komentarze: 62, w dziale opowiadań: 62, opowiadania: 37
komentarze: 62, w dziale opowiadań: 62, opowiadania: 37
marzan,
poprawiłam, dzięki :)
Nic już więcej nie zmieniam :P Wystarczy. Już chyba znam ten krótki tekścik na pamięć 
A właśnie, gdzie jest jerry?
O Matko Bosko, rozgorzała prawdziwa dyskusja :D fajnie :D
Poprawiłam tam, gdzie uważałam za konieczne. Mam jeszcze jeden akapit, który mnie wybija z rytmu:
W słońcu migocze złota nić łącząca nasze dłonie. Ty jej nie widzisz, ale ona tam jest. Pociągam za nią, a z twojego serdecznego palca znika pętelka. Nić opada na granitową płytę i zamienia się w proch. Kolejny podmuch szybko go rozwiewa.
Brak mi jednak na niego pomysłu. Szczególnie pierwsze zdanie gryzie mi się z rytmem, bo jest takie… miękkie? Ile razy tego nie przeczytam, tyle razy coś znajdę :)
Dziękuję za komentarze i cieszę się, że tak inna dla mnie forma zyskała uznanie. W tak czułych i delikatnych tekstach dopiero sprawdzam swoje możliwości. Niemniej bardzo chcę się nauczyć :)
Jeszcze odnośnie do interpretacji. W moim zamyśle mąż zmarł, bo przegrał walkę z nałogiem. Stąd patrzenie na wszystko trzeźwo, jego poddanie się, a jej krzyk i płacz. I najlepsze, co ta kobieta może teraz zrobić, to po prostu dalej żyć już swoim własnym życiem. RobertRaks ma rację – jest tu coś pozytywnego.
regulatorzy,
dzięki za to “rozwiewa”. Tego słowa mi brakowało zamiast nieszczęsnego dmuchania.
Dobrze rozumiesz. Przyniosła mu tulipany na grób i chyba wreszcie zacznie prawdziwie żyć.
Poprawiłam, jak przeczytałam na głos te zdania. Przyznaję, że lepiej zabrzmiał mi rytm po poprawce.
MichaelBullfinch,
dziękuję za klik i komentarz. Poprawiłam te dwa zdania :)
OldGuard,
również dziękuję. Piękny fragment, naprawdę 
Cześć:)
Wiersze to nie moja bajka, ale timing masz idealny :D
Taką miałam wczoraj potrzebę, żeby zrobić coś z dawnych lat. Siedziałam więc na balkonie, opychałam się kanapkami z pasztetem i keczupem i miałam w nosie, że białe pieczywo, że chemia, MOM itd. Z uśmiechniętą mordką wspominałam czasy liceum, internatu i było mi w cholerę dobrze. Czasem człowiek tak musi :)
Nie wiem, czemu, ale jak to czytałam, to sobie podśpiewywałam :)
Pozdrawiam :))))
maciek, bardzo dziękuję za tak miły komentarz i klik :)
Hej :)
Historia mnie wciągnęła, a potem niestety rozczarowała. Z tym, że nie zgodzę się, że jest to otwarte zakończenie. Gdzie tu niedopowiedzenie, jeśli mamy wyłożone na tacy, co bohater w ty tojtoju znalazł :)
Ostatni akapit bym zupełnie usunęła.
Pozdrawiam.
Hej :)
Jak celnie ujął to marzan, konieczny wypełniacz fabularny. Ciepło, miło, wiarygodnie. Chyba już pora na wrzucenie jakiejś bomby albo chociaż takiej bombeluni :P
Z tymi imionami to ja też zrozumiałam, że to rodzice, a nie rodzeństwo.
Cześć.
Zmęczyłam się czytaniem, złapałam się nawet na tym, że marszczę brwi :)
Akt pierwszy, moim zdaniem, jest za długi. Ogromną frustrację bohatera można szybko zauważyć. Dalsze wbijanie szpil zaczyna być udręką. Wszystko jest złe: praca, polityka, rodzina, czasy, kobiety… Nikt o mnie nie powie, że lubię radosne i szczęśliwe zakończenia, ale nawet dla mnie to było już z dużo. Jest jakaś granica. Do pewnego momentu można takim osobom jak bohater współczuć, można rozumieć. Można się nawet utożsamiać, bo każdy z nas żyje w jakiejś trudnej rzeczywistości. Dla każdego te problemy wyglądają po prostu inaczej. Tego bohatera natomiast nie rozumiem. Bardziej jawi mi się jako osoba, która uwiła sobie gniazdko w ciepłym gównie i jest jej za wygodnie, żeby wysilić się na wyjście z niego. Do tego ma ogromne poczucie wyższości.
Akt drugi był ciekawszy. Bardzo podobał mi się pomysł z twarzą kierownika. W ogóle wątek z ekranami jest ok. Wyrzuciłaby natomiast wątek z prezenterką. To już było takie przesadzone. Czytelnik zrozumiał przesłanie już wcześniej.
W drugim akcie pojawia się za to fragment, który bardzo mnie urzekł:
Świat jest doskonały, jak jest, kto miał coś osiągnąć, ten osiągnął, za zgodą wyższych od niego, a ja… to ja zawalam wszystko, nie godząc się na doglądanie gnijącego truchła ideału. Mówię: „ale”, pytam: „dlaczego”, podważam autorytet niepodważalnych autorytetów – to moja zbrodnia przeciwko człowieczeństwu, grzech śmiertelny, którego cała ludzkość nie może mi wybaczyć.
