Kolejne miejsce pracy.
Wziąłem pod uwagę komentarze odnośnie poprzedniego opowiadania i mam nadzieję, że tym razem jest lepiej ;).
Miłego czytania! ;)
Kolejne miejsce pracy.
Wziąłem pod uwagę komentarze odnośnie poprzedniego opowiadania i mam nadzieję, że tym razem jest lepiej ;).
Miłego czytania! ;)
Sebastiana obudziło pukanie do drzwi. Spojrzał na zegarek stojący na szafce nocnej, przy okazji zwalając z łóżka pustą butelkę po piwie. Szósta rano.
Zdenerwował się, że ktoś budzi go o tak nieludzkiej porze, przetarł zaspane oczy i wstał, chwiejąc się.
Wciąż szumiało mu w głowie po nocnym maratonie alkoholowym. Cudowne uroki braku pracy.
W samych majtkach podszedł do drzwi i otworzył na oścież, wpuszczając do środka duszne, letnie powietrze.
– Czego? – wychrypiał.
Mężczyzna w garniturze zdjął ciemne okulary i oznajmił z kamienną twarzą:
– Panie Sebastianie, doszły nas słuchy, że od dwudziestu trzech lat jest pan bezrobotny. Chcielibyśmy zaprosić pana do programu „praca cię znajdzie”.
Seba momentalnie otrzeźwiał. Poczuł dreszcze na całym ciele. Za nic w świecie nie chciał dopuścić do siebie myśli, że Pan Zdrapka może go dopaść, ale system… system był niezawodny.
– Ta…? – Chciał brzmieć groźnie, ale głos miał piskliwy niczym szczeniak. – A jak nie pójdę, to co mi niby zrobicie?
Mężczyzna w garniturze uśmiechnął się szeroko, pokazując białe zęby.
– Wtedy trafi pan do odcinka specjalnego i weźmie udział w grze na śmierć i życie na polu minowym.
Seba głośno przełknął ślinę. Słyszał o odcinku specjalnym, podobno mało komu udawało się wyjść cało.
– Tylko się ubiorę… – powiedział i zamknął drzwi.
***
Jakieś dziesięć minut później, Sebastian siedział w busie z logo programu Praca Cię Znajdzie. Pił zimną wodę, trzymając butelkę w drżących dłoniach. Całą drogę modlił się, żeby los stanął po jego stronie.
Gdy dotarł do studia, zobaczył dwójkę innych uczestników. Siedzieli w garderobie, bladzi, jakby nigdy nie widzieli słońca.
Przywitali się z Sebą skinieniem głowy, na co ten odpowiedział tym samym.
Po chwili usiadł w fotelu, gdzie zaczęto przygotowywać go do programu. Godzina dwudziesta zbliżała się wielkimi krokami.
TELETURNIEJ
– Dobry wieczór państwu! – zaczął wesoło Pan Zdrapka, wkraczając na scenę w lśniącym garniturze. – Witam w kolejnym odcinku PRACA CIĘ ZNAJDZIE! – krzyknął razem z widownią. – Jako pierwszy zagra pan Bogdan, który bezrobotny jest od szesnastu lat. Zobaczymy, czy los stanie po jego stronie!
Pan Bogdan wszedł na scenę ze spuszczonym wzrokiem. Nie przywitał się z widownią ani z prowadzącym. Był to starszy mężczyzna, z siwymi włosami i krótką, również siwą, brodą.
– Panie Bogdanie, co pan taki małomówny? – drwił z niego gospodarz programu.
Bogdan tylko wzruszył ramionami i podszedł do stołu, na którym leżało dwadzieścia równo ułożonych zdrapek.
Drżącymi dłońmi dotykał każdej z nich, aż w końcu wybrał.
– No cóż, zobaczmy, co się tam kryje – powiedział Pan Zdrapka, podchodząc do Bogdana, który powoli zdrapywał los.
W końcu jego oczom ukazał się napis WYGRANA – DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH.
Bogdan upadł na kolana, podnosząc los. Łzy szczęścia lały mu się po policzkach strumieniami.
– No proszę, los okazał się dla pana łaskawy! – krzyknął niczym niewzruszony Pan Zdrapka. – Gratulacje! Co zrobi pan z tak wysoką wygraną?
Bogdan spojrzał na niego z szerokim uśmiechem.
– A pewnie… pewnie kupię sobie piwko. – odpowiedział.
