- Opowiadanie: Bardjaskier - Czarny cylinder

Czarny cylinder

Hej 

 

Umieszczam przypisy do tekstu. Nie są potrzebne by zrozumieć treść ale może kogoś zainteresują :)

 

(1) – szkuner prerii to nazwa wozu zakrytego materiałem.

 (2) - Święci w Dniach Ostatnich inaczej Mormoni.

(3) - Union Pacific to amerykańska kompania kolejowa założona w 1862 roku, która budowała linię kolejową na zachód od rzeki Missouri w ramach pierwszej kolei transkontynentalnej. 

(4) – "Praise to the Man" - fragment piosenki ku czci Joseph Smith

(5) - Nauki i Przymierza – zbiór objawień i wskazań doktrynalnych fragment rozdziału 132.

(6) - Starszy (Elder) — w grupie mormonów to mężczyzna posiadający wyższe kapłaństwo, który pełni funkcję duchowego przewodnika: prowadzi modlitwy, naucza i udziela obrzędów religijnych.

(7) – Księga Hioba 1,21

(8) – Księga Hioba 2,10

(9) – Księga Hioba 13,15

(10) – Ma'heohtsé-vo'kėstse – to określenie, które może oznaczać „Wzniesione miejsce dla Wielkiego Ducha” ale w języku Czejenów nie ma dosłownie takiego słowa. Ma’heo’o oznacza „Wielki Duch”.

(11) – Księga Kapłańska 24,16

(12) – Księga Izajasza 1,18

(13) – Joseph Smith (1805–1844) był amerykańskim przywódcą religijnym i założycielem Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. 

(14) – Fort D. A. Russell, założony w 1867 roku w pobliżu Cheyenne, był bazą kawalerii armii USA mającą chronić linię kolejową Union Pacific oraz osadników na pograniczu. Stanowił ważny punkt wojskowy podczas konfliktów z plemionami Wielkich Równin i zabezpieczał rozwój osadnictwa w regionie.

 

 

Miłej lektury :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Ambush

Oceny

Czarny cylinder

Na równinach wiatr świszczy, gdy wieje od gór. Szeleści wśród traw. Wyje przed burzą, ale przeważnie szumi – jednostajnie, niestrudzenie. Jest częścią prerii. Są też noce, gdy zawodzi – przeciągle, żałośnie, jak rodzice nad grobami dzieci.

Wyjący Wilk puścił lejce. Srokacz w ciemności zrobił jeszcze parę kroków. Stanął i pochylił łeb. Jeszcze nie skubał trawy, czekał, co zrobi Czejen. Indianin znieruchomiał w siodle, wtedy koń zacząć jeść. Jeździec nasłuchiwał – wiatr ostrzegał, nie wiedział tylko przed czym.

Pierwszy wystrzał obudził Czejena. Złapał i ściągnął lejce. Srokacz dreptał niespokojnie, gdy od zachodu niosły się krzyki przerwane hukiem.

Wyjący Wilk spiął konia piętą. Srokacz wbiegł na wzniesienie. Noc szarzała. Wśród namiotów i wozów biegali ludzie. Wrzaski zastąpiły okrzyki. Kanonadę strzelb – pojedyncze wystrzały z rewolwerów.

Zobaczył Celeba. Poznał go po cylindrze, z którym się nie rozstawał. Grupa Mormonów pociągnęła mężczyznę za obóz i zaczęła okładać kolbami. Wyjący Wilk zrozumiał, że nie będzie mógł dłużej śledzić Celeba.

Mormoni w pośpiechu składali namioty, pakowali dobytek na wozy. Nikt nie zwrócił uwagi na dziecko, które wyszło zza koła szkunera(1) i zaczęło biec.

Czejen przez chwilę obserwował, jak znika w ciemności. Bardziej interesujący był los Celeba. Mormoni przestali go katować. Nie zapowiadało się, by ktoś miał strzelać.

Nim słońce wzeszło, Święci w Dniach Ostatnich(2) już byli w drodze. Został jeden szkuner prerii, ciała żon i dzieci Celeba.

 

*

Conor ocknął się nagle. Nie wiedział, kiedy i jak znalazł się na ulicy. Za to pamiętał, że miał flaszkę. W ciemności dłoń odnalazła płaski kształt. Resztka whisky uspokoiła rozbiegane myśli. Wszedł głębiej w zaułek i zadrżał. Nie wiedział, czy to już delirium, a może cholerny wiatr, który wył między domami. Coś było nie tak. Wstał.

– Co do…? – wybełkotał.

Chwycił szyjkę flaszki. Wyszedł na ulicę. Wiatr coś niósł ze sobą. To nie był kojot czy wilk. Conor nieraz spędzał noce pod gołym niebem i dobrze znał dźwięki równin. Minął bar, zakład balwierza. Przebiegł na drugą stronę ulicy, obok kowala wszedł na werandę sklepu z narzędziami. Słyszał tylko jednostajny szum.

– Koniec z piciem – wymamrotał.

Odetchnął, zszedł po schodach i stanął przy ścianie stajni. Musiał się wysikać, nim znów spróbuje zasnąć.

Nie zwracał uwagi na zawodzący wiatr do chwili, gdy znów usłyszał płacz.

– Cholera! – Conor drgnął, oblał buty i rękaw kurtki.

Cisnął flaszką o kamień. Z beczki wyciągnął jeden z drewnianych trzonków łopaty.

– Dobra, skurwysynu!

Minął biuro kolei i wozownię przy poczcie. Stanął na drodze prowadzącej do Laramie.

– Wyłaź, psi synu! – wrzasnął.

Noc była ciemna. Szum ucichł. Jednostajny, cichy płacz narastał. Conor słyszał wyraźnie. Zbliżał się, aż w końcu zobaczył – dziecko w bieli i czerwieni. Wyszło z ciemności, wyciągając zakrwawione ręce. Conor upuścił trzonek łopaty i wrzeszcząc, zaczął biec przez miasto.

 

*

Wyjący Wilk grzał się w porannym słońcu. Czekał. Celeb żałobę przechodził w ciszy. Długo klęczał nad ciałami. Żadnego nie dotknął. Przed zmrokiem wstał i ruszył na wschód. Czejen poczekał, aż cylinder zniknie z pola widzenia i popędził srokacza. Zwłoki leżały blisko siebie. Mormoni postawili rodzinę Celeba przy wozie. Wtedy jedno z dzieci musiało wejść pod szkuner. Nie wszyscy zginęli od razu. Wyjący Wilk widział, kto został dobity. Skalpy ściągała jedna osoba. Robiła to bez wprawy. Po kilka cięć u każdej z ofiar. Czejen sprawdził wóz. Zabrał jedzenie, okulary i harmonijkę. Niedaleko od obozu znalazł skalpy w płytkim dole, rozkopanym przez kojoty.

Wyjący Wilk zawrócił konia i ruszył za Celebem.

 

*

Bill miał dosyć.

– Nie możemy tego tak zostawić! – przekonywał doktor.

– To nie nasza sprawa. Ktoś ją zna?! – upierał się burmistrz.

Najpierw młody Olesson pchnął nożem Jima przy grze w karty i uciekł z miasta. Bill szukał go dwie noce, nim zorientował się, że nożownik wrócił i schował na starej farmie.

– Siedzi w burdelu Howka! Z dziwkami! Może od razu zaczną przyuczać ją zawodu! – Zwykle opanowany doktor teraz krzyczał.

– A kto ma się zająć małą?! – Burmistrz wrzeszczał już od jakiegoś czasu.

Bill był niewyspany. Ledwie zasnął, to Conor obudził pół miasta.

Szeryf Bill Thornton potarł skronie. Migrena dokuczała, noga rwała od długiej jazdy.

– Sprawdzę to – powiedział.

Burmistrz i doktor spojrzeli na szeryfa.

– Nie ma wyjścia. Jeśli popełniono zbrodnię, muszę to zgłosić do Cheyenne.

