w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34315
kolejna część : http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34399
w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34315
kolejna część : http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34399
Noc nie przyniosła ulgi. W chacie gęstniał zaduch, a od klepiska ciągnęło zimnem. Leżał z otwartymi oczami, wpatrzony w szczeliny między belkami stropu.
Myśli wracały.
W gardle wciąż czuł kwaśny smak wczorajszych wymiotów. W głowie powracało jedno zdanie: to on nacisnął przycisk.
To jego ambicja ich tu ściągnęła.
Nie sen. Nie iluzja. Ból w stłuczonych żebrach pulsował zbyt mocno, by wątpić.
Ona też czuwała. Słyszał to w jej oddechu – zbyt płytkim, zbyt kontrolowanym. Leżała sztywno, plecami do niego. Nawet nie drgnęła, gdy usiadł na skrzypiącej pryczy. Nie odwróciła się. Jej milczenie zabolało mocniej niż żebra. Nie zapytała, dokąd idzie. Może już jej to nie obchodziło.
Wstał.
Zimno uderzyło w bose stopy.
Sięgnął po ubranie rzucone w kąt. Było zimne. Mokre. Śmierdziało całym wczorajszym dniem. Wieczorem zrzucił je z obrzydzeniem. Teraz wciągnął je z powrotem i zadrżał.
Materiał oblepił skórę.
Zacisnął zęby, tłumiąc dreszcz.
Gniewko poruszył się w posłaniu. Trząsł się przez sen, zęby szczękały cicho, rytmicznie.
Podszedł do niego. Ujął jego lodowatą dłoń. Malec otworzył oczy i zesztywniał.
– Chodź – szepnął. – Tam cieplej.
Zaprowadził go do ich pryczy. Podniosła róg śmierdzącej skóry. Wsunął się pod skórę i przywarł do jej boku. Skuliła się wokół niego.
Wyszedł. Bezczynność była gorsza od zimna.
Na zewnątrz wisiała mgła. Księżyc ginął za chmurami. Mimo nocy powietrze stało nieruchomo.
Wbił w ziemię tępą, drewnianą łopatę znalezioną w szopie.
Weszła płytko. Darń trzymała zwarta sieć korzeni.
Musiał wykopać dół. Nie chciał, żeby znów musiała czołgać się w pokrzywy i płakać ze wstydu. Nie potrafił ich stąd zabrać. Mógł przynajmniej dać jej odrobinę prywatności – dziurę w ziemi, żeby mogła załatwić się bez kucania w pokrzywach. Inżynieria sanitarna, poziom zerowy.
Uderzył znowu. Łopata ześlizgnęła się z korzenia. Wstrząs przeszedł przez ramiona i odezwał się bólem w karku.
Żadnych wielkich planów. Tylko dziura na gówno. Do tego skurczyła się cała dostępna mu technologia.
Z każdym wbiciem łopaty uderzał we własne sumienie. Za pychę. Za ambicję. Za to, że ściągnął ją z Księżyca do chlewu. Za przycisk. Za nią.
Potrzebował tego bólu. Pot zalewał mu oczy. Oddech rwał się, mięśnie twardniały przy każdym uderzeniu. Dobrze. Ból zostawiał coraz mniej miejsca na myśli.
Zaklął, ocierając pot z czoła brudnym przedramieniem. Wykop sięgał mu już do kolan.
Pochylił się nad grubym korzeniem. Zaparł się nogami w błocie i pociągnął. Korzeń napiął się i pękł z trzaskiem.
Szarpnięcie pozbawiło go równowagi. Upadł ciężko na plecy.
Kiedy upadł, słońce przebiło się przez korony.
Blask oślepił go.
Trzask. Zapach. Błysk.
Czas pękł.
* * *
– Trzy, dwa, jeden. Start!
Laboratorium Instytutu Continuum Czasoprzestrzennego rozświetliły migające kontrolki. Nad komorą wskrzeszenia zamknęła się klatka laserowych wiązek. Zasilacze weszły w niski, narastający szum.
Wewnątrz instalacji leżała martwa mysz.
– Przekazuję kontrolę do systemu! – krzyknął.
Wskaźniki zapłonęły zielenią. Przez chwilę wszystko szło zgodnie z procedurą. A potem fizyka przestała współpracować.
– Pole traci stabilność! – krzyknął operator.
– Biosensory wariują!
Wskaźnik stabilności pola przeszedł z zieleni w żółć. W szumie pojawił się metaliczny zgrzyt.
– Skompensuj!
– Nie mogę! To nie układ pobiera energię. Coś ciągnie ją z sieci!
Czerwień. Alarm. Wartości przekroczyły zakres pomiaru.
Torba na pulpicie sterowniczym zaczęła dymić. Materiał napiął się i pękł z suchym trzaskiem. Czarny sześcian uniósł się w powietrze.
Nie spadł. Zawisł.
– Wyłączyć! – wrzasnął i uderzył w grzyb wyłącznika awaryjnego.
Nic.
Sześcian pulsował, zasysał światło. Wokół jego krawędzi wyrosła korona wyładowań. Błyskawice nie uciekały. Wracały.
Obiekt pił energię z przeciążonych generatorów i zwracał ją w wyładowaniach. Pobór rósł o kolejne rzędy wielkości. Moc, która powinna stopić instalację, znikała w małej kostce.
Każdy cykl trwał krócej od poprzedniego.
Sprzężenie zwrotne.
Martwa mysz drgnęła. Stanęła na łapkach. Żyła.
– Niemożliwe… – szepnęła Agnieszka. – To nie zmartwychwstanie, to taśma puszczona wstecz.
Mysz zaczęła się kurczyć. Sierść zniknęła. Na tacy kulił się różowy, ślepy osesek. Sekundę później – czerwona grudka embrionu. Po następnej komora była pusta.
Promienie wyszły poza obręb klatki. Błyskawice pełzły po pulpicie. Pełzły ku nim.
Rzucili się razem. Przerwać obwód. Zabrać katalizator.
Ich dłonie zacisnęły się na czarnej powierzchni sześcianu.
Zimno. Absolutne zero.
Biel.
* * *
Otworzył oczy, zachłystując się powietrzem. Leżał na dnie wykopu. Glina oblepiała mu nogi, w dłoniach wciąż ściskał pęknięty korzeń.
Nie mysz. Oni.
Przenieśli się.
Spojrzał na swoje brudne ręce. Dłonie pozostały takie same. Nie odmłodnieli. Ich ciała nie zostały cofnięte. Zmieniło się otoczenie. Sześcian musiał wyrwać ich z jednego punktu czasoprzestrzeni i rzucić w inny.
Tylko gdzie – i kurwa kiedy?
Wyrzucił korzeń na zewnątrz.
Chwycił łopatę. Uderzył w ziemię z nową energią.
Glina.
Zatrzymał się w połowie zamachu. Spojrzał na urobioną ziemię. Tłusta, lepka, żółtawa glina.
Musi zbudować piec. Ognisko dymiło. Jeszcze kilka takich nocy i uduszą się w chacie. Z gliny ulepi cegły, wypali je i postawi piec z kominem.
Będą mieli ciepło.
Zaczął kopać szybciej.
Z trudem wygramolił się z dołu. Pot szczypał w oczy, spływał po plecach, rozmiękczając zaschnięte błoto.
Wziął w garść bryłę lepkiej, żółtej gliny.
Piec widział tylko na obrazkach. Musiał sprawdzić wytrzymałość gliny w ogniu. Zrobił trzy kulki.
Pierwsza – czysta glina.
Druga – wymieszana z piaskiem.
Trzecia – z dodatkiem suchej trawy.
Wysuszy je przy ogniu, a potem wsunie w żar. Jeśli stwardnieją i nie popękają, glina nada się do budowy pieca.
Empiria.
Bez laboratorium została mu najstarsza metoda: zrobić, spalić, sprawdzić.
Ruszył do chaty.
– Wstawać, śpiochy! – zawołał od progu.
Głos zadrżał przy ostatnim słowie. Czekał, aż się odwróci.
Drgnęła.
Usiadła na pryczy i zmrużyła oczy. Włosy sterczały na wszystkie strony, a przez policzek biegł ślad po krawędzi deski.
– Która godzina? – mruknęła, przecierając twarz.
Parsknął. Wyciągnął dłoń i ustawił na niej pionowo palec drugiej ręki. Obrócił ją ku słońcu, obserwując cień.
– Chyba południe.
Spuściła wzrok.
– W nocy telepało mną z zimna. – Otuliła ramiona skórą. – Potem zrobiło się ciepło i mnie ścięło. Przepraszam. Nie powinnam…
Podniosła wzrok i zamilkła.
Dopiero teraz mu się przyjrzała. Stał w progu oblepiony zaschniętym błotem.
– Co ci się stało? – Zerwała się z pryczy. – Gdzie ty byłeś?! Jesteś ranny?
Uniósł dłonie. Z rękawów posypała się ziemia.
– Spokojnie. To tylko błoto. O nic nie pytaj. Jeszcze chwilę. Zobaczysz.
Gniewko leżał obok z otwartymi oczami. Policzki jej poczerwieniały. Sięgnęła po ubranie i pospiesznie je wciągnęła.
Podeszła do niego, marszcząc nos. Zapach stęchlizny i mokrej gleby dławił.
– Wyglądasz jak potwór z bagien. Nie siądziesz tak do jedzenia… czymkolwiek ono będzie.
Chwyciła gliniane naczynie z resztką wody.
– Daj ręce.
Polała mu dłonie. Tarł skórę, ale woda tylko rozmazywała tłustą glinę.
– Nie schodzi – mruknął. – Wżarło się.
Brudne krople spadały na klepisko. Zerknęła na wygasłe palenisko.
Zamarła.
– Popiół… – szepnęła.
Chwyciła go za nadgarstek i podsunęła dłoń nad palenisko.
– Mydło! Robert, mamy z czego zrobić mydło! A tym na razie zmyjemy ten syf.
Pociągnęła go w stronę drzwi.
– Bierz wiadro, zgarnij popiół. Idziemy nad rzekę się umyć.
Stanęli na łagodnym, piaszczystym brzegu.
Zwilżyła w misie garść drobnego popiołu i roztarła go palcami.
Ich spojrzenia spotkały się. Agnieszka zerknęła na Gniewka, potem na otwarty brzeg.
Przygryzła wargę. Rozebrali się szybko, odwróceni do siebie plecami.
Weszli na płyciznę. Chłód ścisnął łydki.
Podała mu grudkę zwilżonego popiołu, nie dotykając jego dłoni. Zaczęli się szorować. Drobny proszek zbierał tłuszcz i zaschnięty brud. Piekł w zadrapaniach. Tarł ramiona mocniej, niż było trzeba. Długo wypłukiwała z włosów błoto i wymiociny.
Stali obok siebie, nadzy i dygoczący. Żadne nie wyciągnęło ręki, by pomóc drugiemu.
Gniewko stał na brzegu w brudnej tunice. Zacisnął palce na jej brzegu.
– Chodź do nas – zawołała.
Cofnął się, kręcąc głową.
– Co się stało? – Robert wyszedł z wody. – Woda jest zimna, ale tylko przez chwilę.
– Nie można – szepnął, a jego oczy były szeroko otwarte ze strachu. Wskazał ciemniejszy nurt pośrodku rzeki. – Tam… tam mieszkają Utopce.
– Co one robią? – zapytała cicho.
– Ciągną za nogi. Pod wodę. Na dno. I już się nie wraca. Mama mówiła, żeby nie wchodzić do rzeki.
Wyszła z wody i przykucnęła przed nim.
– Mama miała rację. Głęboka woda zabija. Ale tutaj sięga mi tylko do kostek. Będę cię trzymać. Przy mnie Utopiec cię nie dosięgnie.
Gniewko nie puścił tuniki. Uśmiechnęła się. Nabrała w dłonie wody i polała mu stopy.
– Widzisz? Woda przyszła do ciebie. Nie musisz iść do niej.
Robert przykucnął obok i chlusnął wodą w jego stopy. Gniewko wzdrygnął się. Kiedy nic nie chwyciło go za kostkę, pozwolił Agnieszce polać drugą nogę.
Po chwili postawił stopę w płyciźnie. Potem drugą.
– Teraz twoja kolej. – Wyciągnęła do niego rękę.
Nie cofnął się, gdy myła mu twarz i włosy. Spływały z niego brunatne strużki.
Kiedy ona myła Gniewka, on rozejrzał się po brzegu zarośniętym trzciną. Ścisnął jedną łodygę. Lekka, sprężysta, pusta w środku. Na dach.
Szorowali ubrania, aż spływająca z nich woda przestała przybierać kolor błota. Przepłukali je w bystrym nurcie.
Wyżęli ubrania, naciągnęli je na zziębnięte ciała i truchtem wrócili do chaty. Zaczęli kichać. Agnieszka objęła się ramionami. Otarła nos.
– Rozpal ogień. Szybko. Musimy się ogrzać. – Szczękała zębami.
Zebrał chrust.
Hubka zajęła się przy pierwszym uderzeniu krzesiwa.
– Widzieliście? Idzie mi coraz lepiej.
Drżąc, podeszła bliżej i wyciągnęła dłonie ku płomieniom.
Sięgnął po garnek.
– Dzisiaj ugotujemy większą porcję – powiedział cicho. – Musisz zacząć jeść. Mało, ale często. Przez cały dzień. Inaczej nie będziesz miała siły.
Uniosła brew.
– Łatwo ci mówić. Przy naszych zapasach mały żołądek to błogosławieństwo, nie problem.
– Błogosławieństwo? Padniesz z wyczerpania. Ja mogę kopać, ale to ty rozpoznałaś zatrute ziarno. A żeby myśleć, potrzebujesz energii. To czysta biologia.
Milczała przez chwilę.
– Czysta manipulacja – mruknęła i dołożyła sobie do misy.
Gorąca polewka zatrzymała dreszcze.
– Gniewko, posłuchaj. – Położył mu dłoń na ramieniu. – Od dzisiaj działamy razem. Każdy robi to, co potrafi. Ty znasz to miejsce najlepiej. Powiedz, co trzeba robić każdego ranka.
Gniewko patrzył przez chwilę, jakby nie zrozumiał pytania.
Wskazał zagrodę.
– Krowę i kozy trza paść. Na polu. Tam dobra trawa.
– Dobrze. A świnie i kury?
– Świnie same do lasu idą. Jeno im furtkę otworzyć. Same wrócą pod wieczór.
– A kury…?
– Kury trza wypuścić. Sobie same coś znajdą. I zamknąć na noc, żeby lis nie porwał.
Robert skinął głową.
– Zajmiesz się nimi? Rano je wypuścisz, a krowę i kozy zaprowadzisz na ugór. Wieczorem sprowadzisz je i zamkniesz. Dasz radę?
Wyprostował się i skinął głową.
– Przyniosę worek ziarna ze spichlerza. Przebierzesz je tutaj, przy ogniu. Sprawdzimy, ile nadaje się do jedzenia. Pójdę z Gniewkiem pożyczyć siekierę.
Skinęła głową.
Ujął chłopca za rękę. Gniewko spojrzał na splecione dłonie, ale nie cofnął swojej. Ruszyli między domostwa. Słońce dosuszało wilgotne ubrania.
Chaty tkwiły do połowy w ziemi. Dachy z darni i słomy wyrastały wprost z gruntu niczym kretowiska. Przez szczeliny w dachach sączył się gryzący dym.
Kiedy weszli na główną ścieżkę, rozmowy ucichły.
Kobieta ucierająca ziarno na kamieniu zastygła. Dwoje dzieci porzuciło patyki i skryło się za ziemianką. Po chwili wychyliły głowy zza narożnika. Mężczyzna wyprostował się i otarł pot z czoła. Nie sięgnął po narzędzie. Mierzył ich od stóp do głów.
Wśród wełnianych tunik jego wilgotne ubranie wyglądało jeszcze bardziej obco. Górował nad większością mijanych ludzi.
Ścisnął mocniej dłoń Gniewka. Gniewko zesztywniał, nie podnosił głowy. Musiał znać te spojrzenia.
Dotarli do chaty Kwiecisza. Starzec siedział przed nią i przeciągał nóż po kamieniu.
– Dzień dobry. – Skłonił się.
Starzec nie przerwał ostrzenia. Szurnięcie. Błysk. Dopiero wtedy uniósł głowę. Przyjrzał się wilgotnemu ubraniu Roberta, błotu i siniakom.
– Żyjecie jeszcze. Jak noc?
– Zimna.
Robert zerknął na ostrze noża.
– Potrzebuję siekiery.
Ręka starca zamarła w pół ruchu.
– Siekiery? Myślisz, że żelazo na drzewach rośnie? Że one u nas w błocie leżą?
– Nie. Wiem, ile warte jest żelazo. Ale kazałeś nam zadbać o sierotę, pole i obejście. Bez niej nie naprawię chaty ani nie naszykuję drewna. Jak mam to zrobić gołymi rękami?
Kwiecisz mruknął, odłożył nóż i podparł dłoń na kolanie.
Wszedł do chaty. Wrócił po chwili.
Miała długi trzonek, głownia nie wyglądała na ciężką.
Drewno pociemniało od potu i tłuszczu. W miejscu chwytu drewno lśniło od wieloletniego używania. Ciemne, kute żeleźce miejscami przeżarła rdza, lecz świeżo naostrzona krawędź lśniła.
– Dobra. Mocna. Sęków się nie boi. – Nie wypuścił jej z dłoni, dopóki Robert nie spojrzał mu w oczy.
– Jeśli zgubisz albo wyszczerbisz, będziesz mi odrabiał do zimy. Rozumiesz?
Robert chwycił drzewce.
– Będę o niego dbał jak o własny. Nawet bardziej, bo własnego nie mam.
Kwiecisz puścił i splunął w bok.
– A krowa? Gniewko mówi, że trzeba ją wyprowadzić. Gdzie mogę ją paść, żeby nikt mnie widłami nie pogonił?
– Na Gniewkowym ugorze. Latoś odpoczywa. Trawę na zimę koś na wspólnej łące. Tylko w cudzy pokos nie wchodź.
– Idź już. – Machnął ręką i sięgnął po nóż. – Gadaniem chałupy nie ogrzejesz.
Robert nie odszedł.
– Muszę ci o czymś powiedzieć. Ziarno w workach jest zatrute. To ono najpewniej zabiło rodzinę Gniewka.
Spojrzał mu prosto w oczy. – W innych chatach ludzie też je jedzą. Powiedz ludziom, żeby odrzucili czarne ziarna i wszystko, co spleśniało.
Starzec zmarszczył brwi. – Jak ja mam powiedzieć ludziom, żeby wyrzucili dobre jedzenie? To jedyny zapas, jaki mamy!
– To nie jest dobre jedzenie. Widziałeś, jak umarli jego rodzice. Czarne palce, skurcze. Tak działa to ziarno.
Kwiecisz zmrużył oczy.
– Moi ludzie jedzą to ziarno od urodzenia. Ty jesteś tu od wczoraj i już wiesz lepiej? – Pokręcił głową i odwrócił się. Wszedł do chaty, mrucząc coś o marnowaniu darów bogów.
Robert stał chwilę, patrząc na jego plecy, po czym zacisnął szczęki. Zrobił, co mógł.
* * *
Wrócili do chaty. Agnieszka powitała ich ponurym spojrzeniem.
– Nie wygląda to dobrze – powiedziała. – Jeśli uratuję choć jedną trzecią, uznam to za sukces.
Gniewko wbił wzrok w czarne rożki płonące w palenisku.
– Nie! – Z jego gardła wyrwał się wrzask. Rzucił się do paleniska i spróbował gołymi rękami wygrzebać to, co tam cisnęła. Żar sparzył mu palce. Cofnął ręce z sykiem. Dopadł do niej. Wyrwał jej z dłoni kolejny czarny rożek, zanim zdążyła go wrzucić w ogień.
– Zostaw! – Osłonił pięść drugą dłonią i przycisnął ją do piersi. Łzy stanęły mu w oczach.
– Palisz Spora! To bogactwo!
Zamarła. Chłopiec drżał. Bała się, że zaraz włoży go do ust, by uratować przed ogniem.
– Spójrz na to – powiedziała cicho. – Tylko spójrz.
Chłopiec cofnął się o krok, ale uchylił palce. Na dłoni leżał czarny, zakrzywiony rożek.
– To dar – wyszlochał. – Gdzie Spor w worku bywa, tam mąki przybywa. Ojciec go zbierał. To święte.
– Święte? – Wbiła w niego twardy wzrok. – Patrz na to. Czarne. Twarde. Martwe. Przypomnij sobie nogi ojca, zanim umarł. Czy nie były takie same? Czarne jak węgiel?
Gniewko zamrugał. Spojrzał na rożek, potem na ogień, potem znów na swoją dłoń.
– Czarne… – szepnął. Usta mu zadrżały.
– Urósł taki wielki, bo pożarł ziarno – ciągnęła. – A potem pożarł twoją rodzinę. To nie dar, Gniewko. To demon.
Chłopiec zamknął oczy. Słowa przecisnęły się przez zęby:
– Nie Spor. Podmieniec! – Zacisnął pięść, po czym cisnął rożek w sam środek płomieni.
– Płoń!
Czarny rożek pękł w płomieniu. Robert odczekał, aż chłopiec odwróci się od ognia.
Położył mu dłoń na ramieniu.
– Chodź. Wyprowadzimy krowę i kozy na twój ugór. Kwiecisz pozwolił nam kosić na wspólnej łące. Za siano zabierzemy się jutro. Dziś przyniesiemy drewno.
W spichlerzu znaleźli powrozy. Wyprowadzili krowę i kozy na ugór, po czym uwiązali je do wbitych palików. Na skraju lasu Gniewko chwycił Roberta za nogawkę i szarpnął.
– Co się stało? Chodź, musimy naciąć żerdzi.
Gniewko zaparł się nogami.
– Tam… nie wolno iść! Tam Leszy!
– Leszy?
– Leszy! Wielgi jak drzewo. Oczy mu świecą jak ogień. Najpierw jest drzewem, potem niedźwiedziem albo wilkiem. Woła głosem ojca albo matki: „Chodź, chodź”. A jak pójdziesz, ścieżka znika i już nie wrócisz. Skarby obiecuje, ale łże! Chce, żebyś błądził, aż dopadną cię wilki. A jak się rozgniewa, zmieni cię w kamień albo drzewo. I nikt cię nie znajdzie.
Wysłuchał go w milczeniu. Kucnął przed chłopcem.
– Gniewko. Las naprawdę bywa niebezpieczny – powiedział. – Łatwo się zgubić. Wiatr między drzewami czasem brzmi jak ludzki głos, a cień gałęzi może wyglądać jak łapa.
Spojrzał między pnie, potem znów na chłopca.
– Nie wejdziemy głęboko. Zostaniemy tam, skąd widać chatę. Będziemy trzymać się razem, a każdy mijany pień oznaczę siekierą.
Uderzył ostrzem w korę najbliższego drzewa.
– Leszy nas nie oszuka. Zgoda?
Chłopiec dotknął nacięcia palcem. Potem spojrzał na Roberta i niepewnie skinął głową.
Robert wstał i wszedł między pierwsze drzewa. Pierwsze uderzenie ześlizgnęło się po mokrej korze. Poprawił chwyt. Drugie weszło głębiej. Po kilku kolejnych młoda leszczyna runęła na ściółkę. Następne szły już szybciej. Wkrótce przy ścieżce leżało kilka prostych żerdzi i stos odciętych gałęzi.
Gniewko został na skraju. Przy każdym trzasku zerkał między pnie, jakby spomiędzy drzew miała zaraz wyjrzeć płonąca para oczu.
Podszedł do stosu. Chwycił cienką gałąź i zgiął ją mocno. Nie pękła.
– Te patyki… mokre są. Ogień ich nie złapie.
– Wiem. Nie będą na opał. Zobaczysz.
Ściął jeszcze kilkanaście prostych żerdzi i oczyścił je z bocznych gałęzi. Zarzucił na ramię pęk żerdzi. Gniewko zebrał tyle cieńszych gałęzi, ile zdołał objąć.
Ruszyli z drewnem w stronę wykopu. Nagle Gniewko stanął. Patyki wysunęły mu się z rąk i z trzaskiem spadły na trawę. Ziemia rozwarła się przed nimi. Słońce stało wysoko i grzało im plecy, lecz z czarnej dziury ciągnął chłód. Z dołu pachniało wilgocią i świeżo rozkopaną ziemią. Chłopiec cofnął się chwiejnie, szurając bosymi stopami po trawie. Włoski na jego przedramionach stanęły dęba.
– Uciekajmy… – Gniewko przywarł do jego nogi i zacisnął palce na nogawce. – To… to… Zmora! Ona tam mieszka! Widzisz? Ciemno… tam jest Nawia!
– Jaka Zmora? To tylko dół. Sam go wykopałem. Tu nikogo nie ma.
– Nie! Wykopałeś Zmorę! Ona tam siedziała! – krzyknął, wskazując drżącym palcem na wykop. W dole drgnął cień.
– Jak ona wygląda?
– Biała jest… cała biała i śliska, jak robak spod kamienia! – Rozcapierzył palce. – Ma takie długie pazury. Żeby łapać!
Zacisnął dłonie na własnej szyi. – I nie ma oczu! Tylko dziury, a w środku ogień! Wylezie, kiedy będziesz spał, wsunie ci jęzor do ust i wypije oddech. Cały!
Gniewko trząsł się, nie spuszczając wzroku z wykopu.
– Ona… ona już… tu jest! – jęknął, mocniej ściskając nogawkę mężczyzny. Odwrócił się gwałtownie. Wiatr poruszał krzewami na skraju lasu.
Szur. Szur.
– Ona… ona nas… chce wciągnąć! Do środka! Do tej… do tej dziury! – wyszeptał, dławiąc się łzami.
Robert chwycił chłopca za ramiona. Przyciągnął go do siebie.
– Spójrz na mnie. Rano wróciłem cały w błocie, pamiętasz? Właśnie stąd.
Gniewko patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, potem znowu na wykop.
– Ale po co? Po co taka… jama?
– Zaraz zobaczysz. Tylko nie podchodź do krawędzi.
Wybrał najgrubsze żerdzie i ułożył je nad wykopem, tak by końce spoczywały na twardej ziemi daleko od krawędzi. Przy końcach wbił kołki, żeby drewno się nie rozsunęło.
Na nich ułożył poprzecznie cieńsze żerdzie, pozostawiając pośrodku wąski otwór. Nacisnął konstrukcję stopą. Gdy żadna się nie przesunęła, stanął okrakiem nad otworem i kilka razy przysiadł. Żerdzie zatrzeszczały, ale wytrzymały.
– Teraz potrzebujemy osłony. Żeby nikt nie patrzył, kiedy będziemy tu przychodzić.
Wokół wykopu wbił proste kołki, zostawiając wąskie przejście. Wziął cienką witkę i spróbował przełożyć ją między nimi.
Gniewko patrzył przez chwilę, po czym wyciągnął mu ją z ręki.
– Nie tak. Trza raz z tej, raz z tamtej strony.
Przeplótł witkę między kołkami. Robert podał mu następną.
Pracowali obok siebie, aż dół otoczyła nierówna, zielona ściana. Z każdym kolejnym splotem dłonie Gniewka drżały coraz mniej.
* * *
W chacie Agnieszka znów klęczała nad płachtą. Ziarno szeleściło między palcami.
Na chleb. Na prawo.
Na paszę. Na lewo.
Spleśniałe, czarne. W ognisko.
Szary pył unosił się nad płachtą. Drapał w gardle, osiadał na języku. Zapach zbutwiałego zboża zniknął.
Poczuła metal. Ozon. I ten suchy, diabelnie drobny pył, który wnikał w uszczelki skafandra.
Regolit.
Quad podskakiwał wysoko na nierównościach. Niska grawitacja. Koła wyrzucające w próżnię fontanny szarego pyłu. Droga Mleczna wisząca nad głową.
I nagle jaskinia. Czeluść, w której migotało fioletowe światło.
Weszła.
Bazaltowe ściany porastały setki, może tysiące idealnie czarnych sześcianów. Między nimi przeskakiwały zimne, fioletowe iskry.
Każda procedura nakazywała odwrót. Skażenie. Kwarantanna. Wezwać zespół i niczego nie dotykać.
Ale jej ciekawość… jej pieprzona naukowa ciekawość. Dotknij. Weź. Przynieś mu. Błyśniesz. Udowodnisz, że znaczysz więcej niż zwykła ogrodniczka.
Wyrwała jeden. Pamiętała opór i fioletowy łuk, który pomknął za sześcianem w stronę wyjścia.
Pierwsza próba na Księżycu omal nie pozbawiła całej bazy prądu.
Druga, w jego laboratorium, rozerwała rzeczywistość.
To on nacisnął przycisk, ale to ja załadowałam broń.
Widziała zmartwychwstanie myszy. Bezczelny triumf nad entropią. Mógł zostać bogiem. Mógł zmienić świat. Zamiast tego jej sześcian przeniósł ich z dwudziestego pierwszego wieku w… chuj wie kiedy, chuj wie gdzie.
Przez moment trzymała sześcian. Idealnie czarny. Zimny nawet przez rękawicę.
Mrugnęła. Znów trzymała sporysz.
Cisnęła go w żar.
Pękł. Z ognia wyskoczyła iskra.
Znów usłyszała suchy trzask łuku elektrycznego.
Zamrugała, aż obraz zniknął. Sięgnęła po kolejną garść.
Na prawo. Na lewo. W ogień.
Worek nasiąkł wilgocią. Niemal cała dolna warstwa ziarna nadawała się tylko do spalenia. Spojrzała na wierzby rosnące przy chacie. Z wikliny mogli wypleść szerokie kosze do dosuszania ziarna, a potem ustawić je na drewnianych podkładach, z dala od wilgotnego klepiska.
Z trudem wyprostowała obolałe plecy. Przy wykopie Robert i Gniewko przeplatali witki między wbitymi w ziemię kołkami. Ruszyła w ich stronę. Przyglądała się nierównej plecionce z rosnącym uśmiechem.
– Co wy tu budujecie? Zagrodę?
Robert odsunął się, prezentując konstrukcję. Jeszcze rano unikała jego wzroku. Teraz patrzyła mu prosto w oczy, walcząc z uśmiechem.
Zaryzykował.
– Mam dwie nazwy. Fachową i poetycką. Którą chcesz najpierw?
Skrzyżowała ręce na piersi.
– Obie.
Odchrząknął.
– Fachowa: dół kloaczny.
– A fe! – Zmarszczyła nos.
– Poetycka: Intymny Zakątek Agnieszki.
– Ty paskudo.
– W takim razie zapraszam do uroczystego otwarcia.
Zajrzała za plecioną osłonę i nacisnęła platformę stopą.
– A pozwolenie na budowę? Odbiór techniczny?
– Działamy w trybie uproszczonym, kochanie.
– A test obciążeniowy?
– Wykonałem osobiście.
– Tylko gdzie wstęga?
– Zbędna. Ceremonia będzie bardziej naturalna. Stań nad otworem, wypnij swój zgrabny tyłeczek i…
Zmrużyła oczy. Milczała.
Opuścił rękę.
Parsknęła i pacnęła go w ramię.
– Nie pozwalaj sobie, chamie. Ale zakątek biorę.
Śmiech urwał się nagle. Znieruchomiała, a źrenice rozszerzyły się.
Chwyciła się oburącz za brzuch. Skurcz zgiął ją wpół.
– O, nie…
Ruszyła do latryny drobnymi, sztywnymi krokami.
Robert odwrócił się do chłopca.
– My tymczasem pójdziemy po zwierzęta…
Zza plecionki dobiegł zduszony krzyk, potem mokry chlust. Chwilę później usłyszał gwałtowne torsje.
Zrobił krok w stronę płotka.
– Aga? Co jest?!
W tej samej chwili skurcz zacisnął się wokół jego żołądka. Zgiął się i zwymiotował resztkami porannej polewki. Torsje rzuciły go na kolana. Kwaśna treść wdarła się do nosa; z oczu popłynęły łzy.
Podparł się jedną ręką, kaszląc i spluwając gęstą śliną. Za osłoną Agnieszka zapłakała.
Po chwili wyszła zza osłony. Jedną ręką przytrzymywała się plecionki. Twarz miała popielatą, z kącika ust ściekała jej strużka żółci.
– Myślałam, że tylko kręci mnie w brzuchu… ale leci ze mnie górą i dołem.
– Mam to samo… – wychrypiał.
Zacisnęła powieki. Kiedy je otworzyła, mówiła już wolniej.
– To nie przeforsowanie. Infekcja jelitowa. Najpewniej woda.
Gniewko stał kilka kroków dalej i patrzył na nich w milczeniu. Jeszcze chwilę temu żartowali. Teraz oboje klęczeli w trawie.
Jadłem to samo co oni. Piłem to samo co oni. A ja jestem zdrowy.
Przez resztę popołudnia na zmianę znikali za osłoną. Intymny Zakątek przestał być żartem. Po każdym ataku wracali wolniej. W końcu zabrakło im sił, by ustać.
Gdy od strony ugoru dobiegło porykiwanie krowy, Robert uniósł głowę. Spróbował się uśmiechnąć. Gniewko cofnął się. Pot sklejał Robertowi włosy, twarz miał szarą, a wargi niemal białe. Kwaśny smród wymiocin. Wyziew choroby.
Ledwo składając słowa, wycharczał: – Gniewko… Musisz sam sprowadzić zwierzęta. Ja nie dam rady.
Gniewko nie ruszył się. Robert nie przypominał już człowieka, który rano wykopał dół i ścinał żerdzie. Ledwo trzymał głowę.
Tak wyglądali chorzy w jego chacie, zanim przestali wstawać.
Nie odpowiedział. Nie skinął głową. Odwrócił się i potruchtał w stronę ugoru.
To ja. To znowu ja!
Po kilku krokach zerwał się do biegu. Łzy spływały mu po policzkach.
Oni chorzy. Ja zdrowy. Tak jak matka. Tak jak ojciec. Ogień ich palił. I umarli. Wszyscy. A ja jadłem. I byłem zdrowy.
Zatrzymał się przy krowie. Dłonie drżały mu tak mocno, że nie potrafił rozwiązać węzła.
Pociągnął za powróz. Krowa nie ruszyła. Szarpnął mocniej.
– No idź!
Licho. Siedzi we mnie i wychodzi, kiedy ktoś podchodzi za blisko.
Obejrzał dłonie. Wyglądały normalnie. Czuł jednak, że są brudne. Złe.
Robert pachniał chorobą. Jak ojciec pod koniec.
Odwiązał kozy i poprowadził zwierzęta do zagrody.
Muszę iść. Muszę uciec. Zanim ich zabiję. Nie chcę.
Zatrzasnął furtkę i spojrzał na las.
Tam jest Leszy. Niech mnie znajdzie. Niech zrobi ze mnie kamień. Kamień nikogo nie zabije.
Pobiegł w stronę lasu. Łzy zasłaniały mu drogę; potknął się, odzyskał równowagę i biegł dalej.
Zobaczył ich.
Wlekli się ku chacie, zgarbieni, podpierając się nawzajem.
Agnieszka uniosła głowę znad ramienia Roberta.
– Gniewko! – zawołała. Głos załamał się na jego imieniu. – Musisz nam pomóc.
Zwolnił. Zrobił jeszcze dwa kroki i stanął, wciąż zwrócony ku lasowi. Stał sparaliżowany, patrząc na nich wielkimi oczami. Gniótł tunikę w zaciśniętych pięściach.
– Nie… – pisnął. – Nie mogę. Wy zemrzecie przeze mnie.
Agnieszka spojrzała na chłopca.
– Nie, kochanie. To nie przez ciebie. To woda.
Oparła czoło o ramię Roberta. – Ale tylko ty możesz nam teraz pomóc.
Stał sparaliżowany.
Uratować?
– Potrzebujemy wody – ciągnęła szybko, walcząc z kolejnym skurczem.
Stał, patrząc na nich wielkimi oczami.
– Wody? – szepnął.
– Tak. Przyniesiesz nam… Z rzeki?
Zamarł.
Rzeka.
Zobaczył ciemny nurt. Utopce. Ręce chwytające za kostki.
Spojrzał na nią. Stała zgięta wpół, wsparta na Robercie. Twarz miała szarą.
Umrą. Tak jak matka i ojciec. Przeze mnie.
Zacisnął powieki. Tam czekała śmierć.
Ale ona powiedziała: uratować.
Wróciła cisza, która zapadła w chacie po śmierci wszystkich.
Będę sam. Znowu sam. Nie chcę być sam.
Ona powiedziała: Ty możesz.
Zacisnął piąstki. Niech mnie Utopiec zabierze. Byle oni nie odeszli.
Nie odpowiedział. Minął ich, wpadł do chaty i wybiegł z wiadrem. Wiadro obijało mu się o kolana, gdy pędził w stronę rzeki.
Oparci o siebie, dotarli do chaty i osunęli się pod ścianą.
– Sól… miód… – wycharczała, bardziej do siebie niż do niego. Opierając się o pryczę i ścianę, dotarła do kąta z zapasami. Przesuwała dłonie po kolejnych garnkach. Znalazła! Palce trafiły na mały woreczek. Sól. Obok stał dzbanek zakryty drewnianym krążkiem i zalepiony woskiem. Miód.
Robert doczołgał się do paleniska i rozgrzebał popiół. Pod spodem tliła się jeszcze jedna głownia. Dmuchnął. Czerwień rozjarzyła się na moment.
– Chrust… – wyszeptała. – Musimy zagotować wodę.
Zebrał suche witki leżące przy chacie.
Gniewko zatrzymał się na brzegu. Rano woda lśniła w słońcu. Teraz cień drzew kładł się na niej czarnymi smugami. Każdy szmer nurtu przypominał szept.
Utopiec tam był. Czekał.
Cofnął się.
Złapie za nogi. Wciągnie i będzie ciemno.
Zacisnął powieki.
Ty możesz nas uratować.
Otworzył je i podszedł do brzegu.
– Chcesz mnie, Utopcu? To chodź!
Uklęknął na brzegu i opuścił wiadro. Nurt nim szarpnął.
To on! To jego ręka!
Palce ześlizgnęły mu się po mokrym drewnie. Zacisnął je mocniej. Przechylił wiadro i pozwolił, żeby napełniło się do połowy.
Szarpnął ku sobie. Upadł, ale nie wypuścił pałąka.
Wyciągnął wiadro na trawę.
Utopiec go nie zabrał.
Podniósł je obiema rękami i ruszył do chaty. Woda chlustała mu na bose stopy. Płakał i drżał, ale ani razu nie obejrzał się za siebie.
Wszedł do obejścia. Mokry, roztrzęsiony, ściskał wiadro obiema rękami.
– Woda – wysapał.
Robert pomógł mu przelać wodę do garnka i ustawił naczynie nad żarem. Woda grzała się nieznośnie wolno. Wreszcie na powierzchni pojawiły się pierwsze bąble.
Kolejny skurcz zgiął Agnieszkę. Spojrzała na latrynę po drugiej stronie obejścia. Za daleko. Zatoczyła się za róg chaty.
Robert usłyszał ją. Zaraz skurcz poderwał także jego. Przykucnął po drugiej stronie narożnika. Nie mieli już siły wstydzić się przed sobą.
Między atakami wydawała krótkie polecenia.
– Dmuchaj… Nie pozwól mu zgasnąć.
Pochylił się nad paleniskiem. Czarne węgielki rozjarzały się przy każdym oddechu, a sadza mieszała się z potem na jego dłoniach.
– Gniewko… Na miedzy za chatą rosną maliny. Przynieś młode liście.
Skinął głową. Po chwili wrócił z garścią zielonych liści.
Gdy woda zawrzała, pozwoliła jej jeszcze kipieć. Częścią wrzątku zalała liście malin. Resztę odstawiła do ostygnięcia.
Kiedy naczynie przestało parzyć dłonie, dodała sól i kawałek miodu. Mieszała, aż się rozpuściły.
– Pij. Małymi łykami. – Podała mu kubek.
Pił ostrożnie, robiąc przerwę po każdym łyku. Żołądek buntował się, ale płyn został na miejscu. Oddał jej kubek. Wypiła tyle, ile zdołała.
Co kilka chwil zmuszali się do kolejnego łyku.
Gniewko śledził dzbanek. Chorzy w jego chacie leżeli i czekali na śmierć. Ci dwoje walczyli, łyk po łyku.
Przygotowali kolejny dzbanek lekarstwa i poszli do chaty.
Po zmroku wymioty osłabły. Zostały dreszcze i wyczerpanie. Na pryczy wtulili się w siebie, nie z czułości, lecz dla resztek ciepła.
Gorączka paliła ich od środka, a chłód przenikał przez ściany. Dygotali tak mocno, że prycza skrzypiała. Co jakiś czas jedno budziło drugie i podsuwało mu kubek. Oddechy rwały się. Bolesne skurcze wyrywały ich z płytkiego, majaczącego snu.
Kilka razy w nocy pomagali sobie wstać i wyjść za chatę. Do latryny już nie dochodzili. Liczyło się tylko, by nie zabrudzić pryczy.
Każde wyjście z chaty kosztowało ich resztki sił.
Świt zastał ich na pryczy, wycieńczonych, obolałych, ale żywych.
Tutaj wkradł ci się błąd. Masz dwa razy wklejony ten sam fragment. Zaczyna się pod zdjęciem z ziarnami, a potem to samo pod kolejnym obrazkiem.
Widzę, że Gniewko pełni funkcję przewodnika po świecie słowiańskich bóstw. Piękne. Bardzo ujmująco przedstawiłeś jego rozterki.
Podoba mi się skupienie na tych przyziemnych rzeczach, bo to sprawia, że budujesz świat od podstaw. Idę dalej :)