- Opowiadanie: Rafael Sanki - Teatr cieni

Teatr cieni

Opo­wia­da­nie jest in­spi­ro­wa­ne ob­ra­zem „Ko­bie­ta w czar­nej sukni”. 

Za­wie­ra ko­bie­tę, suk­nię i czerń. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

marzan

Oceny

Teatr cieni

 

 

 

(“Kobieta w czar­nej sukni” Anna Słoncz)

 

 

– Byle do kura – po­wtó­rzył pod nosem męż­czy­zna w czap­ce z kró­li­cze­go futra. Był stary, a na­prze­mien­ne wy­dy­ma­nie i za­ci­ska­nie bez­zęb­nych ust tylko do­da­wa­ło mu lat. Wśród szem­ra­nej kom­pa­nii, w której przyszło mu czekać świtu, wy­glą­dał jak drew­nia­na łyżka w zbro­jow­ni. Wy­jąt­ko­wo tępa łyżka.

– A dał­byś już pokój Jule. Noc jak noc. – Wzru­szył ra­mio­na­mi sie­dzą­cy po jego le­wi­cy drab z pa­skud­ną, po­szar­pa­ną bli­zną na bro­dzie. Po­cią­gnął za­chłan­nie z gą­sior­ka krą­żą­ce­go wokół ogni­ska.

– Może i zimno, ale po­patrz: go­rzał­ka jest, za­ję­ców na­ła­pa­lim, gdzie by ci le­piej było, jak z nami, he? – Szturch­nął go ko­lej­ny z bie­siad­ni­ków, uśmie­cha­jąc się za­gad­ko­wo i nie­ład­nie pusz­cza­jąc oko w stro­nę nieco już pod­pi­tej kom­pa­nii.

W ślad za jego sło­wa­mi pie­czeń na pro­wi­zo­rycz­nym roż­nie trza­snęła, a, zda­ło­by się, je­dy­na kro­pla tłusz­czu spły­wa­ją­ca z ko­ści­ste­go tru­cheł­ka za­sy­cza­ła na czer­wo­nych po­la­nach. Noc fak­tycz­nie była mroź­na. Le­żą­ce w świe­tle ja­sne­go księ­ży­ca to­boł­ki zdą­ży­ły oszro­nieć i stward­nieć na kość, a cze­ka­ją­ce na swoją kolej tusz­ki za­sty­gły w po­zach, w ja­kich za­stał je my­śli­wy. Ale nie to mar­twi­ło Ju­le­go. Nie tylko to.

– A mnie, dziad­ku, po­wo­li za­czy­nasz grać na ner­wach – ode­zwał się po dłuż­szej chwi­li krępy i nie­spo­koj­ny męż­czy­zna, wpa­tru­ją­cy się w klin­gę nie­wiel­kie­go ko­zi­ka. Głos miał nie­przy­jem­ny, nie­mal tak nie­przy­jem­ny jak to, co za­le­ga­ło na dnie jego duszy. – Za­wrzyj tedy gębę. – Pod­niósł wzrok na sta­rusz­ka. W spoj­rze­niu tym był i trza­ska­ją­cy mróz, i nie­okrze­sa­ny, dziki pło­mień, wal­czą­ce w śmier­tel­nym po­je­dyn­ku. – Bo pierw­szym bę­dziesz, który tej nocy za­pie­je.

Nikt się nie ode­zwał. Odzia­ny w kró­li­czy koł­pak sta­rzec sku­lił się tylko i mruk­nął coś pod nosem.

Go­rzał­ka krą­ży­ła wokół ogni­ska, a ogni­sko za­czy­na­ło krą­żyć wokół pi­ją­cych. Głowy co po­nie­któ­rych opa­dły już bez­wład­nie na pier­si, a przy­stan­ki gą­sior­ka sta­wa­ły się coraz rzad­sze.

– Eeee… – wy­beł­ko­ta­ł za­kap­tu­rzo­ny męż­czy­zna, co po od­ję­ciu kilku “głęb­szych” mo­gło­by ozna­czać zwy­cza­jo­we “pro­szę”. Dłu­gie i cięż­kie od nie­okre­ślo­nej, lep­kiej sub­stan­cji włosy bu­ja­ły się jak łań­cu­chy na na­brze­żu. Dłoń, w któ­rej trzy­mał gą­sio­rek, to wzno­si­ła się, to opa­da­ła, to po­da­wa­ła, to za­bie­ra­ła tru­nek. W końcu na­po­tka­ła opór, co w innej sy­tu­acji ozna­cza­ło­by nie­chyb­nie prze­ka­za­nie nie­chcia­ne­go, bo nie­mal pu­ste­go, na­czy­nia. Nie tym razem. Gą­sior upadł na zie­mię, roz­trza­sku­jąc się na oka­la­ją­cych pa­le­ni­sko ka­mie­niach.

– Ożesz ty! – zawył kap­tur­nik, bu­dząc tych, któ­rych zbu­dzić nie zdo­ła­ła roz­bi­ta flasz­ka.

Obu­dze­ni, rzecz jasna, nie drgnę­li nawet o mi­li­metr, wzno­sząc je­dy­nie chór mam­ro­tań, po­mru­ków i beł­ko­tów. Kul­tu­ra kar­czem­na, którą wy­zna­wa­li, na­ka­zy­wa­ła trak­to­wać po­dob­ne in­cy­den­ty z da­le­ko idącą po­błaż­li­wo­ścią, jako stan­dar­do­wy etap pro­ce­su za­le­wa­nia się w trupa. Je­dy­nie śpią­cy z otwar­ty­mi usta­mi awan­tur­nik o apa­ry­cji ostat­niej szu­mo­wi­ny rzu­cił od nie­chce­nia parę prze­kleństw i obelg, po czym za­snął po­now­nie, jak po do­brze wy­ko­na­nej pracy.

Pró­bu­ją­cy utrzy­mać równowagę kap­tur­nik spoj­rzał wo­jow­ni­czo na spraw­cę za­mie­sza­nia. Mętny wzrok wy­ostrzył się, choć wciąż naj­wy­żej w stop­niu po­zwa­la­ją­cym, z dość wy­so­kim praw­do­po­do­bień­stwem, od­róż­nić łosia od świni. Po chwi­li bez­owoc­nych prób zro­zu­mie­nia tego, co widzi, zro­bił krok do przo­du i przy­kuc­nął, nie od­ry­wa­jąc oczu od ob­ser­wo­wa­nej po­sta­ci. W końcu upadł na zad i wy­beł­ko­tał.

