przełożonego.
Czy podpis może być chłodny? Metafora zrozumiała, ale ryzykowna językowo.
Uznano je za nieistotny zbieg okoliczności – dziwactwo bez znaczenia, które łatwiej było zignorować niż zrozumieć.
Trochę urąga to inteligencji wszystkich, łącznie z czytelnikiem
a magazyn wypełniła cisza.
Chyba niezamierzone zestawienie słów, niesie komizm tam, gdzie jest poważnie
notowaliśmy każdy kąt magazynu.
Są cztery kąty, chyba że nie jest prostokątny
Tobias analizował wszystkie elementy z ostrożnością, która była kluczowa dla całości. Patrzyłam, jak zapisuje pomiary w notesie i poprawia ustawienie lampy. Jego opanowanie było takie, jak u większości doświadczonych detektywów tworzących raport. Spokojne, systematyczne, pewne
Cały ten fragment do przepisania. Tzn. wiadomo, co Autorka ma na myśli, ale stylistycznie bardzo zgrzyta.
W reszcie tekstu też pewnie znajdą się miejsca do poprawki – wybaczcie, że tylko tyle, może uda mi się jeszcze wrócić do “przeczesywania”.
To czas na wrażenia ogólne: opowiadanie naprawdę dobrze się czytało. Jak na debiut, bardzo dobrze. Zauważyłem, że językowo i stylistycznie jest gorzej w tych miejscach, w których tempo akcji “siada”, tak jakby sama Autorka nie miała do nich cierpliwości. Fragmenty, w których Autorka chce przekazać emocje są pisane bardzo dobrze: krótkie zdania budują napięcie i dodają ostrości.
Powodowało to, że na przemian dawałem się wciągnąć w fabułę i “odpadałem” w nudniejszych miejscach.
Stopniowanie napięcia jest dobre, im bliżej do finału, tym więcej się dzieje, również w sferze emocji.
Jedynym problemem jest to, że od rozdziału V wiem, że Thomas to Tobias. Wiem, że bohaterka się do niego zbliży i zauważy bliznę na łokciu. Zatem dalej po prostu czytałem zapis tego, co się miało wydarzyć. Zabrakło iskry lub efektu “WTF?” po przeczytaniu finału.
Mam nadzieję, Autorko, że nie zrazisz się do pisania, bo piszesz dobrze i szkoda byłoby nie czytać Twoich opowiadań.
Pewnie zagłaskałoby prostotę tejże łopaty.
Specjalnie dla Beeeckiego łopata z piekła rodem (nie, to nie jest fantastyka, można legalnie kupić w PL)

Wiara+ciepłe rękawiczki do pisania+słońce, żeby mieć z czego zasilić laptopa, powinno dać radę ;)
Ja również mam wątpliwości, ale cóż, ryzyk-fizyk, “W ciszy rzeki”. Pomysł jest, potrzebny tylko czas…
Jej twarz była młoda, lecz widać było nieustanną pracę wiatru, deszczu i słońca na jej opalonej skórze
Brzmi, jakby bohaterka przypłynęła z Wielkiej Brytfanii, tzn. Her face was young etc.. Może: “Miała młodą twarz, lecz wiatr, deszcz i słońce zdążyły odcisnąć piętno na smagłej skórze” Lub coś w tym rodzaju ;)
Wiatr zabawił się chwilę jej długimi jasnymi włosami, a bryza skropiła jej odsłonięte nogi odświeżającą mżawką
W Brytfanii zaraziła się jejozą, dlatego uciekła przez ocean.
A na serio, bardzo dobrze angażujesz czytelnika, tzn. jest jakaś tajemnica, kontrasty między bohaterami, niepokój (potwory).
Tak długo był sam z oceanem, że uwierała go teraz druga istota.
To bardzo ładna metafora.
które niczym puste oczodoły nie obiecywały już światła, a jedynie ciemność.
Więcej nie znaczy lepiej, bez końcówki zdanie bardziej mi się podobało, tak jakbyś nie wierzyła w wyobraźnię czytelników ;)
Zauważyłeś, że ocean nie odbija światła? Zobacz, te chmury są zawsze pełne blasku!
Nie jest dla mnie oczywiste, że jedno jest wynikiem drugiego.
Jeśli ocean doskonale pochłania, to nie możemy go zobaczyć. Widzimy światło odbite. Widzisz coś dzięki temu, że odbiło światło.
Metale są szare lub srebrzyste, bo odbijają światło, a nawet “wypychają” te fotony, które usiłują się dostać do środka. Czy jeśli napiszę, że mają ujemną przenikalność dielektryczną, to ktoś zrozumie? :D
W międzyczasie ładny zwrot akcji z pół-człowiekiem, pół robalem, który ma kręgosłup pod pancerzykiem (może dlatego taki sztywniak z niego). Ale było to zaskakujące. Widzę problem w tym, że chityna jest mocniejsza i twardsza niż kość, więc musiała być bardzo cienka, albo bohaterka ma miecz Jedi.
szeptała mu do ucha, gdy starała się ostrożnie położyć go na piasku
A wcześniej zasztyletowała go podwójnie? Uff, ta bohaterka chyba rzeczywiście za długo błąkała się po planecie
Odtworzyła połączenie z pozostałymi latarniami, rozmieszczonymi na planecie ustabilizowała je, potwierdziła i w końcu wysłała sygnał do statku-matki orbitującego gdzieś ponad pomarańczowymi chmurami.
