Trochę karkołomny eksperyment, ale krótki, to może da się przełknąć. :)
Bardzo jestem ciekawa, co myślicie...
Trochę karkołomny eksperyment, ale krótki, to może da się przełknąć. :)
Bardzo jestem ciekawa, co myślicie...
Ranek był rześki, odświeżające powietrze, jeszcze nieogrzane słońcem, już wibrowało od budzących się pszczół, much i ptasich trelów.
Wrzycimłot rozprostował członki, przeciągając się i ziewając, machnął ogonem kilka razy o ziemię i, jak to krasnolud, przeczesał palcami brodę. Posłuchał chwilę głosu ptactwa, powspominał puszczę i jej leśne koncerty, beknął głośno dla poprawy trawienia, po czym udał się do rzeźni, gdzie czekało na niego parę wężołaków do sprawienia i dzikzwierz do poćwiartowania.
Wkrótce słoneczko ogrzało wiosenny dzień na tyle, by przysiąść przed chałupą i pogrzać stare kości. Nie słoneczka, lecz rzeźnika, rzecz jasna. Parobek Jasnygwint przyniósł Wrzycimłotowi piwo, od którego od razu poprawił mu się humor.
– A ty, czego tak stoisz? Robota sama się nie zrobi! – Zerknął na parobka niechętnie.
– Dzień taki piękny, to chciałem nieco ciepła zaznać, jak wy.
– Kości masz młode, to grzać nie ma po co. Jak będziesz w moim wieku, to będziesz mógł.
– A ile macie lat? – Jasnygwint nie ruszał się z miejsca.
– Ze sto trzydzieści wiosen będzie, a może więcej.
– My, ludzie, tyle nie żyjemy!
– To tym bardziej bierz się za skubanie śpiewonków, bo jeszcze nie zdążysz przed śmiercią, a zostawiać pracę innym to największy grzech! – krzyknął krasnolud kpiąco.
– Lecę już, lecę. Nie ma co się naśmiewać – burknął Jasnygwint i zniknął.
Wtedy właśnie dzień zaczął się wydawać idealny. Wrzycimłot przymknął na chwilę oczy, wsłuchał w dźwięki natury i przeraźliwie fałszującego parobka nucącego w rzeźni: „Daj monetę rzeźnikowi, żmijołaka wnet obrobiii, jak posknerzysz wierzbysynie, jad gadziny cię nie minieeee”.
Zaczęło to w końcu Wrzycimłota denerwować, a Jasnygwinta przeciwnie. Tutaj już stanowczo odmawiam, jako narrator, dalszej oceny stanu psychicznego bohaterów, to ciągłe domniemywanie mnie męczy. Odtąd, czytelniku, podaję tylko fakty.
Faktem było, że ktoś nadchodził.
Drogą zbliżał się karczmarz Grogun i jego pomocnica Niezabudka. Wrzycimłot usłyszał, jak kłócą się między sobą i uchylił jedno oko. Nie wiem, czy był zły, czy zawiedziony przerwanym odpoczynkiem. Przecież nie jestem wszechwiedzący. Domyśl się sam, czytelniku.
Podeszli bliżej i kłótnia razem z nimi.
– Myślisz, że jak tupniesz kopytkiem, to wszystko będzie po twojemu? Mowy nie ma!
– Grogunie, nie musi być po mojemu, ale musi być porządnie!
– Wrzycimłot, powiedz jej!
– Co mam powiedzieć? – chciał wiedzieć krasnolud.
– Że beczek na piwo nie szoruje się zbyt często!
– To prawda! Potem piwo ługiem jedzie! Pić się nie da!
– Czy wiesz Wrzycimłocie, co on ma na myśli, mówiąc „niezbyt często”?! – krzyknęła Niezabudka i zamachała rękoma w sprawiedliwym oburzeniu.
– Właściwie to nie… – odburknął Wrzycimłot nierad, bo nie przepadał za faunką, a Groguna lubił i wolał trzymać jego stronę.
Oczywiście, nikt nie pyta narratora, czyją stronę on chciałby trzymać. Przecież autor by się zmęczył.
– Raz na pełny cykl natury! Tak nie można! Piwo dolewa się co chwilę, beczki są stare, a niedawno widziałam, karczmarzu, jak ukradkiem wyciągasz martwego szczura z tej przy wejściu. Dlatego chciałam ją wyszorować! Istoty to piją!
– Szczura? – niedowierzał Wrzycimłot.
– Tak! Szczura! – triumfowała Niezabudka, biorąc się pod boki.
Grogun rozłożył ręce w geście: „sam widzisz.”
– Nie wiedziałem, Grogunie, że takie rarytasy u ciebie. Długo się moczył?
– Tydzień. I nie wyciągałem go ukradkiem. To przysmak nad przysmaki!
– A piwo po nim lepsze! – wykrzyknął krasnolud z entuzjazmem. – Masz jeszcze?
– Wylała, jak zobaczyła szczura. Całą beczkę wylała, za stodołą. Nie wiem, kto jej pomógł.
Ja wiem, ale nie powiem, podroczę się, a co!
– Wylała!? – oburzył się krasnolud. – Jak to?! Całe?
– Całe – westchnął karczmarz. – Szczura zdążyłem schować i uwędzić, ale piwa nie ma.
Niezabudka straciła na chwilę pewność siebie. Na małą chwilę.
– Tylko wam piwo w głowie! A beczkę wyszorowałam i teraz czyściuteńka!
– Ługiem jedzie! Taką beczkę zmarnowała, drożdże to już same z siebie tam buzowały, niczego nie trzeba było dodawać, a teraz, co? Na zmarnowanie poszły – powtarzał Grogun.
Wrzycimłot nie wiedział, co powiedzieć. Ja bym wiedział, (jako narrator), ale autor się po prostu nie wysilił.
Cholera, obiecałem fakty.
Niezabudka odwróciła się tyłem do karczmarza, założyła ręce na obfitej piersi i uniosła podbródek. Już nie muszę pisać, co czuła, prawda? Dobry jestem!
Wrzycimłot patrzył chwilę, zniesmaczony, aż w końcu zapytał karczmarza:
– Z tym do mnie szliście?
– Nie – odpowiedział Grogun i westchnął. – To wyszło po drodze. Beczka mi zniknęła i spytałem, czy nic nie widziała, jakiegoś złodzieja, czy co. No i się zaczęło. Do ciebie z czym innym.
– No? – zapytał krasnolud.
– Sprawę mamy.
Nie jestem wprawdzie wszechwiedzący, nie wiem nawet dlaczego, ale wiem, że krasnoludy leśne ogoniaste to bardzo wrażliwe są. Wiedzieliście? Nasz Wrzycimłot od razu pomyślał, że żenić się chcą i go na świadka poproszą. Pojęcia nie mam, dlaczego tak pomyślał, ale to krasnolud, wiadomo. Wzruszył się od razu.
Cholera, miały być tylko fakty. Autor sobie jedzie jak cepem po zbożu.
– Nie spodziewałem się – rzekł wzruszony (wiem, że już wiemy) Wrzycimłot.
– Czego? – nie zrozumiał Grogun. – Że przyjdziemy do ciebie, czy że Niezabudka musi do stolicy się udać.
Ha! Nie spodziewaliście się, co? Ja też nie.
– W czym problem? – zapytał skołowany nieco krasnolud. – Niech jedzie.
– Ona chce jechać z Konserwą! Tym przybłędą, co u Jarzębichy mieszka!
– No, to się nie godzi, żeby z takim chłystkiem jechała!
– No, właśnie!
– Ja tu jestem! – wrzasnęła Niezabudka, odwracając się do dyskutujących przyjaciół. – I zrobię, jak mi się żywnie podoba!
– A kto mi będzie w karczmie pomagał? – nie wytrzymał Grogun.
– A tu cię boli? Nie moje bezpieczeństwo, tylko brak rąk do pracy! Jeszcześ mi nie podziękował, że ci beczkę wyszorowałam!
– I nie podziękuję! Tyle piwa się zmarnowało! A pójdziesz z Konserwą, to kogo innego do pomocy wezmę!
– A bierz! Pewnie tego tu Młotka weźmiesz, będzie ci piwo wypijał szybciej niż klienci!
– Ten tu Młotek, jak go nazwałeś, z tobą do stolicy pojedzie!
Wrzycimłot chciał się oburzyć, ale nie zdążył. Wkroczyłem i opisałem Niezabudkę. Byłem po prostu szybszy!
Gniew dodał jej rumieńców, pierś unosiła się w sprawiedliwym oburzeniu, warkocze podskakiwały w rytm ruchów głowy. A ja coraz mniej interesowałem się tą sceną. Gdzie tu sens, gdzie dramat? Autor coś napomyka o długiej powieści, ale ja się na to nie pisałem. To miał być szort! Nie tak się umawialiśmy.
Właśnie dowiedziałem się, że autor to autorka. Można się było tego spodziewać, ale jednak jestem zaskoczony. Oszukano mnie. Zrywam współpracę. Nie będzie żadnych negocjacji. Mam swoją dumę, małą, ale mam. No, dobrze, może pomyślę, ale tylko jeśli będę w przyszłości wszechwiedzący.
Jakiś zysk musi być.
Dla porządku. Wrzycimłot pojechał z Niezabudką do stolicy i nic dobrego z tego nie wynikło. Ha!
A mi się ten Twój eksperyment bardzo spodobał, Bliźniaczko.
Scenka sama w sobie przyjemnie absurdalna, w dodatku okraszona osobliwymi bohaterami. Niemniej, osią króciaka jest garść nieporozumień pomiędzy narratorem i autorem (Autorką, przepraszam!).
A to jest zwyczajnie złoto:
Wrzycimłot nie wiedział, co powiedzieć. Ja bym wiedział, (jako narrator), ale autor się po prostu nie wysilił.
Cóż więcej mogę napisać? Lubię burzenie czwartej ściany, eksperymenty i absurd. A przede wszystkim zawsze chętnie sięgam po Twoje teksty i tym razem również się nie zawiodłem.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Hej JolkaK,
kapitalny kawałek – bardzo fajny i udany eksperyment.
Szort zabawny, świetne imiona bohaterów i dobra historyjka ze szczurem w beczce.
Gratuluję pomysłu i wykonania.
Klikam
rr
Jolu,
napisałaś bardzo solidny tekst właściwie o niczym, co więcej, tak planowałaś. Jak to pięknie nic nie opowiada! A w ogóle pomysł oddzielenia narratora od autorki jest świetny i właściwie czyni go bohaterem. Każdą, najprostszą scenę potrafi ubogacić.
Klikam za nieoczywistość i pozdrawiam!
cezaryx2, biorąc pod uwagę, że mamy bliźniacze gusta… też lubię tą dodatkową ścianę i wiem, że ona tam jest i korci mnie zawsze, żeby ją tknąć, to tutaj sobie zaszalałam :D Dzięki za komentarz i cieszę się, że się podobało! Dzięki za klika!
Robercie, jak miło, że wpadłeś i przeczytałeś! Cieszę się, że eksperyment się udał, zawsze mnie korci, żeby tego narratora też wciągnąć do historii, on taki zaniedbany zwykle jest… :D Super, że jest kliczek! Dziękuję!
Beeeecki, no, tak, to właściwie fabuły wiele nie ma! :D Ze szkoły mi zostało w głowie, że narrator to nie autor a podmiot liryczny… no takie głupoty. :) Wielkie dzięki za klika! Super, że podeszło! Doceniam! :)
Pozdrawiam zimowo (ale nie zimno)!
Cześć JolkaK,
To pierwszy Twój tekst jaki mam przyjemność czytać i muszę przyznać, że zrobił wrażenie. Koncept na narratora jest przemyślanie, powoli wdrażany i osiąga kolejne stopnie absurdu.
Ha! Nie spodziewaliście się, co? Ja też nie.
– jestem fanem tego momentu, od niego zaczynam wątpić już w jakąkolwiek fabułę tego opowiadania.
I skłania to do refleksji: ile tu w zasadzie jest bohaterów? I czy może być więcej niż jeden narrator w tekście?
Uwielbiam teksty skłaniające do refleksji.
Gratuluję i pozdrawiam:-)
Jako czytelnik odmawiam zachowania powagi.
https://www.wattpad.com/user/Pankovski