Osaczony własnym umysłem, klaustrofobiczny w tej plastikowej rzeczywistości, zaczynałem rozumieć, że nie ma ucieczki. Czy dotychczas jeszcze się łudziłem…?
Akt trzeci, czyli finał. No dość przewidywalny. Obstawiałam, że albo go zamkną, albo sam się zabije, albo odlecimy w stronę bardziej abstrakcyjną.
Ogólnie napisane jest to dobrze, obrazowo, ale można to skrócić. Tłumaczysz kilka razy pewne rzeczy, które już mamy podane na tacy. Gdyby skupić się na jego wewnętrznym udręczeniu, pominąć pogardę, przejść potem przez to załamanie do finału (może tego bardziej abstrakcyjnego), byłoby to bardziej wartkie.
Wiesz, czego mi brakuje w bohaterze, żeby go choć trochę zrozumieć? Inicjatywy. Sam się staje takim bezwolnym przedmiotem, jednocześnie gardząc podobnymi sobie tylko z innego bieguna.
Jeszcze końcówka. Kiedy już się zdecydował na odebranie sobie życia, mógłby skończyć z pogardą. Była to jego pierwsza konkretna decyzja, dowód jego wolności. Tu powinna pojawić się ulga, lekkość, spokój. Sam sobie odebrał “swój” koniec, bo wciąż był skupiony na tym, jak został pokrzywdzony przez świat.
No gościa nie polubiłam, ale za to niektóre momenty tekstu bardzo :)
Pozdrawiam.
Cześć :)
W pierwszej części piękne dialogi. W rodzaju tych, które niekiedy sama przeprowadzam z moją córką, czyli niekończąca się litania najróżniejszych pytań, na które trzeba znaleźć coś mądrego.
“Głupie miejsce” – to też jest taki zwrot, który mogłabym usłyszeć od dziecka.
I przez to, że stworzyłaś tak realne postaci, jest to historia wręcz rozpaczliwa, niebywale chwytająca mnie za serce. Taka, przez którą nie będę mogła spać.
Nie rusza mnie ćwiartowanie zwłok, bezczeszczenie zwłok, gwałty zakonnic czy cokolwiek urodzi się w mojej głowie, ale przy tak czułym opisie relacji matka-córka, a do tego w kontekście tak bolesnej straty rozpadam się na kawałki, opuszcza mnie cały brutalny i osobliwy humor, wyuczona twardość i czuję się zupełnie bezbronna. I za to w sumie dziękuję.
Pozdrawiam.
Oczywiście, że o sklep z maskami chodzi :P
Z niecierpliwością czekam na rozwinięcie mojego fragmentu :P
Słuchajcie, ja dzisiaj tego Dildemona wymyśliłam i to mi tak podeszło, że chodzę, gadam pod nosem “Dildemon” i śmieję się do siebie 
regulatorzy,
naniosłam poprawki. Dzięki za podpowiedzi. W ostatnim zdaniu złapałam się na takiej czarnej dziurze w głowie… Im dłużej się zastanawiałam, czy napisać “jesteś” czy “jesteśmy”, tym głupsza się czułam. Zmęczenie materiału :) Postanowiłam zostawić to “jesteś” i poczekać, jak ktoś zwróci uwagę :) Dlatego jeszcze raz dzięki.
Niejako na swoje usprawiedliwienie pragnę zaznaczyć, że prowadzę taki właśnie sklep, więc moje skojarzenia są czysto zawodowe :P
marzan, złapałam się na tym samym, co ty :)
– Nie zapominaj, że jestem prostym chłopakiem ze wsi, podpatrzyłem to i owo u sąsiadów… – mrugnął do niej.
Tutaj Gniewko mówi jak dorosły i w dodatku bez stylizacji.
Też mi to nie grało, ale to mówił chyba Robert.
I teraz mój fragment :)
Tylko, że to ja widzę, jak na mnie patrzą. To ja słyszę, że powinno mi być wstyd przychodzić do kościoła. Że ciekawe, czy pójdę do komunii. Tylko ja i Misia siedzimy same w ławce. Do nas nikt się nie dosiada. Woli stać pod chórem. Czy ona to widzi?
Czasem wychodzę z siebie i staję obok. Przechodzę wzdłuż ławek i zrywam z nich maski. Te stare dewoty mają te maski już tak wrośnięte w skórę, że odchodzą też kawały mięsa. Z czerwonych twarzy płynie krew. Krzyczą, ale nie z bólu. Wyciągają ręce i próbują odebrać mi te maski. Przykładają do twarzy, kleją na ślinę. Z tymi młodszymi kobietami jest łatwiej. Kiedy wreszcie mogą zobaczyć ich twarze, biorę je w obie dłonie i krzyczę, żeby się obudziły. Że czas wstać i iść. Trudno się uporać z maskami na tych spuchniętych, obrzmiałych od alkoholu nosach. Trzymają się mocno i sama już nie wiem, co jest maską, a co prawdą. Oni też. Lecą im łzy, bo nie chcą inaczej. Inni patrzą na mnie. Nie zauważam, kiedy zaczynają mnie otaczać. Są coraz bliżej. Nagle ktoś chwyta mnie od tyłu za ręce. Jakaś kobieta zbliża się do mnie, trzymając w ręku maskę. Próbuje mi ją nałożyć, ale ja się wyrywam. Ich jest tak dużo. Robi się duszno. Boję się, że braknie mi siły. Jest ciaśniej, gęściej. Oni się zbliżają.
