- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #45 Recyklomat

Wyzwanie #45 Recyklomat

Kolejne wyzwanie, w którym ćwiczymy wyobraźnię – oraz pokazujemy, że każde nasze słowo jest coś warte! Zamykamy w niedzielę 26.04!

Złośliwcy mogą wybierać naprawdę nieudane akapity :)

Oceny

Wyzwanie #45 Recyklomat

 

Przyłóż ucho do urządzenia, na którym piszesz opowiadania. Słyszysz te jęki? Tak, to niedokończone teksty, które błąkają się gdzieś w zakazanym folderze i bezskutecznie nawołują twórcę. Wybierz jedno z nich, wyrwij z niego dowolny akapit (albo grzecznie je o niego poproś), a następnie wklej tutaj. Akapit musi pochodzić z tekstu, który nie był jeszcze publikowany, nie powinien zajmować więcej niż 15 linijek!

Kolejna osoba dopisuje dalszy ciąg Twojej historii – objętość w granicach rozsądku, powyżej 6000 znaków jest już wielce nierozsądne :)

Następnie w osobnym komentarzu wkleja akapit ze swojego niedokończonego opowiadania i czeka, aż ktoś się nad nim zlituje (albo przynajmniej uśmierci w humanitarny sposób).

 

Nie ma złych pomysłów. Są takie, których po prostu nikt nie przytulał ;)

Koniec

Komentarze

To wyzwanie bardzo dla mnie. 90% mojego pisania to fragmenty i rozgrzebane opka. Z niecierpliwością czekam też na inne wrzutki, które uda się Wam wyciągnąć z otchłani ;) 

Those who don't believe in magic will never find it

Dobra, coś znalazłam, od dawna nie widzę potencjału na rozwinięcie, więc może ktoś uratuje temat :P

 

Lysanthir stał prosto, z rękami na biodrach i nikczemnym uśmiechem na twarzy. Przepływająca przez niego moc była prawie zbyt wielka, aby ją powstrzymać. Prawie, ale Zumra był podły, nie głupi. Wiedział, skąd bierze się jego władza i jakie asy trzyma w rękawie – nie zamierzał odpieczętowywać wyrwy.

Szczelina mogła być źródłem nieskończonej mocy, ale jej energie były chaotyczne, nieprzewidywalne i niebezpieczne. Aby czerpać z niej siłę, a jednocześnie trzymać ją w ryzach, trzeba było posiadać umiejętność przekształcania chaosu w materię. Mężczyzna wiedział, że może to zrobić prawie każdy – była to tylko kwestia woli i skupienia myśli. A jeśli złodziejskie życie czegoś go nauczyło, to właśnie cierpliwości i skupienia na celu, czego brakowało innym ludziom.

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Guess who’s back :) 

 

…Kilka tygodni wcześniej.

 

Kiedy opadł kurz po spektakularnej, choć absolutnie nieplanowanej detonacji wieży przez księżniczkę Dziadumiłę, ukazał się widok zgoła daleki od architektonicznej sielanki. Okazało się bowiem, że fundamenty budowli skrywały prastarą studnię nieskończonej mocy, której gwałtowne uwolnienie zadziałało niczym strażniczy glif – zamykając króla wraz ze znaczną częścią dworu w obrębie górnego zamku z częścią dziedzińca pod pulsującą, nieprzeniknioną barierą. Jakby tego było mało, uwolniony z lochów minotaur, zamiast uciec w popłochu w pobliskie lasy, wchłonął część surowej, magicznej energii, co skutecznie podwoiło jego gabaryty i pozwoliło mu przejąć zrujnowany dziedziniec jako swój prywatny wybieg.

Korniwałd, wciśnięty w dublet z racji pełnienia zaszczytnej, od dwóch miesięcy, wysoce ryzykownej funkcji królewskiego namiestnika, masował skronie, spoglądając z bezpiecznego dystansu na magiczną kopułę. Dolny zamek Alledrogowa, w którym przebywał, był cały, choć atmosfera wewnątrz przypominała stypę. Obok niego Ragomira, formalnie nadworna czarodziejka, a w praktyce wybitnie bystra uzdrowicielka z wrodzonym darem do omijania kłopotów, metodycznie obierała jabłko niewielkim sztyletem, zdając się całkowicie ignorować ryki dobiegające zza magicznego pola. Miłodziad, który formalnie królem jeszcze nie był, bo los jego ojca za barierą pozostawał niepewny, znajdował się z nimi, w dolnym zamku.

– Musimy tam kogoś posłać. Wynajmiemy śmiałków, jakiegoś czarodzieja, następnie odbiją monarchę, zanim ten minotaur uzna, że król to idealna kolacja – zaczął Korniwałd. – Znam jednego kondotiera, który na wynajem, zbierze takich żądnych przygód i tak dalej.