– Baba… Toż to baba… 

Fak­tycz­nie. Na drew­nia­nej ławie sie­dzia­ła młoda ko­bie­ta z twa­rzą ukry­tą w dło­niach. Nie była to jed­nak zwy­czaj­na dziew­czy­na, po­dob­na do tych, które wi­du­je się co dzień na targu, w go­spo­dzie, wy­szyn­ku czy nawet w za­mtu­zach. Mimo, iż sku­lo­na i za­kry­ta płó­cien­nym sza­lem, od pierw­sze­go spoj­rze­nia za­chwy­ca­ła. Bujne włosy opa­da­ły niby czar­ny wo­do­spad, z hu­kiem roz­bi­ja­ją­cy się o pełne pier­si. De­li­kat­ne, smu­kłe dło­nie wy­glą­da­ły, jak gdyby nigdy nie pa­ra­ły się żad­nym cięż­kim za­ję­ciem. Nogi, choć pod­ku­lo­ne, spra­wia­ły wra­że­nie nie­skoń­czo­nych, ide­al­nych. Czy była je­dy­nie nocną zmorą, pi­jac­kim ma­ja­kiem? Jej ist­nie­nie bu­dzi­ło wąt­pli­wo­ści, nie tylko z racji na nie­re­al­ną wręcz urodę i miej­sce, w jakim się zna­la­zła. Męż­czy­zna do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li zdał sobie spra­wę, że, prócz szala, dziew­czy­na odzia­na jest je­dy­nie w zwiew­ną su­kien­kę i de­li­kat­ne trze­wi­ki.

– Zenek… – Szturch­nął naj­bliż­sze­go kom­pa­na, obej­mu­ją­ce­go na­mięt­nie wła­sne ko­la­na. – Zenek! – Nie ba­wiąc się w de­li­kat­no­ści, zdzie­lił go w po­ty­li­cę. Re­ak­cja nie była na­tych­mia­sto­wa.

– Pi­ja­nyś. Śpij – od­burk­nął zdzie­lo­ny.

– Pi­ja­ny, ale widzi do­brze. – Spo­koj­ny głos, który do­biegł z dru­giej stro­ny ogni­ska, raził na wpół przy­tom­ne­go bie­siad­ni­ka jak grom. – Go­rzej ze słu­chem, ale to je­stem w sta­nie zro­zu­mieć. Wkra­dła się pa­nien­ka jak ła­si­ca do kur­ni­ka. Nawet mi umknął ten fakt, choć trud­naś do prze­ga­pie­nia, pta­szyn­ko.

Krępy osi­łek, do­tych­czas za­ję­ty wy­łącz­nie ostrzem wła­sne­go noża, za­wie­sił na niej wzrok. Uśmiech, jakim ją ob­da­ro­wał, był tak pa­skud­ny, że nawet noc, nawet tań­czą­ce cie­nie skrom­nych pło­mie­ni, nawet szal za­rzu­co­ny na głowę nie były w sta­nie przed tą brzy­do­tą uchro­nić. Pa­skud­na morda roz­wie­ra­ła się coraz to sze­rzej, uka­zu­jąc wnę­trze mie­nią­ce się sre­brem, zło­tem i czar­nym ze­psu­ciem to­czą­cym to, co nie­gdyś, dawno temu, mogło być białe lub żółte. Ru­chli­wy i długi jak u krowy jęzor wo­dził po wą­skich, nie­mal nie­wi­docz­nych war­gach.

Pa­skud­nik wstał. Zro­bił kilka szyb­kich kro­ków, omi­ja­jąc przy tym ciel­ska tych współ­bie­siad­ni­ków, któ­rzy udali się na spo­czy­nek nieco przed­wcze­śnie. Sta­nął przed ko­bie­tą, wkła­da­jąc kciu­ki za pas i osten­ta­cyj­nie po­pra­wia­jąc za­pię­cie.

– Jakie licho cię tu przy­gna­ło? Może ogrzać się chcia­łaś, hę? Po­dejdź no bli­żej, ze mną nie zmar­z­niesz. – Wy­cią­gnął dłoń w jej stro­nę. Bez re­ak­cji. Bez ocze­ki­wa­nej przez niego re­ak­cji.

– Zo­staw ją. – Choć roz­dy­go­ta­ny i le­d­wie prze­bi­ja­ją­cy się przez trzask ogni­ska, głos Jule miał w sobie coś, co na mo­ment od­wró­ci­ło uwagę łotra od dziew­czy­ny. Sta­ru­szek wie­dział, co to za jeden. Jakie par­szy­we za­sa­dy wy­zna­je, a na które pluje. Ona nie mogła, nie po­win­na wie­dzieć. – Mu­sia­ła zwiać od ła­pa­czy albo han­dla­rzy. Kto wie, jaka bieda ją tu przy­gna­ła. Nie do­kła­daj­my jej.

– Już raz ci po­wie­dzia­łem, dzia­du – za­wrzyj gębę! – Ban­dy­ta od­wró­cił się do niego i w jed­no­znacz­nym ge­ście mach­nął nożem na wy­so­ko­ści szyi.

– Pa­nien­ka wy­ba­czy… – wzno­wił po chwi­li. Ale pa­nien­ki już nie było. Znik­nę­ła jak cień, gdy chmu­ry prze­sło­nią księ­życ.

No­żow­nik za­ci­snął eklek­tycz­ne uzę­bie­nie, a nie­wi­docz­na do tej pory warga ujaw­ni­ła swoją obec­ność, ner­wo­wo pul­su­jąc i ro­niąc znie­kształ­co­ne słowa.

– Ostrze­ga­łem cię… Chcia­łeś kura? – Kilka szyb­kich ru­chów, skok przez ogrom­ne­go, prze­rzu­co­ne­go po­szar­pa­ną derką draba i już był przed nim. Za­sko­czo­ny Jule upadł na plecy, nakry­wa­jąc się no­ga­mi. W jego wieku ozna­cza­ło to po­zo­sta­nie w tej po­zy­cji na dłu­żej. Być może na za­wsze.

– Piej. No Już! – ryk­nął na­past­nik gło­sem nie do­pusz­cza­ją­cym sprze­ci­wu. Cze­kał na re­ak­cję, na­pa­wa­jąc się pa­nicz­ną dez­orien­ta­cją, a w końcu de­spe­rac­ki­mi pró­ba­mi re­ali­za­cji roz­ka­zu. Mimo iż Jule od początku wiedział, że próba sprzeciwienia się oprychowi to proszenie się o śmierć, trząsł się jak ga­la­re­ta, a z ust wy­do­by­wa­ło się je­dy­nie zwie­rzę­ce sa­pa­nie, przetykane próbami złapania tchu. 

– Nie? – Na­past­nik nie cze­kał długo na od­po­wiedź. – Po­mo­gę ci. – Słowa kłuły żywym lodem i mro­zi­ły serce. Nim zdo­ła­ły wy­brzmieć, księ­życ, do­tych­czas kry­ją­cy się trwoż­nie za sza­ry­mi ob­ło­ka­mi, wy­chy­nął nie­śmia­ło, zmie­nia­jąc ludz­ką fi­zjo­no­mię łotra w czar­ny kon­tur ze świe­tli­stym kli­nem, wi­szą­cym jak ja­strząb nad ofia­rą. Po­ły­skli­wy przed­miot opadł gwał­tow­nie, a je­dy­ne, co mógł zro­bić Jule, to unieść dło­nie w ża­ło­snej pró­bie ra­tun­ku. Wy­star­czy­ło.

Mi­ja­ły dłu­gie se­kun­dy, a sta­rzec, wbrew wszel­kim prze­słan­kom, nadal żył. “A jeśli tak wy­glą­da śmierć?”, my­ślał, choć w ana­li­zie sy­tu­acji prze­szka­dza­ło wa­lą­ce wście­kle serce. Z tru­dem prze­krę­cił się na bok, oparł na łok­ciu i przy­siadł po­kracz­nie. Pod­niósł wzrok ponad pień, na któ­rym jesz­cze przed chwi­lą sie­dział.

No­żow­nik leżał, po­dry­gu­jąc, szar­piąc zie­mię i krztu­sząc się krwią. Nad nim stała ko­bie­ta. Smu­kła, wy­so­ka i do­stoj­na ni­czym wieża ka­te­dry. Nie mniej od niej pięk­na. Ci z bie­siad­ni­ków, któ­rzy byli w sta­nie, bez na­my­słu czmych­nę­li w mrok. Po­zo­sta­li albo nie da­wa­li znaku życia, albo wpa­try­wa­li się w ma­je­sta­tycz­ną po­stać z mie­sza­ni­ną lęku, uwiel­bie­nia i po­żą­da­nia.

Dziew­czy­na była naga, choć spo­wi­ta czymś co w jed­nym mo­men­cie przy­po­mi­na­ło tiu­lo­wą, zwiew­ną su­kien­kę, w dru­gim ba­ra­nie futro. Kłę­bią­cym się, snu­ją­cym, bu­zu­ją­cym. Jej ciało zda­wa­ło się wiecz­nym polem bitwy świa­tła i cie­nia ni­czym po­wierzch­nia stawu w kręgu noc­nych pło­mie­ni. Łatwo było prze­oczyć po­tęż­ne szpo­ny miast dłoni, ster­czą­ce z burzy roz­cza­pie­rzo­nych wło­sów uszy, kły ocie­ka­ją­ce krwią i puste, ogrom­ne oczy.

– Za­aabiiiić – wy­char­czał oprych.

Za­iste, po­tę­ga stra­chu i ter­ro­ru nie zna gra­nic życia i śmier­ci. Mimo że bli­żej mu było do grobu, niż do bitki, jego słowa otrzeź­wi­ły umy­sły pod­ko­mend­nych, któ­rzy bez na­my­słu rzu­ci­li się na de­mo­na. Pa­ła­sze i kor­de­la­sy za­świsz­cza­ły w gę­stym, mroź­nym po­wie­trzu. Tu­mult opadł tak gwał­tow­nie, że Jule nie­mal nie od­no­to­wał, by co­kol­wiek się wy­da­rzy­ło. Dziew­czy­na stała w tym samym miej­scu. Cie­nie na jej ciele wciąż wiły się w sza­leń­czym tańcu. Księ­życ wi­siał nad nimi nie­wzru­szo­ny, a ogień trza­skał ocho­czo. Tylko te ciała… Le­żą­ce do tej pory nie­ru­cho­mo, znie­ru­cho­mia­ły jesz­cze bar­dziej. To już nie al­ko­hol. To śmierć. I po­wo­li za­własz­cza­ją­cy je mróz. 

Ko­bie­ta, na po­wrót bę­dą­ca tą sku­lo­ną i zlęk­nio­ną isto­tą, którą Jule po­sta­no­wił chro­nić, usia­dła. Do­łą­czył do niej. Nim zdo­łał umo­ścić się na sę­ka­tej kło­dzie, opar­ła się o jego ramię. Tak de­li­kat­na, tak bez­bron­na, tak pięk­na. Jule nie po­wie­dział nic. Sie­dział tylko i słu­chał.

 

 

*

 

 

– Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie lu­dzi­ska! Dzi­siej­szej nocy, na rynku, wiel­ki spek­takl, ja­kie­go oczy wasze jesz­cze nie wi­dzia­ły! Tylko jeden raz! Je­dy­ny! Nie­po­wta­rzal­ny! Tuż po zmro­ku, gdy księ­życ oświe­tli wasze do­mo­stwa, przy­by­waj­cie do te­atru cieni!

Bez farb i masek, bez pań­skie­go złota i je­dwa­biów – tylko świa­tło i ciem­ność. Hi­sto­rie stare jak las i młode jak po­ra­nek. Gdy na dło­nie ar­ty­stów pad­nie księ­ży­co­wy blask, na­ro­dzą się po­sta­cie, które przy­cho­dzą tylko raz w mie­sią­cu, pod­czas pełni. Nie lę­kaj­cie się jed­nak cie­nia, bo cień nie za­wsze kryje strach. Cza­sem skry­wa praw­dę, któ­rej za dnia nie spo­sób do­strzec. A gdy świa­tło za­drży, może zo­ba­czy­cie coś wię­cej niż tylko kształt na płót­nie. Nie za­sta­na­wiaj­cie się! Kto nie przyj­dzie, ten nie uwie­rzy. Kto nie zo­ba­czy, ten po­ża­łu­je! Tylko pięć mie­dzia­ków za wstęp, lu­dzi­ska, tylko pięć mie­dzia­ków!

Le­d­wie ob­wo­ły­wacz po­ja­wił się na rynku, wokół niego zdą­ży­ła ze­brać się spora grup­ka słu­cha­czy. Miej­sco­wi ry­ba­cy, mu­la­rze, go­spo­da­rze, że­bra­cy. Baby jar­marcz­ne i prze­kup­ki, które nawet pod­czas mszy traj­ko­czą nie­ustan­nie, na tę oko­licz­ność za­mil­kły. Z warsz­ta­tów, skle­pów i wy­szyn­ków wy­chy­nę­li kupcy, rze­mieśl­ni­cy, przy­jezd­ni. Każdy kto miał uszy, usły­szaw­szy po­tęż­ny głos nio­są­cy się ponad miej­skim gwa­rem. wie­dzio­ny niby cza­rem, prze­ry­wał swoje co­dzien­ne czyn­no­ści, 

Gdy he­rold skoń­czył, tłum sku­pio­ny wokół niego wy­buchł ogłu­sza­ją­cą wrza­wą. “Jakem żywy, ta­kich dzi­wów u nas nie było!”, “teatr, u nas?”, “tylko 5 mie­dzia­ków?”, dzi­wo­wa­li się i prze­krzy­ki­wa­li w za­chwy­tach jedni przez dru­gich. I ry­ba­cy, i mu­la­rze, i że­bra­cy. Prze­kup­ki nie­mal po­stra­da­ły głosy, w amoku pa­pla­jąc trzy po trzy o cie­niach, ar­ty­stach i rze­czach zu­peł­nie z ob­wiesz­cze­niem niezwią­za­nych. Jeden tylko sta­ru­szek w kró­li­czym koł­pa­ku krę­cił z dez­apro­ba­tą głową, wpa­tru­jąc się w pustą becz­kę, na któ­rej jesz­cze przed chwi­lą stał ob­wo­ły­wacz.

 

 

*

 

 

Noc była cicha, bez­chmur­na, nie­mal bez­wietrz­na. Księ­ży­co­we świa­tło do­da­wa­ło bla­sku wszyst­kie­mu, co mróz-ar­ty­sta po­wo­łał do życia. Trawy, li­ście, kryte strze­chą dachy – wszyst­ko po­kry­te było skrzą­cym się pyłem, niby w ba­ję­dach o wróż­kach, cho­chli­kach i kra­sna­lach. W taką noc coś pod skórą sie­dzi, coś w gło­wie spo­ko­ju nie daje, coś w rzyć uwie­ra, a nogi wpra­wia w ruch. Coś wzywa.

Nic dziw­ne­go, że przed na­mio­tem te­atru cieni ze­bra­ły się tłumy. Nie co dzień dzie­je się coś, co nie dzie­je się nigdy. Nie co dzień ja­kieś wy­da­rze­nie gro­ma­dzi po­spo­łu bied­nych i bo­ga­tych, mło­dych i sta­rych, za­rów­no ludzi pra­wych, jak i szu­braw­ców. Mimo tłusz­czy wle­wa­ją­cej się ze­wsząd do na­mio­tu, ni­czym potok wy­peł­nia­ją­cy suchą niec­kę, sto­ją­ce przed wej­ściem po­sta­cie po­bie­ra­ją­ce wej­ścio­we ani my­śla­ły o za­my­ka­niu furt pro­wa­dzą­cych do wnę­trza. Wręcz prze­ciw­nie. Wpusz­cza­ły każ­de­go, kto syp­nął gro­szem do sto­ją­cych przy wej­ściu, sta­lo­wych pu­szek, bez wy­raź­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia fak­tycz­ną kwotą tra­fia­ją­cą do na­czy­nia.

W środ­ku pa­no­wał nie­mal zu­peł­ny mrok. Blade świa­tła po­chod­ni pod­wie­szo­nych pod su­fi­tem i oka­la­ją­cych wi­dow­nię sta­no­wi­ły je­dy­nie na­rzę­dzie kon­tro­li tłumu, który bez nich po­ty­kał­by się i tra­to­wał wza­jem­nie. Wie­niec ka­gan­ków koń­czył się w cen­tral­nej czę­ści na­mio­tu, gdzie naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wa­ła się scena. Płót­no, które, zgod­nie z lo­gi­ką, winno sta­no­wić lwią jej część, było zu­peł­nie nie­wi­docz­ne. Je­dy­ną prze­słan­ką o jego ist­nie­niu było nie­ja­sne prze­czu­cie widza, że coś tam fak­tycz­nie jest. Jakaś ba­rie­ra, gra­ni­ca dzie­lą­ca na­miot na część dla wi­dow­ni oraz tę za­kry­tą i do­stęp­ną je­dy­nie dla ar­ty­stów.

Wszyst­ko to spra­wia­ło, że wcho­dzą­cy, nie­za­leż­nie od stanu, ma­le­li, po­kor­nie­li w ob­li­czu pa­nu­ją­cej w na­mio­cie mrocz­nej aury. Wszy­scy sta­wa­li się równi. Jed­na­ko­wo za­dzi­wie­ni, za­fa­scy­no­wa­ni, onie­śmie­le­ni. Jed­na­ko­wo za­nie­po­ko­je­ni, trwoż­nie spo­glą­da­ją­cy po sobie, na równi ule­gli i ska­za­ni na spek­takl, któ­re­go staną się świad­ka­mi. Od­wro­tu nie było. Mrok w po­łą­cze­niu z na­pie­ra­ją­cym i nie­cier­pli­wym tłu­mem nie dawał szans na zmia­nę de­cy­zji.

W końcu, gdy pierw­si wi­dzo­wie opar­li się o deski sceny, a dys­kom­fort bli­sko­ści nie­zli­czo­nych ciał osią­gnął war­tość gra­nicz­ną, po­chod­nie nie­ocze­ki­wa­nie zga­sły, ciem­ność stę­ża­ła. Chwi­lę póź­niej przez nie­wiel­ki otwór w szczy­cie na­mio­tu, do środ­ka wpadł jasny pro­mień księ­ży­co­we­go świa­tła. Wi­dow­nia ochnę­ła, a pro­mień, znaj­du­jąc drogę za ku­li­sy, jed­no­cze­śnie ujaw­nił ogrom płót­na, za któ­rym zni­kał nie­mal na­tych­miast po wdar­ciu się do wnę­trza.

Nagły błysk ośle­pił na mo­ment wszyst­kich ze­bra­nych, a świe­tli­sty okrąg po­ja­wił się w miej­scu, gdzie pod­świa­do­mie wszy­scy się go spo­dzie­wa­li – w cen­trum mon­stru­al­ne­go ekra­nu. W ślad za nim po­wie­trze wy­peł­ni­ły de­li­kat­ne dźwię­ki fletu, prze­ty­ka­ne spo­ra­dycz­ny­mi, acz sys­te­ma­tycz­ny­mi szarp­nię­cia­mi strun in­stru­men­tu brzmią­ce­go jak lut­nia. Mu­zy­ka to­no­wa­ła emo­cje, uspo­ka­ja­ła, sta­no­wi­ła do­sko­na­łe re­me­dium na udzie­la­ją­ce się co po­nie­któ­rym na­pię­cie.

Po chwi­li, na ekra­nie uka­za­ły się pierw­sze po­sta­cie. Ko­bie­ta i męż­czy­zna, któ­rych fi­zjo­no­mia, tak mi­ster­nie utka­na z cie­nia, wpra­wi­ła wi­dow­nię w praw­dzi­wy za­chwyt. Każde stuk­nię­cie, mu­śnię­cie, każdy po­dryg i pląs ni­by-lu­dzi był wier­ną re­pre­zen­ta­cją cze­goś re­al­ne­go. Nie­okre­ślo­ne­go, lecz re­al­ne­go. Nawet naj­sub­tel­niej­sza imi­ta­cja ludz­kich ru­chów i za­cho­wań wy­wo­ła­na po­ru­sza­ją­cym się pal­cem, wzla­tu­ją­cy­mi i opa­da­ją­cy­mi w uści­sku dłoń­mi, zda­wa­ła się fi­zycz­nie od­dzia­ły­wać na wi­dzów. Tłum raz fa­lo­wał ni­czym bujna, czerw­co­wa trawa, innym razem po­dry­gi­wał jak nie­spo­koj­ny pło­myk. Męż­czyź­ni za­ci­ska­li dło­nie, ko­bie­ty prze­bie­ra­ły no­ga­mi. 

Po­cząt­ko­wo oschła i za­cho­waw­cza, wy­ko­nu­ją­ca de­li­kat­ne, ta­necz­ne ruchy para ko­chan­ków, szyb­ko uka­za­ła swoją praw­dzi­wą na­tu­rę. Po­ryw­cze gesty, skoki, agre­syw­ne figury i in­te­rak­cje raz wy­wo­ły­wa­ły salwy śmie­chu, innym razem gło­śne wes­tchnie­nia, cza­sa­mi krzy­ki. Między duetem na płótnie iskrzyło. Pocałunki ośmielały, wilgotne kontury warg muskały i pieściły wyobrażone krągłości, w momentach kulminacyjncyh rozpadając się na atomy palców, dłoni, przedramion. Emocje udzielały się również widowni. Ich oddechy przyspieszały, krew krążyła niespokojnie, wzrok wodził po sąsiadujących, rozbudzonych ciałach. Cie­nie dzia­ła­ły na wy­obraź­nię I mą­ci­ły w gło­wach.

Nasyciwszy się panującym wokół napięciem, cie­ni­ste za­lo­ty prze­szły płyn­nie w cie­ni­sty akt mi­ło­sny.

Wi­dząc pal­cza­ste kształ­ty na­śla­du­ją­cy męską fi­zjo­no­mię w spo­sób bar­dzo bez­po­śred­ni, co po­nie­któ­re z pa­nien aż pi­snę­ły. Znik­nę­ły i flet, i lut­nia. Po­ja­wi­ły się pisz­czał­ki i bębny, skrzyp­ce na­da­ją­ce rytm coraz mniej na­mięt­nym, a coraz bar­dziej gwał­tow­nym i per­wer­syj­nym ru­chom po­sta­ci na ekra­nie. Stło­czo­ny tłum szyb­ko dał się po­nieść eks­ta­zie. Pierw­sze jęki, stęk­nię­cia i piski w mgnie­niu oka prze­ro­dzi­ły się w istną sym­fo­nię dzi­kiej, nie­okieł­zna­nej żądzy. Ciem­ność pod­sy­ca­ła popęd, znie­czu­la­ła, roz­ocho­ca­ła, wy­ba­cza­ła i uspra­wie­dli­wia­ła wiele. Może zbyt wiele. Wła­śnie wtedy ją zna­leź­li. 

 

 

*

 

 

– Co wy­da­rzy­ło się wtedy? – spy­tał sta­ru­szek po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia. Wie­dział, że dziew­czy­na po­trze­bu­je po­mo­cy, by prze­brnąć przez tę część opo­wie­ści.

– Usły­sza­łam głos – za­czę­ła z wy­raź­nym tru­dem. – Był wyraźny, choć nie spo­sób było usły­szeć wtedy wła­snych myśli. Wie­dzia­łam, że po­cho­dzi zza ekra­nu.

– Po­szłaś tam?

– A co, mia­łam po­zwo­lić się ob­ma­cy­wać, szar­pać, może zgwał­cić? Oczy­wi­ście, że po­szłam. Nie wiem, jak tego do­ko­na­łam, ale udało mi się. Po dro­dze zo­sta­łam zmię­ta i wy­żu­ta. Zbru­ka­na jak szma­ta w ja­kiejś pod­rzęd­nej łaźni. Ale do­tar­łam.

– Były tam drzwi? Kur­ty­na? Ja­kieś przej­ście, tak?

– Nic ta­kie­go nie było. Po pro­stu nagle zro­bi­ło się ci­szej. Sły­sza­łam wszyst­ko jakby z od­da­li. Naj­dziw­niej­sze było to, że przede mną znowu był ekran. Zu­peł­nie jak­bym stała się wła­snym od­bi­ciem w lu­strze.

– A co było za tobą?

– Nie wiem. Głos nie po­zwo­lił mi się od­wra­cać. Pod groź­bą śmier­ci. A ja ani my­śla­łam się sprze­ci­wiać.

Sta­ru­szek po­now­nie umilkł. Nie do­py­ty­wał. Po­zwo­lił jej mówić to, co chcia­ła po­wie­dzieć. We wła­snym tem­pie. Skoro do­pro­wa­dził ją aż tutaj, dalej po­win­na sobie po­ra­dzić.

– Po­ja­wi­ło się świa­tło. I cień. To był mój cień, cień mojej dłoni – po­wie­dzia­ła w końcu z mie­sza­ni­ną eks­cy­ta­cji i stra­chu. – To byłam ja. Sta­łam się ar­tyst­ką. Moje palce złą­czy­ły się, tak po pro­stu, nie my­śla­łam nad tym. Kciuk po­ja­wił się na­prze­ciw nich, a ja, ot tak, dla kro­to­chwi­li, śmie­jąc się i szcze­rząc, kła­pa­łam szczę­ką cze­goś, co przy­po­mi­na­ło wilka. Ska­ka­łam, ry­cza­łam prze­raź­li­wie i re­cho­ta­łam jak małe dziec­ko. Do­pie­ro po chwi­li do­strze­głam, że… że… To był praw­dzi­wy wilk. Nie było pal­ców, dłoni, ra­mie­nia. Była uja­da­ją­ca, wście­kła szczę­ka.

– Spodo­ba­ło ci się?

