Opowiadanie napisane do obrazu Anny Słoncz, pt: Strażnica Potępionych
Obraz na końcu opowiadania.
Wulgaryzmów jest bardzo mało ale zaznaczyłem.
Opowiadanie napisane do obrazu Anny Słoncz, pt: Strażnica Potępionych
Obraz na końcu opowiadania.
Wulgaryzmów jest bardzo mało ale zaznaczyłem.
Dźgał ją nożem raz za razem. W końcu przestała się bronić, jej ciało zwiotczało. Wiedział, że straciła przytomność. Podniecony seksualnie i w bardzo dobrym humorze przestał. Zostawił ją, by się wykrwawiła, a potem rzucił się biegiem w gęsty las, kierując w stronę parku. Przedarł się przez krzaki, aż dotarł do niewielkiej ścieżki, która zaprowadziła go blisko przystanku autobusowego. Gdy nadjechał jego autobus, wsiadł i kupił bilet, następnie usiadł na jednym z wielu wolnych siedzeń. Autobus świecił pustką, bo godzina była bardzo wczesna.
Trasa do domu trwała ponad pół godziny. Gdy wysiadł, kupił jeszcze w kiosku gazetę i ruszył do swojego mieszkania, znajdującego się na nowym osiedlu, w niedawno oddanym do użyteczności budynku na drugim piętrze.
Gdy już był u siebie, rozebrał się i rzucił gazetę na stół, potem zaczął przygotowywać sobie śniadanie. Chwilę później posilając się jajecznicą i bułką z szynką posmarowaną masłem czytał artykuł o sobie na pierwszej stronie.
„Seryjny morderca zaatakował siódmy raz…”
– Kurwa – zaklął, bo w artykule bardzo dobrze opisali jego ubiór i sylwetkę.
„Miałem szczęście, że nikt mnie dzisiaj nie rozpoznał” – pomyślał – „koniecznie muszę zmienić swój wygląd, może nawet przestać zabijać na jakiś czas”.
Po śniadaniu wyciął artykuł z gazety i wkleił do pamiątkowego zeszytu. Resztę dnia spędził zwyczajnie, nie wychodząc z domu. Dodał wpis w dzienniczku, oglądał różne filmy w telewizji, bo miał wykupiony pakiet obejmujący bardzo dużo programów. Czytał sensacyjną książkę, przeglądał internet. Obiad i kolację zamówił telefonem.
W końcu późnym wieczorem położył się i zasnął.
&
Spał twardym snem, gdy nagle coś go obudziło. Nie miał pojęcia, dlaczego w jego pokoju było bardzo gorąco. Na radio budziku godzina wskazywała trzecią czterdzieści jeden.
W pokoju było ciemno, ale przed nim pojawiło się jasne koło, niczym dziura w ciemności. Minęły może trzy sekundy i dziura powiększyła się ogarniając wszystko. Ujrzał teraz zamiast ścian pokoju ogromną przestrzeń, pod nim bulgotała jasnoczerwona lawa. Daleko przed nim znajdował się czarny zamek.
Cztery wielkie skrzydlate istoty przypominające budową nietoperze, leciały w jego stronę.
„Trafiłem do piekła” – pomyślał przerażony.
Szpony skrzydlatych stworów zacisnęły się na jego ramionach i rękach, potem uniosły do góry. Leciał nad morzem lawy w stronę zamku, przerażony tym, że mogą go puścić.
Budowla była ogromna. Posiadała wiele strzelistych wież, a zbudowano ją z czarnego kamienia. Przed wejściową bramą znajdował się duży plac pokryty szarym piaskiem.
Stwory postawiły mordercę na skraju placu i odleciały. Zszokowany rozglądnął się. Popatrzył na dół, na bulgoczącą lawę, która tworzyła małe fale, jak woda w morzu przy niedużym wietrze.
Ruszył w stronę bramy zamku.
Gdy znalazł się przed wielkimi mosiężnymi drzwiami, z jednego z okien, dwa piętra wyżej wyjrzała jakaś uśmiechnięta twarz.
Ten ktoś pomachał mu i zniknął.
Po chwili drzwi się otwarły i w wejściu ukazał się wyjątkowo dziwaczny, szkaradny stwór. Miał dwie głowy, trzy ręce i pięć nóg. Mordercy, wydało się, że to kilka osób zrośniętych ze sobą jak bliźnięta syjamskie. Sylwetka dziwoląga była duża i muskularna.
Zaraz po nim pojawił się człowiek, ten sam który mu machał z okna. Wyraźnie szczęśliwy ze spotkania, uściskał bowiem mordercę i przedstawił się.
– Mam na imię Kuba.
– Ja Michał – odparł morderca. – Czy jesteśmy w piekle?
– Bynajmniej. Zaraz ci wszystko powiem. Chodź może coś zjemy? Zapraszam cię na wino i przekąskę.
Kuba ruszył po schodach, a za nim podążył Michał. Zamczysko w środku okazało się dość ciemne i ponure. Oświetlone jedynie pochodniami, umocowanymi na pokrytych mchem, wilgotnych ścianach. Morderca zauważył gdzieniegdzie wiszące na suficie nietoperze. W pewnym momencie obok nóg przebiegły mu dwa duże szczury.
Schody skończyły się i znaleźli się w dużym holu. Kuba prowadził dalej, aż weszli do średniej wielkości izby, w której znajdowały się drewniane stoły i takież same krzesła.
– Siadaj! – powiedział człowiek do mordercy, robiąc samemu to samo.
Następnie głośno zawołał:
– TARENDKA!!! MAMY GOŚCIA!!!
I zwrócił się do Michała:
– Dziewczyna zaraz przyniesie jakieś żarcie. A więc powiedz mi dlaczego się tu znalazłeś?
– To ty miałeś mi to powiedzieć – odparł zbity z tropu morderca.
Ten się roześmiał i pytał dalej:
– Ilu ludzi zabiłeś?
– Ośmioro. Czyli jednak z tego powodu tu jestem?
– Tak z tego. Widzisz to miejsce to taki hotel dla seryjnych morderców i innych złoczyńców. Wybudowano go na polecenie samego Lucyfera. Tutaj spokojnie możesz przeczekać polowanie na Ciebie. Czas płynie tu dwukrotnie szybciej, ale ty się nie starzejesz. Miałeś dużo szczęścia, bo właściwie cały czas nie ma tutaj wolnych pokoi. Jedno się zwolniło i ty je zająłeś. Pomieszkują tu istoty z najróżniejszych światów. Jak zjemy to cię oprowadzę po całym zamku.
– A ty? – zapytał Michał zaciekawiony – też zabijałeś?
– No pewnie! Jeszcze się nie domyśliłeś? Jestem Kuba zwany Rozpruwaczem.
Teraz Michał się zaśmiał:
– Coś podobnego? Mówisz serio?
– Jak najbardziej. – Kuba zawtórował śmiechem.
– No dobrze ale, przecież już o tobie zapomniano.
– Aaaa… to jest inna sprawa. Wiesz, portal na Ziemię dawno temu się zepsuł i nie ma go kto naprawić. Pracujący w piekle inżynierowie, mają zawsze masę innej roboty. Teraz jak jest nas dwóch, może się ktoś tym zajmie. O idzie Tarendka!
Michał wybałuszył oczy, widząc kto niesie im posiłek. Kobieta była w połowie człowiekiem, a w połowie pająkiem. Olbrzymią tarantulą. Posiadała osiem owłosionych nóg, pięć wielkich jędrnych piersi, ładną twarz i rude włosy splecione w warkocz. Niosła dwa duże talerze z ziemniakami i jakąś pieczenią.
Położyła wszystko na stole. Kuba żartobliwie uszczypnął ją w sutek mówiąc:
– Przynieś nam jeszcze wino.
Kobieta pacnęła go w rękę i powiedziała do Michała:
– Cześć, jestem Tarendka.
– Ja jestem Michał. – odparł morderca.
Uścisnęli sobie dłonie.
– Chcecie coś na deser – spytała, patrząc na Michała.
– Jeśli o mnie chodzi, bardzo chętnie.
Zaczęli jeść. W międzyczasie dziewczyna przyniosła butelkę wina i ciasto z masą o smaku podobnym do bitej śmietany, które Michałowi bardzo smakowało. Nie omieszkał o tym powiedzieć.
Gdy skończyli jeść, Kuba zaproponował:
– Chodź oprowadzę cię po zamku.
Wyszli z jadalni i udali się dalej korytarzem. Kuba otwarł pierwsze napotkane drzwi. Za nimi ukazał się nieduży pokój z półkami, na których leżały setki książek. Był też stół, a na nim sterta gazet. Gazety leżały także na podłodze, tworząc półmetrowy stos. Na środku pokoju na podłodze znajdowała się zamknięta trumna.
– Tutaj mieszka Vasyl. Jeden z sześciu wampirów jakie goszczą w naszym przybytku. Uwielbia czytać książki i stare gazety. Teraz śpi.
W następnych pokojach zakwaterowane były pozostałe wampiry. Wszystkie spały.
– Teraz pokażę ci pokój, w którym nasze wampiry zaspokajają głód.
Kolejne pomieszczenie było trzykrotnie większe od wampirzych kwater. Śmierdziało tu spoconym, brudnym ciałem i ekskrementami.
Do ścian za ręce przykuci byli ogromnie otyli, nadzy ludzie. Dwóch mężczyzn i trzy kobiety. Ręce przykute mieli tak, że wisieli nie dotykając stopami podłogi. Na suficie natomiast znajdowała się dziwna aparatura, połączona kabelkami do ich ciał.
– O kurcze – żachnął się Michał – to wygląda jak sala tortur. Co to za urządzenie? – wskazał palcem na górę.
– To nie jest sala tortur – odparł Kuba – Tak jak ci powiedziałem, tu wampiry się żywią. Spijają z tych nieszczęśników krew. Oni natomiast dostają kroplówkę, która utrzymuje ich przy życiu.
– Wspaniałe i niezwykłe – powiedział Michał zgodnie z tym co pomyślał.
– Chodź dalej, teraz pokażę ci lykany! Na pewno to ci się również spodoba.
Szli korytarzem, a Kuba opowiadał:
– Dla lykanów przeznaczonych jest więcej pokoi niż normalnie, gdyż są źródłem wspaniałej rozrywki dla mieszkańców zamku. Wyobraź sobie, że walczą ze sobą na arenie. Mamy tu nawet ligę. Każdy mieszkaniec dostaje co pięć dni żetony, które może postawić na swój typ w walce. Jak dobrze obstawisz i uzbierasz dużo żetonów możesz sobie kupić coś w specjalnym sklepie. Na przykład jakieś udogodnienie swojej kwatery, albo wyśmienite jedzenie na jakiś czas.
Korytarz skończył się drzwiami, które Kuba otworzył. Słychać już było stamtąd tumult podnieconych krzyków.
Znaleźli się na gęsto zaludnionym balkonie, okrążającym ring poniżej. Michał poczuł ogromne podekscytowanie, gdyż ujrzał wiele istot o bardzo różnej budowie ciała. Jedne miały po kilka głów, inne dużo kończyn, były też takie z mackami zamiast rąk. Niektóre miały skrzydła. Krótko mówiąc, było tu mnóstwo przeróżnych dziwolągów. Wszyscy, bez wyjątku, śledzili to co dzieje się na ringu.
A tam walczyły dwa wielkie wilkołaki. Różnił je kolor sierści. Jeden miał ufarbowane ukośne pomarańczowe pasy, a drugi stopy i dłonie na biało.
