w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34315
w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34315
Noc nie przyniosła ulgi. Ciemność w chacie gęstniała, lepiła się od zaduchu i zimna. Leżał z otwartymi oczami, wpatrując się w szczeliny w suficie.
Myśli nie dało się wyłączyć. Wirowały jak wściekłe osy. Poczucie winy dławiło w gardle, smakowało gorzej niż wczorajsza żółć. To on nacisnął przycisk. To jego ambicja ich tu ściągnęła. Nie sen. Nie iluzja. Ból w stłuczonych żebrach pulsował zbyt mocno, by wątpić. Rzeczywistość kopnęła go prosto w jaja.
Ona też czuwała. Słyszał to w jej oddechu – zbyt płytkim, zbyt kontrolowanym. Leżała sztywno, plecami do niego. Nawet nie drgnęła, gdy usiadł na skrzypiącej pryczy. Bolało bardziej niż uderzenie – ta obojętność. Że nie zapytała „dokąd idziesz?”. Że już jej to nie obchodziło.
Wstał. Zimno uderzyło w bose stopy.
Sięgnął po ubranie rzucone w kąt. Było zimne. Mokre. Śmierdziało całym wczorajszym dniem. Chwilę wcześniej zrzucał je z obrzydzeniem, jak skażoną skórę. Dziś wciągał je z powrotem, dygocząc z zimna. Mokry, brudny materiał przykleił się do ciała jak lodowaty okład. Zacisnął zęby, tłumiąc dreszcz.
Chłopiec poruszył się w swoim łóżku. Trząsł się przez sen, zęby szczękały cicho, rytmicznie.
Podszedł do niego. Chwycił małą, lodowatą dłoń. Malec otworzył oczy – czarne, przerażone dziury w mroku.
– Chodź – szepnął. – Tam cieplej.
Zaprowadził go do ich pryczy. Podniosła róg śmierdzącej skóry. Dziecko położyło się obok niej, instynktownie szukając ciepła. Skuliła się wokół niego.
Wyszedł. Musiał coś robić. Inaczej by zwariował.
Noc zapadła czarna i mglista. Księżyc za chmurami ledwie oświetlał ziemię, ale powietrze już niosło zapowiedź dusznego dnia.
Uderzył szpadlem – tępym, drewnianym narzędziem znalezionym w szopie.
Ziemia na skraju obejścia, twarda i zbita, spowita siecią korzeni, opierała się szpadlowi.
Musiał wykopać dół. Głęboki dół. Nie chciał, żeby znów musiała czołgać się w pokrzywy i płakać ze wstydu. Tylko tyle mógł dla niej zrobić – dać jej dziurę w ziemi, żeby mogła się załatwić z odrobiną godności. Inżynieria sanitarna, poziom zerowy.
Uderzył znowu. Szpadel ześlizgnął się z głośnym zgrzytem, a wstrząs rozszedł się po kościach ramion, aż do karku, który pulsował bólem po wczorajszych ciosach.
Żadnych wielkich planów. Tylko dziura na gówno. Na to mu pozwalała obecna technologia.

Narzucił sobie mordercze tempo, jakby chciał się ukarać. Potrzebował tego bólu. Z każdym wbiciem łopaty uderzał we własne sumienie. Za pychę. Za ambicję. Za to, że ściągnął ją z Księżyca do chlewu. Pot zalewał mu oczy, oddech rwał się w płucach, mięśnie piekły żywym ogniem. Dobrze. Prosty ból zagłuszał myśli. Chciał się zaharować, doprowadzić do stanu, w którym nie czułby poza piekącymi mięśniami. Chciał zmęczeniem zabić pamięć o tym, co zrobił.
Zaklął, ocierając pot z czoła brudnym przedramieniem. Wykop sięgał mu już do pasa.
Pochylił się, by wyszarpać gruby, śliski, chłodny korzeń. Zaparł się nogami w błocie i pociągnął. Korzeń stawił opór, sprężynował, pękł z głośnym trzaskiem.
Szarpnięcie pozbawiło go równowagi. Upadł ciężko na plecy.
W tym samym momencie słońce wyszło zza koron drzew.
Promień światła oślepił go, zalewając oczy bielą.
Trzask. Zapach. Błysk.
Czas pękł.
* * *
– Trzy… dwa… jeden… START!
Laboratorium Instytutu Continuum Czasoprzestrzennego ożyło. Feeria laserowych wiązek stworzyła nad centralną aparaturą świetlistą klatkę. Narastający, wibrujący szum.
Wewnątrz instalacji, na sterylnej tacy, leżała martwa mysz.
– Przekazuję kontrolę do systemu! – krzyknął.
Wskaźniki zapłonęły zielenią. Przez chwilę wszystko szło zgodnie z symulacją. A potem fizyka przestała współpracować.
– Fluktuacje! – krzyknął operator.
– Biosensory wariują!
Wskaźnik stabilności pola zmienił kolor na bursztynowy. Szum maszyn zyskał metaliczną, upiorną nutę.
– Skompensuj!
– Nie da się! To nie my pobieramy prąd… coś go wysysa!
Czerwień. Alarm. Wskaźniki skoczyły na koniec skali.
Torba na pulpicie sterowniczym zaczęła dymić. Materiał napiął się i pękł z suchym trzaskiem. Czarny sześcian uniósł się w powietrze.
Nie spadł. Zawisł.
– Wyłączyć! – wrzasnął, uderzając w grzyb awaryjnego stopu.
Nic.
Sześcian pulsował, zasysał światło. Wytworzył koronę wyładowań; błyskawice nie uciekały. Wracały. Obiekt pił energię z przeciążonych generatorów. Gigawaty mocy płynęły w małą kostkę.
Sprzężenie zwrotne. Zrozumiał w ułamku sekundy. Maszyna pompowała chaos. Sześcian go połykał i wypluwał… porządek.
Wewnątrz klatki ziściła się niemożliwość.
Martwa mysz drgnęła. Stanęła na łapkach. Żyła.
– Niemożliwe… – szepnęła Agnieszka.
To nie zmartwychwstanie, lecz taśma puszczona wstecz.
Mysz zaczęła się kurczyć. Sierść zniknęła. Różowe ciałko ślepego oseska pisnęło bezgłośnie. Sekunda później – czerwona grudka embrionu. Kolejna sekunda – nicość.
Mysz zniknęła, cofnięta w niebyt.
Zasięg promieni rozszerzał się. Błyskawice pełzły po pulpicie. Szły po nich.
Rzucili się razem. Instynkt, nie rozum. Przerwać obwód. Zabrać katalizator.
Ich dłonie zacisnęły się na czarnej powierzchni sześcianu.
Zimno. Absolutne zero.
Biel.
* * *
Otworzył oczy, łapiąc powietrze jak topielec.
Stał w dole, głębokim do pasa, po kolana w glinie. Serce waliło mu jak młotem o żebra. W dłoniach wciąż ściskał pęknięty korzeń dębu.
Nie mysz. Oni.
Przenieśli się.
Spojrzał na swoje brudne ręce. Nic się nie zmieniło. Nie odmłodnieli. Więc nie czas biologiczny. Czasoprzestrzeń. Sześcian wyrwał ich z punktu A i rzucił w punkt B.
Gdzie i co ważniejsze, kurwa, KIEDY?
Wyrzucił korzeń na zewnątrz dołu.
Chwycił łopatę. Uderzył w ziemię z nową furią.
Glina.
Zatrzymał się w połowie zamachu. Spojrzał na urobioną ziemię. Tłusta, lepka, żółtawa glina.
Musi zbudować piec. Ognisko dymi, uduszą się w chacie. Z tej gliny ulepi cegły. Wypali je. Zbuduje piec z kominem.
Będą mieli ciepło.
Oto był mały, brudny, prymitywny plan.
Zaczął kopać szybciej.
Wygramolił się z dołu. Czuł wyczerpanie. Do starego bukietu wczorajszego dnia doszedł nowy akcent. Woń mokrej ziemi i potu w ilościach przemysłowych. Ściekał mu po plecach, szczypał w oczy, mieszał się z błotem, tworząc na skórze cuchnącą skorupę. Jego umysł pracował już na innych obrotach.
Glina.
Wziął w garść lepką, żółtą maź.
Piec widział tylko na obrazkach. Nie wiedział, jak zachowuje się glina w ogniu. Zrobił trzy kulki.
Pierwsza – czysta glina.
Druga – wymieszana z piaskiem.
Trzecia – z dodatkiem suchej trawy.
Wrzuci je w żar ogniska. Zobaczy, co uzyska. Empiria – matka nauki.
Ruszył do chaty.
– Wstawać, śpiochy! – rzucił głośno.
Silił się na wesołość, ale głos mu zadrżał. Radość na kredyt, nerwowa próba przykrycia wczorajszego milczenia. Bał się, że wciąż pozostanie tą obojętną bryłą z nocy.
Poruszyła się gwałtownie. Usiadła na pryczy, mrużąc oczy, zdezorientowana. Brudne włosy miała w nieładzie, na policzku odciśnięty ślad deski.
– Która godzina? – mruknęła, przecierając twarz.
Parsknął krótkim, chropowatym śmiechem. Uniósł wyprostowaną dłoń, na której ustawił palec, spojrzał na słońce, szukając cienia.
– Chyba południe.
Spuściła wzrok. Policzki jej pociemniały.
– W nocy telepało mnie z zimna – zaczęła się tłumaczyć, naciągając skórę na ramiona. – A teraz… zrobiło się ciepło i mnie ścięło. Przepraszam. Nie powinnam…
Podniosła wzrok i zamilkła.
Dopiero teraz zobaczyła go w pełnym świetle. Stał w progu, pokryty warstwą błota, która przyschła, tworząc skorupę. Wyglądał jak golem.

– Co się stało?! – krzyknęła. Zerwała się z pryczy. W jej głosie zadźwięczała czysta panika – Gdzie ty byłeś?! Jesteś ranny?
Uniósł dłonie w uspokajającym geście, a z rękawów posypała się zaschnięta ziemia.
– Spokojnie. To tylko błoto.
Uśmiechnął się, ale oczy miał zmęczone.
– Nie pytaj. Jeszcze chwilę. Zobaczysz.
Podeszła do niego, marszcząc nos. Zapach stęchlizny i mokrej gleby dławił.
– Wyglądasz jak potwór z bagien – stwierdziła, ale w jej głosie ulga mieszała się z troską. – Nie siądziesz tak do… do jedzenia… czymkolwiek ono będzie.
Chwyciła gliniane naczynie z resztką wody.
– Daj ręce.
Polała mu dłonie. Tarł skórę, ale tylko rozmazywał tłustą glinę. Woda spływała, zostawiając brudne smugi.
– Nie schodzi – mruknął. – Wżarło się.
Patrzyła na brudną wodę kapiącą na klepisko. Potem jej wzrok przesunął się na wygasłe palenisko. Na szarą stertę popiołu.
Zamarła. W jej oczach zapaliła się iskra zrozumienia.
– Popiół… – szepnęła.
Spojrzał na nią pytająco.
– Popiół! – powtórzyła głośniej, chwytając go za brudny nadgarstek. – No oczywiście!
W jej głosie po raz pierwszy od przybycia brzmiała energia. Nie strach, nie histeria, ale ekscytacja naukowca.
– Mydło! Robert! Mamy mydło! Możemy zmyć ten syf!
W wypalonym ognisku zobaczyła namiastkę cywilizacji, którą właśnie stracili.
Pociągnęła go w stronę drzwi.
– Bierz wiadro, zgarnij popiół. Idziemy nad rzekę. Będziemy się szorować.
Stanęli na łagodnym, piaszczystym brzegu. Nabrała do wiadra odrobinę wody i dłońmi zaczęła rozcierać popiół, tworząc gęstą, szarą pastę. Ich spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę. W ich oczach odbiło się napięcie i lekkie zakłopotanie, echo wczorajszych emocji. Skrępowanie. W ich świecie taka publiczna nagość uchodziła za tabu, a instynkty mocno się w nich odzywały. Napotkali kolejną barierę, którą musieli przełamać – nie między sobą, lecz między światem.
Przygryźli lekko wargi. Rozbierali się. Szybko, nerwowo, odwróceni od siebie. Stali nadzy na środku obcego, wrogiego świata. Zimna woda orzeźwiła ich, budząc do życia. Lodowaty uścisk wywołał dreszcz, który szybko ustąpił miejsca przyjemnemu mrowieniu.
Podała mu garść szarej mazi, nie dotykając jego dłoni. Zaczęli się szorować. Pasta z popiołu drapała jak papier ścierny. Drobinki węgla raniły naskórek, ale chemia działała, choć piekła i drażniła skórę. Ta brutalna dezynfekcja nie przypominała kąpieli. Tarł ramiona z furią, jakby chciał zedrzeć z siebie nie tylko brud, ale i winę. Piekło, lecz ten ból przynosił oczyszczenie. Starała się zmyć z włosów tę obrzydliwą zaschniętą mieszankę błota i wymiocin. Stali obok siebie. Nadzy, dygoczący z zimna, szorujący własne ciała w milczeniu. Żadne nie wyciągnęło ręki, by pomóc drugiemu.
Zauważyli, że chłopiec stoi nieruchomo na brzegu, wciąż w swojej brudnej tunice. Nie ruszył się ani o krok.
– Chodź do nas – zawołała. Cofnął się, kręcąc gwałtownie głową. Na jego twarzy malowało się czyste przerażenie.
– Co się stało? – Robert podszedł do niego. – Woda jest zimna, ale tylko przez chwilę.
– Nie można – szepnął, a jego oczy były szeroko otwarte ze strachu. Wskazał drżącym palcem na ciemniejszy, głębszy nurt na środku rzeki. – Tam… tam mieszkają Topielce i Utopce też.

Agnieszka zamarła, stojąc po kostki w lodowatej wodzie.
– Co one robią? – zapytała cicho.
– Ciągną za nogi – odparł chłopiec. – Pod wodę. Na dno. I już się nie wraca. Mama mówiła, żeby nie wchodzić do rzeki.
Wyszła z wody i przykucnęła przed nim. Nie śmiała się z jego strachu. Potraktowała go z pełną powagą.
– Twoja mama miała rację – powiedziała łagodnie, a jej głos był ciepły i spokojny. – Głęboka woda jest niebezpieczna i nie wolno tam wchodzić samemu. Ale spójrz. My jesteśmy tutaj, na samym brzegu. Woda sięga tylko do kostek, jest płytka. Jesteśmy tu z tobą. Będziemy cię pilnować. Obiecuję, że żaden topielec cię nie złapie, gdy jesteśmy obok.
Gniewko wciąż patrzył na nią nieufnie. Uśmiechnęła się. Nabierała w dłonie wodę i delikatnie polewała jego brudne nogi. – Widzisz? Woda przyszła do ciebie. Nie musisz iść do niej.
Podszedł i również zaczął chlapać chłopca, zamieniając przerażającą kąpiel w ostrożną zabawę. Gniewko początkowo się wzdrygał, ale widząc, że nic złego się nie dzieje, a jego nowi opiekunowie są tuż obok, powoli zaczął się rozluźniać.
Stał po kostki w wodzie i patrzył na nich.
Podeszła do niego. – Teraz twoja kolej – powiedziała, chlapiąc go wodą, by przerwać jego zawieszenie. Pozwolił, by umyła mu twarz i włosy, czas stojąc bezpiecznie w płytkiej wodzie przy brzegu. Dokładnie umyła i wyszorowała go pastą, dbając o każdy brudny zakamarek jego drobnego ciała. Chłopiec od dni, a może i tygodni, nie widział wody.
Kiedy ona myła Gniewka, on rozejrzał się po zarośniętym trzciną brzegu. Jego wzrok spoczął na gęstych, wysokich łodygach, które kołysały się na wietrze. W jego głowie natychmiast zaczął układać się plan na nowy, solidny dach.
Przeprali swoje ubrania, szorując je z pasją, jakby chcieli zetrzeć cały wczorajszy dzień. Przepłukali je w bystrym nurcie. Ubrali zimne i mokre ubrania, czując dreszcz, ale i odświeżenie.
Zaczęli kichać, a dreszcz przeszywał ich ciała. Otarła nos. – Szybko, rozpalaj ogień! Musimy się ogrzać! – powiedziała, trzęsąc się z zimna.
Sprawnie zebrał chrust. Rozpalenie zajęło mu chwilę, na co nie omieszkał z dumą zwrócić ich uwagi.
– Widzieliście, jak szybko to zrobiłem? – rzucił z zadowoleniem, obserwując, jak płomienie zaczynają lizać cienkie patyki.
Drżąc, podeszła bliżej ognia, wyciągając dłonie ku rosnącemu ciepłu. Spojrzał na nią z troską.
– Zróbmy większą porcję – powiedział cicho. – Wiem, że to trudne, ale musisz zacząć jeść więcej. Powoli, ale przez cały dzień. Musisz na nowo rozepchać żołądek, inaczej nie będziesz miała siły na… na to wszystko.
Uniosła brew, a w jej oczach pojawił się cień irytacji.
– Łatwo ci mówić. A biorąc pod uwagę nasze zapasy, mój mały żołądek stanowi błogosławieństwo, a nie problem.
– Błogosławieństwo? Padniesz z wyczerpania – odparł stanowczo, ale bez złości. – Ja mogę kopać w ziemi, ale to ty wiesz, co zrobić z tym zatrutym ziarnem. Ty masz wiedzę, która może nas uratować. Twoja głowa znaczy więcej niż moje mięśnie. A żeby myśleć, potrzebujesz energii. Czysta biologia.
Milczała przez chwilę, ugodzona trafnością jego argumentu. Spojrzała na swoje drżące dłonie, a potem skinęła niechętnie głową.
Ciepło ogniska i zupy rozlewało się błogo wewnątrz ich zziębniętych ciał.
– Gniewko. Posłuchaj – zaczął, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Od dzisiaj musimy działać razem. Jak jedna rodzina. A każda rodzina ma swoje obowiązki. Ty znasz to miejsce najlepiej. Powiedz mi, co trzeba zrobić każdego ranka?
Chłopiec utkwił w nim poważne spojrzenie. Prawdopodobnie pierwszy raz usłyszał pytanie, a nie rozkaz, od dorosłego. Wskazał małym palcem w stronę zagrody, gdzie trzymali zwierzęta.
– Krowę i kozy trza paść. Na polu. Tam dobra trawa – powiedział prostymi, ale pewnymi słowami.
– Dobrze. A świnie i kury? – dopytywał.
– Świnie same do lasu idą. Jeno im furtkę otworzyć. Same wrócą na wieczór. A kury… – tu się zawahał. – Kury trza wypuścić, to sobie same coś znajdą. I zamknąć na noc, żeby lis nie porwał.
Przytakiwał chłopcu w milczeniu. Role się odwróciły: to dziecko stało się nauczycielem..
– W porządku. Czyli teraz to twoja praca, zgoda? – powiedział, a jego głos był łagodny, ale stanowczy. – Twoim obowiązkiem będzie rano wyprowadzić krowę i kozy na pastwisko i wypuścić świnie i kury na obejście. A wieczorem twoim obowiązkiem będzie sprawdzić, czy wszystkie wróciły i zamknąć je bezpiecznie w zagrodach. Dasz radę? To bardzo odpowiedzialne zadanie.
Malec nie uśmiechnął się, a jego twarz pozostała beznamiętna, choć w oczach zapłonął błysk dumy. Poważnie skinął głową.
– Przyniosę worek ziarna ze spichlerza. Będziesz mogła je tutaj przebierać, w cieple ogniska, nie zmęczysz się przy tym. Wtedy ocenimy, ile ziarna faktycznie nadaje się do jedzenia. Ja z Gniewkiem pójdziemy popytać, czy ktoś ma siekierę i czy ją nam pożyczy.
Skinęła głową. Ten prosty, logiczny plan – podział zadań, konkretny cel – stanowił kotwicę rzuconą w morze chaosu, w którym tonęli od wczoraj. Metodyczne podejście podziałało na nią kojąco.
Ujął chłopca za rękę. Ten, wciąż milczący, spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, a potem posłusznie ruszył z nim w stronę wioski. Słońce, przyjemnie ogrzewając ich twarze i plecy, dosuszało jeszcze wilgotne ubrania i zdawało się dodawać im energii, niczym niewidzialny zastrzyk nadziei.
Jednak w miarę jak zagłębiali się między zabudowania, ta nadzieja zderzała się z twardą, brudną rzeczywistością.
Dla człowieka przywykłego do prostych linii i planowej zabudowy, osada uderzyła go swoim prymitywizmem. Zamiast domów ujrzał kretowiska. Chaty, wryte do połowy w ziemię, kryły się w gruncie, ich dachy z nierówno ułożonej darni i słomy wyrastały wprost z gruntu, przypominając omszałe garby. Z niewidocznych szczelin w dachach leniwie snuł się gryzący dym.
Szli główną, wydeptaną ścieżką, a każdemu ich krokowi towarzyszyła narastająca cisza.
Ludzie, których mijali, przerywali swoje zajęcia. Kobieta ucierająca coś na płaskim kamieniu zamarła z uniesioną ręką, odprowadzając ich wzrokiem. Dwoje dzieci, bawiących się w błocie patykami, uciekło za róg najbliższej ziemianki, wyglądając stamtąd z bezpiecznej odległości wielkimi, przestraszonymi oczami. Jakiś mężczyzna wyprostował się powoli, ocierając pot z czoła wierzchem brudnej dłoni. W jego zimnym spojrzeniu próżno było szukać wrogości, raczej… próbę oceny. Patrzył jak na nieznane, potencjalnie niebezpieczne zwierzę, które weszło na jego teren.
Spojrzenia paliły go na skórze. Czuł się nienaturalnie wysoki i obcy w swoich ubraniach. Drażniła go rola intruza. Obcym ciałem, które zostało przeszczepione w ten surowy organizm i które wioska wciąż mogła odrzucić.
Ścisnął mocniej dłoń Gniewka. Chłopiec szedł sztywno, ze wzrokiem wbitym w ziemię, jakby chciał zniknąć. Dla niego te spojrzenia nie były nowością, a Robert dopiero teraz poczuł ciężar piętna, jakie na nim spoczęło.
Wędrując przez osadę, czując na plecach ciężar kilkudziesięciu par oczu, w końcu dotarli do chaty Kwiecisza. Starzec siedział przed domem, w skupieniu ostrząc nóż na kamieniu, wykonując miarowe, powtarzalne ruchy.
Dzień dobry – skłonił się. Z szacunkiem dla siwej głowy i – co ważniejsze – władzy, którą ten starzec dzierżył.
Starzec nie przerwał ostrzenia. Szurnięcie. Błysk. Dopiero po chwili uniósł wzrok. Oczy miał zimne, jakby szacował, czy Robert przeżyje do zimy.
– Żyjecie jeszcze – stwierdził sucho, bardziej do siebie niż do niego. – Jak noc?
– Zimna – odparł krótko.
Wziął głęboki oddech. – Potrzebuję siekiery, Kwieciszu.
Ręka starca zamarła w pół ruchu. Cisza, która zapadła, zgęstniała.. Prośba o siekierę była prośbą o majątek.
– Siekiery? – powtórzył powoli, zaskoczony. – Myślisz, że żelazo na drzewach rośnie? Że u nas siekiery w błocie leżą?
– Nie – odparł spokojnie. – Wiem, że to cenna rzecz, ale dałeś nam zadanie. Kazałeś karmić sierotę, dbać o pole. Bez ognia zamarzniemy. Jak mam spełnić twoją wolę gołymi rękami?
To był argument. Kwiecisz mruknął coś pod nosem, odłożył nóż i wstał ciężko.
Wszedł do chaty. Wrócił po chwili, niosąc topór.
Narzędzie nie przypominało zwykłego topora. Tkwił w nim kawał historii. Wyślizgany trzonek, pociemniały od potu i tłuszczu, idealnie dopasowany do dłoni. Głowica z ciemnego, kutego żelaza, miejscami wżarta rdzą, ale krawędź tnąca lśniła, świeżo ostrzona.
– Dobra, mocna. Nie pęka na sękach. Nie puścił trzonka, dopóki ich spojrzenia się nie spotkały.
– Jeśli zgubisz… – zawiesił głos, a groźba zabrzmiała wyraźniej niż krzyk. – Jeśli wyszczerbisz na kamieniu… to oddasz rękę. Zrozumiano?
Chwycił topór. Ciężki. Solidny.

– Będę dbał jak o własną – obiecał. – Nawet bardziej, bo własnej nie mam.
Kwiecisz puścił trzonek i splunął, pieczętując umowę.
– A krowa? – zapytał, idąc za ciosem. – Gniewko mówi, że trzeba ją wyprowadzić. Gdzie mogę ją paść, żeby nikt mnie widłami nie pogonił?
Starzec wskazał sękatym palcem na łąkę, na której wylądowali dzień wcześniej.
– Tam. Łąka, wspólna wioskowa. Trawa tam tłusta.
– Idź już – machnął ręką, wracając do swojego kamienia i noża. – Gadaniem chałupy nie ogrzejesz.
Wziął głęboki oddech. Wiedział, że to, co zaraz powie, może zniszczyć tę kruchą nić zaufania, którą właśnie zdobył. Ale milczenie w obliczu śmiertelnego zagrożenia niosło większe ryzyko. Spojrzał na chłopca, który stał obok nich, zapatrzony w ostrze siekiery.
– Kwieciszu… – zawiesił głos, szukając odpowiednich słów, jak zacząć, jak przekazać straszną prawdę. – Muszę ci o czymś powiedzieć. O ziarnie. To, które znaleźliśmy w workach… jest zatrute. Jesteśmy pewni, że to ono zabiło rodzinę chłopca. – Spojrzał mu prosto w oczy. – Niektóre rodziny jedzą zatrute ziarno. Przekaż im, by zachowali ostrożność, by nie jedli czarnych ziaren i tych zapleśniałych.
Starzec odpowiedział, a w jego głosie pojawiło się nagłe zniecierpliwienie zmieszane z niedowierzaniem. – Ale jak ja mam powiedzieć ludziom, żeby wyrzucili dobre jedzenie? To jedyny zapas, jaki mamy!
– Właśnie tu kryje się niebezpieczeństwo; to ziarno tylko udaje pożywienie. – Powiedział, jego głos był teraz twardy i stanowczy, pełen desperackiej próby przekonania starca o niewidzialnym wrogu.
Starzec patrzył na niego długo, mrużąc oczy, jakby oceniał, czy przybysz jest szalony, czy tylko głupi. Nie odpowiedział. Pokręcił tylko głową z głębokim, pogardliwym niedowierzaniem i odwrócił się na pięcie. Ruszył w stronę chaty, mrucząc pod nosem słowa, które brzmiały jak przekleństwa rzucane na głupców marnujących boże dary.
Robert stał chwilę, patrząc na jego plecy, po czym zacisnął szczęki. Zrobił, co mógł.
* * *
Wrócili do chaty, przywitała ich smutną miną.
– Nie mam dobrych informacji – powiedziała. – Jeśli jedna trzecia nadaje się do jedzenia, uznam to za sukces. Gniewko wbił wzrok w ogień, w którym płonęło ziarno.
– Nie! – Z jego gardła wyrwał się dziki, zwierzęcy wrzask. Rzucił się w stronę paleniska, gołymi rękami próbując wygrzebać to, co tam cisnęła. Żar go powstrzymał. Cofnął się z sykiem bólu. Dopadł do niej. Wyrwał jej z dłoni kolejny czarny rogalik, zanim zdążyła go wrzucić w ogień.
– Zostaw! – Dyszał ciężko, tuląc pięść do piersi, jakby chronił pisklę przed jastrzębiem. Oczy miał szalone, pełne łez. – Palisz Matkę! To Spor! To bogactwo!
Zamarła. Chłopiec drżał. Gotów był walczyć, byle nie oddać skarbu. Bała się, że zaraz włoży go do ust, by uratować przed ogniem.
– Spójrz na to – powiedziała cicho ale stanowczo. – Tylko spójrz.
Chłopiec cofnął się o krok, ale uchylił palce. Na dłoni lśnił czarny, tłusty róg.
– To Dar – szlochał. – Gdzie Spor w worku bywa, tam mąki przybywa. Ojciec go zbierał. To święte.
– Święte? – Wbiła w niego twardy wzrok. – Patrz na to. Czarne. Twarde. Martwe. Przypomnij sobie nogi ojca, zanim umarł. Czy nie były takie same? Czarne jak węgiel?
Gniewko zamrugał. Spojrzał na rożek, potem na ogień, potem znów na swoją dłoń. Obraz poczerniałych kikutów ojca uderzył w niego gwałtownie.
– Czarne… – szepnął, a jego twarz posmutniała.
– Urósł taki wielki, bo pożarł ziarno – ciągnęła bezlitośnie. – A potem zjadł twojego ojca i rodzinę. Chciał być wielki jak oni. To nie dar, Gniewko. To demon.
Chłopiec zacisnął mocno powieki, w jego umyśle toczyła się walka. Widział czarne, zakrzywione, suche palce rodziców i rodzeństwa. Tak samo czarne i zakrzywione jak ziarenko, które ściskał w dłoni. Przez zaciśnięte szczęki wyszeptał. – Nie Spor. Podmieniec! – Zimnym, opanowanym ruchem cisnął ziarno w sam środek płomieni.
– Płoń – wycedził z nienawiścią.
– To zabiło twoją rodzinę – zareagowała na jego gest. – Musimy to spalić.
– Za osadą rozciąga się pastwisko. Wspólne – powiedział trochę niespójnie próbując opanować emocje po tym co zobaczył. – Możemy tam wypasać krowę i kosić trawę.
– Teraz z Gniewkiem zaprowadzimy krowę i kozy na pole a później pójdziemy do lasu narąbiemy trochę drzew. Od jutra zaczniemy kosić trawę na wspólnej łące i zaczniemy ją suszyć na zapas.
Poszli do spichlerza, znaleźli powrozy i wyprowadzili zwierzęta na ugór. Uwiązali zwierzęta do wbitych palików. Gdy dotarli do skraju lasu, Gniewko złapał opiekuna za spodnie, ciągnąc go mocno.
– Co się stało? Chodź, musimy narąbać dużo gałęzi.
Gniewko stanął zdecydowanie i odpowiedział.
– Tam… nie wolno iść! Bo tam Leszy!
– Kto? – zapytał zaskoczony.
– Leszy! Wielgi… duży jak drzewo! Ma oczy jak ogień, tak, świecą… i zmienia się. On najpierw… drzewo jest… a potem… niedźwiedź… albo wilk… albo… albo inny zwierz! I on… woła, głos ma jak tata… albo mama… i woła: „Chodź, chodź!"… a jak pójdziesz… to już nie wrócisz. Bo ścieżka znika… błądzi się… i nie ma domu…
I on też gada… że skarby ma… ale to nie prawda! Bo on chce… żeby cię zgubić. I wtedy… i wtedy może przyjść wilk… albo sowy takie wielkie… albo drzewa będą gadać… szumieć i krzyczeć… i człowiek się boi… i już nie wie, gdzie iść.
A jak Leszy się zezłości… to cię zmieni… w kamień… albo w drzewo… albo w ziemię… i znikasz… i nikt nie pamięta.
Słuchał go w milczeniu, a jego początkowe rozbawienie szybko ustąpiło miejsca powadze. Nie śmiał się. W drżącym głosie chłopca słyszał nie bajkę, a prawdziwe, paraliżujące przerażenie. Kucnął przy nim.
– Gniewko – powiedział cicho i poważnie. – Las kryje niebezpieczeństwa i można w nim usłyszeć i zobaczyć dziwne rzeczy. Czasem wiatr gwiżdże między drzewami jak ludzki głos, a cień rzucany przez gałąź wygląda jak potwór. I bardzo łatwo zgubić ścieżkę, gdy wszystkie drzewa są do siebie podobne.
Spojrzał w głąb mrocznego lasu, a potem z powrotem na chłopca.
– Ale my nie wejdziemy głęboko. Zostaniemy tutaj, na skraju, tak żeby widzieć naszą chatę. Trzymajmy się razem. A ja mam siekierę, żeby narobić hałasu i odstraszyć wilki. A jeśli chodzi o gubienie drogi… Zobacz – podniósł siekierę i zrobił głębokie, wyraźne nacięcie na korze najbliższego drzewa. – Oznaczymy naszą drogę. Leszy nas nie oszuka… Zgoda?
Spojrzał na nacięcie na drzewie, a potem na mężczyznę. Jego strach nie zniknął, ale w jego oczach pojawiło się coś nowego – cień zaufania i ciekawości. Powoli, niepewnie, skinął głową.
Potraktował to jako pozwolenie. Wszedł kilka kroków w głąb lasu. Siekiera, ciężka i dobrze wyważona, śmigała w jego dłoniach, a praca szła sprawnie. Zaczął ścinać młode, proste drzewka i odrąbywać grubsze gałęzie z rozłożystych krzewów, układając je na stosie.
Chłopiec nie ruszył się ze skraju lasu. Stał jak mały, czujny strażnik, obserwując pracę. Jego wzrok co chwilę uciekał jednak w głąb puszczy, nasłuchując i wpatrując się w cienie, jakby spodziewał się, że lada chwila zmaterializuje się w nich Leszy.
W końcu jego praktyczny, wiejski umysł wygrał ze strachem. Podszedł do rosnącego stosu, podniósł jedną z gałązek i mierząc ją spojrzeniem, powiedział. – Te patyki… mokre są… ogień ich nie złapie…
– Tak, wiem, ale to nie na ognisko – odpowiedział Robert, ścinając kolejne drzewko. Ściął jeszcze kilkanaście grubszych, długich żerdzi i odarł je z gałęzi. – To zostawimy tutaj na jutro, a teraz weź tyle gałęzi, ile dasz radę unieść, i wracamy.
Zabrali dwa naręcza gałęzi i ruszyli w stronę wykopu. Nagle Gniewko stanął. Patyki wysunęły mu się z rąk i z trzaskiem spadły na trawę. Ziemia rozwarła się przed nimi. Słońce stało wysoko, grzało ich, ale z tej czarnej dziury bił chłód. Wyraźny, lodowaty powiew, niosący zapach mokrej stęchlizny. Chłopiec zrobił chwiejny krok w tył. Jego bose stopy instynktownie szukały oparcia, byle dalej od krawędzi. Włoski na jego przedramionach stanęły dęba.
– Uciekajmy… – wyszeptał, tuląc się do nogi mężczyzny i pociągając go za spodnie. – To… to… Zmora! Ona tam mieszka! Widzisz? Ciemno… jak w Nawi!
– Jaka Zmora? Tu nikogo nie ma, to tylko dziura w ziemi.
– Nie! Ona tam jest! – Zakrzyknął i cofnął się gwałtownie, wskazując drżącym palcem na na dziurę, jakby zobaczył tam poruszenie. Zaczął mówić szybko, zachłystując się słowami, byle tylko ostrzec opiekuna.
– Ona jest biała… cała biała i śliska… jak robak spod kamienia! – wyrzucał z siebie, kurcząc palce, by pokazać kształt potwora. – Ma palce… takie długie, cieniutkie… i pazury ostre! Żeby łapać!
Złapał się za szyję, pokazując morderczy uścisk potwora. – I nie ma oczu! Nie ma! Tylko dziury… i tam w środku ogień siedzi! I ona wylezie… jak będziesz spał… i wyciągnie jęzor, taki długi jak ma wąż… i włoży… i wypije oddech! Cały!
Widząc autentyczne przerażenie Gniewka, przykucnął obok niego. Chłopiec trząsł się, wpatrzony w czeluść dołu, czekając, aż blade, kościste łapy wychyną z mroku.
– Ona… ona już… tu jest! – jęknął, mocniej ściskając nogawkę mężczyzny. Odwrócił się gwałtownie. Poczuł to na karku. Nieuchwytny kształt czaił się tuż za nimi, na granicy lasu. Jego oczy biegały gorączkowo po trawie i zaroślach. Każdy cień wydawał się wydłużać, wyciągać w stronę ich stóp jak szara, lepka macka. Wiatr szeleścił w gałęziach. Z ciemności dobiegał cichy, rytmiczny szmer. Ktoś ciągnął po ziemi długie, suche kości. Szur. Szur.
– Ona… ona nas… chce wciągnąć! Do środka! Do tej… do tej dziury! – wyszeptał, dławiąc się łzami.
Już czuł ten dotyk. Śliskie, zimne ramiona oplatające ich w pasie. Szarpnięcie w tył. Upadek w czeluść. Widział to. Widział, jak słońce nad głową kurczy się do rozmiarów ziarnka maku i gaśnie. Zostaje tylko zimno, lepkie błoto i mrok. I ten szept tuż przy uchu. Na zawsze.

Widząc chłopca drżącego na granicy histerii, przykucnął przy nim…
Jego dłoń delikatnie objęła drżące ramię malca. Czuł, jak dziecko się trzęsie niczym liść na wietrze. Przyciągnął go bliżej, a jego niski głos, zazwyczaj donośny, teraz nabrał miękkości i spokoju.
– Spokojnie – szepnął, gładząc go po włosach. – To ja wykopałem tę dziurę. Pamiętasz, jaki brudny przyszedłem do chaty rano? Ziemia oblepiała mnie wszędzie, na włosach, na ubraniu… Stąd to wszystko.
Chłopiec spojrzał na niego swoimi szeroko otwartymi, pełnymi łez oczami, wciąż nie rozumiejąc. Cały obraz Zmory, czającej się za plecami i gotowej wciągnąć ich w otchłań, wciąż tkwił mu w głowie. – Ale po co? – wychrypiał, jego głos wciąż łamał się ze strachu. –Po co taka… jama?
Uśmiechnął się lekko, widząc, że strach chłopca powoli ustępuje miejsca ciekawości. – Zaraz ci pokażę. Ale najpierw musimy dokończyć pracę, dobrze? Musimy zadbać o bezpieczeństwo.
Wstał i podszedł do zebranych gałęzi. Wybrał długie, grubsze żerdzie drzew, zdolne udźwignąć jego ciężar. Ułożył je równolegle nad dziurą, tworząc solidną platformę. Pozostawił środek pusty, tworząc otwór. Każdy element przytwierdził starannie do ziemi za pomocą grubszych gałązek o kształcie haczyków, wbitych głęboko w glebę tak, by solidnie trzymały konstrukcję. Robił to z precyzją inżyniera, który rozumie wektory sił i punkty podparcia, który… nigdy wcześniej nie budował niczego z patyków.
Następnie, z kolejnych gałęzi kolejną warstwę w poprzek poprzedniej, tworząc kratownicę.
Chłopiec obserwował go z zaciekawieniem, powoli zapominając o Zmorze. Patrzył, jak opiekun z wprawą wybiera odpowiednie gałęzie i zręcznie je mocuje.
– A teraz, mały pomocniku – powiedział, prostując się. – Potrzebujemy płotu. Żeby nikt nas tutaj nie widział.
Zadowolony z postępu pracy, zabrał się do kolejnego, kluczowego etapu. Wokół całej konstrukcji, w odległości około kroku od krawędzi dołu, zaczął wbijać w ziemię mniejsze, ale sztywne gałązki. Czynił to zręcznie i rytmicznie, jedną po drugiej, tworząc w ten sposób niskie, ale niezwykle gęste ogrodzenie. Przeplatał je również w poprzek, tworząc ciasną, zieloną ścianę, która miała nie tylko dodatkowo zabezpieczyć obszar wokół dziury, ale przede wszystkim ukryć osobę tam przebywającą przed ciekawskimi spojrzeniami. Każda gałązka tkwiła mocno w ziemi, a ich ostre, wystające końce sterczały do góry niczym strażnicy sekretu. Gniewko z coraz większym zaciekawieniem obserwował, jak z pozornie przypadkowych patyków powstaje coś tak uporządkowanego.
* * *
Tymczasem dla Agnieszki czas płynął inaczej, odmierzany miarowym szelestem przesypywanych ziaren. Klęcząc nad płachtą, wykonywała pracę żmudną, ale paradoksalnie dającą ulgę. Monotonia ruchu pozwalała zagłuszyć natrętne myśli.
Na chleb. Na prawo.
Na paszę. Na lewo.
Spleśniałe, czarne. W ognisko.

Ziarno przesypywało się między palcami. Szary, duszny pył unosił się w powietrzu, drażniąc nozdrza. Ten zapach przeobraził się w coś innego. Nie pachniał zbutwiałym zbożem.
Poczuła metal. Ozon. I ten suchy, diabelnie drobny pył, który wnikał w uszczelki skafandra.
Regolit.
Obraz uderzył w nią bez ostrzeżenia.
Szalona jazda podrasowanym quadem. Niska grawitacja, koła wyrzucające w próżnię fontanny szarego piachu. Droga Mleczna wisząca nad głową.
I nagle – jaskinia. Ciemna czeluść, ale… nie do końca czarna…
Weszła.
Jaskinię wypełniały setki, tysiące idealnych, czarnych sześcianów wrośniętych w bazaltowe ściany. Geometryczna perfekcja. Zimne, fioletowe iskry między nimi.
Rozsądek krzyczał: Nie wchodzić! Skażenie!
Procedury wrzeszczały: Kwarantanna!
Strach błagał: Wracaj do bazy!
Ale jej ciekawość… jej pieprzona, naukowa ciekawość. Dotknij. Weź. Przynieś mu. Błyśniesz. Udowodnisz, że znaczysz więcej niż zwykła ogrodniczka.
Wyrwała jeden. Pamiętała ten opór. I ten łuk elektryczny ciągnący się za nim z jaskini.
Pierwsze badania na Księżycu prawie wyłączyły prąd w całej bazie.
Drugie… w jego laboratorium rozerwało rzeczywistość.
To on nacisnął przycisk, ale to ja załadowałam broń.
Widziała to. Widziała, jak ożywił mysz. Jak zakpił z entropii. Mógł zostać bogiem, zmienić świat, a zmienił tylko adres i komfort dwudziestego pierwszego wieku na… dziurę w gównie, chuj wie gdzie, chuj wie kiedy.
W dłoni trzymała kolejne czarne, zrogowaciałe ziarno. W jej umyśle znów przybierało kształt sześcianu. Idealnym, czarnym, niszczycielskim.
Z nienawiścią cisnęła je w żar ogniska.
Puff.
Ciche pęknięcie. Iskra.
Jak przepalany przewód. Jak dźwięk pękającego powietrza przepełnionego elektrycznością.
Odetchnęła głęboko, dławiąc łzy. Sięgnęła po kolejną garść.
Na prawo. Na lewo. W ogień.
Ruch za ruchem. Jak pokuta. Jedyna rzecz, którą mogła teraz zrobić dobrze.
* * *
Jej umysł naukowca analizował problem pleśni. Worek po ziarnie nasiąkł wilgocią, musiała wyrzucić niemal całą zawartość z dna. Jej wzrok padł na rosnące wokół chaty wierzby. W jej głowie zakiełkował plan wyplatania dużych, wentylowanych koszy, które mogłyby zapewnić ziarnu lepszą cyrkulację powietrza niż worki.
Z trudem wyprostowała obolałe plecy. Jej uwagę przykuła cicha, metodyczna praca jej mężczyzn, którzy w oddali wznosili dziwną konstrukcję. Zaintrygowana, podeszła bliżej. Na jej twarzy błąkał się lekki uśmiech, a oczy skrzyły się rozbawieniem i szczerą ciekawością.
– A co wy tutaj robicie, chłopaki? – zapytała, unosząc brew i lustrując nową budowlę. – Jakaś nowa zagroda dla zwierząt?
Zatarł ręce, dumny z efektu. Zauważył zmianę jej nastroju, znowu patrzyła na niego bez nienawiści. Zachęcony spojrzał na nią z figlarnym błyskiem w oku.– Mam dla tego dwie nazwy, moja droga. Jedną naukową, a drugą… literacką. Którą chcesz usłyszeć jako pierwszą?
Coraz bardziej rozbawiona jego poważną miną, skrzyżowała ręce na piersi. – Dawaj obie! Niech poznam pełnię waszych… inżynierskich osiągnięć.
Teatralnie odchrząknął. – Pierwsza brzmi… dół kloaczny.
– A fe! – udała przesadne obrzydzenie, marszcząc nos. – Robert – uderzyła go dłonią w ramię. – Ty paskudo!
– Cierpliwości, kochanie, cierpliwości! – zaśmiał się głośno zadowolony. – A druga, znacznie bardziej wyrafinowana i godna twojej urody, to… Intymny Zakątek Agnieszki! Żebyś nie musiała się już więcej kryć po krzakach, kiedy natura woła!
Parsknęła śmiechem, uderzając go lekko w ramię. – Doskonale! Naprawdę doskonale! Bo mam właśnie taką potrzebę, muszę przyznać.
– No to cóż! – machnął ręką w stronę dziury. – Dokonaj uroczystego otwarcia swojego azylu! Czekamy na ceremonię!
– No ale nie widzę wstęgi, którą mogłabym przeciąć, mój drogi – droczyła się, teatralnie rozglądając się dookoła.
– Wstęga?! – roześmiał się. – A gdzie pozwolenie na budowę i odbiór techniczny, co? My tu działamy w trybie uproszczonym, kochanie. Bez zbędnej biurokracji. Ceremonia otwarcia jest znacznie bardziej… naturalna! – Po prostu idź tam, wypnij swój zgrabny tyłeczek nad dziurą i zrób to, co zwykle robi się w takich miejscach! Klepnął ją w pośladek, śmiejąc się.

– Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele, chamie! – udała przesadzone oburzenie, odskakując teatralnie, choć kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu. – Ale masz rację, ten zakątek okazuje się zbawieniem!
Ledwo skończyła mówić, jej śmiech urwał się gwałtownie w pół słowa. Cała radość zniknęła z jej twarzy, zastąpiona przez nagły, zwierzęcy strach rozszerzający jej źrenice.
Chwyciła się oburącz za brzuch, a jej twarz wykrzywił grymas ostrego bólu. Usłyszeli głośne, gardłowe burczenie, jakby coś w jej wnętrznościach walczyło o uwolnienie.
– O, nie… – szepnęła, żart ulotnił się z jej głosu, została czysta panika.
Nie patrząc na żadnego z nich, odwróciła się i ruszyła w stronę latryny. Nie szła normalnie. Zaczęła iść drobnymi, szybkimi, nienaturalnymi kroczkami, z tułowiem zgiętym wpół. Każdy jej ruch zdradzał desperacką próbę utrzymania kontroli nad ciałem, jakby lada chwila miała nie dojść do celu.
– No, to my idziemy po zwierzęta. Zobaczymy, ile zjadły i czy są najedzone, a później…
Przerwał mu cichy, zduszony krzyk dochodzący zza płotu. Dźwięk nie przypominał cichego jęku. Usłyszeli odgłos, którego, którego nie dało się pomylić z niczym innym – gwałtowny, wodnisty chlust uderzający o ziemię w dole, seria głośnych, niekontrolowanych wypuszczeń gazów, które brzmiały, jakby coś się w niej rozrywało. Chwilę później dobiegło ich spazmatyczne, gardłowe charczenie, odgłos dławienia się i kolejny odgłos gwałtownych wymiotów.
Jego śmiech zgasł. Zrobił krok w stronę płotka. – Aga? Co jest?!
W tym samym momencie skurcz, który od południa ignorował, przypisując go zmęczeniu, teraz ścisnął mu żołądek z siłą, której nie mógł powstrzymać. Zgiął się wpół, z ust chlusnęła gwałtownie szara, wodnista maź – resztki porannej brukwi. Torsje szarpały nim z taką siłą, że oczy natychmiast wypełniły mu się łzami, poczuł palący ból, gdy wymiociny przeleciały mu przez nos.
Oparł się ciężko o kolana, kaszląc, próbując złapać oddech i spluwając gęstą ślinę. Zza zasłony dobiegł go kolejny odgłos torsji i jej zduszony płacz.
Po chwili wyszła mocno zgarbiona zza płotka, blada jak papier. Oparła się ciężko o świeżo wbitą gałąź, a z kącika jej ust ściekała strużka żółci.
– Źle – szepnęła, połykając ślinę i ocierając usta wierzchem drżącej dłoni. – Myślałam, że to… że po prostu kręci mnie w brzuchu… ale… – spojrzała na niego oczami pełnymi nagłego strachu – leci ze mnie górą i dołem.
– Mam to samo… – wychrypiał, znów zginając się w ataku kaszlu i wymiotując pod nogi.
