Opowiadanie jest inspirowane obrazem „Kobieta w czarnej sukni”.
Zawiera kobietę, suknię i czerń.
Opowiadanie jest inspirowane obrazem „Kobieta w czarnej sukni”.
Zawiera kobietę, suknię i czerń.

(“Kobieta w czarnej sukni” Anna Słoncz)
– Byle do kura – powtórzył pod nosem mężczyzna w czapce z króliczego futra. Był stary, a naprzemienne wydymanie i zaciskanie bezzębnych ust tylko dodawało mu lat. Wśród szemranej kompanii, w której przyszło mu czekać świtu, wyglądał jak drewniana łyżka w zbrojowni. Wyjątkowo tępa łyżka.
– A dałbyś już pokój Jule. Noc jak noc. – Wzruszył ramionami siedzący po jego lewicy drab z paskudną, poszarpaną blizną na brodzie. Pociągnął zachłannie z gąsiorka krążącego wokół ogniska.
– Może i zimno, ale popatrz: gorzałka jest, zajęców nałapalim, gdzie by ci lepiej było, jak z nami, he? – Szturchnął go kolejny z biesiadników, uśmiechając się zagadkowo i nieładnie puszczając oko w stronę nieco już podpitej kompanii.
W ślad za jego słowami pieczeń na prowizorycznym rożnie trzasnęła, a, zdałoby się, jedyna kropla tłuszczu spływająca z kościstego truchełka zasyczała na czerwonych polanach. Noc faktycznie była mroźna. Leżące w świetle jasnego księżyca tobołki zdążyły oszronieć i stwardnieć na kość, a czekające na swoją kolej tuszki zastygły w pozach, w jakich zastał je myśliwy. Ale nie to martwiło Julego. Nie tylko to.
– A mnie, dziadku, powoli zaczynasz grać na nerwach – odezwał się po dłuższej chwili krępy i niespokojny mężczyzna, wpatrujący się w klingę niewielkiego kozika. Głos miał nieprzyjemny, niemal tak nieprzyjemny jak to, co zalegało na dnie jego duszy. – Zawrzyj tedy gębę. – Podniósł wzrok na staruszka. W spojrzeniu tym był i trzaskający mróz, i nieokrzesany, dziki płomień, walczące w śmiertelnym pojedynku. – Bo pierwszym będziesz, który tej nocy zapieje.
Nikt się nie odezwał. Odziany w króliczy kołpak starzec skulił się tylko i mruknął coś pod nosem.
Gorzałka krążyła wokół ogniska, a ognisko zaczynało krążyć wokół pijących. Głowy co poniektórych opadły już bezwładnie na piersi, a przystanki gąsiorka stawały się coraz rzadsze.
– Eeee… – wybełkotał zakapturzony mężczyzna, co po odjęciu kilku “głębszych” mogłoby oznaczać zwyczajowe “proszę”. Długie i ciężkie od nieokreślonej, lepkiej substancji włosy bujały się jak łańcuchy na nabrzeżu. Dłoń, w której trzymał gąsiorek, to wznosiła się, to opadała, to podawała, to zabierała trunek. W końcu napotkała opór, co w innej sytuacji oznaczałoby niechybnie przekazanie niechcianego, bo niemal pustego, naczynia. Nie tym razem. Gąsior upadł na ziemię, roztrzaskując się na okalających palenisko kamieniach.
– Ożesz ty! – zawył kapturnik, budząc tych, których zbudzić nie zdołała rozbita flaszka.
Obudzeni, rzecz jasna, nie drgnęli nawet o milimetr, wznosząc jedynie chór mamrotań, pomruków i bełkotów. Kultura karczemna, którą wyznawali, nakazywała traktować podobne incydenty z daleko idącą pobłażliwością, jako standardowy etap procesu zalewania się w trupa. Jedynie śpiący z otwartymi ustami awanturnik o aparycji ostatniej szumowiny rzucił od niechcenia parę przekleństw i obelg, po czym zasnął ponownie, jak po dobrze wykonanej pracy.
Próbujący utrzymać równowagę kapturnik spojrzał wojowniczo na sprawcę zamieszania. Mętny wzrok wyostrzył się, choć wciąż najwyżej w stopniu pozwalającym, z dość wysokim prawdopodobieństwem, odróżnić łosia od świni. Po chwili bezowocnych prób zrozumienia tego, co widzi, zrobił krok do przodu i przykucnął, nie odrywając oczu od obserwowanej postaci. W końcu upadł na zad i wybełkotał.
– Baba… Toż to baba…
Faktycznie. Na drewnianej ławie siedziała młoda kobieta z twarzą ukrytą w dłoniach. Nie była to jednak zwyczajna dziewczyna, podobna do tych, które widuje się co dzień na targu, w gospodzie, wyszynku czy nawet w zamtuzach. Mimo, iż skulona i zakryta płóciennym szalem, od pierwszego spojrzenia zachwycała. Bujne włosy opadały niby czarny wodospad, z hukiem rozbijający się o pełne piersi. Delikatne, smukłe dłonie wyglądały, jak gdyby nigdy nie parały się żadnym ciężkim zajęciem. Nogi, choć podkulone, sprawiały wrażenie nieskończonych, idealnych. Czy była jedynie nocną zmorą, pijackim majakiem? Jej istnienie budziło wątpliwości, nie tylko z racji na nierealną wręcz urodę i miejsce, w jakim się znalazła. Mężczyzna dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że, prócz szala, dziewczyna odziana jest jedynie w zwiewną sukienkę i delikatne trzewiki.
– Zenek… – Szturchnął najbliższego kompana, obejmującego namiętnie własne kolana. – Zenek! – Nie bawiąc się w delikatności, zdzielił go w potylicę. Reakcja nie była natychmiastowa.
– Pijanyś. Śpij – odburknął zdzielony.
– Pijany, ale widzi dobrze. – Spokojny głos, który dobiegł z drugiej strony ogniska, raził na wpół przytomnego biesiadnika jak grom. – Gorzej ze słuchem, ale to jestem w stanie zrozumieć. Wkradła się panienka jak łasica do kurnika. Nawet mi umknął ten fakt, choć trudnaś do przegapienia, ptaszynko.
Krępy osiłek, dotychczas zajęty wyłącznie ostrzem własnego noża, zawiesił na niej wzrok. Uśmiech, jakim ją obdarował, był tak paskudny, że nawet noc, nawet tańczące cienie skromnych płomieni, nawet szal zarzucony na głowę nie były w stanie przed tą brzydotą uchronić. Paskudna morda rozwierała się coraz to szerzej, ukazując wnętrze mieniące się srebrem, złotem i czarnym zepsuciem toczącym to, co niegdyś, dawno temu, mogło być białe lub żółte. Ruchliwy i długi jak u krowy jęzor wodził po wąskich, niemal niewidocznych wargach.
Paskudnik wstał. Zrobił kilka szybkich kroków, omijając przy tym cielska tych współbiesiadników, którzy udali się na spoczynek nieco przedwcześnie. Stanął przed kobietą, wkładając kciuki za pas i ostentacyjnie poprawiając zapięcie.
– Jakie licho cię tu przygnało? Może ogrzać się chciałaś, hę? Podejdź no bliżej, ze mną nie zmarzniesz. – Wyciągnął dłoń w jej stronę. Bez reakcji. Bez oczekiwanej przez niego reakcji.
– Zostaw ją. – Choć rozdygotany i ledwie przebijający się przez trzask ogniska, głos Jule miał w sobie coś, co na moment odwróciło uwagę łotra od dziewczyny. Staruszek wiedział, co to za jeden. Jakie parszywe zasady wyznaje, a na które pluje. Ona nie mogła, nie powinna wiedzieć. – Musiała zwiać od łapaczy albo handlarzy. Kto wie, jaka bieda ją tu przygnała. Nie dokładajmy jej.
– Już raz ci powiedziałem, dziadu – zawrzyj gębę! – Bandyta odwrócił się do niego i w jednoznacznym geście machnął nożem na wysokości szyi.
– Panienka wybaczy… – wznowił po chwili. Ale panienki już nie było. Zniknęła jak cień, gdy chmury przesłonią księżyc.
Nożownik zacisnął eklektyczne uzębienie, a niewidoczna do tej pory warga ujawniła swoją obecność, nerwowo pulsując i roniąc zniekształcone słowa.
– Ostrzegałem cię… Chciałeś kura? – Kilka szybkich ruchów, skok przez ogromnego, przerzuconego poszarpaną derką draba i już był przed nim. Zaskoczony Jule upadł na plecy, nakrywając się nogami. W jego wieku oznaczało to pozostanie w tej pozycji na dłużej. Być może na zawsze.
– Piej. No Już! – ryknął napastnik głosem nie dopuszczającym sprzeciwu. Czekał na reakcję, napawając się paniczną dezorientacją, a w końcu desperackimi próbami realizacji rozkazu. Mimo iż Jule od początku wiedział, że próba sprzeciwienia się oprychowi to proszenie się o śmierć, trząsł się jak galareta, a z ust wydobywało się jedynie zwierzęce sapanie, przetykane próbami złapania tchu.
– Nie? – Napastnik nie czekał długo na odpowiedź. – Pomogę ci. – Słowa kłuły żywym lodem i mroziły serce. Nim zdołały wybrzmieć, księżyc, dotychczas kryjący się trwożnie za szarymi obłokami, wychynął nieśmiało, zmieniając ludzką fizjonomię łotra w czarny kontur ze świetlistym klinem, wiszącym jak jastrząb nad ofiarą. Połyskliwy przedmiot opadł gwałtownie, a jedyne, co mógł zrobić Jule, to unieść dłonie w żałosnej próbie ratunku. Wystarczyło.
Mijały długie sekundy, a starzec, wbrew wszelkim przesłankom, nadal żył. “A jeśli tak wygląda śmierć?”, myślał, choć w analizie sytuacji przeszkadzało walące wściekle serce. Z trudem przekręcił się na bok, oparł na łokciu i przysiadł pokracznie. Podniósł wzrok ponad pień, na którym jeszcze przed chwilą siedział.
Nożownik leżał, podrygując, szarpiąc ziemię i krztusząc się krwią. Nad nim stała kobieta. Smukła, wysoka i dostojna niczym wieża katedry. Nie mniej od niej piękna. Ci z biesiadników, którzy byli w stanie, bez namysłu czmychnęli w mrok. Pozostali albo nie dawali znaku życia, albo wpatrywali się w majestatyczną postać z mieszaniną lęku, uwielbienia i pożądania.
Dziewczyna była naga, choć spowita czymś co w jednym momencie przypominało tiulową, zwiewną sukienkę, w drugim baranie futro. Kłębiącym się, snującym, buzującym. Jej ciało zdawało się wiecznym polem bitwy światła i cienia niczym powierzchnia stawu w kręgu nocnych płomieni. Łatwo było przeoczyć potężne szpony miast dłoni, sterczące z burzy rozczapierzonych włosów uszy, kły ociekające krwią i puste, ogromne oczy.
– Zaaabiiiić – wycharczał oprych.
Zaiste, potęga strachu i terroru nie zna granic życia i śmierci. Mimo że bliżej mu było do grobu, niż do bitki, jego słowa otrzeźwiły umysły podkomendnych, którzy bez namysłu rzucili się na demona. Pałasze i kordelasy zaświszczały w gęstym, mroźnym powietrzu. Tumult opadł tak gwałtownie, że Jule niemal nie odnotował, by cokolwiek się wydarzyło. Dziewczyna stała w tym samym miejscu. Cienie na jej ciele wciąż wiły się w szaleńczym tańcu. Księżyc wisiał nad nimi niewzruszony, a ogień trzaskał ochoczo. Tylko te ciała… Leżące do tej pory nieruchomo, znieruchomiały jeszcze bardziej. To już nie alkohol. To śmierć. I powoli zawłaszczający je mróz.
Kobieta, na powrót będąca tą skuloną i zlęknioną istotą, którą Jule postanowił chronić, usiadła. Dołączył do niej. Nim zdołał umościć się na sękatej kłodzie, oparła się o jego ramię. Tak delikatna, tak bezbronna, tak piękna. Jule nie powiedział nic. Siedział tylko i słuchał.
*
– Słuchajcie, słuchajcie ludziska! Dzisiejszej nocy, na rynku, wielki spektakl, jakiego oczy wasze jeszcze nie widziały! Tylko jeden raz! Jedyny! Niepowtarzalny! Tuż po zmroku, gdy księżyc oświetli wasze domostwa, przybywajcie do teatru cieni!
Bez farb i masek, bez pańskiego złota i jedwabiów – tylko światło i ciemność. Historie stare jak las i młode jak poranek. Gdy na dłonie artystów padnie księżycowy blask, narodzą się postacie, które przychodzą tylko raz w miesiącu, podczas pełni. Nie lękajcie się jednak cienia, bo cień nie zawsze kryje strach. Czasem skrywa prawdę, której za dnia nie sposób dostrzec. A gdy światło zadrży, może zobaczycie coś więcej niż tylko kształt na płótnie. Nie zastanawiajcie się! Kto nie przyjdzie, ten nie uwierzy. Kto nie zobaczy, ten pożałuje! Tylko pięć miedziaków za wstęp, ludziska, tylko pięć miedziaków!
Ledwie obwoływacz pojawił się na rynku, wokół niego zdążyła zebrać się spora grupka słuchaczy. Miejscowi rybacy, mularze, gospodarze, żebracy. Baby jarmarczne i przekupki, które nawet podczas mszy trajkoczą nieustannie, na tę okoliczność zamilkły. Z warsztatów, sklepów i wyszynków wychynęli kupcy, rzemieślnicy, przyjezdni. Każdy kto miał uszy, usłyszawszy potężny głos niosący się ponad miejskim gwarem. wiedziony niby czarem, przerywał swoje codzienne czynności,
Gdy herold skończył, tłum skupiony wokół niego wybuchł ogłuszającą wrzawą. “Jakem żywy, takich dziwów u nas nie było!”, “teatr, u nas?”, “tylko 5 miedziaków?”, dziwowali się i przekrzykiwali w zachwytach jedni przez drugich. I rybacy, i mularze, i żebracy. Przekupki niemal postradały głosy, w amoku paplając trzy po trzy o cieniach, artystach i rzeczach zupełnie z obwieszczeniem niezwiązanych. Jeden tylko staruszek w króliczym kołpaku kręcił z dezaprobatą głową, wpatrując się w pustą beczkę, na której jeszcze przed chwilą stał obwoływacz.
*
Noc była cicha, bezchmurna, niemal bezwietrzna. Księżycowe światło dodawało blasku wszystkiemu, co mróz-artysta powołał do życia. Trawy, liście, kryte strzechą dachy – wszystko pokryte było skrzącym się pyłem, niby w bajędach o wróżkach, chochlikach i krasnalach. W taką noc coś pod skórą siedzi, coś w głowie spokoju nie daje, coś w rzyć uwiera, a nogi wprawia w ruch. Coś wzywa.
Nic dziwnego, że przed namiotem teatru cieni zebrały się tłumy. Nie co dzień dzieje się coś, co nie dzieje się nigdy. Nie co dzień jakieś wydarzenie gromadzi pospołu biednych i bogatych, młodych i starych, zarówno ludzi prawych, jak i szubrawców. Mimo tłuszczy wlewającej się zewsząd do namiotu, niczym potok wypełniający suchą nieckę, stojące przed wejściem postacie pobierające wejściowe ani myślały o zamykaniu furt prowadzących do wnętrza. Wręcz przeciwnie. Wpuszczały każdego, kto sypnął groszem do stojących przy wejściu, stalowych puszek, bez wyraźnego zainteresowania faktyczną kwotą trafiającą do naczynia.
W środku panował niemal zupełny mrok. Blade światła pochodni podwieszonych pod sufitem i okalających widownię stanowiły jedynie narzędzie kontroli tłumu, który bez nich potykałby się i tratował wzajemnie. Wieniec kaganków kończył się w centralnej części namiotu, gdzie najprawdopodobniej znajdowała się scena. Płótno, które, zgodnie z logiką, winno stanowić lwią jej część, było zupełnie niewidoczne. Jedyną przesłanką o jego istnieniu było niejasne przeczucie widza, że coś tam faktycznie jest. Jakaś bariera, granica dzieląca namiot na część dla widowni oraz tę zakrytą i dostępną jedynie dla artystów.
Wszystko to sprawiało, że wchodzący, niezależnie od stanu, maleli, pokornieli w obliczu panującej w namiocie mrocznej aury. Wszyscy stawali się równi. Jednakowo zadziwieni, zafascynowani, onieśmieleni. Jednakowo zaniepokojeni, trwożnie spoglądający po sobie, na równi ulegli i skazani na spektakl, którego staną się świadkami. Odwrotu nie było. Mrok w połączeniu z napierającym i niecierpliwym tłumem nie dawał szans na zmianę decyzji.
W końcu, gdy pierwsi widzowie oparli się o deski sceny, a dyskomfort bliskości niezliczonych ciał osiągnął wartość graniczną, pochodnie nieoczekiwanie zgasły, ciemność stężała. Chwilę później przez niewielki otwór w szczycie namiotu, do środka wpadł jasny promień księżycowego światła. Widownia ochnęła, a promień, znajdując drogę za kulisy, jednocześnie ujawnił ogrom płótna, za którym znikał niemal natychmiast po wdarciu się do wnętrza.
Nagły błysk oślepił na moment wszystkich zebranych, a świetlisty okrąg pojawił się w miejscu, gdzie podświadomie wszyscy się go spodziewali – w centrum monstrualnego ekranu. W ślad za nim powietrze wypełniły delikatne dźwięki fletu, przetykane sporadycznymi, acz systematycznymi szarpnięciami strun instrumentu brzmiącego jak lutnia. Muzyka tonowała emocje, uspokajała, stanowiła doskonałe remedium na udzielające się co poniektórym napięcie.
Po chwili, na ekranie ukazały się pierwsze postacie. Kobieta i mężczyzna, których fizjonomia, tak misternie utkana z cienia, wprawiła widownię w prawdziwy zachwyt. Każde stuknięcie, muśnięcie, każdy podryg i pląs niby-ludzi był wierną reprezentacją czegoś realnego. Nieokreślonego, lecz realnego. Nawet najsubtelniejsza imitacja ludzkich ruchów i zachowań wywołana poruszającym się palcem, wzlatującymi i opadającymi w uścisku dłońmi, zdawała się fizycznie oddziaływać na widzów. Tłum raz falował niczym bujna, czerwcowa trawa, innym razem podrygiwał jak niespokojny płomyk. Mężczyźni zaciskali dłonie, kobiety przebierały nogami.
Początkowo oschła i zachowawcza, wykonująca delikatne, taneczne ruchy para kochanków, szybko ukazała swoją prawdziwą naturę. Porywcze gesty, skoki, agresywne figury i interakcje raz wywoływały salwy śmiechu, innym razem głośne westchnienia, czasami krzyki. Między duetem na płótnie iskrzyło. Pocałunki ośmielały, wilgotne kontury warg muskały i pieściły wyobrażone krągłości, w momentach kulminacyjncyh rozpadając się na atomy palców, dłoni, przedramion. Emocje udzielały się również widowni. Ich oddechy przyspieszały, krew krążyła niespokojnie, wzrok wodził po sąsiadujących, rozbudzonych ciałach. Cienie działały na wyobraźnię I mąciły w głowach.
Nasyciwszy się panującym wokół napięciem, cieniste zaloty przeszły płynnie w cienisty akt miłosny.
Widząc palczaste kształty naśladujący męską fizjonomię w sposób bardzo bezpośredni, co poniektóre z panien aż pisnęły. Zniknęły i flet, i lutnia. Pojawiły się piszczałki i bębny, skrzypce nadające rytm coraz mniej namiętnym, a coraz bardziej gwałtownym i perwersyjnym ruchom postaci na ekranie. Stłoczony tłum szybko dał się ponieść ekstazie. Pierwsze jęki, stęknięcia i piski w mgnieniu oka przerodziły się w istną symfonię dzikiej, nieokiełznanej żądzy. Ciemność podsycała popęd, znieczulała, rozochocała, wybaczała i usprawiedliwiała wiele. Może zbyt wiele. Właśnie wtedy ją znaleźli.
*
– Co wydarzyło się wtedy? – spytał staruszek po dłuższej chwili milczenia. Wiedział, że dziewczyna potrzebuje pomocy, by przebrnąć przez tę część opowieści.
– Usłyszałam głos – zaczęła z wyraźnym trudem. – Był wyraźny, choć nie sposób było usłyszeć wtedy własnych myśli. Wiedziałam, że pochodzi zza ekranu.
– Poszłaś tam?
– A co, miałam pozwolić się obmacywać, szarpać, może zgwałcić? Oczywiście, że poszłam. Nie wiem, jak tego dokonałam, ale udało mi się. Po drodze zostałam zmięta i wyżuta. Zbrukana jak szmata w jakiejś podrzędnej łaźni. Ale dotarłam.
– Były tam drzwi? Kurtyna? Jakieś przejście, tak?
– Nic takiego nie było. Po prostu nagle zrobiło się ciszej. Słyszałam wszystko jakby z oddali. Najdziwniejsze było to, że przede mną znowu był ekran. Zupełnie jakbym stała się własnym odbiciem w lustrze.
– A co było za tobą?
– Nie wiem. Głos nie pozwolił mi się odwracać. Pod groźbą śmierci. A ja ani myślałam się sprzeciwiać.
Staruszek ponownie umilkł. Nie dopytywał. Pozwolił jej mówić to, co chciała powiedzieć. We własnym tempie. Skoro doprowadził ją aż tutaj, dalej powinna sobie poradzić.
– Pojawiło się światło. I cień. To był mój cień, cień mojej dłoni – powiedziała w końcu z mieszaniną ekscytacji i strachu. – To byłam ja. Stałam się artystką. Moje palce złączyły się, tak po prostu, nie myślałam nad tym. Kciuk pojawił się naprzeciw nich, a ja, ot tak, dla krotochwili, śmiejąc się i szczerząc, kłapałam szczęką czegoś, co przypominało wilka. Skakałam, ryczałam przeraźliwie i rechotałam jak małe dziecko. Dopiero po chwili dostrzegłam, że… że… To był prawdziwy wilk. Nie było palców, dłoni, ramienia. Była ujadająca, wściekła szczęka.
– Spodobało ci się?
– Nie… Tak… Nie wiem. Kiedy poruszałam dłonią, z całego tego harmidru dobiegały mnie oklaski, wiwaty. Oni to widzieli. Naprawdę byłam artystką. Byłam tym wilkiem.
Nagle, ni z tego, ni z owego, dziewczyna wybuchła płaczem. Zawodziła, dusiła się, wyła. Staruszek nawet nie drgnął, jak gdyby wiedział, do czego zmierza ta historia, co będzie jej finałem. Czekał.
– Nie chciałam, naprawdę… Nie wiedziałam… Ja ich… Ja… – Dziewczyna złapała się za brzuch, wbijając weń palce tak mocno, jak tylko mogła.
– Wiem, dziecko. Wiem. – Ostrożnie położył dłoń na wysokości jej łopatki. Dziewczyna aż podskoczyła, ale zaraz potem poddała się objęciu, które wyzwoliło kolejną falę łez i bezradnej, pustej rozpaczy. Gdy spazmy i drżenie targające dziewczyną stały się sporadyczne i dogasały, staruszek przemówił.
– Ci… – Jule nie wiedział do końca jak zacząć. – …ludzie … Oni robią to regularnie, od lat. Szukają młodych, zagubionych, samotnych. Takich, którzy nie znajdują sobie miejsca w tym parszywym świecie. W tej dziczy, tym wyuzdaniu, zezwierzęceniu. To, że akurat ty usłyszałaś ich głos, być może jako jedyna z całej tej hałastry… To ważne świadectwo. – Pozwolił sobie na dotknięcie jej włosów. Były takie, jakimi Jule spodziewał się je zastać. Cień zmieniał człowieka. Potęgował każdą cechę, i tę pozytywną, i tę negatywną. Włosy były cudowne. – Widzisz, oni myślą, że dają ci szansę. Na nowy start, drugie życie. Tak naprawdę działają jak stado wilków. Szukają najsłabszej, najbardziej podatnej ofiary, i atakują, żywią się desperacją, zagubieniem, żywią się…
Nie dokończył. Paznokcie dziewczyny zatopiły się w jego ramieniu. Czuł jak wzbiera w niej gniew, żal, rozpacz, czuł krew spływającą w dół ramienia, czuł cienie zbierające się wokół nich. Złapał ją za twarz, nim te ponownie przejęły nad nią kontrolę.
– Posłuchaj mnie teraz, bo nie wiem, jak długo będzie nam dane rozmawiać. Do poranka jeszcze trochę, a oni cię szukają. Jesteś teraz wilkołakiem, pogódź się z tym. Cień, wilk, pełnia, zepsucie, samotność. Twoja samotność. Wszystko to wykorzystali przeciwko tobie, użyli cię. To się dzieje od czasów starożytnych. Na to nie ma odtrutki, ale możesz z tym walczyć. Musisz.
– Jak… Ja… Nie potrafię…
– To ja cię tu sprowadziłem, dziecko. Wiedziałem, co się święci, wiedziałem, że tej nocy możesz mnie potrzebować. Uciekłaś im. To już dużo. Przywiodło cię tu coś… Wilcze wycie, pamiętasz? – Nie czekając odpowiedzi, mężczyzna ostrożnie zdjął króliczą czapkę. Wśród bujnej, jak na jego wiek, czarnej jak u młodzika czupryny, dało się dostrzec dwoje poszarpanych i oklapniętych wilczych uszu.
– Jestem już słaby. Stary. Sił starcza mi ledwie, by się z łóżka zwlec. Ale panuję nad tym, panuję nad cieniami, i zewem nocy. Zresztą… Przemiana najpewniej by mnie zabiła. Jestem człowiekiem, słyszysz? Uważam się za człowieka. Ty też nim jesteś. – Dziewczyna z otwartymi szeroko oczyma przyglądała się starcowi, z każdą sekundą nabierając sił i spokoju. Już nie była sama.
*
– Nie jest to łatwy chleb, ta hodowla, hm?
– A żeby pan wiedział, mości Starosto – odrzekł w tonie zupełnej i śmiertelnej powagi Największy w Rejonie Hodowca Owiec, ubiegający się o rękę najstarszej starościnej latorośli. Ubrany był w wyjątkowo modny i dobrze skrojony dublet ze złocistymi obszyciami, co miało stanowić niezbity dowód jego ogłady i obycia w świecie. Plan zapewne powiódłby się bez zarzutu, gdyby nie fakt, że mężczyzna musiał się również odzywać.
– Jaki tam pan, toż to my rodzina prawie. Mów mi Kiejstut. – Starosta grodowy z książęcego nadania i bożej łaski, uśmiechnął się iście urzędowo i równie urzędowo wrócił do poprzedniego, starościanego wyrazu twarzy.
Wąsaty absztyfikant w zbliżonym do starosty wieku i pokrewnym usposobieniu, nieco zbity z pantałyku, zaśmiał się nerwowo. Nie wiedząc co odpowiedzieć, ani jaki gest wykonać, stęknął, podrapał się po głowie i jak gdyby nigdy nic wrócił do swojej myśli, nim ta opuściła go na dobre.
– Ludzie myślą, że owce, czy każde inne bydlę, to byle trawę miało, a samo się paść będzie, samo się wydoi, ostrzyże, samo kijów wilkom nawsadza, a na koniec to się samo na targ zabierze i sprzeda z zyskiem.
Siedzący przy stole, aż zanosili się od śmiechu. Szczery rechot wydobywał się z ponętnych ust młodszej starościanki, wydatnie obdarzonej zawartością pękającego w szwach gorsetu, choć ni w ząb żartu nie zrozumiała. Nieco mniej kwiecistym, choć nie mniej żarliwym śmiechem popisywała się ciotka Eugenia, szlachcianka, która, jako daleka krewna, a przy tym wdowa, była stałą rezydentką posiadłości starosty. Zajmowała się głównie plotkowaniem i celebracją niedoli po stracie męża. Żona włodarza śmiała się natomiast powściągliwie, z klasą. Lekko unosiła kąciki ust, nie odsłaniając zębów, chcąc dać satysfakcję przyszłemu zięciowi, a jednocześnie ukryć to, jak bardzo mierzi ją profesja, którą ten się para.
Oznak radości próżno było szukać na twarzy Maryli – panny na wydaniu. Wręcz przeciwnie. Sprawiała wrażenie pogodzonego z losem skazańca. Oczekując wyroku, wlepiała puste oczy w talerz i nie wyrażała sobą zupełnie nic
Nawet lubiła owce. Za ich stadność, stateczny charakter, łagodność. Nie lubiła za to Największego w Rejonie ich Hodowcy. Był stary, rubaszny, a przy tym nieprzyzwoicie bogaty. Jej ojciec szybko więc doszedł do przekonania, że wąsaty starzec jest dla Maryli jedynym słusznym wyborem w kwestii zamążpójścia. Chciał sprzedać jej rękę i zrobić to z zyskiem. Nienawidziła ich obydwu.
– Guzik się to ma do rzeczywistości – kontynuował owczarz. – Do zwierzyny trzeba mieć rękę, cierpliwości co niemiara, a niektórzy mówią nawet, że instynkt trza mieć, umieć myśleć i czuć jak, nie przymierzając, bydlę.
“Przynajmniej tyle. Przynajmniej dla zwierząt jest dobry”, pomyślała Maryla, gdy słowa jej przyszłego męża jakimś sposobem zahaczyły obrzeża jej świadomości.
– I pan ten instynkt, ma się rozumieć, posiada? – spytała z udawanym zainteresowaniem starościna.
– A gdzie tam… Po prawdzie, to mi owce wcale nie w smak są. Ludzi od tego mam. Ale wiem o nich dużo. Choćby to, że same zginęłyby przy pierwszej lepszej okazji. Pobłądziłyby, nogi połamały, wilkom w paszczę wlazły. To tak jak z kobietami.
Podczas gdy jej młodsza siostra, w reakcji na słowa owczarza, niemal plunęła porzeczkowym sokiem, Maryli z obrzydzenia aż zakręciło się w głowie. Mijały długie minuty, a ona wciąż nie zaszczyciła współbiesiadników choćby podniesieniem głowy znad talerza. Para unosząca się z pieczonego sandacza znikła, a ziemniaczane kluski, wcześniej delikatne i lekkie, zrobiły się twarde i gumowate.
– Jedz, dziecko – ponaglił ją ojciec. – Ryba sprowadzana lodowym wozem dziś przed świtem, łowiona nocą, w Szarych Wodach. Mięso rozpływa się w ustach, szkoda go. No, jedz! – Nie odpuszczał widząc kompletny brak reakcji córki.
– Dajcież spokój, Kiejstut – powiedział wąsacz, chcąc zapunktować i u narzeczonej, i jej matki. U ojca nie musiał. – Ryba przednia, nie powiem, ale może mięsa by panienka skosztowała? Jagnięciny delikatnej? Miękkiej i krwistej, z rozmarynem, czosnkiem i solą.
Żaden mięsień na ciele dziewczyny nawet nie drgnął. Myślami starała się uciec w miejsca bezpieczne, przyjemne, odosobnione. Dalekie od rodzinnego domu. Nie miała tu nic. A to nic i tak próbowano jej odebrać.
– Gotować potrafi? – przyszły zięć szepnął niedyskretnie do starosty. Ten uśmiechnął się w ten sam co poprzednio, nic niemówiący sposób, kręcąc przy tym dłonią w geście oznaczającym ni mniej, ni więcej “postaraj się o kucharkę albo dwie”. Usta powiedziały co innego.
– Nauczy się. I do baraniny przywyknie. Młoda jest jeszcze, zapał ma. Dzisiaj tylko taki dzień… Rozumiecie, kobiece dolegliwości – skonstatował starosta, wzruszając ramionami i składając wszelkiej maści zapewnienia, iż towar, jaki oferuje, nie jest bynajmniej trefny.
– Aha, tylko dzisiaj… – burknęła pod nosem biuściasta siostra, puszczając do owczarza porozumiewawcze oczko.
– A tam. Ważne, by regularność była tych dni. Zresztą, jutro przyślę swoją akuszerkę, to z nią pomówi. Dowie się, co i jak. U owiec, dajmy na to…
Znowu się nie udało. Nie zdołała się uchronić. Uciec. Myśli Maryli wracały do niej jak natarczywy posłaniec, niosący tylko złe wieści. Kręciło jej się w głowie. Głosy raz dobiegały z bardzo daleka, jak echo, stłumione krzyki, a innym razem wierciły dziurę w głowie każdą zgłoską. “Powiedz coś”, “uśmiechnij się, no”, “dlaczego nie jesz?”. Koszmarna pozytywka nie dawała jej spokoju. Chciała odpowiedzieć. Że woli ciszę, że chce być sama, że za słone… Ale czy kogoś obeszłoby to, czemu słodkowodny sandacz jest tak słony? Czemu jest tak cholernie słony? Chciała, ale coś się w niej zmieniło. Coś złamało. Myśli zostały na miejscu. To ona… Tym razem to ona…
– A ty dokąd? – poczuła uścisk na ramieniu. Mocny, nieprzyjemny. To była jej matka. Zatrzymała ją w progu otwartych drzwi. Maryla nie wiedziała kiedy się tam znalazła, ani jak tego dokonała. Zimne powietrze dodawało jej otuchy, napełniało mocą, które nie czuła nigdy wcześniej.
– Pobłądzić, nogi połamać, wilkowi do paszczy wleźć.
W następnej chwili już biegła. Czuła, jak oblepia ją mróz, jak zimny wiatr smaga jej nagie ramiona. Słyszała krzyki i groźby dochodzące z oddali. Nie odwróciła się. Nigdy już tego nie zrobi. Podniosła szal w triumfalnym geście. Powiewał niczym sztandar. Zaśmiała się, a łzy same płynęły po policzkach, momentalnie gęstniejąc i znacząc twarz. W końcu stanęła. Oparła się o drzewo, próbując złapać, a później wyregulować oddech. Napawała się uczuciem, którego wcześniej nie znała. A może po prostu zapomniała o jego istnieniu? Nie mogła uwierzyć, to było jak sen, jak nierealny, piękny sen.
– Wszystko dobrze? Panienko? – Poczuła delikatne muśnięcie, choć nie była wtedy zdolna do odbierania żadnych fizycznych bodźców. Drgnęła, a fala wywołana kontaktem rozlała się po całym ciele. Chciała się odwrócić, spojrzeć na nieznajomego, ale coś ją powstrzymało. Nie nalegała. – Też wybierasz się do teatru? – Kiwnęła głową. Dziś była wolna. Tak przynajmniej myślała.
Cześć,
Pozwolę sobie jeszcze pokrótce skomentować pobetowo :)
Jak już mówiłam, ogólnie mi się podobało.
Stylizacja języka jest w większości całkiem udana.
Trochę szlifów i wyszedł z tego całkiem przyzwoity tekst :) Fajna interpretacja, dobrze wykorzystuje to co widać na obrazie i rozwija to, co sobie można dopowiedzieć.
Trochę musisz jeszcze popracować, ale idziesz w dobrym kierunku – zwłaszcza zważywszy, że wszelkie uwagi traktujesz poważnie i z nich korzystasz. Myślę, że na przyszłość dużo z nich wyciągniesz :)
Pozdrawiam serdecznie i powodzenia!
Spodziewaj się niespodziewanego
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

Edit:
Szanowny Autorze, czy celowo (z uwagi na fabułę) pod obrazem widnieje inny tytuł?
Pecunia non olet
bruce
Tak, tak, celowo…:P nie mniej – zmieniłem, aby podobne pytania więcej się nie pojawiały”)
bruce
Tak, tak, celowo…:P nie mniej – zmieniłem, aby podobne pytania więcej się nie pojawiały”)
Tak myślałam. :) Dziękuję, pozdrawiam, Rafaelu. :)
Pecunia non olet
Dobre opowiadanie – nie wypada napisać, że po becie jeszcze lepsze, ale zyskało na płynności, a zachowało oryginalną treść.
Podobało mi się to, jak działa na wyobraźnię. Nie mam problemu, żeby przenieść się w przedstawiony świat, a to w opowiadaniach bardzo lubię.
Zagadka kobiety, odwrócony chronologicznie układ, te elementy zachęcają do dalszego czytania – chcemy się dowiedzieć, jak do tego doszło, kim ona jest.
Dobry pomysł, sprawna realizacja, widać dbałość o to, żeby tekst był lepszy… czego chcieć więcej? Może więcej klików, ja dokładam swój :)
Czytam wszystkie opowiadania konkursowe i jestem pod wrażeniem. Wysoki poziom i idealne wpisanie się w tematykę konkursu – gratuluję.
https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta