Zapraszam na nowe opowiadanie.
Zapraszam na nowe opowiadanie.

Podekscytowany Jaś wyciągnął kredki z szuflady, ułożył na stole według kolorów tak, jak były zapakowane w pudełku. Przyglądał się im przez chwilę, wybrał czerwoną i zaczął rysować. Drżącą dłonią nakreślił wielkie koło, wyżej mniejsze i na dole największe.
– Co to będzie? – zapytała mama.
– Pszczoła.
– Tak myślałam.
– Dlaczego tatuś i Darek musieli umrzeć?
Zaskoczona Rysia odwróciła się w stronę okna. Nie chciała, żeby dziecko widziało łzy w jej oczach.
– Już późno. Proszę, schowaj kredki i kładź się spać.
Jasio schylił głowę i wolnym krokiem udał się do swojego pokoju. Położył się na łóżku i rozmyślał. Przypomniał sobie tatusia i braciszka, którzy zginęli w wypadku.
– Tęsknię za wami – wyszeptał w ciemność.
Gdy zniknął w sypialni, Rysia wyciągnęła z szafki butelkę whisky, wlała odrobinę do szklanki, dodała kilka kostek lodu i usiadła w ulubionym zielonym fotelu. Sięgnęła po pilota i włączyła telewizor.
Od wypadku, w którym zginęli Bogdan i Daruś, minęły dwa lata, a ona nie radziła sobie z byciem samotną matką. Wstała i poszła do łazienki. Postawiła szklankę na umywalce i spojrzała w lustro. Było jej przykro, ponieważ coraz mniej rozpoznawała w nim siebie. Promienna, zdrowa twarz młodej kobiety zamieniała się w zmęczone oblicze pani po sześćdziesiątce, a przecież miała tylko czterdzieści pięć lat. Przeczesała dłonią siwiejące włosy. Z dnia na dzień wypadało ich coraz więcej. Otworzyła szafkę, w której trzymała plastikową buteleczkę. Wysypała na dłoń kilka białych tabletek.
– Twoje zdrowie – powiedziała do lustra.
Przepiła alkoholem leki, chwiejnym krokiem wróciła do salonu i klapnęła na fotel. Zasnęła.
Obudziła się na łóżku w sypialni. Rzadko urywał jej się film, ale tym razem ilość whisky przekroczyła magiczną granicę, za którą była tylko pustka. Sięgnęła po telefon, leżący na stoliku, zerwała się jak oparzona i pobiegła do pokoju Jasia. Chłopiec zostawił na biurku kartkę.
Cześć, Mamo!
Nie chciałem cię budzić. Zrobiłem kanapki i spakowałem plecak. Jestem w szkole.
Strasznie chrapiesz.
– Jestem złą matką – wyszeptała.
Gdy doprowadziła się do porządku, mogła zasiąść do pisania.
Nie musiała wychodzić z domu i udawać, że nie dręczy jej kac. Lubiła swoją pracę, bo nikt na nią nie patrzył, nie oceniał, nie pytał, jak się czuje. Siadała przed komputerem z kawą w ręku, przeglądała wiadomości ze świata, pocztę i gdy tylko kofeina zaczynała działać, zabierała się do edytowania tekstu. Kiedyś, kilka lat wstecz, zadawała sobie pytanie, czy jest dobra w tym, co robi? Poświęciła na pisanie kawał życia i dopiero dzięki czwartej książce wypłynęła na szerokie wody. Miała sporo szczęścia, spotykając na swej drodze Stefana, który dostrzegł jej talent.
Lipcowego wieczoru, gdy w oddali cykały świerszcze, poprosił, żeby pokazała mu swoje nowe opowiadanie. Zajęty czytaniem nie zauważył, że zasnęła.
– Dobre to – powiedział.
Odstawił kufel z piwem i rzucił na nią okiem.
– Rysia, śpisz?
– Już nie.
– Ten tekst jest naprawdę niezły.
– I co w związku z tym?
– Mogę pożyczyć na jakiś czas?
– Pewnie – rzuciła bez zastanowienia.
Wsunęła na głowę słomkowy kapelusz. To była krótka noc, ale po raz pierwszy spędzili ją razem.
Odpuściła rozpoczynanie kolejnego rozdziału. Masowała skronie czując, że zbliża się atak migreny. Wyłączyła komputer, weszła do salonu i położyła się na kanapie. Odpłynęła w sen.
Trzaśnięcie drzwiami wyrwało ją z drzemki.
– Mamo, wróciłem!
Jasio zrzucił z siebie plecak i buty, wsunął stopy w pantofle i przyczłapał do salonu.
– Dalej chce ci się spać? – zapytał.
Patrzyła na niego spod półprzymkniętych powiek.
– Co jest, mały rozbójniku?
– Zgadnij: co dzisiaj dostałem?
– Piątkę z religii?
– A właśnie, że nie, bo z polskiego!
Rysia zsunęła nogi z kanapy i zmierzwiła chłopcu włosy.
– Zatem musimy to jakoś uczcić!
– Jedziemy na lody?
– Zgadłeś, Sherlocku.
☆
Lody U Myszki robiły furorę. Znajdowały się w przejściu do niewielkiej kamienicy. Szybkość ruchów młodej dziewczyny obsługującej automat była godna podziwu. Zapewne mogła wykonywać swoją pracę z zamkniętymi oczami. Zapach polewy czekoladowej unosił się w powietrzu, przyciągając klientów. Kolejka powiększała się z minuty na minutę.
Rysia wyciągnęła z torebki wibrujący smartfon. Przesunęła zieloną słuchawkę.
– Cześć – powiedziała.
Miała nadzieję, że nie wyczuł w jej głosie drżenia.
– Jak się macie?
– Jesteśmy na lodach. A ty?
– Całkiem dobrze. Wracam jutro. Powinienem być w Warszawie przed południem. To lotnisko Charlesa de Gaulle’a jest faktycznie bardzo duże. Można się zgubić.
Spojrzała na Jasia.
– Halo?
– Przepraszam, zamyśliłam się. Super, że wszystko dobrze poszło.
– Do zobaczenia.
– Pa.
Trzymała jeszcze przez chwilę smartfon, po czym wrzuciła do torebki.
– Kto dzwonił? – zapytał Jaś.
– Wujek Stefan.
Nie spodziewała się, że zbieranie materiału do reportażu zajmie mu tylko kilka dni. Nie była na to przygotowana.
Zero alkoholu – pomyślała.
Ludzie w kolejce przesuwali się do przodu. Słońce wspinało się po niebie coraz wyżej. Rysia rozpięła guzik kołnierzyka i poprawiła kaszkiet na głowie Jasia.
