W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34853
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34853
Lodowata woda smagała skórę, wyrywając z ciał resztki snu. Dłonie sztywne od zimna, badały łyko. Kora miękła i ślizgała się pod palcami, lecz włókna nadal trzymały mocno.
Wstrzymywali oddech, zbliżając się do pułapki. Zacisnął dłoń na mokrym powrozie.
– Lekki – rzucił, unikając jej wzroku.
Wyciągnął więcierz – bez łupu. Wczorajsza obfitość była jedynie kaprysem rzeki. Przynęta zniknęła bez śladu. Nawet narybek się nie złowił.
Przykucnęła i przesunęła palcem po mokrej wiklinie.
– Dziwne. To samo miejsce, ta sama pora. Co się zmieniło?
Milczał, wpatrując się w mętny nurt.
– Woda chłodniejsza niż wczoraj? Może to pogoda? Przynęta? Wczoraj wiły się tu mięsiste pędraki, dziś tylko krwawe ochłapy.
– Krew zwykła ściągać drapieżniki – mruknęła, raczej do nurtu niż do niego. – Może duży szczupak lub sum płoszy resztę? Albo rzeka po prostu dzisiaj śpi.
Gwałtownie uniosła głowę.
– A co, jeśli… Co robią drożdże i bakterie z cukrem w ziarnie?
Zmarszczył czoło. Patrzył na nią przez chwilę bez słowa.
– Fermentacja – mruknął, przecierając podbródek. – Alkohol, kwas octowy…
– Dokładnie! – wyrzuciła, przerywając mu. – Kwaśny zapach niesie się wodą dalej niż woń robaków czy krwi. Tak wywabimy je z głębin. Nawet te najedzone. Sfermentowana przynęta zadziała lepiej.
Spojrzał na pułapkę, potem na spichlerz. Kąciki ust drgnęły.
– Nic nie tracimy. Trucizny i tak trzeba się pozbyć. Jeśli nakarmimy rzekę, a ona w zamian nakarmi nas… czysty zysk.
Mdły smak brukwi nadal siedział mu w ustach. Przerwał ciszę.
– Pójdę do Kwiecisza – oznajmił, odkładając łyżkę. – Porozmawiam z nim o Dobrogoście. Nie zostawię tego tak.
– Uważaj na słowa – odpowiedziała cicho. – Pamiętaj, co mówiła Jagna. Nie potrzebujemy wrogów.
– Wiem. Dlatego idę do starszego, a nie do samego Dobrogosta. To sprawa dla wspólnoty, nie dla nas.
Z pustym workiem ruszyła w stronę spichlerza. Musiała przejrzeć to, co zostało. Ziemisty, słodkawy fetor zgnilizny dławił w małym pomieszczeniu. Palce zapadały się w miękką miazgę. Śliski nalot i szara pleśń przeżerały bulwy jedna po drugiej. Dwie brukwie dla świń, jedna dla nich. Wczorajszy połów nie mógł uśpić czujności. Bez ryb dni do żniw staną się walką.
Zacisnęła palce na koszu.
– Do żniw daleko.
Zastał Kwiecisza przy nabijaniu pasa ćwiekami. Przedstawił sprawę Jagny. Mówił krótko, kontrolując każdy wydech, by żaden ton nie zdradził gniewu. Starzec nie uniósł wzroku. Dalej rytmicznie przebijał skórę szydłem.
– Stara sprawa – mruknął, sprawdzając kciukiem metal. – I nie nasza. Sami dobili targu.
– Ale on łamie słowo! Jagna przymiera głodem. On plony zbiera, nie daje nic w zamian!
– Dobrogost ma posłuch i popleczników. – Przeciągnął dłonią po brodzie. – Połowę sioła trzyma w garści. Nie ruszaj niedźwiedzia, gdy w barłogu śpi. Rozdrażnisz go, cała wieś zacznie warczeć na siebie.
– Może zamiast go drażnić, dajmy mu wybór – zniżył głos. – Na radzie, przy całej starszyźnie, zapytaj, czy porzuca pole Jagny. Skoro nie płaci, traci prawo do roli. Jeśli nie potrafi dotrzymać umowy, znajdzie się inny, kto staruszce należną część odda.
Kwiecisz znieruchomiał. Odłożył pobijak i szydło. Uniósł wzrok. Oczy, ukryte w sieci zmarszczek, wwiercały się w Roberta. Mierzyli się wzrokiem. W końcu kącik ust starca drgnął.