Czarna, mam dalszy ciąg, ale to jest totalnie popieprzone 
Nie pukała do drzwi, po prostu weszła. Już na klatce schodowej słyszała zwierzęce jęki, krzyki i zawodzenie.
Mieszkanie typu kawalerka. Duży pokój, brak światła, bo jedyne okno było szczelnie zakryte zasłonami. Na środku, przywiązany do krzesła, siedział Kozioł. Kiedyś przystojny trzydziestokilkulatek. Teraz twarz miał wykrzywioną w przerażającym grymasie, oczy wywrócone. Nogi i ręce przywiązane do krzesła grubymi sznurami. Szarpał się, próbował wierzgać, ale bezskutecznie.
Obok stała Matylda, jego konkubina. Nerwowo obgryzała paznokcie. Hanka szybko oceniła sytuację.
– Wychodził dzisiaj na dół?
– Nie, tylko wczoraj.
– Dobra, mamy niewiele czasu.
Z obitego kolcami kuferka wyjęła szklaną butelkę zwieńczoną korkiem i kropidło. Święconą wodę wlała do stojącej na stole popielniczki. Kozioł w tym czasie wył przeraźliwie. Udało mu się wypluć knebel.
– Nie masz ze mną szans, zgniła flądro!
– Nie zesraj się, chińska podróbo!
Kiedy Kozioł poczuł krople święconej wody na ciele, szarpnął się tak mocno, że wylądował wraz z krzesłem na podłodze. Hanka podeszła go od tyłu i zawołała władczym głosem:
– Wyjdź z tego człowieka, kitajski demonie!
Z kuferka wyjęła broń ostateczną. Przerażona Matylda zapytała:
– Czy to konieczne?
– Na demona chińskich podrób erotycznych, czyli Dildemona, nie ma lepszego sposobu.
Metalowa klatka na penisa lśniła w rękach sexegzorcystki. Była to jednak broń tak przerażająca, tak niszcząca, że bały się jej nawet najstarsze Dildemony. Ten, który opętał Pawła, był jeszcze młody i tylko słyszał o straszliwej sile klatki. Wiedząc, że w tym starciu nie ma szans, wyszedł przez lewe ucho opętanego i już jako chmura czarnego pyłu wsiąknął w podłogę, zostawiając na niej brzydką plamę. Trudno będzie ją potem usunąć, dlatego Matylda zakupi już oryginalny dywan wyprodukowany w Polsce i przykryje nim ostatnie ślady po opętaniu napalonego na eksperymenty konkubenta.
Zadowolona z takiego obrotu spraw Hanka wyjęła ze stanika miętówkę i terminal płatniczy.
– Należy się 500 zł. Faktura czy paragon? Kartą czy gotówką?
Cześć :)
Doczekałam się.
– Zatem czeka nas szpiegowanie drobiu – śmiała się. – Szkoda na to czasu. – Przeniosła wzrok na kurnik. – Skoro mają dach nad głową, urządzę im tam gniazda. Jagna kazała mi ćwiczyć palce.
– Pomogę – wtrącił. – Przyniosę wiechy trzciny. Wyścielimy nimi kosze.
Ja wiem, że to mówi Robert, ale warto to zaznaczyć.
W nurtach rzeki zostawił brud i ciężar całego dnia.
A jednak coś zostało z jego zapalczywych kąpieli :P
Po co mnie tu przyciągnęłaś? Chyba nie tylko dla widoków? – Przyciągnął ją do siebie.
Długo przyjmował ciosy aż pochwycił jej dłonie i przyciągnął do siebie.
Tu postaw przecinek przed “aż”.
– Przestań! Szukać reguł w tym obłędzie.
Nie zrozumiałam, dlaczego Robert uznał swoją śmierć za ratunek dla żony.
A poza tym bardzo podobają mi się określenia “gatunek inwazyjny”, “najmniejszy ślad”, “najpłytsza blizna”. Można to wykorzystać na różne sposoby. Ujęło mnie i faktycznie na chłodno idealnie opisuje pozycje dwójki bohaterów w świecie, do którego trafili.
Pojawił się temat kur i jajek wreszcie :) Czekam jeszcze na kozy :P
Wiesz, czego mi jeszcze brakuje? Nie było jeszcze rozmowy na temat tego, jak wrócić do ich czasów.
Znowu trzeba tydzień czekać :P
Pozdrawiam.
melendur,
zajrzałam, przeczytałam i podoba mi się taka kara ;P
Jednej tylko rzeczy się przyczepię. Zniszczenie Kaer Seren było strasznie nagłe i krótkie.
Pozdrawiam :)
Cześć.
Poprzednie opowiadanie podobało mi się na tyle, że co jakiś czas wracam myślami do tamtej chłodni i Pingusia. Technicznie to jest ok, ale trochę zbyt podobne właśnie do ostatniego. Tajemnica, maskotka, groza, samotne poszukiwanie odpowiedzi. Dla mnie za dużo podobieństw, ale sam pomysł z programem i tą pracą jest ciekawy.
Pozdrawiam.
jeroh,
dzięki za komentarz. Na spokojnie popracuję nad poprawkami :)
melendur,
bardzo dziękuję za klik ;) Idę zmierzyć się z karą ;p
melendur,
mówisz, że wincyj fantasy… Kurde, czasem piszę tak prosto z trzewi, tak jak ten tekst czy inne z tych brutalnych. Wtedy najlepiej się czuję, gdy jestem na pograniczu. Gdy nie do końca wiem, co jest prawdą, co snem czy złudzeniem, albo efektem choroby psychicznej. To wychodzi mi naturalnie. Ale czasem staram się przysiąść i ruszyć też głową, nie tylko sercem. Tak jak przy tym pierwszym Brokacie, czy ostatnim tekście. Wtedy chyba jest wincyj fantasy :) Popracuję nad tym, dzięki :)
Dzięki za komentarz. Fakt, że masz ze mną kłopot, jest dla mnie komplementem :P
Cześć,
Jakie to było piękne. Takie proste, bez fajerwerków, a tak chwytające za serce. Poruszyło mnie i pewnie będę o tym myśleć dłuższy czas. I będę sobie wyobrażać tę parę w obliczu końca świata.
Lubię czytać takie czułe opowieści czasem, choć sama ani nigdy bym nie chciała, ani nie umiała takich pisać 
Pozdrawiam.
Dzięki, marzan, poprawiłam tam-tamy :) Rzeczywiście przesadziłam z nimi.
marzan,
Też właśnie się zastanawiałam nad zagrożeniami. Ja bym obstawiała jeszcze śmierć staruszka Kwiecisza, a potem walkę o władzę w wiosce. Z drugiej strony ciekawie by było, gdyby bogowie pokazali swój gniew wobec tych wszystkich śmiałych poczynań nowożytnych naukowców.
Jeszcze mi się coś nasunęło – mydlnica. Bardzo ciekawie było zobaczyć pewną pokorę w Agnieszce.
Możliwości na ciąg dalszy jest wiele. Patrzę pod kątem bóstw. Na razie w fabule bogowie byli siłami natury, odzwierciedleniem lęków, wyrazem braku naukowej wiedzy. Nie było natomiast żadnych dowodów na ich boską ingerencję, moc. Mamy natomiast drugi biegun, jakim jest nauka i racjonalne tłumaczenie zjawisk. Jeśli do końca opowieści tak to będzie utrzymane, co poniektórych rodzimowierców spotka pewien zawód ????
Z drugiej strony wprowadzenie do tej opowieści boskiej ingerencji będzie wymagało wyczucia i smaku, żeby nie otrzeć się o tandetę.
Czekamy zatem na kolejne rozdziały ????
Przeczytałam wszystkie rozdziały.
Przeszkadza mi zapis dialogów, który powtarza się chyba w każdej części. Widziałam, że marzan zwracał uwagę na to kilkukrotnie. Teraz już się przyzwyczaiłam, ale myślę, że warto to poprawić. Będzie bardziej czytelnie.
Dwa ostatnie rozdziały były ciekawe dzięki Jagnie, zwyczajom społeczności. Im bardziej Agnieszka i Robert wchodzą w interakcje z otoczeniem, tym jest lepiej dla opowieści. Oni sami są już nieco nużący i przewidywalni. On będzie silnym, stanowiącym fundament mężczyzną, ona mózgiem. Dobrze, że jest Gniewko, bo potrafi wpleść coś tak ciekawego jak Domowik.
A, i wreszcie nie wstali zmęczeni :)
Dwa poprzednie rozdziały zostawiłam bez komentarza, bo były do siebie nieco podobne. Tutaj wreszcie jest coś nowego.
Robert i Agnieszka robią się trochę przewidywalni. Kwiecisz dodał więcej kolorytu, Gniewko wciąż jest swoisty przewodnikiem.
Oni serio o tej brukwi ciągle? Mają ryby w rzece, kury, kozy… To mnie gryzie coraz bardziej.
Kto karmi zwierzęta? I czym?
Scena z gawiedzią trochę przerysowana. Trudno w nią uwierzyć.
Robert znów daje upust swoim emocjom przy ciężkiej pracy. Podobny opis był już wcześniej.
Nie podoba mi się ten fragment:
A teraz? Teraz droczyła się z chłopcem niczym starsza siostra, promieniując ciepłem i swobodą.
Nagły, gorący impuls nie wynikał z temperatury powietrza. Przeżyli kolejny dzień. Budowali rodzinę. Zasiany groch spał w ziemi.
Wyobraźnia podsunęła obraz przyszłych miesięcy: żona pochyla się nad grządkami, zbiera rzepę i kapustę. Ciało napina się przy pracy, brudna dłoń zostawia na czole smugę ziemi… Ziemia, jedzenie, kobieta. Przetrwanie.
Nie potrafił oderwać wzroku. W tym dzikim, brudnym świecie, bez prysznica i perfum, lśniła piękniejsza niż kiedykolwiek. Pozostawała jego jedyną towarzyszką w tej szalonej walce o przetrwanie.
Traktowałam tę trojkę jak rodzinę. Wydawało mi się, że budzą się w nich jakieś rodzicielskie uczucia względem Gniewka. Agnieszka nie jest jedyną towarzyszką, bo bez chłopca umarliby w trakcie zatrucia. Tutaj widzę porównanie jej do starszej siostry, a jego podstawą przeżycia jest ciężka robota i pracowita kobieta. No nie wiem, takie mam mieszane uczucia.
Czytam rozdział po rozdziale. Wprost piszesz o takich prozaicznych problemach życia codziennego w tej słowiańskiej chacie. Brakuje mi w takim razie kolejnych prostych spraw: w co się ubierają; czy mały Gniewko nie powinien mieć wszy, skoro tak długo nikt o niego nie dbał; czemu nie jedzą jajek, nie piją mleka od kozy, tylko ciągle brukiew.
I kolejny opis ich zawziętej kąpieli w rzece był, moim zdaniem, niepotrzebny. To było w poprzednim rozdziale.
Tutaj krótko, ale w sumie zdrowie bohaterów na więcej nie pozwoliło.
Niemniej w krótkiej treści rzeczowo przedstawiłeś hierarchię i sytuację w osadzie. Wykluczenie Gniewka, strach nawet ze strony rodziny. Jego cierpienie i samotność, do których zdążył niestety przywyknąć. Mały chłopiec dostał więcej ciepła od ludzi z przyszłości niż swoich najbliższych. Trzeźwy, racjonalny umysł wobec strachu przed demonami. Ciekawy kontrast.
Tutaj wkradł ci się błąd. Masz dwa razy wklejony ten sam fragment. Zaczyna się pod zdjęciem z ziarnami, a potem to samo pod kolejnym obrazkiem.
Widzę, że Gniewko pełni funkcję przewodnika po świecie słowiańskich bóstw. Piękne. Bardzo ujmująco przedstawiłeś jego rozterki.
Podoba mi się skupienie na tych przyziemnych rzeczach, bo to sprawia, że budujesz świat od podstaw. Idę dalej :)
Tłuszcza. Twarze upstrzone gliną, oczy rozpalone strachem i żądzą mordu.
Zawsze mnie literaturze ujmowało słowo “tłuszcza”. W jednym takim miękko brzmiącym słowie można upchnąć cały ten brud, chaos, głupotę, agresję. Dlatego zwróciłam uwagę na powyższy fragment. Mógłby służyć jako definicja.
Bardzo dobrze poprowadzone jest pierwsze spotkanie Roberta i Agnieszki z tubylcami. Czuć dezorientację, chaos, ale ma to jednocześnie ład i skład.
Trochę tylko szybko dostali chłopca i chatę :)
Cześć.
Gdybym zaczęła od tego fragmentu, na pewno nie czytałabym kolejnych. Nie przeszkadza mi długość i brak akcji, tylko technika i fizyka, których i nie lubię, i nie rozumiem. Niemniej będę czytać dalej, bo zachęcił mnie dalszy fragment.
Pozdrawiam.
Cześć.
Dopiero teraz zetknęłam się z twoją serią. Skoro widzę słowiańskość, to czym prędzej nadrobię resztę 
CZARNA2, powiedzmy, że chciałam się spróbować w czymś dla mnie trudniejszym ????
Widzę po komentarzach, na czym powinnam się skupić. Pierwsza wersja tego tekstu byla zupelnie pozbawiona wstawek z życiem rodzinnym. Przeczytałam go wtedy, odczekałam, w międzyczasie poczytałam troche tekstów tutaj i postanowiłam cos dodać do mojego. Widzę, że była to dobra decyzja.
Przyznam, że trochę zazdroszczę tym, którzy w tekście potrafią oddać cieplo, harmonię i spokój codzienności. Muszę i chcę nad tym popracować, ale mam w sobie jakieś chyba blokady.
Dzięki za komentarze, bo naprawdę dały mi do myślenia.
Wyobraziłam sobie Belzebuba i Balbinę w wykonaniu Walaszka. Jakie toby było brzydkie i piękne jednocześnie 
Cześć :)
Wciągnęło mnie. Od początku czułam do bohatera tak ogromną antypatię, że tylko czekałam na jego okrutny koniec. Miałam nadzieję, że zgnije w męczarniach. Tego słodkiego pieska zamieniłabym mu tylko na jakiegoś brzydala z jednym okiem i wystającymi zębami. Chociaż z drugiej strony taki kontrast może lepiej działa.
Jest parę błędów, ale to wszystko do poprawienia.
Dodanie tu Kolanowskiego pozytywnie zaskoczyło :)
Podobało mi się.
Cześć :) Historia ciekawa, ale bardzo przeszkadzały mi błędy ortograficzne, interpunkcja, literówki. Takie babole jak “wziąść”. Jak popracujesz nad tym, będzie się czytało o wiele przyjemniej.
marzan, przyznaj się, ile dostaniesz za afiliację 
Ale dobre, rozbawiłeś mnie 
Ooo, będzie o czym myśleć przy kulaniu pralinek ????
Una, on ma pancerz fabularny z mitologii, ma leżeć przed bramą, pilnować i czasem warczeć, to będzie mógł to robić.
Tylko to
marzan, uspokoiłeś mnie
ufff ;P teraz mogę czekać spokojnie.
Dzięki za komentarze. Wprowadziłam poprawki :)
marzan,
zwróciłeś uwagę na dwie kwestie, nad którymi się zastanawiałam.