W drodze powrotnej chłopiec obserwował drzewa, przesuwające się za szybą samochodu w zawrotnym tempie. Przymknął powieki i zaczął nucić melodię z ostatnio obejrzanej kreskówki.
Coś uderzyło w dach.
Nagłe hamowanie wyrwało go do przodu. Pas bezpieczeństwa zadziałał natychmiast.
– Boże! – krzyknęła Rysia, oglądając się za siebie. – Nic ci nie jest?
– Nie. Nic.
Dziecko wodziło wzrokiem po jej twarzy.
– Mamo, co się stało?
– Nie wiem. Chyba przejechałam wiewiórkę. Nie wychodź, pójdę sprawdzić.
Zwierzę leżało na drodze. W małych, przerażonych ślepkach odbijało się niebo.
– Nie żyje? – zapytał Jasio, stojąc za jej plecami.
– Mówiłam ci, żebyś nie wychodził.
– Wiem, ale…
– Co: ale?
– Przestraszyłem się.
– Przepraszam, kochanie. Nie chciałam tego powiedzieć. Jestem ostatnio roztrzepana.
– Uratujemy ją?
Po policzku Jasia spływała łza.
– Spróbujemy. Chodź, poszukamy czegoś, w co będziemy mogli ją schować.
Wyciągnęła z bagażnika niewielkie tekturowe pudełko, w którym znajdowały się środki do czyszczenia karoserii. Wrzuciła luzem wszystkie przedmioty obok gaśnicy. Owinęła zwierzę w chusteczkę higieniczną i podniosła z jezdni, po czym najdelikatniej, jak potrafiła, włożyła do środka.
– Pojedziemy z nią do weterynarza – powiedziała.
– Jupi! – krzyknął Jasio.
☆
Przychodnia weterynaryjna mieściła się niedaleko pasażu handlowego, w którym Rysia robiła zakupy. Skręciła na niewielki betonowy podjazd. Wyciągnęła pudełko, złapała Jasia za rękę i weszli do środka.
Poczekalnia była niewielka. Ściany zdobiły reprodukcje obrazów Klimta, a w tle niosła się cicha muzyka z radia. Z gabinetu wyszła młoda dziewczyna. Niosła na rękach maltańczyka, który rozglądał się nerwowo we wszystkie strony. Za nią pojawił się młody mężczyzna, ubrany w koszulkę z logo Motorhead.
– Przez pierwsze trzy godziny proszę nie karmić Muminka – powiedział.
– Dobrze, panie doktorze.
Weterynarz uśmiechnął się, odsłaniając rząd idealnie równych, wybielonych zębów.
Gdy Muminek wraz ze swoją panią opuścili przychodnię, Rysia złapała pudełko i podeszłą do mężczyzny.
– Dzień dobry – powiedziała.
Rozłożyła klapy tekturowego boxa i przechyliła w stronę lekarza.
– A kogo my tu mamy? – zapytał.
– Panie doktorze! – Jasio zerwał się z krzesła. – To wiewiórek! Mama go przejechała! Niech go pan uratuje!
– Spokojnie chłopczyku. Zobaczymy, co da się zrobić.
☆
Okazało się, że wiewiórka była w szoku i tak naprawdę nic wielkiego się nie stało.
– Mogę ją zatrzymać? – Jasio trzymał pudełko, wpatrzony z nadzieją w twarz matki.
– Nie, ponieważ to dzikie zwierzę i czułoby się źle, gdybyś chciał je więzić. – Rysia westchnęła i kucnęła przy dziecku. – Wiem, że nie jest ci łatwo, mnie też, ale zobaczysz, że w końcu przyjdzie lepszy czas.
Chłopiec postawił pudełko na podłodze w korytarzu i pobiegł do swojego pokoju.
Weszła do salonu i usiadła na krześle.
– Dlaczego ciągle mi nie wychodzi? – szepnęła.
Nie była pewna, czy dobrze postępuje, mówiąc wprost ośmiolatkowi, jak wygląda świat. Zobaczyła siebie, małą dziewczynkę z kucykiem spiętym różową frotką, gdy biegała po podwórku przed domem babci. Goniła kury i kaczki, które uciekały w popłochu. Pamiętała, jak podniosła z ziemi długi patyk. Jedna z kur nie nadążała za resztą. Rysia miała dziesięć lat i wiedziała, że to, co chce zrobić, spotkałoby się z naganą dorosłych, ale właśnie dlatego przepełniała ją niezdrowa fascynacja. To, co zakazane, zawsze wydawało się atrakcyjne. Uderzała kurę raz za razem, aż w końcu trafiła w głowę. Ptak padł natychmiast, wierzgając jeszcze przez chwilę łapami, aż w końcu znieruchomiał. Później, jedząc rosół, czuła się nieswojo. Babcia nie pytała, a ona uznała, że będzie to jej słodka tajemnica.
Weszła do pokoju Jasia. Siedział przy biurku w świetle lampki i rysował.
– Co szkicujesz? – zapytała.
– Pana wiewióra, jak ucieka z pudełka.
Cisza, która nastała, była dla niej nieznośna.
– Wolisz, żebyśmy jutro ją wypuścili, czy dzisiaj?
Jasio, skupiony na rysowaniu, nie podnosił głowy znad kartki. Wysunął język i naciskał kredkę tak mocno, aż w końcu się złamała.
Czekała jeszcze przez chwilę, licząc na to, że odpowie. W końcu zrezygnowana wyszła z pokoju, zamykając cicho drzwi. Wróciła do salonu i podeszła do okna. Pomarańczowe światło latarni wpadało do środka. Usiadła w fotelu i zacisnęła mocno dłonie. Dusiła w sobie płacz i wiedziała, że jeśli nie uwolni emocji, w końcu wezmą górę – będzie przekręcać się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. W lodówce znalazła resztę czerwonego wina. Wyciągnęła korek z butelki i spojrzała na kieliszki stojące w szafce. Przystawiła ją do ust i wypiła wszystko na raz. Nie było tego wiele, ale czuła przyjemne ciepło wypełniające żołądek. Gdy kładła się spać, myślała o Stefanie. Tak bardzo pragnęła, żeby przy niej był. Chciała do niego zadzwonić, ale uświadomiła sobie, że przecież jutro się spotkają. W nocy wiatr nie pozwalał jej zasnąć. Co chwilę się budziła, a nad ranem chciała już wstać. Stwierdziła, że i tak się nie wyśpi. Ostatecznie została w łóżku, nie chcąc obudzić Jasia.
Pokój chłopca wypełniała szarość poranka. Spał słodko, a jego twarz rozpromieniał co chwilę uśmiech. Przewrócił się na drugi bok.
– Dobrze się pan czuje, panie wiewiórze? – zapytał szeptem. – Chciałem, żeby pan z nami został, ale mama się nie zgodziła.
Na twarz dziecka padł cień. Ktoś stał przy jego łóżku.
Jaś otworzył powoli zaspane powieki.
Pan w zielonym garniturze miał głowę wiewiórki. Przechadzał się w tę i z powrotem, a w jego czarnych ślepiach odbijały się bliki, tańcząc jak żywe stworzenia. Kręcił rudym nosem i gładził białe wibrysy. Nagle się zatrzymał.
– Cześć, Jasiu – powiedział. – Nie zamierzałem cię budzić o tak wczesnej porze, mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Ale zadanie, jakie musimy wykonać, nie może czekać.
Pan Wiewiór uniósł rękę z wysuniętym palcem wskazującym.
– Będziemy ratować świat! – krzyknął.
Jasio z wybałuszonymi oczami obserwował dziwnego przybysza. Bał się i w pierwszym odruchu chciał pobiec do mamy, ale przypomniał sobie, że jest już dużym chłopcem.
– Kim pan jest?
– Jestem Wiewiór Rudawy i przybyłem z planety O–rzech.
– Planeta Orzech? – Jasio podrapał się po brodzie. – Czy to znaczy, że wygląda jak orzeszek? W takim razie musi być bardzo mała, a pan jest większy ode mnie.
– Skądże znowu, mój drogi! Jest większa od Ziemi!
Pan Wiewiór założył ręce za siebie i przechadzał się po pokoju z pochyloną głową, jakby nagle zmartwiony czegoś szukał.
– Nie wierzysz mi? – zapytał, a jego oczy rozświetlił niezdrowy blask.
– Wierzę, tylko nie słyszałem nigdy o takiej planecie.
– Aj, waj. Musisz wiedzieć, chłopczyku, że w kosmosie jest bardzo wiele różnych ciał niebieskich. Setki, miliony, miliardy gwiazd!
Obcy przyskoczył do Jasia i spojrzał mu w oczy. Ich twarze dzieliło kilka centymetrów. Źrenice przybysza rozszerzyły się gwałtownie, a usta rozciągnęły w szyderczym uśmiechu. Oddychał ciężko, coś w jego płucach świszczało. W końcu, krztusząc się i dusząc, upadł na podłogę. Znieruchomiał.
Przerażony Jaś zsunął się z łóżka i podszedł do leżącego.
– Nic panu nie jest? – zapytał drżącym głosem.
Pan Wiewiór nie dawał oznak życia. Po chwili, niczym giętkie, młode drzewko wyprostował się i, rozbawiony, chichotał.
– Ale numer! – krzyknął Jasio. – Jak pan to zrobił?
– U nas to normalne.
Do pokoju weszła Rysia.
– Z kim rozmawiasz? – zapytała.
– Z Panem Wiewiórem.
– Z kim?
Jasio spojrzał w miejsce, gdzie przed momentem stał poranny gość.
– Łał! Zniknął! – krzyczał.
Biegał po pokoju, zajrzał za szafę, pod łóżko, za oknem również go nie było.
– Mamo! Naprawdę! Przed chwilą tu był!
Tak bardzo chciał, żeby uwierzyła. Nigdy jej nie okłamał.
– Wierzę ci – powiedziała spokojnie. – Zjemy coś dobrego. Masz ochotę na zapiekanki?
Po policzku Jasia przestały spływać łzy. Uśmiechnął się i wyszli z pokoju.
Przez uchylone drzwiczki biurka wylał się Pan Wiewiór. Odbijał się w lustrze, zawieszonym w kącie pokoju. Przypominał wielokolorowy budyń, który przybierał z wolna właściwą postać. Mówił coś, ale jego głos był niewyraźny i piskliwy, jakby nawdychał się helu.
– Ecie, pecie, w końcu w lecie – mamrotał, wydłużając się i rosnąc. Gdy zaczynał być podobny do siebie, uderzył głową w sufit. Jęknął. Skurczył się jeszcze trochę, spojrzał do góry, pokiwał głową i zadowolony usiadł na o wiele za małym dla niego krześle obrotowym.
– Co to, to nie! – zaprotestował. – Nigdzie się nie wybieram. Poczekam tu na niego. Nie skończyliśmy rozmowy.
Pstryknął palcami, spłaszczył się do grubości naleśnika i zniknął pod dywanem.
☆
Wyciągnęła sztangielki z chlebaka, nie spuszczając chłopca z oczu. Nie spodziewała się, że przygoda z wiewiórką będzie tak wielkim przeżyciem dla niego. Zapach zapiekanek unosił się w całym domu. Siedzieli przed telewizorem i oglądali Smerfy. Gargamel, jak zwykle w pogoni za niebieskimi ludzikami, został oszukany.
– Zjesz jeszcze jedną? – zapytała.
– Chyba nie dam rady. – Jaś poklepał się po brzuchu. – Najadłem się za wszystkie czasy.
– Skąd ty znasz takie powiedzonka? W szkole was tego uczą?
Zmierzwiła jego włosy.
– Konrad często tak mówi i jest bardzo mądry. Nasza pani twierdzi, że zajdzie daleko.
– To rzeczywiście musi być bystry.
– Idę do ubikacji.
Patrzyła za nim przez chwilę, myśląc, jak wielkie szczęście ją spotkało.
Gdy wrócił i usiadł obok, zapytał:
– Mamo?
– Tak?
– Gdzie jest wiewiórka?
– W pudełku.
– Zajrzałem do środka. Zniknęła.
– Pewnie uciekła i wyskoczyła przez okno.
Nie chciało jej się wstawać, ale ktoś natarczywie wciskał dzwonek domofonu przy bramie.
– Jeśli to jakieś żarty, dzwonię na policję.
– To ja.
Gdy usłyszała głos Stefana, wzuła pantofle i śpiesząc się, o mały włos, a spadłaby ze schodów. Chciała go wyściskać, rzucić mu się na szyję i powiedzieć: dlaczego tak długo kazałeś na siebie czekać? Ale to nie pasowałoby do niej. Dlatego zatrzymała się kilka kroków przed nim i czekała.
Ubrany w lekką marynarkę i lniane spodnie wyglądał jak uczniak. Na nogach miał czarne tenisówki z białą podeszwą. Z pochyloną głową, wsparty o murek, uśmiechał się nonszalancko, trzymając prawą rękę za plecami.
Zaraz mu przyłożę – pomyślała.
Zbliżył się do niej, ujął za szyję i pocałował.
– Cześć. Stęskniłem się za tobą – powiedział.
– A ja za tobą, łobuzie.
Wyciągnął rękę zza pleców, w której trzymał bukiet czerwonych róż.
– Proszę.
– Chyba zwariowałeś.
Wzięła kwiaty. Uwielbiał, gdy się uśmiechała. Obiecał sobie – nigdy więcej Paryża.
Zasłona na piętrze drgnęła. Wibrysy Pana Wiewióra poruszały się rytmicznie, a czarne ślepia rozbłysły.
Chłopiec stał w progu, obserwując mamę i wujka Stefana, tulących się i całujących. Wiedział, że jeśli dorośli tak robią, to znaczy, że się kochają. Konrad opowiadał mu, że to normalka.
– Normalka – szepnął i zamknął cicho drzwi.
Wrócił do swojego pokoju, usiadł przy biurku, wyciągnął z szuflady blok rysunkowy i kredki. Zastanawiał się, co mógłby narysować. Słyszał, gdy mama i Stefan weszli do domu.
– Wujek już wrócił! Chodź do nas! – zawołała.
– Zaraz przyjdę!
– Mały artysta chce ci zrobić prezent – powiedziała. – Czego się napijesz?
– Marzę o kawie.
– We Francji nie mają dobrej kawy?
– Właśnie mają, aż za dobrą – zaśmiał się.
– Zalewajka fusiasta, czy rozpuszczalna?
– Poproszę ziarnistą, bo chcę wrócić do rzeczywistości. Później zrobię sobie dolewkę.
Jasio zmiął trzecią kartkę i wyrzucił do kosza. Próbował narysować samolot pasażerski, który za każdym razem był albo za mały, albo za duży.
– Oj. Nie denerwuj się. – Usłyszał za plecami znajomy głos. Odwrócił głowę.
Pan Wiewiór schylił się po kulkę papieru, rozwinął i, kiwając z uznaniem głową, powiedział:
– Wspaniały rysunek!
– Naprawdę? – zapytał Jaś.
– Ależ, niewątpliwie jest to jedno z lepszych dzieł, jakie miałem okazję oglądać. Brawo!
– Dziękuję. Jest pan bardzo miły.
– Proszę, przejdźmy na ty. Czuję się niezręcznie i staro, gdy cały czas mówisz do mnie w ten sposób.
Jasio myślał, co to znaczy przejść na ty.
– Widzę, że zaniemówiłeś. Przejść na ty, to mówić wprost. Podam ci przykład. Zamiast pan to, pan tamto, zwracajmy się do siebie prościej, np. pójdziesz, zrobisz, zapomnisz.
– No, wiem, wiem. Postaram się poprawić.
– Grzeczny chłopiec.
– Muszę iść, bo wujek Stefek i mama czekają na mnie.
– A! No, tak.
– Chodź ze mną. – Oczy dziecka rozbłysły nadzieją. – Mama mi nie wierzy, że istniejesz.
– Może innym razem.
Gdy Jasio wyszedł z pokoju, Wiewiór wyskoczył przez okno.
☆
Rysia zdecydowała się, żeby Stefan zamieszkał razem z nimi. Pierwszy miesiąc okazał się cudowny, drugi też, ale z upływem kolejnych tygodni, coś zaczęło się psuć. Pisanie przysparzało jej coraz więcej trudności. Nie mogła się skupić, coraz częściej piła w ukryciu i zaczynała czuć się, jakby nie była u siebie. Rozdrażniona i niewyspana, siedziała przed laptopem, próbując sklecić kilka zdań.
– To nie ma sensu – powiedziała.
Spojrzała na barek, w którym została reszta wina z wczoraj. Nie zdawała sobie sprawy z drżenia dłoni. Nagle zaczęło jej brakować powietrza, jakby ktoś stanął z tyłu i złapał ją za gardło. W panice zerwała się z krzesła, podbiegła do okna i otworzyła je na oścież. Po chwili oddech wrócił do normy. Chwiejnym krokiem weszła do kuchni i opadła na krzesło.
Jeśli czegoś nie zrobię, zaraz zwariuję – pomyślała.
W pośpiechu zrzuciła pantofle, wzuła japonki i wybiegła z domu.
☆
Jaś nie zdziwił się, że drzwi są otwarte, bo wiedział, że mama często zapomina je zamknąć.
– Jestem! – zawołał.
Dzisiaj dostał w szkole piątkę za sprawowanie i przy okazji pani wręczyła mu wesołe słoneczko, naklejkę, którą umieścił na koszulce. Dumnie wkroczył do kuchni, zrzucił plecak i otworzył lodówkę. Zapomniał ściągnąć buty. Z prędkością godną sprintera wrócił na korytarz i zdjąwszy je, równo ustawił.
Grzeczne dzieci dbają o porządek, pamiętaj. – Usłyszał w głowie słowa mamy.
Nie znalazł jej nigdzie. W końcu zrezygnowany wskoczył na kanapę i włączył telewizor. Zajrzał jeszcze do plecaka, na którego dnie leżał telefon. Mógł z niego korzystać tylko wtedy, gdyby naprawdę tego potrzebował. Wybrał sobie ulubiony odcinek Muminków Czarodziejski kapelusz i w momencie, gdy Mamusia Muminka wrzucała skorupki jajek do cylindra, ktoś zadzwonił do drzwi.
Na progu stał listonosz.
– Dzień dobry – powiedział.
– Dzień dobry panu.
– Ktoś z rodziców jest w domu?
– Mamy nie ma.
Listonosz przygłaskał sumiastego wąsa, rzucił okiem za plecy chłopca i pokręcił głową.
– Dobrze – skwitował. – Jak mamusia wróci, proszę, wręcz jej list. To ważne, chłopczyku, bo to polecony.
– Okej.
Jasio bawił się klamką i uśmiechał, jakby nie do końca dotarło do niego, co mówi ten obcy człowiek.
– Bywaj zdrów. – Doręczyciel wyszedł za bramkę, wsiadł do zielonego Tico i ruszył z piskiem opon.
Jasio zamknął drzwi, zostawił list na stole w kuchni i wrócił do oglądania bajki.
Wiewiór stał za ścianą.
☆
Po trzech dniach Stefan zgłosił zaginięcie Rysi. Policja rozkładała ręce.
– Jakie są szanse, że ją znajdziecie? – zapytał komendanta.
– Proszę pana… niestety to trochę jak wróżenie z fusów. Nie mogę dać jednoznacznej odpowiedzi. Część osób po kilku dniach wraca do domu. Ale niestety są też przypadki, że już nigdy bliscy ich nie zobaczą. Mam nadzieję, że sprawy pójdą pomyślnie.
Stefan nie mógł zostać z Jasiem z oczywistych powodów – nie był jego prawnym opiekunem. Chłopcem zajęła się ciocia, kuzynka Rysi.
☆
Ktoś kiedyś powiedział, że kłamstwo ma krótkie nogi.
Gdy do mieszkania Stefana zapukała policja, jego twarz przybrała kolor papieru toaletowego. Prędzej spodziewałby się Armagedonu, niż nadinspektora policji.
– Niech mi pan powie – zapytał Dukla, nachylając się w stronę przesłuchiwanego – gdzie pan był o dwudziestej drugiej we wtorek?
– W domu. – Na twarzy Stefana pojawiły się krople potu.
– Doprawdy… – Dukla uśmiechnął się nieznacznie. – A to akurat by się zgadzało. Tylko niech mi pan jeszcze powie, w którym?
– U siebie.
– O! To już nie pasuje do całości.
– Dlaczego?
– Jest pan aresztowany pod zarzutem morderstwa pani Ryszardy i wszystko wskazuje na to, że to pan. To znaczy… ślady wskazują.
– Ale tłumaczę, że byłem w domu.
– Spokojnie. Rozumiem pańskie wzburzenie. Niestety, ale wierzę panu, tylko że dom, w który pan być musiał, znajduje się na Osowińskich, bo tam znaleziono narzędzie zbrodni i samą ofiarę – Dukla zawiesił głos. – Tylko nie rozumiem jednego. Kto zostawia zakrwawiony nóż i ucieka?
– Jaki nóż?
– Niech pan mi powie.
☆
– Gdzie jest mama? – zapytał Jasio, gdy ciocia Basia układała go do snu. – Jestem już duży, sam chodzę spać.
– Wiem. Ale chciałam opowiedzieć ci bajkę.
– Jaką bajkę?
– O dwóch wróbelkach.
Jasio uśmiechnął się i zadowolony wygodnie rozłożył.
– Chętnie posłucham, ciociu.
☆
Podczas ogłaszania wyroku Stefan stał ze spuszczoną głową. Wyglądał, jakby był nieobecny na sali. Pod eskortą funkcjonariuszy, wprowadzony do więźniarki, nie rozglądał się i nic nie mówił.
– Jak się masz?
Gdy usłyszał obcy głos, najpierw spojrzał na policjantów.
– Panowie coś mówili?
– Zamknij się – odpowiedział kierowca i zasunął przegrodę. Wewnątrz nie było nikogo.
– Ładnie to tak nie odpowiadać na pytania?
Stefan słyszał głos wyraźnie. Jakby naprzeciwko niego siedział człowiek. Dopiero po chwili zobaczył pojawiające się znikąd szare nogawki spodni, marynarkę i w końcu całą postać.
Zamiast ludzkiej, miała głowę wiewiórki, której wibrysy falowały, jakby potwór wyczuwał zapach ofiary.
– Czym ty jesteś?
– Twoim najgorszym koszmarem.
Pysk wiewióra szczerzył się, odsłaniając wielkie szpile lśniących zębów.
– Zrobiłeś wielki błąd. Takich jak ty, powinno się utylizować. Ale mam lepszy pomysł.
– Ratunku! – Stefan krzyczał, ale funkcjonariusze zdawali się niczego nie słyszeć.
– Och, zamknij się wreszcie! – warknął wiewiór. – Jak to jest czuć się kimś, kto za chwilę umrze?
Podskoczył do Stefana i zajrzał w przerażone oczy, jakby chciał dostać się do jego duszy. Pod nogami skazańca, rozlewała się coraz większa kałuża moczu.
– Boże, co ja zrobiłem? – szlochał. – Panowie!
– Zamknij ryj, padlino! Nie wzywaj imienia Boga! Jest za późno!
Więźniarka dojechała pod zakład karny. Policjanci wysiedli i zapalili papierosy.
– Żeruś. Takie pytanko. Patrzyłeś, co ten oszołom tam wyrabia?
– A wiesz, że zapomniałem? – Drugi zarechotał. Co było mało zabawne, biorąc pod uwagę, że musiał ze wszystkiego sporządzić raport.
– Co tam wbazgrolisz w papiery?
– To, co zwykle.
Gdy odsunęli drzwi, owionął ich słodki zapach krwi. Następnie zobaczyli więźnia, a raczej to, co z niego zostało. Leżał w kawałkach na podłodze.
☆
Jasio chciał zostać przez chwilę sam. W tym czasie Basia gotowała obiad. Usiadł przy biurku i wyciągnął blok rysunkowy z szuflady.
– Co narysujesz tym razem? – Wiewiór zaglądał z ciekawością zza pleców chłopca na białą kartkę.
– Ciebie. Bo jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Ilustracja: Bartłomiej Kalinowski/ Hesket
Świetnie się czytało. Wciągnęło. Ale nie wiem, czemu Stefan musiał zginąć. Jakoś nie zauważyłam, kiedy stał się mordercą:(
Pozdrawiam serdecznie :)
Cześć, Teo
Dziękuję za odwiedziny. Stefan miał pecha ;-)
Wydaje mi się, że stwierdzenie, w którym momencie ktoś staje się mordercą jest niemożliwe. Chyba że mówimy o tym, co dzieje się tuż po. Wtedy, jeśli udowodni się winę, można rzucić: morderca!
Pozdrawiam
Hej, napiszę bardziej rozbudowany komentarz, jak włączę komputer, ale na razie mam jedno pytanie – to w końcu Rysia/Ryszarda czy Renia/Renata? Dwa razy się zmienia.
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Cześć, SNDWLKR
Chodziło o Rysię, Ryszardę. Już poprawiłem. Dzięki, nie zauważyłem tego :-)
a! w takim razie to prawie japoński kaidan :) lubię to :)
Cieszę się, że lubisz.
OK, jest pomysł na fabułę i na element fantastyczny.
Trochę mam wątpliwości, czy zabił Stefan (dlaczego?), czy Wiewiór, wrabiając Stefana, bo (a) uważał, że Rysia zaniedbuje dziecko (b) jest psychopatą i lubi zabijać (c) z zemsty za potrącenie.
Ale ogólnie czytało się nieźle.
Babska logika rządzi!
Witaj. :)
Sprawy technikaliów i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – jedynie do przeanalizowania):
Proszę (przecinek?) schowaj kredki i kładź się spać.
Jasiu schylił głowę i wolnym krokiem, udał się do swojego pokoju. – zbędny przecinek?
Od wypadku, w którym zginęli Bogdan i Daruś, minęło dwa lata, a ona nie radziła sobie z byciem samotną matką. – minęły?
Promienna, zdrowa twarz młodej kobiety, (zbędny przecinek?) zamieniała się w zmęczone oblicze pani po sześćdziesiątce, a przecież miała tylko czterdzieści pięć lat.