– Z pewnością popełniono – powiedział doktor.

– Niby skąd ta pewność? – Burmistrz zaplótł ręce na piersi.

– Dziecko jest całe we krwi!

– To jeszcze nic nie znaczy!

– Obawiam się, że burmistrz ma rację – Bill uprzedził gotowego do riposty doktora. – Czy dziecko coś powiedziało?

– Nie – odpowiedział medyk. – Możliwe, że już nie powie. Jest w ciężkim szoku. Fizycznie jest zdrowe, ale psychicznie…

– Niech zostanie z dziwkami, na razie. Kto wie, może znajdę jakiegoś żywego krewnego tej małej. – Szeryf wstał, uważając na lewą nogę.

– Kolano? – zapytał doktor.

– Tak, będzie mnie rwać aż do śmierci.

– Miałeś szczęście, że jej nie straciłeś. Nim wyjedziesz, dam ci coś na nią.

– Dzięki, doktorze.

– Zaczekaj. – Burmistrz spojrzał na medyka. – Zostawisz nas samych.

Poczekali, aż doktor zamknie drzwi.

– Najlepiej, jeśli nic nie znajdziesz – zaczął burmistrz. – Ale jeśli, załatw to na równinie.

– Kiedy przyjadą ci z Union Pacific (3)?

– Za dwa, może trzy dni – odpowiedział burmistrz. – Jeśli dowiedzą się, że mamy tu problem z prawem, albo gorzej, z Indianami, to przeniosą trasę. To będzie koniec Laramie.

– Wiem, możesz na mnie liczyć.

 

*

Srokacz pomału stawiał nogę za nogą. Wyjący Wilk patrzył na Celeba. Nagie stopy krwawiły. Jednoczęściowa bielizna – kalesony z rękawami – zmieniła kolor na brudnoszary od pyłu niesionego z wiatrem. Spierzchnięte wargi poruszały się. To powstrzymało Wyjącego Wilka przed zabiciem Celeba. Nie bał się białych, ale odebranie życia temu, który mówi z duchami, było nierozsądne.

 

*

Bill poprawił melonik i wypił kolejną dawkę mikstury doktora. Na migrenę podziałała od razu, ale noga ciągle dawała o sobie znać. Przy wozie z ciałami za długo klęczał i bał się, że stara rana nie pozwoli mu wstać. Trochę dalej zobaczył kojota ze skalpem w pysku – zastrzelił sukinsyna. Ktoś odjechał na wschód. Koń był niepodkuty. Samotny wojownik Lakota lub Czejen. Bill chwilę patrzył w horyzont. Wziął jeszcze łyka i poprowadził karego wałacha za taborem. Ślady były wyraźne i może ktoś widział, co zaszło.

 

*

Wyjący Wilk spał niespokojnie. „Celeb” – to słowo pierwszy raz usłyszał, gdy jedno z dzieci wołało mężczyznę w cylindrze. Utkwiło w głowie Czejena. Od tamtej pory podążał za rodziną. Na wozie były trzy kobiety, dwie dziewczyny i trzy dziewczynki. I Celeb – mężczyzna o siwej brodzie i skroniach, który często wznosił ręce ku niebu. Wyjący Wilk próbował zrozumieć, czemu służą obrzędy, w czasie których Celeb siedział otoczony przez kobiety i mówił z książki. Teraz biały człowiek był jeszcze ciekawszy, gdy już wszystko stracił.

– Celeb. – Czejen zerwał się z koca.

Wstał, ale białego nigdzie nie było. Wyjący Wilk nie mógł uwierzyć, by był w stanie iść całą noc. Zebrał rzeczy i dosiadł srokacza. Ruszył pomału, rozglądając się za śladami krwi.

 

*

Bill, nim zobaczył blask ogniska, usłyszał pieśń niesioną wraz z wiatrem:

„Chwała mężowi, co z Jehową

rozmawiał,

Jezus go namaścił prorokiem, widzącym.

Błogosławionym będzie imię

jego,

Czczone przez wiernych na wieki”. (4)

Kary wałach wyczuł obecność Mormona. Szarpnął łbem. Bill dopiero usłyszał.

– Witaj, bracie.

– Witaj, gdziekolwiek jesteś. Ciemno tu jak w dupie – powiedział szeryf. – Znajdzie się miejsce przy ognisku na noc?

– Dla każdego, kto ma w sercu miejsce dla Jezusa Chrystusa – usłyszał z ciemności.

– To chyba wystarczy – powiedział Bill i zsiadł z karego. – Pieprzona noga.

– Wszystko dobrze, bracie?

– Tak. Pomożesz mi z koniem?

Mormon podszedł ze strzelbą. Był młody i rudy jak irlandzki karzeł. Złapał wałacha za lejce i poprowadził między wozy. Bill pokuśtykał za nim. W obozie pachniało chlebem i pieczonym mięsem. Ze szkunerów dochodziły śmiechy i fragmenty rozmów. Między namiotami biegały rozwrzeszczane dzieci. Bill lubił wspólnoty Mormonów. Przypominały spotkania przy rodzinnym stole. Większość dorosłych kręciła się przy ognisku. Kobiety dzieliły jedzenie. Mężczyźni dyskutowali. Byli też muzycy ze skrzypcami, banjo i akordeonem.

– Proszę się nie martwić o wierzchowca, zadbamy o niego – powiedział starszy mężczyzna w marynarce o twarzy przeoranej ospą. – Usiądź i poczęstuj się mięsem i chlebem.

– Dziękuję. Nazywam się Bill Thornton. Jadę z Laramie. Miło będzie w towarzystwie spędzić wieczór i zjeść coś ciepłego – powiedział szeryf i usiadł między dwiema rodzinami.

Nie umknęło uwadze Billa, że składały się z kilku żon.

– „Jeśli mężczyzna poślubi inną” – zaczął ospowaty, gdy tylko podłapał spojrzenie Billa – „a pierwsza wyrazi zgodę, a obie są dziewicami i nie ślubowały żadnemu innemu mężczyźnie, wtedy jest usprawiedliwiony”.(5)

– „Bóg nakazał Abrahamowi, Sara dała Hagar Abrahamowi za żonę. A dlaczego to uczynił? Ponieważ takie było prawo”(5) – odpowiedział mężczyzna przy Thorntonie.

– Dziękuję – powiedział Bill, gdy odebrał miskę z jedzeniem. – Mnie to nie wadzi. Nie musicie się tłumaczyć. Ale jest to niecodzienny widok. Wybaczcie brak dyskrecji.

– Nie wszyscy tak na to patrzą – powiedział ospowaty.

– Możliwe. Ja jednak nie mam czasu na rozstrzyganie sporów natury duchowej – wyjaśnił Bill i zagryzł jagnięcinę chlebem kukurydzianym.

– Nie ma nic ważniejszego w życiu doczesnym. Pamiętaj, że wszyscy zostaniemy osądzeni w królestwie niebieskim – powiedział ospowaty.

– Jako szeryf mam obowiązek dbać, by część grzeszników sąd spotkał jeszcze za życia. Wybacz, ale to zajęcie traktuję na tyle poważnie, że nic innego nie jest w stanie zajmować mi myśli. Jesteś Starszym(6) tego taboru?

Muzycy zapomnieli, co mają grać. Mormoni ucichli nagle i z uwagą wpatrywali się w ospowatego.

– Tak. –  Starszy wyglądał na niewzruszonego.

– Świetne mięso, a chleb, lepszego nie jadłem – przerwał ciszę Bill i oblizał palce.

– Żyjemy według prawa Bożego – powiedział Starszy.

– Szanuję to, ale jestem zobowiązany, by każdy w moim okręgu respektował również prawo terytorium Wyoming.

– Kodeks prawa wywodzi się wprost z przykazań Bożych, a te, zapewniam, respektujemy. – Ospowaty rozłożył ręce, skrzypek zaczął grać spokojną melodię.

– Cieszy mnie to niezmiernie. – Bill rzucił metalową miskę przed kamienie ułożone wokół ogniska. – Bo widzisz…?

