- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0016. Dzień szesnasty.

Cuiavia. Vicus. 0016. Dzień szesnasty.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0016. Dzień szesnasty.

Poranek niósł nową, elektryzującą nutę.

Zanim się umyli, pobiegli ku więcierzowi.

Chwycił za mokry, śliski powróz.

– Stawia opór – wychrypiał, napinając mięśnie ramion.

Zaczęli ciągnąć. W gmatwaninie mokrych witek kipiało życie. Dwa wyrośnięte, srebrzyste leszcze tłukły się o ściany, a między nimi wił się potężny, śliski węgorz.

Zastygli nad zdobyczą. Ciszę przerywało jedynie przełykanie śliny.

– Koniec z zielskiem! – wyrwało mu się. Złapał ją w pasie, uniósł i zakręcił. Błoto prysnęło na boki, śmiech zagłuszył plusk wody.

– Trzeba zaprosić Jagnę – powiedziała, gdy postawił ją na ziemi. – Obiecaliśmy jej ucztę z pierwszej ryby.

– Gniewko! – zawołał w stronę chłopca. – Kiedy pójdziesz na łąkę, zajdź do Jagny i zaproś ją na posiłek. I… pochwal jej doskonały więcierz!

Umyli się w pośpiechu. Wracali z wiadrem chlupoczącym od ryb.

Usiadła przed workiem ziarna, on urabiał glinę. Co chwilę przerywali robotę zerkając na wiadro. Plusk wody i srebrzyste błyski wywoływały uśmiechy.

W południe z łąki wrócił Gniewko, wlókł za sobą włók z trawą i dwoma koszami Agnieszki. Obok niego, opierając się na lasce, szła Jagna.

Staruszka kroczyła powoli, mierząc chłopca uważnym wzrokiem. Gdy zbliżyli się do obejścia, zatrzymała go na chwilę, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Dobrze wyglądasz, chłopcze – powiedziała cicho, a jej bystre oczy lustrowały jego twarz. – Policzki ci się zaokrągliły.

Spojrzał na nią nieśmiało.

– Agnieszka gotuje dobrą polewkę, teraz z ziołami – odparł prosto.

Skinęła głową, a jej spojrzenie nieco złagodniało.

– A dobrze ci tam z nimi? Dbają o ciebie?

Chłopiec zamarł. Oddech ugrzązł mu w gardle. Nikt wcześniej nie pytał go o takie rzeczy.

– Robert zrobił mi włók, żebym nie dźwigał. Gramy w zagadki. I… – zawahał się, zniżając głos do szeptu – …i nie krzyczą. Nie biją.

– No, no. Weles hojnie sypnął darami – mruknęła Jagna, utykając w stronę wiadra. – Dobry połów. Lepszy niż niejednego we wsi. A teraz dawajcie nóż. Pokażę, jak daru bogów nie zmarnować. Masz – podała duży wiecheć ziół – z tym będą lepiej smakowały.

Palce sortowały gałązki. Koper – karwon – anyżowy zapach uderzył w nozdrza, środek wiatropędny. Czosnek – allicyna, naturalny antybiotyk. Macierzanka, tymol, środek odkażający. Wstrzymała oddech. Anethum graveolens. Allium ursinum. Thymus serpyllum. Martwe nazwy ożywały.

Podniosła wzrok. Zatrzymała go na Jagnie. Dobór nie był przypadkiem. Kolejny fragment dawnej wiedzy trafił w jej ręce.

Spracowane dłonie staruszki poruszały się pewnie i szybko. Chwyciła pierwszego leszcza. Jednym cięciem otworzyła brzuch, po czym sprawnie wygarnęła wnętrzności.

– Tego – powiedziała, wskazując na leszcza – owiniemy w liście łopianu z czosnkiem w środku i włożymy do garnka z odrobiną wody. Udusi się na parze. Mięso samo odejdzie od ości.

Wyciągnęła ze środka ryby białawy, podłużny woreczek.

– Tego nigdy nie wyrzucajcie – mruknęła z powagą. – W rybie ość i woda, a w pęcherzu cała wygoda.

Agnieszka przybliżyła się gwałtownie i ujęła lepki organ. Obracała go pod słońce, przyglądając się prześwitującej błonie. Palce powoli przesuwały się po powierzchni, badając sprężystość.

– Niesamowite… – szepnęła do siebie. – Pęcherz pławny. Niemal czysty kolagen z odrobiną elastyny. Tkanka łączna o niezwykłej wytrzymałości…

Jagna uniosła brew. – Wiem jeno, że jak to wysuszysz, a potem w wodzie rozgotujesz, to będziesz miała klej tak mocny, że i złamany trzonek topora połączysz, i grot do strzały przymocujesz. Twardnieje na kamień i wody się nie boi.

Robert znieruchomiał z naręczem chrustu w dłoniach.

– Klej?

Wbili wzrok w staruszkę.

– Możemy je wysuszyć i zbierać, prawda? Żeby zrobić więcej kleju naraz?

– Juści – przytaknęła Jagna. – Wyczyść je dobrze z krwi, rozłóż na płótnie w cieniu i przewiewie. Jak wyschnie na wiór, możesz trzymać i do zimy. Im więcej uzbierasz, tym mocniejszy klej uwarzysz.

Przeniosła dłonie na węgorza. Nacięła skórę wokół głowy i jednym, zdecydowanym ruchem ściągnęła ją.

Lśniący płat odłożyła starannie na płaskim kamieniu.

– A to sobie weźcie – powiedziała. – Gdy zeskrobiecie mięso i wyprawicie w dębowej korze, zyskacie rzemień tęższy od łyka. – Wyjdzie z tego pas nie do zdarcia albo sznurki do wiązania kurpi na długie lata. Trwalszych nie szukajcie.

Obrócił skórę w palcach, marszcząc brwi. – Mocne rzemienie z tak wątłego płata?

– A jak wam kiedyś przyjdzie drzwi do nowej chaty osadzić. – Uśmiechnęła się, widząc jego minę. – Lepszego zawiasu nie znajdziecie.

Rzuciła od niechcenia. Milczeli, wpatrując się w nią.

– A tego – jej oczy błysnęły, wskazując na obdartego ze skóry węgorza – potraktujemy ogniem.

Wtarła w mięso posiekane zioła. Zapach zdominował woń surowizny. Owinęła szczelnie w liście chrzanu.

– A teraz ty – krzyknęła – przynieś glinę, co to ją tam depczesz, i oblep go całego grubą warstwą.

Podał jej wielką grudę. Wśród śmiechów ulepili gruby, szczelny pancerz. Gdy w ich dłoniach spoczął ciężki, gładki kokon Jagna zarządziła:

– A teraz prosto w żar. Glina stwardnieje i upiecze rybę w soku. Kiedy pęknie, znaczy gotowe.

Patykami wtoczył bryłę w ognisko, zasypując ją gorącymi drwami.

Ryby nasycały powietrze aromatem. Usiedli na kłodach. Głęboko wciągali zapach.

– Jagno, a twoje córki? – zapytała Agnieszka. – Nauczyłaś je tego wszystkiego?

Jagna westchnęła i grzebała kijem w żarze.

– Ano, wyuczyłam. Wszystkie cztery. Dobrych chłopów im znalazłam, gospodarzy.

Kijem rysowała krzywe linie. – Najstarsza, Dobrawa, poszła w Żalno, gdzie pradawne kurhany stoją. Sól tam z Nawii wypływa. Przesunęła gałązkę niżej.

– Milena w Grotnikach osiadła. Trakt kupiecki tam wiedzie, groty do strzał wszyscy tam robią. Włościsława w Tchórzewie, nasz nurt do niej prowadzi. A Witosława, ta najmłodsza, w Roztokach, gdzie rzeka się rozlewa. Podniosła wzrok. – Każda daleko. Każda bezpieczna. Zajeżdżają po żniwach.

– A mąż? Od dawna nie żyje? – zapytał z troską.

Jagna gwałtownie szarpnęła wierzbową witkę, aż sucha kora zatrzeszczała pod paznokciami. Oczy pociemniały od wzbierającej żółci. Splunęła w kurz.

– A niech by ino żył! – zachrypiała, nie podnosząc wzroku. – Niech by żył, ale rabem u obcych, do kresu dni cudze pole radłem rzezał. Niech mu grzbiet od bata sinieje, a łapy pękają do żywego mięsa.