Zamknęła na chwilę oczy, biorąc głęboki, drżący oddech. Kiedy je otworzyła, strach ustąpił miejsca czemuś innemu. – To nie przeforsowanie – powiedziała. – To woda i zmiana flory bakteryjnej. Mamy klasyczne, ostre zatrucie pokarmowe.
Stali obok siebie pokonani, złamani, a kilka kroków od nich, obserwując wszystko w całkowitym milczeniu, stał Gniewko. Jego twarz, przed chwilą rozjaśniona cieniem uśmiechu, znów zastygła w pustą, poważną maskę. Patrzył, jak jego nowi opiekunowie, którzy jeszcze przed chwilą byli silni i żartowali, teraz zginają się z bólu, brudni od własnych wymiocin. Jadł to samo co oni. Pił to samo co oni. A on był zdrowy.
Stali zgarbieni i przerażeni, a ich nowy „Intymny Zakątek” zamienił się w salę tortur. Kilka razy na zmianę wchodzili za ogrodzenie, by się wypróżnić, a każdy kolejny atak skurczów i wodnistej biegunki dramatycznie ich osłabiał, wysysając resztki sił i płynów. Pomiędzy tymi atakami opierali się o płot, drżąc na całym ciele, niezdolni zrobić nic więcej.
Słysząc w oddali porykiwanie krowy, uniósł głowę. Gniewko cofnął się o krok. Mężczyzna spróbował się do niego uśmiechnąć, ale chłopiec aż się wzdrygnął. Grymas w niczym nie przypominał uśmiechu. Wargi rozciągnęły się na zębach w strasznym grymasie. Jego twarz była obca. Szara, mokra i błyszcząca, jak ulepiona z wosku, który zaczyna się topić. Oczy zapadły się głęboko w ciemne doły i świeciły stamtąd dziwnym, gorączkowym blaskiem. W twarz chłopca uderzył gorący, gęsty podmuch. Kwaśny smród wymiocin. Wyziew choroby.
Ledwo składając słowa, wycharczał: – Gniewko… Musisz… – przerwał, by przełknąć ślinę, co sprawiło mu ból. – Musisz sam przyprowadzić zwierzęta do zagrody. Ja… ja nie dam rady.
Dziecko struchlało z przerażenia. Patrzył na tego złamanego człowieka. Nie przypominał już tego silnego mężczyzny, który kopał dół i rąbał drzewa. Stał przed nim ktoś obcy. Schorowany. Ktoś chory. Ktoś umierający.
Nie odpowiedział. Nie skinął głową. Po prostu odwrócił się i bez słowa oddalił się cichym truchtem w stronę ugoru.
Ale jego umysł krzyczał.
„To ja. To znowu ja!”
Szedł, a potem biegł, a łzy płynęły mu po policzkach. Nie płakał ze strachu o nich. Płakał ze wściekłości na siebie.
„Oni chorzy. Ja zdrowy. Tak jak mama. Tak jak tata. Też jedli. Potem byli chorzy. Mówili, że ogień ich pali. I umarli. Wszyscy. A ja jadłem. I jestem zdrowy.”
Zatrzymał się przy krowie, jego małe dłonie drżały tak bardzo, że ledwo mógł odwiązać powróz z palika.
„Teraz oni. Jedli to samo. Pili to samo. Byli silni, śmiali się. I byli obok mnie. I teraz są chorzy. A ja… znowu jestem zdrowy.”
Pociągnął krowę za powróz, ale zwierzę nie chciało iść. Szarpnął mocniej, ze złością, której sam nie rozumiał.
„To ja. To jest we mnie. Zła siła. Licho, co we mnie siedzi i wychodzi, kiedy jestem blisko. Byłem z mamą, umarła. Byłem z tatą, umarł. Milena, Mirosław umarli. Teraz… oni umierają.”
Spojrzał na swoje dłonie. Wyglądały normalnie. Ale czuł, że są brudne. Złe.
„Robert był silny. Rąbał drzewa. A teraz… Twarz ma białą i cuchnie, słaby jest. Jak tata na końcu. I ten sam straszny smród.”
Prowadził zwierzęta do zagrody, ale jego myśli biegły już gdzie indziej. Do lasu.
„Muszę iść. Muszę uciec. Zanim ich zabiję. Nie chcę.”
Zatrzasnął furtkę zagrody i spojrzał w stronę mrocznej ściany drzew.
„Do lasu. Tam Leszy. Łapie ludzi. Niech mnie znajdzie. Niech mnie złapie.”
Zacisnął pięści.
„Niech mnie zamieni. W kamień. Albo w drzewo. Kamień nikomu nie zrobi krzywdy. Drzewo będzie stać cicho. Nie będzie chodzić do ludzi i ich zabijać. Tak. Lepiej być kamieniem. Byleby już nikogo więcej nie…"
Ostatni raz spojrzał w kierunku pola, z którego dobiegł kolejny, zduszony nieludzki jęk. Pognał przed siebie, ile sił w nogach. Szlochał, potykał się, nie widząc drogi przez łzy. Biegł tak szybko jak tylko mógł.
Zobaczył ich. Szli w stronę chaty – a raczej wlekli się, zgarbieni, podpierający się nawzajem, ciągnąc nogi za sobą jak starcy. Dwa cienie, powalone chorobą, szare od pyłu i wymiocin.

Kiedy go zobaczyli – małą, przerażoną postać biegnącą na złamanie karku – Robert z wysiłkiem uniósł głowę.
– Gniewko! – krzyknął, głos brzmiał słabo, ochryple. – Potrzebujemy… twojej pomocy!
Chłopiec zwolnił, jego małe ciało stężało, rozdzierane między strachem a litością. Chciał biec dalej, do lasu, ale ten głos go zatrzymał.
– Gniewko! – spróbował krzyknąć mocniej, ale z jego ust wyszło tylko chrapliwe westchnienie, pełne bólu. – Musisz… nam pomóc.
Dziecko zatrzymało się jak wryte w pół drogi między chatą a lasem. Skuliło się w sobie. Zacisnęło drobne dłonie na brzuchu, gniotąc tunikę, jakby coś je tam gryzło od środka. Ból winy palił go równie mocno, jak dla nich choroba. Jak mogą go prosić o pomoc?
– Nie… – pisnął cienkim głosem. – Nie chcę… wy umrzecie… przeze mnie…
W jego głosie brzmiała cała rozpacz i trauma ostatnich dni.
Stanęli, chwiejąc się, i spojrzeli na niego. Z ich oczu zniknął gniew. Zastąpiły go przerażenie i ból, ból, ale i… zdumienie.
– Nie, kochanie – mówiła ledwo słyszalnym głosem, opierając czoło o ramię męża, by utrzymać równowagę. Jej głos był ledwo słyszalny, drżący.
– Ty… ty jeden możesz nas uratować.
Chłopiec stał jak sparaliżowany. Słowa te pozbawione były sensu. „Uratować”?
– Potrzebujemy wody – ciągnęła szybko, walcząc z kolejnym skurczem. – Odważysz się nam ją przynieść? I… i potrzebujemy miodu. I soli. Masz w chacie? Jest tam?
Gniewko wciąż stał, patrząc na nich wielkimi oczami.
– Wody? – szepnął.
– Tak, kochanie. Potrzebujemy jej, żeby zrobić lekarstwo. Przyniesiesz nam… tyle, ile uniesiesz w wiadrze? Czystej. Z rzeki?
Chłopiec zamarł. Rzeka. Jego umysł natychmiast wypełnił obraz z poranka: zimna woda, ciemny nurt. Tam czają się Topielce. I Utopce. Spojrzał na nią, zgięta wpół, ledwo trzymała się męża. Jej twarz niemal całkowicie poszarzała.
Umrą. Jak rodzice. Przeze mnie. Zacisnął powieki. Czuł, jak serce bije mu w gardle. Ona powiedziała: uratować. Utkwił wzrok w ciemnej i strasznej wodzie w oddali. Tam, gdzie coś czekało pod powierzchnią. Mama zabraniała. Tam śmierć. Ale potem dostrzegł jego wymiotującego na trawę i ją, szła zgarbiona. Wrócił obraz taty. Sztywnego. Zimnego. I tej ciszy w chacie, kiedy został sam. Tej strasznej ciszy, straszniejszej od wszystkiego.