– Nie… Tak… Nie wiem. Kiedy po­ru­sza­łam dło­nią, z ca­łe­go tego har­mi­dru do­bie­ga­ły mnie okla­ski, wi­wa­ty. Oni to wi­dzie­li. Na­praw­dę byłam ar­tyst­ką. Byłam tym wil­kiem.

Nagle, ni z tego, ni z owego, dziew­czy­na wy­bu­chła pła­czem. Za­wo­dzi­ła, du­si­ła się, wyła. Sta­ru­szek nawet nie drgnął, jak gdyby wie­dział, do czego zmie­rza ta hi­sto­ria, co bę­dzie jej fi­na­łem. Cze­kał.

– Nie chcia­łam, na­praw­dę… Nie wie­dzia­łam… Ja ich… Ja… – Dziew­czy­na zła­pa­ła się za brzuch, wbi­ja­jąc weń palce tak mocno, jak tylko mogła.

– Wiem, dziec­ko. Wiem. – Ostroż­nie po­ło­żył dłoń na wy­so­ko­ści jej ło­pat­ki. Dziew­czy­na aż pod­sko­czy­ła, ale zaraz potem pod­da­ła się ob­ję­ciu, które wy­zwo­li­ło ko­lej­ną falę łez i bez­rad­nej, pu­stej roz­pa­czy. Gdy spa­zmy i drże­nie tar­ga­ją­ce dziew­czy­ną stały się spo­ra­dycz­ne i do­ga­sa­ły, sta­ru­szek prze­mó­wił.

– Ci… – Jule nie wie­dział do końca jak za­cząć. – …lu­dzie … Oni robią to re­gu­lar­nie, od lat. Szu­ka­ją mło­dych, za­gu­bio­nych, sa­mot­nych. Ta­kich, któ­rzy nie znaj­du­ją sobie miej­sca w tym par­szy­wym świe­cie. W tej dzi­czy, tym wy­uz­da­niu, ze­zwie­rzę­ce­niu. To, że aku­rat ty usły­sza­łaś ich głos, być może jako je­dy­na z całej tej ha­ła­stry… To ważne świa­dec­two. – Po­zwo­lił sobie na do­tknię­cie jej wło­sów. Były takie, ja­ki­mi Jule spo­dzie­wał się je za­stać. Cień zmie­niał czło­wie­ka. Po­tę­go­wał każdą cechę, i tę po­zy­tyw­ną, i tę ne­ga­tyw­ną. Włosy były cu­dow­ne. – Wi­dzisz, oni myślą, że dają ci szan­sę. Na nowy start, dru­gie życie. Tak na­praw­dę dzia­ła­ją jak stado wil­ków. Szu­ka­ją naj­słab­szej, naj­bar­dziej po­dat­nej ofia­ry, i ata­ku­ją, żywią się de­spe­ra­cją, za­gu­bie­niem, żywią się…

Nie do­koń­czył. Pa­znok­cie dziew­czy­ny za­to­pi­ły się w jego ra­mie­niu. Czuł jak wzbie­ra w niej gniew, żal, roz­pacz, czuł krew spły­wa­ją­cą w dół ra­mie­nia, czuł cie­nie zbie­ra­ją­ce się wokół nich. Zła­pał ją za twarz, nim te po­now­nie prze­ję­ły nad nią kon­tro­lę.

– Po­słu­chaj mnie teraz, bo nie wiem, jak długo bę­dzie nam dane roz­ma­wiać. Do po­ran­ka jesz­cze tro­chę, a oni cię szu­ka­ją. Je­steś teraz wil­ko­ła­kiem, po­gódź się z tym. Cień, wilk, peł­nia, ze­psu­cie, sa­mot­ność. Twoja sa­mot­ność. Wszyst­ko to wy­ko­rzy­sta­li prze­ciw­ko tobie, użyli cię. To się dzie­je od cza­sów sta­ro­żyt­nych. Na to nie ma od­trut­ki, ale mo­żesz z tym wal­czyć. Mu­sisz.

– Jak… Ja… Nie po­tra­fię…

– To ja cię tu spro­wa­dzi­łem, dziec­ko. Wie­dzia­łem, co się świę­ci, wie­dzia­łem, że tej nocy mo­żesz mnie po­trze­bo­wać. Ucie­kłaś im. To już dużo. Przy­wio­dło cię tu coś… Wil­cze wycie, pa­mię­tasz? – Nie cze­ka­jąc od­po­wie­dzi, męż­czy­zna ostroż­nie zdjął kró­li­czą czap­kę. Wśród buj­nej, jak na jego wiek, czar­nej jak u mło­dzi­ka czu­pry­ny, dało się do­strzec dwoje po­szar­pa­nych i oklap­nię­tych wil­czych uszu.

– Je­stem już słaby. Stary. Sił star­cza mi le­d­wie, by się z łóżka zwlec. Ale pa­nu­ję nad tym, pa­nu­ję nad cie­nia­mi, i zewem nocy. Zresz­tą… Prze­mia­na naj­pew­niej by mnie za­bi­ła. Je­stem czło­wie­kiem, sły­szysz? Uwa­żam się za czło­wie­ka. Ty też nim je­steś. – Dziew­czy­na z otwar­ty­mi sze­ro­ko oczy­ma przy­glą­da­ła się star­co­wi, z każdą se­kun­dą na­bie­ra­jąc sił i spo­ko­ju. Już nie była sama. 

 

 

*

 

 

– Nie jest to łatwy chleb, ta ho­dow­la, hm?

– A żeby pan wie­dział, mości Sta­ro­sto – od­rzekł w tonie zu­peł­nej i śmier­tel­nej po­wa­gi Naj­więk­szy w Re­jo­nie Ho­dow­ca Owiec, ubie­ga­ją­cy się o rękę naj­star­szej sta­ro­ści­nej la­to­ro­śli. Ubra­ny był w wy­jąt­ko­wo modny i do­brze skro­jo­ny du­blet ze zło­ci­sty­mi ob­szy­cia­mi, co miało sta­no­wić nie­zbi­ty dowód jego ogła­dy i oby­cia w świe­cie. Plan za­pew­ne po­wiódł­by się bez za­rzu­tu, gdyby nie fakt, że męż­czy­zna mu­siał się rów­nież od­zy­wać.

– Jaki tam pan, toż to my ro­dzi­na pra­wie. Mów mi Kiej­stut. – Sta­ro­sta gro­do­wy z ksią­żę­ce­go nada­nia i bożej łaski, uśmiech­nął się iście urzę­do­wo i rów­nie urzę­do­wo wró­cił do po­przed­nie­go, sta­ro­ścia­ne­go wy­ra­zu twa­rzy.

Wą­sa­ty absz­ty­fi­kant w zbli­żo­nym do sta­ro­sty wieku i po­krew­nym uspo­so­bie­niu, nieco zbity z pan­ta­ły­ku, za­śmiał się ner­wo­wo. Nie wie­dząc co od­po­wie­dzieć, ani jaki gest wy­ko­nać, stęk­nął, po­dra­pał się po gło­wie i jak gdyby nigdy nic wró­cił do swo­jej myśli, nim ta opu­ściła go na dobre.

– Lu­dzie myślą, że owce, czy każde inne bydlę, to byle trawę miało, a samo się paść bę­dzie, samo się wydoi, ostrzy­że, samo kijów wil­kom na­wsa­dza, a na ko­niec to się samo na targ za­bie­rze i sprze­da z zy­skiem.

Sie­dzą­cy przy stole, aż za­no­si­li się od śmie­chu. Szcze­ry re­chot wy­do­by­wał się z po­nęt­nych ust młod­szej sta­ro­ścian­ki, wy­dat­nie ob­da­rzo­nej za­war­to­ścią pę­ka­ją­ce­go w szwach gor­se­tu, choć ni w ząb żartu nie zro­zu­mia­ła. Nieco mniej kwie­ci­stym, choć nie mniej żar­li­wym śmie­chem po­pi­sy­wa­ła się ciot­ka Eu­ge­nia, szlach­cian­ka, która, jako da­le­ka krew­na, a przy tym wdowa, była stałą re­zy­dent­ką po­sia­dło­ści sta­ro­sty. Zaj­mo­wała się głów­nie plot­ko­wa­niem i ce­le­bra­cją nie­do­li po stra­cie męża. Żona wło­da­rza śmia­ła się na­to­miast po­wścią­gli­wie, z klasą. Lekko uno­si­ła ką­ci­ki ust, nie od­sła­nia­jąc zębów, chcąc dać sa­tys­fak­cję przy­szłe­mu zię­cio­wi, a jed­no­cze­śnie ukryć to, jak bar­dzo mier­zi ją pro­fe­sja, którą ten się para.

Oznak ra­do­ści próż­no było szu­kać na twa­rzy Ma­ry­li – panny na wy­da­niu. Wręcz prze­ciw­nie. Spra­wia­ła wra­że­nie po­go­dzo­ne­go z losem ska­zań­ca. Ocze­ku­jąc wy­ro­ku, wle­pia­ła puste oczy w ta­lerz i nie wy­ra­ża­ła sobą zu­peł­nie nic

Nawet lu­bi­ła owce. Za ich stad­ność, sta­tecz­ny cha­rak­ter, ła­god­ność. Nie lu­bi­ła za to Naj­więk­sze­go w Re­jo­nie ich Ho­dow­cy. Był stary, ru­basz­ny, a przy tym nie­przy­zwo­icie bo­ga­ty. Jej oj­ciec szyb­ko więc do­szedł do prze­ko­na­nia, że wą­sa­ty sta­rzec jest dla Ma­ry­li je­dy­nym słusz­nym wy­bo­rem w kwe­stii za­mąż­pój­ścia. Chciał sprze­dać jej rękę i zro­bić to z zy­skiem. Nie­na­wi­dzi­ła ich oby­dwu.

– Guzik się to ma do rze­czy­wi­sto­ści – kon­ty­nu­ował owczarz. – Do zwie­rzy­ny trze­ba mieć rękę, cier­pli­wo­ści co nie­mia­ra, a nie­któ­rzy mówią nawet, że in­stynkt trza mieć, umieć my­śleć i czuć jak, nie przy­mie­rza­jąc, bydlę.

 “Przy­naj­mniej tyle. Przy­naj­mniej dla zwie­rząt jest dobry”, po­my­śla­ła Ma­ry­la, gdy słowa jej przy­szłe­go męża ja­kimś spo­so­bem za­ha­czy­ły obrze­ża jej świa­do­mo­ści.

– I pan ten in­stynkt, ma się ro­zu­mieć, po­sia­da? – spy­ta­ła z uda­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem sta­ro­ści­na.

– A gdzie tam… Po praw­dzie, to mi owce wcale nie w smak są. Ludzi od tego mam. Ale wiem o nich dużo. Choć­by to, że same zgi­nę­ły­by przy pierw­szej lep­szej oka­zji. Po­błą­dzi­ły­by, nogi po­ła­ma­ły, wil­kom w pasz­czę wla­zły. To tak jak z ko­bie­ta­mi.

Pod­czas gdy jej młod­sza sio­stra, w re­ak­cji na słowa owcza­rza, nie­mal plu­nę­ła po­rzecz­ko­wym so­kiem, Ma­ry­li z obrzy­dze­nia aż za­krę­ci­ło się w gło­wie. Mi­ja­ły dłu­gie mi­nu­ty, a ona wciąż nie za­szczy­ci­ła współ­bie­siad­ni­ków choć­by pod­nie­sie­niem głowy znad ta­le­rza. Para uno­szą­ca się z pie­czo­ne­go san­da­cza zni­kła, a ziem­nia­cza­ne klu­ski, wcze­śniej de­li­kat­ne i lek­kie, zro­bi­ły się twar­de i gu­mo­wa­te.

– Jedz, dziec­ko – po­na­gli­ł ją oj­ciec. – Ryba spro­wa­dza­na lo­do­wym wozem dziś przed świ­tem, ło­wio­na nocą, w Sza­rych Wo­dach. Mięso roz­pły­wa się w ustach, szko­da go. No, jedz! – Nie od­pusz­czał wi­dząc kom­plet­ny brak re­ak­cji córki.

– Daj­cież spo­kój, Kiej­stut – po­wie­dział wą­sacz, chcąc za­punk­to­wać i u na­rze­czo­nej, i jej matki. U ojca nie mu­siał. – Ryba przed­nia, nie po­wiem, ale może mięsa by pa­nien­ka skosz­to­wa­ła? Ja­gnię­ci­ny de­li­kat­nej? Mięk­kiej i krwi­stej, z roz­ma­ry­nem, czosn­kiem i solą.

Żaden mię­sień na ciele dziew­czy­ny nawet nie drgnął. My­śla­mi sta­ra­ła się uciec w miej­sca bez­piecz­ne, przy­jem­ne, od­osob­nio­ne. Da­le­kie od ro­dzin­ne­go domu. Nie miała tu nic. A to nic i tak pró­bo­wa­no jej ode­brać.