Palce staruszki pobielały na zaciśniętych gałązkach.

– Za każdą moją krzywdę, kiej on za złotymi mrzonkami polazł. Obiecywał… pysznił się, że całe opole ugnie przed nim kark. A ja mu mówiła: Na co mi świecidła, kiej w brzuchach dzieci wiatr hula, a strzecha dymem i dziurą ziewa? Nie słuchał. Na chąsę mu się zachciało, bogactwa kradzionego łaknął.

Zacisnęła szczęki. Głos zszedł niżej. Ochrypł.

– Dziesięć zim Witosława liczyła, kiej go ostatni raz widziałam. Może gdzieś w dalekich grodach inną babę tym złotem obsypuje? – Wolę myśleć, że rabem go uczynili. To jedyna sprawiedliwość, jaką widzę.

Uderzyła otwartą dłonią udo. Głuchy dźwięk przerwał ciszę.

– Różni słali swatów. Trza było przyjmować, a nie za tamtym latawcem wypatrywać. Pewnie im ino o źreb chodziło… – Głupiam! Łono jeszcze wilgocią nęciło, krew gorącem w żyłach szła. – Synów mogłam onemu powić, by kark nad skibą zginali zamiast moich córek. A ja, głupia, czekałam na kogoś, kto o własnej krwi zapomniał, może miodem gębę zalewając

– Żaden chłop przy córce zostać nie chciał? – zapytała. Dom byś miała pełny, pomoc w obejściu…

Parsknęła, a splot w jej rękach gwałtownie się zacisnął. – Ja nie chciała! – ucięła. Wyprostowała zgarbione plecy i hardo wbiła wzrok w oczy Agnieszki. – Myślisz, że co by je tu czekało? Jaki los?

– Tutaj gniłyby w nędzy. Matka z czterema dziewuchami pola nie obrobi, radła prosto nie poprowadzi. Na łasce sąsiadów życie nasze wisiało. Każda skiba przez obcego zaorana, każda łata na chacie przez litość położona…

Wskazała palcem w stronę wsi. – Widziałam, jak na nie patrzą. Jak na niewolne, co można brać kiedy chuć dopadnie, bo ojca z toporem za plecami brak. Wieczne popychadła, w gnoju i wstydzie. Żaden godny gospodarz nie szukałby u nas żony. Wziąłby jeden czy drugi taką sierotę na trzecią żonę, do najgorszej roboty. Nawet i wnuków bym nie doczekała, kiejby je robota i głód rychło do Nawii wyprawiły.

Zamilkła na moment, wygładzając szorstką witkę. – Dlatego je wydałam. Daleko. Gdzie nie znali naszej nędzy. Wydałam je za tęgich gospodarzy. Każda pierwszą żoną została. Szanowane gospodynie, własnym chleb z podniesionym czołem łamią.

– Nasze sioło – stuknęła patykiem w nakreślone zakole. – Już niemałe. A tam… – przesunęła kijem w dół – tam dopiero źreb puszczy wyrwany. Kilka chałup.

– Starszych jeszcze brak. Nikt nie prawi, co wolno, a czego nie. Kto pierwszy stawi nogę i robotny jest, ten większy źreb bierze, przyszłość rodu wydziera.

A ja? Ja wolę sama tu próchnieć, sznurki z łyka kręcić, niż miałabym patrzeć, jak moja krew w łajno wsiąka.

Łzy spłynęły w zmarszczki. Nie odwróciła wzroku.

Agnieszka przykucnęła przy niej, objęła ją mocno. – Twoje córki nie mogły trafić na lepszą matkę. Dałaś im nie tylko życie. Dałaś im przyszłość.

– To kto się tobą teraz opiekuje na co dzień? – zapytał z troską.

– Sama sobie radzę – odparła krótko.

– A twoje pole? Ktoś je teraz uprawia, czy leży odłogiem?

– Jak to odłogiem! – Zmarszczyła brwi. – Kto by pozwolił, żeby się marnował! Moje pole Dobrogost obrabia. Umyślił sobie dla młodszego je wziąć. Czeka tylko, kiedy ślepia zamknę.

– Ale płaci ci coś za nie? – zapytał.

– No… ma mi plonami płacić – odparła cicho, unikając jego wzroku.

– „Ma płacić”? – Agnieszka pochyliła się bliżej. – To nie brzmi jak „płaci”.

– Już dwa razy po żniwach wóz z ziarnem do sypańca nie zajechał – przyznała w końcu staruszka. – Ale co tam. Lat mi przybyło, ciało mniej strawy łaknie…

– Pójdę z nim pomówić. – Robert zacisnął pięści.

– Synek, ledwieście do sioła zaszli, nie szukajcie zwady. Kiej głód zajrzy w oczy, uplotę koszyk, skręcę powróz i zawsze kęs chleba wyrobię.

– A dlaczego gospodarstwo dla młodszego sobie upatrzył, a nie dla starszego? – Zapytał.

Jagna zerknęła na Gniewka, po czym przyciągnęła wzrok Roberta. Głos jej przygasł, zniżony do lękliwego szeptu.

– Nie pytaj, synek, bo jeszcze ktoś tobie odpowie.

– No ale po to pytam, by poznać prawdę – odparł, unosząc brwi w zdumieniu.

Odruchowo pogłaskała Gniewka po głowie. Słowa wymknęły się jej półgłosem, jak zaklęcie:

– Nie pytaj, nie pytaj…

Głośny, suchy trzask przeciął ciszę. Gliniana skorupa pękła, wypuszczając gęstą smugę aromatycznej pary.

– Gotowe – orzekła Jagna, głos wyrwał ich z ciężkiej atmosfery.

Robert wygarnął bryłę z popiołu. Gdy tylko przestała parzyć, uderzył w nią grubym patykiem. Skorupa rozpadła się, obnażając śnieżnobiałe mięso spowite w parujące liście. Intensywna woń ziół i pieczystego uderzyła w nich z taką siłą, że aż przymknęli oczy.

Mięso rozpływało się w ustach. Smakowało dymem, ziemią, ziołami… Jedli do syta, wolno, smakując każdy kęs.

– Nigdy w życiu nie jadłem tak dobrej ryby – powiedział Robert, oblizując ość. – Nawet w tych wszystkich drogich… odległych stronach, w których bywaliśmy.

– Zastanawiam się, dlaczego – podjęła Agnieszka, cicho. – Może to krystaliczna woda? A może twoje sprawne dłonie, Jagno?

– A może po prostu głód na coś innego niż korzenie i zioła. – Zaśmiała się staruszka.

– Nieważne – machnął ręką, szczerząc zęby do staruszki. – Jagno, zaklinasz jedzenie.

– Dary? Czary? – Wzruszyła ramionami, mrużąc oczy. – Dzieci, co wy gadacie. Toć to zwykła ryba. Każda we wsi wam taką w ogniu upiecze.

– A z tym co zrobicie? – wskazała drugiego leszcza. – Ryba i gość po trzech dniach cuchną. Nie możecie go tak zostawić.

– Zjemy na śniadanie? – wymienili spojrzenie.

Jagna pokręciła głową z pobłażaniem.

– A jak jutro nic nie złapiecie? – prychnęła i machnęła ręką. – Albo pojutrze? Dobrego jadła się nie marnuje. Trzeba je odłożyć, na chudy dzień.

Wzięła nóż. Rozpłatała wzdłuż kręgosłupa, otwierając go na płasko. Nacięła grube mięso w gęstą, głęboką kratkę, nie przecinając skóry.

– Teraz – powiedziała, podając rybę – trzeba zawiesić nad paleniskiem. Nie w ogniu, ale tam gdzie dym idzie.

Robert szybko znalazł odpowiednią, rozwidloną gałąź i wbił ją w ziemię obok dogasającego ogniska. Przewiesili przez nią rybę.

– Dym i ciepło wyciągną wodę – tłumaczyła. – Kilka dni wystarczy. Taką możecie trzymać i cały księżyc. Gdy głód dociśnie, namoczycie ją lub wrzucicie do garnka; znów zmięknie i nasyci brzuchy. To jest wasz zapas na zimę.

Patrzyli na rybę. Powoli obracała się w cieple dogasającego ogniska.

