- Opowiadanie: Rejod - Dlaczego moja uczennica zawsze musi robić mi na przekór? Jako Mistrz wymagam dyscypliny, a Zuzanna zdaje się czerpać radość z wyprowadzania mnie z równowagi.

Dlaczego moja uczennica zawsze musi robić mi na przekór? Jako Mistrz wymagam dyscypliny, a Zuzanna zdaje się czerpać radość z wyprowadzania mnie z równowagi.

O czym jest ta historia? Jako młody uczeń, Eryk myślał, że rozumie wojnę. Wykonując rozkaz Naczelnego Maga, kompletnie źle zinterpretował to, co działo się na froncie. Los zakpił z niego trzy razy: najpierw rzucił mu pod nogi niemowlę w rdzawym błocie lazaretu, potem odebrał mu mistrza, a na końcu – w murach zamku – zmusił go, by sam został nauczycielem dla znalezionego dziecka. Dwanaście lat później Eryk jest już potężnym Panem Doliny, władcą, który nie starzeje się ani o dzień. Myślał, że bezpiecznie ukrył Zuzannę przed światem i nią samą. Jednak jeden głupi rówieśniczy zakład sprawia, że dziewczyna sama włamuje się do jego rezydencji, wywołując lawinę, której nie da się już zatrzymać. Czas zacząć naukę magii, za którą płaci się czystym bólem.

Oceny

Dlaczego moja uczennica zawsze musi robić mi na przekór? Jako Mistrz wymagam dyscypliny, a Zuzanna zdaje się czerpać radość z wyprowadzania mnie z równowagi.

Rozdział 1: Teoria błędu krytycznego

 

Szary pył osiadał na spękanych wargach uchodźców, zmieniając każdy oddech czterdziestoosobowej grupy w suche, urywane charczenie. Szli przez pogranicze zniszczonego lasu – miejsca, gdzie kikuty drzew przypominały zwęglone kości wbite w jałową ziemię. Pod stopami kolumny grunt nie ustępował; była to wypalona, lita skorupa. Każde uderzenie podkutego buta o tę powierzchnię niosło ze sobą krótki, agresywny stukot, który nie znajdował echa w martwym powietrzu, lecz natychmiast w nim grzązł. Drewniane osie dwóch wozów skowyczały przy każdym obrocie, a metalowe obręcze kół, natrafiając na luźne kamienie, dzwoniły wysokim, jazgotliwym tonem. Wszyscy zmierzali w stronę Szarej Twierdzy – jedynego punktu na mapie ich serc, który obiecywał bezpieczną przystań.

​Boragan, idący na szpicy, odruchowo zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Nie poczuł jednak znajomego mrowienia. Broń straciła nasycenie; była teraz tylko zimnym, martwym ciężarem. Gdy mężczyzna dobył miecza, usłyszał jedynie piaszczyste, suche tarcie stali o stwardniałą skórę i metalowe okucia pochwy.

​Zwolnił, pozwalając cywilom i pozostałym trzem żołnierzom się mijać, aż zrównał się z idącym na samym końcu Erykiem. Boragan zacisnął usta, patrząc na twarz chłopaka skrytą w cieniu głębokiego kaptura. Mag poruszał się z gracją drapieżnika, która w bolesny sposób kłóciła się z jego młodym wiekiem. Pod zwojami ciężkiego, magicznego materiału, który łopotał na wietrze dodając mu lat, Boragan widział niemal rówieśnika własnego syna. Widział młodzieńcze barki, które uginały się pod ciężarem odpowiedzialności godnej weterana. Nie potrafił pojąć, jak siedemnastolatek mógł emanować tak nieludzkim chłodem i profesjonalizmem, podczas gdy powinien być teraz wszędzie, tylko nie tutaj – na szlaku usłanym trupami.

​Żołnierz, nie przerywając marszu, wyciągnął przed siebie miecz. Eryk drgnął, wybudzony z zamyślenia, i wypuścił z płuc ciężkie westchnienie. Uniósł dłoń. Powietrze wokół stali natychmiast zgęstniało, falując od nagłego skoku ciśnienia. Z palców młodzieńca wystrzeliły oślepiające, złote wyładowania. Z drapieżną furią rzuciły się na głownię, wgryzając się w metal i szukając najmniejszych mikropęknięć, by wypełnić je płynnym światłem. Miecz zawtórował magii wysokim, metalicznym świstem, gdy eter wypalał z niego zanieczyszczenia. Broń wibrowała tak mocno, że żołnierz musiał kurczowo zacisnąć palce na rękojeści, czując, jak potęga maga pulsuje w rytm jego własnego serca.

​– Gdzie staniemy na obóz? – zapytał Eryk. Jego głos był skrajnie zmęczony, ale wciąż brzmiała w nim niezłomna determinacja.

​Boragan rozejrzał się, próbując przebić wzrokiem przeklęty pył – gęstą, szarą zawiesinę pozostałą po starciach magów ze zmorami, która tłumiła barwy świata.

– Jeśli pamięć mnie nie myli, pół dnia drogi stąd jest osada – odparł. – Chaty pewnie spłonęły, ale tamtejszy młyn był z kamienia. Powinien przetrwać atak zmor i nasze kontrataki.

​Widząc, że ostatnia złota iskra stopiła się z metalem, żołnierz schował buchający żarem miecz do pochwy. Eryk nakazał mu wrócić na szpicę, samemu zostając na tyłach, by osłaniać kolumnę. Gdy tylko Boragan oddalił się o kilka kroków, chłopak gwałtownie wypuścił powietrze, tracąc tchu. Dopiero teraz, bez świadków, pozwolił sobie na słabość. Przez jego czaszkę przesunęła się fala tępego bólu, zmuszając go do zaciśnięcia powiek. Każdy oddech stawał się ciężki, jakby pył w jego płucach zamienił się w ołów. To była cena – szybka i bezlitosna zapłata za każdą sekundę eteru wtłoczoną w zimną stal.