– Go­to­wać po­tra­fi? – przy­szły zięć szep­nął nie­dy­skret­nie do sta­ro­sty. Ten uśmiech­nął się w ten sam co po­przed­nio, nic niemó­wią­cy spo­sób, krę­cąc przy tym dło­nią w ge­ście ozna­cza­ją­cym ni mniej, ni wię­cej “po­sta­raj się o ku­char­kę albo dwie”. Usta po­wie­dzia­ły co in­ne­go.

– Na­uczy się. I do ba­ra­ni­ny przy­wyk­nie. Młoda jest jesz­cze, zapał ma. Dzi­siaj tylko taki dzień… Ro­zu­mie­cie, ko­bie­ce do­le­gli­wo­ści – skon­sta­to­wał sta­ro­sta, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi i skła­da­jąc wszel­kiej maści za­pew­nie­nia, iż towar, jaki ofe­ru­je, nie jest by­naj­mniej tref­ny.

– Aha, tylko dzi­siaj… – burk­nę­ła pod nosem biu­ścia­sta sio­stra, pusz­cza­jąc do owcza­rza po­ro­zu­mie­waw­cze oczko.

– A tam. Ważne, by re­gu­lar­ność była tych dni. Zresz­tą, jutro przy­ślę swoją aku­szer­kę, to z nią po­mó­wi. Dowie się, co i jak. U owiec, dajmy na to…

Znowu się nie udało. Nie zdo­ła­ła się uchro­nić. Uciec. Myśli Ma­ry­li wra­ca­ły do niej jak na­tar­czy­wy po­sła­niec, nio­są­cy tylko złe wie­ści. Krę­ci­ło jej się w gło­wie. Głosy raz do­bie­ga­ły z bar­dzo da­le­ka, jak echo, stłu­mio­ne krzy­ki, a innym razem wier­ci­ły dziu­rę w gło­wie każdą zgło­ską. “Po­wiedz coś”, “uśmiech­nij się, no”, “dla­cze­go nie jesz?”. Kosz­mar­na po­zy­tyw­ka nie da­wa­ła jej spo­ko­ju. Chcia­ła od­po­wie­dzieć. Że woli ciszę, że chce być sama, że za słone… Ale czy kogoś obe­szło­by to, czemu słod­ko­wod­ny san­dacz jest tak słony? Czemu jest tak cho­ler­nie słony? Chcia­ła, ale coś się w niej zmie­ni­ło. Coś zła­ma­ło. Myśli zo­sta­ły na miej­scu. To ona… Tym razem to ona…

– A ty dokąd? – po­czu­ła uścisk na ra­mie­niu. Mocny, nie­przy­jem­ny. To była jej matka. Za­trzy­ma­ła ją w progu otwar­tych drzwi. Ma­ry­la nie wie­dzia­ła kiedy się tam zna­la­zła, ani jak tego do­ko­na­ła. Zimne po­wie­trze do­da­wa­ło jej otu­chy, na­peł­nia­ło mocą, które nie czuła nigdy wcze­śniej.

– Po­błą­dzić, nogi po­ła­mać, wil­ko­wi do pasz­czy wleźć.

W na­stęp­nej chwi­li już bie­gła. Czuła, jak ob­le­pia ją mróz, jak zimny wiatr smaga jej nagie ra­mio­na. Sły­sza­ła krzy­ki i groź­by do­cho­dzą­ce z od­da­li. Nie od­wró­ci­ła się. Nigdy już tego nie zrobi. Pod­nio­sła szal w trium­fal­nym ge­ście. Po­wie­wał ni­czym sztan­dar. Za­śmia­ła się, a łzy same pły­nę­ły po po­licz­kach, mo­men­tal­nie gęst­nie­jąc i zna­cząc twarz. W końcu sta­nę­ła. Opar­ła się o drze­wo, pró­bu­jąc zła­pać, a póź­niej wyre­gu­lo­wać od­dech. Napawała się uczuciem, którego wcześniej nie znała. A może po prostu zapomniała o jego istnieniu? Nie mogła uwie­rzyć, to było jak sen, jak nie­re­al­ny, pięk­ny sen.

– Wszyst­ko do­brze? Pa­nie­nko? – Poczuła delikatne muśnięcie, choć nie była wtedy zdolna do odbierania żadnych fizycznych bodźców. Drgnęła, a fala wywołana kontaktem rozlała się po całym ciele. Chciała się odwrócić, spojrzeć na nieznajomego, ale coś ją powstrzymało. Nie nalegała. – Też wy­bie­rasz się do te­atru? – Kiw­nę­ła głową. Dziś była wolna. Tak przynajmniej myślała.

 

Koniec

Komentarze

Cześć,

Pozwolę sobie jeszcze pokrótce skomentować pobetowo :)

Jak już mówiłam, ogólnie mi się podobało.

Stylizacja języka jest w większości całkiem udana.

Trochę szlifów i wyszedł z tego całkiem przyzwoity tekst :) Fajna interpretacja, dobrze wykorzystuje to co widać na obrazie i rozwija to, co sobie można dopowiedzieć.

Trochę musisz jeszcze popracować, ale idziesz w dobrym kierunku – zwłaszcza zważywszy, że wszelkie uwagi traktujesz poważnie i z nich korzystasz. Myślę, że na przyszłość dużo z nich wyciągniesz :)

Pozdrawiam serdecznie i powodzenia!

Spodziewaj się niespodziewanego

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

 

 

Edit:

Szanowny Autorze, czy celowo (z uwagi na fabułę) pod obrazem widnieje inny tytuł? 

Pecunia non olet

bruce 

 

Tak, tak, celowo…:P nie mniej – zmieniłem, aby podobne pytania więcej się nie pojawiały”)

bruce 

Tak, tak, celowo…:P nie mniej – zmieniłem, aby podobne pytania więcej się nie pojawiały”)

 

Tak myślałam. :) Dziękuję, pozdrawiam, Rafaelu. :) 

Pecunia non olet

Dobre opowiadanie – nie wypada napisać, że po becie jeszcze lepsze, ale zyskało na płynności, a zachowało oryginalną treść.

Podobało mi się to, jak działa na wyobraźnię. Nie mam problemu, żeby przenieść się w przedstawiony świat, a to w opowiadaniach bardzo lubię.

Zagadka kobiety, odwrócony chronologicznie układ, te elementy zachęcają do dalszego czytania – chcemy się dowiedzieć, jak do tego doszło, kim ona jest.

Dobry pomysł, sprawna realizacja, widać dbałość o to, żeby tekst był lepszy… czego chcieć więcej? Może więcej klików, ja dokładam swój :)

Czytam wszystkie opowiadania konkursowe i jestem pod wrażeniem. Wysoki poziom i idealne wpisanie się w tematykę konkursu – gratuluję.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Nowa Fantastyka