– A powiedzcie mi – zmarszczyła brwi – czemu wy tak wszystko na zewnątrz warzycie? Przecież moglibyście tę rybę pod dachem zawiesić, w dymie. Lepiej by schła i się wędziła.

– Nie dalibyśmy rady – kaszlnęła na samą myśl. – Wewnątrz kłębi się tyle dymu, że nie idzie tchu złapać. Dusimy się.

– Skoro deszcz was do chaty zagnał, co zrobicie zimą? – prychnęła Jagna. – Kiedy luty mróz dociśnie, też będziecie tak sterczeć przed progiem?

– Nim spadnie pierwszy śnieg, ogień bez dymu będzie w chacie – powiedział z entuzjazmem.

– Chata bez dymu… – parsknęła niedowierzającym śmiechem. –Też coś. Widziałeś takie cuda w tych swoich dalekich stronach?

– Widziałem – skinął głową. – Zamierzamy spleść ściany… – Wymaga to innego splotu niż przy koszach?

– Mądrze myślisz, chłopcze. To dobry sposób – przytaknęła. – Ale na chlew, nie na ludzką chatę.

– A bydlętom nie zimno? – Agnieszka pochyliła się ciekawie.

– Bydlęta futro mają, a trzewia tak im grzeją, że w stajni gorąco jak w bani. A kiedy zima luta, to je do chaty sprowadzita, żeby was grzały.

– Człek nie bydlę. Jemu ciepło od Matki Ziemi przynależne. Postawisz ściany na wierzchu, to mróz glinę przebije, w kościach osiądzie. – Westchnęła z rezygnacją.

– Pokażę wam, jak ścianę postawić. Mocne patyki natnij, a potem między nimi gałęzie leszczyny, ciasno, żeby glina miała się czego trzymać. To dobra, mocna ściana… ale nie żeby w tym zimować…

Zaniechał sporu. Przesunął tylko dłonią pod nosem, skrywając uśmiech.

– Naucz nas, a my ci zimą pokażemy ciepło bez dymu – nie gasił entuzjazmu.

Cisza gęstniała nad dogasającym ogniskiem. Agnieszka spojrzała na kobietę z wdzięcznością.

– Mówiłam ci już, matko – zaczęła miękko – że jeden dzień z tobą wart więcej niż lata u innych. – A dzisiaj… dzisiaj obdarowałaś nas tak hojnie, jakbyśmy wiedzę bogów posiedli.

– Córko, nie wiem, kto, czego i gdzie ciebie uczył – machnęła ręką i spuściła wzrok. – Co ja wam tam pokazałam. Każda baba to we wsi zna. Żadna wiedza bogów, jeno zwykła robota.

Gniewko wyczuł pauzę w rozmowie, uniósł głowę, mierząc dorosłych.

– Gramy w zagadki? – zapytał cicho.

Jagna uśmiechnęła się miękko, bruzdy na jej czole wygładziły się.

– A zagramy. Słuchaj: W chacie mieszkam, choć domu mi brak. Wszystko pożeram, choć brzuch pusty wciąż mam. Czym żem?

Robert zmarszczył brwi i utkwił wzrok w dogasającym żarze. Agnieszka nabrała powietrza, lecz Gniewko ją ubiegł.

– Ogień! – zawołał z triumfem.

– Zgadza się, mądralo – pochwaliła go Jagna, targając mu czule włosy. – Twoja kolej.

Zanim jednak Gniewko zdążył wymyślić swoją zagadkę, wstała, rozprostowując zbolałe kości.

– Dość tych zabaw. Czas na mnie. Noc idzie oczy mi się kleją.

– Dziękujemy ci za wszystko – powiedziała Agnieszka, ściskając jej dłoń.

– I pamiętajcie, co mówiłam o więcierzu. Cierpliwości.

Odprowadzili ją wzrokiem, aż zniknęła w mroku między chatami.

Siedzieli objęci przy stygnącym ognisku. Robert ściskał pięść na myśl o Dobrogoście. Agnieszka obracała w palcach listek macierzanki.

Zebrali resztki ryb, chwycili więcierz i poszli w stronę rzeki.

– Spełniliśmy dar dla Welesa, chyba powinien nam pobłogosławić i tym razem – uśmiechnęła się.

Koniec
Nowa Fantastyka