​Wziął kolejny głęboki oddech, próbując uspokoić moc wciąż parzącą jego żyły. To fizyczne uczucie płynącej potęgi natychmiast przywołało w jego umyśle wspomnienie dnia, w którym została mu zlecona misja, na której obecnie jest.

​Palący puls eteru w skroniach stał się rytmem bicia serca, ale ból nie należał już do szarego pogranicza. Zapach ołowianego pyłu ustąpił dusznej woni palonego wosku i ciężkiej, niemal dławiącej atmosferze namiotu dowodzenia.

Eryk trwał w głębokim pokłonie, z dłońmi płasko wyciągniętymi na grubym, wełnianym kobiercu. Czoło niemal dotykało miękkiego splotu tkaniny, który pachniał kurzem i starym kadzidłem. Perspektywa chłopaka ograniczała się do powtarzalnego wzoru dywanu i wypolerowanych na wysoki połysk butów mistrza Maksymiliana. Ciężar własnego ciała dusił stawy skokowe, wywołując tętniący ból, który Eryk musiał ignorować w absolutnym bezruchu. Każde drgnienie byłoby zniewagą.

Nad ich karkami Iwan krążył wokół stołu. Ciężka, ciemnogranatowa szata maga bojowego przy każdym kroku ocierała się o stalowy napierśnik, wydając krótki, suchy szelest – dźwięk drapieżnika uwięzionego w zbroi. Dowódca zatrzymał się. Eryk usłyszał cichy, elektryczny trzask, a potem syk uchodzącego gazu. To palec Iwana przeciął błękitną matrycę mapy, która unosiła się nad stołem jak gniazdo świetlistych szerszeni.

– Oddział siódmy. Stracony – rzucił Iwan bez cienia emocji.

Eryk usłyszał metaliczne stuknięcie rękawicy o blat, a potem dźwięk gasnącego ognika. W nozdrza uderzył ostry, niemal bolesny zapach ozonu. Iwan nie patrzył na magów; on po prostu zgniótł w pięści grupę złotych punktów reprezentujących trzystu ludzi. Dla niego nie byli to żołnierze, lecz zbędny szum w obliczeniach.

– Nie ciebie jednak potrzebuję do tego zadania, Maksymilianie – głos Iwana przeciął duszne powietrze namiotu jak tarcie głazu o głaz. – Ty zostajesz na froncie. Twoja moc jest zbyt cenna dla moich linii natarcia, byś marnował ją na eskortę. Ale twój uczeń… ponoć jest już w pełni wyszkolony. On się tym zajmie.

Cisza, która zapadła, była gęsta, pożerana przez ciężkie wełniane kotary. Eryk czuł na karku mrowienie – Iwan przesuwał dłonią nad mapą, ważąc w myślach matematykę śmierci. Wahadło jego decyzji mogło rzucić pięćsetny oddział w paszczę zmor lub zostawić dolinę na pożarcie.

– Zabierzesz tych ludzi do Szarej Twierdzy – rzucił w końcu Iwan z chłodną, urzędową obojętnością. – Nie interesuje mnie, w jakim stanie doprowadzisz tych cywili. Mają po prostu zniknąć z moich oczu. Każda sekunda, w której tu tkwią, to błąd na mojej mapie. Punkt, który nie generuje zysku.Przestrzeń wokół niego wyła

Kroki Iwana zbliżyły się do krawędzi podestu. Deski pod dywanem wydały krótki, stłumiony jęk pod jego ciężarem, a potężny cień dowódcy w hybrydowym pancerzu ostatecznie odciął Eryka od błękitnego blasku matrycy.

– Wstawajcie. Wynocha. I zróbcie to przed świtem.

Dopiero teraz Eryk zaczął prostować zdrętwiałe plecy. Krew z impetem uderzyła w stopy, wywołując kaskadę kłującego bólu, gdy chłopak powoli unosił wzrok. Płomień matrycy zgasł z suchym kliknięciem, zostawiając pod powiekami powidok błękitnych żył frontu. Eryk podniósł się, słysząc, jak w stawach strzelają uwięzione bąbelki powietrza.

Wyszedł za Maksymilianem, mijając wełniane kotary, które na moment przywarły do jego szat niczym martwe dłonie, by po chwili wypuścić go w lodowaty, metaliczny chłód obozowej nocy.

 

​Na zewnątrz powietrze było ostre, przesycone zapachem dymu z ognisk i suchym, metalicznym aromatem nasycanej stali. Maksymilian szedł przodem; jego wysoka sylwetka rzucała długi, łamany cień na błoto udeptane tysiącami stóp. Dopiero gdy odeszli na kilkanaście kroków od namiotu dowodzenia, tam gdzie gwar żołnierzy stawał się tylko jednostajnym szumem, mistrz nagle przystanął.

​Odwrócił się gwałtownie. Jego skórzane karwasze otarły się o wełnę rękawów z suchym, agresywnym chrzęstem. Spojrzał na Eryka, a blask pobliskiego kandelabra wyostrzył każdą zmarszczkę na jego surowej twarzy.

​– Słyszałeś go – zaczął Maksymilian, a jego głos był niski i twardy. – Iwan nie prosi, Iwan wydaje polecenia. Skoro uznał, że jesteś gotowy, to od tej chwili twoje życie zależy od tego, jak szybko ci ludzie znikną z jego mapy.

​Zrobił krok w stronę ucznia, kładąc mu ciężką dłoń na ramieniu. Palce mistrza zacisnęły się na materiale szaty, aż chłopak poczuł nacisk na kość obojczyka. W tym uścisku kryła się gorzka świadomość: mentor wiedział, że na froncie czeka ich rzeźnia, a ta misja – choć upokarzająca – jest jedyną drogą ucieczki dla chłopaka.

​– Cholerna szkoda, Eryk. Sześć lat tłukłem ci do głowy wyższą geometrię eteru, żebyś teraz marnował swój dar na rozpalanie mokrych polan i ogrzewanie zmarzniętych uchodźców. Twoja magia powinna rozrywać fronty, a nie służyć za hubkę i krzesiwo dla cywili. Ale Iwan nie będzie patrzył na twój talent, jeśli to spieprzysz. Jeśli pozwolisz, by ci ludzie zginęli albo uciekli, wymaże cię ze swojej mapy tak, jak te ogniki, które przed chwilą gasił palcem.

​Maksymilian puścił go gwałtownie, a na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny, krzywy grymas – cień szorstkiej troski.

​– A ja nie będę mógł patrzeć Iwanowi w oczy, nie czując wstydu, że zmarnowałem tyle czasu na kogoś, kto nie potrafi przeprowadzić stada owiec przez las. Więc ruszaj. I wracaj tu szybko, kiedy już się ich pozbędziesz. Bez ciebie będzie tu cholernie nudno. Nie będę miał kogo ciągle poprawiać i na kogo narzekać, patrząc, jak beznadziejne i koślawe sploty wciąż robisz.

​Odwrócił się na pięcie, a jego buty mlasnęły w tłustym błocie, zostawiając Eryka samego w ciemnościach między namiotami.

 

Eryk gwałtownie wyrwał się z wizji, a obraz bezpiecznego namiotu Iwana rozpadł się w szarym pyle. Rzeczywistość uderzyła w niego mroźnym podmuchem.

​Ptaki, które jeszcze przed chwilą krążyły nad lasem, zniknęły w jednej sekundzie, jakby połknęła je cisza. Nastał nienaturalny, dzwoniący w uszach bezruch. Konie przy wozach nagle oszalały; zwierzęta zaczęły nerwowo parskać, wbijając kopyta w jałową ziemię z taką siłą, że spod podków sypały się iskry. Jedna z kobiet potknęła się i z głuchym jękiem wpadła prosto na maga. W tej samej chwili temperatura wokół nich gwałtownie spadła – powietrze zgęstniało, a ubrania uchodźców zaczął pokrywać szron, narastający na wełnianych splotach z drapieżnym, suchym trzaskiem.

​Wybuchła panika. Chłopi, nauczeni doświadczeniem ostatnich dni, zaczęli zbijać się w ciasną gromadę, szukając schronienia wewnątrz kręgu wozów. Eryk nie czekał. Uniósł dłonie, a z jego palców wystrzeliły błękitne nici, które z głośnym sykiem splotły się w kopułę tarczy. Natychmiast poczuł cenę tej bariery – w klatce piersiowej eksplodował tępy, miażdżący ból, jakby tarcza wysysała ciepło bezpośrednio z jego płuc.

​Zmora była jednak szybsza. Z szarej zawiesiny pyłu wyłonił się kształt będący zaprzeczeniem materii – kłąb dymnego mroku, z którego wystrzeliła macka o teksturze zastygłego cienia. Pochwyciła uchodźcę za ramię, wbijając się w ciało z mroźnym chrobotem. Boragan dopadł do niej w jednym skoku. Jego miecz, wciąż buchający żarem po nasyceniu, przeciął eteryczne więzy z ogłuszającym skowytem rozdzieranej zasłony. Czarna, dymiąca krew zmory rozprysła się na tarczy Eryka, wypalając w niej dymiące szczeliny.

​Bestia, rozwścieczona oporem, uderzyła całym cielskiem w błękitną kopułę. Siła uderzenia była tak wielka, że Eryka rzuciło na kolana, a lita ziemia pod jego stopami pękła pod wpływem ciśnienia magii. Chłopak poczuł w ustach metaliczny posmak. 

Nie dał potworowi szansy na powtórkę. Zaparł się nogami o zmarzniętą ziemię, napinając mięśnie ud, jakby szykował się na przyjęcie taranu. Skupił cały płonący w żyłach eter w splot uderzeniowy.

Z jego dłoni nie wystrzelił promień światła, lecz słup gęstej, złotej plazmy. Powietrze zaryczało, jakby ktoś wrzucił rozgrzany do białości metal do lodowatej wody. Siła odrzutu była tak potężna, że Eryk poczuł, jak stawy w jego barkach trzeszczą, a podkute buty orzą głębokie bruzdy w twardym gruncie, przesuwając go o pół kroku do tyłu.

Magia uderzyła w środek zmory. Nie przebiła jej – ona ją wyparowała. Dymna struktura bestii zagotowała się i eksplodowała nicością, oświetlając okoliczne kikuty drzew drżącym, termicznym blaskiem. To, co zostało z cienia, wiło się w agonii, dopóki Boragan nie dopadł resztek ścierwa. Żołnierz wbił nasyconą stal prosto w dymiący rdzeń ciemności z suchym, ostatecznym chrzęstem.

Uderzenie było tak niszczycielskie, że kępki trawy wokół maga zamieniły się w popiół, a powietrze zapachniało ostro ozonem i spaloną sierścią. Gdy potwór ostatecznie rozwiał się w pył, w grupie zapanował oszołomiony bezruch.

Eryk dyszał ciężko, trzymając się za pierś. Z jego nosa pociekła gęsta, ciemna krew, kapiąc na zmarzniętą ziemię i roztapiając szron na jego szatach z cichym sykiem. Wyprostował się z trudem i rwanym głosem nakazał:

– Nie zatrzymywać się! Mamy długą drogę, a swąd tej spalenizny zaraz przyciągnie kolejne ścierwa. Ruchy!

– Wycieraj twarz, młody – mruknął Boragan, stając obok niego tak, by zasłonić go przed wzrokiem tłumu. – Cywile nie mogą widzieć, że krwawisz. Dla nich jesteś jedyną rzeczą, która stoi między nimi a tym mrokiem.

 

Pchnięci brutalnym rozkazem ludzie ruszyli przed siebie. Sekundy zlewały się w minuty, minuty w godziny, a ich marsz stał się jedynym rytmem w tym martwym świecie. Żołnierz zerknął na swój miecz – magia nasycona przez Eryka wciąż trzymała się głowni, choć blask nieco przygasł, ustępując miejsca surowej, potężnej gotowości stali.

​W pewnym momencie kolumna zamarła. Z pobliskiej osady, której szkielety chat majaczyły w pyle, dobiegł głośny, suchy trzask. Ludzie wstrzymali oddech, a żołnierze instynktownie zacisnęli dłonie na rękojeściach, lecz okazało się, że to tylko spróchniała belka, która pod własnym ciężarem ostatecznie poddała się gniciu. Ludzie wypuścili powietrze z płuc, a marsz był kontynuowany w jeszcze większym, dławiącym napięciu.

​Podczas podróży Eryk starał się regenerować siły. Szedł z przymkniętymi powiekami, pozwalając, by jego świadomość rozlała się po jałowym gruncie. Czerpał eter z otoczenia – czuł, jak drobne cząsteczki mocy uwięzione w pyle i martwych korzeniach drzew są wciągane do jego wnętrza, wypełniając puste kanały w jego żyłach.

​Przy zmierzchu dostrzegli w oddali młyn. Jego kamienne ściany wydawały się jedynym stałym punktem w tym rozpadającym się świecie. Eryk wysunął się na przód kolumny.

​– Konie do młyna! – zakomunikował rwanym głosem. – Niech chłopi przeszukają zgliszcza wioski za opałem, a potem wszyscy przenoszą się do środka. Ruchy!

​Kiedy ostatni z uchodźców zniknął w cieniu bramy, Eryk zatrzymał się na progu. Obok niego stanął jeden z żołnierzy. Obaj spojrzeli w stronę horyzontu, tam gdzie zostawili front i Iwana.

​Nagle niebo pękło. Z kierunku frontu wystrzelił potężny impuls energii – długi, nienaturalny rozbłysk przypominający piorun, który płonął głębokim fioletem. Światło trwało stanowczo za długo, rzucając na martwy las upiorną poświatę i sprawiając, że cienie ruin stały się nienaturalnie ostre. Żołnierz przełknął ślinę, mrużąc oczy przed fioletową łuną.

​– Co to, na bogów, jest? – zapytał szeptem, w którym drżał czysty lęk.

​Eryk patrzył w miejsce, gdzie fiolet powoli dogasał, zostawiając pod powiekami powidok czerni. Poczuł, jak świeżo odzyskany eter w jego żyłach pulsuje w niepokojącym rytmie.

​– Nie wiem, co to jest – odparł cicho, a jego głos był zimniejszy niż nocny wiatr. – Ale nie wróży to nic dobrego.

​Wspólny wysiłek przy zabezpieczaniu kamiennych ścian pozwolił grupie na chwilę zapomnienia o czyhających w ciemności zmorach, ale oczy Eryka wciąż szukały na horyzoncie kolejnego fioletowego błysku.

Eryk stał przy zaryglowanych wrotach, obserwując, jak ostatnie szczeliny znikają pod ciężarem drewna. Dopiero gdy Boragan potwierdził bezpieczeństwo blokady, mag odwrócił się i powolnym, ciężkim krokiem przeszedł na sam środek młyna. Echo jego butów na kamiennej posadzce uciszyło gwar uchodźców, którzy zdążyli już rozbić prowizoryczne obozowiska wokół kilku niewielkich ognisk. Wewnątrz panował chłód i duszny zapach starej wilgoci, ale przynajmniej nie było pyłu, który na zewnątrz dławił płuca.

​Chłopak zatrzymał się, czując na sobie wzrok wszystkich obecnych.

​– Słuchajcie mnie uważnie – rzucił do wszystkich, a w pomieszczeniu zapadła martwa cisza. – Od tej pory nikt, pod żadnym pozorem, nie wychodzi z młyna. Choćbyście słyszeli za ścianą głosy matek, płacz dzieci albo drapanie w kamień – nie otwierajcie. Jeśli to zrobicie, wpuścicie tu śmierć.

​Zapanował grobowy bezruch. Eryk powoli osunął się na kolana. Wyciągnął przed siebie obie dłonie i z całą siłą przycisnął je do zimnej, chropowatej posadzki. Wziął głęboki oddech, a potem gwałtownie uwolnił eter, który gromadził w sobie podczas marszu.

​Z miejsca, w którym jego dłonie dotykały kamienia, wystrzeliła fala błękitnej potęgi. Nie była to iskra, lecz żywa, płynna moc. Fundamenty młyna odpowiedziały niskim, wibrującym mruczeniem, które ludzie poczuli wprost w kościach. Złociste runy, dotąd uśpione w strukturze magii Eryka, zaczęły wykwitać na podłodze, rozbiegając się promieniście od jego palców niczym pęknięcia w krysztale nasyconym światłem. Błękitna tarcza rozlała się po kamieniu z drapieżną precyzją. Świetliste pasma wspięły się po ścianach, wnikając w każdą szczelinę między blokami, oplatając belki stropowe i nasycając same wrota aurą ochronną. Każdy fragment budynku zaczął emitować delikatną, pulsującą poświatę.