– Mysłodar… – wychrypiał pod nosem. – Trafne imię nadali ci rodzice.
Wrócił do obejścia. Pod wiatą piętrzyło się niemal trzysta jasnoszarych cegieł. Chwycił łopatę. Wyrabianie gliny z piaskiem szło sprawniej. Pot ściekał mu po karku, ale rytm pracy uspokajał.
* * *
Ugniatał masę ciężkimi, miarowymi stąpnięciami. Kątem oka dostrzegł sylwetkę. Pod dębem stał mężczyzna.
Postawny, szeroki w barkach. Żywica plamiła tunikę, jasne wióry oblepiały skórzane nogawice związane rzemieniami. Oparł wielkie, poorane bliznami dłonie na biodrach.
W jego twarzy nie było cienia drwiny. Śledził każdy ruch Roberta, mrużąc oczy. W końcu odepchnął się od pnia, powolnym krokiem skrócił dystans.
– Inni śmiali się z błota. Ja widzę plan.
Znieruchomiał z nogą uwięzioną w gęstej mazi.
– To tylko cegły. A przede mną góra roboty.
– Inni widzieli tylko popiół. Ja dostrzegłem to. – Podniósł zeszklony odłamek. – Twarde, gładkie pod palcem. Nie norasz się w błocie bez pomyślunku. Mierzysz, mieszasz, hartujesz w ogniu. W tej pracy kryje się zamysł. Reszta tego nie widzi.
– Chcę naprawić chatę. Dym na zewnątrz wypuścić, zatrzymać ciepło pod strzechą. We wsi za głupca mnie mają.
– Wiem. Słyszałem drwiny. Mówią, żeś niespełna rozumu, ale ja patrzę inaczej. Dostrzegam pracę, której tu nie znają. Chciałbym się nauczyć. Przyniosę wodę, ugniotę glinę, a ty pokażesz, jak z błota wyrobić kamień. Wytnę trzcinę, ty pokażesz jak zrobić strzechę. Ręce mam krzepkie. We dwóch pójdzie prędzej.
Wygramolił się z dołu i otarł czoło. Patrzył na sąsiada przez chwilę bez słowa.
– Nie mam czym ci zapłacić.
– Ja nie za robotą tutaj przyszedłem, ale po nauki. A kiedy… – zawahał się – skończysz chatę… może sam zechcę taką postawić. I wtedy ty mi pomożesz przy mojej.
Milczał przez chwilę. Ważył słowa. W tej wsi żaden przysługa nie pozostawał bez zobowiązania, a on wciąż zgadywał zasady.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, znów zabrał głos.
– Cieślą jestem. Strzechę umiem kłaść lepiej niż ktokolwiek w siole.
Wyciągnął dłoń pokrytą gliną. Sąsiad wahał się, obserwując dłoń, po czym wyciągnął swoją. Mocny chwyt przypieczętował umowę.
– Stanimir jestem.
– Zgoda. Ty pomożesz mi, a ja tobie. Kiedy możesz zacząć?
– Teraz. Teraz mogę zacząć. – Wyprostował się gwałtownie.
– Ta wymieszana z piaskiem glina musi odleżeć dzień w dole, by odpoczęła i wpiła wodę. Jutro ulepimy z niej cegły. Teraz nad rzekę – tniemy trzcinę. Mam tylko jeden nóż, będziemy na zmianę ciąć i nosić.
– Jutro przyniosę sierp. Pójdzie szybciej.
– Przynieś też siekierę. Rozbudujemy wiatę pod kolejną partię cegieł.
Stos trzciny rósł. Umówili się na świt i rozeszli.
* * *
Gestykulował łyżką przy parującej misce. Nie przestawał mówić o Stanimirze, o jego sile i tempie pracy.
Liczył, ile cegieł ulepią we dwóch przed końcem tygodnia. Potakiwała mechanicznie, lecz jej wzrok wciąż błądził w mroku spichlerza. Pocierała kciuk o palec wskazujący, próbując zetrzeć warstwę lepkiego śluzu.
Spojrzał jej w twarz.
– Wszystko w porządku? O czym tak myślisz?
Podniosła zmęczone oczy.
– Myślę o jutrzejszym dniu. I o kolejnych. Cieszę się, że masz pomocnika, ale to nas nie nakarmi.
– Cegły schną. Zbieramy trzcinę. Mamy plan.