– Hyrum Jensen – przedstawił się Starszy.

– Hyrum. Nieco na południe stąd dokonano zbrodni na kobietach i dzieciach. Zastrzelono je i oskalpowano. Wokół znalazłem ślady wozów, które doprowadziły mnie do was.

Hyrum spoważniał, część Mormonów odeszła od ogniska.

– Czy jesteśmy podejrzani? – zapytał Starszy.

– Ależ skąd. Pomyślałem tylko, że może widzieliście coś, co pomogłoby mi w ujęciu sprawcy.

– Nie widzieliśmy nic podobnego. Możliwe, że ci nieszczęśnicy rozbili obóz w miejscu, gdzie i my staliśmy. Umiemy o siebie zadbać i na pewno pomoglibyśmy bliźnim w potrzebie.

– No tak – przyznał Bill. – Widać mieli pecha, że się z wami rozminęli.

– Widać taka była wola Boża.

– Być może. Dziwne. Nie znalazłem ciała żadnego mężczyzny.

– Różnych podróżnych spotykamy w drodze – zaczął Starszy – ale wydaje mi się, że sprawa jest oczywista.

– Tak? To słucham. – Bill wyciągnął fajkę i nabił główkę tytoniem.

– Zaatakowali ich Indianie. Mężczyźni odciągnęli dzikich, by dać kobietom czas na ucieczkę. Zginęli, a Indianie dogonili pozostałych i wymordowali. Może powinien szeryf poszukać reszty ciał, a w następnej kolejności zgłosić sprawę armii.

– To by rozwiązało moje problemy. Tylko widzisz, Hyrum, Indianie rzadko skalpują kobiety, a na pewno nie robią tego z dziećmi.

– Dzicy są nieobliczalni, dlatego nazywamy ich dzikimi.

– Słuszna uwaga. – Bill wygrzebał z ogniska żarzący się patyk, przystawił do główki fajki i pyknął kilka razy, wypuszczając kłęby dymu. – Ale można przewidzieć działania Indian, jeśli trochę się ich pozna. Wie Starszy, czemu zabierają skalpy?

– Bo są brutalami?

– Nie. To sprawa odwagi. Ściągnięcie skalpu z głowy wojownika pozwala odebrać część męstwa pokonanemu wrogowi. Kobiety i dzieci to żadna zdobycz.

Starszy wstał i uśmiechnął się życzliwie. Reszta Mormonów rozeszła się do namiotów.

– Jak widzisz, kładziemy się wcześnie. Przed nami sporo drogi, więc ruszamy o świcie. Wybacz, ale nie jestem w stanie bardziej pomóc – powiedział Hyrum.

– Nie ma sprawy i dziękuję za kolację.

– Skorzystaj z naszego ognia, niech cię ogrzeje w nocy. Kto wie, może wraz z nowym dniem wszystko stanie się jasne.

 

*

Wyjący Wilk zostawił srokacza i przykucnął. Celeb leżał i krzyczał. Czasem wstawał i biegał między drewnianymi konstrukcjami. Znalazł kamień i tłukł nim o czoło, aż krew zalała mu twarz. Nie ruszył kości na platformach ani broni wojowników Lakota. Czejen żałował, że nie zabił Celeba, gdy miał okazję. Teraz musiał poczekać, aż opuści święte miejsce. Usiadł i czekał.

 

*

Bill złapał kolbę rewolweru. Kroki zbliżyły się, ale nie na tyle, by musiał użyć broni. Ktoś stał w ciemności.

– Bracie, przychodzę w pokoju. Nie mieszamy się w cudze sprawy, dlatego Hyrum nie powiedział o mężczyźnie w cylindrze i kalesonach. Szedł boso na wschód od miejsca, o którym mówiłeś. Pan z tobą, szeryfie.

Mormon ostrożnie zaczął się cofać, aż zniknął w mroku nocy.

 

*

Krew na twarzy Celeba zakrzepła. Czuł ból, którego nie mogło zagłuszyć fizyczne cierpienie. Odbierający zmysły.

Czuję to. Tak. Wyraźnie.

Celeb po raz pierwszy widział, choć był pewien, że od kilku dni nie zmrużył oka. Była noc, na niebie świeciły gwiazdy i księżyc. Wiatr ucichł zupełnie, a wraz z nim ból.

Czy teraz ci lepiej?

Celeb wstał, rozejrzał się między drewnianymi platformami. Cisza na równinie była niezwykła, nie mniej niż ulga, której zaznał.

– Gdzie jesteś? – zapytał, popękane usta piekły przy każdym słowie.

Blisko.

Celeb przeszedł między żerdziami. Obrazy wrócił – zobaczył kobiety tulące dzieci, dziewczęta zasłaniające oczy córek.

Nie odchodź. Bo ból wróci.

– Gdzie cię szukać?! – wrzasnął, a głos poniósł się po równinie.

Tam, gdzie nie ma cierpienia.

Celeb podszedł do sterty kamieni między żerdziami. Z dołu platformy zwisały pióra przywiązane do rzemieni – kruków, indyków i jastrzębi.

Widzę cię.

Celeb zobaczył kształt po drugiej stronie kopca. Wyglądał jak odbicie w jeziorze. Niewyraźnie, rozedrgane.

– „Nagi wyszedłem z łona matki mojej i nagi tam wrócę. Pan dał, Pan zabrał, niech będzie imię Pańskie błogosławione”.(7)

„Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?”(8)

Kształt podszedł do kamieni i wyciągnął rękę, przyłożył do rozedrganego powietrza.

Powiedz tylko słowo, a przybędę.

– „Choćby mnie zabił, przecież Mu ufać będę”(9) – powiedział Celeb i przyłożył dłoń. – Przyjdź do mnie.

Celeb zobaczył zakrwawioną stopę. Następnie nogę w brudnych kalesonach. Postać w cylindrze przeszła pod piórami. Palce ich dłoni splotły się ze sobą.

– Jesteśmy jednością – wyszeptał Celeb.

Jeszcze nie.

Mężczyzna wierzchem dłoni pogłaskał policzek Celeba. Uniósł głowę. Pod cylindrem były gwiazdy, planety i komety przecinające nieboskłon.

– Piękne – powiedział.

Palce wniknęły pod skórę Celeba, deformowały policzek, nos i oczodół, paliły żywym ogniem.

 

*

Wyjący Wilk obudził się, choć nic go nie zaalarmowało. Leżał chwilę i obserwował srokacza. Koń nerwowo bił kopytem o ziemię. Czejen wstał. Noc była cicha i jasna. Na twarzy nie poczuł najmniejszego powiewu wiatru. Spojrzał na Ma'heohtsé-vo'kėstse(10). Nie dostrzegł Celeba między żerdziami. Dosiadł konia – nie mógł pozwolić odejść białemu.

Czejen usłyszał węszenie. Potem zobaczył Celeba. Klęczał na platformie wśród kości, podparty rękoma. Głowę wyciągnął jak wilk łapiący trop. Spod cylindra dobiegał świst wciąganego powietrza.

Wyjący Wilk na krótką chwilę zapomniał o zmarłym synu – jakby nigdy się nie narodził. Spiął konia piętami. Srokacz ruszył galopem. Czejen nie musiał popędzać zwierzęcia. Koń gnał jak najdalej od cmentarza Lakotów. Wyjący Wilk zamknął oczy i zobaczył Lecącego Jastrzębia, tęsknota za dzieckiem wróciła. Kosztował tę chwilę, jakby znów mógł stracić to, co przepełniało serce cierpieniem. Poczuł wiatr na twarzy, a wraz z nim usłyszał:

Czuję. Czuję twój ból.

 

*

Mormoni szykowali się do dalszej drogi. Hyrum stał i patrzył na jeźdźca, który był już tylko drobną plamą na równinie.

– Powiedziałeś mu o Celebie? – zapytał rudego chłopaka.

– Tak, ojcze, jak kazałeś.

