- Opowiadanie: jadordook - DRŻENIE

DRŻENIE

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

DRŻENIE

Pomyślicie pewnie, że oszalałem, ale nie ma to znaczenia. Historia, którą tu opowiem, wydarzyła się naprawdę i do dzisiaj odczuwam jej skutki. Niech Bóg ma w swej opiece każdego, kto odważy się zapuścić tam, gdzie ja się zapuściłem…

Wszystko zaczęło się w dniu, w którym przywieźli tego dziwnego mężczyznę, niech będzie przeklęty po wsze czasy. Nie zapomnę tego dnia. Z nieba lał się żar, wentylatory w moim gabinecie pracowały na najwyższych obrotach, ale i tak musiałem zdjąć kitel i rozpiąć górne guziki koszuli, żeby jakkolwiek to wytrzymać. Skończyliśmy codzienny obchód, więc właściwie miałem nadzieję na pogrążenie się w papierach, co znacząco przyspieszyło by upływ czasu. Ale wtedy do gabinetu zajrzał Krzysiek, jeden z pielęgniarzy, prosząc mnie o natychmiastowe stawienie się w izbie przyjęć. Z ciężkim sercem zwlokłem się z fotela, wciągnąłem biały fartuch i poczłapałem w stronę skrzydła z podjazdem dla karetek.

Mężczyzna rzucał się, niczym wyciągnięta z wody ryba. Nosze trzymało czterech pielęgniarzy, a i tak ledwo dawali radę. Przytrzymujące nadgarstki, kostki i talię pasy trzeszczały niemiłosiernie, zwiastując rychłe zmęczenie materiału. Widząc to zdecydowanie przyspieszyłem kroku, z daleka już prosząc pielęgniarkę o przygotowanie solidnej porcji leków uspokajających. Razem z Krzyśkiem przycisnęliśmy przedramię pacjenta do łóżka, a Marta wstrzyknęła mu pełną dawkę zrobionej na szybko mieszanki. Taka ilość powaliłaby konia, więc nie zdziwiło mnie, gdy facet wykonał jeszcze kilka spazmatycznych ruchów, po czym opadł bezwładnie na nosze. Mamrotał coś pod nosem, ale na razie nie miało to żadnego znaczenia. Wykonałem podstawowe badania organoleptyczne i kazałem zamknąć delikwenta w izolatce. Teraz i tak nic bym z niego nie wyciągnął.

Krzysiek wręczył mi raport spisany podczas przekazania pacjenta przez policję. Dostali wezwanie od zaniepokojonej matki będącej na spacerze z dzieckiem. Zauważyła dziwnie zachowującego się mężczyznę, który to biegał, to czołgał się po polanie w nadwiślańskim parku, wyrzucając w górę garście ziemi, a co jakiś czas również coś z tejże ziemi wyciągając i wpychając sobie do ust. Kiedy na miejscu zjawił się patrol, musieli wezwać jeszcze dwóch chłopa, żeby gościa unieruchomić, ale tak się rzucał i wrzeszczał, że postanowili wysłać go prosto do czubków – czyli do nas.

Posiedziałem trochę nad papierami i postanowiłem zajrzeć do nowego rezydenta. Minęło wystarczająco dużo czasu, żeby działanie środków uspokajających nieco opadło, więc liczyłem na ucięcie sobie przynajmniej krótkiej pogawędki. Przy izolatce spotkałem Krzyśka, który co jakiś czas sprawdzał stan pacjenta. Poinformował mnie, że mężczyzna jest w miarę przytomny, uspokoił się i chociaż wciąż nie odpięli go od łóżka, sprawia wrażenie nieszkodliwego.

Kiedy wszedłem do pokoiku, facet spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Dopiero teraz mogłem przyjrzeć mu się dokładniej – miał niebieskie oczy o młodym, pełnym iskry spojrzeniu, w którego tle majaczyło szaleństwo. Po ponad dwóch dekadach praktyki potrafiłem dostrzec to bez problemów. Jego twarz porastała niezadbana, teraz dodatkowo brudna od ziemi broda, splatająca się miejscami z długimi do łokci siwymi włosami. Ale nie wyglądał staro, najwyżej na 40-kilka lat. Nie spuszczał ze mnie spojrzenia, kiedy przysunąłem sobie krzesło i usiadłem obok łóżka.

Nie musiałem nawet pytać, sam zaczął mówić. Opowiedział mi o tym, jak podróżował po całym świecie w poszukiwaniu jednej tylko książki i że znalazł ją w zapomnianym, małym antykwariacie na przedmieściach Amsterdamu; wytłumaczył, dlaczego poszukiwania tego tomu były dla niego ważniejsze, niż cokolwiek innego na świecie; wreszcie zdradził szeptem, że musiał odkopać stare tajemnice, by raz na zawsze rozwiązać sprawę z przeszłości. Gdy zapytałem go, dlaczego wpychał sobie ziemię do ust, na początku prychnął pogardliwie, jakby była to zupełnie nieistotna rzecz – jakbym się czepiał; wyjaśnił po prostu, że w ziemi tkwi życie. Potem zamilkł i nie odpowiedział już na żadne pytanie. Pożyczyłem mu dobrej nocy, wstałem, odstawiłem krzesło na miejsce i podszedłem do drzwi. Gdy położyłem dłoń na klamce, usłyszałem, jak powiedział cicho, ale wyraźnie: jest pod nami.

Chłopaki spisali dane naszego tajemniczego gościa, niestety nie udało się skontaktować z nikim z rodziny, bo tej nie było. Jak ustalili już niebiescy, córka zginęła w tajemniczych okolicznościach w wieku 6 lat, a żona nie zniosła tej straty i popełniła samobójstwo rok później. Czyli około dwóch lat przed tym, jak facet trafił na nasz oddział. To by wyjaśniało te podróże, o których wspominał. Nic go już nie trzymało w jednym miejscu, zaczął więc radzić sobie z bólem na swój sposób. Nurtowała mnie tylko ta księga – mówił o niej z mieszaniną szacunku i strachu. Ani razu nie wymienił też jej tytułu. Coś mi mówiło, że albo to majaki szaleńca, albo to właśnie ona jest kluczem do rozwiązania zagadki. Gość wyglądał mi na człowieka pogrążonego w ciężkiej paranoi i zawieszonego gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wymysłami umysłu, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ma to jakieś głębsze znaczenie.

Poprosiłem Krzyśka o rzeczy osobiste pacjenta. Wiele tego przy sobie nie miał: klucze, portfel z dowodem osobistym i jakimiś drobniakami oraz notes. To właśnie on przykuł moją uwagę, wziąłem go zatem, podpisałem co trzeba i ruszyłem do domu. I tak było już późno, Agata pewnie dawno poszła spać. Ze zdziwieniem zauważyłem, że przesiedziałem w tej pieprzonej izolatce prawie trzy godziny! Dałbym sobie uciąć rękę, że nie byłem tam dłużej, niż 40 minut. Ale upływ czasu bywa złudny.

W domu wszystkie światła była zgaszone. Zajrzałem do sypialni – Agata spała głęboko, a jej spokojny i równy oddech był kojący. Ostrożnie usiadłem na skraju łóżka i pogłaskałem ją po głowie, zastanawiając się nawet, czy nie obudzić jej na szybki numerek. Wtedy usłyszałem dochodzący z piwnicy chrobot. Włosy zjeżyły mi się na karku. Powoli wstałem z łóżka i starając się być jak najcichszej podszedłem do drzwi, za którymi były schody piwniczne. Ze schowka obok wyjąłem latarkę i jeden z kijów golfowych, po czym otworzyłem drzwi i błyskawicznie sięgnąłem do włącznika światła. Piwnicę zalała jasna poświata jarzeniówek.

Zacząłem powoli schodzić w dół, gdy chrobot się powtórzył. Myliłem się – nie dochodził z piwnicy, ale spod niej. Jakby coś ocierało się o fundamenty domu. Szybko przekalkulowałem, czy może nie budują pod nami kolejnej linii metra, ale nie, przecież nasza linia jest trzysta metrów dalej. Ten dźwięk był dziwnie niepokojący, wżynający się w mózg, kaleczący uszy od środka. Czekałem na jego ponowienie w nadziei na dokładniejsze zlokalizowanie źródła, ale już się nie powtórzył. Odkryłem za to delikatne pęknięcie na posadzce. Może to po prostu jakiś nienaturalnych rozmiarów kret buszował pod domem – wtedy to wytłumaczenie było dla mnie równie dobre, jak każde inne. Postanowiłem, że rano wezwę specjalistę od szkodników, a tymczasem naleję sobie szklaneczkę whisky i przewertuję notatnik mojego pacjenta.