– Budujemy ściany, zapominając o fundamentach. O przetrwaniu. Wybieramy resztki ze spichlerza. Mamy dwa worki czystego ziarna, dwa kolejne do przebrania. Może zbierzemy z tego jeszcze worek. Może pół. Trzeba ruszyć żarna i piec chleb. A to nadal może nie wystarczyć do żniw. A co po żniwach? Patrzę na marne zboże i widzę biedę. Snujemy plany na lata, a może nie dotrwamy do jesieni.
Wzdrygnął się gwałtownie, patrząc na nią.
– Wiem. Ale bez dachu nad głową spichlerz nam nie pomoże. Zamarzniemy, zanim zjemy ostatnie ziarno.
Zapadła cisza. Spojrzał na swoje dłonie, wciąż obolałe po rąbaniu drewna, a potem na jej – podrapane od wikliny i poparzone ługiem.
– Czyli co?
– Przyśpieszymy produkcję cegieł i znoszenie trzciny. We dwóch damy radę skończyć wcześniej. Zajmę się szukaniem jedzenia… może zapoluję. Jeden jeleń albo dzik dałby nam zapas na miesiąc albo dwa.
– Czy ty siebie słyszysz? – uniosła brwi. – Skończysz cegły i co? Czeka cię budowa pieca, wypalanie, gromadzenie drewna na konstrukcję. Utoniesz w robocie głębiej niż teraz.
Kto w tej rodzinie nosi spodnie? –Spojrzał na nią, uśmiechając się półgębkiem.
– Brakuje rąk. Tylko my dwoje i Gniewko, który i tak haruje ponad siły. Nie rozmnożymy się. Nie udźwigniemy wszystkiego naraz.
– Poproszę Jagnę o drugi więcierz. Wiem, ten jeden stoi pusty, ale dwa dają większą szansę. Ty zapytaj Stanimira, czy on robi jakieś wnyki, sidła. Przestańmy podbierać kurom jajka, może do zimy dochowamy się większego stada. Rosół zimą stanie się luksusem, na który musimy teraz zapracować.
– Harujemy całymi dniami. – Zerwał się i okrążył dogasające ognisko, rozdeptując popiół. – I wciąż stoimy w miejscu. Brakuje nam czasu. Brakuje sił.
Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła w płomienie, skulona jeszcze mocniej niż wcześniej.
– Wiem. Innego wyjścia nie widzę. Tak wygląda teraz nasze życie.
Znad paleniska dobiegł cichy, ale pewny głos.
– Ja mogę polować.
Zwrócili głowy na niego. Gniewko siedział na ziemi, obejmując kolana. W oczach nie było dziecięcej niepewności.
Robert uniósł brwi, szukając oparcia w oczach żony.
– Gniewko? – odezwała się drżącym głosem. – Chcesz polować, skarbie? Jak złapiesz dzika albo jelenia?
Wolno, z namysłem pokręcił głową.
– Nie. Dzika i jelenia to nie – odparł. – Ale kaczki, gęsi czy kuropatwy… to tak.
Robert pochylił się. Zmrużył oczy.
– W jaki sposób? Znasz jakąś sztuczkę na ptactwo?
Nie odpowiedział. Wstał, wszedł do ciemnej chaty, wrócił po chwili. Zaciśnięta pięść skrywała kawałek skóry, dwa długie rzemienie zwisały z dłoni.
– Ojciec i Mirosław uczyli mnie ciskać kamienie. – To na odpędzanie wilków i na małego zwierza. Jeszcze dobrze nie umiem… ale mogę spróbować.
Milczeli. W blasku ognia widzieli tylko jego twarz i zaciśniętą na procy pięść.
Robert otworzył usta, ale nie znalazł słów. Agnieszka patrzyła na chłopca szeroko otwartymi oczami. W kącikach zebrały się łzy.
Poderwała się z miejsca. Zamknęła go w drżącym uścisku.
Ruszyli w stronę rzeki przy ostatnich promieniach słońca. Robert szedł z więcierzem, Agnieszka z dzbanem kwaśniejącego ziarna, a Gniewko z procą i mieszkiem pełnym kamieni.
Droga nad rzekę zmieniła się w ćwiczenie. Robert co chwila wskazywał cel.
– Widzisz ten sękaty konar na tamtym dębie? To kaczka. Trafisz?
Zatrzymywał się, wkładał kamień i rozkręcał procę. Krótki świst, szarpnięcie nadgarstka i kamień szybował przed siebie. Najczęściej lądował w trawie, daleko od celu.
– Patrz! Tam, duży kamień. To zając. Uważaj, zaraz ucieknie!
Na kilkanaście rzutów raz kamień zadźwięczał o pień, drugi raz głucho stuknął o głaz.
Robert położył dłoń na ramieniu chłopca.
– Oto nasz myśliwy. – Ścisnął jego ramię. – Jeśli każdego dnia trafisz tylko raz… tyle wystarczy, byśmy przeżyli. Jeden ptak to sycąca zupa dla nas wszystkich.
Dotarli do zakola. Agnieszka wysypała kwaśno pachnące ziarno do więcierza. Ostrożnie zanurzyli więcierz w tym samym miejscu co wczoraj.
– Jeśli znów będzie pusty, jutro poszukamy innego miejsca. – Wpatrywał się w nurt.
Wracali do chaty. Gniewko co chwilę wybiegał przed nich. Co jakiś czas podbiegał i z dumą pokazywał nowy, okrągły kamień. Jedzenia nadal brakowało, lecz strach trochę poluzował uścisk.
– Co myślisz, nasz mały mężczyzno? Domowik dziś zadowolony?
Zmarszczył brwi z powagą gospodarza. Spojrzał na chatę, potem na nich. Dopiero wtedy się uśmiechnął.
– Tak mi się zdaje.
Cześć :)
Podoba mi się to, że od kilku części zmieniłeś sposób rozpoczynania kolejnych rozdziałów. Teraz wchodzimy w akcję, a nie w zimny/deszczowy/ciężki dzień. Od razu chce się dalej czytać.
Poprawiłeś dialogi. Super.
– Nic nie tracimy. Trucizny i tak trzeba się pozbyć. Jeśli nakarmimy rzekę, a ona w zamian nakarmi nas… czysty zysk.
Mdły smak brukwi nadal siedział mu w ustach. Przerwał ciszę.
– Pójdę do Kwiecisza – oznajmił, odkładając łyżkę. – Porozmawiam z nim o Dobrogoście. Nie zostawię tego tak.
W tym fragmencie przeszli znad rzeki do stołu?
Wygramolił się z dołu i otarł czoło. Patrzył na cieślę przez chwilę bez słowa.
Tu Robert jeszcze nie wiedział, że ten chłop jest cieślą. Dopiero później tamten powiedział.
– Cieślą jestem. – Strzechę umiem kłaść lepiej niż ktokolwiek w siole.
Tu ci się rozjechało. Powinieneś usunąć ten myślnik.
Gestykulował łyżką przy parującej misce, nie przestawał mówić o Stanimirze o jego sile i tempie pracy, .
Powinno być:
Gestykulował łyżką przy parującej misce. Nie przestawał mówić o Stanimirze, o jego sile i tempie pracy.
Przez długą pierwszą część tekstu nie używasz w ogóle imienia Roberta. Dopiero we fragmencie o polowaniu. To samo z Agnieszką. Mi to nie przeszkadza, bo ich znam, ale ktoś nowy może się pogubić na samym początku.
Wzdrygnął się gwałtownie patrząc na nią.
Tu brakuje przecinka przed “patrząc”.
Przyśpieszymy produkcję cegieł i znoszenie trzciny. We dwóch damy radę przyśpieszyć robotę
Tu masz powtórzenie.
Zerwał się i krążył wokół dogasającego ogniska, rozdeptując popiół. – Harujemy całymi dniami, wciąż stoimy przed tym samym problemem. Brakuje nam czasu i sił.
Wpatrywała się w płomienie. Przygarbiła się mocniej. – Wiem. Innego wyjścia nie widzę. Po prostu, tak wygląda teraz nasze życie.
Tu się rozjechały dialogi. To znaczy są po staremu, ale wcześniej już zapisywałeś je dobrze :)
Pozdrawiam :)
W tym fragmencie przeszli znad rzeki do stołu?
tak. zrobić jakieś przejście?
staram się unikać raportowania. chyba nie ma co pisać, że wrócili z nad rzeki, ugotowali zupę i ją zjedli?
ktoś nowy może się pogubić na samym początku.
to niech nie zaczyna od środka ;-)
Tu Robert jeszcze nie wiedział, że ten chłop jest cieślą. Dopiero później tamten powiedział.
tak, pewnie po napisaniu i późniejszej redakcji szukałem jakiegoś zamiennika dla “mężczyzna” ale zgubiłem kontekst.
dzięki za wnikliwą ocenę.