– Dobrze. Nim znajdzie ciało, my już będziemy daleko.

– Czy dobrze uczyniliśmy? – zapytał chłopak.

– „Kto bluźni imieniu Pana, poniesie śmierć, cała społeczność ukamienuje go”(11) – odpowiedział Starszy. – Tu chodzi o dobro wspólnoty. Tacy jak Celeb są jak chwasty w ogrodzie. Naszym obowiązkiem jest je usuwać.

 

*

Bill szybko znalazł trop indiańskiego konia. Prowadził na wschód. Później natrafił na ślady stóp i krew.

W nocy źle spał. Nie z powodu nogi, ale migreny. Tak długo cierpiał na bóle głowy, że gdy ustały, obudził się nagle. Na równinie panowała zupełna cisza. Nie potrafił ponownie zasnąć. Osiodłał konia i ruszył. Migrena wróciła razem z silnymi podmuchami. Przyjął to z ulgą – preria znów funkcjonowała prawidłowo.

Przed południem zobaczył jeźdźca. Pędził wprost na Billa. Szeryf zsiadł z karego. Wyciągnął lunetę. Czejen był ogromny. Połowę twarzy pomalował na czerwono, resztę na czarno. Włosy miał spięte. Nad głową wystawały jastrzębie pióra.

– Spokojnie – powiedział Bill do wałacha.

Poczekał, aż zwierzę zacznie jeść trawę. Wyciągnął rewolwer i oparł ręce na siodle.

Srokacz Czejena wyglądał na zmęczonego, mimo to nie zwalniał. Jeździec wczepił dłonie w końską grzywę. Szeryf nie opuścił broni. Wiedział, że dla Czejena dobycie włóczni lub tomahawku, nawet w galopie, i celne pchnięcie bronią to drobnostka. Złapał kolbę oburącz i odciągnął kurek.  Przymknął lewe oko. Ziemia drżała pod kopytami. Bill słyszał ciężki oddech srokacza. Celował w pierś konia. Wstrzymał oddech i położył palec na spuście.

Czejen przemknął obok karego. Wałach wierzgnął i odbiegł kawałek. Bill sklął nogę, która jak zawsze odezwała się w złym momencie. Pokuśtykał do konia i złapał lejce. Patrzył, jak Czejen szybko się oddala.

– Czemu miałeś zamknięte oczy, sukinsynu? – zapytał i pogłaskał wałacha po pysku.

 

*

Cmentarz Lakotów ustawiono w dolinie. Bill najpierw znalazł miejsce, gdzie obozował Czejen. Po chwili zobaczył mężczyznę, który leżał pod jedną z platform. Szeryf rozejrzał się. Nigdzie nie było żywej duszy. To nie oznaczało, że w pobliżu nie ma Lakotów. Za wejście do świętego miejsca wypruliby Billowi wnętrzności jelenim rogiem.

Mężczyzna nie ruszał się od dłuższego czasu. Szeryf nie mógł też dłużej chodzić wokół cmentarza.

Zszedł po zboczu. Minął czarny cylinder i obrócił mężczyznę. W miejscu twarzy zobaczył wypaloną, okrągłą ranę.

 

*

W tipi paliło się ognisko. Wyjący Wilk czuł bijące ciepło. Milczący Kruk palił fajkę. Byli sami – szaman wygonił pozostałych, by w spokoju wysłuchać opowieści.

– Możesz otworzyć oczy – powiedział.

– Wciąż mam obraz Lecącego Jastrzębia. Jeśli spojrzę na świat, stracę go – odpowiedział. – Tak, jak zabrano mi żal, który wypełnia serce.

– Twoje rany jeszcze się nie zagoiły – zaczął szaman. – Miałem nadzieję, że odnajdziesz spokój na równinach.

Wyjący Wilk słyszał, jak pociąga za fajkę. Tipi pachniało skórami bizonów, suszonym mięsem – domem.

– Tam, gdzie leżą kości przodków, nie ma miejsca dla żywych. Ma'heohtsé-vo'kėstse są granicą, którą łatwo naruszyć. Duch przyszedł zwabiony waszym bólem.

– Czy wróci, by zabrać mi syna?

– Nie wiem.

Wyjący Wilk nie usłyszał, kiedy szaman wstał. Poczuł na głowie dłonie Milczącego Kruka.

– Otwórz oczy – powiedział. – Otwórz je teraz.

Zobaczył pomarszczoną, niczym równiny, twarz szamana.

– Czy nadal czujesz w sercu Lecącego Jastrzębia? Czy możesz przywołać obraz syna?

Wyjący Wilk zamknął powieki i odpowiedział:

– Tak.

Milczący Kruk nałożył na szyję Wyjącego Wilka naszyjnik z przepiórczymi piórami wetkniętymi w czerwone korale – należący do syna wojownika.

– Zabrałem go, by ci nie przypominał o Lecącym Jastrzębiu. Teraz wiem, że twoja żałoba wymaga, byś pokochał cierpienie tak, jak kochałeś syna.

 

*

Bill obserwował młodego Czejena z indyczym piórem we włosach, który razem z innymi dziećmi pokazywał szeryfa palcem. Reszta Indian traktowała białego jak powietrze. Kobiety sprzątały tipi. Mężczyźni oprawiali skóry lub pracowali nad bronią – skręcali cięciwy, układali lotki w strzałach. Psy ujadały, dzieci wrzeszczały. Te starsze ucichły. Bill spojrzał na grupę. Indycze pióro zniknęło. Szeryf dostrzegł ruch za skórami, które suszono na słońcu w drewnianych ramach.

Dał podejść szczeniakowi. Kary drgnął, gdy Czejen wsadził rękę w juki. Bill zawinął lejcami i zdzielił gówniarza przez głowę, aż indycze pióro zleciało na ziemię. Młody Czejen, masując głowę, wrócił do reszty dzieci, witany śmiechem i drwinami.

Milczący Kruk wyszedł w końcu do Billa. Wódz stał w pobliżu z kamienną miną, pod którą ukrywał zdenerwowanie – biali w obozie byli zwiastunem złych wieści.

– Witaj – zaczął Bill i przeszedł do rzeczy. – Zabito białych. Kobiety i dzieci.

– Gdzie? – zapytał Milczący Kruk.

– Jakieś trzy dni drogi stąd na zachód.

– Szeryf zawarł umowę z Czejenami. Nie złamaliśmy warunków.

– Znalazłem ślady prowadzące do cmentarza Lakotów. A w drodze wojownika z piórami jastrzębia we włosach.

Szaman milczał. Bill zastanawiał się, czy Czejen nie zrozumiał sugestii, czy nie chciał rozumieć.

– Na cmentarzu było ciało mężczyzny ze zdartą twarzą.

Milczący Kruk spojrzał na wodza. Rączy Koń zaplótł ręce na piersi i skinął głową.

– Nie interesują nas święte miejsca Lakotów, białe kobiety i ich dzieci. Wkrótce ruszam dalej w stronę gór.

– Niebieskie kurtki będą pytać o skalpy kobiet. Co mam im powiedzieć?

– Czejeni nie szukają takich skalpów. Szeryf Bill to wie. Powie im.

– To może nie wystarczyć. A co z tym wojownikiem? Czemu jeździ samotnie po równinie? Dlaczego wchodzi na teren Billa?

– Wyjący Wilk jedzie ścieżką duchów. Nie mam dla niego miejsca wśród żywych i martwych do chwili, gdy zakończy żałobę.

– Co to do cholery ma znaczyć?! Posłuchaj! Wiem, że to nie wy zabiliście te kobiety! Ale ten wojownik pokazuje się tam, gdzie znajduję trupy, jak to wytłumaczę niebieskim kurtkom?!

Czejen oprawiający skórę wstał, zaciskając w pięści nóż. Drugi wyszedł spomiędzy tipi z maczugą wojenną – kamieniem przywiązanym rzemieniem do długiego kija. Rączy Koń uniósł dłoń. Wojownicy stanęli przy nim. Bill podjął ryzyko, miał tylko nadzieję, że nie przelicytował.