​Gdy kopuła domknęła się pod dachem, powietrze wewnątrz naelektryzowało się tak mocno, że wszystkim obecnym włosy stanęły dęba. Eryk trwał przez moment w pokłonie, a gdy światło run nieco przygasło, powoli cofnął dłonie. Na kamiennej posadzce zostały wypalone dwa wyraźne ślady jego rąk, wciąż żarzące się przygasającym blaskiem.

​Chłopak podniósł się z trudem, walcząc z drżeniem kolan. Jego twarz była trupio blada, a oczy podkrążone od wysiłku. Nie patrząc na nikogo, odwrócił się i ruszył w stronę zacienionego kąta, pod ścianą oddaloną od głównego wejścia. Usiadł tam ciężko na swoim tobołku, opierając potylicę o zimny kamień i przymykając powieki.

​Boragan skinął krótko głową i zaczął wydawać żołnierskie polecenia dotyczące rozdzielania resztek jedzenia i porządku w obozie. Eryk słyszał te głosy jak przez mgłę. Wyciągnął nogi przed siebie, czując, jak z każdą sekundą bezruchu ciało staje się coraz cięższe, a ból w klatce piersiowej powoli tępieje, przechodząc w stan tępego wyczerpania. Musiał odpocząć, zanim noc na dobre wgryzie się w mury młyna.

Wewnątrz młyna życie zaczęło toczyć się własnym, przygaszonym rytmem. Trzask płonącego chrustu i stłumione rozmowy uchodźców wypełniały przestrzeń, tworząc złudną bańkę normalności. Eryk siedział w swoim kącie, czując, jak zimny kamień powoli wyciąga z niego resztki żaru po rzuceniu tarczy.

​Ciszę przerwał cichy szurający dźwięk. Mały chłopiec, może sześcioletni, którego Eryk kojarzył z wcześniejszych etapów marszu jako wyjątkowo ciekawskie utrapienie, zbliżył się niepewnie. Stanął kilka kroków dalej, gapiąc się na żarzące się jeszcze ślady dłoni maga na środku podłogi, a potem przeniósł wzrok na samego Eryka.

​– Panie magu… – zaczął szeptem, wiercąc palcem w dziurawej nogawce. – A to prawda, że magowie nie muszą jeść, bo żywią się błyskawicami?

​Eryk powoli uchylił jedno oko. Spojrzał na dzieciaka z mieszanką rezygnacji i zmęczenia, którą wypracował przez ostatnie dni odpowiadania na podobne rewelacje.

​– Jakbym jadł błyskawice, to pewnie strzelałbym iskrami przy każdym kichnięciu – mruknął Eryk, a kącik jego ust drgnął ledwo zauważalnie. – Nie, jemy normalnie. I teraz oddałbym połowę swoich błyskawic za miskę ciepłej zupy.

​Chłopiec otworzył szerzej oczy, ewidentnie rozczarowany brakiem prądu w jadłospisie.

​– A czy…

​– Idź już, Janku – przerwał mu Boragan, pojawiając się nagle z mroku. Żołnierz położył dłoń na głowie malca i delikatnie pchnął go w stronę ogniska, gdzie jego matka rozdzielała twarde suchary.

​Boragan usiadł obok Eryka, stękając cicho przy zginaniu kolan. Podał mu manierkę z wodą i kawałek suszonej wołowiny, która twardością przypominała podeszwę buta.

​– Dzieciak myśli, że jesteś postacią z legendy – odezwał się żołnierz, upijając łyk wody. – Dla nich to wszystko jest prostsze. Ty świecisz, oni czują się bezpieczni. Nie widzą tego, jak ci się ręce trzęsą po każdym splocie.

​Eryk przyjął manierkę, czując jej zbawienny chłód. Napił się łapczywie, a potem spojrzał na Boragana. Blask ogniska wyostrzał surowe rysy żołnierza, który mimo "luźnej" chwili wciąż nie puszczał rękojeści miecza.

​– To dobrze, że tak myślą – odparł cicho Eryk. – Strach jest gorszy od zmor. Strach sprawia, że ludzie zaczynają robić głupstwa, a na głupstwa nie mamy tu miejsca.

​Przez chwilę siedzieli w milczeniu, żując twarde mięso. W drugim końcu młyna ktoś cicho zanucił jakąś ludową melodię, co brzmiało dziwnie i nierealnie w tej kamiennej klatce.

​– Ten impuls z frontu… – Boragan zniżył głos tak, by tylko Eryk mógł go usłyszeć. – To nie był zwykły splot bojowy, prawda? Widziałem wiele bitew, widziałem jak Iwan rozrywa niebo, ale to… to miało inny kolor.

​Eryk przestał żuć. Wbił wzrok w błękitną linię tarczy pulsującą na ścianie.

​– Nie wiem, co to było, Boragan. Ale eter w tamtej stronie nagle stał się… ciężki. Jakby coś go skaziło. Maksymilian zawsze powtarzał, że magia to matematyka, ale to, co widzieliśmy, wyglądało jak błąd w obliczeniach. Coś, co nie powinno istnieć.

​Boragan pokiwał głową, nie drążąc tematu. Wiedział, kiedy przestać pytać. Wstał, otrzepał spodnie z pyłu i spojrzał na uchodźców.

​– Odpoczywaj, młody. Ja biorę pierwszą wartę przy wrotach. Jak coś zacznie skrobać w barierę, będziesz pierwszym, który się o tym dowie.

 

​Spokój nocy nie pękł – on wyparował w ułamku sekundy. Najpierw nadeszła cisza tak absolutna, że Eryk przestał słyszeć własne tętno, a zaraz po niej uderzyło To.

​To nie był wybuch, lecz fala nienaturalnego ciśnienia, która przetoczyła się przez młyn, jakby sama rzeczywistość gwałtownie się skurczyła i rozprężyła. Błękitna tarcza na ścianach w jednej chwili zmieniła kolor na brudny, chory fiolet. Ludzie padli na ziemię, chwytając się za uszy, choć nie padł żaden strzał. Powietrze stało się gęste, metaliczne i dławiące.

​Eryk poczuł, jak eter w jego żyłach zaczyna wrzeć. To było uczucie, jakby ktoś wpompował mu w kanały energetyczne płynne szkło. Spanikowany, instynktownie sięgnął myślą w stronę frontu, ignorując wszystko inne.

– Mistrzu! Maksymilianie! – krzyczał wewnątrz własnej czaszki, rzucając swoją świadomość w głąb eteru, rozpaczliwie szukając znajomego, szorstkiego splotu mocy swojego mentora.

​Odpowiedziała mu rycząca, czarna dziura, która pożarła jego wołanie. W akcie ostatecznej desperacji Eryk spróbował aportacji. Chciał rozszczepić własną materię i przenieść się bezpośrednio do Maksymiliana. Skupił całą wolę, splótł splot i… utknął. Przestrzeń wokół niego stwardniała jak beton. Zaklęcie nie wypaliło na zewnątrz, ono eksplodowało do środka, w jego własne ciało.

​Mag runął na kolana, a potem na twarz, wijąc się w pyle. Z jego ust wydobył się nieludzki, zdławiony ryk bólu. Ale wtedy nadeszło najgorsze.

​Z mroku lasu dobiegło wycie zmor. To nie był ich drapieżny skowyt – to była czysta, metafizyczna agonia. Las „śpiewał” cierpieniem; był to dźwięk rozdzieranej blachy zmieszany z ludzkim szlochem. Słyszeć, jak twój najgorszy wróg wyje z bólu i zdycha w męczarniach gdzieś w ciemności, było gorsze od jakiegokolwiek ataku. To oznaczało, że w mroku pojawiło się coś, co zabija same koszmary.

​W tym samym momencie wszystko, co Eryk budował, obróciło się w pył. Miecze Boragana i żołnierzy nagle zgasły, stając się zimnym, martwym żelastwem. A potem pękła bariera.

​Cała misternie tkana tarcza rozpadła się na miliony drobnych, błękitno-fioletowych elementów. Wyglądało to tak, jakby niewidzialny gigant uderzył w budynek antymagią. Świetliste runy odrywały się od kamienia z dźwiękiem tłuczonego szkła i wyparowywały. Każdy z tych milionów pękających odłamków był częścią umysłu Eryka. Kiedy tarcza przestała istnieć, chłopak wygiął się w łuk, jakby raził go piorun. To był moment metafizycznej śmierci – nie umierało jego ciało, ale umierało wszystko, czym był jako mag.

​Eryk uderzył głową o posadzkę i zastygł w bezruchu.

​Na zewnątrz wycie zmor ucichło, zastąpione przez absolutną, nienaturalną martwotę. Bez bariery, bez nasyconej stali i z nieprzytomnym magiem na środku, młyn stał się tylko stosem zimnych kamieni. Boragan stał w ciemności, patrząc na swój martwy miecz, a potem na leżącego Eryka. W oczach weterana pojawił się autentyczny, zwierzęcy strach.

​– Eryk… – wychrypiał, ale odpowiedziała mu tylko cisza, która zaczęła „gęstnieć” wokół zaryglowanych drzwi.

 

Boragan stał przez chwilę w milczeniu, trawiąc słowa Eryka o martwej magii. W końcu uniósł rękę i powolnym, niemal flegmatycznym ruchem podrapał się po nieogolonej głowie, a dźwięk szorstkiego zarostu pod jego palcami był w tej ciszy nienaturalnie głośny.

​– Skoro tak… – zaczął, a jego głos odzyskał żołnierską chropowatość. – Skoro mówisz, że magia nie istnieje, a te przeklęte zmory wyzdychały, to nie pozostaje nam nic innego, jak zostać tutaj do zmierzchu. O ile on w ogóle przyjdzie w tej nowej rzeczywistości.

​Spojrzał na swoich ludzi, którzy wciąż wpatrywali się w niego jak w bóstwo, szukając jakiegokolwiek rozkazu, który nadałby ich przerażeniu sens.

​– Słuchajcie! – rzucił głośniej, tak by głos odbił się od zimnych ścian. – Odpoczywamy. Jutro ruszymy w drogę. Wolę zginąć wyspany, niż półprzytomnie biegać po nocy po lesie, którego już nie rozumiem. Zostajemy tutaj na całą noc. Prześpijmy się, o ile to w ogóle możliwe, a jutro rano zobaczymy, co zostało ze świata.

​Boragan odwrócił się do Eryka i spojrzał na niego z czymś, co przypominało szorstkie współczucie. Wiedział, że dla chłopaka utrata magii jest jak amputacja obu rąk.

​– Siadaj, młody – mruknął, wskazując na tobołek. – Nie ma już tarczy, której musiałbyś pilnować. Twoje sploty i tak diabli wzięli. Teraz musisz po prostu przetrwać jako człowiek.

​Ludzie, uspokojeni rzeczowym tonem żołnierza, zaczęli powoli opadać na swoje legowiska. Nikt nie rozmawiał. Strach zamienił się w ciężką, ołowianą rezygnację. W młynie znów zapanował spokój, ale był to spokój grobowy. Brakowało tego niskiego, błękitnego mruczenia bariery, do którego zdążyli przywyknąć. Teraz chroniły ich tylko kamienie i drewniane rygle – martwe przedmioty w martwym świecie.

​Eryk osunął się pod ścianę. Przymknął oczy, ale pod powiekami wciąż widział te miliony pękających odłamków tarczy. Próbował odruchowo sięgnąć po eter, by choć trochę rozgrzać zmarznięte palce, ale natrafił tylko na pustą, lodowatą próżnię. Boragan miał rację. Musiał nauczyć się żyć w ciszy.

​Noc trwała, a fioletowa poświata za oknami nie ciemniała, ani nie jaśniała. Czas stał się tak samo martwy jak magia.

 

​Minęły dwa dni, odkąd światło eteru zgasło, a czas przestał mierzyć się wschodem i zachodem słońca. Niebo zastygło w brudnym fiolecie, który nie dawał cienia ani jasności, zmieniając krajobraz w jednostajną, szarą martwotę.

​Eryk i Boragan szli na przedzie kolumny. Chłopak nie nosił już kaptura tak głęboko; jego twarz, choć wciąż młoda, wydawała się wykuta z tego samego kamienia, co mury opuszczonego młyna. Nie było w nim już aury mocy, tylko surowe wycieńczenie.

​– Dwie doby – mruknął Eryk, patrząc na horyzont, który nie przybliżał się ani o krok. – Żadnej zmory. Żadnego skowytu w nocy. Nawet te przeklęte ptaki przestały krążyć. To nie jest normalne, Boragan. Teren pod stopami… czujesz to? Jest bardziej jałowy niż dwa dni temu. Jakby ziemia oddawała ostatnie resztki wilgoci w nocy, której nikt nie widział.

​Boragan splunął pod nogi. Szary pył natychmiast oblepił wilgoć, tworząc brudną grudkę. Żołnierz poprawił pas ciężkiego miecza, który od dwóch dni był tylko martwym kawałkiem stali.

​– Może i nienormalne, ale wolę tę martwotę od rozrywania gardeł – odparł żołnierz, próbując nadać swojemu głosowi cień optymizmu. – Spójrz na to z innej strony, młody. Zostały nam cztery dni do Szarej Twierdzy. Jeśli tempo się utrzyma, niedługo powinniśmy natrafić na pierwsze placówki. Patrole z twierdzy zapuszczają się głęboko na pogranicze.

​Eryk nie odpowiedział. Patrzył na swoje dłonie, które odruchowo zaciskały się i prostowały, szukając splotów, których już nie było.

​– Jeśli magia umarła, to co napędza Twierdzę? – zapytał cicho. – Ich mury, ich zapasy, ich systemy obronne… wszystko opierało się na eterze. Boragan, co jeśli dotrzemy na miejsce i zastaniemy tylko kolejne cmentarzysko?

​Boragan zatrzymał się na moment i położył ciężką dłoń na ramieniu Eryka. Nie było w tym geście już dystansu między żołnierzem a magiem. Byli tylko dwoma ludźmi idącymi przez pustkę.

​– To wtedy wymyślimy coś innego. Na razie idziemy. Dopóki nogi nas niosą, a z tyłu mamy czterdziestu ludzi, którzy wierzą, że wiemy, co robimy, Twierdza stoi. Rozumiesz? Musi stać.

​Ruszyli dalej. Pod ich stopami wypalona skorupa ziemi zaczęła pękać w dziwny, regularny sposób, tworząc wzory, które Erykowi przypominały koślawe, martwe sploty geometrii eteru

Trzeciego dnia od opuszczenia bezpiecznych murów młyna, kolumna dotarła do bezimiennej osady. Chaty stały nienaruszone, choć ich dachy pokrywała gruba warstwa martwego, fioletowego nalotu. Nie było tu widać śladów walki ani obecności zmor. Panowała jedynie ciężka, duszna cisza, która stała się stałym elementem nowego świata.

​Boragan uniósł dłoń, zatrzymując wozy na środku wiejskiego placu. Eryk, idący obok niego, odruchowo próbował wyczuć jakąkolwiek sygnaturę eteru, ale natrafił tylko na tę samą, lodowatą pustkę co zawsze.

​– Sprawdzić budynki! – rzucił krótko Boragan.

​Żołnierze rozbiegli się po najbliższych chatach. Po kilku minutach jeden z nich wybiegł z największego budynku, machając rękami i krzycząc na całe gardło:

​– Są! Tutaj! Zapasy z Twierdzy! Pełne skrzynie!

​Boragan i Eryk natychmiast ruszyli w tamtą stronę. W sieni budynku, pod grubą warstwą kurzu, stało kilka ciężkich, okutych skrzyń. Na ich wiekach widniał wypalony symbol Szarej Twierdzy – stylizowana brama wpisana w romb. Dwóch żołnierzy wspólnymi siłami wywlekło jedną z nich na zewnątrz, podczas gdy Boragan podważył wieko toporkiem.

​– Suszona wołowina, twardy chleb i solone ryby – stwierdził Boragan, wyciągając szczelnie zawinięty pakunek. – Nasi tu byli. Wygląda na to, że urządzili tu punkt przerzutowy, zanim wszystko szlag trafił.

​W grupie uchodźców nastąpiło gwałtowne poruszenie. To nie była tylko radość z jedzenia, to był dowód, że cel ich podróży faktycznie istnieje i wysyłał tu swoje oddziały. Ludzie rzucili się do pomocy przy rozładowywaniu kolejnych skrzyń, a dźwięk łamanego chleba i odgłosy przeżuwania wyparły dzwoniącą w uszach ciszę. W osadzie zapłonęły ogniska, dając złudne poczucie normalności.

​Eryk usiadł na progu chaty, powoli gryząc kawałek słonej ryby. Czuł, jak żołądek kurczy się pod wpływem posiłku, ale jego wzrok wciąż błądził po martwym horyzoncie.

​– Widzisz ich? – Boragan usiadł obok, opierając łokcie o kolana. – Myślą, że skoro znaleźliśmy skrzynie z Twierdzy, to Twierdza wciąż stoi i czeka na nich z otwartymi ramionami.

​– Bo jedzenie to dla nich jedyna prawda, jaką są w stanie pojąć – odparł cicho Eryk, patrząc na symbol bramy na porzuconej skrzyni. – Pełny brzuch sprawia, że przestają patrzeć w to fioletowe niebo. Ale te zapasy zostały tu zostawione. Ktoś je przyniósł i nie zabrał ich ze sobą. Albo uciekali w takim popłochu, że liczył się każdy kilogram, albo…

​– Albo nie było już kogo karmić – dokończył Boragan, patrząc prosto w oczy maga. – Ale nie mów im tego. Niech jedzą. Jutro czeka ich najtrudniejszy odcinek drogi.

​Siedzieli w milczeniu, obserwując, jak grupa odzyskuje siły. Ludzie rozprostowywali kości, matki poprawiały ubrania dzieciom, a żołnierze po raz pierwszy od wielu dni odłożyli broń na bok, by swobodnie zjeść posiłek. Przez moment, pośród opuszczonych chat, można było ulec złudzeniu, że porządek świata wciąż trwa. Ale Eryk wciąż czuł w żyłach brak pulsującej mocy, a pod powiekami miał obraz pękającej tarczy, której żadne zapasy nie były w stanie przywrócić.

​Eryk przełknął ostatni kęs słonej ryby, czując, jak błogi ciężar w żołądku pozwala mu na sekundę odrętwienia. Spojrzał na Boragana, chcąc coś powiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach.

​W ciszy martwego świata coś drgnęło. Najpierw poczuł to w zębach – wysoki, piskliwy ton, który w ułamku sekundy przeszedł w ogłuszający skowyt. Pustka w jego żyłach, dotąd martwa i lodowata, nagle eksplodowała płynnym ogniem. Eter nie wrócił powoli; on uderzył w Eryka jak taran, rozrywając tamę, która trzymała się przez ostatnie trzy dni.

​– Boragan… – zdążył wychrypiał, ale jego głos został zdławiony przez nagły trzask wyładowania.

​Wokół chłopaka powietrze pękło. Niewykorzystany splot teleportacji, który trzy dni temu został uwięziony w strukturze jego ciała wewnątrz młyna, nagle odzyskał impet. Eryk poczuł potworne szarpnięcie, jakby niewidzialna dłoń złapała go za kręgosłup i próbowała wycisnąć przez dziurkę od klucza. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy świat wokół niego rozmazał się po raz pierwszy.

​Uchodźcy zamarli z kawałkami chleba w dłoniach. Widzieli, jak mag zostaje brutalnie ciśnięty o ścianę chaty, by w następnej milisekundzie zniknąć w rozbłysku fioletowych iskier i pojawić się dziesięć metrów dalej, na środku placu. Eryk wymiotował czystym eterem; z jego oczu i ust wydobywało się oślepiające, błękitno-fioletowe światło.

​– Co się z nim dzieje?! – wrzasnął Boragan, rzucając się w jego stronę, ale kolejna fala uderzeniowa powietrza odrzuciła weterana na wóz, aż zatrzeszczały deski.

​Eryk przestał czuć ziemię. Przestał czuć własne ciało. Zaklęcie aportacji zaczęło nim rzucać w niekontrolowanych, desperackich skokach. Raz widział przerażone twarze dzieci, sekundę później pnie martwych drzew, by za ułamek sekundy znaleźć się wysoko nad dachami osady.Powietrze wokół niego implodowało z dźwiękiem pękającego lodu, a każdemu przeskokowi towarzyszył suchy, elektryczny trzask, jakby gigantyczne nożyce rozcinały napięte płótno rzeczywistości, rozdzierana przez splot, który trzy dni temu stracił swoje matematyczne współrzędne.

​Stracił poczucie góry i dołu. Widział tysiące rwań w rzeczywistości: wnętrza chat, twarz Boragana wykrzywioną w bezsilnym krzyku, fioletowe niebo, które teraz zdawało się wsysać go do środka. Każdy skok był jak uderzenie obuchem w potylicę. Czuł, jak jego tkanki są rozrywane i składane na nowo w ułamkach sekund.

​W końcu nastąpił finałowy wstrząs. Eryk poczuł, jak eter w jego żyłach dokonuje ostatecznego, potężnego wyładowania. Wszystko zniknęło. Ludzie w osadzie zobaczyli jedynie potężny słup światła, który wystrzelił w niebo w miejscu, gdzie przed chwilą stał mag, a potem zapadła jeszcze głębsza cisza niż wcześniej. Eryk zniknął całkowicie, zostawiając po sobie jedynie zapach ozonu i wypaloną dziurę w ziemi.

​Dla maga czas przestał istnieć. Czuł tylko nieskończony pęd i parzący chłód próżni. A potem nagły, brutalny opór materii.

​Ostatnie, co zarejestrował jego gasnący umysł, to potworny ból w barku i trzask łamanych gałęzi. Uderzył o twardą, mokrą ziemię z siłą, która wyrzuciła całe powietrze z jego płuc. Przez ułamek sekundy widział jeszcze przed sobą potężny, czarny zarys murów, które nie przypominały niczego, co znał, a potem ciemność ostatecznie go pochłonęła

 

Koniec
Nowa Fantastyka