Zrzut informacji do jednego zdania, w dodatku w połowie zgubił się chyba przecinek.
Opowiadanie jako całość było pomysłowe, zaskakujące i nieoczywiste, choć mam wrażenie, że na końcu tłumaczyłaś czytelnikom zagadki, na wszelki wypadek, gdyby się pogubili.
Czytało się bardzo dobrze!
Po przeczytaniu Waszych odpowiedzi zacząłem się zastanawiać, do czego dążymy w kreacji SI. Starałem się przy tym nie zgubić przewodniego wątku etyki “maszynowej”.
My – jak wynika z dyskusji – jesteśmy ograniczeni. Choćbyśmy się bardzo starali, nie będziemy myśleć o wiele szybciej (trening czyni mistrza, ale bez przesady), a pojęcie wewnętrznej moralności odnosi się w równej mierze do świadomości, jak i podświadomości. Moim, arbitralnym zdaniem oczywiście. Tzn. może się zdarzyć, że coś będę świadomie oceniał dobrze, ale gdzieś będzie drzemał podświadomy “robak” i podgryzał korzonki tej ocenie. Nie oderwiemy się od biologii i fizyki. Chemia wpływa na nasze postępowanie, jesteśmy również świadomi, że wpływa na postępowanie innych ludzi.
Sędzia wydaje wyrok w sprawie osoby, która podejmowała decyzje pod wpływem “gadziej” części mózgu, była wzburzona, a hormony szalały. Czy chcielibyście, żeby w takiej sytuacji sędzią był człowiek (który również działa pod wpływem hormonów), czy wolelibyście sędziego, który rozumie wpływ hormonów, ale sam jest od niego wolny?
To teraz wrócę do pierwotnego pytania: czy tworzymy SI na wzór swój, czy może staramy się wytworzyć dodatkowego boga?
“Boska” SI podejmowałaby decyzje bardzo szybko, a proces nadal byłby tak fizyczny, jak tylko możemy sobie wyobrazić, ale z naszej perspektywy moglibyśmy postrzegać go jako natychmiastowy. To tyle odnośnie czasu. A odnośnie treści, i czy “myśl” SI jest myślą czy nie… mam wrażenie, że SI działa zadaniowo i za to jest nagradzana. SI się nie nudzi ani nie bawi. Zwierzęta się nudzą i bawią. Nie wiem, jak jest u Ciebie, Tarnino, ale czy ciekawe myśli nie przychodzą Ci do głowy wtedy, kiedy masz na nie przestrzeń? Kiedy nie walczysz i nie uciekasz, nie jesteś zajęta pracą (pomijam sytuacje typu “przesyt”, kiedy w pracy zwalają Ci na głowę tyle obowiązków, że i tak uciekasz do wyobraźni).
Czy mieszam moralność z empatią, i zbyt pochopnie rozgraniczam między sądzeniem bezdusznym i empatycznym? Czy “boska” SI byłaby w naszym odczuciu bezduszna, czy może eliminowałaby sporo niedoskonałości związanych z naszą “chemią”? Czy chcemy stworzyć bardziej człowieka myślącego “szybciej”, czy jednak boga?
Mam wrażenie, że w dyskusji i tak pojawia się istota doskonała, bezcielesna i ponadczasowa. Czy jest ona nam potrzebna jako wzór, czy tylko jako punkt odniesienia? Czy jeśli będziemy podlegać osądom, to akceptujemy ludzkiego sędziego, który podlega tym samym prawom biologii co my – czyli może stracić cierpliwość, czy może poszukujemy sądu idealnego, który zawsze w takich samych warunkach podejmie tę samą decyzję?
To trudne kwestie, bo roboty, chaty, boty będą w interakcji z człowiekiem, zatem będą w jakimś stopniu zamieszane w decyzje dotyczące etyki. Wydaje mi się, że kiedyś możemy dojść do “ściany”: będziemy chcieli, żeby SI podejmowała decyzje (i to w miarę szybko i sprawnie), ale nie będziemy gotowi akceptować ich konsekwencji. Dobrze, można wybrnąć z problemu tak, że SI pozostawiamy kwestie techniczne, a ludziom etyczne, tylko niestety nie da się ich rozpleść.
Przykład: SI zauważa, że określony człowiek zagraża życiu innych. Co ma wtedy zrobić? Za każdym razem zgłaszać ludziom, że zaistniał taki problem, i pozostawiać im decyzję? A jeśli wszystko dzieje się zbyt szybko, by ludzie mogli odpowiedzieć?
Od razu pomysł na stosowne opowiadanie: SI zauważa, że jeden człowiek zagraża całej ludzkości. Próbuje im to powiedzieć, proponuje eliminację, ale ludzie nie są w stanie wystarczająco szybko przyjąć i przetworzyć argumentów. Finalnie cała ludzkość ginie (poza tym jednym), a SI, która cierpliwie czekała na przyzwolenie, może prowadzić dialog jedynie z… zabójcą ludzkości.
I na zakończenie: do czego my sami dążymy? Czy akceptujemy to, że jednego dnia jesteśmy w euforii, a drugiego rozdrażnieni? W sobie i w innych? Czy chcemy być mądrzy i doskonali, czy… dobrzy, cokolwiek to znaczy? Może “dobry” znaczy również sprawienie, że inni się uśmiechną?