– Wyjący Wilk podąża własną ścieżką. Do chwili, gdy będzie gotowy wrócić do Czejenów – powiedział szaman. – Szeryf Bill może go ścigać za skalpy kobiet. Tylko że ich przy nim nie znajdzie.

– Gdzie znajdę Wyjącego Wilka?

– Tam, gdzie duchy przodków.

Rozmowa była skończona – Milczący Kruk wyciągnął suszone mięso i koraliki. Bill przyjął prezent i odwdzięczył się tytoniem i butelką whisky.

Dosiadł konia i ruszył spokojnie. Indianie odprowadzili go do ostatniego tipi, trzymając się za końskim zadem. Bill popędził wałacha na równinie. Spoglądał przez ramię. Nie widział pościgu – Czejeni uznali rozmowę za udaną.

 

*

Hyrum Jensen zostawił braci i siostry. Wszedł do namiotu. Rozwiązał wstążkowy krawat. Zrzucił marynarkę.

– Bawcie się, bądźcie spokojni. Ja odpokutuję grzech, który na was ściągnąłem – wyszeptał, rozpinając koszulę.

W ciemności odnalazł kufer, a w nim pudełko. Otworzył wieko. Poczuł pod palcami grube węzły skręcone na długim sznurze. Chwycił drewnianą rączkę i klęknął.

 

*

Kruk usiadł na czaszce. Leżała na kolorowym dywanie wśród piór. Spoglądał z platformy na rozedrgane powietrze między żerdziami. Najpierw zobaczył dłoń i brudnobiały rękaw. Następnie cylinder wychodzący z falującego powietrza. Mężczyzna szedł na czworaka. Usiadł tak, jak robi wilk czy kojot – na nogach, podpierając się rękoma. Wiatr ucichł, a spod cylindra dobiegł odgłos węszenia. Wtedy kruk, pchany do lotu nagłym niepokojem, wzbił się w powietrze.

 

*

Sznur przeciął powietrze, gdy Hyrum zawinął dyscypliną. Węzły chłostały plecy, pozostawiając krwawiące sińce na skórze.

– „Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją”.(12) – Hyrum cedził przez zęby.

Bił coraz mocniej. Sznur świszczał w ciemności.

– „Choćby były czerwone jak purpura, staną się jak wełna”.(12)

Krew spłynęła po plecach. Starszy zamarł z uniesioną dyscypliną. Myśli stały się czyste, a w sercu zapanował spokój. Padł na trawę, bijąc czołem o ziemię.

Zabrałem twój ból.

– Dziękuję – wyjęczał.

Cierpienie wróci.

– Będę pokutował, jeśli taka jest twoja wola.

Nie musi tak być. Mogę zabrać ból, który cię wypełnia.

– Co mam czynić? Jak mogę zrzucić to brzemię?

Zostaw braci i siostry. Chodź ku mnie.

Hyrum podniósł głowę. Wstał i ruszył do wyjścia. Mormoni śpiewali przy ognisku. Starszy wspiął się na koło szkunera. Zobaczył ciemny kształt na równinie. Zeskoczył i przeszedł między wozami.

To był Celeb w cylindrze, w kalesonach z rękawami, o nagich stopach.

– Bluźniłeś słowem i czynem. Nie zostawiłeś mi wyboru, Celebie. – Hyrum wyciągnął rękę i wskazał palcem mężczyznę. – Ale, że swe plugawe postępki postanowiłeś ubrać w szaty mormońskie, zasłaniałeś się naukami Josepha Smitha(13), tego nie mogłem ci wybaczyć. Musiałem cię ukarać dla dobra całej wspólnoty.

Nie musisz już cierpieć, Hyrum.

– Dałem ci pokutę. Okrutną, ale i twoje czyny były okrutne.

Wybaczam ci, Hyrum, i zabiorę twój ból.

Celeb podszedł.

– Ja też ci wybaczam. – Hyrum położył ręce na ramionach Celeba.

Mężczyzna w cylindrze dotknął dłońmi policzków Starszego.

– Jesteś aniołem? – zapytał Hyrum.

Jestem tym, który żywi się cierpieniem.

Starszy zobaczył, jak twarz Celeba zsuwa się z głowy, a pod nią Drogę Mleczną, gwiazdy i planety. Twarz zaczęła płonąć żywym ogniem, gdy palce mężczyzny w cylindrze weszły pod skórę.

 

*

Bill siedział przy ognisku i dopijał resztkę mikstury doktora. Potrzebował długiego odpoczynku – kąpieli, czterech ścian i łóżka. Był już za stary na tułaczkę po równinach. Gdyby zabił Czejena, byłby już w Laramie. Wojownik samotnie jeżdżący po równinach, którego dręczą jakieś niezałatwione sprawy natury duchowej lub, co gorsza, dotyczące honoru, to potencjalny problem. Bill wypuścił w ciemność kółko z dymu i przygryzł ustnik fajki. Nie wiedział, czy Wyjący Wilk zabił tych wszystkich ludzi, ale było to możliwe. Postanowił, że nie zmarnuje kolejnej okazji. Najbliższy cmentarz Czejenów był niedaleko. Bill nie widział innego kierunku, w którym mógł się udać wojownik. Szeryf miał tylko nadzieję, że nie rozminął się z nim gdzieś po drodze.

Płomienie z ogniska wystrzeliły w górę. Wiatr ucichł. Bill usłyszał odgłos węszenia. Leżał z wyciągniętymi nogami, tylko dłoń oparł na kolbie rewolweru.

– No, wyłaź, preriowy szczurze – warknął.

Węszenie ucichło. Dostrzegł ruch. Dobył broni i odciągnął kurek. W blasku ognia stanął Hyrum Jensen.

– Dobry Boże! – krzyknął Bill. – Mało brakowało, a zarobiłby Starszy kulkę.

Hyrum stał z nagą piersią i patrzył wprost na szeryfa.

– Gdzie Starszy zgubił koszulę?

Bill miał schować rewolwer, ale położył go obok na kocu. Hyrum Jensen milczał. Było coś jeszcze – nie mrugał.

– Proszę usiąść i się ogrzać – zaproponował szeryf.

Starszy uniósł ospowatą twarz i wciągnął powietrze nosem.

Nic.

Bill nie zauważył, by usta Hyruma się poruszyły.

– Szukam Czejena. Zmierza na zachód. Możliwe, że kręci się w pobliżu indiańskiego cmentarza.

Wiem, o kim mówisz. Czuję jego stratę.

Bill położył dłoń na rewolwerze.

– Podejrzewam, że to on mógł dokonać zbrodni na tych kobietach.

To nie jego ból. To cierpienie Hyruma.

– Chyba Starszy wie, co to oznacza. – Bill wymierzył w pierś Hyruma Jensena.

Nic nie czuć od ciebie.

Starszy przeszedł przez ognisko. Szeryf wstał i jęknął – lewa noga odmówiła posłuszeństwa. Upadł. Nim Hyrum chwycił twarz szeryfa, Bill zdążył wypalić. Siła wystrzału odepchnęła Starszego, a w nagiej piersi pojawiła się dziura po kuli. Hyrum ukląkł na jedno kolano.

Nie ruszaj się.

Chwycił twarz Billa, a szeryf nie potrafił oderwać spojrzenia od czarnych jak noc oczu. Hyrum Jensen przystawił nos do policzka Billa i zaczął węszyć.

Nie ma tęsknoty, żalu i bólu. Jesteś niezwykłym człowiekiem, Billu Thorntonie. Raczej już się nie spotkamy.

Starszy przekroczył nad szeryfem i zniknął w ciemności. Nim Bill był w stanie sięgnąć do juków po whisky, wiatr znów szumiał, kołysząc płomieniami.

 

*

Mormoni stali nad mogiłą. Bill zatrzymał konia w takim miejscu, by był widoczny. Po ceremonii podszedł rudy chłopak.