– Dopiero się zaczęło – powiedział Kuba. – Postawiłem piętnaście żetonów na Jenksa, tego z białymi nogami i łapami.
Kuba zamilkł na dłuższą chwilę, jakby zapomniał o swoim towarzyszu. Walka trwała. Minęło kilka minut i gong oznajmił koniec rundy.
– Teraz dopiero się zacznie – szepnął Kuba bardzo podekscytowany.
Zawodnicy zeszli z ringu do swoich narożników, gdzie założono im na dłonie żelazne pazury.
– Są ostre jak brzytwa – powiedział Kuba do swojego kompana.
Dalsze widowisko bardzo podekscytowało Michała. Zawodnicy wyprowadzali ciosy i blokowali je nawzajem. Słychać było zgrzytanie metalu o metal.
W pewnym momencie obok dwojga oglądających walkę ludzi pojawiła się dziwna półprzeźroczysta istota. Nie posiadała kończyn tylko unosiła się w powietrzu, kilkanaście centymetrów nad podłogą. Miała zamiast oczu wielkie białe koła.
– Chodź pokaże ci twój pokój. – zwróciła się do Michała.
Na to Kuba bardzo się zirytował:
– Nie teraz idioto! Ja już się nim zająłem. Po walce zaprowadzę go do jego kwatery.
– Wiesz, gdzie się znajduje?
– Pewnie, że wiem! Spadaj.
Istota oddaliła się i mogli dalej obserwować walkę, która przez tą chwilę stała się intensywna i bardzo ciekawa. Jeden z zawodników ten z pomarańczowymi pasami zamachnął się i wbił żelazny pazur w ramię przeciwnika, który głośno zawył. Uderzenie miało taką siłę, że teraz nie mógł wyciągnąć żelaznych ostrzy z ciała oponenta. Wtedy drugi lykan zacisnął pazur w prawej ręce i wyprowadził cios podbródkowy. Głowa rywala odskoczyła, na moment zamraczając go. Wtedy atakujący rozłożył ostrza w dłoni i zaczął ciąć go po twarzy.
Widok był niezwykły, bo lykan z pomarańczowymi pasami na sierści osunął się na ziemię cały czas mając jedną rękę unieruchomioną. A wilkołak, na którego postawił Kuba, raz za razem wbijał mu żelazne pazury w jego bok.
Narożnik przegrywającego rzucił biały ręcznik i walka skończyła się.
– I jak ci się podobało? – zapytał Kuba.
– Świetne widowisko. W życiu czegoś podobnego nie widziałem.
– Dobrze choć, teraz zaprowadzę cię do twojej kwatery.
Szli wieloma schodami w górę. A Kuba mówił:
– Dobrze ci się trafiło. Twój pokój jest świetnie usytuowany. Na pewno masz z niego wspaniały widok.
Dotarli na miejsce, Kuba się pożegnał i zostawił Michała samego, rzucając jedynie na odchodne:
– Widzimy się jutro, jak się wyśpisz.
Michał miał zamiar dospać przerwaną noc. Ale najpierw podszedł do okna i stwierdził, że faktycznie widok jest wspaniały. Znajdował się w jednej z wież. Ujrzał znaczną część zamku, a dalej ciągnący się daleko plac, pokryty szarym piaskiem. Były na nim budowle na kształt kaplic różnej wielkości, kształtu i koloru. Potem dowiedział się, że to właśnie są portale do różnych światów.
&
Następnego ranka Michał, będąc w bardzo dobrym humorze, zszedł do jadalni na śniadanie. Wybrał jeden z mniejszych przeznaczonych dla maksimum czterech osób stołów i zaczął rozglądać się i wypatrywać Kubę Rozpruwacza. Śniadanie jadło już dużo osób i przychodzili ciągle nowi. W czasie, kiedy on szukał wzrokiem swojego nowego znajomego podeszła do niego jedna z pomocnic szefowej kuchni Tarendki, która miała identyczną budowę ciała. Była pół pająkiem, pół człowiekiem.
Położyła mu przed nosem duży talerz, na którym znajdowały się cztery parówki, jajecznica i trzy rozkrojone bułki. Wszystko świeże, apetyczne i pachnące.
Michał wypatrzył Kubę wchodzącego do jadalni i podniósł wysoko rękę. Ten niemal od razu go zauważył i odpowiedział tym samym gestem, idąc w jego stronę.
Chwilę później jedli już obydwaj swoje śniadanie.
– Tak się zastanawiam – zaczął Kuba – chciałbym zabrać cię „na ryby”.
– Tutaj na ryby? – zdziwił się Michał.
– Tak, w otaczającej zamek lawie, tak samo jak w morzu czy oceanie, żyją różne istoty. Wiesz zapomniałem ci powiedzieć, że mamy tu wiele różnych aktywności, za które można dostawać żetony. Oprócz stawiania na walki lykanów, można też wygrać turniej mini golfa, albo szachowy. Jak masz talent malarski, za ładny obraz możesz dostać dużo żetonów i tak dalej… Weź z biblioteki broszurę „Zdobywanie żetonów” tam wszystko jest szczegółowo opisane. Widzisz, ja uzbierałem żetony, za które kupiłem niedużą łódkę. Od czasu do czasu wypływam na lawę połowić. Robię to dla przyjemności, ale za cenny okaz można też dostać naprawdę sporo żetonów.
– Dobrze, bardzo chętnie popłynę z tobą – odparł Michał.
&
Po zjedzeniu śniadania Kuba poprowadził kompana do groty, w której znajdowało się długie żaroodporne molo, ze słupami i przycumowanymi do nich przy pomocy łańcuchów różnymi łajbami, bujającymi się w gorącej lawie.
– Która jest twoja? – zapytał zaciekawiony Michał.