Zaczynało się niewinnie. Ot, kilkadziesiąt adresów, jak mniemam, antykwariatów, które odwiedzał właściciel podczas swoich podróży po świecie. Potem zrobiło się nieco dziwniej. Pojawiły się współrzędne geograficzne i zdjęcia dziwnych konstrukcji przypominających stojące w przypadkowych szopy lub małe budynki gospodarcze. Długo patrzyłem na te zdjęcia, coś nie dawało mi w nich spokoju. Nie trzeba być architektem, żeby zauważyć ewidentne usterki konstrukcyjne – a obiekty na zdjęciach miały ich całe masy. Nienaturalne, przeczące logice kąty, ściany zdające się być jednocześnie wypukłe i wklęsłe, okna umiejscowione całkowicie absurdalne, w dodatku posiadające klamki od zewnątrz… Do tego te lokalizacje. Opuszczona fabryka na krańcu miasta. Żwirowa wysepka na bocznicy kolejowej. Była nawet szopa wepchnięta w róg podwórka typu studnia w jakimś starym osiedlu.

Kiedy przewróciłem stronę, poczułem jak z żołądka w zawrotnym tempie mknie ku górze obiad, a tuż za nim śniadanie. Zerwałem się i rzuciłem w stronę łazienki, ledwo zdążając nachylić się nad toaletą. Torsje targały mną kilka dobrych minut, a kiedy już wyrzygałem wszystko, co miałem do wyrzygania, dokładnie wypłukałem usta lodowatą wodą, przemyłem twarz i na miękkich nogach wróciłem do notatnika, leżącego teraz na dywanie obok fotela. A potem wyjąłem telefon, wybrałem numer Krzyśka i kazałem mu wezwać policję.

Kiedy dojechałem do szpitala, w środku panowało zamieszanie. Krzysiek stał pod ścianą, a kolor jego twarzy niewiele różnił się od trupiej bieli farby. Łamiącym się głosem powiedział, że zaraz po moim telefonie z izolatki dobiegł przenikliwy, niemalże zwierzęcy ryk cierpienia. Pobiegł w tamtą stronę, jednocześnie wzywając – zgodnie z moim zaleceniem – policję. Na miejscu zastał jedynie kłębiącą się na łóżku stertę białych, obrzydliwie nabrzmiałych robaków, przewalających się z pościeli na podłogę i rozpełzających po izolatce. Bał się otworzyć drzwi, więc zaczekał na patrol. Oni natomiast wezwali techników i ludzi od dezynsekcji. Kiedy otworzyli drzwi izolatki, buchnęło z niej zgnilizną, oblepiającym wszystko odorem śmierci i rozkładu. Naszego pacjenta znaleźli pod kłębiącymi się czerwiami, z rozerwanym brzuchem.

Nie wiem, co mną kierowało, ale wyszedłem ze szpitala, wsiadłem w samochód i odnalazłem dane geograficzne jednej z dziwnych konstrukcji. Znajdowała się zaledwie kilka przecznic dalej, między zrujnowaną kamienicą a opuszczoną fabryką. Pojechałem tam samotnie, w środku nocy, uzbrojony jedynie w ten przeklęty notes i latarkę patrolową, którą zawsze wożę w samochodzie.

Gdy tylko ujrzałem drewnianą, wciśniętą w trzewia miejskiej tkanki drewnianą budkę wielkości toi-toja, znowu zebrało mi się na mdłości. Drżącą ręką sięgnąłem do klamki i otworzyłem drzwi, wygięte pod kątem tak nienaturalnym, że nie powinienem móc ich nawet ruszyć. W środku budki cuchnęło tak samo, jak w izolatce – rozkładem i stęchlizną. Ale czuć było tu coś jeszcze. Jeśli byliście kiedyś na grząskim po deszczu gruncie w poszukiwaniu rosówek, wiecie o co mi chodzi. To zapach mokrej, świeżo skopanej ziemi; zapach grobu.

Ostrożnie nachyliłem się nad dziurą i zaświeciłem do środka latarką. Długi snop światła pomknął w dół czarnej otchłani, ukazując mi jedynie pustkę. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle na dole coś się poruszyło, a ja z mieszaniną niedowierzania, odrazy i przerażenia zrozumiałem, że patrzę na przesuwające się podziemnym korytarzem cielsko ogromnego czerwia.