– Jak zmarł Starszy? – szeryf zapytał z siodła.

– Skąd wiesz, kogo chowamy?

– Przeczucie.

– Ojca dosięgła kara Boska.

– Kto teraz wam przewodzi?

– Ja. Nazywam się Ezechiel.

– To stało się z powodu tego, co zrobiliście? – Bill obserwował Mormonów.

Było ich ponad dwudziestu. Każdy pod bronią. Jeśli zechcą, Bill już nigdy nie zobaczy Laramie. Szeryf zdecydował, że postawi wszystko na niepewną kartę – miał już dość siodła, rwącej nogi, migreny i równiny. Miał sześćdziesiątkę na karku, był już zwyczajnie za stary na to, co dzieje się na prerii.

– Zrobiliście to? – powtórzył.

– Celeb to był zły człowiek. Mimo to ojciec poniósł karę za grzechy.

Mormoni czekali w ciszy na efekt rozmowy. Kilku przyniosło strzelby.

– A jeśli powiem, że takie jest prawo i moim obowiązkiem jest zawiadomienie fortu Russell(14)?

– Sam byś nas nie zaciągnął do miasta. Pewnie nawet gdybym rozkazał braciom, by pojechali do Laramie, część nie znalazłaby w sobie na tyle siły, by z własnej woli stanąć przed sądem.

– To co zrobisz, Ezechielu Jensen?

– Zaczekamy tu przez pięć dni i będziemy się modlić za duszę Hyruma. Potem ruszymy w dalszą drogę.

– Byłbyś dobrym Starszym, Ezechielu.

Bill spiął karego ostrogą.

– Szeryfie! Gdybyś był na naszym miejscu, postąpiłbyś tak samo! Ale błagam cię w imieniu tych rodzin, nie karz ich za grzechy Hyruma!

Bill nie oglądał się za siebie. Czekała go noc w siodle – o świcie chciał być już w mieście.

 

*

Mężczyzna o twarzy oszpeconej przez ospę spojrzał na gwiazdy. Przekręcił się na brzuch. Kości dawno poległego wojownika zleciały z platformy na ziemię. Ospowaty, podparty rękoma, przeciągnął się jak kot i spojrzał na Czejena o twarzy pomalowanej w czarno-czerwone barwy i jastrzębim piórem we włosach. Wojownik stał między żerdziami.

Czułem cię wtedy i teraz też czuję.

Ospowaty zeskoczył z platformy. Wyjący Wilk zerwał z szyi naszyjnik z przepiórczymi piórami i zacisnął w pięści. Patrzył w czarne jak noc oczy. Ospowaty podszedł i wyciągnął ręce.

Zabiorę twój ból. Cierpienie się skończy.

Położył dłonie na policzkach Czejena.

– Widzisz w moim sercu Lecącego Jastrzębia?! – zawołał Wyjący Wilk.

Widzę cierpienie. Nakarm mnie nim.

Ospowata twarz zsunęła się i opadła na ziemię. Czejen spojrzał w bezkres nieba wirujący we wnętrzu głowy mężczyzny.

– To mój syn! Teraz jesteśmy jednym duchem!

Twarz wojownika paliła w miejscu, gdzie palce wciskały się pod skórę.

– Życie jest drogą! Ci, którzy odeszli, czekają na jej końcu! Jestem gotowy, by nią podążyć!

Mężczyzna zniknął. W miejscu, gdzie stał, powietrze przez chwilę drgało jak woda na powierzchni jeziora. Czejen patrzył w gwiaździste niebo. Poczuł wiatr na twarzy, przyjemnie łagodził poparzoną skórę.

 

*

Bill przejechał koło biura kolei. Burmistrz stał w towarzystwie eleganckich panów z Union Pacific. Szeryf nie miał pojęcia, jak zareagują na wojsko z fortu Russell. Ale miał to gdzieś – głowa pękała od migreny, a noga tak rwała, że miał ochotę wyć. Skierował karego wałacha do punktu telegraficznego. Zsiadł z konia. Nie zauważył doktora.

– Musimy porozmawiać – powiedział medyk.

– Nie teraz, jestem wykończony – odburknął szeryf. – Jak się wyśpię, to wyjaśnię wam, co ustaliłem. A teraz przepraszam. Mam do nadania telegram.

Doktor złapał kurtkę Billa.

– To ważne.

– O co chodzi?

– Dziwki Howka wczoraj ściągnęły mnie do tej małej.

– To naprawdę nie może zaczekać? – Bill wyrwał rękaw z palców doktora.

– Dziewczynka źle się czuła.

– Co mi do tego?

– Bill!

Szeryf spojrzał na bladą twarz doktora.

– Ona jest w ciąży.

– Chryste. – Bill przygryzł górną wargę. – Ile… Ile ona ma lat?

– Nie więcej niż jedenaście.

Bill minął doktora i punkt telegraficzny. Przeszedł przez miasto, nie odpowiadając już na żadne pytania. Gdy dotarł do domu, zrzucił ubranie i położył się do łóżka. Nie zamierzał wychodzić z pierzyny przez następny tydzień.

Koniec

Komentarze

Witaj, Bardjaskierze. :)

 

Tak się właśnie spodziewałam od Ciebie na początku marca nowego opowiadanka. :)

A Mormoni i western już zawsze kojarzyć mi się będzie z kultowym serialem, nadawanym niegdyś na TVP 3 „Jak zdobywano Dziki Zachód”. :)

 

Podziękowania za przydatny podczas lektury słowniczek. :)

 

Sprawy techniczne, sugestie oraz wątpliwości (do przemyślenia):

Jeździec nasłuchiwał – wiatr ostrzegał, nie wiedział tylko (kurczę, nie mam pewności, czy tu też przecinek?; jak wiesz, jestem ich maniaczką…) przed czym.

Srokacz wybiegł na wzniesienie. – zastanawia mnie, czy na wzniesienie nie powinno się wbiegać (?), ale to tylko do przemyślenia

Nie zwracał uwagi na zawodzący wiatru do chwili, gdy znów usłyszał płacz. – literówka?

 

Wyjący Wilk zrozumiał, że nie będzie mógł dłużej śledzić Celeba. – tu dopytam – czyli on go w końcu śledził dalej, czy nie, bo potem piszesz, że tak (?):

Wyjący Wilk grzał się w porannym słońcu. Czekał. Celeb żałobę przechodził w ciszy. Długo klęczał nad ciałami. Żadnego nie dotknął. Przed zmrokiem wstał i ruszył na wschód. Czejen poczekał, aż cylinder zniknie z pola widzenia i popędził srokacza. (…)

Wyjący Wilk zawrócił konia i ruszył za Celebem.

 

Zastanawia mnie też, czy imię konia (bo “srokacz” to imię, tak?) nie powinno być wielką literą.

 

Na razie tyle, wrócę. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Kolejna część sugestii do przemyślenia:

A kto ma się zająć małą?! – Burmistrz wrzeszczał już od jakiegoś czasu.

A Bill był niewyspany. Ledwie zasnął, a Conor obudził pół miasta. – czy celowo te powtórzenia?

Czy dziecko coś powiedziało?

– Nie – odpowiedział medyk. – Możliwe, że już nie powie. – powtórzenia?, może: „odparł/odrzekł” (itp.)?

– Ale jeśli, to załatw to na równinie. – powtórzenie? – pierwsze usunąć?

Jeśli dowiedzą się, że mamy tu problem z prawem, albo gorzej, z Indianami, to przeniosą trasę. To będzie koniec Laramie. – tu podobnie?

Na migrenę podziałała od razu, ale noga ciągle dawała o sobie znać. Przy wozie z ciałami za długo klęczał i bał się, że stara rama nie pozwoli mu wstać. – dopytam: skoro mowa ciągle o nodze, nie chodziło tu o „ranę”?