– Kupi sobie piwko! – krzyknął prowadzący. – Brawo dla Bogdana, który powinien być wzorem, jak nie zarządzać pieniędzmi!
Publiczność ryknęła śmiechem, a Bogdan, czerwony jak burak, zszedł ze sceny z banknotem w dłoni.
– No dobrze, przed nami kolejny uczestnik, który pracę widział jedynie w telewizji. Oto Sebastian!
Publiczność zaczęła klaskać, a Seba powoli wkroczył na scenę, podnosząc dłoń na powitanie.
– Panie Sebastianie, tak z ciekawości, dlaczego w wieku dwudziestu trzech lat nie chce się pan podjąć pracy? Jest pan w kwiecie wieku! Jako młody, sprawny mężczyzna, powinien pan zarabiać na życie.
Seba zaśmiał się tylko i pociągnął nosem.
– No wie pan, praca jest dla frajerów, co to kasy nie umieją skombinować.
Publiczność zaczęła buczeć, a Seba stał z szerokim uśmiechem.
– Ostro pan pojechał, ale cóż, niech los zdecyduje, czy zostanie pan dziś frajerem, czy nie.
Sebastianowi uśmiech nie schodził z twarzy.
Rzucił okiem na stół ze zdrapkami i wybrał pierwszą lepszą, zbytnio się nie zastanawiając.
Drapał.
Publiczność wstrzymała oddech.
Przez chwilę w studiu panowała całkowita cisza. Słychać było tylko paznokieć Seby, szorujący po kartoniku.
Po chwili wszystko stało się jasne.
Seba patrzył na zdrapkę z szeroko otwartymi oczami, oddychając szybko, jakby przebiegł maraton.
Na zdrapce znajdował się napis BRAK WYGRANEJ.
– Bardzo mi przykro, Sebastianie, ale przez pięć pięknych dni poczujesz się jak frajer.
Seba patrzył w los, jakby nie wierzył, że to dzieje się naprawdę.
Publiczność śmiała się w najlepsze, a on stał, jak zamurowany.
– Naszym sponsorem jest Tartak Duduś, prowadzony przez Bogumiła Tatarskiego. Tartak Duduś, piłujemy marzenia. Panie Sebastianie, zapraszam do pracy.
Seba stracił przytomność.
TARTAK DUDUŚ
DZIEŃ PIERWSZY
– Siemano, widzowie – mówił Seba do kamery telefonu. – Dzisiaj pierwszy dzień pracy w tartaku. Piły piłują, ludzie noszą jakieś… drewna ogromne, ale my… nie będziemy robić nic! Dokładnie tak! Przez pięć dni, nawet palcem nie kiwnę w tym tartaku! W ogóle zobaczcie, jak tu jest wysoko! Dwa tysiące dwieście metrów nad poziomem morza! A przynajmniej tak mówił typ, który wiózł mnie tutaj busem. Jakbym stąd spadł, to by mnie musieli chyba łopatą zeskrobywać – zaśmiał się.
– Ale najlepsze jest tam, zobaczcie to! – Skierował telefon na wejście do tartaku. – Patrzcie, jaki typ gruby! Stoi i żre kebaba. Wiecie, kto to jest?! Nie kto inny jak mój, heh, szef! Bogumił! Patrzy na nas głupio! Pomachajmy mu…!
– Sebastian, wyłącz ten telefon i pomóż z tą belą! – krzyknął jeden z pracowników.
Seba momentalnie wyłączył nagrywanie i podszedł do kolegi z pracy.
– Gdzie to niesiemy? – zapytał.
– Tam, do wiaty. Tylko uważaj na pomoście, trochę się chwieje.
Istotnie, pomost chwiał się tak mocno, że można było dostać choroby morskiej. Deski trzeszczały, a barierka w niektórych miejscach wyginała się w stronę przepaści.
– Przecież to się urwie zaraz! – krzyknął Seba, zamykając oczy.
– Spokojnie, już długo nikt nie spadł, więc wszystko jest w porządku – odparł pracownik.
Seba szeroko otworzył oczy. Nie wiedział, czy gość sobie z niego żartuje, czy mówi całkiem serio.
Zawiał mocny wiatr, który poruszył pomostem. Seba wrzasnął przerażony, jakby go obdzierali ze skóry.
Przyspieszył kroku. Chciał jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie.
Kiedy w końcu dotarli na miejsce, Sebastian padł na trawę, puszczając belę drewna.
– Co jest, stary? – Chyba się nie zmęczyłeś, co? – zaśmiał się jego nowy kolega.
Seba schował twarz w dłoniach, szybko oddychając.
– Daj spokój, człowieku! O mało co nie spadliśmy z tego cholerstwa.
– Nie było tak źle! Trzeba przenieść jeszcze cztery bele!
Seba szeroko otworzył oczy.
Czuł, że zaczyna powoli odpływać i zastanawiał się, czy utrata przytomności nie będzie lepszym rozwiązaniem.
Po chwili na pomoście pojawił się Bogumił Tatarski. Wszyscy mówili na niego Tatar, ze względu na masywną posturę. Zajadał się kebabem, mlaskając nieprzyjemnie.
Pomost trzeszczał pod jego ciężarem, deski delikatnie się wyginały. Wydawało się, że mężczyzna za chwilę spadnie w przepaść.
– I jak tam nasz nowy pracownik? Daje radę? – zapytał i spojrzał na Sebę.
– Na razie leży, ale drewno przenieść pomógł.
– To dobrze. Wstawaj, młody człowieku, do roboty! W końcu sport to zdrowie i trzeba dbać trochę o siebie, nie? – zaśmiał się.
Seba przeskanował go wzrokiem, ale nic nie powiedział.
Wstał z ziemi i chwycił belę drewna. Razem z nowym kolegą przenieśli ją do wiaty.
– Jestem Piotrek – przedstawił się mężczyzna. Zdjął rękawicę i podał dłoń Sebastianowi.
– Seba – odparł i uścisnął rękę.
– Jak ci się podobają widoki?
Seba zastanowił się chwilę i wzruszył ramionami.
– Widoki ładne, ale jednak trochę wysoko.
Zauważył drewnianą klapę w podłodze, która zabezpieczona była kłódką.
– A tam co jest? – zapytał, podchodząc bliżej.
Piotrek chwycił go za rękaw i powiedział.
– Tam nie wolno wchodzić. Szef zabronił.
Seba uśmiechnął się i skinął głową, zerkając na klapę.
Wyszli z wiaty i skierowali się z powrotem do tartaku.
***
Tak minął pierwszy dzień pracy. Leżąc w hotelowym łóżku, Sebastian myślał tylko o tym, że niedługo ten koszmar się skończy, a on wróci do swojego pięknego życia.
Zamknął oczy, uśmiechając się. Po ciężkiej pracy zasnął szybko jak niemowlę.
DZIEŃ DRUGI
Sebastian zwlókł się z łóżka i udał do tartaku. Żeby dotrzeć na szczyt, musiał skorzystać z kolejki linowej.
Gdy dotarł na miejsce pracy, spojrzał na zegarek. Była piąta trzydzieści.
Westchnął ciężko.
Normalnie o tej godzinie spałby w najlepsze, a nie tyrał w robocie.
Ruszył w stronę wiaty, by włożyć ubranie robocze.
Wiał zimny wiatr, nad górami unosiła się mgiełka. Noc jeszcze nie zdążyła całkiem zniknąć, więc dookoła panował ponury klimat.
Nagle Seba zobaczył coś, co go sparaliżowało. Stanął w miejscu jak wryty, niezdolny się ruszyć.
Z wiaty wyszła… maskotka.
Wyglądała jak wyciągnięta z bajki.
Szeroki uśmiech, w ręku piła, ubrudzona czymś czerwonym.
Maskotka nosiła czerwoną koszulkę w kratę i niebieskie spodnie ogrodniczki.
Seba otworzył usta i powiedział cicho:
– Eee… cześć… – Maskotka jedynie pomachała i poszła dalej, do kolejki linowej.
Z wiaty wyłonił się Bogumił i zaskoczony zauważył Sebę.
– O, już pan jest? – Spojrzał na zegarek. – Ma pan jeszcze dwadzieścia minut do rozpoczęcia pracy.
– No tak, ale… wolałem się przygotować.
Zapanowała niezręczna cisza, którą przerwał Seba.
– Co to miało być? Ta maskotka? – prychnął śmiechem, chociaż ręce delikatnie mu drżały.
– Nikt taki. – Bogumił machnął lekceważąco ręką. – Jeśli już pan jest, proszę się przebrać i zaczniemy pracę.
Po tych słowach oddalił się, zostawiając Sebę samego.
***
Godzinę później praca w tartaku trwała w najlepsze. Sebastian znowu pracował z Piotrkiem. Stali w tartaku i cięli ogromne bale drewna.
Seba starał trzymać się jak najdalej od piły.
Gdy tylko zaczynała pracować, czuł jak oblewają go zimne dreszcze.
– Ty, Piotrek – zaczął, żeby zagłuszyć ryk silnika i własne myśli. – Słuchaj, dzisiaj rano spotkałem jakiegoś dziwnego typa przebranego za maskotkę – zaśmiał się. – Kto to był?
Piotrek zastanowił się chwilę.
Wziął kolejny kloc drewna i położył na stole.
– To jakiś znajomy szefa. Dostał tę robotę po znajomości. Dostarcza nam zaopatrzenie, a Bogumił, cóż… lubi ten strój, więc ten gość po prostu go nosi.
Seba zmrużył oczy i odpalił piłę.
– Dziwna sprawa! – wrzasnął, chcąc przekrzyczeć urządzenie.
Piotrek wzruszył ramionami, jakby chciał tym samym powiedzieć „wiem, ale co mam na to poradzić?”.
Do środka wszedł Bogumił i rozejrzał się dookoła. Zajadał się kebabem. Czerwony sos spływał mu po brudnej ręce.
– No, panowie! – krzyknął z pełnymi ustami. – Widzę, że lecicie z robotą jak szaleni! Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Sebuś, jak ci się podoba u nas w zakładzie?
Seba wzruszył ramionami.
– Fajnie, ale ta piła… nie jest niczym zabezpieczona!
Bogumił machnął ręką, z której kapał tłuszcz.
– Jak się uważa, nic się nie stanie!
Piotrek zaśmiał się i przesunął bele drewna.
Odrobinę za daleko.
Rozległ się krzyk, który słychać było w całym tartaku.
Sebie zrobiło się ciemno przed oczami.
Piotrek stał.
Bez palca.
Krew kapała na podłogę.
– Pomocy! – krzyknął. – Mój… mój palec…
Osunął się na kolana i podniósł go z podłogi.
Próbował docisnąć go sobie do dłoni, jakby wierzył, że się przylepi.
Bogumił stał…
Jak zahipnotyzowany.
Wpatrywał się w Piotrka, oblizując się.
Seba stracił przytomność.
***
Ocknął się w hotelu.
Nie pamiętał, jak do niego trafił, wiec uznał, że ktoś musiał go przynieść.
Na myśl o Piotrku poczuł mdłości.
Miał nadzieję, że wszystko u niego w porządku i nie stracił palca całkowicie.
Poszedł do łazienki, przepłukał twarz wodą.
Zobaczył w lustrze swoją bladą twarz i zamknął oczy.
– Jeszcze tylko trzy dni… – powiedział. – Dasz radę, Seba… Dasz radę…
DZIEŃ TRZECI
Seba pojawił się w pracy przed szóstą. Dookoła panowały pustka i cisza.
Miał nadzieję, że zastanie Bogumiła, ale szefa nigdzie nie było.
Czuł w środku takie napięcie, że nie mógł ustać w miejscu.
Chodził tam i z powrotem, nie przejmując się nawet złowrogo skrzypiącym pomostem.
Cisza wydawała mu się zabójcza.
Zaczęli pojawiać się pierwsi pracownicy. Szli z ponuro spuszczonymi głowami.
Seba desperacko próbował wypatrzeć Piotrka, chociaż zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że mężczyzna na pewno leży w szpitalu i dochodzi do siebie.
Wciąż nigdzie nie widział Bogumiła.
Wszedł do tartaku i spojrzał na wielką tarczę piły.
Wspomnienie wczorajszego dnia sprawiło, że poczuł suchość w gardle.
Podłoga była czysta, piła również. Żadnego śladu ostatniego wydarzenia.
– Siema – powiedział mężczyzna z gęstą, czarną brodą, podchodząc do Seby. – Andrzej jestem. – Wyciągnął rękę. – Gotowy do roboty?
Seba uścisnął dłoń, przedstawiając się machinalnie.
– Nie wiesz może, co z Piotrkiem? – zapytał.
Andrzej spojrzał na niego, mrużąc oczy, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę, o czym Seba mówi.
– Nie, wybacz, nie mam pojęcia – odparł beznamiętnie.
Odpalił piłę i zabrał się do pracy.
Sebastian spojrzał w stronę wiaty i serce podeszło mu do gardła.
Zobaczył maskotkę. Wpatrywała się w niego i machała.
Ciarki przeszły mu po ciele.
Odwrócił wzrok i chwycił belę drewna.
***
Czas ciągnął się w nieskończoność.
Podczas przerwy Seba stał przed tartakiem, wpatrzony w wiatę.
Maskotki już nie było, całe szczęście.
Nagle drzwi budynku otworzyły się i ze środka wyszedł Bogumił.
Seba aż otworzył oczy z wrażenia.
Bez namysłu podbiegł do niego.
– Szefie! – krzyknął.
Biegł przez pomost, nie przejmując się jego niestabilną konstrukcją.
– O, pan Sebastian! Jak się panu podoba w pracy?
– Szefie! Co z Piotrkiem? Wszystko z nim w porządku?
Bogumił podrapał się po głowie, w drugiej ręce trzymając kebaba.
– Z Piotrkiem? – zapytał, jakby nie do końca rozumiał.
– No tak, z Piotrkiem! Wczoraj ucięło mu palec! – krzyknął Seba.
– O czym ty mówisz? – Bogumił prychnął śmiechem. – U nas żaden Piotrek nie pracuje ani nie pracował. Coś ci się musiało pomylić. – Wziął kolejnego kęsa, oddalając się.
Seba zbladł.
Poczuł zawroty głowy.
Przecież to nie mogła być prawda! Nic sobie nie wymyślił.
Na chwiejnych nogach podszedł do Bogumiła.
– Ale… przecież widziałem… maszyna, palec… krew… – Głos mu drżał tak mocno, że trudno było zrozumieć słowa.
Bogumił zatrzymał się i spiorunował Sebastiana wzrokiem.
– Nic takiego nie miało miejsca! – krzyknął, celując w Sebę palcem. – Proszę wracać do pracy. Nie chciałbym donosić ekipie teleturnieju, że się pan tutaj obija.
Seba stał jak zamurowany.
Niezdolny się ruszyć.
Drżał na całym ciele.
Zamknął oczy.
Miał nadzieję, że ten koszmar wkrótce się skończy.
***
Przez cały dzień nie mógł się skupić. Wykonywał proste polecenia, ale myślami ciągle był przy Piotrku.
Bogumił go obserwował, nie spuszczał z oka nawet na moment.
Sebie zaschło w gardle ze strachu. Starał się nie patrzeć w stronę szefa, ale czuł na sobie jego świdrujący wzrok.
Gdy skończył zmianę, udał się do tartaku – jak tłumaczył kolegom „poukładać narzędzia”. Tak naprawdę chciał uniknąć spotkania twarzą w twarz z Bogumiłem.
Widział go przy wagoniku. Stał nieruchomo, obserwując, jak wszyscy wychodzą z pracy.
– No, idź stamtąd wreszcie… – wyszeptał do siebie Sebastian, nerwowo przeskakując z nogi na nogę.
Bogumił jednak ani drgnął.
Temperatura spadała coraz bardziej, a nad górami zaczęła unosić się delikatna mgiełka. Gęstniejąca ciemność ograniczała pole widzenie.
Nagle Sebastian zauważył, że stalowa lina, na której zawieszone były wagoniki… zaczyna drgać.
Przełknął ślinę.
Tłumaczył sobie, że to na pewno dostawa towaru, nic szczególnego, czy dziwnego.
Dopiero, gdy wagonik wjechał na górę, serce podskoczyło mu do gardła.
Ze środka wyszła maskotka, z którą Bogumił przywitał się serdecznym uściskiem dłoni.
Mimo ciemności, Seba doskonale widział, że kostium był ubrudzony czymś czerwonym.
Obserwował wszystko, oddychając coraz szybciej.
Gdy zobaczył, że Bogumił z maskotką wyciągają z wagonika długi, ciężki worek – Sebie pociemniało przed oczami.
Chwycili ładunek i zaczęli wlec po trawie, w stronę wiaty.
Seba zamarł. Nie chciał wydać z siebie żadnego dźwięku, ale o mało nie krzyknął, gdy worek nagle drgnął.
Mężczyzna osunął się na podłogę, cały dygocząc z przerażenia.
Miał wrażenie, że za chwilę zaleje się łzami.
Gdy po kilku minutach, w końcu stanął na nogi na zewnątrz nikogo nie było.
Jedynie z wnętrza wiaty biła delikatna poświata lampy, rozcinająca mrok nocy.
DZIEŃ CZWARTY
Spojrzał na zegarek – było po północy.
Światło w wiacie wciąż się świeciło, gdy nagle Bogumił z maskotką wyszli na zewnątrz.