– A nie lepiej po prostu znaleźć kogoś, kto tę barierę zniszczy i oszczędzi nam biegania po gruzach? – spytała Ragomira, popijając wino i patrząc w okno. 

– Optymalizacja zasobów ludzkich, rozumiem. Ale tak bez cienia żalu? Nie szkoda ci miłościwego pana, który zapewne narobił w gacie z przerażenia? – Korniwałd uśmiechnął się ironicznie. – Pamiętaj, że król nas wyniósł na stanowiska. Musimy coś z tym zrobić. A i Moczyjowojwie nadal stanowią zagrożenie dla królestwa.

– Szczerze? I tak był stary, marudny i zaraz by umarł. Jest duże prawdopodobieństwo, że już nie żyje. – Ragomira wzruszyła ramionami, wyraźnie rozbawiona własną szczerością. – Martwiłabym się księżniczką, mój drogi – ciągnęła dalej Ragomira, z niesmakiem odkładając sztylet na blat. – Dziadumiła raczej nie wyparowała razem z wieżą.

– Wspaniale. Zajmij się i tą smarkulą, i barierą. – odparł Korniwałd, gładząc podbródek – Ja się zajmę zebraniem ludzi.

– Ale żebyśmy mieli jasność, namiestniku… – Przymrużyła oczy, posyłając mu chłodne spojrzenie – Ty masz tylko zebrać drużynę, a ja mam na głowie rozbrojenie magicznej anomalii i uganianie się za zbiegłą małolatą. Bądź łaskaw nie traktować mnie jak swojego sługi.

Korniwałd uśmiechnął się zawiadacko. Zrobił powolny krok w jej stronę, pochylając się nieznacznie, by spojrzeć prosto w jej chłodne, przenikliwie niebieskie oczy, które zawsze zdawały się kalkulować trzy ruchy do przodu. Wytrzymał jej spojrzenie. 

– Piękna Ragomiro… – zaczął miękko, ze spokojem. – Ja ci po prostu oszczędzam polityki, której tak nienawidzisz. Biorę na siebie Miłodziada i cały ten arystokratyczny burdel, który właśnie spadł nam na głowy. Znajdę ci odpowiedniego czarodzieja do pomocy i kogoś, kto wlezie za tę barierę. Zadziałamy kilkutorowo: ty magia i smarkula, ja polityka i logistyka. I ogarniemy ten burdel.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dół u stóp muru musiał niegdyś służyć jako stanowisko na kotły z wrzącym olejem, wykorzystywanym do obrony.

Trzymała się przed nim kilka kroków z przodu. Po chwili, machnęła dłonią. Mężczyzna podkradł się do niej najciszej jak potrafił, dając uprzednio znak reszcie grupy, by powoli skracali dystans. Czekała oparta o ścianę twierdzy, tuż obok ciężkich drzwi prowadzących do głównego budynku.

– Są dwie drogi – szepnęła. – Albo się wspinamy, albo wchodzimy do środka. Podejrzewam, że stamtąd prowadzi wejście na górę.

– No to idziemy schodami, to chyba jasne? – odparł cicho.

Ona jednak, jak można się było spodziewać, miała do tego planu swoje „ale”.

– Jasne… – westchnęła z nutą ironii. – Tylko że zauważyłam kilka plugastw. Jest bardzo wąsko i niebezpiecznie. Jeden fałszywy krok i lecisz w dół, prosto w przepaść.

Zapadła chwila napiętej ciszy. Wymienili krótkie, wymowne spojrzenia.

– Przygotować broń – rzucił w końcu, decydując się na ten znacznie bardziej spektakularny wariant.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Hm, widzę, że w wątku odbył się desant dwóch historii Melenedura, ale gdzie dalsze losy Lysanthira i Zumry z fragmentu OldGuard?

Bo ideą recyklomatu było rozwinięcie historii z akapitu poprzednika, a dopiero potem wklejenie swojej “sierotki”. A ja nadal nie wiem, czy Lysanthir i Zumra to jeden gość, czy imię i rasa – i co zrobi z nieskończoną mocą?

 

Teraz, żeby to naprostować, będzie trzeba rozwinąć i akapit Melendura, i akapit Oldguard. Ech, i kto to ogarnie?

 

Może coś mi się przyśni, ale liczę na inwencję pozostałych…

Hm, widzę, że w wątku odbył się de­sant dwóch hi­sto­rii Me­le­ne­du­ra, ale gdzie dal­sze losy Ly­san­thi­ra i Zumry z frag­men­tu Old­Gu­ard?

ej, to był skok cza­so­wy, mówiący o tym co było wcześniej :) to nadal da sie bez problemu pociągnąc, wymaga tylko – inwencji twórczej :) 

 

“…Kilka ty­go­dni wcze­śniej.” 

 

Jedno nie wy­klu­cza dru­gie­go :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

marzan

 

Hm, widzę, że w wątku odbył się desant dwóch historii Melenedura, ale gdzie dalsze losy Lysanthira i Zumry z fragmentu OldGuard?

Spieszę na ratunek! Swoją drogą, świetny pomysł na wyzwanie!

 

A zatem OldGuard, jutro spodziewaj się kontynuacji swojego zarzuconego dzieła, bo już zacząłem coś klecić, ale no, czas spać! 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

To ja właśnie ogarniam zdobywców twierdzy :)

 

Będzie bifurkacja, wątek rozdzieli się na dwa. Melendur rozłupał rzeczywistość. I dobrze, w końcu to fantastyka!

Ciąg dalszy akapitu Melendura

 

– Dobrze. Jak wchodzić, to z przytupem. Grebo, drzwi! – zakomenderował.

Nieforemna, acz obficie umięśniona istota wytrzeszczyła oczy ze zdumienia – jeśli mogła wytrzeszczyć je bardziej, a potem podrapała się po łysej głowie. Pisk towarzyszący czynności był zapewne słyszalny nawet z wierzchołka murów.

– On nie rozumie kontekstu – westchnęła. – Musisz mówić wyraźnie: rozwal drzwi.

Grymas, który pojawił się na twarzy istoty, przy odrobinie wyobraźni mógł wyrażać uśmiech. Istota zamierzyła się do ciosu, lecz przy okazji pierdnęła głośno. Zawstydzona, opuściła potężne ramiona.

– Grebo, nic się nie stało – zapewniła, lekko pokasłując i słaniając się na nogach od smrodu. – Spróbuj jeszcze raz!

– On jest półkrwi trollem? – zapytał ją ściszonym głosem.

– No, tak gadają.

– A myślałaś, jak do tego doszło? W sensie, wyobraź sobie, że troll… no tego… nie przechodzą cię ciarki na samą myśl?

– Jego matka była trollem, nie ojciec. – Uniosła brew i posłała mu znaczący uśmiech.

– Studiujecie anatomię, czy może szturmujemy twierdzę? – odezwał się ktoś za ich plecami.

Tymczasem rozległo się głuche „łup!”, po czym wrota, framuga i część muru wpadły do wnętrza budowli.

– Do ataku! – zakrzyknął, choć wszyscy i tak wiedzieli, co robić. No, może poza Grebo.

Wbiegł do środka z mieczem gotowym do ciosu. O dziwo, zamiast dziedzińca jawiły mu się gigantyczne, kręcone schody, prowadzące w mrok. Nie przypominał sobie, żeby budowla była aż tak wysoka. Cóż, pozory mogły mylić.

– Szybko! Dorwijmy ich, dopóki jeszcze nie wygrzebali się z łóż!

Zachęcił resztę ruchem ręki, po czym ruszył żwawo, przeskakując po dwa, trzy stopnie. Doświadczenie podpowiadało mu, że towarzyszka i tak go zaraz wyprzedzi, a z chwały bitewnej pozostanie mu sprzątanie szczątków posiekanych przez nią wrogów.

Po dłuższej chwili zaniepokoił się, bo oprócz stukotu własnych, podbitych żelazem buciorów nie słyszał kompletnie nic. Spojrzał przez ramię.

Schody były puste. Nie widział ani rozwalonej bramy, ani kobiety, ani reszty wyprawy. Kamienna spirala zdawała się nie mieć początku.

– Hej, gdzie jesteście?! – zakrzyknął, a echo głosu wędrowało pomiędzy kolejnymi zwojami nieskończonej konstrukcji.

– Tutaj! – rozbrzmiał głos towarzyszki. – Ale co ty robisz pod schodami?

Jej głowa wychyliła się zza krawędzi. Coś zwróciło jego uwagę, ale na początku nie mógł sobie uzmysłowić, co. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że włosy kobiety zwisają do góry.

– Jak nie spadasz?

– Jak ty nie spadasz? I gdzie jest reszta?

Głowa zniknęła na chwilę.

– Cholera, nie ma ich!

– Jak to nie ma? Jesteśmy tu, do diaska! Ile jeszcze mamy leźć po tych schodach? I Grebo się boi!

Spojrzał w stronę, z której dobiegał głos, ale zbytnio raził go płomień własnej pochodni. Schował ją za krawędź schodów i spróbował jeszcze raz. Kiedy wzrok już przyzwyczaił się do ciemności, dojrzał kolejną konstrukcję. Również była spiralna, ale oś biegła poziomo –niczym wielka sprężyna, w której ktoś złączył oba końce i zagiął w obwarzanek. Dostrzegł kilka małych sylwetek i jedną większą. Wszystkie ustawione poziomo, mozolnie pięły się po schodkach, choć tak naprawdę okrążały go. Mógł się założyć, że jeśli poczeka wystarczająco długo, zobaczy ich w tym samym miejscu.

Zapewne przegrałby zakład, bo gdzieś daleko rozbłysło światło pochodni. Kiedy dłużej przyjrzał się malutkiej postaci, rozpoznał charakterystyczne ruchy. To był on sam.

– Hej, gdzie jesteście? – rozbrzmiało z oddali.

– Tutaj! Ale co ty robisz pod schodami? – odezwał się drugi głos.

– Dość! To pułapka! – krzyknął. – Nie wiedziałaś, że mają maga?

Zza krawędzi wychyliła się głowa towarzyszki, znów z włosami zwisającymi do góry.

– A kto wymyślił tę wyprawę? Nie chciało się czytać w księgach, co?

– Jestem od machania mieczem, nie od ślęczenia przy pergaminie!

– To sobie teraz machaj. We wszystkich możliwych kierunkach.

Dziękuję, że przyprowadziliście mi syna.

Głos rozbrzmiał niespodziewanie i tłukł się wewnątrz czaszki jak kamień wrzucony do kociołka.

– Syna? Chodzi o Grebo? – wrzasnął. – Jesteś jego ojcem? Zachciało się eksperymentów na trollach…

Odpowiedź omal nie rozłupała mu głowy.

Ojcem? Żartujesz? Ten łapserdak dawno zwiał, jak wszyscy z waszej nędznej rasy. Jestem wielka Ar’gnaka, ostatnia z rodu diamentowych trolli.

– Miło mi! – odrzekł, choć mocno rozminął się przy tym z prawdą. – To, eee, jak już nacieszysz się synem, uwolnisz nas? I jakaś nagroda? Mały diamencik, albo cuś?

Tacy jesteście, wiecznie chciwi, wiele żądacie, nic nie dajecie… W życiu i w miłości dokładnie tak samo. Tak, otrzymacie nagrodę, lecz najpierw musicie coś dla mnie zrobić. Sprowadźcie ojca. Niech syn się nim nacieszy.

– Nie ma sprawy, nie takie rzeczy robiliśmy. Uwiniemy się w mig – odrzekł, w głębi duszy ciesząc się z jej naiwności – bo nie zamierzał więcej postawić stopy w tym zakazanym miejscu.

Macie rok. Potem pozwolę ludzkim ciałom zgnić.

– Ciałom?

Nie jestem głupia, choć za takie nas uważacie. Zresztą sami się przekonacie, jak to jest. Dam wam powłoki, z których dawno uleciała dusza. Są ich tu setki: zastygłych w bezruchu, zimnych, obrośniętych mchem. Ciała trolli. W nich wyruszycie i w nich wrócicie.

I moje wykopalisko ze sterty rozpaczy:

 

– Haniu, jeszcze dziesięć minut do wyjścia! Czy mam ci w czymś pomóc?

– Nie mogę znaleźć skarpetki!

– Przedwczoraj prałam, masz je w koszyku.

– Jest tylko jedna szara i jedna fioletowa.

– Poszukaj głębiej!

Kusiło ją, żeby poprosić o koszyk, ale się powstrzymała. Zbyt wiele słyszała ostatnio o wyręczaniu dzieci. Kursy dla rodziców nie wydawały się jednak zauważać, że córka nie może jechać do szkoły bez skarpetek.

– Na święta dostałaś te grube, z reniferem.

– Mamo, dzisiaj wuef. Nie mogę ich założyć, są obciachowe.

– W szufladzie masz czarne, dwie pary.

– Jedną parę, i lewa ma dziurę.

– Prosiłam, żebyś mówiła o takich rzeczach! Co z tymi skarpetkami, jakiś potwór je zjada?

Marzanie,

 

podejście Melendura mi się spodobało, może to lekkie obejście zasad, ale nie pierwsze w naszych wyzwaniach ;P Podobało, bo poznaliśmy kawałek historii Ragomiry i Korniwałda, a wyrastają oni na moich ulubionych bohaterów,

 

ale…

 

cieszę się, że Bartkowski.robert jednak pociągnie ten fragment, bo im więcej osób w wyzwaniach, tym lepiej. Czekam więc niecierpliwie :D

 

 

PS. Czy ja mogę dopisywać czyjeś fragmenty? Bo potem znów musiałabym wrzucić swój. Co prawda mam ich mnóstwo, ale nie wiem w sumie, czy pierwszą wrzutką nie wyczerpałam puli ;)

 

PS2. O ile znam naturę trolli (lubią kminek ;)) i pół-trolli, to nie wiem, czy braki w kulturze by ich zawstydzały ;)

 

Dopiera po chwili zdał sobie sprawę, że włosy kobiety zwisają do góry.

Tu się wkradła literówka

 

Zapewne przegrałby zakład,

To tak jak zazwyczaj ja, ale nie przeszkadza mi to zakładać się ponownie :P

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Dalszy ciąg do marzana.

 

Hania zmarszczyła brwi. Za nic w świecie nie mogła się przyznać, że zjada je Enrike. Szczególnie lubił te w rąby, noszone przez trzy dni. Stąd też problem skarpetkowy pogłębiał się, bo kończyły się nawet te taty.

– No skąd, mamo! W potwory spod łóżka tylko dzieci wierzą, a ja jestem już prawie dorosła – powiedziała Hania i zamknęła koszyk. 

– Dobrze, pojedziemy po skarpetki, po szkole – zawyrokowała mama. – Mam w szafce jakieś moje, całkiem nowe. – Dodała wychodząc z łazienki.

Zza pralki, głowę wystawił Enrike, uśmiechnął się szczerząc krzywe ząbki. Chwilę mocował się, żeby wyjść z ukrycia. Poprawił pieluchę zsuwającą się z pupy i przez chwilę przebierał grubymi, zielonymi paluchami u stóp.

– Dzięki siostra, że mnie nie zdradziłaś – powiedział skrzeczącym głosikiem, baby troll.

– No… – Hania zamyśliła się. – Może Wiktor znalazł już coś na temat twoich rodziców. Jego tata ma kontakty.

Enrike podskoczył z radości.

– Haniu, chodź już bo w końcu znowu się spóźnimy – dobiegł do nich głos mamy.

– Schowaj się, a ja przyniosę po szkole skarpety. Cała klasa chciałaby ci pomóc – szepnęła i wyszła z łazienki

 

 

 

Hanka należała do postawnych kobiet, z gatunku tych, które siadając w autobusie zajmują półtora miejsca, wciskając sąsiada obok, w szybę.

Platynowe, krótko obcięte włosy absolutnie nie pasowały do nalanej twarzy, a obfity biust wypływał z dekoltu kremowej bluzeczki.

Przez jedną krótką chwilę, zarzuciła wzrokiem na mężczyznę siedzącego naprzeciwko. Jego pogardliwy uśmieszek podrażnił jej uczucia. Jednak bardziej od tego denerwowała ją jazda autobusem, w godzinach szczytu, w upale, jaki panował na zewnątrz i tutaj. Najwyraźniej klimatyzacja nie wyrabiała. Nic na to jednak nie mogła poradzić, a sprawa z którą udawała się do śródmieścia, nie mogła czekać.

Po autobusie rozniósł się dźwięk dzwonka. Kilka osób zaczęło nerwowo szukać telefonu. Drażniące ucho dźwięki, wydobywały się jednak z masywnej kobiety, która udawała, że nic nie słyszy i czekała, aż sygnał zamilknie. Co też uczynił po krótkiej chwili. Nie na długo jednak.

Hanka ignorowała dźwięki. W końcu po czterech nie odebranych połączeniach, gdy zorientowała się, że facet naprzeciwko wgapia się w jej biust, a uwaga pozostałych pasażerów jest dostatecznie skupiona, sięgnęła w kierunku biustonosza i przez chwilę próbowała wyłowić wibrujący aparat, umykający jej palcom. Natrafiła na coś obłego i dość miękkiego. Wyciągnęła to do światła, mrużąc oczy.

Facet z naprzeciwka wybałuszył oczy i kurczowo trzymając plecaczek, zasłonił nim krok.

– Figa – mruknęła kobieta. Zapakowała kandyzowany owoc do ust. Oblizała serdelkowate palce i zabrała się za dalsze poszukiwanie brzęczącego telefonu.

Hanka miała tendencje, do noszenia w biustonoszu, najprzeróżniejszych rzeczy, począwszy od zwitku banknotów stu złotowych, po cukierki, telefon i krople do oczu. W związku z tym problem noszenia torebek i siateczek, automatycznie się rozwiązywał.

Wreszcie udało jej się wyłowić telefon. Zerknęła na wyświetlacz i z westchnieniem odebrała.

– Czego?!

„– To ja się pytam.”

Wywróciła oczami, jeszcze raz zerknęła na gościa, który zaczerwienił się udając, że nie gapi na jej biust.

– Alicję, trzeba odebrać ze szkoły. Za czterdzieści pięć minut kończy lekcje, więc jakbyś się tym razem nie spóźnił to było by dobrze.

„– Nie ma szans. Jestem dopiero w Kielcach. To sto dwadzieścia kilometrów”.

Nie obchodzi mnie to. Masz odebrać moją córkę, Fajer – poleciła, słuchając niewyraźnego mamrotania o braku dróg szybkiego ruchu, w tej okolicy. – Mam spotkanie biznesowe i nie mogę się spóźnić.

Przez chwilę rytmicznie kiwała głową, wysłuchując całej litanii żalów.

– Słuchaj, muszę kończyć bo zaraz jest mój przystanek. – Wstała z miejsca. Kuferek obity ostrymi kolcami, zakołysał się niebezpiecznie w jej ręce.

– Autobus mnie wiezie – odparła na pytanie o transport. – Parówa jest w Rzeźni, a Marcin w tym waszym… domu pomocy społecznej.

„– Adres”.

– Adres, sradres… Jak wysiądę. – Rozłączyła się.

Dużym biustem roztrącała ludzi tłoczących się w autobusie.

– Przepraszam – powtarzała, kopiąc po kostkach co oporniejszych pasażerów nie dość szybko schodzących z jej drogi.

Odetchnęła z ulgą, kiedy wreszcie wydostała się z pojazdu, na mniej zatłoczony przystanek. Rozejrzała się dookoła, lokalizując przejście dla pieszych poprawiła biust i ruszyła w tamtym kierunku rytmicznie stukając „ kaczuszkami”. Po drugiej stronie ruchliwej ulicy, w wąskiej bramie był sexshop, a na pietrze rezydowała osoba, do której właśnie szła. Niejaki Paweł „Kozioł” Kozera.

Obskurna klatka schodowa z odłażącą zieloną farbą i stosikami śmieci po kątach, sugerowała co może zobaczyć dalej. Błogosławiona brakiem węchu, Hanka nie czuła odoru fekaliów i gnijącego mięsa.

PS. Czy ja mogę dopisywać czyjeś fragmenty? Bo potem znów musiałabym wrzucić swój. Co prawda mam ich mnóstwo, ale nie wiem w sumie, czy pierwszą wrzutką nie wyczerpałam puli ;)

 

PS2. O ile znam naturę trolli (lubią kminek ;)) i pół-trolli, to nie wiem, czy braki w kulturze by ich zawstydzały ;)

OldGuard, mam wrażenie, że Twoja wyobraźnia i kreatywność i tak wpędza innych w kompleksy. Nie sądzę, żeby ten stan mógł znacząco się pogorszyć od kolejnego Twojego tekstu, więc pisz śmiało. Użyszkodnikom nic się nie stanie, jeśli będą musieli powiedzieć “wow” kilka razy więcej :)

 

A troll pół krwi dotarł do twierdzy w towarzystwie ludzi, więc możemy się tylko domyślać, że spędził sporo czasu w ich towarzystwie. Skoro był taki nieszczeciński i niewarszawski, to pewnie wyśmiewano go za wszystko, co robił. Bo gdyby był trollem pełną gębą, to pierdnięcie tylko zagrzałoby go do boju (może nawet dosłownie, bo to przecież istotki częściowo mineralne, więc taki gaz ziemny czy wodór mógłby mieć wybuchowy efekt).

 

Czarna, skarpetkowa ściepa dla Enrike wywołała u mnie szczery uśmiech. Niepokojące jest natomiast to, że to kolejny troll. Czy skarpety będą z kminkiem? I co się stanie, kiedy urośnie? Już wyobrażam sobie skruszonego nastoletniego Enrike, który przeprasza, że odgryzł komuś całą nogę ze skarpetką. Jedyna nadzieja w tym, że zatrudnią go do recyklingu odzieży… 

OldGuard

 

cieszę się, że Bartkowski.robert jednak pociągnie ten fragment, bo im więcej osób w wyzwaniach, tym lepiej. Czekam więc niecierpliwie :D

Pociągnę, pociągnę, mam już zamysł, tekst ładnie zaczęty, jednak niestety muszę przeprosić za niedotrzymanie zadeklarowanego terminu. Ciągu dalszego Twego akapitu nie sfinalizuję bowiem raczej na pewno przed środą, gdyż kolokwium z prawa pracy wisi nade mną jak katowski miecz:((

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

gdyż kolokwium z prawa pracy wisi nade mną jak katowski miecz:((

Nade mną sprawdzanie kolokwium z zeszłego tygodnia też wisi. Na szczęście (albo nieszczęście) nie z prawa, tylko z ogniw paliwowych. No i po co komu te sprawdziany, po co, pytam? Samo zło!

Marzanie,

 

chyba próbujesz mnie zawstydzić, a mnie z rumieńcem nie jest do twarzy ;) Poza tym portal kreatywnymi użytkownikami stoi, co w sumie widać dobrze także w naszych wyzwaniach. Ale skoro mam pozwolenie, pewnie pobawię się z czyimś fragmentem ;)

 

Nade mną sprawdzanie kolokwium z zeszłego tygodnia też wisi. Na szczęście (albo nieszczęście) nie z prawa, tylko z ogniw paliwowych.

Wszystkim po 5 i można brać się za pisanie :D

 

Bartkowski.robert,

 

 to koniecznie trzeba uciekać spod katowskiego miecza (powodzenia!) A skoro mój bohater czekał chyba 3-4 lata na rozwinięcie swojej historii, to parę dni nie zrobi mu większej różnicy ;)

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Ja też rozwijałem historię Old, tylko w formie “kilka tygodni wcześniej :P” więc proszę brać to też pod uwagę ;P 

 

@Marzan, nie ukrywam, że podoba mi się twoja wizja dokończonej scenki :) Bardzo interesujące, zwłaszcza fajnie poprowadziłeś dialogi, jest akcja i jest zabawa! :)

 

@czarna ściepka również wywołała u mnie mimowolny uśmiech. Zauważyłem również, że niepokojąco wszędzie i u ciebie i umarzana kręcą się trolle w tych naszych opkach :)

 

Trza to wykorzystać :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Czarna, mam dalszy ciąg, ale to jest totalnie popieprzone wink

 

 

Nie pukała do drzwi, po prostu weszła. Już na klatce schodowej słyszała zwierzęce jęki, krzyki i zawodzenie.

Mieszkanie typu kawalerka. Duży pokój, brak światła, bo jedyne okno było szczelnie zakryte zasłonami. Na środku, przywiązany do krzesła, siedział Kozioł. Kiedyś przystojny trzydziestokilkulatek. Teraz twarz miał wykrzywioną w przerażającym grymasie, oczy wywrócone. Nogi i ręce przywiązane do krzesła grubymi sznurami. Szarpał się, próbował wierzgać, ale bezskutecznie.

Obok stała Matylda, jego konkubina. Nerwowo obgryzała paznokcie. Hanka szybko oceniła sytuację.

– Wychodził dzisiaj na dół?

– Nie, tylko wczoraj.

– Dobra, mamy niewiele czasu.

Z obitego kolcami kuferka wyjęła szklaną butelkę zwieńczoną korkiem i kropidło. Święconą wodę wlała do stojącej na stole popielniczki. Kozioł w tym czasie wył przeraźliwie. Udało mu się wypluć knebel.

– Nie masz ze mną szans, zgniła flądro!

– Nie zesraj się, chińska podróbo!

Kiedy Kozioł poczuł krople święconej wody na ciele, szarpnął się tak mocno, że wylądował wraz z krzesłem na podłodze. Hanka podeszła go od tyłu i zawołała władczym głosem:

– Wyjdź z tego człowieka, kitajski demonie!

Z kuferka wyjęła broń ostateczną. Przerażona Matylda zapytała:

– Czy to konieczne?

– Na demona chińskich podrób erotycznych, czyli Dildemona, nie ma lepszego sposobu.

Metalowa klatka na penisa lśniła w rękach sexegzorcystki. Była to jednak broń tak przerażająca, tak niszcząca, że bały się jej nawet najstarsze Dildemony. Ten, który opętał Pawła, był jeszcze młody i tylko słyszał o straszliwej sile klatki. Wiedząc, że w tym starciu nie ma szans, wyszedł przez lewe ucho opętanego i już jako chmura czarnego pyłu wsiąknął w podłogę, zostawiając na niej brzydką plamę. Trudno będzie ją potem usunąć, dlatego Matylda zakupi już oryginalny dywan wyprodukowany w Polsce i przykryje nim ostatnie ślady po opętaniu napalonego na eksperymenty konkubenta.

Zadowolona z takiego obrotu spraw Hanka wyjęła ze stanika miętówkę i terminal płatniczy.

– Należy się 500 zł. Faktura czy paragon? Kartą czy gotówką?

I teraz mój fragment :)

 

Tylko, że to ja widzę, jak na mnie patrzą. To ja słyszę, że powinno mi być wstyd przychodzić do kościoła. Że ciekawe, czy pójdę do komunii. Tylko ja i Misia siedzimy same w ławce. Do nas nikt się nie dosiada. Woli stać pod chórem. Czy ona to widzi?

