W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34510
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34510
Obudził ich znajomy, wilgotny chłód. Mięśnie rwały, ale ten poranek zapowiadał zmianę.
Przyklęknął nad wygaszonym paleniskiem. Patykami wyłuskał z popiołu białe bryły. Żar trawił je dobę. Wrzucił wapno do wiadra. Gniewko patrzył obojętnie, póki woda nie zaczęła bulgotać.
Naczynie wypełnił wściekły syk. Zimna woda zawrzała bez ognia, wyrzucając kłęby pary. Chłopiec odskoczył, zakrył usta. – Naprawdę zagoniliście bogów do wiadra – szepnął z podziwem.

Syk ucichł. Tafla wygładziła się, odsłaniając gęsty osad.
– Reakcja przebiegła podręcznikowo – mówiła z entuzjazmem. – Wynik pozytywny. Hipoteza zweryfikowana. Możemy myśleć o aplikacji polowej.
– Mleko dla Mokoszy gotowe – uśmiechnęła się do chłopca.
Po śniadaniu odrzucił liście skrywające dół. Zanurzył dłoń w masie. Glina chłodziła palce, lśniła gładkością i ustępowała pod naciskiem łatwiej niż wczoraj. Cierpliwość popłaciła.
Zaczął konstruować formy. Rozłupał proste gałęzie na deski i związał ciasno w dwie ramki bez dna. Wymiary narzuciła anatomia. Długość: od nadgarstka po czubek środkowego palca. Szerokość: cztery złączone palce. Wysokość: trzy palce. Tak wyznaczył standard.

Praca ruszyła rytmicznie, wprowadzając ich w trans. Z siłą wbijał gęstą masę w pierwszą formę, ona gładziła wierzch drugiej, zbierała nadmiar. Podrywała ramkę, uwalniając lśniący prostopadłościan, i natychmiast podsuwała mu puste drewno. Zamiana. Ręce mijały się bez słowa. Gotowe cegły lądowały na skraju polany, jedna za drugą.
– Los z nas zakpił – rzuciła, nie odrywając wzroku od dłoni. – Ugniatamy błoto, by postawić piec w jamie. A jeszcze kilka dni temu… – zawiesiła głos – nad filiżanką kawy przeklinaliśmy ryk rakiet. Minęły wieki.
– Nasz fart – skwitował chrapliwie, ocierając czoło przedramieniem. – Ledwo uciułaliśmy na pięćdziesiąte drugie piętro z oknami na kosmodrom. Niska cena za wysokie decybele. Dziś pozostaje darmowa nora w ziemi. Zawsze pod górkę.
– Teraz budzą nas tylko sowy i wilki – odparła.
Wbiła wzrok w linię lasu. – Pamiętasz mój powrót? Lądowanie „Swaroga”. Miasto zamarło w oczekiwaniu na huk i drżenie szyb,
a nowe silniki jonowe posadziły go bezszelestnie. Wtedy wszystko się zmieniło.
– Tak… – pokiwał głową, wpatrując się w glinę. – W jednej chwili hałaśliwe lokum zamieniło się w luksusową enklawę z najlepszym widokiem w mieście.
– Jego wartość skoczyła kilkukrotnie. Posiadaliśmy małą fortunę i całe życie ułożone pod sznurek – dodała z tęsknotą w głosie.
– A teraz? – zawiesił głos, patrząc w niebo. – Swaróg… to bóg, którego musimy prosić o ogień do wypalenia cegieł.
Pchnął kolejną porcję gliny w ramę, jakby miażdżył w niej własny żal.
Pracowali w milczącym skupieniu, czas odmierzał wędrujący cień. Gniewko w tym czasie przywlókł kolejny worek trawy, a potem widłami przewracał wczorajszy pokos. Szelest siana przecinały głuche mlaśnięcia gliny. Każdy znał swoje miejsce w tym pracowitym świecie.
W końcu ostatnia porcja gliny zniknęła w formie. Przed nimi leżało mniej więcej sto równych, wilgotnych cegieł. Wyprężył zesztywniały kręgosłup. Cieszył oczy gotowym dziełem. Zapragnął natychmiastowych efektów.
– Wypalimy je. Dzisiaj! – uciął, a w jego oczach zapłonęła energia. – Setka wystarczy na podmurówkę. Zaczynam znosić chrust. Potrzebujemy całej góry!
Zanim ruszył do lasu, poczuł jej dłoń na ramieniu. – Zaczekaj. Skoro zamierzasz spalić tyle drewna, wykorzystajmy to.
– Wykorzystajmy? Ogień to ogień – odparował. – Potrzebuję temperatury.
– Posłuchaj mnie – powiedziała stanowczo. – Przynoś tylko twarde drewno. Dąb, buk, brzoza. Żadnej sosny, żadnego świerku. Tylko liściaste.
Zmarszczył brwi. – Dlaczego? Co to za różnica?
Spojrzała na niego. Dostrzegł w jej oczach znajomy błysk, który zawsze zwiastował nową ideę. – Zaufaj mi. Ja też mam swój plan.
Ruszył do lasu, wybierając tylko gałęzie, o które prosiła. Po długim czasie cegły przykrył stos drewna.
O zmierzchu stanęli z łuczywem. Spojrzał na nią, skinęła głową. Rzucił płonącą szczapę w głąb chrustu. Suche, liściaste drewno zajęło się natychmiast. Ogień buchnął w niebo, oświetlając ich twarze pomarańczowym blaskiem.

Trwali w uścisku. Blask malował na ich twarzach rozedrgane cienie. Słuchała syku pary dobywającego się z wnętrza stosu. Instynkt inżyniera analizował: gwałtowny żar zmieniał strukturę wsadu. Od planu do czynu – w jeden dzień. Jego cegły i jej projekt.
Zasypiał z uśmiechem. Śnił o twardych blokach – fundamencie nowego domu.