Zgasili lampy, zamknęli drzwi i gdy wsiedli do wagonika, Seba odetchnął z ulgą.
Wypuścił z siebie powietrze tak gwałtownie, że o mało nie upadł na podłogę.
Wyszedł z tartaku i rozejrzał się dookoła.
Pusto.
Wagonik z Bogumiłem i maskotką zjeżdżał z góry i Seba poczuł w sobie nagły przypływ odwagi.
Wyciągnął telefon, włączył aparat i zaczął nagrywać:
– Siemano, widzowie – szeptał nerwowo, rozglądając się na boki. – Przed chwilą widziałem, jak szef z jakąś dziwną maskotką zanieśli coś do wiaty. – Skierował aparat na budynek i ruszył w jego kierunku.
– To był worek… ruszający się worek. – Głos zaczął mu drżeć. – Trzeba to sprawdzić! Nie podoba mi się tu, ale robię to dla was! Tak że nie zapomnijcie polubić tego filmu!
Otworzył drzwi wiaty, które odpowiedziały przeciągłym, nieprzyjemnym skrzypnięciem.
Seba wzdrygnął się tak mocno, że telefon wypadł mu z ręki i z głośnym łomotem uderzył w podłogę.
Mężczyzna zamarł, szeroko otwierając oczy. Powoli rozejrzał się dookoła.
Nikogo. Tylko mgła i ciemność.
Podniósł telefon i podszedł do klapy.
– Tam musi coś być… – mruknął pod nosem.
Spróbować ją podnieść, ale była zamknięta na kłódkę.
Gorączkowo zaczął szukać czegoś, czym mógłby ją sforsować. Wtedy jego wzrok padł na siekierę wiszącą na ścianie.
Bez zastanowienia chwycił ją i z całych sił rąbnął w metal.
Kłódka pękła z suchym trzaskiem.
Seba uśmiechnął się z satysfakcją i uniósł skrzypiącą klapę.
Pod spodem ziała czarna dziura.
Włączył latarkę w telefonie, przełykając ślinę.
Zauważył drewnianą drabinę.
Nogi trzęsły mu się tak mocno, że ledwo był w stanie trafiać stopami w kolejne szczeble.
Gdy znalazł się na dole… ujrzał worki… mnóstwo worków. Wisiały z sufitu i kapało z nich coś gęstego i czerwonego.
Serce waliło mu tak mocno, że jego dudnienie czuł aż w skroniach.
Wszystkie zmysły mówiły mu „uciekaj”, ale on gnany chorobliwą ciekawością, ruszył dalej, szczękając zębami.
– Widzicie to…? – wykrztusił do telefonu drżącym głosem. – Te worki… i….
Urwał.
Przy ścianie zauważył biurko, a na nim leżały siekiera, piła i maszynka do mielenia mięsa, z której wystawały krwawe resztki.
Sebie zebrało się na wymioty, ledwo udało mu się je powstrzymać.
Już miał zamiar uciec, gdy coś usłyszał… dźwięk, dochodząc z głębi pomieszczenia.
Przyświecił tam latarką, jednak widział tylko worki.
Mimo mdłości powoli zrobił krok w tamtą stronę. Przesuwał worki barkiem, starając się nie myśleć, co jest w środku.
W końcu to zauważył. Jeden z worków… ruszał się.
Seba nie wiedział, czy to ten sam, który widział wcześniej z tartaku, ale nie miało to żadnego znaczenia.
Odłożył telefon na podłogę i obiema rękami zaczął rozdzierać materiał.
To co zobaczył sprawiło, że wrzasnął i padł na kolana.
W worku znajdował się Piotrek. Żył, ale zamiast oczu miał tylko ciemne, krwawe dziury. Próbował coś powiedzieć i wtedy Sebastian zauważył, że brakowało mu również języka. Z jego gardła wydobywało się charczenie, a po brodzie ściekała świeża krew.
Sebastian na czworaka pełzał w stronę wyjścia, starając się nie dotknąć żadnego worka.
Nie dbał już o telefon. Chciał znaleźć się jak najdalej od tego piekła.
Nagle uderzył głową w coś miękkiego.
Spojrzał w górę i zobaczył maskotkę, która trzymała w rękach siekierę.
Zza niej wyłonił się Bogumił Tatarski, zakładający białe rękawiczki.
– Panie Sebastianie… – zaczął spokojnie, z ubolewaniem kręcąc głowa.
Seba próbował uciec, ale maskotka mocno go chwyciła.
– Ostrzegałem pana, że nie wolno tutaj wchodzić… i co mamy teraz zrobić? – zapytał, zbliżając głowę do Seby.
– P… proszę… wypuście… wypuście mnie… nic… nic nie powiem, przysięgam! – Seba cały się trząsł, był bliski płaczu.
Patrzył na Bogumiła i maskotkę błagalnym wzrokiem, mając nadzieję, że pozwolą mu wyjść.
– Obawiam się, że to… niemożliwe… – Bogumił jakby posmutniał. – Duduś… zajmij się nim.
Z wiaty dobiegł przeraźliwy krzyk Seby, a po nim… cisza.
DZIEŃ PIĄTY
– Z przykrością i żalem muszę poinformować państwa, iż Sebastian niestety nie przestrzegał przepisów BHP i w wyniku nieszczęśliwego wypadku, spadł z pomostu prosto w przepaść – mówił Bogumił Tatarski, wycierając łzę, spływającą po policzku.
Ekipa programu patrzyła na niego, przytakując.
– Bardzo mi z tego powodu przykro, Sebastian był świetnym pracownikiem, który nigdy nie odmówił nikomu pomocy. Wypadki się zdarzają, nawet w tak bezpiecznych miejscach jak nasze. Jeszcze dziś podejmę odpowiednie kroki, by śmierć Sebastiana nie poszła na marne! Możecie być tego pewni!
Położył prawą dłoń na sercu w geście najwyższego oddania.
W lewej trzymał kebaba z nietypowym, jaskrawoczerwonym mięsem.
Wziął potężny kęs i szeroko się uśmiechnął.
Witaj. :)
Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)
Już początek mnie rozbawił, bo naprawdę bardzo bym chciała mieć codziennie budzik o tak „nieludzkiej porze”:
„Szósta rano. Zdenerwował się, że ktoś budzi go o tak nieludzkiej porze (…)”.
Sprawy techniczne i nasuwające się przy czytaniu sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Jakieś dziesięć minut później, Sebastian siedział w busie z logo programu Praca Cię Znajdzie. – mam wątpliwość, czy przecinek nie jest zbędny
Jako pierwszy zagra pan Bogdan, który bezrobotny jest od szesnastu lat. – być może celowo taki szyk zdania (aby np. ośmieszyć reality show i prowadzących), ale może lepiej go zmienić? – Jako pierwszy zagra pan Bogdan, który jest bezrobotny od szesnastu lat.
– No cóż, zobaczmy, co się tam kryje. – powiedział Pan Zdrapka, podchodząc do Bogdana, który powoli zdrapywał los. – błędny zapis dialogu (zbędna kropka)?
– A pewnie… pewnie kupię sobie piwko. – odpowiedział. – i tu?
– Jestem Piotrek. – przedstawił się mężczyzna. – i tu?
– Seba. – odparł i uścisnął rękę. – i tu? – czyli dialogi do szczegółowego przejrzenia i gruntownej poprawy, ja już reszty nie wypisuję
Mam tu wątpliwość co do poniższego fragmentu:
„Drżącymi dłońmi dotykał każdej z nich, aż w końcu wybrał.
– No cóż, zobaczmy, co się tam kryje. – powiedział Pan Zdrapka, podchodząc do Bogdana, który powoli zdrapywał los.
W końcu jego oczom ukazał się napis WYGRANA – DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH.
Bogdan upadł na kolana, podnosząc los. Łzy szczęścia lały mu się po policzkach strumieniami.
– No proszę, los okazał się dla pana łaskawy! – krzyknął niczym niewzruszony Pan Zdrapka. – Gratulacje! Co zrobi pan z tak wysoką wygraną?
Bogdan spojrzał na niego z szerokim uśmiechem.
– A pewnie… pewnie kupię sobie piwko. – odpowiedział.
– Kupi sobie piwko! – krzyknął prowadzący. – Brawo dla Bogdana, który powinien być wzorem, jak nie zarządzać pieniędzmi!
Publiczność ryknęła śmiechem, a Bogdan, czerwony jak burak, zszedł ze sceny z banknotem w dłoni”.
Skąd wziął banknot? Miał tylko zdrapkę.
– Panie Sebastianie, tak z ciekawości, dlaczego w wieku dwudziestu trzech lat nie chce się pan podjąć pracy? – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?
Przez chwile w studiu panowała całkowita cisza. – literówka?
– Bardzo mi przykro, Sebastianie, ale przez pięć pięknych dni, poczujesz się jak frajer. – zbędny ostatni przecinek?
W ogóle zobaczcie (przecinek?) jak tu jest wysoko!
Jakbym stąd spadł (i tu?) to by mnie musieli chyba łopatą zeskrobywać – zaśmiał się.
Wiecie (i tutaj?) kto to jest?!
Po ciężkiej pracy, zasnął szybko jak niemowlę. – zbędny przecinek?
Stanął w miejscu jak wryty (przecinek?) niezdolny się ruszyć.
Z wiaty wyłonił się Bogumił i spojrzał zaskoczony na Sebę.
– O, już pan jest? – Spojrzał na zegarek. – powtórzenie?
– Siema – powiedział mężczyzna z gęstą (przecinek?) czarną brodą, podchodząc do Seby.
Andrzej spojrzał na niego, mrużąc oczy, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę (przecinek?) o czym Seba mówi.
Podczas przerwy, Seba stał przed tartakiem, wpatrzony w wiatę. – zbędny pierwszy przecinek?
Gdy po kilku minutach, w końcu stanął na nogi, na zewnątrz nikogo nie było. – i tutaj?
Przed chwilą widziałem, jak szef z jakąś dziwną maskotką, zanieśli coś do wiaty. – tutaj zbędny ostatni?
– To był worek… ruszający się worek. – Głos zaczął mu drżeć. – Trzeba to sprawdzić! Nie podoba mi się tu, ale robię to dla was! Także nie zapomnijcie polubić tego filmu! – – chyba w tym kontekście powinno być osobno: „tak, że”?; i czemu na końcu tej wypowiedzi jest myślnik – czy tam brakuje dokończenia?
Wszystkie zmysły mówiły mu „uciekaj”, ale on (przecinek?) gnany chorobliwą ciekawością, ruszył dalej, szczękając zębami.
Urwał – brak kropki lub dalszego ciągu zdania?
Przy ścianie zauważył biurko (przecinek?) na którym leżały siekiera, piła i maszynka do mielenia mięsa, z której wystawały krwawe resztki.
Sebie zebrało się na wymioty, które ledwo udało mu się powstrzymać. – powtórzenia?
Seba cały się trząs, był bliski płaczu. – literówka?
– Z przykrością i żalem muszę poinformować państwa, iż Sebastian niestety nie przestrzegał przepisów BHP i (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) w wyniku nieszczęśliwego wypadku, spadł z pomostu prosto w przepaść – mówił Bogumił Tatarski, wycierając łzę, spływającą po policzku.
Horror, co się zowie! Trzyma w napięciu do ostatniej chwili i zawiera zakończenie naprawdę makabryczne. ;) Pomysł oraz jego wykonanie, odsłona po odsłonie, zasługują na duże brawa. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Cześć! ;)
Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało! Dzięki za klik! ;)
Dziękuję również za wskazanie błędów. Mam mały problem z tymi kropkami, zbyt często je daje, a później staram się usuwać, a nie zawsze zauważę ;D. Jak najszybciej postaram się to poprawić!
Skąd wziął banknot? Miał tylko zdrapkę.
Tutaj mały skrót myślowy. Wygrał pieniądze, więc dostał banknot. Nie chciałem pisać sceny w której ktoś mu go wręcza, bo trochę się obawiałem, że zabije tempo opowieści ;)
Dzięki jeszcze raz za przeczytanie i komentarz!!
Pozdrawiam serdecznie! ;)
I ja bardzo dziękuję; kwestia banknotu już zrozumiała, dzięks za doprecyzowanie. :)
Dialogi to zmora nas wszystkich – ciągle trzeba ćwiczyć ich zapisy. :) Norma dla każdego. :)
Pozdrawiam, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Cześć.
Poprzednie opowiadanie podobało mi się na tyle, że co jakiś czas wracam myślami do tamtej chłodni i Pingusia. Technicznie to jest ok, ale trochę zbyt podobne właśnie do ostatniego. Tajemnica, maskotka, groza, samotne poszukiwanie odpowiedzi. Dla mnie za dużo podobieństw, ale sam pomysł z programem i tą pracą jest ciekawy.
Pozdrawiam.
Cześć! ;)
Dzięki za przeczytanie i komentarz! Fajnie, że wciąż wracasz myślami do Pingusia! ;D
Masz rację, że oba opowiadania mają podobny schemat, będę nad tym pracował! :)
Pozdrawiam serdecznie!! ;)