Przemyślenia o mężu i zmianę postrzegania dorzuciłam już po napisaniu tekstu. Uznałam, że będzie to bardziej naturalne i w sumie logiczne. Mam czasem tendencję do odczłowieczania postaci.
I ten abażur… Tak mi jakoś mało wyszło brutalności, nie chciałam przegiąć. Pomyślałam, co zrobić z tą kobietą leżącą na stole operacyjnym, potem o skórze, Edzie Gainie. A potem wyszedł z tego ostatni fragment i tak to :)
jeroh,
Wyszło spontanicznie z tym matriarchatem, ale myślę, że coś w tym jest ;)
Poczułam się jak na spacerze w galerii sztuki
piękne, dziękuję 
marzan,
Ned Stark? Mam teraz bardzo złe przeczucia 
Tak to jest. Człowiek się przywiąże, rozczuli, a potem ciach. I jak tu być zdrowymi normalnym 
Cześć :)
W poprzedniej części najbardziej wciągnął mnie wątek Charona i Cerbera. Rozmowa o skrzyni – złoto. Przyznaję, że wątek Nili trochę zignorowałam. Ale tutaj…
Jakbym słyszała własną córkę i wieczne “a dlaczego”, “a co potem”
Nieraz przydałby mi się taki ratunek od Hermesa
Są dwie opowieści na forum, na których kolejne części czekam: Pomornik oczywiście, no i Charon :)
Zrozumiałam to tak:
alkoholik na dnie, rodzina go nienawidzi. Po kolejnej “przygodzie” postanawia szukać pomocy u psychoterapeuty.
Bardzo brakuje przecinków, a to trochę utrudniało mi czytanie.
jak wściekły żbik
tu nie powinno być “byk”?
Będąc na takim dnie, powinien szukać detoksu. Psychoterapeuta w tej przepitej głowie? Wątpię, że facet umiałby to słowo wystukać.
Powodzenia i pozdrawiam :)
Przeczytałam wszystkie części. Z niecierpliwością czekam na następne. Czuję się, jak w dawnych serialach, kiedy trzeba było czekać tydzień na kolejny odcinek. Pewnie, że chętniej łyknęłabym wszystko od razu, ale z drugiej strony takie budowanie napięcia to dopiero sztuka :)
bruce,
Szczerze współczuję doświadczeń i poniesionej straty.
tlok 303 i bruce,
Pozwolicie, że odpiszę wam wspólnie, bo konsensus będzie taki sam. Zawsze każda sytuacja ma dwie strony. Naturalnie jako świadek, przedmiot, ofiara lub oprawca widzę swoją jedną. Jeśli decyduję się na stworzenie z tego tekstu, to tylko ja wybieram punkt widzenia. To nie jest wrzucanie do jednego wora, bo nigdzie nie twierdzę, że dokładnie wszyscy postępują w taki, a nie inny sposób. Oczywiście, że alkoholik przeszedł długą drogę na dno, ale ja nie będę się nad tym pochylać. Pochylę się nad jego dziećmi, rodziną. Ale nie będę od wszystkiego.
Dalej, nie sposób nie docenić tych bohaterów, który czuwają np. przy chorych partnerach. To piękne i szlachetne, ale ja wybieram pisanie o innej stronie takich sytuacji.
Sama przeszłam niemało, bo i wychodzenie ze współuzależnienia, i chorobę, i śmierć na moich rękach. Nie przepadam za tym, gdy ktoś próbuje mnie podziwiać i wmawia mi, jaka muszę być silna itd. Co mi po tym. Było, minęło, żyję swoim życiem. Jedyne, co mnie bolało, to wybiórczość. Łatwo jest kogoś głaskać po głowie, gdy mu się mówi, że jest tak silny, taki dzielny. Ale kiedy ten ktoś próbuje szczerze powiedzieć o swoich realiach, o tym, że dziś w nocy zmywał krew z podłogi, o tym, że znowu połamał paznokcie, wyciągając 100kilogramowego chłopa z toalety, o tym, że to wszystko po prostu śmierdzi i wtedy wcale nie jest się dzielnym, bo chce się płakać, to już nie ma tego czułego głaskania. To już widać w oczach obrzydzenie, szok, strach, albo co najgorsze – litość.
Piszę o tych brzydkich stronach, bo kiedyś sama potrzebowałam poczucia, że nie tylko ja w tym siedziałam, nie tylko mnie to brzydziło. Wtedy nie wiedziałam, że nie wszyscy są tacy bohaterscy i cierpliwi. Myślałam, że tylko ze mną jest coś nie tak.
jerry i Hesket,
morderczyni nie rzuciła się z parapetu, tylko się powiesiła. Proszę, przenieście kłótnię gdzieś indziej.
Dziękuję za komentarze.
Już kiedyś pisałam – wiem, że moje teksty są niekomfortowe, brudne, nie dają jako takiej przyjemności. Są dziwne. Ale jeśli przeczyta to choć jedna osoba z pewnymi doświadczeniami i poczuje trochę ulgi, satysfakcji, nawet takiej chorej, to ja już będę zadowolona.
Cokolwiek napisałam, w jakiś sposób bazowałam na swoich własnych doświadczeniach. Jako dwudziestoparolatka miałam takie, a nie inne. Teraz jestem starsza, umiem już obserwować otoczenie nie tylko przez pryzmat własnych doświadczeń. Jest łatwiej, jest przyjemniej, ale nie wyrzeknę się tego brutalnego realizmu, bo już wiem, że on tam jest.
Słyszę albo czytam czasem takie “peany” o kolejnej niezwykle silnej kobiecie, która wyrwała się z patologicznego związku; starszym bracie, który adoptował młodsze rodzeństwo; żonie, która trwała przy ciężko chorym mężu itd. To wszystko wygląda pięknie, poetycko, bohatersko. I takie oczywiście jest. Ale ta szara rzeczywistość bohaterów również zasługuje na uwagę – być może wyłącznie dla nich samych. Ta silna kobieta niejednokrotnie zmywała wymiociny, starszy brat wył z bezsilności, kiedy trzeba było opakowanie parówek podzielić na cztery osoby, a czuwająca przy mężu żona marzyła o jego nagłej śmierci, bo miała dość smrodu pieluch i zabrudzonych podkładów. O tym nie myśli się przyjemnie, ale dla niektórych to jest codzienność.
Mam nadzieję, że w miarę składnie wyraziłam swoje stanowisko :)
Dzięki, bruce, za komentarz.
Wprowadziłam poprawki, usunęłam powtórzenia, niektóre rzeczywiście strasznie niezgrabne :)
Co do Brygidy – od momentu otrzymania zaproszenia i rozmowy z lustrem wszystkie jej zachowania były irracjonalne. Zamknęła się w swojej samotności na cztery spusty, a nie widziała, że na każdym etapie tego szaleństwa pomogłaby jej rozmowa, być może spowiedź. Ewentualnie zwyczajny zdrowy rozsądek.
Zaczęłam od doświadczonej, zamkniętej od lat w klasztorze zakonnicy przy oknie życia. Potem sama mnie tak jakoś poprowadziła w to szaleństwo :)
Postaram się aktywniej dyskutować z Komentatorami :)
Pozdrawiam ;)
HollyHell91
Jedzie sobie tramwajem. Tak po prostu, jakby nigdy nic. Skurwiel.
– Głupi pies! – wyzywa mądre zwierzę.
Te dwa fragmenty mnie totalnie kupiły. Na koniec wyobraziłam sobie, że skurwiel potknął się i wywalił na swój nonszalancki ryj.
melendur88
Jestem teraz na świeżo po przeczytaniu twojego tekstu, ale wydaje mi się, że zostanie ze mną na dłużej. Taki klimat lubię. Dziękuję.
CZARNA2
To było przepiękne. Cała moja słowiańska dusza i wszyscy na mnie wytatuowani bogowie krzyczą, że tam był ten gaj :)
Nie jestem pewna, czy wszyscy wiedzą, co to jest lepka
przy kuchniach kaflowych było to takie siedzisko, może półka. W każdym razie było ciepłe i na tym się siedziało 
Zostało już niewiele małych sklepików osiedlowych, ale te, które jeszcze działają, mają swój klimat. Skrzynki z warzywami, kasza na wagę, zapach świeżego kopru i kiszona kapusta w beczkach. Przed świętami kolejka wychodzi na zewnątrz sklepiku. W takich właśnie okolicznościach spotkałam Babuleńkę.
Sprawiała wrażenie wątłej i delikatnej. Chudzinka, na szczupłych nóżkach. Może półtora metra wzrostu. Brązowy płaszczyk, torebka na ramieniu. W dłoni trzymała zwiniętą chusteczkę, którą ocierała co chwila spływające łzy. Ale spokojnie, nie płakała. To od słońca i wiatru. Kapelusz miał już lata świetności za sobą, a mimo to wciąż dodawał jej tej ponadczasowej klasy. Najpiękniejszą Babuleńka miała jednak twarz. Poorana zmarszczkami, bladziutka, ale w oczach miała takie ciepło i dobro. Stała sobie spokojnie i czekała na swoją kolej. Widać w niej było tę wyuczoną przez lata cierpliwość. Pewnie z takim samym spokojem otulała swoje wnuczki grubą pierzyną. Kroiła im ogromne pajdy świeżego chleba. I oczywiście zawsze im oddawała piętki. Pytała, na co mają ochotę i tłumaczyła ich matce, że to wcale nie jest rozpieszczanie. Robiła im placki ziemniaczane z cukrem, tłuczone ziemniaki podsmażane ze skwarkami ze słoniny. Piekła podpłomyki na kominie. W zimne dni kazała wnuczkom siadać na lepce, żeby się zagrzały. Herbata od niej była tak słodka, że aż gęsta. Piekła sernik z rodzynkami, a te rodzynki to nawet były smaczne. Umiała przygotować twaróg w tetrowej pielusze i z niego później najlepsze na świecie naleśniki z serem. Babuleńka na pewno miała gdzieś odłożone z emerytury po dziesięć złotych dla każdego ze swoich wnucząt. A w Wielką Sobotę przyjdzie do niej któraś z wnuczek po koszyczek i zaniesie go do poświęcenia. Kiedy wróci do domu z zakupów, pewnie zrobi sobie herbatę i usiądzie w fotelu przy ławie. Włączy sobie serial i będzie cierpliwie czekała, aż ktoś ją odwiedzi. Na kredensie poustawiała zdjęcia wszystkich swoich dzieci i wnuków. Nad nimi oczywiście zawisł obraz z papieżem, za którym zaczepione zostały gałązki brzozy z ostatniej procesji na Boże Ciało.
Kiedy tak patrzyłam na Babuleńkę, usłyszałam dość głośny dzwonek telefonu. O dziwo, to właśnie ona wyjęła z torebki całkiem nowoczesnego smartfona. Poczułam się jak zbudzona z odrętwienia.
– Halo! Mówiłam ci, stara kurwo, że masz już do mnie nie dzwonić. Nic ci nie przepiszę.
Wkładając smartfona do torebki, jeszcze powiedziała:
– A jebał was wszystkich pies.
marzan, dziękuję za komentarz i spieszę z wyjaśnieniem 
W szorcie “W tym Domu mieszka zło” pojawił się ten sam bohater. Ten tu z obgryzionymi nogami to ojciec dziewczynki, która z tamtego domu wyszła. Ona bała się tego, co siedzi pod schodami. Wyobrażała sobie włochatą łapę, która ją tam wciąga.
Dobra, zaryzykuję…
To, co tam siedzi, długo było dla mnie zagadką. Czy to faktycznie jakiś potwór, czy diabeł, czy personifikacja sumienia, czy może jakiś opiekuńczy, acz dość brutalny duch tej dziewczynki. Może to jakaś pierwotna siła, która sprawia, że ta wieś jest tak przeklęta. A może z drugiej strony – zepsucie moralne sprawiło, że taki potwór powstał. Tworzyłam kolejne krótkie historie z mieszkańcami tej jednej wsi (nazwałam ją Długie Pole) i gdzieś z tyłu zawsze był cień tej stwory. Kiedyś oglądałam z córką film dokumentalny o wilkach i wtedy tak pomyślałam, że potwór spod schodów pełni taką funkcję tam jak wilki w swoim środowisku naturalnym – usuwanie słabych jednostek, oczyszczanie, a dzięki temu tworzenie silnej populacji.
Nie chcę zanadto popłynąć. Niech ten potwór zostanie na razie tam w cieniu. Myślę, że naturalnie sam, prędzej czy później, się przedstawi.
Bardzo doceniam techniczne uwagi. Po kilku latach przerwy staram się na nowo coś tworzyć, więc czytam wszystko i biorę pod uwagę.
CZARNA2, dziękuję za komentarz i zrozumienie 
Jeszcze co do realizmu.
“To ja biorę tę słoninę” – wiecie, jak długo walczyłam z tymi kilkoma słowami? Żeby było realistycznie, powinnam napisać “tą słoninę”, bo żaden pijaczek spod sklepu nie powiedziałby tego poprawnie.
Jaka dyskusja :)
Powtórzenia są celowe. Kiedy narratorem jest stary pijak, trudno wymagać mnogości synonimów. Moim celem był realizm, a nie poprawność techniczna i stylistyczna. Zwrot “czy coś” musi być. Kiedyś pracowałam w takim małym, wiejskim sklepiku. Nasłuchałam się tych pijaczków. W sumie to lubiłam ich podsłuchiwać, bo mieli właśnie takie zwroty “czy coś”, “tego panie tego” itd. :)
Wiecie, ja zdaję sobie sprawę z tego, że te teksty są dziwne, nieprzyjemne. Będą się podobać wąskiemu gronu. Biorę to na klatę. Nie sprawiają mi przykrości negatywne komentarze. Wierzę natomiast, że jest pewna grupa ludzi po określonych doświadczeniach, która zrozumie te teksty, zna ten świat i dla której ten brzydki realizm będzie zrozumiały i w jakiś sposób satysfakcjonujący.
Druga rzecz, te wszystkie szorty, które tu wrzucam, pisałam jakieś 5 lat temu. Nie zmieniam ich, choć korci mnie, żeby coś tam poprawić. Potem miałam długą przerwę. Od niedawna znów próbuję dopisywać bohaterów tej jednej wsi, ale trudniej mi utrzymać formę tych krótkich, brutalnych zdań, a zaczynam mocniej przejmować się stylistyką. To jest męczące, bo czuję, jakbym szarpała się sama ze sobą. Być może po prostu inaczej już zarządzam swoimi emocjami.
Dziękuję za komentarze :)
Cześć Hesket
Tak Bogiem a prawdą, zaznaczając “horror”, sama miałam dość mieszane uczucia.
Dziękuję za komentarz.
Pozdrawiam :)
maciekzolnowski, niestety nie rodzina ;) dziękuję za komentarz :)
Wciągnęło mnie do tego momentu: “Wpatrywałem się ekran, na którym zobaczyłem coś, co do tej pory śni mi się po nocach…” Wolałabym nie wiedzieć, że Mirek przetrwa te 5 dni. Trochę mi brakowało na koniec tej zagadki. Poza tym przyjemny rytm, dobrze się czyta :)
Dziękuję, bruce, za komentarz i celne uwagi. Technicznie widzę te niedociągnięcia związane z użyciem czasów. Natomiast małe i wielkie litery były celowe. To byli CI Ludzie, a dla głosu z głośnika to byli tylko szarzy ludzie, zwykła masa. Szara istota natomiast stała się Istotą. Wcześniej należała też do szarej masy.
W każdym razie przesłaniem szorta miał być bunt wobec elitaryzmu, próżności i krótkowzroczności.
Stresuje mnie poddawanie się ocenie, ale mam jeszcze w zanadrzu parę mrocznych tekstów :)