Będę sam. Znowu sam. Ta myśl przerażała bardziej niż Utopiec. Nie chcę być sam. Ona powiedziała: Ty możesz. Zacisnął małe piąstki. Niech mnie Utopiec zabierze. Byle oni nie odeszli.
Nie odpowiedział ani słowem. Odwrócił się gwałtownie, podbiegł do chaty, złapał wiadro i pędem ruszył w stronę rzeki. Biegł, by zmierzyć się z potworem w wodzie, bo potwór samotności, który stał za jego plecami, okazywał się o wiele straszniejszy
Oparci o siebie, zrobili ostatnie, chwiejne kroki i doszli do chaty. Padali z wycieńczenia.
– Sól… miód… – wycharczała, bardziej do siebie niż do niego. Zmusiła swoje ciało do działania. Wolno, opierając się o łóżko, doszła do ciemnego kąta, gdzie stały zapasy, jej dłonie zaczęły gorączkowo przeszukiwać garnki. Znalazła! Mały, gliniany dzbanuszek z solą. A obok niego drugi, zakryty drewnianym krążkiem i zalepiony woskiem. Miód. Choć twardy i ciemny, dawał nadzieję.
W tym samym czasie Robert, walcząc z kolejnym spazmem, który zgiął go wpół, doczołgał się do paleniska. Musieli mieć węgiel. Zaczął rękami rozgarniać popiół, wybierając czarne, całkowicie wypalone drewienka. Uzbierał sporą garść w glinianej misie.
– Zbieraj… gałęzie… – wyszeptała. – Musimy… zagotować wodę.
Z trudem zaczął zbierać to, co znalazł w obejściu.
Chłopiec pędził w stronę rzeki. Wiadro obijało mu się o nogi, prawie tak ciężkie, jak strach, który niósł w sercu. Zatrzymał się na brzegu. Rzeka zmieniła się nie do poznania. Wcześniej parzyła chłodem, lśniąc w słońcu. Teraz, w popołudniowym cieniu, woda wydawała się czarna i gęsta. Każdy szmer nurtu brzmiał jak szept.
On tam czai się. Czeka.
Cofnął się o krok. Całe jego ciało krzyczało, żeby uciekał, byle dalej od tej wody, która ciągnie na dno. Złapie mnie. Za nogi. Tak jak mama mówiła. I wciągnie. I będzie koniec. Ciemno i zimno.
Zacisnął powieki. Przed oczami stanął mu obraz Roberta wymiotującego przy chacie. Blada twarz Agnieszki. I jej głos: Ty możesz nas uratować. Oni chorzy. Przeze mnie. Umrą. Otworzył oczy. Strach przed Utopcem przygniatał go. Ale lęk przed tym, że znowu zostanie sam, że znowu przyniesie śmierć, był… większy. Tylko ja. Tylko ja mogę.
Wziął drżący wdech. Chcesz mnie, Utopcu? To chodź! Weź mnie! Jestem zły, i tak przynoszę śmierć, więc bierz!
Zacisnął zęby tak mocno, że aż zabolały go szczęki. Z krzykiem, który był mieszanką płaczu i determinacji, wbiegł do lodowatej wody.
Nurt natychmiast po pochwycił. Zachwiał się, prąd szarpnął go za nogi, stopy zapadły się w grząskim piasku…
– To on! To jego ręka!
Krzyknął, ale nie cofnął się. Zanurzył wiadro. Woda wlała się z hukiem, a ciężar był tak gwałtowny, że prawie wyrwał mu naczynie z rąk i pociągnął go do tyłu. Upadł na kolana, zanurzając się w lodowatej kipieli, ale nie puścił pałąka.
Zaczął się czołgać z powrotem na brzeg, ciągnąc za sobą niewiarygodnie ciężkie wiadro. Dygotał z przemoczenia i chłodu, serce mu waliło odbierając oddech.
Ale dotarł do brzegu. A Utopiec go nie zabrał.
Dźwignął wiadro. Ciężar wiadra sprawiał, że ledwo je niósł, woda chlustała mu przy każdym kroku. Ruszył w stronę chaty, potykając się i szlochając cicho z zimna, strachu i triumfu.
Kiedy Robert, ledwo trzymając krzesiwo, próbował rozpalić ogień, chłopiec wszedł do obejścia. Mokry, trzęsący się, ale trzymający w obu rękach wiadro.
– Woda – wysapał zmęczony.
Jego drżące ręce z trudem krzesały ogień pod glinianym garnkiem. Czekanie stawało się torturą. Woda gotowała się bardzo długo, głośno bulgotała, a para syczała, jakby ciecz sama walczyła w agonii i chciała uciec z naczynia.
Czas smagał ich upokorzeniem. Ciała nie dawały im spokoju. Kiedy złapał ją kolejny potężny skurcz, wiedziała, że nie ma szans dojść do dołu na drugim końcu obejścia. Nie miała siły. Ze łzami wstydu i bezsilności w oczach, zatoczyła się za róg chaty, w najbliższe krzaki.
Usłyszał ją. Chwilę później jego własne wnętrzności skręciły się w supeł. Poszedł w jej ślady, opierając się o ścianę chaty. Kucali w krzakach za chatą, wypróżniając się jak zwierzęta, kilka kroków od paleniska. Zawstydzeni, upokorzeni, pokonani.
W przerwach między kolejnymi atakami, zlecała zadania.
– Ucieraj – rozkazała ochryple, wskazując na miskę z węgielkami.
Opierając się plecami o ścianę chaty, wziął płaski kamień i z trudem zaczął rozcierać wypalone gałęzie na drobny pył. Każdy ruch sprawiał mu ból, a czarny pył mieszał się z potem na jego dłoniach.
– Gniewko – jej głos był słaby. – Za chatą… tam na miedzy, widziałam maliny. Potrzebuję liści. Tych młodych. Przyniesiesz?
Chłopiec bez słowa skinął głową i zniknął. Wrócił po chwili z garścią zielonych liści.
Kiedy uznała, że woda gotowała się dość długo drżącą ręką nabrała wrzątku do glinianego dzbanka. Wsypała szczyptę bezcennej soli, pył węglowy i liście malin.
Czekali, aż płyn ostygnie na tyle, by można go było pić. Mikstura była mętna, gęsta smolista, odrażająca. Dodała jeszcze twardą bryłkę miodu.
– Pij – podała kubek mężowi.
Spojrzał na nią potem na obrzydliwą maź. Wziął naczynie. Siorbał gorącą, mętną ciecz małymi, ostrożnymi łyczkami, walcząc z odruchem wymiotnym, byle tylko utrzymać lekarstwo w żołądku. Skrzywił się, gdy pył węglowy zachrzęścił mu w zębach. Oddał jej kubek, wypiła resztę.
Teraz mogli tylko czekać. Gniewko patrzył na to wszystko w milczeniu. Po raz pierwszy widział, że z chorobą można walczyć, zamiast bezradnie czekać na koniec
Przygotowali kolejny dzbanek lekarstwa i poszli do chaty.
Noc zamieniła się w inną formę piekła. Faza ostra, wybuchowa, minęła, ale zastąpiła ją agonia wyczerpania. Leżeli na twardym legowisku, zbyt słabi, by dbać o cokolwiek poza bliskością drugiego ciała. Leżeli wtuleni w siebie, ale nie z czułości, lecz z desperackiej potrzeby dzielenia się resztkami ciepła.
Gorączka paliła ich od środka, podczas gdy chłód nocy przenikał przez ściany chaty. Czuli nawzajem swoje drgania – gwałtowne dreszcze wstrząsające ciałami, na które reagowali cichymi jękami. Oddechy rwały się, stawały się płytkie, płytkie, czasem przerywane chrapliwym kaszlem lub bolesnym skurczem, który budził ich z płytkiego, majaczącego snu.
Kilka razy w ciągu całej nocy, zmusili się nawzajem, by wstać. Stoczyli tytaniczną walkę. Podtrzymując się, chwiejnym krokiem wyszli na przed chatę, by załatwić potrzebę. Zapomnieli o upokorzeniu, tylko o tępym, mechanicznym instynkcie, by nie kalać własnego legowiska. Każdy taki powrót do chaty kosztował ich resztki sił.
Kiedy nadszedł poranek, nie obudzili się. Raczej wypłynęli na powierzchnię z morza gorączki. Zwlekli się wycieńczeni i obolali w każdej części swoich ciał.