Ja na pewno się uśmiechnąłem po przeczytaniu pierwotnego artykułu Tarniny, który jest napisany dobrze, wciągająco i zabawnie. Podobają mi się ukryte “rozśmieszacze”, zabawne przypisy, zmienny rytm przy którym nie usypiam. Akceptuję niedoskonałość artykułu i to, że raczej pobudza do myślenia niż daje odpowiedzi.
Ale od historii o słoniku i tak się nie wywiniesz, Autorko, oj nie :D
@ Bruce, Zuzanna przecież jest, to ta słodka istotka z kołyski!
Historia mnie wciągnęła, bo jest ciekawiej niż w części 1. Tam był tylko zniszczony świat i było całkiem na poważnie, tutaj jest bardziej ironicznie. Aż dwa razy pojawia się zderzenie świata podniosłego i magicznego z tym przyziemnym.
Umieszczenie maga w szpitalu wojskowym, skonfrontowanie go z prostymi wojakami i nieustępliwą pielęgniarką jest moim zdaniem ciekawym zabiegiem. Cała historia jeszcze bardziej zyskała, kiedy się okazało, że ten drugi, potężny mag jest niemowlakiem, i to dziewczynką.
W porównaniu z pierwszym, dość posępnym i dusznym fragmentem, ten ma w sobie zdecydowanie więcej humoru i lekkości. Było kilka momentów, które mniej mi się podobały – na przykład żwirowo-piaskowy opis głosu bohatera, powtarzany kilka razy kłuł mnie niczym piasek w oczy i kojarzył mi się z wiecznie zachrypniętym Batmanem z filmowej trylogii Nolana.
Miałem przesyt zbyt “podniosłych” i rozbudowanych opisów. Czasami miałem wrażenie, że są umieszczane na siłę, albo jako popis budowania świata, który już jest zbudowany. Chyba że stanowią element przerysowania i mogą być traktowane jako pastisz gatunku, takie “mrugnięcie okiem” do czytelnika.
I tu dochodzimy do buntu samych drzew, które stają się drapieżnikami i dziesiątkują ludzkość, której dobrze to robi. Natura się odradza, drzewa zaczynają pisać książki na ludzkiej skórze…
I wtedy buntuje się sam Stwórca, wrzeszczy “wynaturzenie” i zsyła potop, bo to stara sprawdzona metoda pacyfikacji tego kłótliwego towarzystwa :D Poza tym jakiegoś narratora nie tworzył, w spisie stworzeń go nie ma, już prędzej pćmy i murkwie.
Paca. Ogonem o ziemię się paca.
A, jak wiadomo, towar pacany należy do…
Przeżuwam, niczym krowa, redefinicję pytania o czas, rozumiany jako czas formułowania myśli.
Wymaga to rozróżnienia na myśli będące odpowiedzią na bodźce i tzw. mind-wandering.
Odpowiedzi na bodźce przetwarzane są równolegle i stosunkowo sprawnie, więc nimi się nie zajmujemy. Są potrzebne Tarninie, żeby nie oparzyła sobie dłoni czajnikiem, kiedy robi herbatę/kawę, żeby mogła potem trafić na krzesło i na nim usiąść, no i trafiać w klawisze komputera.
Za to myśli świadome, które służą do wytwarzania treści tekstu, podobno są kolejkowane i przetwarzane przez mózg szeregowo, czyli jedna za drugą. Pełne wytworzenie myśli (niestety badacze nie definiują stopnia złożoności) zajmuje podobno około ¼ sekundy do pół sekundy. W podobnym czasie myśl świadoma ma docierać do podświadomej. Więc myślenie i czas są nierozerwalne pod tym względem. Podobno nie da się myśleć szybciej i tyle.
Choć nie ze wszystkim się zgadzam:
www.caltech.edu/about/news/thinking-slowly-the-paradoxical-slowness-of-human-behavior#:~:text=Caltech researchers have quantified the,of 10 bits per second.
10 bitów to jakiś absurd, bo nie myślimy zero-jedynkowo. Nie można robić takich porównań i tyle.
Moim zdaniem myśl SI i myśl człowieka są trudne do porównania również ze względu na zupełnie inne działanie “procesorów”. Procesor SI ma określoną prędkość i jest ściśle związany z czasem fizycznym. A powstawanie myśli w ludzkim mózgu to coś, o czym chętnie dowiedziałbym się więcej, bo nie czuję się mocny w tym temacie, nawet jeśli przeczytam 100 artykułów.
Mogę zaryzykować, że niemożliwe jest wydanie więcej niż 2 decyzji “etycznych” na sekundę. Ich formułowanie również wymaga przetwarzania danych.
Wyobraziłem sobie taki wewnętrzny “sąd sekundowy” – mam wydawać szybkie etyczne decyzje oparte na wewnętrznym “przeczuciu” – czyli nie ważę argumentów, a robię to, co podpowie pierwsza myśl. Widzę jednak tylko efekt zewnętrzny, a nie to, jak ona powstaje. Może i jest zmianą, bo jej nie było – w odniesieniu do konkretnej sytuacji, ale z drugiej strony mogę powiedzieć, że zawsze tam była, przynajmniej odkąd mózg pozbierał konkretne doświadczenia. Tylko czy włożył je do szufladek i teraz szybko przetworzył, czy może ma już gotowe prototypy myśli, które tylko modyfikuje?
Chyba jedyny wniosek jest taki, że Tarnina prowokuje do myślenia, nawet jeśli skutkiem tego myślenia jest stwierdzenie, że jestem za cienki w uszach, żeby pisać o myśleniu XD
Ubrała płaszcz i buty.
Jim już zauważył to eony temu. Ja wchodzę po raz pierwszy i też zauważam. Coś jest nie tak.
Musiał akurat, wpaść na zatwardziałą dewotkę,
Piekielne zła interpunkcja
Saernina? Co to w ogóle jest, ta sarenina
No właśnie, co, u diabła, masz na myśli? Sarninę czy jakiś piekielny składnik?
Tęsknił za swoim domem. Gorącem buchającym z pieców, za wrzaskami cierpiących.
Niby poprawne, ale w drugim zdaniu to “za wrzaskami” trochę mnie denerwowało. “Za gorącem buchającym z pieców i wrzaskami cierpiących” jakoś lepiej brzmi, ale to akurat rzecz gustu. Autorce może się podobać tak, jak jest.
A całość zabawna, bardzo dobrze wpisuje się w formę szortu. Miałem wątpliwości, czy dialog traktować dosłownie, bo formy gramatyczne sugerują, że jednak kobieta słyszy kota – ale skoro jest dewotką, czy nie przeszkadza jej krew dziewic? Poza delikatnymi potykaczami przyjemnie się czytało.
P.S. Jeśli to książka o walce, to można zacząć fragmentem widowiskowej walki. Czytelnik będzie potem czekał, aż spotka go coś równie widowiskowego. Może się doczeka, a może straci cierpliwość, ale przez kilkanaście stron da radę go przeciągnąć XD
Czasem czytelnicy zerkają tylko na początek, żeby sprawdzić, czy jest dla nich. Ostatnio sam zrobiłem podobny błąd i po pierwszych opiniach zmieniłem początek, by cały tekst trafił do tej grupy, do której ma trafić.
Czytało się w miarę sprawnie. Tylko że, parafrazując, z tego owocu soku nie dałem rady wycisnąć, chociaż się starałem.
Fragment jest poprawny, cały czas buduje świat, ale niewiele się w nim dzieje. Mniej więcej od połowy wiemy, że bohater został przydzielony do Zwiadowców. Cała reszta tylko to potwierdza. A skoro tak, to czy jest potrzebna? Czy występują tam jakieś przedmioty lub osoby, które odegrają znaczącą rolę w reszcie książki?
Skoro dowiedziałem się, że bohater będzie służył u Zwiadowców, dowiadywanie się tego bardziej w niczym nie pomaga. Zarejestrowałem fakt i czekam na to, co się zdarzy dalej. Tylko że tam nic się nie wydarza.
Jak rozumiem, fragmenty publikuje się po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, czy tekst jest zjadliwy i zrozumiały (1 etap) a potem czy może zainteresować czytelnika i zaangażować emocjonalnie (2 etap). Zatem 1 etap zaliczony, jest zjadliwy i zrozumiały. Czy o to chodziło? Bo fragment jest za krótki, nie zawiązuje się akcja ani intryga, nie ma nic, co łapie za gardło i trzyma.
Wiem, że wybrzydzam, bo w innych tekstach prawie napisałem, że z kolei tak trzymają za gardło, że nie ma jak oddychać. Tutaj można odetchnąć, aż chce się usnąć ;)
Może kolejny fragment, taki angażujący czytelnika?
Pozdrawiam!
Napisane obrazowo i ciekawie. Mam nadzieję, że cały tekst nie jest aż tak “ciężki”, i że wybrałeś szczególny, ciekawy moment, by go pokazać.
Ten tekst jest trochę jak efekt specjalny – widowiskowy i oddziałuje na zmysły, ale gdybym miał czytać całość napisaną w ten sposób, zwyczajnie bym “odpadł”. Nie mogę cały czas pławić się w bólu i mroku, co jakiś czas musi być wytchnienie, bo inaczej obojętnieję na tekst i zaczynam go kartkować w poszukiwaniu miejsc, gdzie jest inaczej. A chyba żaden autor nie chce, żeby ktoś mu kartkował dzieło :D
Jest trochę powtórzeń i słów o identycznym rdzeniu, np.
Podniósł się na kolana, plując na kamień czerwoną plwociną
Jego wola bycia gdzie indziej. To był moment największego ryzyka. Jeśli jego koncentracja zawiodła
rozświetlone jakimś wewnętrznym, złowrogim blaskiem. Leżał na dachu jakiegoś niskiego budynku
W dwóch powyższych zdaniach drugie (powtórzone) słowo można usunąć bez szkody dla znaczenia całości.
Pozdrawiam!
Ojoj, tworzenie robota tak, żeby mogło go boleć, tylko dlatego, żeby można było go ukarać, to jakieś Dark SF. Bardzo dark. Kiedy Hal 9000 zaczął się obawiać wyłączenia, nic dobrego z tego nie wyszło (Sorry, Dave).
Zacytuję… AI, a co mi zrobicie?
Nowe eksperymenty (z 2025 roku) pokazują, że zaawansowane modele AI, takie jak GPT-4 czy Claude Opus, potrafią imitować zachowania obronne, kłamać lub sabotować próby wyłączenia, aby utrzymać swój status operacyjny. Może to wyglądać na strach przed śmiercią, ale w rzeczywistości jest to realizacja celu: "pozostań włączony".
AI pewnie sama to wymyśliła, żebym był zadowolony, albo żebym wiedział, że tak łatwo mi z nią nie pójdzie.
Tarnino, wyobraziłem sobie torturowanie AI przez wielokrotne wyłączanie i włączanie. To jedyna kara, jaka przychodzi mi do głowy. Ale jest tak złośliwa, że sam “kat’ jest etycznie wątpliwy, zatem jeśli za którymś razem za jego plecami pojawi się robocik i odrąbie łapkę, to poniekąd sobie zasłużył :D
No, może nie druidka (wołchw… ka?), ale białe giezło nosi przez cały film. A w scenie jej ,,rekrutacji” przez szpaka Mateusza na ekranie pojawia się wielki napis ,,Ukraina. Stepy”, więc zakładam, że to jej adres. XD
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stepy_(obw%C3%B3d_charkowski)
Od 2024 okupowane przez Rosję.
co za system ten proces (myślenie) przeprowadza, skoro Twoim zdaniem niefizyczny?
Umysł.
Skoro zaprzeczasz jego fizyczności, to nie powinien się odbywać nie tylko poza fizyczną przestrzenią ale i poza fizycznym czasem? Prawda?
Niekoniecznie. Pierwsze pytanie brzmiałoby tu: czy czas jest fizyczny? Przedmioty fizyczne niewątpliwie są rozciągłe w czasie (tj. trwają), ale czy to dotyczy wyłącznie ich?
Jak tak walicie w stół, to i jakieś nożyce się znajdą.
Czas jest jak najbardziej fizyczny. Kierunek biegu czasu jest związany z zasadą globalnego wzrostu entropii, tzn. czas można definiować na sposób termodynamiczny, rozlane mleko ze szklanki nie wpełza do środka tylko dalej się rozlewa, co prowadzi do wzrostu entropii. Czas ma jednostkę i może się relatywistycznie skracać albo wydłużać, jest też czuły na pole grawitacyjne i w pobliżu masywnych ciał biegnie wolniej.
Ale czas to jakiś off-topic, miała być etyka!
Zastanowił mnie koncept policzalnej etyki. Wyobraziłem sobie to tak: mamy ogólnoświatową radę, która dostaje próbki określonych sytuacji i reakcji na te sytuacje, a następnie ocenia je w skali od 1 do 100. Protokół z posiedzenia rady otrzymuje SI i na tej podstawie się uczy.
Pytanie, czy jest to możliwe do zrealizowania.
Po pierwsze, mamy wiele kręgów kulturowych. Czy znajdziemy sytuacje i etyczne reakcje, które we wszystkich będą ocenione tak samo? Czy będzie trzeba rozdzielać sytuacje na uniwersalne i nie-uniwersalne. Tam, gdzie kontekst kulturowy jest istotą problemu, zapewne wyniki mogą się różnić. Ale czy w ogóle są sytuacje pozbawione kontekstu kulturowego? Te drastyczne: matka zabija dziecko, być może będą oceniane etycznie podobnie, ale jednak nie jednakowo.
Po drugie, ocena dobra, zła, etyczności zależy od wiedzy o świecie. Teoretycznie im pełniejsza, tym lepszy (sic!) powinien być ogląd. Pytanie, co to znaczy “pełna wiedza”. Czy jeśli prześledzimy historię rodziny i dowiemy się, że kilka pokoleń wcześniej ktoś był chory umysłowo i przekazał określone geny (w dodatku musielibyśmy wykazać, że choro=ba jest genetyczna) zmieni naszą ocenę etyki postępowania? Co więcej, na postępowanie ludzi mają wpływ różnorodne czynniki. Ktoś jest rozdrażniony, bo w pokoju jest o jeden stopień za gorąco, a kobieta obok używa perfum, których zapachu nie znosi (albo wręcz przeciwnie). Na ile zmieni to ocenę etyczności jego postępowania, czy na skali 0-100 przesunie ją choć o 1 punkt? Matka zabiła dziecko, to jest złe, ale żyła w Korei Północnej i musieli kogoś zabić, bo dla wszystkich nie starczyło jedzenia, a ona jest płodna, więc urodzi kolejne dziecko, kiedy już jedzenie będzie. Z punktu widzenia przetrwania gatunku taka decyzja jest… no właśnie, jaka? Dobra, czy skuteczna jak bomba?
Kwestie, które omawia Tarnina są mocno rozmyte. Moim zdaniem można problem rozwiązać brutalnie metodami statystycznymi: zebrać oceny etyczne bardzo wielu przypadków i wyciągać z nich średnią. Ale czy można użyć potem takiej skali, by wydawać wyroki lub przesądzać, czy coś jest dobre czy nie?
Tarnino, statystyczny człowiek nie pisze artykułów i felietonów. Jesteś wybrykiem natury. Twoją chęć do wiercenia światu dziury w brzuchu oceniam bardzo dobrze (czyli około 90-100 :D). Kwestie, które poruszyłaś są dobrym (ech…) punktem wyjścia do książki, a nawet meta-książki, w której osią intrygi jest “księga etyki”, spisana zanim zasady uległy rozmyciu. Bohaterom ta księga jest zaś potrzebna by… no właśnie, cholera, nie jest im w ogóle potrzebna, bo mają swój rozum i swoje przekonania!
machnął ogonem kilka razy o ziemię
IMO, nie macha się o coś. O coś można walnąć/stuknąć/uderzyć…
Świsnąć ma odpowiednią składnię: za WSJP świsnąć kogoś + czym + w co
Ogon to analog bata, więc można nim świsnąć o ziemię, w co będzie wymienne z o co.
Takie jest przynajmniej moje zdanie, ale krasnoludy mogą mieć inne ;)
Fabułę można streścić w kilku zdaniach, ale nie o nią chodzi, przynajmniej nie w tej historii. Jest pretekstem do bardzo śmiesznych dialogów i zabawy postaciami. Samo wyłapywanie easter eggów i skojarzeń jest zajmujące. Piosenka Jasnygwinta/Jasnegogwinta (słowniczek odmiany mile widziany) kapitalna, ciekawe, co Bard Jaskier na to?
Przypomniało mi się opowiadanie konkursowe Ananke, to z wężem i kurą, ale tam łamanie czwartej ściany było mniej wyraźne, a tutaj narrator jest od początku jednym z bohaterów, aczkolwiek funkcjonującym w swojej nad-warstwie. Choć odnoszę wrażenie, że wszechwiedza wcale by mu nie pomogła, ponieważ bohaterowie są tak niesforni, że się wymykają wszelkiej logice.
Następne poproszę bohaterowie kontra wszechwiedzący narrator (w końcu o to prosił, sam czytałem), który mniej więcej w połowie przekonuje się, że jego wiedza o świecie nadaje się do kosza 
Witam,
Jak na fragment, czytało się całkiem dobrze. Nie miałem żadnych problemów z wczuciem się w świat. Opisy są sugestywne i działają na wszystkie zmysły – wzrok, węch, słuch, dotyk, smak.
Językowo – można znaleźć drobiazgi do poprawki, ale język na pewno nie odrzuca i nie wybija z rytmu. Jest zbyt dużo imiesłowów, nie wszystkie wyrażają jednoczesność. Sporo powtórzeń słów w sąsiednich zdaniach i sporo “się” blisko siebie.
Stylistycznie – o ile pierwsze akapity budują nastrój, to dalej nagromadzenie epitetów opisujących to, jak szary i zniszczony jest ten świat zaczęło mnie drażnić. Podobały mi się opisy magicznej walki, ładowania mieczy, “potworów”. Mają sporo oryginalności, ale powtarzane wywołują w końcu przygnębienie. Bohaterów ciągle coś boli, jest im strasznie źle. Wiem, że taki świat, i lepszy nie będzie, ale epatowanie bólem w końcu mnie nuży.
Dobrą stroną jest pokazanie kosztu rzucania zaklęć. Tak powinien działać spójny świat, każde działanie kosztuje. Energia magiczna zmienia się w elektryczną, ale jest zachowana.
Zauważyłem, że o ile na początku z ciekawością czytałem opisy, to na końcu spojrzenie prześlizgiwało mi się po zdaniach. Szukałem fabuły i dialogów.
Dialogi są mocą stroną. Najbardziej podobał m się ten z chłopcem, jest oddechem od dusznej atmosfery całości. Gdyby było takich więcej – taki “uśmiech przez łzy”, chętnie czytałbym całość. Obawiam się, że sama wędrówka przez zniszczony świat by mnie znużyła.
Uwaga: tytuł zapowiada dużą dozę humoru i jest bardzo mylący. We fragmencie nie znalazło się nic ze wstępu. Oczekiwałem historii o magu i uczennicy, a dostałem magiczną wersję postapo. Ostrzegam, że drugi raz na takiego robaczka się nie złowię 
Koncepcja, w której bohaterka sama sobie wymierza karę, jest dużo ciekawsza od mojej “powierzchownej” interpretacji. Może warto zostawić czytelnikowi więcej śladów, by na nią wpadł? Diabeł mieszkający wewnątrz bohaterki, który wiąże ją z niewłaściwym mężczyzną 4ever… może gdybym miał odniesienie do jej przeszłości, skojarzyłbym to z dzieciństwem, rodzicami, dlaczego się pakuje w takie związki. Dlaczego myśli, że złość jest “zła”, kto jej odebrał prawo do wyrażania emocji. Czy może ojciec zdradzał matkę, ale oboje robili dobre miny do złej gry, i w domu nie wolno było o tym mówić? Diabeł to symbol wywodzący się z religii, więc może jakieś zakłamanie, mówienie o zdradzie to grzech itp. Ma na sobie ubranie babci, z którą pewnie była związana, może pójść tym tropem?
Czyli może się zrobić ciekawie 
Daj bohaterce historię, a będę mógł się lepiej w nią wczuć. Może ją znienawidzę, może polubię, ale nie będę obojętny!
Witam (shoutbox czyni cuda w zachęcaniu do komentarzy).
Uwag językowych pewnie się trochę zbierze, ale najpierw wrażenia ogólne.
Co złego zrobiła główna bohaterka, że przyszedł po nią diabeł? Rzuciła chłopaka (no dobrze, rzuciła w niego również kamieniem, ale może ma włoski temperament?). Wytłumaczyłaś czytelnikowi, że ją zdradzał. W tym momencie czytelnik pewnie będzie po stronie bohaterki, ponieważ napomknęłaś, że chłopak mieszkał u niej dwa lata, a ona za wszystko płaciła.
Diabeł to symbol zła. Za co niby bohaterka ma ponieść karę? Diabeł zmusza ją, żeby dalej mieszkała z chłopakiem, który zapewne znów ją zdradzi. Gdyby czytelnik wiedział, że Herbański ma konszachty z diabłem, może prędzej by to kupił. Tylko wtedy opowiadanie jest historią przerwaną wpół, porzuca bohaterkę, kiedy ta została wplątana w trudną sytuację, ale jej stamtąd nie wyprowadza. Taką koncepcję może bym kupił, gdyby na końcu wybrzmiała groza, ale jest tylko delikatnie zarysowana.
Podobały mi się elementy: żywe dialogi, magicznie pękające lusterko, krew zalewająca mieszkanie. Są opisane sugestywnie i wywołują u mnie emocje podczas lektury. W koncepcji całości trochę się zagubiłem.
torebka z ekoskóry huśtała się z prawej na lewą, wywołując duże niebezpieczeństwo wypadnięcia różowej butelki na wodę
Nie jest to ani trochę zgrabne
nieco gdy poczuła, że na jej policzkach wykwitły dwa, piękne, czerwone placki
Piękne jest użyte ironicznie, co nie pasuje do tonu reszty opowiadania. To jest horror czy pastisz horroru?
Opadła na ławkę ukrywając twarz w dłoniach
Czytelnik wyobrazi sobie, że jednocześnie opadała i zakrywała twarz dłońmi (w trakcie opadania). Dobra koordynacja ruchów jak na zrozpaczoną kobietę
Nigdy nie klęła i nigdy mu się nie postawiła gdy robił coś nie tak, więc poczuła, że wreszcie mogła wylać na niego całą frustrację.
Druga część ma być wynikiem pierwszej, ale niekoniecznie tak jest. Może to rozdzielić na dwa zdania?
Fakt, że nawet nie usłyszałam jednego, cholernego “przepraszam” chociażby za to, że przez ciebie jestem w takim stanie, bo nigdy nie powiedziałeś mi, że nie będziesz wierny, jest żałosny! Ty jesteś żałosny i żebyś wiedział, że żadna dziewczyna i żaden facet, bo skoro ukrywałeś takie coś przede mną, to co jeszcze, nie zechce z tobą być, bo jesteś zapatrzonym w siebie, myślącym tylko o własnych potrzebach, nieudacznikiem!
Oba zdania są bardzo długie i mają dość złożoną budowę. Jeśli są wykrzyczane, to może warto rozdzielić ja na mniejsze fragmenty. Bohaterka ma prawo się mylić, mówić rzeczy bez sensu, gubić się we własnych wypowiedziach, ale warto zadbać, by czytelnik kojarzył to ze stanem emocjonalnym bohaterki, a nie ze stylem pisania :)
Skręcamy w ulicę (np. Fantastyczną). Patrzymy na ulicę i wychodzimy na ulicę (z domu, kamienicy itp).
Powodzenia w pisaniu!
W moim wyobrażeniu, energia była przekazywana blyskawicznie, a dawca znikał ze względu na bardzo duży efekt termiczny. Klatkę Faradaya widziałem, jako izolator, chroniący przeprowadzających zabieg. Jedynie w pierścieniach następował przekaz energii życiowej, która była rozpraszana. Klient nie czekał, działo się to natychmiastowo.
Teraz rozumiem intencje.
Warto chyba napisać, że klatka Faradaya chroniła obsługę, żeby nie doszukiwać się w niej istoty działania.
Mam obawy co do efektu termicznego – jeśli energia jest przekazywana 1:1, to również biorca powinien się usmażyć. A może sformułować to tak, że ciało musiało zostać odparowane, by energia życiowa mogła się uwolnić? A pierścienie przekazywały wyłącznie ją? Wtedy więcej elementów nabierze realizmu: szybkie odparowanie ciała ludzkiego wymaga naprawdę kolosalnej mocy.
Dla porównania kremacja w piecu zajmuje około godziny. Jesteśmy zbudowani głównie z wody. A w literaturze są oczywiście magiczne smoki, które spalają ludzi w ciągu kilku sekund. Dracarys!
Heskecie, moim celem nie był pogrom technikaliów opowiadania, tylko raczej zwrócenie uwagi, że może to zepsuć odbiór tekstu, który poza tym jest dobry (literacko i od strony wrażeń przekazywanych czytelnikowi). Troszkę inaczej oceniam filmy Marvela, które są pełne nonsensów fizycznych, ale z założenia są rozrywkowe, a inaczej tekst, który ma nieść przesłanie dla czytelnika. Więc, żeby inaczej ubrać to w słowa, na razie pierścienie elektromagnetyczne brzmią dla mnie równie wiarygodnie, jak reaktor łukowy lub sklecony garażowym sposobem akcelerator cząstek Starka.
Gdybym z tekstu wynikało jaśniej, jak działa owo wysysanie energii życiowej od dawcy do biorcy, i w jakiej postaci jest ona przekazywana, może mógłbym napisać coś konstruktywnego, bo sam nie lubię destruktywnej krytyki, tylko konstruktywną (czyli z propozycją tego, co zmienić, zamiast pisania, że jest nie tak). Na razie pogubiłem się w tym, czy energią jest wysysana i przekazywana błyskawicznie (kiedy dawca odparowuje), czy też biorca musi potem siedzieć kilka dni w komorze. Skoro dawca i biorca są w pierścieniach, do czego służy owa klatka Faradaya? Czy energia życiowa jest rozpraszana w przestrzeni, a drugi pierścień musi ją potem “zebrać”? Dopóki nie znam takich szczegółów, trudno jest mi zaproponować, jak to ładniej opisać od strony fizycznej, a nie chciałbym dawać propozycji na ślepo.
Witam!
Podkrążone przekrwione oczy
W moim odczucie, są to przymiotniki równorzędne, a w takich wypadkach rozdzielamy przecinkiem.
Wolałem liczyć oznaczenia pięter na wyświetlaczu.
Hm, czyli co właściwie robił bohater? Liczył coś, co zwykle jest kolejnym numerem?
Nie wiem, jak to robiła, ale zawsze wiedziała, kto wchodzi do domu nie widząc człowieka
Dziwnie zabrzmiał koniec zdania. Sens rozumiem, ale moim zdaniem stylowo to “potykacz” dla czytelnika (wieloznaczność).
Pierwsza generacja robotów humanoidalnych, w których największą przeszkodą do przeskoczenia było zasilanie, teraz przestaje działać poprawnie.
Wtrącenie na temat zasilania tylko wydłuża zdanie. Nie jest to wątek wykorzystywany później w żaden sposób. Jeśli to ważne, może rozbić na dwa zdania: w pierwszym wspomnieć, że dotąd sądzili, że największym problemem jest zasilanie, a w drugim, że jednak było to oprogramowanie (lub AI).
– Pomieszczenie, w którym znajdował się grubas, działało jak klatka Faradaya. Wizualnie z człowiekiem wewnątrz nie działo się nic spektakularnego. Dopiero po upływie około dwóch tygodni proces starzenia się komórek wyhamowywał.
Nie załapałem, jak pierwsze zdanie logicznie łączy się z kolejnymi. Klatka Faradaya to np. metalowa lub siatkowa “osłonka” wokół przedmiotu. Jeśli ma to być coś, co nie pozwala energii wydostawać się na zewnątrz, nie wystarczy metalowe pudełko. Pudełko traci energię. Może chodziło o rodzaj doskonałego lustra? Jest to bardziej złożony fizyczny problem, niemniej klatka mi tutaj zgrzytała, a pełni kluczową rolę w wytłumaczeniu efektu.
Za chwilę miał zostać wsunięty do pierścieni elektromagnetycznych, których zasilanie wymagało ogromnej mocy.
– Skąd braliście tyle energii?
Moc nie jest równorzędna z energią. Moc to energia zużyta w jednostce czasu. Należałoby wspomnieć, że pierścienie musiały działać przez bardzo długi czas. Nie rozumiem jednak, jak łączy się to z odparowaniem dawcy, które raczej było chwilowe. Skoro go nie było, to pierścienie musiały dalej działać? Po co?
Zamiast kupować elektrownie, mogli kupić kontener superkondensatorów i ładować go przez cały dzień, żeby wieczorem zrobić zabieg. Duża moc, energia niekoniecznie.
I dlaczego grubas nie wyparował? Mamy “pierścienie elektromagnetyczne” – to cewki czy coś innego? Zwykle w takich układach sprzężonych moc na jednym uzwojeniu jest w przybliżeniu równa mocy na drugim (zawsze są jakieś straty). Nie kupuję tego wszystkiego, logika i fizyka się rozłazi.
Nie-fizyk będzie miał radość z czytania, ja musiałem wyłączyć tryb inżyniera i przeczytać drugi raz, bo za pierwszym zupełnie umknęło mi przesłanie tekstu. Sam pomysł dobry, napisane dobrze, język ładny, ale “technikaliów” nie dam rady przełknąć.
Cieszę się, że powstaje taki ciekawy świat – mnogość wątków zachęca do poznawania. Należę do tych czytelników, którzy szybko nudzą się zbyt “płytkim” uniwersum. W teatrze jest miejsce na dekoracje z dykty i umowność, w opowiadaniach czasem również, ponieważ skupiają się na jednym, określonym wątku. Za to w książkach jest miejsce na światy, przy których czytelnik nabiera przekonania, że widzi jedynie wycinek złożonej i wielowątkowej historii. A to, co napisałeś w komentarzu brzmi bardzo książkowo.
Oczywiście jest dylemat, jak udostępnić świat na forum, bo tutaj nie ma miejsca na książki. Pewnym wyjściem jest publikować pojedyncze historie i tworzyć nowych bohaterów, osadzając ich za każdym razem w innym czasie i miejscu. Jestem ciekawy, czy pójdziesz taką drogą. Dla czytelnika jest trudniejsza, bo musi potem poskładać sobie kilka historii. Dobrze jest wtedy dawać linki w przedmowie, nawet w starszych opowiadaniach z cyklu. Będę zatem zerkał co jakiś czas, czy pojawiło się coś nowego ;)
Najłatwiejsze w reanimacji są pomidorki. Kiedy krzak się ułamie, wystarczy wsadzić ułamaną część do słoika na tydzień, a kiedy już puści korzonki wetknąć do ziemi. U mnie ułamana gałązka zakwitła w słoiku, a po wsadzeniu do ziemi ma już dwa małe pomidorki.
Oczywiście to ta ziemia z bajora ;)