Czasem wychodzę z siebie i staję obok. Przechodzę wzdłuż ławek i zrywam z nich maski. Te stare dewoty mają te maski już tak wrośnięte w skórę, że odchodzą też kawały mięsa. Z czerwonych twarzy płynie krew. Krzyczą, ale nie z bólu. Wyciągają ręce i próbują odebrać mi te maski. Przykładają do twarzy, kleją na ślinę. Z tymi młodszymi kobietami jest łatwiej. Kiedy wreszcie mogą zobaczyć ich twarze, biorę je w obie dłonie i krzyczę, żeby się obudziły. Że czas wstać i iść.  Trudno się uporać z maskami na tych spuchniętych, obrzmiałych od alkoholu nosach. Trzymają się mocno i sama już nie wiem, co jest maską, a co prawdą. Oni też. Lecą im łzy, bo nie chcą inaczej. Inni patrzą na mnie. Nie zauważam, kiedy zaczynają mnie otaczać. Są coraz bliżej. Nagle ktoś chwyta mnie od tyłu za ręce. Jakaś kobieta zbliża się do mnie, trzymając w ręku maskę. Próbuje mi ją nałożyć, ale ja się wyrywam. Ich jest tak dużo. Robi się duszno. Boję się, że braknie mi siły. Jest ciaśniej, gęściej. Oni się zbliżają.

Niejako na swoje usprawiedliwienie pragnę zaznaczyć, że prowadzę taki właśnie sklep, więc moje skojarzenia są czysto zawodowe :P

@Unabomba, na szybko

 

Był śmiesznie popieprzony, śmiechłem czytając fragment 

– Na demona chińskich podrób erotycznych, czyli Dildemona, nie ma lepszego sposobu.

:) Fajnie ci to wyszło :) Szkoda, że nie można ciągnąć fragmentów, które ktoś napisał ciągnąć wczęśniejszy (jak prawdziwy RP:P) Bo byłoby znacznie śmieszniej :)

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Niejako na swoje usprawiedliwienie pragnę zaznaczyć, że prowadzę taki właśnie sklep, więc moje skojarzenia są czysto zawodowe :P

Sexshop? :-)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Nie no, melendur, ty jak zwykle o jednym :) UnaBomba Maski sprzedaje. Ja chyba sobie jakąś kupię do kolekcji i zawieszę jak pozostałe na ścianie. UnaBomba – kawałek zacny, uśmiałam się do łez.

Szkoda, że nie można ciągnąć fragmentów, które ktoś napisał ciągnąć wczęśniejszy

Melendurze, będzie historia kolektywna… cierpliwości :)

 

Zadowolona z takiego obrotu spraw Hanka wyjęła ze stanika miętówkę i terminal płatniczy

Unabomba, tutaj się uśmiałem. Wcześniej zresztą też! Cieszę się, że dołączyłaś do wyzwania!

 

Teraz twarz miał wykrzywioną w przerażającym grymasie, oczy wywrócone. Nogi i ręce miał przywiązane

Jakiś kocur tam również grasował, może krewniak Belzebuba?

 

szarpnął się tak mocno, że wywrócił się wraz z krzesłem na podłogę

Typowe objawy siękozy. Egzorcyzmy zacząłbym od wymiany wywrócił się na upadł

 

chyba sobie jakąś kupię do kolekcji i zawieszę jak pozostałe na ścianie

Czarna, zaczęłaś kolekcjonować w trakcie pandemii? ;) Z maskami trzeba uważać:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32936

marzan 

 

Nade mną sprawdzanie kolokwium z zeszłego tygodnia też wisi. Na szczęście (albo nieszczęście) nie z prawa, tylko z ogniw paliwowych. No i po co komu te sprawdziany, po co, pytam? Samo zło!

Oj, znam to też od tej strony, mama jest nauczycielką, też wiecznie ślęczała nad klasówkami. Jak widać, sprawdzanie wiedzy to bardzo obosieczny mieczcool

 

OldGuard

 

 

 to koniecznie trzeba uciekać spod katowskiego miecza (powodzenia!) A skoro mój bohater czekał chyba 3-4 lata na rozwinięcie swojej historii, to parę dni nie zrobi mu większej różnicy ;)

 

Haha, taka już rola bohaterów z szuflady. Dzięki za wyrozumiałość! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

marzan jeszcze przed

Oczywiście, że o sklep z maskami chodzi :P 

Z niecierpliwością czekam na rozwinięcie mojego fragmentu :P

 

Słuchajcie, ja dzisiaj tego Dildemona wymyśliłam i to mi tak podeszło, że chodzę, gadam pod nosem “Dildemon” i śmieję się do siebie wink

Wiadomo :]

Żartowałem przecież :P 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Słuchajcie, ja dzisiaj tego Dildemona wymyśliłam i to mi tak podeszło, że chodzę, gadam pod nosem “Dildemon” i śmieję się do siebie 

Nie gadaj za głośno, bo twórcy Pokemon GO to podchwycą i będzie siać zgorszenie na ulicach XD

Nowa Fantastyka