Na wozie były trzy kobiet, dwie dziewczyny i trzy dziewczynki. I Celeb – mężczyzny o siwej brodzie i skroniach, który często wznosił ręce ku niebu. – literówki?

Wstał, ale białego nigdzie nie było. Wyjący Wilk nie mógł uwierzyć, by był w stanie iść całą noc. – powtórzenia?; może pierwsze zastąpić innym, np.: „dostrzegł/zobaczył”?

Nie umknęło uwadze Bill, że składały się z kilku żon. – literówka

Ja jednak nie mam czasu na rozstrzyganie sporów natury duchowej – wyjaśnił Bill i zagryzł jagnięcinę chlebem kukurydzianym. – trochę mnie zdumiała jagnięcina, bo kojarzę Dziki Zachód główni ze stadami bydła, ale czytam w necie, że owce też tam mieli i Mormoni – choć w umiarze – mogli spożywać mięso. :)

– Szanuję to, ale jestem zobowiązany, by każdy w moim okręgu respektowali również prawo terytorium Wyoming. – literówki?

– Kodeks prawa wywodzi się wprost z przykazań Bożych, a te, zapewniam, respektujemy – ospowaty rozłożył ręce, skrzypek zaczął grać spokojną melodię. – popraw tu sobie zapis dialogu

 

Wrócę, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dalszy ciąg i nasuwające się wątpliwości (zawsze – tylko do przeanalizowania):

Nieco na południe stąd dokonano zbrodni na kobietach i dzieciach. Zastrzelono ich i oskalpowano. – tu mam wątpliwość, czy nie „je”, skoro mowa tylko o kobietach i dzieciach (?)

Obrazy wrócił – zobaczył kobiet tulące dzieci, dziewczęta zasłaniające oczy córek. – literówki?

Wyjący Wilk na krótką chwilę zapomniał o zmarłym synu – jakby nigdy się nie narodził. W jednej chwili spiął konia piętami. – powtórzenie?

– Tak (przecinek przy Wołaczu?) ojcze, jak kazałeś.

Tak (przecinek?) jak zabrano mi żal, który wypełnia serce.

Wtedy kruk, pchany do lotu nagłym niepokojem, wybił się w powietrze. (wolny wers) Sznur przeciął powietrze, gdy Hyrum zawinął dyscypliną.– powtórzenie?

Sznur świstała w ciemności. – literówka?

Mormoni śpiewali się przy ognisku. – czy tu brak części zdania?

Ale to, że swe plugawe postępki postanowiłeś ubrać w szaty mormońskie, zasłaniałeś się naukami Josepha Smitha(13), tego nie mogłem ci wybaczyć. – tu mam wątpliwość, czy „to” nie warto pominąć (?)

– Zrobiliście to? – powtórzył.

– Celeb to był zły człowiek. Mimo to ojciec poniósł karę za grzechy. – powtórzenia?

 

Co do tego fragmentu mam wątpliwość:

Bill obserwował Mormonów.

Było ich ponad dwudziestu. Każdy pod bronią. Jeśli zechcą, Bill już nigdy nie zobaczy Laramie. Szeryf zdecydował, że postawi wszystko na niepewną kartę – miał już dość siodła, rwącej nogi, migreny i równiny. Miał sześćdziesiątkę na karku, był już zwyczajnie za stary na to, co dzieje się na prerii.

– Zrobiliście to? – powtórzył.

– Celeb to był zły człowiek. Mimo to ojciec poniósł karę za grzechy.

Mormoni czekali w ciszy na efekt rozmowy. Kilku przyniosło strzelby. – jak rozumiem – oni mieli już broń; czy nie chciałeś na końcu napisać, że oni „podnieśli/unieśli strzelby”?

 

Pewnie nawet (przecinek?) gdybym rozkazał braciom, by pojechali do Laramie, część nie znalazłaby w sobie na tyle siły, by z własnej woli stanąć przed sądem.

 

Byłbyś dobrym Starszym, Ezechielu. – tu też mam wątpliwość, przecież on już przewodzi Mormonom, zastąpił ojca, czy nie miało tu być: „będziesz/ jesteś”? – chyba, że masz na myśli, że Rudy byłby lepszym od ojca wcześniej – wtedy, kiedy dokonano mordu?

 

Przy takim dialogu wydaje mi się, że albo zbędne jest „nie”, albo trzeba dać znak zapytania przy ostatniej wypowiedzi szeryfa:

Doktor złapał kurtkę Billa.

– To ważne.

– O co chodzi?

– Dziwki Howka wczoraj ściągnęły mnie do tej małej.

– To naprawdę nie może zaczekać. – Bill wyrwał rękaw z palców doktora.

 

– Co mi do tego. – czy to też nie jest pytanie?

 

 

Bardzo fajny horror, mroczny, pełen tajemnic i świetnej atmosfery Dzikiego Zachodu. Dziwaczne zasady, karzące mordować w imię rzekomych praw surowej religii, dodają tu specyfiki oraz klimatu. :) Długo narastała niepewność, długo jako czytelnik szukałam odpowiedzi: „kto stoi za potworną masakrą?”, bo podejrzanych było naprawdę wielu… :) Doskonale dozujesz napięcie. :) Twoje opowiadania czyta się z prawdziwą przyjemnością. :) Brawa!

Osobne podziękowanie za cylinder. :) Mam/żywię do niego wieczny sentyment. ;)

 

Klikam podwójnie, nie mam innego wyjścia. :)

Powodzenia, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Przeczytane. Ogólnie pomysł i całość jest ciekawa. Początek to trochę chaos, potem jest tego więcej. Trzeba czytać bardzo uważnie, żeby nic nie stracić, a nawet piszę to tutaj i jeszcze za chwilę napiszę: przeczytam dwukrotnie bo warto!(?)

 

Nie mogę jednak powiedzieć, żeby czytało się płynnie bo ponad 20 przeskoków robi trochę sieczkę ze scen. Kwestia uwagi, to fakt, ale ciekawe, czy całość można czytać po kolei jeśli podzieli się sceny na ich bohaterów? Czy wtedy opowiadanie straci na wartości, czy zyska na jasności, gdyby tak zmienić wszystko to, czy dalej miałoby to sens? Nie daje (zwłaszcza na początku) taka konstrukcja możliwości osadzenia się w scenie. 

 

Poza tym (subiektywne może być, że wyuczone) język jest bardzo suchy. Ciągle właściwie. Przez cały tekst. Dialogi są bardziej żywe, niż to co pomiędzy nimi. W pewnych momentach czekałem na chwile rozmów tylko po to, aby odetchnąć od: “Wstał. Tamten Krzyczał i leżał. Czasem biegał. Wziął kamień.” – dla mnie taki styl to coś nie do przeskoczenia na dłuższą metę. Fragmentaryczność opisów je rujnuje. Czyta się to, jak raport, albo notkę. Może trochę, jak “plan wydarzeń”? Nie mój styl i nie pasuje (jak dla mnie!) do tematu/fabuły. Rozumiem, że krótkie zdania mogą budować napięcie, ale tutaj bardziej je tłamszą swoją rzeczowością. Emocji z nich płynących trzeba się doszukiwać.

Drake

Hej 

 

bruce – ja się ucieszyłam, że mam czterech czytelników a tu trzy komentarze od bruce :( i teraz jest mi smutno ;)

 

„Jak zdobywano Dziki Zachód”

 

Klasyk ale nie oglądałem :)

 

“Ja jednak nie mam czasu na rozstrzyganie sporów natury duchowej – wyjaśnił Bill i zagryzł jagnięcinę chlebem kukurydzianym. – trochę mnie zdumiała jagnięcina, bo kojarzę Dziki Zachód główni ze stadami bydła, ale czytam w necie, że owce też tam mieli i Mormoni – choć w umiarze – mogli spożywać mięso. :)

 

No właśnie dlatego nie ma bydła, a zdecydowałem się na jagnięcinę – by unikać typowych skojarzeń z dzikim zachodem :) Chociaż fajkę u Indian dałem ;P

 

 

Co do tego fragmentu mam wątpliwość:

Bill obserwował Mormonów.