Kuba poszedł kawałek dalej i wskazał palcem.
– Ta – powiedział.
Łódka nie była wcale mała, miała około dwunastu metrów długości i trzy i pół szerokości. Zbudowano ją podobnie jak molo z tworzywa żaroodpornego. Na jej tyle mieścił się duży schowek a z przodu kierownica i dwie dźwignie. Kuba wyjął klucz i otwarł kłódkę wiążącą łańcuch. Potem ostrożnie wskoczył na pokład.
– Uważaj, byś nie wywinął kozła do lawy. – powiedział do Michała.
Gdy obydwaj znaleźli się na pokładzie, Kuba zajął miejsce przy kierownicy, a Michał za nim. Potem Kuba przesunął dźwignię i silnik zaczął pracować. Powoli nabierając prędkości wypłynęli z groty na otwartą przestrzeń.
Kuba wyłączył silnik dopiero, gdy odpłynęli na znaczną odległość, tak może ze trzy kilometry od mola. Potem przeszedł na tył i otworzył schowek. Następnie wyciągnął dwie wędki. Nie wyglądały jak zwyczajne wędki stosowane na Ziemi. Były dużo bardziej „solidne”, ale jak się później okazało działały na podobnej zasadzie. W schowku znajdował się też wielki słój, a w nim przynęta; wysuszone, twarde rozgwiazdy.
Po chwili wszystko było gotowe. Usiedli więc możliwie jak najdalej od siebie, ale po jednej stronie, by móc rozmawiać widząc siebie nawzajem i zarzucili wędki.
– Za tydzień zaczną naprawiać portal na Ziemię. Wreszcie. Nie wiem ile im to potrwa, ale ważne, że sprawa pójdzie do przodu. – zaczął pogawędkę Kuba. – Chcę by wypuścili nas razem w tym samym momencie.
– Chcesz ze mną współpracować?
– Pewnie. Czemu nie?
– Musisz wiedzieć, że teraz policja ma narzędzia dużo bardziej skuteczne niż sto lat temu.
– Na przykład?
– Oj dużo tego jest. Odciski palców, badanie DNA…
Michał zaczął opowiadać bardziej szczegółowo. Minęła godzina, później druga. Znajomi mieli dużo tematów do rozmowy, dlatego nie nudzili się i dobrze czuli w swoim towarzystwie.
Nagle wędka Michała naprężyła się.
– Coś złapałem! – powiedział podniecony i zaczął się siłować z kołowrotkiem.
Dosłownie cztery sekundy później tak samo Kuba coś złapał.
– Natrafiliśmy chyba na ławicę! – Kuba krzyknął radośnie.
“Ryby” musiały być duże i silne bo ciężko było je wyciągnąć z wody. Po kilku minutach walki, wreszcie udało się. Wielkie było ich zdziwienie i radość kiedy okazało się, że obydwaj złowili tę samą sztukę.
– A niech mnie! – Kuba wydał radosny krzyk – To Wielopaszcz! Dostaniemy za niego mnóstwo żetonów.
Chwilę później rzucająca się “ryba” znalazła się na pokładzie łódki. To był wspaniały okaz, liczył sobie na całej długości ze trzy i pół metra. Zgodnie z nazwą, posiadał cztery głowy dwie z jednej i dwie z drugiej strony.
– Ależ udany wypad – cieszył się Kuba. – Martwiłem się czy cokolwiek złowimy, a tu takie coś.
Potem załączył silnik i skierowali się z powrotem do jaskini z molem.
&
I tak mijał dzień za dniem. Kuba i Michał byli nawzajem wspaniałymi kompanami. Okazało się, że obydwaj urodzili się pod znakiem barana. Codziennie robili mnóstwo ciekawych rzeczy. Systematycznie odwiedzali też miejsce z ziemskim portalem, gdzie pracowali diabelscy inżynierowie.
Naprawa trwała mozolnie długo, bo inżynierów było oddelegowanych tylko trzech a roboty mieli sporo. Niemal cały portal należało zburzyć i odbudować na nowo.
Upłynęło pięć miesięcy. Portal wreszcie był gotowy.
Wtedy obydwaj zostali wezwani przez półprzeźroczystego ducha do urzędnika, którego gabinet znajdował się na jednej z najwyższych wież zamku. Niezwłocznie się tam udali.
Z lekką zadyszką pokonali ogromną liczbę schodów i weszli do środka. Czekał tam na nich, siedząc za stołem, rogaty osobnik o czerwonej skórze i żółtych oczach, ubrany w czarny garnitur z ukośnymi białymi pasami i pod krawatem. Pokój był schludny, nigdzie nie było choćby strzępka kurzu. Znajdowały się tu oszklone szafy z mnóstwem dokumentów ulokowanych w różnokolorowych teczkach.
Na biurku leżały dwie, otwarte białe teczki, ozdobione zielononiebieskimi kołami.
– Kuba i Michał? – zapytał grzecznie rogaty urzędnik.
Przyjaciele przytaknęli.
– Portal na Ziemię został naprawiony. – zaczął mówić diabeł. Potem zwrócił się do Kuby – Minęło dużo czasu i nie ma potrzeby dłużej cię tu trzymać. Ludzie już dawno o tobie zapomnieli.
Teraz popatrzył na Michała.
– Dla ciebie byłoby natomiast wskazane, żebyś jeszcze z rok tu pobył. – i podniósł pytająco brwi.
Michał powiedział:
– Chciałbym już teraz wrócić na Ziemię. Będziemy z Kubą sobie pomagać.
– Dobrze. Nikt cię tu siłą nie trzyma. W takim razie jeśli nie macie nic do zrobienia możecie choćby teraz pójść do portalu. Blisko niego jest tabliczka jak go obsługiwać.
– Wiemy – powiedział radośnie Kuba.
– Jeszcze jedna ważna kwestia; w jakie miejsce chcecie by przeniósł was portal?
Przyjaciele już to wcześniej ustalili. Więc Michał odpowiedział:
– Do mojego mieszkania, tam skąd mnie zabrano.
– Świetnie – urzędnik napisał na niedużym kartoniku „DOM MICHAŁA” i wręczył mu go.
– To wszystko, powodzenia. – pożegnał ich diabeł, a oni wyszli.
Potem wpłacili swoje uzbierane żetony do banku, gdyby mieli tu jeszcze kiedyś wrócić i pożegnali się z tymi, z którymi się zaprzyjaźnili. Kuba tych osób miał znacznie więcej, z uwagi na dłuższy czas jaki tu spędził.
W końcu opuścili zamek, kierując się w stronę portalu określonego na znajdującej się blisko niego tabliczce mianem „Portal na Ziemię”. Był to nieduży owalny budynek, który mógł przenieść na błękitną planetę jednorazowo kilka osób.
Jednak cała aparatura, nad którą najdłużej pracowali inżynierowie znajdowała się w przybudówce.
Przyjaciele weszli i stanęli w samym środku, blisko niedużej konsoli z dźwignią.
– Włóż tu bloczek, który dostałeś – Kuba wskazał podłużny otwór obok dźwigni.
Gdy jego przyjaciel to zrobił nie było już na co czekać.
– To ruszamy! – powiedział Kuba i naparł na dźwignię.
Z szerokiej rury w suficie zaczęło wylatywać coś jak wielkie płatki śniegu. Było ich coraz więcej i więcej. Poczuli nasilający się wiatr, który zaczął rozwiewać im włosy. Sprawił też, że płatki latały dookoła nich, aż widzieli tylko biel. Trwało to chwilę.
Potem zasłona z białych płatków opadła na ziemie, a oni znaleźli się w jakimś dużym pomieszczeniu z gablotami, w których były wielkie szkielety dinozaurów. Panował tu półmrok.
– To nie moje mieszkanie! – powiedział zaskoczony Michał.
– Tak jesteśmy w jakimś muzeum.
Zaczęli szukać wyjścia i nagle zabrzmiał alarm wywołany przez czujnik ruchu, włączyły się też wszystkie światła. Po chwili zjawiło się trzech strażników, którzy nie byli ludźmi. Ubrani w dziwnie wyglądające czterokolorowe uniformy, posiadali wysoki wzrost około dwa i pół metra. Ich twarze były nieco szkaradne, o zrogowaciałej skórze zielonego koloru, z czerwonymi naroślami w różnych miejscach. U jednego na czole i szyi, u innego na policzkach.
Celowali czymś w rodzaju pistoletów do morderców, wykrzykując słowa w obcym języku. Następnie podeszli i skuli przyrządami podobnymi do kajdanek. Potem wyprowadzili na zewnątrz. Okazało się, że była noc.
Michał spojrzał na niebo i powiedział do przyjaciela:
– Popatrz trzy księżyce.
Ten odparł:
– Nie jesteśmy na Ziemi. Ci, co naprawiali portal spierdolili robotę.

Anna Słoncz “Strażnica Potępionych”
Zakończenie mnie rozbawiło. Pomysł też całkiem fajny. Podobała mi się postać Kuby Rozpruwacza, szkoda, że główny bohater wypada przy nim dość blado.
Z wykonaniem gorzej. Jest dużo błędów.
„Choć” zamiast „chodź”, „uszczypną” zamiast „uszczypnął”. No i „pułka” okropnie zakłuła mnie w oczy.
Przejrzałbym jeszcze raz tekst i załatał te błędy, bo przez nie czyta się trochę ciężko.
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Pecunia non olet
Dzięki Storm
Poprawiłem prawie wszystko! Na pewno teraz jest lepiej :DDD
Jestem niepełnosprawny...
Storm ja się cieszę, że obrazek wkleiłem, hehe
Jestem niepełnosprawny...
Czołem Dawidzie vel. Towarzyszu Obrazu (bo wybraliśmy ten sam)!
Mam nieco odwrotne wrażenia niż Storm :)
Tekst jest najlepszym, jaki czytałem w Twoim wykonaniu. Jeśli chodzi o pomysł, spójność elementów, kreatywność i logiczność. Wszystko gra i jest naprawdę ciekawe. Pomysł z hotelem dla typów spod czarnej gwiazdy – proste, ale sensowne. Kuba Rozpruwacz, też oczywisty bywalec takiego przybytku. I bardzo dobry początek, od razu w środku akcji.
Klasycznie dla Ciebie dużą część opowiadania zajmuje oprowadzanie bohatera przez “lokalsa”. Nie jest to złe, choć nie porywa. Wydaje mi się, że też niepotrzebnie rozwijasz każdy opis – część z nich nie ma żadnego znaczenia, a przestrzeń, którą na nie poświęcasz, można wykorzystać przy rozbudowaniu innych – dla klimatu, klamr kompozycyjnych itp. Fabularnie też w sumie niewiele się dzieje. Mnie twist na końcu nie urzekł, bo nie wiem, co on miał oznaczać. Nie miał dla mnie żadnego głębszego przesłania, poza tym, że diabelscy inżynierowie popełnili błąd. Można to było rozwinąć w stronę jednak jakiejś sprawiedliwości i kary, której się nie spodziewali.
Natomiast kolejny raz muszę przyznać, że masz świetną wyobraźnię i łatwość w jej prezentacji.
W tekście masz trochę niedociągnięć np. zaklną, choć, braki przecinkowe. Redakcyjnie jest trochę do poprawy, może ktoś Ci to fajnie wylistuje, ja niestety nie dam rady.
Jednym słowem – brawo, nieźle wykorzystany obraz, wątpię, bym ja zrobił to podobnie kreatywnie, choć, co ciekawe, mam pod pewnym kątem zbliżony pomysł.
Klikam, pozdrawiam i trzymam kciuki!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Jeden z lepszych tekstów w twoim dorobku. To chyba kwestia tego, że tym razem postawiłeś na duet, chemia między bohaterami ładnie napędza opowiadanie. Obraz wykorzystany IMO naprawdę nieźle i oryginalnie, ale o tym, że pomysłów można ci tylko pozazdrościć, już wiesz. :)
Z drugiej strony – historia urywa się w tym momencie, w którym właściwie powinna się zacząć. :P Osobiście chętnie bym poczytał o perypetiach dwójki zakapiorów w obcym świecie. To zresztą bolączka wszystkich twoich tekstów – zawierają sporo opisów, a przynajmniej szczegółowych objaśnień działania świata, podczas gdy fabuła jest, cóż, pretekstowa.
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Hej beeeecki !!!
Ależ mi zrobiłeś ogromną radość. Nie spodziewałem się tylu (i takich) pochwał. W sumie to rodzice mi powiedzieli, że to może się spodobać. Ale rodzice raczej obiektywni nie są. Wiesz chyba nie wyobrażam sobie większej radości w moim życiu teraz. No może gdybym zdał do tej mensy jakimś szczęśliwym trafem. (bo czekam na wyniki)
Jeśli chodzi o zakończenie, jakoś nie czułem (nie wiem do końca dlaczego) potrzeby wymyślać jakichś specjałów. Może dlatego, że cel został osiągnięty. Tzn. napisałem zgodnie z konkursem. Może dlatego, że mnie on zaspokoił. Ale masz rację nic on nie znaczy, ot kolejna przygoda, zdarzenie. No może chciałem by było “z humorem” nieco.
Cieszę się, że wykorzystałem swoją wiedzę o seryjnych mordercach. Bo Kuby Rozpruwacza nigdy nie złapano.
Najbardziej cieszy mnie, że napisałeś, że to najlepsze moje opowiadanie. Znaczyłoby to, że robię postępy, nie stoję w miejscu :)
Naprawdę bardzo dziękuję, i czekam z niecierpliwością na twoje opko!!!
Pozdrawiam!!!
Jestem niepełnosprawny...
Hejka! 
Bardzo oryginalne i ciekawe opowiadanie. Z brutalnego realizmu skutecznie przechodzisz w fantastyczną wizję kurortu dla złoczyńców. Masz naprawdę ogromną wyobraźnię, goście hotelowi, system żetonów, walki lykanów czy łowienie potworów w lawie są pomysłowe. Końcówka pozostawiła mnie z niedosytem, co się stało z Kubą i Michałem?! Tekst wymaga dopracowania językowego, momentami pojawiają się błędy gramatyczne i powtórzenia, braki przecinków, ale podobało mi się, historia ma duży potencjał, wystarczy ją troszkę oszlifować.
„zaklną”
zaklął
„Choć pokażę ci twój pokój”
Chodź pokażę ci twój pokój
„Dobrze choć, teraz zaprowadzę…”
Dobrze, chodź, teraz zaprowadzę…
„Wtedy drugi lykan zacisną pazur”
zacisnął pazur
„Ci co naprawiali portal spierdolili robotę.”
Ci, co naprawiali portal, spieprzyli robotę. (przecinek)
„U jednego na czole i szyi u innego na policzkach.”
U jednego na czole i szyi, u innego na policzkach. ( przecinek )
„Łódka nie była wcale mała, miała ze dwanaście metrów…”
Może lepiej zabrzmi: miała około dwunastu metrów długości?
W kilku miejscach brak przecinka przed słowami : który, bo, że, jeśli.
Pozdrawiam. 
EDIT: Dodaj w tekście, pod obrazem Anna Słoncz “Strażnica potępionych”.
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Witam SNDWLKR !!!
Wielkie dzięki!!! Ależ się bardzo cieszę! Czekam na twój tekst. Chyba weźmiesz udział w konkursie?
Pozdrawiam!!!!!
Jestem niepełnosprawny...
Bardzo podoba mi się połączenie brutalnego realizmu z groteskową, momentami wręcz ironiczną wizją „hotelu dla morderców” – to odważny i zapadający w pamięć pomysł. Opowiadanie ma wyraźny rytm, ciekawe zwroty akcji i mocną puentę, która zostawia czytelnika z poczuciem niedosytu.
https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta
Cześć d.pankovski
Witam u mnie! Dzięki za tak miłe słowa. Właśnie pokazałem mamie Twój i inne komentarze. (pewnie to śmieszne mam bowiem 42 lata)
U mnie w domu panuje dzisiaj wielka radość. Bo naprawdę się nie spodziewałem, że się będzie tak dobrze.
Pozdrawiam serdecznie. Muszę ochłonąć :)
Jestem niepełnosprawny...
Hej betweenthelines !!
Dzięki! Poprawiłem błędy. Szkoda, że jestem taki niepełnosprawny jeśli chodzi o zasady pisania :)
Dziękuję za miłe słowa. To naprawdę mnie cieszy. Sama widzisz ile ja piszę. Bardzo fajnie, że organizujecie konkursy. Zaraz zacznę czytać inne opki konkursowe.
Pozdrawiam serdecznie. Zdradzę ci, że się trochę podenerwowałem najpierw, że nie będę potrafił wkleić obrazka a potem, że podpisu pod nim. Okazało się to niepotrzebne bo te czynności były bardzo łatwe i mam potrzebne umiejętności by je wykonać :D
PS.
Zazdroszczę młodego wieku. Mi jakoś tak to szybko zleciało :(
Jestem niepełnosprawny...
Witam.
Tekst czytało się bardzo przyjemnie. Wizja hotelu jest bardzo zabawna i sprawnie zaprezentowana. Można powiedzieć, że to piekielnie dobry pomysł. (w tym momencie należy puścić śmiech z taśmy)
Tym opowiadaniem przypomniałeś mi pewien żart. To było jakoś tak:
Amerykanin i obywatel ZSRR umierają w tym samym momencie i trafiają przed oblicze diabła, bo byli złymi ludźmi. Diabeł mówi im:
– Panowie, dam wam wybór. Możecie pójść do piekła kapitalistycznego albo komunistycznego. Wasza decyzja.
Amerykanin bez zawahania wybiera piekło kapitalistyczne, a Rosjanin, z przyzwyczajenia do ojczyzny, komunistyczne. Po roku spotykają się i Rosjanin pyta:
– Więc jak tam u ciebie?
Amerykanin, cały blady, mówi:
– Tragedia, codziennie każą nam zjeść pełne wiadro gówna… Potem możemy robić, co chcemy. A co u ciebie?
– Świetnie. Odkąd przybyłem, nie zobaczyłem tego gówna na oczy. Przez pierwsze sześć miesięcy nie było wiader.
– A teraz? – pyta Amerykanin.
– Zabrakło gówna.
W każdym razie, czytało się przyjemnie. Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!
ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz
Cześć Gryzok_Półpospolity
Bardzo dziękuję!!!
Masz 14 lat??? Boże jak ja chciałbym być w takim wieku.
Jestem niepełnosprawny...
Dawidq
Boże jak ja chciałbym być w takim wieku.
;)
ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,
tekst poznałem rzetelnie, na nowo.
Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,
nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.
You cannot petition the Lord with prayer!
Czekam na twój tekst. Chyba weźmiesz udział w konkursie?
Wybrałem sobie obraz, zobaczymy, co z tego wyjdzie. ;)
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Naprawdę mocne otwarcie opowiadania! We wcześniejszych Twoich historiach zwykle odczuwałem przesyt opisów codziennych czynności po tym, jak zawiązała się akcja. Tutaj miało to jednak pewien dyskretny urok, kontrastowało z morderstwem.
Przeniesienie bohatera do zamku-hotelu też mnie zaciekawiło. Pojawia się zupełnie inne miejsce, które rządzi się swoimi prawami.
W zasadzie cały środek opowiadania to budowanie świata. Mamy gospodynię – pajęczycę (epizodycznie, ale ciekawy pomysł). Są wampiry – tutaj zdecydowanie “siadło” tempo, ponieważ są opisane, ale w zasadzie nie widać ich w działaniu. Poczułem się trochę jak dziecko, które przyszło do zoo, ale wybieg niedźwiedzia był pusty. Walka wilkołaków ratuje sytuację, jest opisana dość sprawnie i znów przyciąga do tekstu. Połów w lawie to znów raczej opis świata, brakowało intensywniejszej akcji, na którą była okazja – wyobraź sobie łódkę, która jest żaroodporna, ale mocna ryba może ją przecież przewrócić, co stanowi śmiertelne zagrożenie (no właśnie, czy tam można umrzeć?). Jest potencjał, ale w ogóle nie wykorzystany.
Po tym wszystkim dochodzimy do finału, który niestety jest zupełnie płaski. Nie ma żadnej kulminacji, żadnej zagadki, napięcia. Pojawia się zwrot akcji – to dobrze! – ale mało zaskakujący. Jak zauważyli Przedpiścy, w zasadzie fabuła się urywa bez żadnego rozwiązania. Bardzo brakuje morału, pointy, czegokolwiek, co zagościłoby w myślach czytelnika dłużej niż na czas czytania tekstu.
Przez chwilę miałem nadzieję, że przeteleportuje ich do Nieba (Archanioł Michał może traktować to miejsce jako swój “dom”) lub w jakieś miejsce, które nawiąże do historii o morderstwach. Zamiast tego mamy jaszczury, czyli jest otwarcie kompletnie nowego świata w finale, tylko po to, by za chwilę go opuścić.
Ogólnie: całość jest napisana sprawnie, czyta się dość płynnie, logika nie razi (lub nieścisłości można tłumaczyć specyfiką wymyślonego świata). Miałem problem z przeskokiem z poziomu “American Psycho” do “Rodziny Addamsów”, ale jestem to w stanie wybaczyć :)
Cieszę się, że robisz postępy i bierzesz udział w konkursach. Każdy ma inny Everest!

Podążaj za białym królikiem.
Fajny pomysł na hotel, ale słabo z fabułą. Czasami wdajesz się w opisy, które wydają mi się niepotrzebne. Jakie znaczenie ma to, że facet jadł na śniadanie bułkę z szynką? Ani nie mówi nic nadzwyczajnego o bohaterze (tylko tyle, że nie jest wegetarianinem), ani nie posuwa fabuły do przodu, ani nie pokazuje Twojego wyobrażonego świata, bo każdy z nas widział niejedną bułkę. Co innego na przykład kupno gazety (z niej dowiadujemy się, że bohater jest mordercą) albo opis półpajęczycy (tu pokazujesz coś nowego dla nas – swoje światotwórstwo).
Zakończenie bardzo urwane. Aresztowali ich i co działo się dalej?
Styl trochę szkolny.
Babska logika rządzi!
Cześć, Dawidzie!
Przeczytałem i uznać muszę, że nie jest źle, ale – jak to akuratnie określiła Finkla w komentarzu wyżej – styl trochę szkolny.
I też, tak jak Finkla, miałem Ci napisać o tym, że w swoich opowiadaniach przeciągasz niektóre sceny, dodając niepotrzebne szczegóły, które nie mają wpływu na fabułę, nie budują postaci i właściwie niczemu nie służą. A nawet zdarza Ci się całe sceny dawać, z których nie wynika nic dla fabuły, jak na przykład wampiry, śpiące w trumnach i żywiące się krwią z ciał jakichś nieszczęśników – niby pokazujesz, że ten hotel jest naprawdę dla najbardziej złych ze złych, ale ja już to wiem, nie potrzebuję kolejnych na to dowodów i cała ta scena wydaje się być tylko po to, by troszeczkę zszokować, pokazując jakiś konkretny przejaw okrucieństwa. Za to, co Finkla określiła mianem szkolnego poczytuję również wyliczankę, którą tutaj masz. Prowadzisz mnie przez kolejne komnaty swojej wyobraźni, która niewątpliwie jest bujna, pokazując mi to, tamto, owo, a spójrz tutaj, a popatrz na to, zerknij jeszcze tam. Jednak to, na co każesz mi zwrócić uwagę często jest scenką bez kontekstu, kolejnym odhaczonym punktem programu. Takie nieprzetykane fabułą wyliczanki są jak z przewodnika turystycznego, więc nad tym musiałbyś popracować. Wiesz, Dawidzie, o co mi chodzi – kawałki świata powrzucane jakby mimochodem, pojawiające się w momencie, gdy są ważne dla fabuły albo zwizualizowania sobie scenerii, w której osadzasz bohaterów i podejmowane przez nich działania.
Czytałem już lepsze Twoje teksty. Do dziś pamiętam (choć niewyraźnie, ale to na sklerozę należy zrzucić) zakończenie jednego z Twoich opowiadań, w którym to wampir (to był wampir, tak? Pamięc szwankuje) zostaje zaciukany w przedszkolu zestawem Małego Łowcy Wampirów spod choinki, bo jeden z dzieciaków w liście do Świętego Mikołaja taki zestaw sobie zażyczył. I tamto zakończenie było z jajem, naprawdę mi się podobało. A tutaj… Tutaj jest inaczej, a jednak podobnie. Szczerze ubawiła mnie ostatnia scena, w której dwójka morderców zamiast do domu trafia cholera wie gdzie. A wiesz, co jest w tym zakończeniu najlepsze? Ostatnie zdanie :D Wyobrażam sobie, jak pan Jack the Ripper, skuty kajdanami i w asyście oświetlonych blaskiem trzech księżycy dryblasów, wypowiada to zdanie ze stoickim spokojem, kierując w stronę przyjaciela twarz, na której maluje się irytacja. Ma to fajny potencjał komediowy, jak niespodziewana puenta na zakończenie historii, która zdawała się podążać wszędzie , tylko nie tam :)
Powodzenia w pisaniu i w konkursie, Dawidzie!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
marzan
Bardzo dziękuję za wyczerpujący komentarz!
Faktycznie ostatnio brakuje mi pomysłów na dobry twist :) (nawet chyba pisałem o tym w shoutboxie, pytałem czy opowiadanie może być bez twistu)
Ogromnie się cieszę, że jest wiele aspektów opowiadania które się udały :))
Pozdrawiam serdecznie!!!
Finkla
No faktycznie mam problem z tym wyczuciem co jest potrzebne a zbędne w tekście :) Ale rzeczywiście bułka z szynką teraz jak to analizuję była niepotrzebna.
Jeśli chodzi o zakończenie to jakoś tak wydawało mi się niepotrzebne pisać dalej, bo temat konkursowy został wyczerpany :)
Pozdrawiam serdecznie i “Wszystkiego Najlepszego” z okazji walentynek :DDD
Outta Sewer fajnie, że zdecydowałeś się przeczytać moje opko.
Szczerze, to żal mi byłoby usuwać scenkę z komnatą gdzie żywiły się wampiry, myślałem, że to jeden z dobrych pomysłów w tym tekście. :)
Jakże się cieszę, że pamiętasz jakieś scenki z moim poprzednich opowiadań. I się nie martw pamięcią, bo ja sam nie do końca pamiętam ze szczegółami jak to tam było mimo, że ja je pisałem.
Tak się jeszcze zastanawiam; bo czytałem jakiś czas temu “Starą baśń” Kraszewskiego i tam było tak, że przeczytałem 100 stron a akcja wcale się do przodu nie popchnęła. (to tak trochę żartem ale na pewno wiesz o co mi chodzi). Wielki pisarz czyli miał na pewno wprawę. Ja chyba jednak nie mam takich zdolności i trudno mi wypośrodkować , ocenić co powinienem wyrzucić z tekstu.
Jak by nie było, bardzo cieszy mnie, że nad moimi tekstami można dyskutować :)))
Pozdrawiam serdecznie i czekam na twój tekst, chyba weźmiesz udział w konkursie?
Jestem niepełnosprawny...
Dziękuję, Dawidzie. :-)
Babska logika rządzi!
.gif)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Nie czytałem, bo horror, ale powodzenia w konkursie. :)
Cześć Dawidzie!
Piszesz jasno, bez zawijasów i ozdobników. Tak z tego co pamiętam wyglądają chyba wszystkie Twoje teksty i zawsze mi się ten styl podobał. Ale to nie znaczy, że nie ma w tym emocji albo głębi. Tak jak tutaj: jakże straszna jest przyjaźń morderców, ich spędzanie czasu razem!
Nie jestem wielkim zwolennikiem twistów i nie szukam ich w opowiadaniach. Raczej sensu lub sprawiedliwości. Zakończenie pozwoliło mi zakrzyknąć “Dobrze im tak!”, więc uważam je za wielce udane :)
Uwagi:
Brakuje przecinków, ale nie tak dużo.
Klikam i pozdrawiam!
Cześć !!
Bardzo dziękuję!!! Ja też myślę, że zakończenie nie jest bardzo złe. I tak jak już pisałem zakończyłem tekst bo zadanie konkursu zostało wykonane. A przecież to n nim należało się skupić.
Serdeczne pozdro!!
PS.
No na przecinkach się nie znam :DDD
Jestem niepełnosprawny...