Przypomniało mi się to, co zobaczyłem na dalszych stronach plugawego notatnika. Były to zdjęcia zrobione wpuszczonym w otwory aparatem – ukazywały ludzi pochłanianych przez wielkie, żyjące głęboko pod miastami robaki wielkości pociągów. Na pierwszej fotografii była zaginiona dwa lata wcześniej córka rozrywana na strzępy przez białą, tłustą i bezoką larwę.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Widzę, że to już Twoje drugie opko na Portalu, którego gratuluję, zachęcając jednocześnie do zerknięcia w dział Publicystyka, gdzie znajdują się – przydatne nam wszystkim – PORADNIKI, w tym: Drakainy – dla Nowicjuszy, ortograficzny, dialogowe, myślowe, interpunkcyjny itp. :)

 

Sprawy techniczne i związane z nimi sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Niech Bóg ma w swej opiece każdego, kto odważy się zapuścić tam, gdzie ja się zapuściłem…Wszystko zaczęło się w dniu, w którym przywieźli tego dziwnego mężczyznę, niech będzie przeklęty po wsze czasy. – powtórzenie?

Skończyliśmy codzienny obchód, więc właściwie miałem nadzieję na pogrążenie się w papierach, co znacząco przyspieszyło by upływ czasu. – ortograficzny – razem?

Nosze trzymało czterech pielęgniarzy, a i tak ledwo dawali radę. Przytrzymujące nadgarstki, kostki i talię pasy trzeszczały niemiłosiernie, zwiastując rychłe zmęczenie materiału. – powt./styl?

Razem z Krzyśkiem przycisnęliśmy przedramię pacjenta do łóżka, a Marta wstrzyknęła mu pełną dawkę zrobionej na szybko mieszanki. – czy ta (i inne – np.: Krzysiek wręczył mi raport spisany podczas przekazania pacjenta przez policję) aliteracja jest celowa?

Ale nie wyglądał staro, najwyżej na 40-kilka lat. – słownie (pozostałe liczebniki podobnie)?

Gdy położyłem dłoń na klamce, usłyszałem, jak powiedział cicho, ale wyraźnie: jest pod nami. – wypowiedź bohatera trzeba jakoś podkreślić/uwypuklić w tekście (?)

Coś mi mówiło, że albo to majaki szaleńca, albo to właśnie ona jest kluczem do rozwiązania zagadki. Gość wyglądał mi na człowieka pogrążonego w ciężkiej paranoi i zawieszonego gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wymysłami umysłu, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ma to jakieś głębsze znaczenie. – powtórzenie?

Gość wyglądał mi na człowieka pogrążonego w ciężkiej paranoi i zawieszonego gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wymysłami umysłu, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ma to jakieś głębsze znaczenie. – styl?

Dałbym sobie uciąć rękę, że nie byłem tam dłużej, niż 40 minut. Ale upływ czasu bywa złudny. W domu wszystkie światła była zgaszone. Zajrzałem do sypialni – Agata spała głęboko, a jej spokojny i równy oddech był kojący. – powtórzenia?

W domu wszystkie światła była zgaszone. – literówka?

Ostrożnie usiadłem na skraju łóżka i pogłaskałem po głowie, zastanawiając się nawet, czy nie obudzić jej na szybki numerek. – powtórzenia/zaimkoza?

Powoli wstałem z łóżka i (przecinek?) starając się być jak najcichszej (i tu?) podszedłem do drzwi, za którymi były schody piwniczne.

Ten dźwięk był dziwnie niepokojący, wżynający się w mózg, kaleczący uszy od środka. – ortograficzny?

Potem zrobiło się nieco dziwniej. Pojawiły się współrzędne geograficzne i zdjęcia dziwnych konstrukcji przypominających stojące w przypadkowych szopy lub małe budynki gospodarcze. – powtórzenie?

Pojawiły się współrzędne geograficzne i zdjęcia dziwnych konstrukcji przypominających stojące w przypadkowych szopy lub małe budynki gospodarcze. – składniowy? – brak tu części zdania?

Nienaturalne, przeczące logice kąty, ściany zdające się być jednocześnie wypukłe i wklęsłe, okna umiejscowione całkowicie absurdalne, w dodatku posiadające klamki od zewnątrz… literówka? – czy tu nie brakuje „i”?

Była nawet szopa wepchnięta w róg podwórka typu studnia jakimś starym osiedlu. – na?

Łamiącym się głosem powiedział, że zaraz po moim telefonie z izolatki dobiegł przenikliwy, niemalże zwierzęcy ryk cierpienia. Pobiegł w tamtą stronę, jednocześnie wzywając – zgodnie z moim zaleceniem – policję. – powtórzenie/styl?

Gdy tylko ujrzałem drewnianą, wciśniętą w trzewia miejskiej tkanki drewnianą budkę wielkości toi-toja, znowu zebrało mi się na mdłości. – powtórzenie?

Jeśli byliście kiedyś na grząskim po deszczu gruncie w poszukiwaniu rosówek, wiecie (przecinek?) o co mi chodzi.

Długi snop światła pomknął w dół czarnej otchłani, ukazując mi jedynie pustkę. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle na dole coś się poruszyło, a ja z mieszaniną niedowierzania, odrazy i przerażenia zrozumiałem, że patrzę na przesuwające się podziemnym korytarzem cielsko ogromnego czerwia.

Przypomniało mi się to, co zobaczyłem na dalszych stronach plugawego notatnika. Były to zdjęcia zrobione wpuszczonym w otwory aparatem – ukazywały ludzi pochłanianych przez wielkie, żyjące głęboko pod miastami robaki wielkości pociągów. – powtórzenia?

 

 

 

Hmmm… zakończenie Twojego horroru brzmi tak:

„Przypomniało mi się to, co zobaczyłem na dalszych stronach plugawego notatnika. Były to zdjęcia zrobione wpuszczonym w otwory aparatem – ukazywały ludzi pochłanianych przez wielkie, żyjące głęboko pod miastami robaki wielkości pociągów. Na pierwszej fotografii była zaginiona dwa lata wcześniej córka rozrywana na strzępy przez białą, tłustą i bezoką larwę”.

I – nie wiem, czemu tak je zakończyłeś. Brak info, o czyją córkę chodzi (domyślam się, że pacjenta, lecz to tu trzeba raz jeszcze napisać), a poza tym – co dalej z bohaterem-lekarzem, co z pozostałymi ludźmi, co z odkryciem, jakiego dokonał? Czemu tam były robale? Skąd się wzięły? Czemu córka zginęła? Jakie były tego okoliczności? Czemu gość zjadał ziemię – aby spożywać robaki – po co? 

 

Świetny pomysł został zaprzepaszczony – jedynie zarysowany temat horroru, brak w nim dialogów, brak rozwinięcia i poprowadzenia akcji dalej, aż do porządnego zakończenia. Czytelnik pozostaje z ogromnym niedosytem. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Dzięki za obszerny komentarz. Jego końcówka mocno mnie zaskoczyła, myślałem, że koncepcja zakończenia otwartego, niedopowiedzianego jest znana szeroko w świecie post-lovecraftowskiego horroru. Nie wszystko musi być wyłożone i opisane, niech wyobraźnia ma co robić. Mnie między innymi dlatego odrzuca większość fantastyki, bo wszystko jest tam szczegółowo wyjaśnione, encyklopedycznie wręcz przedstawione czytelnikowi i przez to nudne – przynajmniej dla mnie. Ja lubię niedopowiedzenia, lubię gdy bohaterem nie są bohaterowie a sama historia, koncepcja, a już w szczególności lubię, gdy zakończenie pozostawia czytelnika w stanie zawieszenia. 

Hejka!

Od początku czułam niepokój i napięcie, które cały czas rosły. Bardzo dobrze budowałeś klimat, długo nie wiadomo, czy facet jest po prostu chory, czy faktycznie dzieje się coś dziwnego, potem jego słowa, drobne sygnały jak dźwięki spod domu i notatnik – bardzo mi się podobało. 

Trochę mnie natomiast rozczarowała końcówka, bo mam wrażenie, że wszystko nagle przyspiesza. Bohater szybko znajduje miejsce, szybko widzi co tam jest i tajemnica trochę się zamyka. Chętnie przeczytałabym więcej.

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Szanowny Jadordooku, ja także lubię niedopowiedzenia, zdecydowanie!, ale tutaj zabrakło mi czegoś podsumowującego całość. :) 

Pozdrawiam, dzięki. :)

Pecunia non olet

@bruce – rozumiem, przyjmuję, może dopiszę suplement ;)

@betweenthelines – dzięki za komentarz, faktycznie może wpadłem w pułapkę Kinga i końcówkę za mocno przyspieszyłem.

Hej :)

Historia mnie wciągnęła, a potem niestety rozczarowała. Z tym, że nie zgodzę się, że jest to otwarte zakończenie. Gdzie tu niedopowiedzenie, jeśli mamy wyłożone na tacy, co bohater w ty tojtoju znalazł :)

Ostatni akapit bym zupełnie usunęła.

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka