komentarze: 1231, w dziale opowiadań: 1083, opowiadania: 313
komentarze: 1231, w dziale opowiadań: 1083, opowiadania: 313
Tarnino, chyba odkryłaś ruchome logo wyzwań tygodniowych XD
Od tej pory teksty wyzwań bez własnego rysunku będą występowały z tym obrazkiem. Tak napisałem ja, Marzan Uzurpator. Ale ponieważ panuje tu demokracja, możecie poszukać lepszego!
P.S.
Swoją drogą, teraz się zastanawiam, co ma fundamentalista do fundamentów…
Ja też. Ale nauczyłem się wylewać fundamenty, takie betonowe. I do nich łatwo się dokopać, jeśli nie nałoży się za dużo ozdobników. Jasny gwint, nawet w budowlance robię metafory, muszę ograniczyć forum…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ma pochowane różne teksty. Nie wie co z nimi zrobić, więc pod nie wymyśla wyzwania.
Tak, zakopuję je w bunkrze pod podwórkiem jak Szachedy :D I jak trafi się wyzwanie z wolnej ręki, to będę cienko piszczał XD
A gdzie tu fun, jakbym już miał je wymyślone? Siedziałbym sobie w kątku niczym Statler i Waldorf z Muppetów (ci dwaj zgryźliwi tetrycy).
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
Jakżeś napisał taką cegiełkę, będzie na raty, bo inaczej nie da rady.
jak w dniu świt ustępuje południu, a później zmierzchowi,
jak za dnia świt ustępuje południu, a później zmierzchowi
rozpoczyna się od iskry, przeradza się w płomień, aż gaśnie i staje się popiołem
A potem i tak siękoza wszystko pochłonie ;)
Rozpoczyna się od iskry, bucha płomieniem, aż gaśnie i obraca w popiół
które, Amir Maedzie niech będą dzięki, już za nami, a w którym przeważały siły ciemności i ich horrenda
Drugie można zamienić np. na “kiedy”
poranione owoce dobrej walki ze złem. Walki wygranej, której krew zrosiła ziemię.
Celowo takie niezgrabne czy da się cuś z tym zrobić? Mam problem z “dobrą walką” i “krwią walki”.
– Kurwa, nie zrozumiem, dlaczego pieprzony Departament Cenzury to puścił!
To akurat nie jest usterka, tylko bardzo dobry zabieg artystyczny, ponieważ przykuwa uwagę czytelnika na kilka sposobów.
Płomień z palnika
Płomień palnika
W twoim wieku to chyba można sobie darować podziwianie uroków!
Miało być śmiesznie, wyszło tak, jakby było pisane pod zgryźliwych sprawdzaczy poprawności, takich jak ja XD
Moim zdaniem wystarczy: W twoim wieku…
Gospodarz skinął głową jednemu oprychowi
Gospodarz skinął głową, na co jeden z oprychów pobiegł na zaplecze
Parę dni temu spalono wioskę, część mieszkańców zaginęła, nigdzie nie ma ciał, które zostawiłyby wampiry.
Zahacza o infodump. Może tak:
– Parę dni temu spalono wioskę, część mieszkańców zaginęła.
– I w czym problem, nieszczęścia chyba chodzą po ludziach, nie?
– W tym, że nigdzie nie ma ciał. Wampiry je zostawiają.
Miały one wbudowane niewielkie lufy, wzdłuż jelców, co stanowiło tylko jeden z wielu ukrytych mechanizmów
I strzelec musiał w trakcie salwy trzymać ostrze pionowo do góry, żeby pocisk poleciał poziomo? Nie dziwię się, że nie zatrudnili mnie w dziale technicznym, łajzy :P
Mnożyły się rany cięte wśród oprychów, dopełniane syknięciami lub wrzaskami, w cięższych przypadkach
Mnożyły się rany cięte wśród oprychów, dopełniane syknięciami lub, w cięższych przypadkach, przeraźliwymi wrzaskami
Drugi próbował natrzeć, ale chybił, zwiedziony unikiem i dostał płazem w potylicę.
Hm, nie potrafiłem sobie tego wyobrazić – jakim cudem przeciwnik odwrócił się tyłem głowy do Zygmunta?
Lepiej już dostać stalą pod żebra.
Utarte połączenie to dostać żelazem, nie dostać stalą – stal jest młodsza językowo :)
Pring zamierzał go zadać porzuconym przez Zygmunta pałaszem
W poprzednim zdaniu powinien być cios, żeby to miało sens.
Popatrzył znaczącym wzrokiem
Popatrzył znacząco
Zygmunt popatrzył na nią poważniej wzrokiem człowieka odpornego na wszystko.
Dwa grzybki w barszcz. I ciężko będzie znaleźć aktora do ekranizacji, jak ma się gapić wymownie co drugie ujęcie :P
On jeden trzymał tarczę osłaniającą przed wszystkimi pociskami wątpliwości, jakimi mierzyła do niej obecna sytuacja.
Komentarz narratora, w dodatku efekt nakładania łopatą czytelnikowi do łebka murowany.
Wrócę do reszty. Mógłbym zaklikać już teraz, bo czytałem całość i ogólnie dobrze się bawiłem, ale jestem trochę jak Zygmunt – dopóki nie ubiję wszystkich potworków, sumienie mnie gryzie :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Wprawdzie jeśli nowo poznana gra kogoś nadzwyczaj zafascynuje, może to być kilkadziesiąt godzin ciągiem bez snu i jedzenia…
Gdyby zasugerować, że złodziejka ma osobowość typu border line, prawdopodobne i będzie miało drugie dno. Poza tym może się z nią założyć o coś ważnego, że nie pokona go w szachy (pewien sukcesu) – będzie jeszcze zabawniej. Oczywiście powinna też wręczyć mu z uśmiechem na ustach owe cenne dzieło literackie, którego tak szukał… może z plamką krwi na którejś stronie, żeby był czarny humor :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ślimaku
Nie, po prostu jest tak ciekawie, że szkoda, że się skończyło. To taki przypadek, kiedy skończył się miód w słoiku, ale jest zima i pszczoły nie zrobią kolejnego słoika.
To chyba dobrze, że czytelnik wyobraża sobie kontynuacje, dlaczego zawsze musimy zamykać historię?
Ja bym postawił na wariant ze złodziejką, i z nad-twistem na samym końcu: bohater jest początkowo przerażony wulgarnym językiem “wybranki”, fatalnymi manierami i pochodzeniem społecznym. Szybko okazuje się jednak, że – ponieważ rabuje dzieła sztuki i literatury – dziewczątko jest genialnym samoukiem. Kiedy zaś wyjaśni się jej zasady, zaczyna wszystkich ogrywać w szachy… zamknąć to w 10k znaków i mamy 10 kilo dobrej zabawy!
Bardzie,
Tak, i jako świadomy czytelnik widzisz dobrze, gdzie uciąć, by zachować równowagę. Gdyby całe forum działało tak sprawnie…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ślimaku,
Ona ma go na siebie założyć… i sprawdziłem jeszcze, czy nic nie naknociłem w tym miejscu, ale wypowiedź Alego zdaje się jednoznaczna.
Tak, masz rację, teraz załapałem – wcześniej wyobrażałem sobie, że podarek trzeba wręczyć osobiście (przekazać z rąk do rąk) – i stąd zamieszanie. Podarek wysłany pocztą też jest podarkiem, choć, hm, czy medalion aby rozróżni między kurierem a nadawcą? Z tego mogą wyniknąć zabawne perypetie, kiedy nasz bohater w końcu odwiedzi ukochaną, a ta będzie szczęśliwą małżonką pracownika DHL :)
Wyobraziłem sobie też drugą, nieco bardziej złożoną intrygę, w której bohaterka otrzymuje przedmiot rano, kiedy się spieszy i nie ma czasu go przymierzyć. Wkłada go więc do pudełka. Pech (lub zrządzenie losu) sprawia, że do jej mieszkania włamuje się złodziejka. W pewnym sensie jest obdarowana (nie oczekiwała znaleźć takiego skarbu) i zakochuje się na zabój w nadawcy. Scenka, w której przylatuje do bohatera (ma przecież dane z opakowania) ma potencjał komediowy.
Tak czy inaczej, świat, który wyczarowałeś jest uroczy i aż żal go opuszczać!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Coś ostatnio jestem krytycznu dla Twoich opowiadań. I ty razem będzie podobnie :)
A to tylko cieszy. Bo teraz widzę, że w pierwszej scence powinienem wyraźniej napisać o łańcuszku i o tym, że pod wpływem “dopalaczy” bohater nie tylko czuje jakieś echa, ale dosłownie wchodzi w ciało użytkownika przedmiotu. Wcale by to nie ujęło napięcia kolejnej scenie, a wręcz dodało, bo czytelnik byłby ciekawy, jak wszedł w posiadanie przedmiotu. Czyli przekombinowałem z zagadkami, które miały wciągać, a de facto zawężają krąg odbiorców do miłośników Twin Peaks :) I trzecia scenka też byłaby mocniej związana z resztą.
P.S. Wprowadziłem dosłownie kilka nowych zdań na końcu pierwszej scenki i jestem bardzo ciekawy, jak zmieniają odbiór całości – i czy taka “łatka” wystarczy?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ale serio, mam wrażenie, że coś w tym podejściu jest fundamentalnie nie tak. Może mi się to później wyklaruje.
Hm, a nie jest tak, że gdyby na serio było fundamentalnie nie tak, to od razu wiedziałabyś, co jest nie tak, a nie musiałabyś tego klarować? Bo jak fundamentalista biegnie na mnie z maczetą, to raczej wie, czym obraziłem jego przekonania ;)
Chyba z rozumieniem Twojego “fundamentalnie” jest u mnie tak, jak u Ciebie z rozumieniem mojej “paranoi”. I w nerwowym wertowaniu dziesięciu książek spowodowanym obawą, że gdzieś zrobiłem błąd, (a może jednak autor tej książki zrobił błąd, więc sprawdźmy u kolejnego), jest dla mnie coś z oglądania się przez ramię (prochowca nie mam, ale kilof, o którym wcześniej wspominałaś, owszem, tylko mam wrażenie że jednak nie o ten realny Ci chodziło) :P
Mam wrażenie, że jak by to było realne kółko literackie, to byśmy wyklarowali w trzy minuty przy herbacie/kawie, a tak będziemy dyskutować 4ever :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nie mam nic przeciwko używaniu AI, o ile jest to pomoc, a nie zastępowanie pracy.
Pozdrawiam :) bardzo podoba mi sie ta “piaskownica” :))
Przyznam się, że kiedy zamykałem laptopa, miałem przeczucie, że burza jednak nadciągnie. A tu nie, rozwiała się.
Teo, zaglądaj często! Tarnino, lubię Twoje pytania, nawet prowokujące :)
Skoro jesteśmy w piaskownicy, to mały off-topik o szczegółach warsztatowych: SI bardzo mnie rozprasza, kiedy zgłasza swoje propozycje, więc SI ma swój prompt, a ja swój tekst, i są to rozłączne zbiory. Piszę w Wordzie. SI otwieram w wyszukiwarce, kiedy większość tekstu mam już napisaną i muszę zweryfikować różne “technikalia” albo szczegóły historyczne. Ponieważ jestem fizykiem, SI dostaje bardzo ścisłe pytania, np. “Wymień dygnitarzy i generałów III Rzeszy, którzy w roku 1938 mieli córkę w wieku 20-25 lat i byli fanatykami idei nazistowskich” – to ostatnie może dałem niepotrzebnie.
Jeśli piszę scenkę z realizmu magicznego (jak powyżej) to w części “realnej” wszystko ma grać i się zgadzać. Przedmioty, nazwiska, sposób bycia – mają być z epoki. Mam poczucie, że czytelnik obdarza autora zaufaniem, że to piszący sprawdził te wszystkie szczególiki i nie wciska mu kitu.
I to tyle z off-topiku. Czekam niecierpliwie na kolejnych odważnych!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me

… i zanim rozpętamy shitstorm: nie pozwalam się wtrącać SI w styl, gramatykę, fabułę, bohaterów, bo to moje, a pomysły SI są zbyt sztampowe – raczej wskazówka, czego unikać :P
SI jest koparką informacji, moja rola w tym, żeby je sprawdzić. Jak akcja rozgrywa się na Kaszubach w 1938 – chcę wiedzieć jak najwięcej o regionie i realiach. Dla mnie pisanie to praca detektywa i od wyszukiwania informacji mam cyfrowego pomocnika. Nie przewertuję 10 książek i nie sprawdzę wiarygodności ich autorów, bo grozi to paranoją. SI zawsze podaje mi źródła, więc mam możliwość sprawdzania, na ile mocno halucynuje. Z kolei te źródła mają swoje źródła sprzed powstania SI.
… ale jak wkleić gifa, żeby się ruszał, muszę sam się nauczyć :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
nie koniecznie procesy twórcze, że tak to ujmę, idą w parze z charakterem tegoż wypoczynku :]
Melendurze, takie zapasy z aligatorami albo pływanie z rekinami mają znaczący wpływ na wenę. Zwłaszcza przemyślenia na temat życia pozagrobowego.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ech, gdyby był termin tygodniowy, to może bym coś naskrobał, ale półtora miesiąca to nie ogarniam :P
W 25k to może zmieszczę scenkę jak z Cerbera pchły wyczesują, a i z tym może być problem, jak każda pchełka będzie miała kwestię dialogową XD
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dodam jeszcze (bo moim zdaniem warto o tym pisać), że w moim fragmencie SI została zaprzęgnięta do:
– stworzenia listy nazwisk charakterystycznych dla regionu, z podziałem na słowiańskie, pruskie, pospolite, szlacheckie. Wszystko po to, by kwestia o “podczłowieku” zabrzmiała wiarygodnie – nawet zbir Bucha zastanowiłby się przed nazwaniem tak kogoś ze znamienitego rodu. “Miotk”, zniemczone na “Miotke” od razu wydało mi się zarazem swojskie i miękkie, jak i wystarczająco “wiejskie” w brzmieniu, by naziści mogli nim pogardzać. Wahałem się jeszcze między bardziej zniemczoną wersją “Motke”, ale stwierdziłem w końcu, że zbir wysłany na Kaszuby potrafi jednak wymawiać miejscowe nazwiska.
Tłumaczenie polskie to “Miodek” – Marta Miodek. Imię bohaterce nadałem przed skorzystaniem z SI i tylko sprawdzałem, czy było używane – okazało się, że trafiłem.
– stworzenia listy dygnitarzy Trzeciej Rzeszy, którzy w wymienionym okresie mieli córkę w odpowiednim wieku, by mogła stać się fikcyjną narzeczoną Karla. Po niezależnym przejrzeniu biografii wybór padł na Bucha – był takim fanatykiem czystości rasowej, że romans narzeczonego córki z “fraulein Miotke” mógł go sprowokować do morderstwa. Karla nie mógł się pozbyć, zapewne był już znany w kręgu znajomych i łatwiej było go zmusić do posłuszeństwa niż usunąć. W 1938 Buch miał wystarczające wpływy, żeby wysłać zbira celem likwidacji “problemu”.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Teo Max,
Cieszy mnie wpasowanie się serią w wyzwania. To moja opinia, mało obiektywna, bo jako strażnik wyzwań powinienem wychwalać fragmenty trafione “w punkt”, czyste odpowiedzi na wyzwanie. A jednak moje widzimisię lubi serie, historie, które łączą się ze sobą.
Z całej opowieści podobał mi się najbardziej fragment, w którym bohater i kot zasypiają. W tym jednym miejscu jest magicznie, choć zarazem zwyczajnie – bo w niespokojnym życiu złodziejaszka spokój jest cudem.
Zmęczyła mnie ilość polewania. Wiem, że to buduje wschodni klimat, i wolę to, niż “k…” w opowieściach spod śmietnika albo monopolowego. Mam świadomość, że rozmowy takie bywają, więc jest realizm. Mimo to przy kolejnym polewaniu przewracałem już wirtualnymi oczkami.
Jako neutralną odebrałem przewidywalność. Z jednej strony przez nią szorcik jest ładnie osadzony w realiach – dzieje się to, co prawdopodobne. Nie znaczy to, że nie jest zabawnie, bo ta nieuchronność kary za kradzież kota jest jednym z elementów absurdu, i znów buduje wiarygodność opisu. A jednak gdzieś podświadomie czekam na coś więcej, jakiś zwrot. Ech, może wniosek taki, że w tamtych realiach zwrotów nie było, a jeśli już, to stosownie absurdalne.
Zachęcam, tym razem już nie subiektywnie i z miną prokuratora na sądzie ostatecznych (wąsów tylko nie mam odpowiednich) do komentowania innych fragmentów. Im więcej opinii, tym więcej wiemy o swoim pisaniu. Tu nie ma mistrzów, są sami uczniowie, uczymy się od siebie, na błędach swoich i cudzych – a więc kilka razy szybciej :D
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Hej,
Ziewnął, podniósł czarny łebek, a potem usiadł nie dowierzając.
Całość jest zrozumiała i zabawna, ale końcówka niezgrabna językowo.
rozprostował nogi i przyglądał się jak mężczyzna skacze z wściekłości, przed tujami i rzuca czapkę o ziemię.
Wtrącenie “przed tujami” wprawdzie uściśla, gdzie rozgrywa się scenka, ale wydłuża i tak już długie zdanie. Po usunięciu będzie płynniejsze w czytaniu.
Drzewa od środka, wyglądały na martwe, nie licząc oczywiście pająków bacznie obserwujących kocura.
Lepiej: Gęste zarośla od wewnątrz wyglądały na suche i martwe, nie licząc oczywiście pająków bacznie obserwujących kocura.
przestraszyć świnki morskiej. Wystraszone zwierzątko
Skulone/zwinięte w kulkę zwierzątko – unikniesz powtórzenia.
Agata szczupakiem złapała świnkę w rękę, rycząc kiedy ostre ząbki wbiły się w palec
Można usunąć, ponieważ z końca zdania i tak dowiadujemy się, że złapała ją dłonią, nie zębami :)
Całość zabawna i lekka, jest wartka akcja i szczypta humoru!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ślimaku,
Uważam się za konesera serów
Zabawna aliteracja
, malutkiej kanciapy ze zbitych desek
Cóż te deski zawiniły i kto je bił? Deski tak traktowane się krzywią i paczą (nie patrzą). Kanciapa z natury jest mała.
kanciapy zbitej z desek.
Całość przyjemna w odbiorze. Opisy bazaru zabawne, miejscami szczerze chichotałem. Mocną stroną są postacie – każda ma swój charakter, sposób mówienia, charakterystyczne zachowania.
W końcówce mam problem z logiką. Skoro sprzedawca mówi, że kobieta musi go założyć wybrańcowi, przesyłka chyba nic nie da. Muszą się spotkać. W dodatku bohater sam prowokuje ryzyko – gdyby wysłał przedmiot bez odpowiedniego wyjaśnienia, kobieta może przypadkiem założyć ozdobę na kogoś innego. Może w jej rodzinie są dzieci, i założy ją w zabawie na któreś z nich – konsekwencje mogą być katastrofalne, a nawet kryminalne. Poza tym, jeśli taka przesyłka wpadnie w ręce służb celnych, narazi siebie i wybrankę na duże kłopoty.
Jednym słowem, bohater musi szukać biletu lotniczego, i to raczej dla niej. Przewóz zabytkowego artefaktu liniami lotniczymi jest bardzo ryzykowny. Inne wyjście to jechać do Polski drogą lądową.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To teraz obiecane komentarze:
Chalbarczyk
Historia wolno się rozkręca. Pozwala to zbudować klimat i stopniowo podbijać napięcie – najpierw mamy codzienne zakupy, potem Bucharę, cygankę (już jest nieco “magicznie”), a tuż przed kulminacją sprzedawcę lamp.
Do wyzwania pasowało, ponieważ tematem był niecodzienny przedmiot, zatem już podczas czytania czekałem na pojawienie się owego. Gdyby historię wrzucić oddzielnie, bez owej otoczki, część czytelników może odpaść przy rozbiegu. Twoja historia ma mocny finał, świetną puentę, ale trzeba do niej dotrzeć. Gdybym miał narysować wykres mojego zainteresowania czytelniczego (będzie naukowo, w końcu jestem fizykiem), to byłaby to taka linia wznosząca się (nieco schodkowo() aż do 90% długości tekstu, i potem już pozostająca na stałym poziomie, lub nawet ze skokiem w górę na samym końcu.
Niektórzy czytelnicy mają pewien próg pobudzenia, którego oczekują, żeby wciągnęła ich opowieść – jeśli nie ma trzęsienia ziemi, nie czytają dalej. Nie jestem pewien, czy dostosowywać się do nich, czy pisać według “starej szkoły” – najpierw klimat, potem do sedna. U Ciebie jest taka “stara szkoła”, a nawet nieco błądzenia, zanim pojawi się magiczna lampa :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Od razu przyznam, że przekroczyłem limit – to raczej 8000 niż 6000. Tym samym daję zły przykład i już szukam bicza obok kanapy.
Czemu zszedłem na manowce? Napisałem wersję w limicie, ale potem wydała mi się bardzo sztampowa – ot, kolejna Narnia, tylko zamiast szafy była magiczna księga.
Potem przypomniałem sobie wydarzenie z wyjazdu – kiedy, jak zwykle, nocowałem w busiku przy dzikiej plaży nad jednym z jezior na Kaszubach, żeby rankiem wyruszyć na kajak, pojawił się poszukiwacz z wykrywaczem metalu. Wyłowił mnóstwo śmieci, ale i przedmiot, który stał się inspiracją opowiadania.
Złoty łańcuszek z międzywojnia. Dlaczego nikt go nie szukał, dlaczego nikt po niego nie wrócił? Wtedy musiał mieć jeszcze większą wartość niż obecnie.
Z fragmentu można wywalić pierwszą scenkę z fotelem i strzykawką, wtedy zmieści się w limicie – do Waszej oceny. Czy bez niej zdolności bohatera do “czytania” z przedmiotów będą… czytelne ;) i czy fragment nadal zarzuci “haczyk”? – jako autorowi trudno to ocenić. Wątek spodobał mi się i może zasługuje na większe opowiadanko….
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Usiadłem na fotelu. Nie byle jakim, Stern Weber, cztery stówy na olx. Z dospawanymi stalowymi profilami i pasami do krępowania dłoni i kostek siedzisko nie wygląda już tak przyjaźnie jak oryginał.
Nie musi, i tak oglądam je tylko ja. Połamane resztki poprzedniego fotela leżą gdzieś w krzakach. To siedzisko przytwierdziłem masywnymi śrubami bezpośrednio do legarów w podłodze. Ból za każdym razem jest coraz silniejszy, a owładnięte nim ciało walczy z nadludzką siłą.
Sięgnąłem po strzykawkę. Stuknąłem dwa razy palcem, by pozbyć się bąbla powietrza. Wyszukałem wolne miejsce na lewej ręce. Było o nie coraz trudniej – może czas przerzucić się na kostki? Wyćwiczonym ruchem wbiłem igłę i wcisnąłem tłoczek do oporu.
Uruchomiłem stoper w telefonie. Miałem dziesięć minut, by zabezpieczyć stopy, ręce, pas i kolana. Nie spieszyłem się. Kiedy wolna była tylko prawa ręka, wziąłem z tacy zwiniętą w rulon szmatkę i włożyłem między zęby. Nasączona rumiankiem, by zabić smak i zapach płynu odkażającego.
Wsunąłem nadgarstek w samozatrzaskujące się dyby. Potrafiłem je potem otworzyć, ale nie było szansy, żebym przypadkowo się uwolnił, kiedy wpadnę w drgawki. Ostatni raz zerknąłem na stoper i zamknąłem oczy. Palcami wymacałem przedmiot – łańcuszek tak cienki, że ledwo dałem radę go chwycić. Zamknąłem ozdobę wewnątrz dłoni. Metal szybko się nagrzewał, wrażenia i uczucia zaklęte w każdym ogniwie znów uderzyły mi do głowy. Wziąłem głęboki oddech, może ostatni, zanim się zacznie.
Ból był jak gąbka na szkolnej tablicy: na moment wymazywał pamięć. Tworzył miejsce dla wrażeń, które rwącą rzeką płynęły teraz od przedmiotu wprost do głowy. Na początku czułem, jak ciało wygina się w łuk, zęby zaciskają na szmacie, kończyny uderzają o fotel. Potem znalazłem się w pustce.
Była ciepła, letnia noc. Woda omywała bose, dziewczęce stopy.
Pięć godzin wcześniej
– Coś pana interesuje? Może porcelana, czeska, z gąską, komplecik? Mam też nowy peerel i trochę międzywojnia, rozbierali chałupę w Bukowie…
Starał się zachwalać towar, ale na przemian patrzył na mnie i lustrował otoczenie. W głosie wyczuwałem niepewność. Starocie leżały rozłożone na brudnym kocu, ale on stał oparty o bagażnik starego golfa, jakby za chwilę miał wskoczyć do środka i odjechać. Co jakiś czas mrugał albo przełykał ślinę.
Rozejrzałem się po dzikim bazarku. Kilka starowinek, którym zapewne nie w smak były ani opłaty, ani standardy higieniczne oficjalnego placu, od którego dzieliła nas zarośnięta krzakami linia wąskotorówki. Dwóch sprzedawców zwierząt, jeden handlował z busa, drugi ze zdezelowanej zafiry wypatroszonej z siedzeń, których miejsce zajęły klatki na gęsi. Pewnie też stronili od pozwoleń i weterynarzy. Do tego małolata ze szczeniaczkami w wiklinowym koszu i gość o gruzińskich rysach z kartonami papierosów niedbale przykrytymi obrusikiem w kwiatki.
– Może coś wygrzebanego albo wyłowionego? Wie pan, peerel to u mnie wystawiają przy śmietniku…
Odchrząknął i znów oparł się na bagażniku. Zmarszczył czoło.
– No, coś się znajdzie… z orania pola i czyszczenia rowu… – zapewnił i uważnie przyglądał się reakcji. W końcu gwałtownym ruchem uchylił klapę.
– Wszystko z tego miesiąca, te już oczyszczone, tamte słabiej. Trzy ładne koziki, jeden oficerski. Guzików sporo, tu wermacht, garstka radzieckich, w słoiczku polskie. I rarytas, Luger dziewiątka, super stan, owinięty w smołowane szmaty, drugiego takiego nie znajdziesz!
Gość mógłby pracować w reklamie farmaceutyków, bo wystrzelił to wszystko niemal na jednym wydechu.
– A to? – Wskazałem lśniący łańcuszek.
Mężczyzna się zawahał, znów zlustrował otoczenie, po czym niespodziewanie sięgnął do bagażnika i włożył mi przedmiot w dłoń.
– Międzywojnie, będzie z pięć gramów, nawet więcej. Czternaście karatów, próba wybita w kółeczku, nawet nie zatarta. Patrz pan, jakie fikuśne ogniwka. Półtora tysiaka i jest twój. Jak za samo złoto.
– Tysiąc. Bez wypełniania papierów i spisywania dowodu – wydukałem machinalnie, bo myślami byłem już zupełnie gdzie indziej.
Filigranowy łańcuszek, taki, który nosi się na nadgarstku, wił się teraz wzdłuż linii papilarnych i łaskotał mnie w dłoń. Zdawał się nic nie ważyć, ale echo zaklętych w metalu wrażeń gniotło i parzyło, przenikało przez skórę, wspinało się coraz wyżej, aż w końcu splotło z moimi myślami. Lawina młodzieńczych uczuć, dzikich, gwałtownych, nieokiełznanych porwała mnie ze sobą. Oddałbym nie tylko tysiąc, ale i całą wypłatę, by jeszcze raz przeżyć coś takiego.
– Niech stracę. Tysiak. – Handlarz znów rozejrzał się dookoła. – Może coś jeszcze?
Pokręciłem głową i pośpiesznie odliczyłem kwotę. Łańcuszek piekł w dłoni, głód wrażeń przyzywał, obce głosy i obrazy tańczyły w myślach. Roztrzęsiony, wsiadłem do samochodu i ruszyłem z piskiem opon.
Kaszuby, rok 1938
– Karl, gdzie jesteś?
Brodziłam po kolana w ciepłej wodzie, czułam miękki piasek pod stopami. Głosy w karczmie ucichły już dawno, przez zarośla widziałam dalekie odbicie blasku lampy naftowej w tafli gładkiej niczym lustro.
Spojrzałam na Drogę Mleczną. Widok tysięcy drobniutkich gwiazd zawsze mnie uspakajał, lecz nie tego wieczoru. To już nie były motyle w brzuchu, tylko drżenie każdej części ciała napiętego jak struna, nerwy pobudzone tak, że na każdy szelest podskakiwałam, a od zapachów momentalnie kręciło mi się w głowie. Czy miałam gorączkę? Nie było to ważne, czekałam tylko na moment, który miał zmienić życie. Neseser leżał na brzegu, płaszcz wisiał na gałęzi.
Jan otaczał mnie opieką, lecz w jego ramionach coraz częściej czułam się jak w klatce. Stałość, która z początku dała mi wytchnienie, teraz uwierała na każdym kroku. Próbowałam go porwać, zachęcałam do biegu, lecz tylko szedł, niewzruszony, ufny zasadom. Cokolwiek uwielbiałam, on tylko lubił, ja wirowałam w szalonym tańcu, on się przyglądał.
Karl czuł jak ja, gubił się jak ja i kochał jak ja. Miałam wrażenie, że nasze myśli zlewają się w jeden strumień, że każde słowo uderza w struny mojej duszy. Rozpalał, a potem płonął wraz ze mną, jeden oddech, jedno szalone bicie serca, jeden szept zrozumiały tylko dla nas.
Zobaczyłam go wreszcie – na parkiecie ideał tancerza, w płytkiej wodzie człapał jak kaczor, aż zachichotałam. Pobiegłam, zapomniawszy o sukni, która zamoczyła się w wodzie. Teraz liczył się tylko jego zapach, dotyk, gorąco warg. Przeczesywałam palcami krótkie włosy, przyciągałam twarz, całowałam, lizałam, ssałam, znów chciałam poczuć, że nasze ciało to jedno.
– Marto, ja… ja nie mogę. Ona… nie znasz jej ojca. Nie znasz Rzeszy teraz. Zniszczą mnie.
– Ona? Jaka ona? Jaki ojciec?
Odepchnęłam go. Serce waliło jak szalone, kolana się pode mną uginały.
– Lore. Lore Buch. Córka Waltera.
Polityka. Nudna, obleśna i tak bardzo mi obca, dosięgła mnie nawet tutaj, niczym stado czarnych wron. W tej chwili miałam gdzieś, kim jest Buch. Bez namysłu wzięłam zamach i uderzyłam Karla w twarz otwartą dłonią. Chwilę później już szukałam pocieszenia w jego ramionach i zanosiłam się szlochem.
– Nie znasz ich. Nie wiesz, co mogą zrobić. – Odtrącił mnie. W desperacji chwyciłam go za dłoń i przycisnęłam do swojego brzucha.
– Jesteśmy jednym, Karl. Teraz bardziej niż kiedykolwiek.
– Nie mogę. Wróć, zanim Jan zauważy. A z tym… – sięgnął do kieszeni i wyjął zwitek banknotów – …dasz radę sama znaleźć lekarza?
– Udław się kasą! – wrzasnęłam. – Potrzebuję ciebie! Nas! Miłości!
Nie słuchał. Odwrócił się i ruszył w stronę gospody.
Stałam jeszcze długo w wodzie, drżąca, oszołomiona, niepewna. Niespodziewanie usłyszałam szelest.
– Może pomogę, fraulein Miotke?
Mężczyzna w mundurze wyrósł jak spod ziemi. Odruchowo pisnęłam, lecz dźwięk nie wybrzmiał do końca, kiedy grube palce zasłoniły mi usta.
– Untermensch, idź, gdzie twoje miejsce, w błoto…
Próbowałam walczyć. Szarpałam się, biłam, nawet gryzłam, ale muskularne ramiona nieubłaganie wpychały mnie pod wodę. Ostatnie, co poczułam, to łańcuszek wrzynający się w nadgarstek wykręcanej żelaznym uściskiem ręki.
Wreszcie pękł.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Co utrudniało “wejście” – ilość szczegółów, od chemii i biologii do techniki. Ja przebrnąłem, jestem fizykiem, walczę z trudniejszymi tekstami. Dla niektórych może być to za wysoka bariera.
Czy warto uprościć i skracać? Tak, jeśli zależy Ci na dotarciu do wielu czytelników. Nie, jeśli chcesz zachować klimat.
Jak na razie ilość komentarzy świadczy o tym, że przesadziłaś ze szczegółowością, albo sporo forumowiczów czyta w biegu zbyt złożony tekst ich odrzuca. Cóż, takie czasy.
Sama koncepcja mi się podobała. Nawet przy wyszukiwaniu nieścisłości logicznych uczyłem się, które elementy są rozmyślnie absurdalne, a które mają rzeczywiście feler. Stąd borsuków nie czepiałem się ani trochę. Szczególnie, że ostatnio często widuję te zwierzątka, a niedawno rozmawiałem z góralem, który najpierw “trzepnął” przypadkiem borsuka na drodze, a potem wytopił z niego sadło, żeby się nie zmarnowało ;)
Sprytne są nawiązania, akronimy, nazwy, które otrzymują zupełnie nowe znaczenie w przyszłości z bardzo krzywego zwierciadła.
Z AI musisz uważać, nie wszyscy go lubią na forum ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
(czy ten tajemniczy przedmiot może być kawałkiem magicznej istoty?)
Róg jednorożca już był u Finkli w poprzednim wyzwaniu. Wiele przedmiotów ma fragmenty “organiczne”.
Jak zwykle Twoje wpisy są kopalnią pomysłów ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Jestem zajęta wychowywaniem trolla
Ty też? A na mnie zawsze jedna z drugą najeżdża, żebym wreszcie wywalił trolla z piwnicy, bo trolle nie są reformowalne, a ja zawsze na to, że on nie jest gotowy na wielki świat… czy może świat nie jest gotowy na niego? No w każdym razie on i świat muszą jeszcze poczekać.
A ponieważ nie tylko trollami się żyje, czas spojrzeć na to, co się urodziło w wyzwaniach.
Bardzie, zastanawiałem się, czy gdybym wyręczył Tarninę w czesaniu, to może doczekalibyśmy się fragmentu?
Ale na razie wrażenia ogólne, bo w biegu, poniedziałek, troll głodny i w ogóle…
To właśnie z powodu stroju mijał kolejne stragany, przeglądając asortyment – brakowało w nim dezintegratora przestrzennego.
Zrozumiałe, ale niezgrabne – można się pogubić, do czego odnosi się druga część zdania. W dodatku to zdanie brzmi neutralnie, a już w kolejnym dowiadujemy się, że bohaterowi za trzy godziny skończy się tlen. Poza tym nie wie, czy dezintegrator będzie w dobrym stanie.
W tym miejscu zabrakło mi trochę dramatyzmu. Wprawdzie bohater cieszy się i wykrzykuje, kiedy znajdzie potrzebny mu dyngs, ale wcale nie czułem stawki – ot, przyszedł na bazar. Nie wybrzmiała walka o życie, miałem wrażenie, że może sobie stamtąd po prostu pójść. Zastanawia się nad tym, że cena nie będzie dobra, czyli jednak ma jakiś wybór. Wydawało mi się, że “gasi” to napięcie fabularne.
– No trudno, to kupuję. – Zaryzykował Val, choć nie było go stać na wisior.
– A co by cię jeszcze interesowało? – Sprzedawca połknął haczyk. Możliwość pohandlowania była silniejsza od niego, tym bardziej, że nikt inny nie był zainteresowany wystawionym towarem.
To drugie miejsce, w którym się zawiesiłem. Gdyby kwestia bohatera brzmiała w stylu “A gadali, że jesteś tu najlepszy. No nic, poszukam gdzie indziej, sto baniek samo się nie wyda”, może czułbym, że sprzedawca rzeczywiście chce się targować?
Poza tymi dwoma potykaczami, opis targowiska był całkiem ciekawy – brakowało mi prób zaczepienia bohatera przez innych sprzedawców, ale może miejscowe zwyczaje tego nie obejmują.
Zwrot akcji i epilog za to były całkiem zgrabne – dopiero tam wciągnąłem się w akcję na tyle, że nie zwracałem uwagi na niedoskonałości stylu. Dobrze wykorzystana długość tekstu, dostajemy ładną, zamkniętą historię. To właśnie zakończenie zapada w pamięć
Do drugiego fragmentu Chalbarczyk też wrócę!
Zachęcam do pisana i komentowania. To nie muszą być długie teksty – obiecuję w kolejnym wyzwaniu dać coś z małymi limitem. Wyzwania są też okazją, żeby eksperymentować, zobaczyć, co wychodzi, a co nie.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Robercie
Ekspozycja całego uniwersum przez opis jednego domu – dobry pomysł, a wędrując przez opuszczone zabudowania wraz z bohaterem poznajemy rzeczywistość kawałek po kawałku. Apokalipsa zombie osadzona w czasach komunizmu to ciekawy pomysł.
Kim był właściciel – wysoko postawionym dygnitarzem, który utorował sobie drogę na szczyt różnymi, niekoniecznie czystymi metodami – takie odniosłem wrażenie. Trochę nie pasują do tego artefakty ze wcześniejszych epok, broń biała – czy był na tyle sprytny, że dogadał się z partią mimo nie-robotniczego pochodzenia, czy opisujemy kogoś, kto przejął majątek i przerobił go na swą modłę – tutaj trochę brakowało mi tropów.
Całość i długa i miała wolne tempo. To główna uwaga krytyczna: brakowało mi “iskry” która napędza czytelnika. Bohater jeszcze nie wie, czy się wprowadzi, czy nie, zombie gdzieś na horyzoncie, ale nie ma zagrożenia, odkrywamy tajemnice, ale ciekawość, co jest dalej, jest dawkowana dość oszczędnie.
Wyzwanie mówiło, że bohater ma dużo czasu, i rzeczywiście tutaj “snuje” się po domostwie.
W tekście jest trochę drobiazgów do wyłapania, na przykład powtórzenia – gdzieś mi zazgrzytały.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Finklo,
Jakiś kawałek gnata, rzeźbionego spiralnie
Początek pasuje do bohatera, końcówka słabiej – może np. “Kawał długiego gnata, rzeźbiony jak świder, gładki i błyszczący – ciekawe, gdzie stary zbereźnik tym wierci?” (wiem, że z końcówką pojechałem, ale te kajdanki z futerkiem jakoś zapadły mi w pamięć).
Schodki między kuchnią a jadalnią można podnieść, otwierając przejście do piwnicy. I co tutaj mamy?
Tutaj też się zatrzymałem. W porównaniu z resztą to zdanie jest długie, opisuje kilka czynności. Do reszty bardziej pasuje np:
Schodki między kuchnią a jadalnią można podnieść! Ciężkie toto okrutnie, że też Bulb ma tyle krzepy, a może służba pomaga? No, jest przejście do piwnicy. I co tutaj mamy?
Toć starczy iskra, by ogień zaprószyć. Otóż dywan skrywa wyrytą w podłodze pięcioramienną gwiazdę.
“Otóż” jakoś nie pasowało mi stylem do reszty. W tym miejscu widziałem “No proszę”, “Patrzcie państwo” itp. W dodatku jest powtarzany “dywan”, więc może zgrabniej byłoby “No i proszę, ktoś chciał ukryć wyrytą na podłodze pięcioramienną gwiazdę.
Zmieniłem w “na podłodze”, ponieważ “w” sugeruje głębokie rycie, a “na” powierzchniowy ornament. Przy “w” pewnie dałoby się wyczuć wzór przez dywan. Można to wykorzystać i np. wstawić jeszcze jedno zdanie po zaprószyć, np. “I czemuż tak nierówno pod spodem, nic tylko się potknąć i złapać zająca”
Całość wdzięczna i lekka w odbiorze, wędrówka po domu oprawiona zabawnymi komentarzami złodziejaszka jest opisana bardzo plastycznie, a przy tym czyta się ją jednym tchem. Łzy Księżyca na samym początku zaciekawiają, bardzo podobało mi się takie otwarcie fabuły. Czytelnik czeka potem niecierpliwie na znalezienie owych, a dodatkowo żyje nadzieją, że dowie się, co to jest i do czego służy. Przez taki prosty zabieg byłem skupiony na całym tekście. W dodatku złodziejaszek jest sympatyczny i czytelnik szybko zostaje jego kumplem w buszowaniu po mieszkaniu.
Motyw przewodni kamyków/kamieni, w tym jednego z włosiem dodaje tajemniczości. Alchemik, może nie tylko, bo kamień z włosiem kojarzył mi się ze zwierzątkiem zmienionym w kamień. Pachniało mocno czarną magią, nie tylko alchemią. Ciekawe, czy zabawia się ze służącą, czy ma swoją wersję Yennefer – jakiś element garderoby niewieściej zagubiony pod łóżkiem ułatwiłby rozwiązanie tej zagadki ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To jeszcze mała uwaga do smrodliwego problemu – spece od permakultury po prostu kopią zawczasu płytkie dołki głębokości około 20 cm na terenie, który w kolejnym sezonie będzie przeznaczony pod uprawę. Dołki są jednorazowe i za każdym razem zasypuje się je ziemią. Rozkład w takich warunkach jest bardzo szybki, właśnie ze względu na “rozproszenie” toalety.
Wadą jest oczywiście konieczność załatwiania potrzeb na poletku. Niestety twórcy metody nie podają, czy mieszkają na takim odludziu, że nie mają z tym problemu, czy przestawiają sobie parawanik. W każdym razie nie trzeba nic wybierać z dołu.
Taki system zajmuje sporo miejsca.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Robert do małej, okrągłej chaty na skraju osady.
Czasownik się zgubił.
na ścianach rozlały się pomarańczowe cienie.
Poetyckie, ale Regulatorzy ani Tarnina tego nie przepuszczą – cień jest miejscem, gdzie dociera mniej światła. To światło jest pomarańczowe.
– Daj spokój – odparł Kwiecisz.
Bardzo współczesne – od XIX wieku. Wcześniejsze wersje to “Daj pokój”., “Niechaj go”, “Ostaw go w pokoju” a jeszcze wcześniejsze i tak zabrzmią tak anachronicznie, że tekst nie będzie płynny.
Zobaczymy, co na to powiesz – wsunęła się pod skórę.
Lepiej – pod przykrycie. Wiemy, że to barania skóra, ale właśnie zaczyna się scenka erotyczna, więc lepiej unikać dwuznaczności.
Usta odnalazły go w ciemności. Półsen zaczął mieszać się z rzeczywistością. Po dłuższej chwili dotarło do niego, że to nie sen. Doznanie stało się zbyt realne.
No, co jest? – zmarszczyła brwi, tracąc cierpliwość.
Poczuła zmianę.
Długo kazałeś na siebie czekać.
Jego dłonie spoczęły na jej piersiach.
Po pierwsze – jest powtórzonko. Po drugie, jeśli ona robi to, co wynika ze wcześniejszych rozmów z bani, to raczej nie spoczęły, tylko musiał sięgnąć do jej piersi, bo to daleko ;)
Całość odcinka dobra – jest kilka scenek, a każda niesie sporo nowych informacji i spory ładunek emocji. Poza wątpliwością z Długorękim Robem, scenkę erotyczną dobrze się czyta – ani nie jest nudno, ani nie dryfuje w stronę porno, zasugerowane, co potrzeba, a czytelnik ma sobie wyobrazić resztę.
Robert istotnie ma problem, bo do miejscowego ideału mężczyzny nie pasuje. Cóż, może albo doskonalić się na swoim poletku, żeby ich zadziwić, albo wyjść ze strefy komfortu i uczyć się nowych rzeczy. Ciekawe, czy od razu to załapie, czy będzie miał epizod kopania się z koniem, żeby zrozumieć, że to bez sensu?
Zachęca do dalszej lektury.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Zaiste, boski to obraz.
Ale ładny. Miękko i plastycznie, jak zwykle u Ciebie – zawsze miałaś przyjemne opisy. I zagadka kuli zostaje w pamięci, a skrzydła są metaforyczne.
Cały czas martwiło mnie to, że Griszka formalnie chyba musi umrzeć, żeby polecieć – uznaję, że optymizm całości opisu do tego nie pasuje i chłopak potem odda skrzydła ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nie, trzeba tak podwyższyć poziom tekstów, żeby Tarnina musiała zadzierać głowę, żeby cokolwiek zauważyć. Tylko wtedy czeka nas terapia samooceny Tarniny.
Tarnina jest księgową, zrozumie, że terapia jednej osoby jest tańsza niż kilku XD
Poza tym, Bardzie, OldGuard ostatnio rzadziej zagląda, a Ty jeszcze Tarniny chcesz się pozbyć :P Spieszmy się lubić piszące damy, póki jeszcze chcą pisać!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Obiecałem, to zaglądam!
miarowo dudnił w pęknięte asfalty
Bardziej naturalnie: w popękany asfalt (rzadko używa się liczby mnogiej, chyba że studiuje się różne rodzaje asfaltu.
resztki zjonizowanego eteru z usmażonych satelitów.
Nie czepiam się technicznie że eteru nie ma, bo zgaduję, że tutaj wchodzi absurd/przymrużenie oka?
z równąfunkcjonalnością.
Za to tutaj szczur-mutant pożarł spację
Podłogę zaizolowano resztkami spienionego szkłaz okladziny fundamentów
Skubany, głodny był, tu też buszował
Dwutlenek węgla i opary kwasowe "zsuwały się"
Lepiej: opadały. Ciężkie gazy opadają. Lepiej opary kwasu/kwasów niż kwasowe.
Świeże powietrze filtrowało się przez pionową kolumnę, tłoczone przez pasywne syta z węglem aktywnym i wapienie.
Świeże powietrze przepływało przez kolumnę filtracyjną, tłoczone przez węglowe i wapienne sita.
zachrypiał Stary, odkasłując plwocinę bezpośrednio na stopioną bryłę litu leżącą w kącie
Reaguje z wodą zawartą w ślinie, wytwarzając gaz o nieprzyjemnym zapachu. Byłoby im ciężko wytrzymać. Poza tym lit reaguje również z wilgocią powietrza i azotem, więc nie da rady. Da się go przechowywać zanurzonego w nafcie.
Ich dzieci nie wiedziały już, czym był smartfon ani internet, ale wiedziały jedno: dekiel słoja musi być zawsze tłusty.
Powtórzeń staramy się unikać.
w muldowisko potrzaskanych betonów
Podobnie jak z asfaltem, lepiej brzmi niepoliczalny beton niż betony.
oraz ocieplone rzecznym mchem
Występują tylko w czystych, natlenionych potokach i potrzebują dużo światła. W Wiśle ich nie ma. Kiedyś występowały w tzw. Smródce Służewieckiej, ale dawno tam nie zaglądałem.
chude twarze, uwalone szarym pyłem tlenkowym, które niknęły w sparciałych maskach filtracyjnych
Można niknąć/ zniknąć w tłumie, ale to niknięcie w masce słabo brzmi.
stągwie napełnione bimbrem ze sfermentowanych porostów i korzeni.
Porosty zwykle źle znoszą zanieczyszczenie powietrza. Glony są odporniejsze.
Zapach spalonego ssaka
Takie uogólnienie sadła na całe zwierzę niezręcznie brzmi
niebieskim światłem Zalág, uderzając prosto w twarze sawańskich jaskiniowców. Nie było w tym cudu a czysta nauka.
Metafora z uderzającym światłem mało zręczna.
kolejni zaczęli tarzać się w pył.
Raczej: w pyle?
W IV Cyklu (Mokotów): Stała się zubożoną, czarnorynkową wersją – trefnym wisiorkiem na rzemyku z miedzianą cewką, kupionym za „Trzynastą Emeryturę” na Stadionie Dziesięciolecia ‘
Czyżby historia alternatywna, w której bazar nadal działał?
To teraz opinia ogólna: długie to. Wysoki próg wejścia dla czytelnika, ponieważ nie ma tradycyjnej linii fabularnej. Jest sporo opisów świata. – w pierwszej części spotkanie w piwnicy, w drugiej liturgia.
Koncepcja świata jest ciekawa i unikatowa, podobały mi się odniesienia do Warszawy w nazwach. Mam wrażenie, że na tym rola tekstu się kończy – pokazanie wycinka świata w dwóch różnych “okienkach” czasowych. Jeśli taki był cel – został spełniony!
Do stylu się przyzwyczaiłem, choć na początku mnie drażnił.
Muszę zauważyć, że wiele zabiegów stylistycznych i konstrukcji zdań przypomina wytwory AI. To zawsze trudny moment przy komentarzu, bo wiele osób ciężko pracuje przy tekście, a wychodzi im coś “AI – podobnego”. Jestem ciekawy, jak było tym razem – czy w ogóle nie korzystałaś z AI a wyszło “przypadkiem”, czy korzystałaś w trudniejszych momentach tekstu?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nie wiem, co mu jest, ale okultyzm niewykluczony.
Spoooooky and scaaaary:D
A… A… kurczę, co to ja miałem napisać… Alzheimer :)
Więc robić mi tu wyzwania, bez cotygodniowych ćwiczeń Was też to czeka :P
A kto ma obite żebra chcący
Ten, kto nie zauważa, że taczka z ziemią jest nawiedzona, i zamiast od razu odprawić egzorcyzmy, próbuje ją wtoczyć po rampie
A jeśli do przewagi masy taczki dodać przewagę diabolicznego intelektu…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Tarnino, dzięki, podłubię wieczorem tu i ówdzie, mam na myśli tekst oczywiście, nie zęby.
Co strasznego mu się przydarza… Hm, czy jeśli podpowiem, że włamał się do własnego mieszkania i niekoniecznie odróżnia przeszłość od teraźniejszości i wyobrażenia/sny/swoje książki od rzeczywistości, co jest typowe dla pewnej choroby, będzie łatwiej?
Rainman był dobrym trafieniem, opis pokoju dziecięcego wskazuje na to, że jest neuroatypowy. Nie, nie uważam neuroatypowości za chorobę (ale samo słówko za koszmarek swoją drogą). Gdyby był tylko taki, trzeci pokój wyglądałby inaczej. Neuroatypowość zwiększa jednak znacznie ryzyko zachorowania.
Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek opiekował się osobą chorą, zgadnie od razu. Swoją drogą jestem zbudowany, że opieka społeczna zaczęła działać :P
Wiedźmin-emeryt to dobry wiedźmin :) A że emerytura niewysoka, to zawsze będzie chciał sobie dorobić :)
Ejże, albo coś źle zgadłem, albo to jednak smokobójca, nie wiedźmin, jest drobna różnica:
https://www.youtube.com/watch?v=WAvchbP2kXM
Choć ten z animacji zdecydował się w końcu na lepsze samozatrudnienie :)
P.S.
Kurczę, tragedia naszych czasów, a ten chce w to dalej brnąć, co za ludź… </marudzenie>
Tarnino, wprawiłaś mnie w chichot tym tekstem, a niechcący mam obite żebra, więc jednocześnie jestem Ci wdzięczny i przeklinam :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Jak napiszę dobry komentarz – to pomyślisz, że Cię pocieszam.
Jak napiszę zły – że chcę wtrącić w otchłań rozpaczy.
A najgorzej taki, jaki chcę napisać, bo będą obie rzeczy naraz.
No dobrze, bo do jutra paznokcie obgryziesz z niepokoju i znów będzie moja wina :)
Bo to jest ładny opis, ładnie napisany, jest pointa, wszystko w nim gra.
Tylko w międzyczasie odwaliłaś za czytelnika całą robotę, więc pochwali, jak ładnie napisane, i prześlizgnie się po tekście. Podałaś mu wszytko na tacy, łącznie z interpretacją.
Wiem, że sam jestem na drugiem biegunie, bo u mnie z początku nie wiadomo zupełnie, o co chodzi, i niektórych tekst odrzuci. Twój jest przystępny, ale nie zarzuca haczyków, tylko daje pyszną rybkę – czytelnik sobie zje i pójdzie. U mnie z kolei łowi, łowi,i tylko mętną wodę widzi ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Holly, już dziś jakości Twoich tekstów nie komentuję, ale możesz wymyślić dla mnie pokutę za tamten komentarz – coś, co Cię podniesie na duchu :P
Napiszę tylko, że na miejscu złodziejaszka/szki z fantazją postąpiłbym jak u Teo Maxa – obrabowałbym kantor w innej dzielnicy i podrzucił prezent, niech się dziewczyna bawi!
Mniej romantyczna wersja jest taka, że długo tego laptopa nie będzie używać…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Niektórzy piszą o konkretnych postaciach, inni wymyślają swoje własne, ale w tym wyzwaniu mamy na razie bardzo różnorodne teksty, co cieszy. Czekamy na nieśmiałych!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nie mam punktu zaczepienia by rozwiązać twoja zagadkę. W pierwszej chwili myślałem, że to Rainman, ale z każdym zdaniem odchodziłem od pomysłu… no nie wiem Incepcja?
U mnie jak u Barda, to nie jest konkretna postać, ale zgadywanie, jakie ma cechy i kim był/jest poszło dobrze – tak, ma trochę z Rainmana, to świetny strzał. Incepcja z rozwarstwieniem świata to odleglejsze skojarzenie. On jest na coś chory w momencie, kiedy go widzimy.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Miejmy nadzieję, że następnym razem odczujesz nie rozczarowanie a zachwyt. Tym bardziej że raczej już sobie odpuszczę kreację światów średniowiecznych, bo ewidentnie średnio mi to wychodzi.
Mimo boleści w trzewiach pozdrawiam Cię serdecznie!
Po pierwsze nie odpuszczaj. Jak spadłaś z konia, wsiądź jeszcze raz. Zresztą Bruce się podobało, posłuchaj też innych!
Po drugie, widzę w tym włożoną pracę. Bardzo dużo pracy. Widzę opisy średniowiecznego życia, strojów, obyczajów. Tylko wizyta w Egipcie, opisana z perspektywy turysty na wycieczce do Marsa Alam, wszystko burzy. Gubię się w tym, bo nie wiem, co jest próbą pokazania średniowiecza, a co drogą na skróty. Tracę zaufanie i przestaję wierzyć kolejnym opisom.
Holly, opowiadanie jest jak relacja z czytelnikiem. Wystarczy jedno fałszywe słowo, a staniesz się w jego oczach graczem, nie partnerem. Chcę widzieć w tym, co piszesz, czarodziejkę, nie iluzjonistkę.
Boli jeszcze? Czy już przyprowadzić konia? :P
P.S.
Twarz jej cechowały młode rysy, niemal dziecięce – przekombinowane.Szczególnie w liście. Napisałabyś tak do mnie o dziewczynce, którą widzisz przez okno?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Żebyś nie zakrztusiła się kawą z rana: sama forma (listy) jest napisana dobrze. Podoba mi się to, że treść listów partnera jest wzmiankowana na początku, czasem w zabawnej formie – to dobry zabieg. Więc, jeśli potraktujemy to jako ćwiczenie formy…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Wieść o Twojej
Wieść o Twej – lepsza stylizacja. Choć potem zauważyłem, że stylizacji języka nie ma, więc rzeczywiście można sobie odpuścić.
wiecznie trwającą torturą.
Prościej: wieczną torturą
Szczęśliwie Bóg obdarzył mnie rzadkimi umiejętnościami, pozwalającymi wykonywać rzemiosło kowala, dzięki temu sakwa wciąż jest ciężka. Jakby tego było mało, w każdej gospodzie znajdzie się ktoś, kto śmierdzi i puszcza gazy, bez przerwy, przez całą noc. Obrzydliwe
Niefortunne stylistycznie zderzenie tego, co pomaga mu podróżować (rzemiosło) i niedogodności podróży. Wrzuciłbym kowalstwo na koniec akapitu, a nie mieszał go z opłatami a pierdzeniem. Wiąże się z opłatami, ale przy czytaniu nie brzmi to dobrze.
Łuki zwieńczające sufit tak wysoki, że mógłby się tam zmieścić olbrzym i to na stojąco.
A oni z Norwegii są, że widują codziennie olbrzymy i mają skalę porównawczą? W Polsce to raczej drzewa, albo znany obiekt z miasta, gdzie mieszkali, nie olbrzym.
Twarz jej cechowały młode rysy, niemal dziecięce.
Niezręczne okrutnie, jak olbrzym w składzie porcelany
Bo mają one nad nimi władzę, a ich duma nie może tej myśli znieść.
Warto zmienić na męska duma – inaczej czytelnik się gubi
Co prawda pozytywnymi, lecz jednak znużony nowymi wrażeniami,
Mało to zgrabne pod względem szyku
. W młodym wieku matka Sigridy została wydana za kowala, co prawda majętnego, ale niestety tak skorego do picia jak i do pracy.
Ejże, on jest kowalem, to nie wywołuje traumy u Sigridy? Czy wplatasz tu wątek szukania mężczyzn podobnych do ojca?
Zaczyna mnie irytować Twoje podejście z tym odpuszczaniem
Wtedy odpuszczano winy, nie sobie. Brak stylizacji to jedno, a wplatanie współczesnych potocznych zwrotów w tym stylu to inna bajka, drażni.
Wstał i poprawił swoją koszulę już z jednym ramieniem.
Niezgrabnie brzmi
“świże gówno brał w zęby”
To w końcu stylizacja jest czy jej nie ma? Bo to “świże” bardziej razi niż pomaga
Obiecał, że o świcie przyjdzie po nas, by wyruszyć w podróż do piramid. Podziękowałem mu pięknie i odmówiłem, choć z bolącym sercem. Oczywiście chciałbym zobaczyć te wspaniałe zabytki, tak wiele znaczące dla historii ludzkości, niestety, czas nagli! Wrócę tu z Tobą, kochany, i razem zwiedzimy wszystkie mirabilia.
Przewodnik powiedział coś jeszcze, coś, co bardzo mnie zaniepokoiło. Tuż przed pójściem na spoczynek, zanim opuścił funduq, powiedział, byśmy absolutnie pod żadnym pozorem nie podróżowali dalej bez niego. Zapytałem, dlaczego. Spojrzał na mnie jak na szaleńca.
– To nie słyszeliście o blemmjach?
Ach tak. Blemmjowie, ludzie bez głów, mający oczy i usta na klatce piersiowej. Według angielskich podróżników i pisarzy – kanibale.
Zupełne pomieszanie epok. Anglicy podróżowali tam z pielgrzymkami do Ziemi Świętej i piramidy mieli gdzieś. Nie zapuszczali się głębiej, poza podróżami wzdłuż Nilu. Epoka angielskich odkrywców podróżników w hełmach korkowych to nie 1430. Tutaj zupełnie wypadłem z wątku,
na dziwny las, przypominający dżunglę
Nie znano tego słowa, nie było takiego odniesienia/porównania
Droga Holly (to nie jest początek listu, nie martw się).
Opowiadanie mnie zmęczyło. To ciąg przygód, wiarygodnych bardziej lub mniej (na końcu mniej – przy scenie z Sigridą przebitą rogiem już zupełnie się poddałem, a gdzie reszta zwierzęcia?). Nie ma błysku, pointy, jakiś zamysł fabularny się przez to przebija, ale niczym słoneczko w listopadowy niżowy dzień.
Gdyby to było opowiadanie nowicjusza forumowego, to głaskałbym po łebku. Ale Ciebie mam ochotę przełożyć przez kolano i… nie będę pisał, co dalej :P
Postaram się zapomnieć. Pomóż mi w tym jakimś innym kawałkiem, zanim znajdę jakiś róg i poczynię sepuku.
Dość tego pastwienia się. Ten tekst da się czytać, ale po prostu znam Cię i wiem, że potrafisz pisać znacznie lepiej!
ma potencjał.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
O tak późnej porze przeżuwanie skończy się tylko niestrawnością, a tego byś nie chciała. prawda? Ale wgryzę się w to rano, na głodzie. Na razie sam styl i forma wyglądają nieźle ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
I znów bawimy się w redaktora ;)
Chłodne, wciąż wilgotne po nocy, powietrze przenikało ubrania
Chłodne powietrze, wciąż wilgotne po nocy, przenikało ubrania – bardziej naturalne i płynniejsze
– Musimy porozmawiać. – Głos jej uwiązł,
Podpada pod “paszczowe” i może być małą literą
One go zaszczuwają.
– Dlaczego nie cieszą się, że przeżył? – zapytała.
Niepotrzebne rozerwanie kwestii dialogowej. Można było kontynuować w poprzedniej linijce, a że zapytała, czytelnik i tak wie po znaku :)
pod jego ramiona, oparła o niego głowę
jego i niego tworzą zgrzytające powtórzenie. Może “pod jego ramiona, oparła głowę między łopatkami (nie wiem, jakiego jest wzrostu, mogła też przytulić ją do karku).
Jej palce drżały, a zapach gnijących liści wdzierał się w gardło.
Hm, to w końcu torfowisko, starorzecze czy bagnisko?
Torfowisko nie śmierdzi liśćmi, tylko pachnie torfem, a to duża różnica. Na torfowisku może rosnąć też bagno zwyczajne, które ma specyficzny zapach, podobny do rozmarynu, i ma właściwości odurzające (w nadmiarze). Poza tym polecam, akurat ten zapach bardzo lubię, ma w sobie też nutkę terpentyny albo kamfory, i nie cierpią go szkodniki, w tym mole. Na torfowisku rzadziej rosną trzciny, tatarak itp, bo to kwaśne środowisko.
Zamarł. Pierwotny lęk Jagny udzielił mu się. Agnieszki nie było. Zbyt długo.
Rozumiem, że bardziej martwił się tym, że Agnieszka jest w ciąży? Bo na tym forum jakoś demonizuje się cieki wodne i bagniska, a mogę zapewnić że owe bagna, bagienka i torfowiska są bardzo miłe i owszem, wciągające, ale w sensie przyrodniczym, nie dosłownym. Spędziłem tam masę czasu i to nie dlatego, że utknąłem :P
Jutro dzień bani
Dzięki tej wskazówce zgaduję, że sobota, jak u Skandynawów?
Podobał mi się ten odcinek z wyraźnym motywem przewodnim, zaznaczonym na początku a zamkniętym (ale czuję, że tak niezupełnie) na końcu.Skąd te obawy, że nudno? Ważne, że jest inny niż poprzednie, a i tak popycha historię do przodu.
Jak tak zwolniliśmy tempo, to refleksja odnośnie Gniewka – jeśli wciągnie się w polowanie i zacznie posługiwać bronią, rośnie ryzyko użycia jej w konflikcie z rówieśnikami. Widzę kilka prawdopodobnych scenariuszy, ale ciekawy jest ten, w którym Gniewko używa broni nie do obrony siebie, ale swego przyjaciela/przyjaciółki, którego jeszcze nie ma na tym etapie. Wyzwalaczem może być np. świadomość, że gnębią tamtą drugą osobę podwójnie – bo nie lubią i jej, i Gniewka. Takie rozwój fabuły angażuje emocjonalnie czytelnika, bo instynktownie chce chronić słabszych.
Jeszcze ciekawszy jest wariant Martinowski, w którym czytelnik kibicuje słabszym, a ci dostają wciry albo giną, ale powtarzanie go byłoby podążaniem za modą ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Guru, zapewniłeś bardzo dobrą zabawę w świetnym stylu, nawiązującym do oryginału.
Ładny, skondensowany opis, ma wszystko, co jest potrzebne w zadaniu.
A ponieważ rozwiązałem zagadkę, potwierdzam, że nawiązań jest dużo i są zgrabne. Każde zdanie wprowadza dodatkowy trop, nie ma w tym tekście zbędnych ozdobników.
To teraz niech inni się bawią ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dzięki za przeczytanie!
Liczyłam, że nieszczęsny bohater opublikuje kilka tłustych tomów fantasy,
Wszystko jeszcze przed nimi. O ile nie zapiszą się na śmierć.
Adam kiedyś powróci, trochę inny, ale do tego sam muszę się uśmiechnąć do flow, a otoczenie na razie nie sprzyja ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dodałem do kolejki do przeczytania, bo ilość przeczytanych dziennie historii nie równa się jakości, a lubię wyłapać to i owo przy okazji, a nie tylko pisać że fajne, albo… że ma potencjał :) Jak napotkasz kiedyś na to drugie, nie wierz ani słowu.
Teraz tylko zajrzałem do historii, żeby sprawdzić, czy klimat inny – jest inny. Twój obrazek też się zmienia, Autorko, czy to symbol nowych wyzwań literackich ? ;)
W każdym razie przeczytam w wolnym czasie (trudne, ale wykonalne), a w technikalia obiecuję wgryźć się nie gorzej niż zmutowany borsuk, bo już przy pobieżnym przeglądaniu to czy owo mignęło.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To jeszcze o pozostałych fragmentach:
Teo Max: historia jest bardzo “klimatyczna”. Od początku pojawia się stylizacja na określoną epokę, i choć w umysłach fantastów taki początek może sugerować równie dobrze steampunk, to ładnie buduje nastrój. Dialog bohaterów od razu wprowadził zagadkę, która zachęciła mnie do czytania – chciałem się dowiedzieć, dlaczego bohater stracił trzy ruble.
Zatem gładko kupiłeś czytelnika, a potem było już tylko lepiej. W całym domu “wisi” jakaś tajemnica, zapowiedź wynalazków, a jednocześnie bardzo dobrze pokazujesz bezskuteczność starań naukowca i wywołujesz współczucie. Podobało mi się to, że od razu mogłem się zidentyfikować ze złodziejaszkiem, a potem tylko patrzyłem mu przez ramię, i trudno było nie poczuć tego, co on – współczucia. Więc jest nie tylko nastrojowo, ale i chwyta za serce, czyli prowadzisz czytelnika tam, gdzie chcesz. Ładnie zamknięta historia. Aż się prosi, żeby to opublikować w jakąś rocznicę… nie psuję innym zgadywania.
Grzesiek_W, ta historia pointą stoi, ale jaką – też zaczyna się ciekawie, i choć nie chwyciła mnie tak mocno, to każdy nowy szczegół zachęcał, by czytać dalej. Fragmenty “instruktażowe” wnoszą dużo humoru i lekkości, a to kolejny element “wciągający” – jeśli raz zostałem rozbawiony, czytam dalej w nadziei na więcej zabawy. W międzyczasie, tzn. przed twistem fabularnym, dostałem jeszcze sporo kreowania rzeczywistości, czyli społeczeństwo feudalne funkcjonujące w nowoczesnych realiach, elementy baśniowe zgrabnie splecione z rzeczywistością.
No i twist z emeryturą jest przezabawny!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Witam!
wycięta z jednego, monumentalnego bloku
Czy nie chodzi o monolityczny blok? Monumentalny = ogromny, a przecież Zocha nie widziała procesu wycinania.
dzierganą z przędzy zmutowanego borsuka
Przędza to produkt już przetworzony, borsuk ma podszerstek, ale sam przędzy nie wytwarza (chyba że jest bardzo zmutowany XD)
Szmata, która drapałaby lakier z czołgu, wraz z podkładem, wywierała siarczysty nacisk.
Może “zdrapała” – drapać sobie mogła, bez skutku, zdrapać to inna bajka. I nacisk nie jest siarczysty – wiem, że to metafora, ale brzmi sztucznie. Połączenia typu herkulesowy nacisk są wdzięczniejsze.
Światło otoczenia ułożyło się
Niezgrabne trochę. Chyba że roślinki są tak radioaktywne, że świecą.
Przerzucenie gotowej masy
To akurat fizycznie niezgrabne. Gotowej materii? Masa jest właściwością materii, więc nie może być gotowa lub nie.
Szafirowa czaszka w dłoniach Zochy nagle zaczęła wibrować z taką siłą, że nawet gwoździe w wiaderku dzwoniły jak szalone. Z głębi szafiru
Nachalne powtórzonko – warto się go pozbyć.
Z głębin warszawskiego czarnoziemu
Gdzieś ty, Autorka, w Warszawie czarnoziem widziała – daj namiar, chętnie przyjadę z big bagiem :)
Ostatnią namiastkę czarnoziemu widziałem na Wawrze, na dawnych terenach zalewowych Wisły, tam, gdzie przed wojną sadzili kapustę. Po stronie mokotowskiej brak, Siekierki to raczej glina. Skarpa wiślana i okolice Wiejskiej też glina/ił.
otrzymały idealny optymalny rozruch korporacyjny,
Dwa grzybki w barszcz?
Zocha zajrzała do środka, powąchała opary, wetknęła palec i spróbowała cieczy.
Warto uświadomić czytelnika, że zagląda do beczki, nie do czaszki, bo początkowo efekt przy czytaniu jest chyba bardziej komiczny niż zamierzałaś :)
Całość zabawna i dobrze się czytała. Zerknąłem na wcześniejsze komentarze i też raczej nie chciałbym serii – jednorazowo śmieszy, ale kolejne odcinki krzywego zwierciadła chyba nie zrobiłyby wrażenia.
Z chęcią przeczytam w przyszłości zupełnie inne historie o czymś zupełnie innym :) Na razie klik biblioteczny na zachętę, bo napisane całkiem przyzwoicie.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Rozważałem jeszcze opisanie włamania mało “ogarniętych” zbójców do chatynki Diuka Gabuara (bo ktoś im powiedział, że to diuk), ale po pierwsze ukradłbym OldGuard bohatera, a po drugie nie mogę uderzać w komizm w każdym wyzwaniu, też potrzebuję odmiany. Jak już mamy taką fajną piaskownicę, można próbować nowych rzeczy/
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Bardzie, dla bohatera to jest całość. Tylko tyle mu zostało. Więc cieszę się, że tak to odebrałeś, efekt strzępków/urywków zamierzony :P
A drzwi ustępują, ale to akurat jest w przemyśleniu bohatera, więc może je personifikować. Ale jeśli reszcie to będzie zgrzytać, zmienię – w końcu tekst ma być pisany do gładkiego czytania, a nie na pokaz, co wychodzi w wielu wyzwaniach :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dialog – niepotrzebnie doszukiwałem się konkretnej postaci, a w końcu doszedłem do wniosku, że u Barda jest po prostu zgrabnie przedstawiony zwyrol w okresie poprzedzającym zapewne atak na swój obiekt. Zresztą sam sposób się liczy, bo jest angażujący czytelnika, i to bardzo ;)
P.S. Na serio Val Kilmer miał kamerę ukrytą w pluszowym misiu w “Świętym” i podglądał bohaterkę na wielu ekranach, więc wszystko nieźle pasowało – tylko tutaj był taki zdegenerowany i Nieświęty ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Szarpnął za klamkę. Nie ustąpiła. Kroki się zbliżały, słyszał echo za plecami. Twardy, miarowy, nieustępliwy odgłos. Oddech szalał, serce tłukło mu się w piersi, lecz stąpnięcia prześladowcy zachowały stały rytm, ani szybszy, ani wolniejszy.
Pobiegł dalej. Kolejne drzwi, znów zamknięte. Kopnął, lecz drewno tylko odpowiedziało głuchym łoskotem. Obejrzał się za siebie, zakasłał nerwowo, spróbował ostatni oraz i pognał dalej.
Następne skrzydło – ciężkie, dębowe, zupełnie nie pasowało do bloku. Już miał je ominąć – skoro nie dał sobie rady z poprzednimi, dlaczego te miałyby ustąpić? Mimo tego zatrzymał się wpół kroku, a potem naparł barkiem. Niedomknięty zamek szczęknął, zapiszczały zawiasy.
Wpadł do środka. Coś brzęknęło. W półmroku wymacał stalowy łańcuszek i rygiel. Docisnął wrota do ościeżnicy, drżącymi dłońmi wsunął blokadę na miejsce.
Odgłos kroków ucichł. Dysząc ciężko, osunął się po płycie drzwi. Usiadł na chłodnej podłodze i ukrył twarz w dłoniach.
Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Przed oczami wciąż jawiła mu się delikatna twarz, okolona długimi, jasnymi włosami i wpatrzone w niego oczy. Dłonie, które szukały jego palców do ostatniej chwili. A on odtrącił je i patrzył, jak najpierw ubranie, a potem ciało rozpada się w proch. Materiał sukni płowiał i darł się na strzępy pod własnym ciężarem, pękały szwy, resztki nici sypały się wzdłuż piersi, bioder i kolan niczym brudny popiół wyrzucony z paleniska. Gładka skóra żółkła i wysychała, policzki się zapadały, nos zmienił w dziób ptaka.
Tylko oczy błyszczały do samego końca. Został mu w pamięci ich obraz. Zerwał się do ucieczki, przerażony, że zaklęcie dosięgnie i jego.
Zamarł. Ten, kto rzucił zły czar, nadal był za drzwiami. Czy prześladowca słyszał jego oddech, a może nawet czuł myśli? Zapomnieć, to jedyny sposób. Nie myśleć o niczym. Wtedy go nie znajdzie.
Nie wiedział, jak długo tkwił skulony na progu. Kiedy wreszcie odsłonił twarz, w półmroku zobaczył zarys zamku. Budowla z drewnianych klocków wznosiła się na samym środku pokoju. Podniósł się i powoli podszedł do konstrukcji. Przez dłuższy czas przyglądał się misternie ułożonym blankom, okienkom sklejonym z zapałek, studni z kamyczków i ozdobom z muszli. Zbliżył palce do budowli, ale nie odważył się jej dotknąć, jedynie wodził dłonią wzdłuż konturów – choć korciło go, by poprawić przekrzywioną chorągiewkę.
Podszedł do półek z zabawkami. Sam nie wiedział, jak i kiedy odnalazł ręką sznurek od lampy i pociągnął. Ciepły, żółty blask rozświetlił pomieszczenie, a cienie gwiazdek naklejonych na abażur zatańczyły na ścianach. Klocki uporządkowane według wielkości i koloru stały równymi rzędami, wszystkie dosunięte do lewej strony. Figurki stały w szeregu: wojownicy z mieczami, łucznicy, konni, nawet mały dobosz. Szarzy na swojej półce, brązowi na drugiej, przed każdą armią król i generałowie. Na kolejnym regale leżały książki: od małych do większych, od grubych do chudych, z obrazkami i z samym tekstem.
Minął puste łóżko i pojemniki, każdy z naklejoną karteczką i piktogramem: koszulki, skarpetki, spodenki, buty. Jedynie w kącie pokoju panował nieład, leżały tam wielkie, miękkie poduszki, ułożone w coś, co przypominało gniazdo. Przykucnął przy nich i bezwiednie pogładził palcami plusz.
Zgasił światło i przeszedł do kolejnego pokoju. Na środku stało masywne drewniane biurko. Trzy ściany zajmowały szafy z książkami, sięgające od podłogi aż do sufitu. Uszeregowane według tematyki, autorów, lat wydania. Na czwartej ścianie, naprzeciw skórzanego fotela, stała niższa szafka z ciemnego orzecha. Na półkach zobaczył figurki, tym razem ręcznie malowane: orkowie, elfy, krasnoludy, rycerze i smoki zastygłe w scenach walki. Nad nimi kartonowe pudła, ozdobione fantastycznymi obrazami. Ściana była obwieszona dyplomami: spojrzenie prześlizgiwało się po tekście kolejnych wyróżnień i w końcu trafiło na dwie książki, ułożone na samym środku blatu. Wydane na cienkim papierze i w miękkich okładkach, z pogiętymi rogami stron i złamanymi grzbietami nijak nie przypominały całej reszty księgozbioru, a jednak znalazły się na najważniejszym miejscu.
Tuż za nimi stało zdjęcie, zrobione wieczorem nad leśnym jeziorem: kilkoro młodych ludzi, siedzących przy ognisku. Większość patrzyła w obiektyw i uśmiechała się – oprócz chłopaka w kraciastej koszuli, który utkwił spojrzenie gdzieś w przestrzeni i dziewczyny o jasnych włosach, odwróconej twarzą w jego stronę.
Światło zamigotało, jakby przepaliła się żarówka. Zmarszczył nos i czoło, zasłonił twarz dłonią, przygarbił plecy. Sam nie wiedział, kiedy znalazł się w kolejnym pokoju. Najpierw poczuł nieprzyjemny zapach: pleśń, przepocone ubrania, mdły odór łoju i moczu. Z pozoru pomieszczenie wyglądało podobnie, lecz od razu dostrzegł nieład: książki leżały na biurku i podłodze, wymieszane z talerzami, sztućcami, kubkami, a nawet skarpetkami i bielizną. Przez bałagan wiodły jedynie dwie wąskie ścieżki: do fotela i do niskiej szafki. Bezskutecznie szukał zdjęcia, aż wreszcie pod stopami zachrzęściło potłuczone szkło.
Przyklęknął. Na wyblakłej fotografii nie było obozu nad jeziorem, tylko starszy mężczyzna i kobieta, przytuleni do siebie. On patrzył gdzieś w bok, ale jej lśniące oczy zerkały wprost w obiektyw.
Skrzypnęły drzwi. Dziwne, że wcześniej ich nie zauważył. Nienaturalnie wąskie, jakby ledwo można było się przez nie przecisnąć. Podniósł się z klęczek i podszedł do nich. Nie miały klamki, lecz uchyliły się, kiedy tylko do nich podszedł.
Ścisnął w dłoni potłuczoną oprawę ze zdjęciem, nie zauważywszy nawet, że z palców kapie krew.
Przeszedł przez próg.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Bardzie, w ramach zgadywania stawiałbym na wątek z filmu i Vala Kilmera. Pewne rzeczy jednak mi nie pasują:
– W filmie “Święty” bohater zawsze był czyścioszkiem – trochę siki nie pasują. Zmieniał wygląd (włosy – myślałem, że ten mocz to raczej zmyłka i jest to farba do włosów). Jedna z kamer była ukryta w misiaczku. Zatem pewne rzeczy pasują, ale pewne nie. Święty nie zaniedbałby mieszkania. Nie kojarzę, żeby tam miś miał imię.
– Skoro jesteśmy przy Valu Kilmerze, to motyw podglądania był jeszcze w filmie “Dozorca”. Tam było nieco więcej nieporządku, ale za to nie pasują przebieranki.
Fotel gamingowy nieco mnie zmylił, bo myślałem, że ma to naprowadzić na grę, a z gier jestem cienki.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Bardzie, intrygujące przedmioty. Do tej pory próbuję poskładać elementy układanki, bo linka, militaria i farbowanie pasują do szpiega/stalkera, ale gość nie bez powodu ma ten fotel i ekrany.
Tommy to bohater brytyjskiego serialu animowanego, choć w pierwszej chwili skojarzył mi się ze znacznie bardziej wulgarnym Tedem. Skoro nazywa się Tommy, to zgaduję, że gość jest angolem.
Tradycyjnie szukam dalej ;)
Heskecie, wyzwanie rzeczywiście skupione na krasnoludku, ale opis mieszkania jest i zachęca czytelnika do zgadywania. A co ten zbereźnik zrobił ze śpiącą królewną, hę?
żeby mogło mnie skutecznie zmieścić pod sobą. Hm, mało zgrabne.
Zachodzę się śmiechem > Zanoszę się śmiechem
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Faktycznie!
Tak, wypijmy za błędy :D
Wyzwania przeszły już kryzys wieku średniego, teraz tylko spokojnie dożyć setki!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Teo Max
Zwykle w Wyznaniach fragmenty powyżej 6000. znaków były uważane za długaśne, a 10.000 znaków za wręcz niestosowne ;)
Termin w przedmowie – tydzień z niedzielą włącznie!
Jak to z pisaniem bywa, jeśli ktoś wpadnie na koncept z serii “wow” i nie zmieści tego w limicie, a wszyscy czytający będą wzdychać “wow!” nie przeskoczymy tego. Zawsze można wyeksportować fragment do poczekalni!
Z założenia ćwiczymy tu pewne formy, oczekujemy szybkiej odpowiedzi i dyskusji, więc dyskusja “cegiełki” robi się trudniejsza.
Dołączę się do głosów piszących “jakie fajne wyzwanie”
OldGuard, wyzwanie wciąga niczym czarna dziura, łapie i nie wypuszcza. To pewnie część chytrego planu, żeby reszta porzuciła pracę nad własnymi projektami. Ciekawe, kto mógł coś takiego wymyślić?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ładne to!
Podobało mi się stopniowe odkrywanie rzeczywistości. Przy rozmowie z kapitanem zacząłem nabierać przeświadczenia, że nie żyje, więc cała reszta tylko je potwierdziła, ale i tak efekt był satysfakcjonujący.
Przypomniał mi się bodajże “Terminus” Lema (z serii o Pirxie) – robot wystukiwał wiadomości wymieniane kiedyś przez członków załogi, którzy zostali odcięci przez katastrofę w różnych częściach statku.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Kiedyś obiecuję wyzwanie z językiem wymyślonym. W końcu Tolkien albo LeGuin wątek języka traktowali bardzo poważnie. Zastanowię się tylko, jak sformułować wyzwanie, żeby nie powstał zupełny chaos – bo napisać kilka linijek losowych “krzaczków” nie jest sztuką.
Sztuką jest, kiedy wydają się losowe, ale mają znaczenie, a im głębiej wchodzimy w temat, tym więcej odkrywamy. Ale to nie dla czytelnika, który czyta na smartfonie między jednym przystankiem a drugim.
Bo zapomni wysiąść na przystanku :D
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
A, tego kawałka nie znałem, fajny!
Czyli jednak Kaczmarski, trzeba było głębiej sięgnąć!
Na razie wyszedł nam najbardziej merytoryczny odcinek wyzwań, nie tylko “ale fajne” ale po co, dlaczego i jak. Zobaczymy, kto jeszcze się odważy z tekstem!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nie, nie, takie ogólne wrażenie :P
On miał być rycerski i nieco naiwny, wczesne stadium Don Kichota… Ale pewnie co czytelnik, to inny Zbyszko ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
wiedz, iż nie w chlewie leżysz, aliż w mojej ubogiej izbie.
Oj, napalony ten Zbyszko… :D
Tarnino, hm, nie wiedziałem, czy coś poprawiać, czy chodzi o skojarzenia ze staropolską partykułą aliż? Jako że jestem skowronkiem, postanowiłem wrócić do problemu rano. Przy śpiewie drozdów za oknem jedyne rozwiązanie, które widzę jest takie, że niekoniecznie Zbyszko jest napalony XD
A można było na legalu w poprzednim wyzwaniu :P
A piosenka – nikt nie pokusił się na zgadywanie piosenki :D
Bardzie, dużo tych tropów – gułag, krowy, wojna, pamięć. Kaczmarskiego na razie nic nie podpasowało, szukam dalej :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Widzę, że mordercy chodzą parami – ciekawe, czy również mają spotkania AM?
Najbardziej elegancko byłoby utrzymać tajemnicę do ostatniego zdania. Może kiedyś przyjdzie pora na takie cudeńko – nigdy nie wiadomo, dokąd poprowadzi wena ;)
Miało być Mysię, żeby nie powtarzać Myszki, ale zmieniłem na “córkę” – tak jest naturalniej.
TKII. pisanie to jedno, ale nałóg sprawdzania, czy ktoś przeczyta,ł to drugie :)
Tak, nowa kolejność brzmi lepiej. Zmienione! Pozdrawiam!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Fragment Barda został już wyczesany (wcześniej w sumie też był ;) ), ale jeszcze wrażenia ogólne.
Archaizacji językowej nie ma, ale i tak czułem zderzenie dwóch sposobów myślenia. Przypomniał mi się ten odcinek “Dekalogu”, w którym lód się załamuje na stawie, pomimo tego, że obliczenia wskazywały na coś innego. Tutaj główny bohater myśli “nowocześnie” – jest takim czasowym turystą, przekonanym, że nic nie może mu się stać. A tu bach, zalicza zderzenie z historią.
To dobra metafora – na razie żyjemy w spokojnym zakątku, wojny wybuchają wokoło, ale nie u nas. Nie mamy już strachu przed tym, co może przynieść ze sobą. Myślimy, że pewne obawy są archaiczne i można je wywalić do kosza.
Takie miałem przemyślenia. Każdy tekst, który skłania do myślenia, jest dobry
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
przeto poczciwości twojej nie tknę
A kiedy to się nazywało poczciwością? :)
Tarnino, no w tym sęk że akurat poczciwość mocno zmieniała znaczenie. Choć masz rację, że tutaj z wpychaniem poczciwości w tekst przesadziłem (w pamięci gdzieś tłucze się Rej i jego “Żywot człowieka poczciwego.” ). Bo i owszem, sprawdziłem, że w wybranej epoce może i dało by się tak powiedzieć, ale raczej do mężczyzny – w zamyśle zdanie miało znaczenie “nie zrobię nic, co wystawi twoją moralność na próbę”. Im głębiej szukałem, tym częściej znajdowałem odniesienia jedynie do mężczyzn stanu rycerskiego.
Więc zmieniam na “cnoty”, co brzmi dobrze, jest zrozumiałe dla współczesnego czytelnika, natomiast ówczesny rozmówca miałby wątpliwości, ponieważ znaczenie “cnoty” również się zmieniało.
Bardzo dobry przykład tego, że archaizacja zbyt dokładna i wydumana wcale nie jest milsza dla ucha i oka.
A resztę zaraz pozmieniam, czyli te miejsca, gdzie coś było nie tak, a nie te, gdzie pojawił się uśmieszek :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Powietrze rozsadzało mi płuca. Krew tętniła w skroniach. Płuca piły zapach parującej ziemi.
Ładniej: Powietrze rozsadzało mi płuca. Krew tętniła w skroniach. Nozdrza chłonęły zapach parującej ziemi.
Ja przetrwałem? Oni zgaśli?
Zgaśli w zestawieniu ze wcześniejszym wyobrażeniem brzmi dwuznacznie
Rozcierała zesztywniały kark
Konflikt Gniewka z rówieśnikami, zapewne podsycany przez dorosłych “zbudował” atmosferę odcinka i był dominującym elementem. Wynalezienie taczki nie zrównoważyło tego niepokoju, więc czytelnik zostaje raczej z wizją narastających problemów.
Gniewkowi potrzebny jest rówieśnik, również outsider. Albo rówieśniczka. Może ktoś ułomny, albo nielubiany z innych względów. Bez tego zdziczeje wewnętrznie, bo wejście od razu w świat dorosłych emocji nie pozwoli mu przeżyć dzieciństwa.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Ja najpierw napisałem dialog z pamięci “sienkiewiczowskiej”, ale później zajrzałem do tego, jak powinno być – no i oczywiście napotkałem na argumentacje, dlaczego Sienkiewicz źle archaizował. Znalazłem nieco porad dotyczących tego, jak mógł wyglądać język w wybranym okresie (około roku 1500). Trochę z tego uwzględniłem, ale nie wszystko, bo kiedy próbowałem pisać zgodnie z regułami epoki, gubił się w tym wszystkim humor, i może było poprawniej historycznie, ale tekst samego mnie “zatrzymywał”. Dialog miał być zabawny, więc wstawianie zbyt wielu “potykaczy” nie miało sensu. W końcu zostawiłem miks sienkiewiczowsko-historyczny, bo stwierdziłem, że ważniejsze, żeby był płynny, a czytelnik miał wrażenie, że jest w epoce, nawet jeśli nie zachowałem poprawności. Są te wszystkie “li” i “aliż”, ale jako ozdobniki, a nie konsekwentnie stosowana cecha.
Imię Róży sięga rzeczywiście tak dawno, że archaizacja byłaby trudna do przełknięcia – znów wybór poprawna książka albo dobra książka. Gdyby było napisane poprawnie historycznie – paradoks – czytelników byłoby znacznie mniej, co przekłada się na mniejsze zainteresowanie samą epoką.
U Sapka drażnią mnie nazwy geograficzne i kalki z niektórych nacji w Europie, jakby zabrakło pomysłów.. Język, no właśnie, jest przystępny i stwarza nastrój.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
PapierowyMorderco, również dziękuję za przeczytanie!
Uśmiech to najlepszy nałóg. Już Joker to wiedział :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Z pomysłem nie miałem problemu, ale archaizacja to droga pod górkę, nie czuję się mocny w te klocki :/
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
– Miła pani, wielce mi radośnie ujrzeć twe śliczne oczęta!
– Co? Gdzie jestem? Auu, głowa… co ja robię w oborze? AAA, pająk, zdejmij go!
– Niewiasto o słowiczym głosie, wiedz, iż nie w chlewie leżysz, aliż w mojej ubogiej izbie.
– Izbie? A te kury to dla ozdoby? Nieważne… Zatem racz nieco usunąć tę zarośniętą facjatę, bo powietrze tu jakieś gęste, dla dwójki może nie starczyć. I kim właściwie jesteś?
– Jam jest Zbyszko!
– Nie wal się tak w pierś, bo mi głowa pęka. Że niby co, z Bogdańca?
– Zbyszko z Kaczego Dołu!
– Aaa, więc to jest Kaczy Dół? Pięć chatynek wokół bajora? Kurczę, aż nie wierzę!
– Do kurczęcia–li powiadasz, pani? Znak to jawny, iż ci smok w głowie więcej pomieszał, niżem mniemał!
– Jaki smok?
– Ów smok, z którego żywota wyciągnąłem cię z wielkim usiłowaniem, ubiwszy pierwej tę bestyję okrutną!
– O rany, statek! Teraz pamiętam, coś huknęło w kadłub i zakrzywiacz się urwał! A ty co tak wytrzeszczasz oczy?
– Miła pani, poleż jeszcze w pokoju, bowiem język twój jako żmija ślepa błądzi!
– Poleż? Język? Ej, nie pozwalaj sobie za dużo, już ja takich znam!
– Mnie pas rycerski zdobi, przeto cnoty twojej nie tknę!
– Rycerz? Nie wierzę. A to, co ryczy, pewnie rumak bojowy?
– Odpoczywajże, pani, w pokoju, a ja krasulę wydoję i w skok do cię powrócę!
– Pokojem bym tego nie nazwała, co za chlew… Dobra, plecak jest! Cholera, transmiter walnięty!
– Wróciłem już, nadobniejsza!
– Słuchaj, rycerzu od siedmiu boleści, gdzie jest mój sta… to jest smok?
– Nie gniewaj się, pani, złość twą krasę psuje. O smoka się nie frasuj, nie żyje już gadzina, samem go zgładził! Jakom go ujrzał, łuk cisowy napiąłem, z którego jeszcze dziad mój Niemcom odpór dawał…
– Kamuflaż! Cholera, wiedziałam, że o czymś zapomniałam!
– Słów nie pojmuję, wszakże głos twój jako ptaszęcy śpiew. A co do bestii onej, strzałę wypuściłem i niechybnie w samo serce ugodziłem, bo lot zniżyła, a srebrne łuski z niej opadły.
– Gdzie? Gdzie upadły łuski?
– Do Kaczego Dołu, gdzieżby indziej?
– Znaczy się, do bajora? Szlag, jak to teraz wyciągnąć? Zbyszko, masz parobków?
– Parobkowie, niech ich Najświętsza Panna ma w opiece, wyruszyli w knieję po jagody…
– Dawno wyszli? Jak wrócą, trzeba wykopać rów, spuścić wodę, na pewno gdzieś tam jest! Ta łuska, ona jest magiczna. Jest mi bardzo potrzebna. I co ze smokiem? Albo najlepiej od razu do niego prowadź!
– Ze trzy lata będzie.
– Co?
– No, jako wyszli. Ale o gadzie powiadając: skoro na ziemię upadł, porwałem topór pruski, zdobyczny. W biegu Bogarodzicę począłem śpiewać, o wspomożenie prosząc, a dopadłszy, rąbałem mocno. Twarda była bestyja, ażem ostrze uszczerbił. Bojaźń mię zeszła, iż się ocknie, przeto Zdrowaś Maryja zmówiłem i ze wszech sił uderzyłem. Aliż brzuch się jej rozpadł i ciebie tam uwidziałem. Przeżegnawszy się, wlazłem w to ścierwo i jeszcze kilkakroć uderzyłem, bo z gadami nie masz pewności…
– Nie! Nie mogę tego słuchać! Mój sta… to jest mój smok! Ty brutalu, to był oswojony smok! Bez niego nie wrócę, utknę w tej dziurze!
– W Dole, nie w dziurze, o pani.
– Ty nic nie rozumiesz! Że też musiałam trafić właśnie na ciebie, smoki mu się zachciało bić!
– Nie rońże łez, niewiasto. Poczciwość mam, pod sam dom twój odwiodę, choćby mi przyszło krasulę wilkom na pożarcie zostawić.
– Nie! Tam się da dostać tylko w smoku, zakuty łbie! A teraz zejdź mi z oczu! Albo nie, sama pójdę, mam dość tego śmierdzącego chlewu!
Miesięcznik Archeologiczny, Uniwersytet Kaczodolski, Maj 2026
Kochankowie aż po grób
Najnowsze badania, przeprowadzone przez profesora Witolda Prabuckiego, zakończyły się sensacyjnym odkryciem. Użycie trójwymiarowego skanera rentgenowskiego dużej mocy pozwoliło prześwietlić wnętrze krypty założyciela grodu. Okazało się, że wewnątrz pochowana jest nie jedna, lecz dwie osoby, a zmarli nadal trzymają się za ręce. Profesor Prabucki wystąpił do władz z oficjalną prośbą o zgodę na ekshumację szczątków i pobranie materiału genetycznego.
Osoba Patrycji, domniemanej żony Zbyszka Mężnego jest owiana tajemnicą. Do tej pory wielu przypuszczało, że owa kobieta w ogóle nie istniała, a dzieci Zbyszka były raczej owocem mariażu z jednym z ościennych rodów szlacheckich, zawartego, kiedy gród wszedł w okres nieoczekiwanej prosperity. W końcu XIX wieku ugruntowała się teoria, iż Patrycja – z racji imienia o rodowodzie rzymskim – była uosobieniem owego sukcesu gospodarczego, który ostatecznie doprowadził do przejęcia przez Kaczodół roli ośrodka władzy Rzeczpospolitej. Jak wiemy, Patrycja występuje również w legendach, w których przy każdej pełni brodzi w pałacowym stawie w poszukiwaniu smoczej łuski.
Odkrycie zbiegło się w czasie z kolejnym startem orbitera międzyczasowego i pierwszym, w którym orbiterką jest kobieta. Patrycja Szczygieł zdradziła, że z uwagi na publikację wyników badań profesora Prabuckiego zmieniono docelową epokę, którą zbada misja. Pilotka jest dumna, że będzie mogła ostatecznie potwierdzić istnienie swej imienniczki.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
też chcę być przeczesany – to brzmi przyjemnie

Guru: Podobał mi się pomysł. To mocna strona tekstu.
Sięgnięcie po humor zawsze jest ryzykowne. To pamiętam z Funtastyki – trudno jest napisać tekst tak, żeby każdy się śmiał.
Przy tym tekście może boków nie zrywałem, ale negocjacje z krową, a potem sroką wzbudziły we mnie wesołość. Wprawdzie sroka bardziej skrzeczy niż kracze, ale nie będę się czepiał, bo dopiero przy drugim czytaniu zwróciłem na to uwagę.
Zasadnicza część wyzwania, czyli stylizacja dialogu a owszem, była, ale miałem wrażenie niedosytu. Za to zauważyłem nad-poziom odpowiedzi na wyzwanie (a może tylko widzę co, co chcę zobaczyć?) – wypowiedzi kosmicznych gości również są stylizowane, a ich naukowy język komunikacji ma kontrastować z resztą – zgadłem? A nieistniejący zakrzywiacz być może stał się inspiracją i spowodował również wytworzenie wielu neologizmów.
To teraz plusy ujemne: grzązłem w tej naukowej stylizacji. Czytanie wymagała maksymalnego skupienia. Gdybym to czytał “na kolanie” mógłbym po prostu odpaść. Udało się, ale łatwo nie było. Brakowało mi lekkości.
Żeby krytyka mnie była tylko destruktywna – pomyślałem, że zamiast naukowców można było wysłać w misję dwóch pozaziemskich studentów, którzy nie do końca potrafią obsługiwać sprzęt. Jest większa szansa, że czytelnik znajdzie kogoś, z kim się utożsami. Dodatkowo komizm mógłby wynikać z zestawienia nadal “sztucznych” wypowiedzi SI kosmitów z potocznym językiem studentów.
Tyle w temacie “wujek dobra rada”, czyli naszym narodowym sporcie :P
Bardzie, do Twojego tekstu też wrócę, ale o bardziej ludzkiej porze, jestem skowronkiem :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dwa wiadra poproszę
Dobry tekst na spotkanie AA, konsternacja murowana :)
Ponoć wystarczy nie wchodzić na forum. Chodzą jednak słuchy, że niektórzy wchodzą we flow właśnie przed forum. I bądź tu mądry :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
HollyHell,
Gdyby w tytule była jeszcze fraza “krótka rzecz o”, to rzeczywiście musiałbym udać się do Cezarego po licencję :) Szkoda, że nie ma nowej edycjii “Fantastów” ;)
Dzięki za wyłapanie drobiazgów. Wyprodukowaliśmy jeden znak za dużo :P Zaczekam, aż trafi się kolejny komentarz, może trzeba będzie sięgnąć znów do propozycji Finkli.
Coś w tym jest – nie masz weny, masz problem, masz wenę i też masz problem :D
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dawać TARDIS i nie kręcić :D
Tarnino, bez zakrzywiacza czasoprzestrzeni też nie działa. Odzyskasz zakrzywiacz, będzie Tardis :P
Negocjacje z miejscowymi mogą być trudniejsze niż ze Strażnikami Rewolucji, ale chociaż język ten sam… czy na pewno? ;)
Bardzie, ja poza forum tracę kalorie. Jak tu piszę, to chociaż siedzę na tyłku. A tylko się oderwę, to w jakieś góry mnie ciągnie, dziś 11 godzin bez przerwy ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Bardzie, witaj na pokładzie!
Zaiste, długi był to rejs, i nie będę pytał, jakie krakeny albo co gorsza syreny spotkałeś po drodze, ale cieszymy się z powrotu!
Tarnino, skoro o łapkach mowa…

It is not who I am underneath, but what I do that defines me
,,flow” kojarzy mi się głównie z łotewską bajką o kotku
Ładna animacja i śliczny koteczek. Scena, kiedy przywódca stada sponiewierał ptaka niepotrzebnie aż tak brutalna, chyba wystarczyło tam pokazać odrzucenie. Podobało mi się różnicowanie charakterów zwierzątek.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Regulatorzy, nie od dziś wiemy, że ten niebezpieczny nałóg powoduje również współuzależnienia. Wyszukiwanie literówek jest typowym objawem, który pcha uzależnionych coraz głębiej w szpony, a nawet gardziel obsesji. Łączymy się z Tobą w bólu i z przykrością informujemy, że tak zaawansowane stadium może nie być uleczalne ani drogą terapii, ani środkami farmakologicznymi ;)
Po połączeniu wszystkich uwag, za które bardzo dziękuję (kilka Finkli mam jeszcze w zanadrzu) udało się wejść w stan upojenia idealną długością tekstu.
AP, oj tak, obawiam się, że AG może również nie dać rady. Tylko lobotomia.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nadrabiam zaległości:
Melendurze, dostrzegłem większy nacisk na kontynuację historii, niż rozwiązywanie wyzwania – a jednak była i erotyka (choć dość dosłowna) i scenka całkiem zgrabna. Takie dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Dołączę przemyślenie, że warto cieszyć się z tego, co się pisze, bawić słowem, bo w Twoim fragmencie postacie nie są stworzone tylko do tej historyjki, ależ mają przeszłość i przyszłość. Jednym słowem masz książkową wyobraźnię :)
OldGuard, opowieść pasuje klimatem do Witherthorn Dell, i na razie (moim zdaniem) jako jedyna traktuje o miłości, a nie pożądaniu. Ładna, romantyczna, czyta się z przyjemnością, również aluzje – takie niewinne i znaczące zarazem.
I jeszcze Guru ostatnia próba, bo jej nie komentowałem – jest naprawdę dobra. To może znak, że po prostu dobrze piszesz i warto czasem wyjrzeć ze skrzynki z napisem “Cuiavia” ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Gratulacje dla wszystkich – tych opierzonych i tych nominowanych!
OldGuard, piórko cieszy – jesteś aktywną użyszkodniczką, więc odpowiadań w bibliotece szybko przybędzie, niektóre czekają na “zmiłowanie” tygodniami, a są całkiem dobre ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Cieszymy się, że jesteś z nami, Finklo. Pamiętaj, żeby nie oceniać siebie zbyt surowo :P
P.S.
ale nie publikuję tyle, ile bym chciała
Może warto na początek rozważyć jakieś utwory… bezliterowe? I prowadzimy zajęcia z wielu innych, bezpieczniejszych form ekspresji :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dzięki wszystkim! Przepraszam za drobne usterki, chciałem sprawdzić, ile dam radę napisać w dwie godziny, teraz pewnie poprawianie zajmie dłużej :P
OldGuard, za literki szczególnie. Zostawiłem Ci tylko jeden znak, bo jeszcze szefowie zauważą, że się obijasz :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Hej,
Kiedy on kładł cię na łóżku
Można pozbyć się “on”
W teatrze zajęłyśmy nasze miejsca
To takie zdanie-proteza, żeby czytelnik wiedział, gdzie rozgrywa się kolejne. Niby jest potrzebne, ale niewiele wnosi. Staram się takie miejsca zamieniać na coś, co cokolwiek znaczy, tworzy nastrój. W tym miejscu wolałbym coś o Misi. Ale to tylko sugestia i moje widzi-misię :P
Potraktowałabym tę rozmowę jako nieśmieszny żart
Hm, ja w takiej sytuacji już szukałbym telefonu na lokalny komisariat, albo odświeżał w pamięci listę dobrze zbudowanych znajomych, żeby ktoś ze mną poszedł . Pal sześć, jeśli ktoś nazywa się moim przyjacielem, ale jak zaczyna gadać o dziecku w sposób sugerujący, że uprawia stalking, nie ma żartów ;)
Wtedy w wejściu do kontenera stanął mężczyzna z teatru.
Właśnie dlatego przydaje się dobrze zbudowany znajomy :P Bohaterka nie wrzeszczy w takiej chwili? Nie ucieka w kąt kontenera? Diagnoza: depresja.
Jadłyśmy parówki i chleb tostowy z masłem
Kiedyś dałem studentom zadanie, czy opłaca się biegać w kołowrocie jak chomik, żeby samemu wytworzyć prąd. Tylko przy kaszy jęczmiennej kupowanej w hurcie otrzymywali zysk, przy wszystkich innych produktach byli stratni – zakładając, że gotują kaszę na ognisku, nie kuchence ;)
Wiem, że dla każdego symbol upadku jest inny, ale są skromniejsze potrawy niż parówki i chleb tostowy z masłem. Można chodzić na bazar warzywny w ostatniej godzinie otwarcia i zbierać misz-masz na zupę. Można biegać po marketach w poszukiwaniu żywności “last minute”. Jeden ze znanych piłkarzy w młodości jadł makaron z ketchupem i później o tym wspominał w biografii.
Koniec dygresji o parówkach :P
Ogólne wrażenia dobre. Serca w skrzynkach to magiczny element, który przynosi i fantastykę i optymizm. Gdyby nie one, cała historia byłaby ponura, a tak ma coś, co rozbudza wyobraźnię, intryguje od samego początku. Zgrabna metafora, ładnie napisane.
To kolejne opowiadanie “terapeutyczne” i zawsze trudno mi się takie ocenia – bo trudno dyskutować z czymś, co było/jest bolesne dla autora. Muszę zauważyć, że ryzykujesz, że będziesz kojarzona głównie z historiami o alkoholizmie.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Jeśli ktoś jeszcze czai się ze swoim fragmentem w krzakach :P i poszukuje inspiracji do kreatywnego rozwiązania wyzwania, innego niż dotąd prezentowane, proszę bardzo – brzmiała mi w myślach całe rano:
https://www.youtube.com/watch?v=lDpnjE1LUvE
Trzeba będzie wprawdzie potem wskrzesić Dziadumiłę w wyzwaniach, ale od czego jest czarna magia?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
P.S.
Do tematów słowiańskich:
„Kultura ludowa Słowian” – Kazimierz Moszyński
W jednej wersji (było kilka różnych metod, na myśliwego, na pasterza itp.) w trakcie swatów pannę porównywano do jabłoni. Zwyczajowo swat przedstawiał pana młodego jako ogrodnika, który ma dobrą ziemię i potrafi się troszczyć o drzewa, lecz poszukuje jabłoni, która da mu owoce. W innym wariancie porównywano kobietę do kaliny, która posadzona obok dębu ma go zdobić. Jak widać potrafili różnicować potrzeby XD
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Czarna, o tej porze nie ogarniam już części językowej (ech, po Twoim tekście wszystko już mi się kojarzy ;) ), ale wrażenie ogólne było bardzo dobre – już na początku pojawiły się warzywne metafory, a potem było już tylko dwuznacznie i śmiesznie zarazem. Dobrze się bawiłem wyobrażając sobie tę parę – takiej dawki humoru przed snem potrzebowałem!
Guru, zastanawiałem się, jak wybrnąć z problemu rozdźwięku treści wyzwań a fragmentów Cuiavii. Bardzo pomoże wrzucanie nowych tekstów, stworzonych do wyzwania, zamiast czegoś już napisanego. Widzę również, że masz zasadę, żeby wszystko, co piszesz jakoś współgrało z Twoim uniwersum. Każdy z nas ma jakieś zasady, w naszej wirtualnej wspólnocie dopiero się ich uczymy, więc sprawienie, żeby każdy uczestnik wyzwań czuł się tu w miarę dobrze jest czasem jak strzelanie na oślep w gęstej mgle.
Wyzwania z zasady są kreatywne, więc niesztampowe rozwiązania problemu nie powinny być odrzucane – w pewnych granicach, bo kiedy wszyscy grają w piłkę nożną, a ktoś zacznie kozłować piłkę rękami, robi się zamieszanie.
Czy da się to wyzwanie ograć (Oldguard, Twoje powiedzonka są bardzo zaraźliwe) zrealizować w świecie Cuiavii?
Moim zdaniem tak, przy pewnym wysiłku. Dziadumiła jest autentycznym słowiańskim imieniem, obchodzi imieniny 1 lutego. Alergiusza, który zabrzmiałby obco, można obejść przez “ojciec”, “tatko”. Podobnie z królem – wystarczy pokazać, że ma w społeczności podobną rolę, nie trzeba go wprost tak nazywać.
Esencją wyzwania jest scenka w ogrodzie (w uniwersum Cuiavii równie dobrze warzywniak, sadów nie mieli, lub na polu, uprawnym) w którym jedna osoba ma drugiej wyznać uczucia lub fascynacje w dwuznaczny sposób – mówiąc o roślinach. Akurat na ilustracji są warzywa, ale przecież kwiaty i drzewa też dostarczają skojarzeń.
U Czarnej nawet nie było króla w scence, ale całość i tak moim zdaniem ładnie rozwiązywała problem.
Pewnie jest jeszcze sporo sposobów na napisanie scenki w wersji “słowiańskiej”.
Jest noc Kupały, kiedy dziewczęta obdarowywały młodzieńców zebranymi w lesie dzikimi owocami.
Są dary przynoszone przez młodzieńca w trakcie swatów – były to często najlepsze warzywa. Trudno o lepszą scenkę, niż ta, w której młodzieniec dwuznacznie “zachwala” warzywa, jego wybranka ukradkiem podgląda z sąsiedniej izby (kiedy mieli już piece, chowała się wedle tradycji za piecem), a mało domyślny nestor rodu nie rozumie aluzji.
Co ciekawe, będą wyzwania, które da się zrobić w świecie Cuiavii, nawet mocno go nie nie zmieniając – ale bez spoilerów.
Jak zauważyliście, ostatnio mało jest wyzwań językowych i czysto warsztatowych, ale jest ku temu powód – wyjaśni się wkrótce ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
A nie rybaków trzech?
Może myślami jestem jeszcze przy Wytkeloku ;)
O, tam był limit pięciu zdań!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
I co to znaczy, że opowiadania powinny pisać zrozpaczone księżniczki?! No, się pytam, no! Narażasz się!
Bez inspiracji bym tego nie wymyślił :P
No dobra, nie będę się dalej narażał.
W jednym zdaniu, powiadasz? Dobrze, zrobię wyzwanie z jednym zdaniem, ale do przekazania będzie coś bardzo trudnego, np. “wytłumacz partnerowi/partnerce/rodzicom/pielęgniarzowi w jednym zdaniu, dlaczego wróciłeś/łaś do domu nad ranem”.
Jak widzisz, zadbałem o zaadresowanie różnych grup wiekowych. Dodaję do tajnego bunkra wyzwań. Jesteś dziś moją inspiracją! A inspiracją do szarańczy było trzech Rybaków.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dołożę dribbla, żeby nie mnożyć bytów:
– Kochana, jak ja to wytłumaczę?
– Zaraz napiszę oświadczenia.
– Na co mi oświadczenia? Spójrz na te wszystkie wpisy!
– Przetwarzam… Zrobione. Sprawdź ponownie.
– Kochanieńka, tak nie można, napiszą gorsze rzeczy!
– Nie napiszą. Będą zajęci.
– Donald, już czas. Wciskaj guzik.
– Kochana, wczoraj pisałaś, że mamy ich w garści!
– Chcesz tego nobla czy nie?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Koty fajnie, a co z pieskami?
Holly, najpierw musiał być człowiek, żeby rzucić patyk. Bez patyka ani rusz.
OldGuard, metaforycznie kąśliwe i aktualne. Choć sprawczyni zamieszania wydaje teraz oświadczenie za oświadczeniem.
Bill palił trawkę, ale się nie zaciągał XD
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Wiedziałem, że będzie lekko i zabawnie – Jolko, potrafisz i rozśmieszyć, i dodać rumieńców, a nawet dwuznaczności są takie… niewinne?
Masz dar skupienia się na rozwiązaniu wyzwania i pokazujesz to już któryś raz – prosto, ironicznie, bez nadmiaru ozdobników. A z czytania mam zawsze dużo radości!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Melendurze, sporo bylic jest trujących, ale nie zgadza się kształt liści – są znacznie bardziej postrzępione, często “wiechciowate” i nie przypominają w niczym rukoli.
Złocień również jest postrzępiony, ma zwykle bardziej owalny obrys liścia, albo jest on podzielony na kilka części, ale dalej zachowuje ogólny kształt owalu.
Bohater opowiadania ma zbyt wąskie i długie liście jak na oba wymienione rodzaje roślin. Ten na zdjęciu jest już wyrośnięty i ma wyraźnie podzielone liście, ale kiedy jest młody, zdarzają się listki jedynie z wcięciami wzdłuż brzegów, dokładnie jak u rukoli. Jedyne, co je odróżnia, to wyraźniejsze żyłki i ząbki na obwodzie.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Google i jego AI właśnie przy tej roślinie robi (śmiertelne) pomyłki. Więc zagadka nie jest łatwa.
W dodatku wszystkie źródła powtarzają, że łatwo ją odróżnić, bo jest gorzka.
Nie jest ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Celowa gra słów?
OldGuard, tak, ale na razie nie mam pomysłu, jak sprawić, żeby te słowa ładniej grały – na razie są rozstrzelone zbyt daleko od siebie.
wezwał Wyrwizęba by poprostu wykastrować ogrodnika.
Melendurze, to z pewnością jedna z pozycji na liście atrakcji wieczoru ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
To nie rukola tylko silnie uczulająca ambrozja.
Biorąc pod uwagę Cuiavię, spodziewałem się, że Guru będzie blisko. Ale tylko blisko. Rodzina roślin się zgadza.
Ciekawostka, zdjęcie robione wczoraj przed chatką. Miałem ambitny zamiar zrobić grządkę na dzikie rośliny jadalne, ale chyba zrobię jeszcze jedną na jadalne tylko raz ;)
Ambrozję trudno pomylić z rukolą. Gdyby nawet tak się stało, efekt uczulenia jest dość natychmiastowy (być może śmiertelny dla Alergiusza, skoro jest tak wrażliwy), więc sprawca zostałby znaleziony. Podpowiem, że tutaj znalezienie sprawcy i przyczyny zgonu może być trudniejsze.
Guru, oczywiście możesz zgadywać dalej, ale w zasadzie betę (czyli łapankę słowno-gramatyczną, logiczną i ogólne odczucia) robię na bieżąco w Cuiavii. No, może mógłbym przetrzepać pierwsze rozdziały, bo te tylko czytałem, a nie komentowałem ;)
Czyli zgadywanka aktualna ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Właściwa część (odpowiedź na wyzwanie) to Rosarium. Prolog to ozdobnik, żeby czytelnik się nie zgubił. A Epilog to zagadka kryminalna. Kto zgadnie i wyjaśni, dlaczego Alergiusz wezwał jednak Wyrwizęba, ma u mnie betę :)
Nie, Alergiusz nie domyślił się, co zaszło przy róży. Odpowiedzi trzeba szukać wiążąc obrazek z tekstem.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Prolog
– Ojcze, to okropne, co tu się stało?
Król Alergiusz westchnął. Spacer po ogrodzie miał ukoić nerwy córki, zdruzgotanej po nieudanej próbie wydania jej za mąż. Ostatnio była tak roztrzęsiona, że z błahego powodu od razu wpadała w szloch. Łudził się, że zieleń i zapach kwiatów podniosą ją na duchu, a przy okazji ujmą również jemu nieco ciężaru z barków. Alergiusz miał bowiem znacznie więcej powodów do zmartwień – łzy córki były niczym wobec urażonej dumy jednego z kandydatów na męża, a wojna między królestwami wisiała na włosku.
– Dziadumiło, córuniu, cóż cię znów trapi?
– Ty – zaczęła spokojnie, ale nagle podniosła głos – naprawdę nie widzisz?! – Tupnęła, a potem cisnęła w krzaki ozdobioną złotym haftem chustkę. Podbródek jej zadrżał, a do oczu nabiegły łzy.
Alergiusz uniósł brew. Ogród to ogród, miał ładnie wyglądać i czasem dostarczać coś smacznego na królewski stół, ale władca zupełnie się na tym nie znał. Myślami był już raczej wśród szeregów dzielnych wojaków niż przy równych rządkach kapusty, kopru i rzodkwi.
No właśnie, gdzie podziały się te rządki? Istotnie, ogród wyglądał jakoś nędznie, by nie powiedzieć upiornie. Smętnie zwisające strzępki liści, ogryzione badyle i ziemia usłana szczątkami przypominały raczej pobojowisko – a takich skojarzeń król wolał zdecydowanie unikać.
Alergiusz pstryknął palcami, znacząco, przynajmniej w jego mniemaniu. Ponieważ nic się nie wydarzyło – może poza tym, że gniew Dziadumiły przeszedł w spazmatyczny szloch i wycie, którego nie powstydziłaby się wataha wilków – pstryknął jeszcze raz, i kolejny.
– Tak, najjaśniejszy… – sługa najwyraźniej chciał przybiec w te pędy, ale niechcący potknął się o złamany pęd i wyrżnął prosto w błoto– … panie? – Wypluł ziemię i pół rzodkiewki.
– Wezwać Bazyla, natychmiast! I najlepiej od razu poślij po kata!
– Panie, ale on ledwo z wesela wrócił, i to ledwo w obu znaczeniach.
– To by wiele tłumaczyło – Alergiusz pokręcił głową.
– Nie, nie Bazyl, panie! Wyrwiząb. Bo jego babka…
– Nie obchodzi mnie to, co robiła jego babka! Topór udzierży? Głowę od tyłka odróżni?
– Eee… z ledwością, panie.
– Z ledwością to ja znoszę ten cyrk! A teraz, migiem!
– Najjaśniejszy, kat nie będzie potrzebny, bo los wystarczająco mnie ukarał, lecz jeśli twą wolą jest skrócić me cierpienie, z radością przyjmę dar Waszej Wysokości – odezwał się Bazyl głosem jednostajnym i smętnym niczym jesienna mżawka.
– Cóż to ma znaczyć, gagatku? – Król groźnie zmarszczył brwi, lecz Bazyl nawet nie podniósł spojrzenia wbitego w żałosne szczątki zieleniny rozwłóczone po ziemi.
– Szarańcza, panie. Przyfrunęła znienacka, w nocy. Jeszcze takiej nie widziałem – czarna, chrzęszcząca chmara, niczym bezkształtny demon. Jakby przygnał ją tu zły czar…
Słowa ogrodnika zagłuszył szloch Dziadumiły, która podeszłą do swego ulubionego krzewu różanego, albo raczej tego, co z niego zostało.
– Nie, to nie na moje nerwy! – uniósł się Alergiusz i zaraz kichnął, bo na nadmiar wrażeń również miał uczulenie. – I nie mam czasu na takie zabawy, kiedy wróg u bram! Jak masz takie gadane, to wytłumacz to jej, nie mnie!
Wskazał córkę i uśmiechnął się złośliwie.
– Wezwę generałów na naradę tutaj, do altany. Jeśli skończymy zanim zdołasz ukoić żal Dziadumiły swymi opowieściami, rozerwą cię końmi. Takie krwawe zabawy zawsze poprawiają morale przed bitwą! Pamiętaj: usłyszę choć jeden szloch, a wrony będą żarły twe flaki! – Wysmarkał nos w złoconą chustę.
Rosarium
– Jak to się stało? Nie mogę uwierzyć, to moja ulubiona róża! – westchnęła Dziadumiła, usłyszawszy za sobą kroki. Siedziała na ziemi przed zniszczonym krzewem, nie bacząc na swą białą suknię.
– Na pewno chcesz to słyszeć, pani? – odezwał się ogrodnik i przykucnął tuż za jej lewym ramieniem. – Może nie być miłe dla twych uszu, dla duszy, dla serca!
– Tak. Chcę! – Przetarła rękawem mokre od łez policzki.
– To nie jest zwykła róża, wiesz o tym? Twej matce podarowała ją potężna czarodziejka, gdy tylko przyszłaś na świat. Wyhodowała ją z nasienia i tchnęła w nią swą jasną magię, byście razem rosły silne i piękne!
– Oni wszyscy tak mówili – Dziadumiła zmarszczyła nos i pokręciła głową. – Ci, którzy się do mnie zalecali, jaka niby jestem piękna, jakby tylko to we mnie widzieli.
– Róża miała ci o tym przypominać, pani. To przekazał mi ojciec, kiedy obejmowałem po nim królewski ogród. Magiczny krzew nie jest tylko zabawką dla oka. Jest żywą istotą, która może rozkwitnąć ogniem, lecz potrzebuje też wody, ziemi i powietrza. Wydaje się krucha, lecz ma kolce i potrafi ranić, a jej siła bierze się nie z kwiatów, lecz z pnia. Dotknij go dłonią, zobacz, jaki jest mocny.
– Jest martwy! – westchnęła księżniczka. – Miała kolce, i co jej to dało? – Po policzku Dziadumiły znów spłynęła łza.
– Nie tak łatwo zabić magiczną różę.
Bazyl pochylił się, przecisnął dłoń między kolcami i położył dłoń na pniu.
– Pod korą pulsuje życie. Wątłe, ale jednak. Chcesz też je poczuć, pani?
Dziadumiła z niedowierzaniem pokręciła głową, ale po chwili powoli wysunęła dłoń. Bazyl najpierw ujął ją w swe chropowate palce, potem poprowadził między gałęziami i delikatnie ułożył na zdrewniałym pędzie.
– Czujesz to, pani? Zamknij oczy, a kiedy zamilknę, niech twe zmysły staną się tylko dotykiem. To twa siostra, chce cię przywitać!
Objęła palcami łodygę, a on zamknął jej dłoń w swojej.
– Bije w niej serce, jak w twej pięknej piersi – wyszeptał księżniczce do ucha. – Płacze i smuci się jak ty. Tak samo chce żyć i rozkwitać.
– Nie wierzę ci! – Dziadumiła gwałtownie cofnęła dłoń, kalecząc się przy tym w nadgarstek. Krew kapnęła na suknię. – Nie ma ani jednego kwiatu, liścia, niczego, co żyje. Zupełnie jak ja. Tylko to nas łączy, ktoś wszystko nam odebrał!
– Odrośnie, jeszcze piękniejsza. Ty również. Pozwól, że opatrzę rękę, pani. Twój ojciec każe mnie stracić, jeśli zauważy, że stała ci się krzywda.
Z kieszeni ogrodniczego fartucha wyjął chustkę, o dziwo, całkiem czystą. Przyłożył do rany.
– A tak w ogóle, miałeś mi powiedzieć, co się stało z różą, a nie czarować, że nic się nie wydarzyło. Zupełnie jak mój tatko! – powiedziała księżniczka nadąsanym tonem. Pozwoliła mu jednak nadal trzymać skaleczoną rękę.
– Myślałem, że jednak oszczędzę ci okropności, lecz skoro nalegasz… Ona przetrwała najdłużej. Szarańcza bała się jasnej magii, omijała ją, jakby krzew chroniła magiczna tarcza. Lecz w końcu plaga zniszczyła wszystko inne i otoczyła różę wirującym kłębem skrzydełek, odnóży i żuwaczek.
– Nie mogłeś jej bronić? – przerwała mu księżniczka.
– Próbowałem, lecz chmara powaliła mnie, a potem przykuła do pergoli. Żywe okowy zacisnęły mi się na nadgarstkach i kostkach, jakby były nie z chityny, a ze stali. Demon chwycił mnie za kończyny i rozpiął niczym zwierzę przed skórowaniem. Zaprawdę, to, co musiałem oglądać, było niczym odzieranie ze skóry, a nawet z ciała, bo nie tylko widziałem i słyszałem, ale czułem to wewnątrz, w myślach i sercu.
– Miało być o róży!
– I jest, bo czułem to, co ona. Dotyk mroku, który więził mnie w swych szponach, napastliwych, palących jak ogień.
Objął palcami szczupłe przedramię księżniczki i zacisnął je mocniej.
– Z początku szarańcza tylko krążyła wokół, niczym drapieżnik, który czeka na odpowiedni moment, by rzucić się na zdobycz. Liście krzewu szeleściły pod podmuchem tysięcy łopoczących skrzydełek, kwiaty drżały na łodyżkach, jakby chciały uciec, lecz nie było już dla nich ratunku.
Przeszedł do szeptu i zbliżył usta do ucha księżniczki. Oddech mężczyzny poruszał jej długie włosy i łaskotał nimi po szyi.
– Zbliżały się, z początku niepewne, czy magia czarodziejki nie spali ich na proch. Zapach soczystych liści wabił je i oszałamiał, silniejszy niż strach i ból.
Na chwilę przerwał. Uniósł nieco nos, wciąż wtulony w puszyste włosy Dziadumiły i wziął głęboki wdech.
– Wkrótce pierwszy owad odważył się usiąść na liściu – Zwolnił uścisk dłoni i przesunął opuszkami palców wyżej, w stronę łokcia. – Reszta czekała, walczyła z głodem, słyszałem to w szeleście skrzydeł, chrzęście pancerzyków, zgrzycie żuwaczek. Narastające napięcie, które zawładnęło ich zmysłami i myślami.
Wsunął palce pod miękki materiał sukni i wodził nimi po gładkim ramieniu zasłuchanej w opowieści księżniczki.
– Szarańcza nie spieszyła się, mimo że jej towarzyszki drżały w oczekiwaniu. Ledwie muskała liść odnóżami, jakby tylko go badała. Nie uszczknąwszy ani kęsa, wspięła się wyżej, na łodygę. Wędrowała po gładkiej, ciepłej korze, widziała już bowiem cel: piękny kwiat, z daleka lśniący czerwienią. Nęciły ją delikatne, zwilżone rosą płatki, lecz jeszcze bardziej przyciągało wnętrze, pełne słodkiego nektaru. Rozchyliła więc miękką, lecz sprężystą tkankę i wślizgnęła się do środka.
Przez chwilę było słychać tylko oddechy księżniczki i ogrodnika, na początku szybkie i rwane, lecz w końcu złączone jednym rytmem.
– Gdy pierwsza szarańcza skosztowała róży, reszta rzuciła się na krzew. Pożerały ją liść po liściu, delektując się smakiem każdego zakątka rośliny. Odnalazły nabrzmiałe pąki i wyssały z nich soki do ostatniej kropelki. Kiedy nie został już żaden liść i kwiat, powędrowały niżej, gdzie w ciasnych splotach gałęzi skryte było gorące serce róży. Po tysiąckroć próbowały wniknąć do wnętrza, dostać się do źródła magii. Rozpychały naprężone łyko, wciskały się między pędy, coraz głębiej i śmielej…
Księżniczka jęknęła. Na ten podejrzany dźwięk z odległej altany wychylił się król i wykonał jakiś gest, zapewne skracania o głowę, po czym wrócił do wnętrza. Ani Dziadumiła, ani Bazyl nawet tego nie zauważyli: słyszeli, widzieli i czuli już tylko siebie.
Epilog
– Dzisiaj ci się upiekło, Bazylu, ale pamiętaj, za pół księżyca chcę widzieć królewski ogród pełen kwiatów! – rzekł Alergiusz i nieco podejrzliwie spojrzał na córkę, która to uśmiechała się błogo, to czerwieniła.
– Ojcze, chciałabym jutro przyjść i pomóc przy róży. Bazyl mówił, że potrzebuje czułej opieki.
– Więc niech sam się nią zajmie! Zobacz na swoją suknię i na ręce, ukłułaś się! Za każde zadrapanie powinienem wybatożyć tego nicponia, z którym cię zostawiłem – Spojrzał surowo na Bazyla.
– To nic, ojcze. Nasz ogrodnik zajmuje się różami najlepiej na całym świecie, lecz ja też muszę mieć coś, by ukoić smutki!
– Hmm, jest jeszcze tkanie i szydełkowanie. Albo pisanie opowiadań, o, to jest dobre zajęcie dla niewiast w rozpaczy!
– A pamiętasz naszą kuzynkę, która się ukłuła wrzecionem? Zaś te historie… kto ma czas, żeby je czytać?
– Niech ci będzie. – westchnął i demonstracyjnie machnął ręką. – Wezwałem też maga, powie nam, kto przysłał tę plagę szarańczy, i jak mu się odwdzięczyć w równie paskudny sposób. A ty, Bazylu, miej na uwadze, że gawiedź tylko czeka na rozrywanie końmi! – Pogroził ogrodnikowi palcem.
– Najjaśniejszy, będę się starał z całych sił, by ogród wyglądał pięknie – oświadczył Bazyl. – Zaś w kącie warzywnika znalazłem trochę rukoli, szarańcza jakoś ją ominęła. Wiem, że to skromne danie, jak na królewski stół, a ogród zwykle dostarczał wykwintniejszych smaków. Byłbym jednak rad, gdyby trafiła do sałatki, jako obietnica mych starań.
– Rukola, powiadasz? – Alergiusz spojrzał na kosz z zieleniną i pokiwał z uznaniem głową. – Jedna z niewielu roślin, na które nie jestem uczulony! Cóż, może nie jesteś takim niezdarą, na jakiego wyglądasz, Bazyl. Przekaż ją kuchcikowi!
Kiedy król opuszczał ogród, ukradkiem pstryknął palcami. Tym razem sługa pojawił się natychmiast.
– Ściągnij kata Wyrwizęba. Nawet jak jest na kacu. Powiedz, że będzie miał zabawę na całą nockę, a może jeszcze dłużej. I niech przyniesie ulubione zabawki.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Co prawda mógłbym wrzucić scenkę co już napisałem do moich wiedźmińskich opek, ale mam całkiem fajny pomysł na to do Dziadumiły, Bazyla i króla Alergiusza, a nie chcę tego palić tutaj :)
Melendurze, no właśnie, odgrzewane kluski niby sycące, ale serca się nimi nie zdobędzie :)
To już teraz grzecznie (lub nie) zabieramy się za nowe rzeczy ewidentnie do wyzwania.
Hah, widzę, że poszło to w ciekawym kierunku
OldGuard, tak, ale brakowało aktywnych “graczy”, ponieważ tura odnawiała się co trzy wpisy.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
chciałem zobaczyć co jest akceptowane…☺️
I od tego są wyzwania, między innymi. Co nie oznacza, że zniosą wszystko, ale nasza piaskownica ma wytrzymałe ścianki (proszę tylko nie rzucać w siebie zabawkami).
A to była naprawdę dobra literacko scena i fajny pomysł, takie “zwierzęce” zwierciadło naszego wyzwania. Dodatkowo sugerowała, nie tylko opisywała – nie sztuka zastąpić wyobraźni czytelnika, tylko uruchomić ją do działania.
Dobrze, wracam do moich szarańczy. Kiedyś się zawziąłem na cukinie i nawet coś z tego wyszło, więc czemu nie?
P.S. Sam otagowałem wątek – wyzwań zwyczajowo się nie taguje, ale nie wiem, jakie jeszcze cuda tu napiszecie, więc na wszelki wypadek ostrzegłem czytelników ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Rybaku, opis gwałtownej i nieokiełznanej konsumpcji byłby oryginalnym rozwiązaniem. Chyba potraktuję to jako dodatkowe wyzwanie 
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Uwaga: off-topic ;)
ale mam jeszcze do odświeżenia dwa ostatnie ^^
Oldguard, zaakceptuję spóźnienie w Wytkeloku, jeśli dowiem się od Ciebie, co tam u licha robi Statek Fruwający Jeffersona
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Jimie, czyżbyś szykował Księgę 2.0 i łowił talenty ? :D
Nie musisz dawać obrazków, w wyzwaniach tygodniowych to zwykle krótkie teksty, więc obrazki mogłyby przytłoczyć treść ;)
Guru, scenka ładna i nietuzinkowy zabieg z pokazaniem najpierw zwierzęcych godów, a potem przerzuceniem napięcia na widzów. Całość obrazowa, a przy tym zmieściłaby się w niskiej kategorii wiekowej, sprytne ;)
Zaznaczę formalnie, że nieco obok zasadniczego wyzwania tygodniowego, które dotyczy nowych tekstów i wątków roślinnych (muszę pilnować porządku
), ale, jak rozumiem, dla budowania nastroju?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Aczkolwiek coś z tyłu głowy mówi mi, że wolno tak robić hmm
Coś mi świta, że kiedyś, dawno temu, Tarnina pokazywała, że można… ale w jednym z tysięcy komentarzy, i weź to teraz odgrzeb ;) Czyli pewnie można dla minimalizmu, ale trzeba się zastanowić, czy minimalizm w konkretnym zdaniu jest najlepszą opcją. Jednym słowem rzecz gustu. Mnie to zatrzymało, może innych nie zatrzyma.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
często uczęszczana
Masło maślane? Uczęszczana.
zadbanych grządek, w których
Zdaje mi się, że warzywa rosną na grządkach.
Siła zablokowanego ciosu była tak duża, że przybysz odzyskał równowagę dopiero po kilku chybotliwych krokach w tył.
Mało zgrabne.
Oczywiście, że miała siły – pewnie niewiele było dam w królestwie z takim zapasem sił jak ona
Trudno wyczuć., czy powtórzenie zamierzone czy nie. W każdym razie zauważone ;)
Mówiłam, że ktoś powinien z nim chodzić.
Mało naturalne – zwykle mówi się z nim pójść, rzadko z nim chodzić – budzi niezamierzone skojarzenia z młodzieżowym “chodzić ze sobą”
I nie rozumiem, dlaczego się go słuchamy
Były tak głodne, że oprócz rzepy zjadły znak – kropkę lub inny.
Bez niego my umarlibyśmy z głodu, a wy skończyły w burdelu
a wy byście skończyły w burdelu lub a was by wzięli do burdelu (bardziej naturalne)
Mistrz odzywał się rzadko, ale kiedy już przemawiał, często nikt nie potrafił się domyślić, do czego zmierza
Przekombinowane. Po pierwsze już wiemy, że odzywał się rzadko, po drugie pojawia się “często” – jeśli miało być humorystyczne, trzeba to jakoś wyostrzyć, bo na razie smakuje jak zupa bez rzepy :)
poderwał się do ucieczki. Nie otrzepał się nawet i nie próbował pochwycić choćby części łupu. Chciał tylko jak najszybciej znaleźć się
Gdyby zamienić środkowe “się” na coś innego, efekt siękozy nie będzie zauważalny.
Nawet się nie zdziwił, gdy zza starego dębu wyłoniła się ciężka, kocia łapa
Drugie można zamienić na “wychynęła”.
To teraz część “ogólna”: opowiadanie dobrze się czyta, jest wciągające, podobał mi się zabieg ze spleceniem z pozoru różnych wątków, ponieważ angażuje on czytelnika – cały czas czekamy na wyjaśnienie zagadki. Samo wyjaśnienie jest ciekawe i satysfakcjonujące, świat kotów-ogrodników oryginalny (dobrze, że nie psów ogrodnika XD). Ciekawe pomysły, dobre wykonanie, trochę brakowało wyraźnej pointy – no niby jest zakończenie o tajemniczym zielu, ale czułem się, jakby przeczytał wycinek historii, a nie całość. Mimo tego wizyta w tym świecie była całkiem przyjemna i pozostanie w pamięci.
Zgrabne opisy fechtunku i walki, lepsze niż u Sapka, tu mogłem sobie wszystko dokładnie wyobrazić, a nie zastanawiać się jakim cudem coś się udało bohaterowi.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
mojego wzrostu, chyba starszy ode mnie, bo miał całkiem siwą brodę. W szoku myślałem:
Złodziej nie budziłby mnie
Można wyeliminować powtórzenie:
mojego wzrostu, chyba starszy niż ja, bo miał całkiem siwą brodę. W szoku myślałem:
Złodziej nie budziłby mnie
Zjawiłem się, żeby cię uspokoić
Przybyłem, żeby cię nieco uspokoić – eliminuje siękozę i aliterację/rym z cię. Niestety trzeba dorzucić słówko przy takiej korekcie.
opiekunem twojego operatora
Mam problem ze słowem “operator” w takim kontekście. Czy w tym świecie tak określa się chirurga? Czy chodzi o jakąś boską nad-istotę? Pogubiłem się w tym miejscu.
Żeby wszystkie duchy były tak pomocne!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me