Rzadko urywał jej się film, ale tym razem ilość whisky, przekroczyła magiczną granicę, za którą była tylko pustka. – zbędny przedostatni przecinek?
Strasznie chrapiesz – brak kropki na końcu?
Nie musiała wychodzić z domu i udawać, że nie dręczy ją kac. – czy tu nie ma być: „jej”?
Lubiła swoją pracę, bo nikt na nią nie patrzył, nie oceniał, nie pytał (przecinek?) jak się czuje. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?
Kiedyś, kilka lat wstecz (przecinek?) zadawała sobie pytanie, czy jest dobra w tym (i tu?) co robi?
Poświęciła na pisanie twórcze kawał życia i dopiero dzięki czwartej książce, wypłynęła na szerokie wody. – zbędny przecinek?
Masowała skronie, (zbędny przecinek?) czując, że zbliża się kolejny atak migreny.
Odpuściła rozpoczynanie kolejnego rozdziału. Masowała skronie, czując, że zbliża się kolejny atak migreny. – powtórzenie?
– Co jest mały rozbójniku? – przecinek przy Wołaczu?
– Zgadłeś Sherlocku. – i tu?
Musisz wiedzieć chłopczyku, że w kosmosie jest bardzo wiele różnych ciał niebieskich – setki, miliony, miriady gwiazd! – i tu?
– Zamknij ryj padlino! – i tutaj także?
– Zgadnij (może myślnik lub dwukropek, skoro dałeś pytajnik na końcu?) co dzisiaj dostałem?
– Zatem, musimy to jakoś uczcić! – zbędny przecinek?
Zapewne mogła wykonywać swoją pracę z zamkniętymi oczami. Zapach polewy czekoladowej unosił się w powietrzu, przyciągając klientów. Kolejka powiększała się w oczach. – powtórzenie?
To lotnisko Charles de Gaulle jest faktycznie bardzo duże. – mam wątpliwość, czy nie powinno być w nazwie: „lotnisko Charlesa de Gaulle’a” (?)
Nie spodziewała się, że zbieranie materiału do reportażu, zajmie mu tylko kilka dni. – zbędny ostatni przecinek?
– Co (myślnik lub dwukropek?) ale?
Owinęła zwierzę w chusteczkę higieniczną i podniosła z jezdni, po czym najdelikatniej (tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) jak potrafiła, włożyła do środka.
Po chwili, niczym giętkie, młode drzewko wyprostował się i (tu podobnie?) rozbawiony, chichotał.
Pan Wiewiór schylił się po kulkę papieru, rozwinął i(tutaj także?) kiwając z uznaniem głową, powiedział:
Nie była pewna (przecinek?) czy dobrze postępuje, mówiąc wprost ośmiolatkowi, jak wygląda świat.
Rysia miała dziesięć lat i wiedziała, że to (przecinek?) co chce zrobić, spotkałoby się z naganą dorosłych, ale właśnie dlatego przepełniała ją niezdrowa fascynacja.
Przystawiła ją do ust i wypiła wszystko na raz. – tu nie mam pewności: razem?
Przechadzał się w tę i z powrotem, a w jego czarnych ślepiach, (zbędny przecinek?) odbijały się bliki światła, tańcząc jak żywe stworzenia.
W końcu (przecinek?) krztusząc się i dusząc, spadł na podłogę.
– Konrad często tak mówi i jest bardzo mądry. Nasza pani mówiła, że daleko zajdzie. – czy to powtórzenie w wypowiedzi dziecka celowe?
– Poproszę ziarnistą, a (przecinek?) żeby wrócić do rzeczywistości, to później zrobię sobie dolewkę.
Nagle, zaczęło jej brakować powietrza, jakby ktoś stanął z tyłu i złapał ją za gardło. – zbędny pierwszy przecinek?
W panice, zerwała się z krzesła, podbiegła do okna i otworzyła je na oścież. – tutaj także?
Dzisiaj dostał w szkole piątkę za dobre sprawowanie i przy okazji pani, (zbędny przecinek?) wręczyła mu wesołe słoneczko, naklejkę, którą przykleił sobie na koszulce.
Z prędkością godną sprintera, (zbędny przecinek?) wrócił na korytarz i zostawił je, równo układając obok siebie.
Wybrał sobie ulubiony odcinek Muminków pt. Czarodziejski kapelusz i w momencie, gdy Mamusia Muminka, (zbędny przecinek?) wrzucała skorupki jajek do cylindra, ktoś zadzwonił do drzwi. – tytuł odcinka może dać kursywą lub w cudzysłów?
Jak mamusia wróci, proszę (przecinek?) wręcz jej list.
Stefan nie mógł zostać z Jasiem z oczywistych powodów – nie był jego prawnym opiekunem. Chłopcem zajęła się jego ciocia, kuzynka Rysi. – powtórzenie?
Podskoczył do Stefana i zajrzał w przerażone oczy, jakby chciał dostać się do jego duszy. Pod nogami przerażonego skazańca, (zbędny przecinek?) rozlewała się coraz większa kałuża moczu. – powtórzenie?
Patrzyłeś (przecinek?) co ten oszołom tam wyrabia?
Zaskoczyłeś tym Stefanem. :) Do końca byłam przekonana, że to Wiewiór zabił, bo mści się za potrącenie. ;) Trzymałeś w napięciu do samego końca, super, świetny horror. :)
Jak rozumiem, matka miała już wcześniej romans z gościem, choć była mężatką, czy tak? I, mimo dwuletniej żałoby i tęsknoty za mężem, czekała na przyjazd kochanka. Hmmm… Wobec powyższego – podejrzana jest także śmierć męża i drugiego syna…
Postać tytułowa i rysunek – rewelacyjne! :)
Klik, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
OK, wróciłem.
Poświęciła na pisanie twórcze kawał życia…
Musi być, że twórcze? Chyba każdy, słysząc ,,pisanie” pomyśli o pisaniu książek, a to dookreślenie mi się bardziej kojarzy z nazwą kierunku na studiach.
Rysia rozpięła koszulkę…
Err… Może ,,rozpięła kołnierzyk/rozpięła górny guzik koszulki”?
– Jupi! – krzyknął Jasiu.
Przed chwilą płakał. Taki przeskok jest normalny? (Tylko pytam, nie znam się.)
logo Motorhead
Mają umlaut nad przynajmniej jednym ,,o”. ;)
Ostatecznie została w łóżku, nie chcąc obudzić Jasia.
Pokój chłopca wypełniała szarość poranka.
Wydaje mi się, że tu zabrakło gwiazdki (nagły przeskok).
Jestem Wiewiór Rudawy i przybyłem z planety O – rzech.
Raczej ,,O-rzech”, bez spacji, bo to jedno słowo.
setki, miliony, miriady gwiazd!
Miriada to 10 000. Umieszczenie jej po milionie trochę psuje efekt (chyba że miało być ,,miliardy”).
– Niech mi pan powie – zapytał Dukla, nachylając się w stronę przesłuchiwanego
.–Ggdzie pan był o dwudziestej drugiej we wtorek?
Zginęła pauza.
pt. Czarodziejski kapelusz
Żelazna zasada – żadnych skrótów w beletrystyce! O zapisie tytułu powiedziała już bruce.
Tyle z łapanki. Zaskoczyło mnie, że Pan Wiewiór jest tym dobrym (jego rozmowa ze Stefanem raczej to potwierdza, zjawia się, aby po swojemu wymierzyć sprawiedliwość), bo z początku wyglądał mi na postać mocno zainspirowaną tytułowym bohaterem filmu ,,Babadook”. Szkoda tylko, że efekt psuje wielka dziura fabularna – nic nie wskazuje na to, że Stefan zamierza zabić Rysię! Nie ma motywu, nic.
Chyba że jestem w błędzie i zabójcą jest od początku upiorny wiewiór, który chce mieć chłopca tylko dla siebie. Ale wtedy sensu nie ma ostatnia rozmowa, w tym Stefanowe ,,co ja zrobiłem”.
Nie zmienia to jednak faktu, że czytałem z zainteresowaniem (a Pan Wiewiór ma zadatki na postać kultową).
Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...
Cześć, bruce
Wprowadziłem poprawki. Twoja interpretacja jest ciekawa. Ale wybacz, że nie będę tłumaczył :-) Dziękuję za czytanie i Twój czas, który poświęciłaś na wyłapanie błędów.
Dziękuję za klik.
Pozdrawiam
SNDWLKR
To dla mnie motywujące, że czytałeś z zaciekawieniem. Dziękuję za wyłapanie błędów. Naniosłem poprawki.
O! To by było wspaniałe, gdyby Pan Wiewiór przeszedł do Legendy :-)
Pozdrawiam
Finkla
Dzięki za czytanie i dobre słowa.
Pozdrawiam
Jasne, rozumiem. :)
I ja dziękuję, pozdro! :)
Pecunia non olet
Uderzała kurę raz za razem, aż w końcu trafiła w głowę. Ptak padł natychmiast, wierzgając jeszcze przez chwilę łapami, aż w końcu znieruchomiał. Później, jedząc rosół, czuła się nieswojo. Babcia nie pytała, a ona uznała, że będzie to jej słodka tajemnica.
Świetny pomysł, ale mam nieśmiałą prośbę, żeby uwypuklić odrobinę postacie Pani Rysia jest psychopatką/socjopatką i do tego popadła w chorobę alkoholową. Wiewiór też nie jest jednoznacznie biały – szary. Lubi sobie pożerować na ludziach. Niby bawi się z Jasiem, opowiada mu o ratowaniu świata – wspólnym. Ratowania nie ma . Wiewiór kłamczuszek i jednocześnie robi dziecku przerażające kawały. Na koniec Stefan… Nie miał motywu, nie dziedziczył, kłótnie między kochankami? Nie było zdrady tej trzeciej/tego trzeciego. Jakby Mamuśka zabiła Stefana to uwierzyłabym z miejsca, męża i dzieciaka prawdopodobnie utłukła albo maczała w tym literackie paluszki. I to dobry motyw – psychopatka, która jak nie utytła się w krwi to nic nie napisze. Kurę, tę z rosołu załatwiła gaz rurką, bo odstawała od jej idealnego stada i wizji świata. A na koniec pewnie wysmażyła wierszyk. Zastanawiałam się do końca, czy czasem Wiewiór nie wrobił innej osoby bo szalony. Tak, taki jak ten z Epoki Lodowcowej. Wiewiór Neurotyk. Albo może sama się dźgnęła, z rozpaczy? Co wyklucza kurę. Nie chcę tutaj analizować tego co do mikrona. Fabuła mnie w tych miejscach troszkę uwiera i nie przekonuje.
Wielki dzięki – bardzo płynnie się czytało.
Faktycznie, Wiewiór ma zadatki na postać kultową:)
Cześć, Silimaure
Uczę się panować nad tym, co piszę, ale często mi nie do końca wychodzi :-) Dlatego rozumiem, że wiele kwestii może być niezrozumiałych.
Dziękuję za odwiedziny i czytanie oraz dobre słowa.
Pozdrawiam
Teo
To trzeba mi będzie go przywołać w innych opowiadaniach ;-)
Pozdrawiam
Serwus,
Dobre. Czytałem z zainteresowaniem. Wciągające. Pomysł fajny i dobrze napisane. Mam wrażenie, że zaklasyfikowanie go jako horroru wynikało tylko z braku lepszej kategorii, bo „horror" to może nieco na wyrost, ale klimat jest odpowiedni.
Opowiadanie mi się podoba, klikam.
Pozdrawiam
rr
Cześć, Robert Raks
Dzięki za czytanie i klika. Cieszy mnie, że Ci się podobało.
Pozdrawiam
Moje uszanowanie!
Dzisiaj dostał w szkole piątkę za dobre sprawowanie
Niefortunny dobór słów, albo to moje skrzywienie zawodowe:D
EDIT: po przeczytaniu całości, zakrawa to na foreshadowing.
Warsztatowo świetnie, bardzo lubię twój styl. Do niczego nie mogę się przyczepić, naprawdę. Fabularnie mam jednak pewne obiekcje, bo przy grozie lubię, gdy jednak coś za nią się kryje. Jakaś głębia za fasadą zwykłego strachu. Tutaj najciekawszym zabiegiem chyba jest zestawienie tragedii (historia rodziny) i groteski, pod postacią ubranej w gajer wiewiórki. I to tyle. W finale mamy jeszcze ładunek niepokoju pod postacią dwóch mordów, kary bez zbrodni, i dalszego nawiedzenia Jasia przez gryzonia. Wszystko w porządku, jednak dla mnie nie do końca się to wszystko klei. Nie chcę mówić, że to przerost formy nad treścią, ale póki co, na takowy tor kieruje mnie wydźwięk opowiadania, jaki rozbrzmiał mi w głowie. A właściwie, to tego wydźwięku niemalże brak. No, jeśli nie licząc niedosytu i pewnego zaintrygowania.
Chyba, że przeoczyłem jakieś przekazy podprogowe, aluzje, może ukryty sens? Bo samej zemsty wiewiórki za potrącenie raczej nie kupię. A może tak długo Rysia i Jasio myśleli co z zrobić z wiewiórką, że ta umarła z pragnienia w pudełku, i stąd ta makabra? Hm…
Pozdrawiam serdecznie!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!
Przykro mi to pisać, Heskecie, ale nie mam pojęcia, co i dlaczego wydarzyło się w opowiadaniu. Moim zdaniem nic się tu kupy nie trzyma, ale do końca miałam nadzieję, że może jeszcze dowiem się, co miałeś nadzieję opowiedzieć, ale, niestety, nadzieja okazała się płonna.
Jasiu schylił głowę i wolnym krokiem… → Dlaczego imię w wołaczu???
Winno być: Jaś/ Jasio schylił głowę i wolnym krokiem…
Sięgnęła po telefon, leżący na szafliku… → Czy telefon na pewno leżał na szafliku?
Pewnie miało być: Sięgnęła po telefon, leżący na stoliku/ szafce…
Odłożył kufel z piwem i rzucił na nią okiem. → Odstawił kufel z piwem i rzucił na nią okiem.
Z odłożonego kufla wylałoby się piwo.
Zsunęła na głowę słomkowy kapelusz. → Skoro na głowę, to chyba: Wsunęła na głowę słomkowy kapelusz.
Jasiu zrzucił z siebie plecak… → Jaś/ Jasio zrzucił z siebie plecak…
Słońce spinało się po niebie coraz wyżej. → Słońce nie spina się. Pewnie miało być: Słońce wspinało/ pięło się po niebie coraz wyżej.
– Nie żyje– zapytał Jasiu… → – Nie żyje– zapytał Jaś/ Jasio…
– Jupi! – krzyknął Jasiu. → – Jupi! – krzyknął Jaś/Jasio.
Rozłożyła klapy tekturowego boxa… → A może zwyczajnie: Rozłożyła klapy tekturowego pudełka…
– Panie doktorze! – Jasiu zerwał się z krzesła. → – Panie doktorze! – Jaś/ Jasio zerwał się z krzesła.
– Mogę ją zatrzymać– Jasiu trzymał pudełko… → – Mogę ją zatrzymać– Jaś/ Jasio trzymał pudełko…
Jasiu, skupiony na rysowaniu… → Jaś/ Jasio, skupiony na rysowaniu…
Jasiu podrapał się po brodzie. → Jaś/ Jasio podrapał się po brodzie.
– Aj, waj. Musisz wiedzieć, chłopczyku, że w kosmosie jest bardzo wiele różnych ciał niebieskich – setki, miliony, miliardy gwiazd! → – Aj, waj. Musisz wiedzieć, chłopczyku, że w kosmosie jest bardzo wiele różnych ciał niebieskich. Setki, miliony, miliardy gwiazd!
Nie używaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.
W końcu, krztusząc się i dusząc, spadł na podłogę. → Skąd spadł, skoro wcześniej na nic nie wchodził? A może miało być: W końcu, krztusząc się i dusząc, upadł na podłogę.
– Ale numer! – krzyknął Jasiu. → – Ale numer! – krzyknął Jaś/ Jasio.
Jasiu spojrzał w miejsce… → Jaś/ Jasio spojrzał w miejsce…
Ubrany w zwiewną marynarkę i lniane spodnie… → Jakoś nie umiem sobie wyobrazić mężczyzny w zwiewnej marynarce.
Proponuję: Ubrany w lekką marynarkę i lniane spodnie…
Jasiu zmiął trzecią kartkę… → Jaś/ Jasio zmiął trzecią kartkę…
Jasiu myślał, co to znaczy przejść na ty. → Jaś/ Jasio myślał, co to znaczy przejść na ty.
Gdy Jasiu wyszedł z pokoju… → Gdy Jaś/ Jasio wyszedł z pokoju…
…naklejkę, którą przykleił sobie na koszulce. → Nie brzmi to najlepiej. Zbędny zaimek.
Proponuję: …naklejkę, którą umieścił na koszulce.
Zapomniał ściągnąć butów. → Zapomniał ściągnąć buty.
…wrócił na korytarz i zostawił je, równo układając obok siebie. → Zrozumiałam, że Jaś ułożył buty obok siebie i został z nimi w korytarzu.
Proponuję: …wrócił na korytarz i zdjąwszy je, równo ustawił.
Zaglądnął jeszcze do plecaka… → Raczej: Zajrzał jeszcze do plecaka…
– Ok. → – Okej.
Nie używamy skrótów, zwłaszcza w dialogach.
Jasiu bawił się klamką… → Jaś/ Jasio bawił się klamką…
Jasiu zamknął drzwi… → Jaś/ Jasio zamknął drzwi…
– Gdzie jest mama? – zapytał Jasiu… → – Gdzie jest mama? – zapytał Jaś/ Jasio…
Jasiu uśmiechnął się i zadowolony… → Jaś/ Jasio uśmiechnął się i zadowolony…
Gdy odsunęli drzwi, pierwsze owionął ich słodki zapach krwi. → Pewnie miało być: Gdy odsunęli drzwi, owionął ich słodki zapach krwi.
Jasiu chciał zostać przez chwilę sam. → Jaś/ Jasio chciał zostać przez chwilę sam.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć, Heskecie!
W sumie całkiem niezły horror Ci wyszedł. Spodziewałem się, że tym złym będzie tytułowy Wiewiór, więc fajnie, że poszedłeś w inną stronę. Warsztatowo nie mam nic do zarzucenia, zrobiłeś spory postęp od czasu, gdy poprzednio czytalem Twój tekst (aczkolwiek jak pamiętam, tez mi się podobał).
Pozdrawiam i klikam.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Cześć, Bartkowski.robert
Dzięki, że zajrzałeś i za budujące słowa również jestem wdzięczny. Staram się uczyć na błędach, ale średnio mi to wychodzi, bo jak widać, tekst zawiera wiele niedoskonałości.
Cieszę się, że mogłeś znaleźć coś dla siebie i, że podoba Ci się mój styl. Pracuję, żeby to wszystko było coraz lepsze.
Pozdrawiam
Cześć, regulatorzy
Wprowadziłem poprawki.
Niestety tym razem nie podołałem i opowiadanie nie przypadło Ci do gustu. Mam nadzieję, że kolejnym Cię zaskoczę i sprawę przyjemność. Jestem Ci bardzo wdzięczny za wszelkie uwagi.
Pozdrawiam
Cześć, cezary_cezary
Dziękuję Ci za wizytę, czytanie oraz klika. Jest mi bardzo miło, że tekst Ci się spodobał.
Pozdrawiam
Cóż, tak się zdarzyło, Heskecie, że „Wiewiór” nie okazał się tym, co regulatorzy lubią najbardziej, ale przyszłość, jak mniemam, przyniesie jeszcze wiele Twoich opowiadań, których lektura dostarczy mi wiele przyjemności. :)
Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.