Było ich ponad dwudziestu. Każdy pod bronią. ..

 

To, że byli pod bronią to nie znaczy, że byli uzbrojeni po zęby ;). Bardziej mi chodziło o to, że jak przynieśli strzelby to nawet nie będą musieli podchodzić :) 

 

– Byłbyś dobrym Starszym, Ezechielu. – tu też mam wątpliwość, przecież on już przewodzi Mormonom, zastąpił ojca, czy nie miało tu być: „będziesz/ jesteś”? – chyba, że masz na myśli, że Rudy byłby lepszym od ojca wcześniej – wtedy, kiedy dokonano mordu?

 

A tu szeryf sugeruje, że zgłosi zdarzenie. Byłbyś gdybyś nie musiał zwisnąć ;). 

 

 

Literówki usunięte, cześć powtórzeń, coś tam z przecinkami też powalczyłem :) Dziękuję, teraz tekst jest ładnie wygładzony :). 

 

Bardzo mi miło, że opowiadanie się podobało i dziękuję za podwójny klik :) 

 

 

Drake6 – dziękuję za odwiedziny i komentarz :) 

 

 Kwestia uwagi, to fakt, ale ciekawe, czy całość można czytać po kolei jeśli podzieli się sceny na ich bohaterów? Czy wtedy opowiadanie straci na wartości, czy zyska na jasności, gdyby tak zmienić wszystko to, czy dalej miałoby to sens?

Można ale nie wydaje mi się by była taka konieczność. W taki sposób lepiej się kontroluje przebieg wydarzeń. Czy wprowadza chaos – przy dwóch bohaterach? Nie mi oceniać :) 

 

Widzę, że styl opowiadania Ci nie odpowiada i tu już nic nie da się zrobić :) Też tak mam, że niektórzy autorzy nie leżą mi i tyle :). Nie zawsze tak pisałem i nie zawsze piszę. Tu zależało mi na zachowaniu surowości prerii – wiem, że można napisać, że jest na prerii surowy klimat ;) Ale wolę by czytelnik to poczuł. Czy się udało – w Twoim przypadku nie. Zobaczymy jak będzie z innymi czytelnikami :). Ale generalnie staram się skracać zdania i zauważyłem, że czym dłużej piszę tym bardziej eksperymentuje z krótkimi zdaniami. Więc raczej nie zaskoczę Cię niczym przy innych moich tekstach. 

 

Pozdrawiam :)  

 

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Klimat dzikiego zachodu bardzo fajny, ale wyszedł Ci świetnie. 

Natomiast ciągłe przeskoki akcji spowodowały, że pogubiłam się i straciłam napięcie. 

Nie było strasznie, nie było grozy, raczej zamieszanie. 

delulu managment

Hej Ambush:)

 

A miło mi :). Szkoda, że przeskoki nie siadły. Wydarzenia w historii dzieją się równocześnie i trzeba było to jakoś spiąć :). Co do grozy – nie umieściłem jej w tagach celowo. Bo to nie ten rodzaj horroru :) 

 

Dziękuję i pozdrawiam :)  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

bruce – ja się ucieszyłam, że mam czterech czytelników a tu trzy komentarze od bruce :( i teraz jest mi smutno ;)

Wybacz, ale czytałam tak długi tekst na raty. :) Niedziela… :)

Klasyk ale nie oglądałem :)

Bo Ty młody jesteś. :) To klasyk dla takich dinozaurów, jak ja. :) W TVP wtedy były tylko dwa kanały i nagle pojawił się trzeci (nasz, regionalny) z tym właśnie tasiemcem. :)

 

No właśnie dlatego nie ma bydła, a zdecydowałem się na jagnięcinę – by unikać typowych skojarzeń z dzikim zachodem :) Chociaż fajkę u Indian dałem ;P

Ok, rozumiem. :) Skojarzeń z Dzikim Zachodem jest duuużo więcej. ;) I mi to pasuje. :)

 

To, że byli pod bronią to nie znaczy, że byli uzbrojeni po zęby ;). Bardziej mi chodziło o to, że jak przynieśli strzelby to nawet nie będą musieli podchodzić :) 

Aha, rozumiem, dzięki za wyjaśnienie. ;)

 

A tu szeryf sugeruje, że zgłosi zdarzenie. Byłbyś gdybyś nie musiał zwisnąć ;). 

Aaa… Ok. :)

 

Bardzo mi miło, że opowiadanie się podobało i dziękuję za podwójny klik :) 

I ja dziękuję. :) Owszem, bardzo mi się spodobało. :) Wiem, że lubisz nagromadzenie bohaterów i częste zmiany scenografii, dlatego zazwyczaj podchodzę do Twoich opowiadań, jak do zarysów tworzonych scenariuszy filmowych. :) Film, zrealizowany na podstawie tego opka, byłby mrocznym, tajemniczym i bardzo klimatycznym horrorem. :) 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

@Bar­dja­skier – no bo to jest tak… ;) Tak jak starałem się właśnie to podkreślić i podkreślić ponownie – to subiektywne. Tylko, że surowość można opisać, wcale nie mówiąc “jest surowo” ani używając miliona słów. Opisujesz tę surowość zdecydowanie, ale słowami. Sam zabieg z długością zdań i pilnowaniem jej mi przypomniał bardziej opis filmu, gdzie dostajemy jedną klatkę na sekundę/minutę. To trochę ryje beret ;p u mnie – raz jeszcze.

Drake

Uznam pojawienie się tego tekstu akurat teraz za znak od Wielkiego Ducha – dopiero co wczoraj sam zacząłem pisać historię w podobnym klimacie (dla której zresztą zrezygnowałem z udziału w konkursie). XD

Przyznaję, forma nie przypadła mi do gustu. Trochę przypomina teledysk – krótkie ujęcia, szybkie przejścia. Ledwie przetrawię jedną scenę, już dzieje się coś nowego. No i te krótkie, telegramowe zdania… To już kwestia preferencji, bo osobiście nie cierpię takiego staccato i nie mogłem się przez nie skupić.

W efekcie nie za bardzo jestem w stanie powiedzieć, co właśnie przeczytałem. Indianin stracił syna, więc jeździ za gościem, który kradnie ludziom twarze(?), a mormoni (swoją drogą, czemu z wielkiej litery?) są chyba źli. Ale nie mam pojęcia, o co chodzi z dziewczynką.

Sporo literówek, ale widzę, że bruce już zrobiła łapankę.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Hej SNDWLKR :). No cóż. Nic nie zrozumiałeś i forma się nie podobała. Jedyne co mogę napisać to dzięki za dotrwanie do końca:) Mormoni z dużej, jak gdzieś jest z małej to błąd oczywiście. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

O ile dobrze zrozumiałam, dziewczynka jest jedyną córką, ocalałą z rzezi, a nosi dziecko chyba upiora, wymierzającego sprawiedliwość (?).

Pecunia non olet

Zobaczę, jak dalej pójdzie interpretacja :). Ale narazie nikt nie trafił :P

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Zobaczę, jak dalej pójdzie interpretacja :). Ale narazie nikt nie trafił :P

Serio? surprise

Pecunia non olet

Ja w pierwszym momencie (tzn. kiedy się okazało, że jest w ciąży) pomyślałem, że to jedna z ,,żon” Celeba, który ,,był złym człowiekiem”… Ale jak to się ma do reszty tekstu?

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Ja w pierwszym momencie (tzn. kiedy się okazało, że jest w ciąży) pomyślałem, że to jedna z ,,żon” Celeba, który ,,był złym człowiekiem”…

Ja myślałam, że to córka Celeba. Okaże się, że babka. laugh

Pecunia non olet

Tak SND – dobrze odczytałeś koniec. Nadal to nie zmienia faktu, że reszta też jest ważna:D. No nic poczekam na opinie innych czytelników. Zobaczymy czy też będą mieli problem z przejściem przez fabułę :).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka