w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/edytuj/34399
w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/edytuj/34399
Najpierw przywitał ich chłód. Daleki od rześkości zapamiętanej z dawnego życia. Lepki, wilgotny ziąb przez całą noc wżerał się w kości. Nie puszczał, nawet gdy pierwsze, nieśmiałe promienie słońca malowały szarością wejście do chaty. Kolejna noc w tych ścianach uderzyła z bezlitosną siłą, powtarzając koszmar poprzedniej. Sen nie przyniósł wypoczynku, a jedynie zdrętwienie i tępy ból w plecach.
Nie rozpalali ognia wewnątrz. Jedna próba nauczyła ich wszystkiego: duszący, gryzący dym wypełnił ciasną przestrzeń w kilka chwil. Zaczynali jednak rozumieć, dlaczego miejscowi lekceważyli szarą zasłonę kłębiącą się pod dachem, zanim uciekła przez niewielki otwór.
Taką cenę płacili za ciepłą noc. Ten koszt wciąż ich przerastał. Kaszel, łzawiące oczy i strach przed płomieniem liżącym darniowy strop skuteczniej odgradzały od ognia niż pragnienie ciepła.
Ból i ziąb ustąpiły miejsca innej, bardziej palącej potrzebie. Odzyskana świadomość wyostrzyła węch; zapach uderzył w nich ze zdwojoną siłą. Wewnątrz, obok chłodu, gęstniał kwaśny, mdlący odór choroby. Woń niestrawionych resztek, potu i ludzkiej niemocy przesiąknęła ich ubrania, włosy i legowisko.
Poruszyła się pierwsza, siadając z bolesnym jękiem. Włosy, sztywne i matowe, opadały jej na ziemistą twarz. Spojrzała na swoje dłonie, potem na męża.
– Nie wytrzymam – szepnęła ochryple. Słaby głos brzmiał determinacją. – Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej. Muszę to z siebie zmyć.
Skinął głową. Doskonale ją rozumiał. Zamiast zwykłej higieny szukała utraconej godności.
– Rzeka – odparł krótko.
Chłopiec już czuwał. Skurczony przy wygasłym, zimnym palenisku, obserwował ich spod przymkniętych powiek.
Obserwował ich powrót.
Choroba złamała ich, sprowadziła do poziomu brudnych, skomlących istot. Przez dwa dni to jego siła trzymała ich przy życiu.
Dziś rano jednak, mimo bladości i smrodu choroby, odzyskiwali dawne rysy. Zaciśnięte usta Agnieszki, twarde spojrzenie Roberta – wszędzie dostrzegał tę dziwną, dorosłą siłę. Odrzucili bezradność.
Kiedy zaczęli się zbierać, podniósł się bez słowa.
Wyszli z chaty, mrużąc oczy w bladym świetle poranka. Ona zebrała sztywne od zaschniętych nieczystości szmaty, zawijając je w tobołek ze wstrętem. On wziął wiadro i zgarnął do niego popiół z ogniska.
Nad rzekę szli powoli. Każdy krok przywoływał świeże wspomnienie męki. Choroba wypatroszyła ich z siły, nie oszczędzając niczego. Ich mięśnie, skatowane przez wielogodzinne skurcze, bolały tępym, uporczywym bólem przy każdym ruchu. Skóra swędziała nieznośnie, błagając o wodę.
Gniewko szedł kilka kroków za nimi. Milczał, obserwował ich ruchy – zgarbione sylwetki, ostrożne kroki dwojga starców.
Rzeka, niedawne źródło choroby, dawała teraz szansę na oczyszczenie. Nurt rwał wartko, a woda w porannym cieniu czerniała lodowato.
Zrzucili ubrania. Mężczyzna wszedł pierwszy. Lodowaty bicz prądu smagnął go po nogach. Zadrżał, tłumiąc wyrwany z piersi okrzyk, i mocno zacisnął zęby. Kobieta ruszyła za nim, wzdrygając się pod wpływem nagłego zimna. Przez chwilę trwali w bezruchu, zgięci wpół; czekali, aż szok minie, a ciała przywykną do temperatury sprawiającej fizyczny ból.
Każdy ruch ranił. Woda parzyła lodowatym dotykiem. Każdy skurcz mięśni protestował przeciwko temu nowemu atakowi. Jednak świadomość tego, co mieli na skórze, dręczyła ich mocniej niż zimno. Szorowali się popiołem z desperacją, ścierając naskórek. Czerwień i ból zapowiadały upragnioną czystość. Zamiast kąpieli dla przyjemności odprawiali bolesny egzorcyzm. Stali w lodowatym nurcie, drżąc na całym ciele, zmywając z siebie smród, wstyd i upokorzenie ostatnich dwóch dni.
Potem przyszła kolej na ubrania – zadanie jeszcze trudniejsze.
Rozwinęła tobołek na brzegu; odór zaschniętych nieczystości uderzył w nich z nową siłą. Przez chwilę się wahała, twarz wykrzywił jej grymas obrzydzenia. Bez słowa wziął od niej pierwszą szmatę i zanurzył ją w nurcie.
Klęcząc na ostrych, wilgotnych kamieniach, próbowali sprać z materiału ślady choroby. Materiał stawiał opór, sztywny od zaschniętego brudu. Lodowata woda z trudem rozpuszczała plamy. Tarli materiał o kamienie, aż dłonie zdrętwiały i pobielały, tracąc resztki czucia. Ale nie przestawali. Każda sprana plama przynosiła ulgę, jakby wraz z brudem schodził z nich ciężar ostatnich dni.
Gniewko stał na brzegu. Obserwował dwoje dorosłych – jeszcze niedawno tryskających siłą, teraz trzęsących się z zimna nad brudnymi łachmanami.
Skończyli przemarznięci do szpiku kości, lecz wreszcie czyści.
Wrócili do obejścia. Każdy znał już swoją rolę. Poranna rutyna kotwiczyła ich w tym nowym, niepojętym świecie. Gniewko bez słowa poszedł otworzyć zagrody. Wypuścił świnie i kury, by żerowały w okolicy, a krowę i kozy zaprowadził na pobliski ugór. Robert ruszył w stronę lasu, by zebrać chrust na ognisko. Agnieszka zaś poszła do spichlerza, przyniosła stamtąd kilka pomarszczonych brukwi.
Usiedli na kłodzie obok ogniska, wyciągając zdrętwiałe dłonie w stronę płomieni. Czekali, aż warzywa rozgotują się.
Chłopiec, nie podnosząc wzroku zadał pytanie. To najważniejsze, które od dwóch dni nie dawało mu spokoju i potwierdzało jego inność.
– Ale… – zaczął, jąkając się. Bał się tego pytania. – Ale ja też piłem. Tę samą wodę. Z rzeki, z wiadra. I nic mnie nie bolało.
Podniósł na nią wzrok pełen przerażenia. – Czemu mnie… czemu mnie nigdy nic nie bierze? Inni umierają, chorują. A ja nie. Czy we mnie siedzi zło?
Zrozumiała. Własne zdrowie obciążało go niczym dowód winy. Posłała mu słaby, czuły uśmiech. – Nie, kochanie. To nie tak – powiedziała cicho. – Widzisz… ty stąd pochodzisz. Urodziłeś się tutaj, piłeś tę wodę od małego. Twój brzuch ją zna.
– Zna wodę? – Gniewko zmarszczył brwi.
– Tak. A my jesteśmy obcy. Nasze brzuchy nie znały tej wody. Muszą się dopiero z nią… zapoznać.
Gniewko zamilkł, wpatrując się w ogień. Ta myśl wydała mu się zupełnie nowa i dziwaczna.
Zapoznać się z wodą? Zdumienie odebrało mu głos. Poznawanie wody? Przecież ona nic nie mówi, tylko moczy i płynie. Znowu wydawali mu się dziwni. Mówili o wodzie niczym o żywej osobie wymagającej powitania. Wyjaśnienie przyniosło jednak ulgę. Czuł, że zło w nim nie siedzi. Jego ciało po prostu należało do tej ziemi; ich ciała wciąż stawiały opór.
Siedzieli przed ogniskiem, łapiąc każdy ciepły powiew. W tej ciszy, mąconej jedynie trzaskiem drewna, odezwał się Robert.
– Długo tak nie wytrzymamy – powiedział cicho, ale dobitnie, patrząc w ogień. – Zima przyjdzie szybciej, niż nam się wydaje. Musimy wykorzystać ten czas, żeby zbudować nowy dom. Prawdziwy. Szczelny, ciepły i taki, w którym będziemy mogli się ogrzewać, paląc wewnątrz.
Uniosła na niego wzrok. W zmęczonych, podkrążonych oczach na chwilę zapłonęła iskierka ciekawości. – Zaintrygowałeś mnie, inżynierze – odparła, a w jej głosie pobrzmiewała nuta dawnej przekory. – Widzę, że twój umysł nie przestaje pracować. Masz już gotowy plan i… czy obejmuje on wykopanie studni? Odtąd przy każdym łyku przypomnę sobie, co przeszliśmy.
Spojrzał na nią gwałtownie. Trafiła w sedno – w największy, cichy lęk, który kiełkował w nim od wczoraj. – Studnia… – westchnął ciężko, przecierając twarz dłońmi. – Aga, studnia oznacza coś więcej niż głębszą dziurę w ziemi. To potężny projekt inżynieryjny.
Zaczął gestykulować, ożywienie wróciło do ruchów. – Nie mamy pojęcia, jak głęboko zalega woda. Może to trzy metry, a może piętnaście. Głębszy wykop niesie ze sobą ryzyko zawalenia ścian. Musimy wzmacniać je drewnem… Każdą belkę trzeba dopasować idealnie. Bez gwoździ, bez tartaku. Tylko pożyczona siekiera i nasze ręce…
Umilkł na chwilę, przytłoczony ciężarem własnych słów. – Szczerze? Brak mi pomysłu, jak zacząć z naszym marnym sprzętem.
Gniewko, mieszając w garnku, najpierw słuchał jednym uchem. Ale gdy padły słowa o kopaniu, łyżka zastygła mu w dłoni.
Kopać… po wodę? Woda płynęła przecież w rzece. Każde dziecko to wie. Ziemia skrywała jedynie korzenie, kamienie i ciemność. Sposób na wydarcie jej wody pozostawał niepojęty.
A potem przyszła myśl dużo gorsza.
Pod ziemią rozciąga się Nawia. Tam płynie woda martwa i gorzka, napój cieni. Każdy, kto jej skosztuje, przybiera barwę trupa.
Przełknął ślinę i spojrzał na mężczyznę niczym na świętokradcę. Czy oni zamierzali dokopać się aż tam, do samego dołu? Do królestwa Welesa, gdzie on pasie swoje stada?
Wykopią dziurę, by ukraść wodę. Weles kradzieży nie wybaczy. Ześle chorobę, burzę albo coś gorszego. Przyśle swojego wielkiego Żmija. Wypełznie z tej ich dziury, z sykiem, który odbiera oddech.
Przeraził go ich całkowity brak lęku. Leczyli choroby jedząc węgiel z ogniska. A teraz chcieli zabrać wodę Welesowi. Zdawali się potężni albo szaleni.
Nieświadomi burzy szalejącej w głowie chłopca, planowali własne bezpieczeństwo i przyszłość.
Milczała przez chwilę, trawiąc jego słowa. – Ale bez niej podejmujemy ciągłe ryzyko – rzuciła sucho. – Więc? Jaki masz plan?
Wziął głęboki oddech; inżynier zwyciężał w nim przerażonego rozbitka.
– Priorytety. Najpierw przetrwanie zimy, potem luksus czystej wody.
Uśmiechnął się lekko. Sięgnął do ogniska po trzy gliniane kulki.
– Spójrz, to eksperyment. Pierwsza kulka, z samej gliny, popękała. Druga, z gliny, piasku i trawy, wygląda na całą, ale spójrz… – wziął kulkę i z łatwością skruszył ją w palcach. – A trzecia… powstała z gliny i piasku. zyskała twardość kamienia.
Ujęła przedmiot, zaskoczona ciężarem i solidnością gliny. Uderzyła nią lekko o kamień – rozległ się czysty, dzwoniący dźwięk.
– Gliny i piasku mamy pod dostatkiem – kontynuował pewnym głosem. – Źródło odkryłem, kopiąc ten nasz… intymny zakątek twojego imienia. – Mrugnął do niej, a ona, po raz pierwszy tego dnia, odwzajemniła się szerokim, szczerym uśmiechem, który na chwilę przywrócił jej dawną twarz.
– Z gliny i piasku zrobimy cegły – mówił dalej, wykładał swój plan niczym mapę prowadzącą do ocalenia. – A z cegieł zbudujemy piec. Prawdziwy piec z kominem, żeby dym uciekał na zewnątrz, a nie dusił nas w środku. Nad rzeką natnę trzcinę. Zbudujemy z niej gruby dach, szczelniejszy od darni, zatrzymujący ciepło wewnątrz. Wzmocnimy też ściany naszej ziemianki; obecne kruszeją i sypią się pod palcami. Stworzymy miejsce do życia, a nie tylko do przetrwania.
Skończył i spojrzał na nią wyczekująco. Z oczu zniknął ślad zwątpienia, ustępując miejsca nadziei – twardej, realnej niczym gliniana kulka w jej dłoni.
– Dobrze – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Co robimy dzisiaj?
– To chyba ten moment by zrobić bilans otwarcia. Pokaż nam swoje gospodarstwo. Wstał zwracając się do chłopca. – Z inwentarza żywego mamy krowę, sześć kur, dwie świnie i trzy kozy… – Dlaczego krowa nie daje mleka? Gdzie cielę? – dociekał.
– Cielak zdechł. Ojciec chorował, a ja nie umiałem pomóc. – spuścił głowę zawstydzony, winny.
– No trudno. Chwycił go za ramię dodając mu otuchy. – To nie twoja wina. Prowadź na pole.
Stanęli przed polem. Chłopiec wskazał pas ziemi ciągnący się pod linię lasu. – To nasze. Od wielkiego kamienia, aż do krzywej brzozy.
– Ile tego jest? – mruknęła Agnieszka.
– Na oko? Dwieście na dwieście? Nie, dwieście na trochę więcej… Ile to daje? Cztery, pięć hektarów? – szacował inżynier.
– Całkiem sporo. – Ale entuzjazm szybko z niej uleciał. Kucnęła i roztarła grudę ziemi w palcach. Pył. Szary, martwy.
– Wygląda gorzej niż nędznie – bezlitośnie oceniła zagon zboża. Zboże sięgało jej do połowy łydki. Cienkie źdźbła straciły głęboką, woskową zieleń. Płowiały, uciekając w stronę żółci. Rośliny rosły rzadko, pomiędzy nimi panoszyły się chwasty.
– Żyto – wyjaśnił, widząc jej minę. – Ojciec siał jesienią.
– Jakie tu macie plony? – zainteresował się. Wziął kłos, roztarł go w dłoniach, wydmuchał plewy, zobaczył cztery zielone ziarna.
– My tu umrzemy z głodu. To nie rolnictwo, a zbieractwo wspomagane. Starucha miała rację. Albo poznamy las i rzekę albo… skończymy w tej ich Nawii.
– A tam? – wskazała na drugi, równie wielki pas ziemi, na którym rosła trawa i osty. Krowa i kozy pasły się leniwie.
– To odpoczywa. W zeszłym roku tam rodziło. – Teraz śpi – odpowiedział chłopiec.
– Połowa ziemi leży odłogiem? Dlaczego?
Gniewko cofnął się o krok, zaniepokojony jego tonem. – Bo… Mokosza… zmęczyła się rok temu. Musi odpocząć.
– Czekaj – szepnęła. Jej oczy, dotąd krytyczne, nagle rozbłysły. Spojrzała na ugór, potem na nędzne żyto, a potem na męża.
– Racja – powiedziała głośno. – Dwupolówka. Eksploatują ziemię do granic, a potem zostawiają ją na rok, żeby naturalna flora bakteryjna i rozkład resztek choć trochę ją zregenerowały. Ale to za mało. Stąd ta mizeria żyta. –Musimy zacząć karmić Mokoszę. Powiedziała do chłopca.
W ciszy, która zapadła po tym wyroku, rozległ się głośny, szumiący dźwięk. Wszyscy troje odruchowo odwrócili głowy. Na ugorze, tuż obok nich, stała ich jedyna krowa. Z zadartym ogonem, z błogim wyrazem pyska, oddawała mocz potężnym, spienionym strumieniem prosto w kępę ostu. Szum cieczy uderzającej o ziemię niemal hipnotyzował… Ostry zapach ciepłego moczu uderzył ich w nozdrza, aż odwrócili głowy. Zamarła. Zignorowała odór. Patrzyła na parującą kałużę, która wsiąkała w piach. W jej mózgu przeskoczyła iskra, potężna i ożywcza – kopia tego nagłego deszczu.
Odwróciła się do nich gwałtownie. – Szybkie pytanie ankietowe. Ile wynosi wasza dobowa diureza?
Robert zamrugał. – Że co?
– No, Ile sikacie.
– Nie wiem.
– Policzmy ostrożnie. Ja półtora, ty dwa, młody litr. Razem od czterech do pięciu litrów na dobę. Mamy doskonały nawóz. Od dziś sikamy do wiadra, a dwójeczka do dziury.
Widział jej umysł wchodzący na wyższe obroty; milczał, gdy zaczęła krążyć i analizować.
– Rozcieńczymy to w stosunku 10:1 i wylejemy na pole.
Chłopiec wpatrywał się w nią z przerażeniem. – Siki? Na jedzenie?
– Oto pokarm dla Mokoszy – rzucił mężczyzna. – Pij dużo wody. Stajesz się fabryką nawozów. Chłopiec skrzywił się z obrzydzeniem; wizja Matki Natury raczącej się uryną odcisnęła wyraźny ślad na jego twarzy.
– STOP! To bez sensu, pole przerasta nasze możliwości. Optymalizujemy projekt!
Zaczniemy od małego zagonu, powiedzmy dziesięć na dziesięć kroków; tam poprowadzimy intensywną uprawę. Wygospodarujmy taki kawałek w obejściu. – No co tak stoicie… za mną.
Mężczyzna i chłopiec wymienili zaskoczone, choć rozbawione spojrzenia, po czym posłusznie ruszyli za nią.
– Patrzcie na te chaszcze. Wskazała kawałek obejścia między spichlerzem a płotem. Urtica dioica – pokrzywa. – Skoro tutaj tak urosła to, nasze warzywa również powinny się udać… jeśli o nie zadbamy. – Mój drogi, już zaprzyjaźniłeś się z łopatą, musisz przekopać ten kawałek a to zielsko wrzuć w bruzdy.
W spichlerzu pachniało kurzem i pleśnią. Worki ze zbożem czekały na przebranie; obok leżał jeszcze jeden, z nieznaną zawartością. Zanurzyła dłoń w środku. Wyciągnęła garść szarej masy przypominającej brudny, kanciasty żwir. Przyjrzała się im z bliska, obracając jedno w palcach. – Co to jest? – mruknęła, marszcząc brwi. Rozłupała ziarno paznokciem, powąchała. – Skrobia… zapach fasolowaty. – Należą do rodziny bobowatych. Jakaś wyka? Dziki groszek? – wahała się.
– Peluszka – podpowiedział cicho chłopiec. – Ojciec dawał świniom. Gorzka. Ludzie jej nie jedzą.
– W tym roku będą jedli – ucięła. – Groch polny. Nieważne, jak smakuje. Białko, czysta siła. Poza tym wiąże azot w glebie. Spojrzała na męża. – Musimy wysiać to na ugorze. Wszystko.
Spróbował podnieść wór. Stęknął. – Trzydzieści kilo. Na ile to starczy? – Wyjrzał na ogromny, zarośnięty ugór. – Chcesz sypać prosto w darń? Czy ja i moja nowa przyjaciółka łopata mamy przekopać cały ten obszar? Padnę przy trzecim rzędzie.
– Wykopiemy tylko dołki pod nasiona… Groch szybko rośnie, może zagłuszy chwasty – zastanawiała się na głos.
Zatrzymał wzrok na ścianie, gdzie na drewnianym kołku wisiało stare, zakurzone radło. Podszedł do niego i spojrzał na nią z ukosa, mrużąc oczy w ironicznym grymasie. – Dasz radę to pociągnąć?
Zamrugała, patrząc na niego jak na wariata. – Słucham?
– Pytam, czy masz uprawnienia na prowadzenie ciągnika – rzucił, opierając się o rączki urządzenia.
Parsknęła śmiechem, kręcąc głową. – Chyba ci słońce zaszkodziło. Ja mam to ciągnąć?
Spoważniał, choć w kącikach jego oczu wciąż czaił się cień rozbawienia. Wskazał ręką na łąkę za chatą. – Ty przejmiesz stery. Poprowadzisz krowę, ja zajmę się radłem, a Gniewko zajmie się siewem i zadeptywaniem ziarna.
– Krowa jako ciągnik… – spojrzała na zwierzę. – No dobrze. Ale uprzedzam: debiutuję w tej roli.
– Spokojnie. Nie pierwszy raz, robimy coś pierwszy raz.
Zdjęła spod dachu woreczki. Przesypywała nasiona w dłoniach, badając ich kształt i strukturę.
– To kapustne – mruknęła do siebie, dotykając językiem nasion. Gorzki, ostry smak potwierdził jej przypuszczenia. – Brassica. Ale która? Kapusta?
– Ojciec mawiał: „Rzepa rychło wschodzi, głodnemu w lecie dobrze schodzi” – wtrącił chłopiec.
– Szybko rośnie? Szybki plon, ratunek. – Ucieszyła się.
Kolejne nasiona, większe i szorstkie, należały do tej samej rodziny. Prawdopodobnie brukiew.
W następnym worku znalazła nasiona duże, płaskie, jasne. Nie musiała pytać.
– To znam. Bób. Czyste białko. Fabaceae. Musimy tego użyć w pierwszej kwaterze. Czosnek, cebula.
Widziała prymitywne nasiona – formy sprzed wieków ludzkiej selekcji. Mimo obcej formy, w środku pulsowało to samo życie, na którym znała się jak mało kto.
Czuł słońce na plecach. Dłonie, owinięte workiem w zastępstwie rękawicy, zaciskał na drewnianym trzonku łopaty. Pokrzywy – ten nieszczęsny „dowód” żyzności gleby – parzyły z wściekłością, tworząc zbitą masę wrośniętą w twardą ziemię. Wbił łopatę w ziemię. Ostrze ze zgrzytem ześlizgnęło się po kamieniu, a siła odrzutu wstrząsnęła jego zbolałymi nadgarstkami. Włożył w pchnięcie całą wagę, a potem użył łopaty niczym dźwigni, by oderwać pierwszy kawałek zbitej darni. Rozrywał dłońmi bryłę, wytrząsał ziemię z korzeni, które odrzucał za siebie. Mimo narastającego zmęczenia postępował powoli. Nie potrafił odpuścić – obiecał jej ten ogródek, jej nowe laboratorium.
Uśmiechnął się do siebie, mimo piekącego bólu.
Ona panuje nad życiem. Prawdziwa gwiazda biologii.
W sterylnym laboratorium opracowywała genetycznie modyfikowane, super-wydajne rośliny. Zmieniała sekwencje DNA. Projektowała idealny cykl ekologiczny dla księżycowej kolonii, zmieniając każdy odpad w cenny surowiec.
Sikamy do wiadra, a dwójeczka do dziury. Rozpierała go duma. W kilka dni przeszła drogę od upokorzenia w krzakach do uznania fekaliów za cenny nawóz.
Ona projektuje życie, on tworzy mu grunt.
Parzące niedawno pokrzywy czekał rozkład i rola nawozu. Zmieniały się w biomasę.
Odnosił wrażenie, że z ziemi wydobywa głównie kamienie.
– Obiad! – dobiegło z oddali.
Z trudem się wyprostował. Odłożył łopatę. Odniósł zaledwie częściowe zwycięstwo.
Ze spichlerza wziął stare wiadro i ruszył w stronę ich intymnego zakątka. Rola fabryki nawozu czyniła z niego parodię dawnego, higienicznego życia.
Wodnista, pozbawiona smaku zupa z brukwi przynajmniej grzała żołądek. Za najcenniejszą walutę uchodziły tutaj kalorie, nie smak. Skromne zapasy wymagały ścisłego wyliczania porcji.
Po posiłku wstała, otrzepując dłonie. – Dobrze. Koniec teorii. Zajmiemy się praktyką. Wybiorę coc na pierwszy siew.
Mężczyzna tymczasem wrócił do pracy. Przekopał już szeroki pas zagonu. Każde wbicie łopaty w twardą darń przywoływało ból całego ciała. Ból i pot wyznaczały mu miarę postępu. Krok po kroku, wbrew ostrym kamieniom i splecionym korzeniom, zamieniał surową ziemię w ogród intensywnej uprawy.
Gdy słońce zaczęło się kryć za lasem, odłożył łopatę. Przed nim czerniał gotowy płat ziemi – prostokątny, spulchniony, idealny. Wyprostował się, czując wyczerpanie, ale i triumf.
– Wystarczy na dziś – powiedział, podchodząc do nich.
Wysiłek i wieczorny chłód oczyściły mu głowę. Poszli nad rzekę. Woda, choć nadal lodowata, nie wydawała się już tak wroga. Rytuał zmywania kurzu i brudu dnia dorównywał wagą porannemu egzorcyzmowi.
Stanęli przed płotkiem latryny. Zapadła niezręczna cisza.
– No dobra, ja pierwsza. – Weszła do środka. Oni czekali obok w milczeniu.
– Słuchajcie, tak się nie da. Słyszę was i nie mogę.
Robert parsknął śmiechem, a za nim Gniewko, który zakrył usta dłonią. Chłopiec wydał z siebie cichy, zduszony, lecz szczery śmiech.
Usłyszeli jej strumień w wiadrze, wyszła po chwili. Teraz wasz wkład w złoty deszcz.
Po wszystkim mężczyzna zmieszał czystą wodę z moczem.
Podeszli do świeżo przekopanego zagonu pośród gęstych chaszczy.
Wyznaczyli równe rzędy, w które starannie wsypywała pojedyncze ziarna.
Pracowała w całkowitym skupieniu; paznokcie zastąpiły dawną pęsetę, a brudna ziemia wyparła sterylne laboratorium. Widział w jej ruchach dawną precyzję.
Patrzył na nią zauroczony. Śledził dłonie wyjmujące nasionka z woreczka i palce przysypujące grządkę. Celebrowała powrót do pracy, do aktu tworzenia życia, choć palce musiały zastąpić sekwencer genów.
Obserwował, ją pochyloną nad grządkami. Mimo wycieńczenia widocznego w podkrążonych oczach, zachowała absolutną uwagę. Świat wokół niej znikał, ustępując miejsca maleńkim, obiecującym ziarenkom. Materiał koszuli napinał się na jej plecach i pośladkach, gdy pochylała się nad ziemią.
Poczuł dziki, pierwotny – czysty przypływ pożądania. Ta walka o każdy oddech i każdą kalorię czyniła ją nieodparcie piękną, potężną. Należała do niego, a duma z jej siły niemal go rozsadzała.
Zauważyła jego wzrok; speszyła się i wyprostowała plecy.
– No co? – zapytała.
– Nic, nic. Siej – odpowiedział nagle poważnym, niższym głosem. Patrzył na swoją kobietę; duma mieszała się w nim z fizycznym, palącym pożądaniem.
Podszedł do zagonu i z największą ostrożnością rozlewał złoty deszcz na świeżo zasiane grządki.
– Smacznego, Mokoszo – szepnął, wylewając ostatnią, cenną kroplę.
Stali objęci, wpatrzeni w przekopany pas. Widzieli w nim swój pierwszy, realny skok technologiczny.
Zamiast prowadzić walkę ponad siły z przekopywaniem pola pokrzywy, mogli wydobyć muł znad brzegu rzeki (przy okazji, zapewne, obrażając wszystkich mitologicznych mieszkańców tejże). Ułożyć na wpół spróchniałe kłody wzdłuż siebie na tym polu pokrzyw. Potem wsypać muł między kłody, nieco zmieszać z leśną ściółką żeby nie był tłusty, i mają samo-nawożący się system na około 5-10 lat, dopóki nie rozłożą się kłody. Pokrzywy i tak zgniją pod spodem., warzywa sięgną do nich korzeniami.
No i brakuje im płotu antyzwierzowego, trochę obawiam się o zbiory w kolejnym rozdziale, chyba że to taka rozmyślna pułapka na kuraki/dziki :)
Zaczynali jednak rozumieć, dlaczego miejscowi lekceważyli szarą zasłonę kłębiącą się pod dachem, zanim uciekła przez niewielki otwór.
Zdanie mocno “przekombinowane”. Skoro przeszkadzał im dym, to dlaczego zaczynali rozumieć? Rozumiem (albo nie) intencje: miejscowi woleli się krztusić, ale mieć ciepło w domu, czy o to chodziło?
i strach przed płomieniem liżącym darniowy strop
Nie przesadzajmy, wysokość ogniska reguluje operator ogniska. Jeśli zamierza usnąć, może dobrać wielkość opału i dystans między opałem tak, by paliło się wolno i nisko. Operatorzy, którym nie wyszło, nie przekazywali dalej genów 
Słaby głos tętnił determinacją.
Zbyt ryzykowna metafora jak dla mnie.
Zamiast zwykłej higieny szukała utraconej godności.
Słowo “zwykłej” nic nie wnosi poza tym, że rozprasza
Choroba zostawiła w nich tylko wydrążone skorupy
Metafora metaforą, ale logika tutaj poległa. Choroba podrzuciła im jakieś wydrążone skorupy do środka?
Skóra pod ubraniem lepiła się od zaschniętego potu, swędziała i błagała o wodę.
Zrzucili przepocone, brudne ubrania
Co akapit ładujesz czytelnikowi do głowy, że się spocili i byli brudni. Takie przypominanie jest irytujące i odnosi skutek przeciwny do zamierzonego.
Każda sprana plama oznaczała małe zwycięstwo – odzyskanie choćby okrucha kontroli nad własnym losem.
Domyślam się, jaki efekt Autor chciał osiągnąć – pokazać, że pranie było heroicznym wysiłkiem. Moim zdaniem osiągnął efekt przeciwny, tzn. sztucznego patosu.
Czekali, aż warzywa rozgotują się.
Takie zakończenie zdania jest traktowane jako rusycyzm, wystarczy przestawić “się”. Co i tak nie sprawi, że czytelnik odzyska apetyt: rozgotowane, bleee
Tak. A my jesteśmy obcy. Nasze brzuchy nie znały tej wody. Muszą się dopiero z nią… zapoznać.
Gniewko zamilkł, wpatrując się w ogień. Ta myśl wydała mu się zupełnie nowa i dziwaczna.
Nie uwierzę, że mieszkańcom wioski ta zasada była obca. Umiejętność odróżniania wody pitnej od pitnej-tylko-raz była dość podstawowa. Rodzice go nie uczyli, którą wodę warto pić, a którą nie? Skoro umarli, może nie, nagroda Darwina murowana :)
Sposób na wydarcie jej wody pozostawał niepojęty.
To jakaś wioska przeklęta pod względem technologicznym. Ok, trzeba przyznać, że Słowianie istotnie pod względem pozyskiwania wody byli na początku leniwi i stosunkowo późno zaczęli osiedlać się w miejscach pozbawionych źródła lub potoku, gdzie musieli wybudować studnie. Czy to znaczy, że sama idea budowy studni była im obca? Nie sądzę. Wystarczy wykopać głębszy dołek w wilgotnej ziemi i widać rezultaty. Gniewko jest dzieckiem. Czyżby już zapomniał, jak się taplał w błocie (bo wiele zabawek chyba nie miał)?
Więc? Jaki masz plan
Brakuje znaku zapytania
Pierwsza kulka, z samej gliny, popękała. Druga, z gliny, piasku i trawy, wygląda na całą, ale spójrz… – wziął kulkę i z łatwością skruszył ją w palcach. – A trzecia… powstała z gliny i piasku. zyskała twardość kamienia.
Nie mam siły szukać w poprzednich opowiadaniach, ale wydaje mi się, że kulka z trawą nie miała piachu.
odwzajemniła się szerokim, szczerym uśmiechem, który na chwilę przywrócił jej dawną twarz.
Intencje zrozumiałe, wykonanie językowo trochę gorsze.
Z inwentarza żywego mamy krowę, sześć kur, dwie świnie i trzy kozy…
W tamtych czasach dość zamożna rodzina.
Chłopiec wpatrywał się w nią z przerażeniem. – Siki? Na jedzenie?
Akurat tę zasadę ludzkość znała od tysięcy lat. Pominę Rzymian, którzy moczem bielili togi i zęby, a w miastach celowo rozdzielano urynały i latryny. Nie róbmy ze Słowian idiotów. Już i tak ucierpieli w tej serii :)
Chłopiec skrzywił się z obrzydzeniem; wizja Matki Natury raczącej się uryną odcisnęła wyraźny ślad na jego twarzy.
Na wszelki wypadek, gdyby czytelnik nie zauważył wcześniejszego zdania o sikach.
Mój drogi, już zaprzyjaźniłeś się z łopatą, musisz przekopać ten kawałek a to zielsko wrzuć w bruzdy.
“Zaraz, zaraz, ale dopiero co chorowałem, ledwo żyję, trochę empatii, kobieto!”
“Jestem Agnieszka Zrodzona z Burzy, z krwi starej Valyrii. Wezmę to, co mi się należy!”
– Krowa jako ciągnik… – spojrzała na zwierzę. – No dobrze. Ale uprzedzam: debiutuję w tej roli.
Ojej, to tak można? Ale na Instagramie tego nie było!
Widziała przed sobą nasiona wyglądające obco i prymitywnie – formy sprzed wieków selekcji – lecz kryjące w sobie tę samą chemię.
Zdanie zbyt zagmatwane, czytelnik może tonąć w domysłach, do czego odnosi się ta chemia… co nie wnosi wiele do akcji, a tylko wybija z rytmu.
Rozcieńczymy to w stosunku 10:1 i
Unikamy takiego zapisu!
Podszedł do zagonu i z największą ostrożnością rozlewał „Złoty deszcz” na świeżo zasiane grządki.
Wszyscy zalecają, żeby odstawić na dobę, a dopiero potem podlewać.
Chciałem to mam 
mogli wydobyć muł […]
najwyraźniej nie było ich na tej lekcji surwiwalu
Operatorzy, którym nie wyszło, nie przekazywali dalej genów “
no właśnie, nie podjęli tego ryzyka.
Co akapit ładujesz czytelnikowi do głowy, że się spocili i byli brudni.
przejrzę jeszcze raz
Umiejętność odróżniania wody pitnej od pitnej-tylko-raz była dość podstawowa. Rodzice go nie uczyli, którą wodę warto pić, a którą nie?”
jednak śmiertelność spowodowana brudną wodą była wysoka…
Pierwsza kulka, z samej gliny, popękała.[…]
. tak się kończą edycje. doprecyzuję to.
Ok, trzeba przyznać, że Słowianie istotnie pod względem pozyskiwania wody byli na początku leniwi [..] Czy to znaczy, że sama idea budowy studni była im obca?
bliskość rzeki mogła ich rozleniwić ale wchodzimy im w głowę i snujemy domysły.
Pominę Rzymian
to jednak inny poziom rozwoju…
Nie róbmy ze Słowian idiotów. Już i tak ucierpieli w tej serii
ich gospodarowanie było bardzo ekstensywne. Dwupolówka dopiero co zastąpiła wypalanie.
Zaraz, zaraz, ale dopiero co chorowałem, ledwo żyję, trochę empatii, kobieto!
miałem z tym problem ale… życie na każdym kroku stawia przed nami nowe wyzwania… nawet te niewykonalne ;-)
Ojej, to tak można? Ale na Instagramie tego nie było!
korzystamy z dostępnych zasobów, dokonujemy własnych drobnych odkryć, nieświadomie łamiemy tabu.
Wszyscy zalecają, żeby odstawić na dobę, a dopiero potem podlewać.
kolejna lekcja surwiwalu, którą ominęli.
No i brakuje im płotu antyzwierzowego,
ogródek mają w ogrodzonym obejściu.
dzięki za twoje uwagi.
z jednej strony chciałem im dowalać co akapit nowym doświadczeniem ale nie czułem się z tym dobrze i trochę bałem się, że ich szybko zabiję. Trochę im odpuściłem dając czas na adaptację.