- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0014. Dzień czternasty.

Cuiavia. Vicus. 0014. Dzień czternasty.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0014. Dzień czternasty.

Obudziły ich monotonne uderzenia wody o klepisko. Siąpiło. Dach, zapadnięty w kilku miejscach, ostatecznie skapitulował. Rozmokła darń puściła; brudne krople bębniły o rozmokłą ziemię.

Przy wejściu pęczniała kałuża; kolejna rozlewała się na środku izby.

Rozpalili ogień. Brak komina zamienił izbę w wędzarnię. Gotowali zupę łzawiąc i dławiąc się siwym oparem.

Siorbali w milczeniu, skuleni przy żarze; szukali miejsca, gdzie dym najmniej drażnił oczy. Deszcz miarowo szumiał, woda drążyła błotniste dołki.

– No cóż – odezwał się Robert. – Przynajmniej czeka nas spokojny dzień. Przymusowy odpoczynek.

Łypnęła na niego przez siwą zasłonę; w przekrwionych białkach błysnęło rozbawienie. – Luksusy. Wędzenie żywcem i darmowy prysznic. Żyć, nie umierać.

Tuż po posiłku chwycili za narzędzia, byle zająć czymś myśli. Agnieszka usiadła przy progu, w smudze szarego światła, i sięgnęła po witki. Splatała gniazda dla kur; palce pracowały coraz sprawniej. Robert, wyjąwszy nóż i polano, jął strugać głęboką łyżkę.

Ciszę mąciło tylko skrobanie stali o drewno, trzask witek i kapanie wody.

– Nudzi mi się – rzuciła nagle, przecinając monotonię. – Zagrajmy w coś.

Uniósł głowę znad lipowego polana. – W co? W liczenie kropel?

– W zgadywankę. Pomyślę o zwierzęciu, a wy pytajcie. Odpowiadam tylko „tak” lub „nie”.

– Zgoda! – przytaknął Robert, a Gniewko, dotąd tylko obserwujący, nadstawił uszu.

– Ja zaczynam. Przymknęła powieki, pozorując głęboki namysł. – Gotowe. Pytajcie.

– Ma racice? – wypalił Robert.

– Tak.

– Czy… mieszka w lesie? – upewnił się Gniewko.

– Nie.

– Przerasta mnie? – podjął Robert.

– Nie.

Gniewko zamilkł. Wodził wzrokiem po futrach wyściełających ich posłania. – Czy… nosi kożuch? – szepnął.

– Tak! – oczy Agnieszki rozbłysły.

– Koza! – krzyknął Robert, pewien zwycięstwa.

– Nie.

– Daje mleko? – dopytywał chłopiec.

– Tak.

– A rogi? Ma rogi?

Przybrała wyraz naukowego skupienia. – Czasem miewa, czasem nie.

Robert uniósł ręce w obronnym geście. – Zaraz, zaraz! Złamałaś zasadę! Usłyszałem coś innego niż „tak” lub „nie”! – żachnął się z udawanym oburzeniem. – Sama ustalasz reguły, by natychmiast je deptać. Oszustwo!

Roześmiała się. – Żadne oszustwo! – odparła. – Podałam czystą prawdę. Czasami wyrastają, a czasami nie.

Zerknął na nią, na chłopca, który marszczył brwi i milczał. Parsknął. – Niech ci będzie. Uznamy to za… zmyłkę.

– Teraz pytanie Gniewka – przerwała spór.

Chłopiec, nie spuszczając wzroku z futra, klasnął w dłonie. – Owca! – wykrzyknął triumfalnie.

– Trafiony! Wygrałeś! – krzyknęła.

– Twoja kolej, mądralo – Robert zmierzwił chłopcu włosy. – Wymyśl coś trudnego.

Gniewko wyprostował się i spoważniał nagle. – Mam.

– Dobrze – podjęła Agnieszka. – Jada trawę?

Chłopiec powoli zaprzeczył głową.

– Aha! – Robert podchwycił trop. – Mięsożerca. Mieszka w lesie?

– Tak.

– Ludzie się go lękają? – drążyła Agnieszka. Chłopiec zamilkł i ścisnął wargi.

– Tak. Bardzo.

– Polujemy na niego? – drążył Robert.

Gniewko znów zaprzeczył ruchem głowy.

W izbie zapadła cisza. – Chodzi samotnie? – szepnęła konspiracyjnie Agnieszka.

Gniewko spojrzał jej prosto w oczy. – Nie.

– Wilk! – wyrzucili z siebie jednocześnie.

Gniewko uśmiechnął się szeroko, czekając na reakcję.

Po kilku rundach Robert zaproponował zmianę zasad. – Teraz zagramy w „Co by było, gdyby…”. Ja pytam, wy szukacie odpowiedzi. – Skrzywił usta w uśmiechu na widok przeciekającego dachu. – Co by było, gdybyśmy zaprosili na kolację… Rusałkę?

Gniewko spoważniał w mgnieniu oka. Twarz mu stężała, w oczach błysnął lęk. – Nie wolno – szepnął.

Agnieszka przysunęła się do chłopca. – Dlaczego nie wolno? – zapytała łagodnie. – Wyjaśnij nam to.

– Jej się nie zaprasza. Przychodzi sama, kiedy zechce. Do chaty wpuszczać jej nie wolno. Domowik zaraz ją przepędzi. Należy do rzeki. – Wyjrzał na deszcz za progiem i zaraz odwrócił wzrok. – Trzeba uważać na jej włosy. Muszą ociekać wodą. Gdyby wyschły, straciłaby moc i wpadła w straszny gniew. A wtedy… wtedy biada nam wszystkim.

– Dlaczego biada? – zaciekawiła się.

– Kiedy zechce się bawić… – głos Gniewka niemal zanikł w szumie deszczu. – Bierze cię za rękę i każe tańczyć. Wirować bez końca, póki nie braknie tchu i sił w nogach. A gdy padniesz, wciąga cię pod wodę.

W zadymionej izbie zaległa ciężka cisza. Agnieszka, pragnąc rozproszyć mrok, wymusiła uśmiech. – Moja kolej – oznajmiła. – Dość straszydeł. Gniewko… co by było, gdybyś wzbił się w powietrze niczym ptak?

Lęk w oczach chłopca zgasł. Zamyślił się.

– No… – zaczął nieśmiało. – Wtedy nie musiałbym kosić trawy. Widziałbym z góry kryjówki kur i miejsca, gdzie rosną najlepsze grzyby. No i wilk… wilk by mnie nie dopadł. Bo uciekłbym w chmury. – Głos chłopca słabł, spoważniał.

– Chciałbym… chciałbym stać się żurawiem. Poleciałbym wysoko, aż do Żurawiej Drogi, tam, gdzie sypie się gwiezdne ziarno. Leciałbym, aż do dusz matki, ojca, Sławomira i Mileny. Pomachałbym im skrzydłem, żeby wiedzieli, że pamiętam… i że nic mi nie grozi.

Dym kłębił się w ciszy. Agnieszka przygarnęła chłopca, przycisnęła go mocno do siebie. Robert objął ich oboje, tworząc małą wyspę pośród mroku i szumu deszczu.

* * *

Ulewa ustała dopiero pod wieczór. Wyszli odetchnąć rześkim, wilgotnym powietrzem, świat lśnił świeżo umyty.

Kałuże odbijały ostatnie promienie słońca, które przecinały poszarpane chmury.

Myśli inżyniera natychmiast pognały ku cegłom. – Chodźcie – rzucił krótko. – Musimy sprawdzić, czy nic się nie stało.

Podeszli do wiaty. Namoknięta trzcina pociemniała, lecz spód pozostał suchy.

– Gniewko, spójrz tutaj! – zawołał dumnie. – Widzisz? Trzcina wytrzymała. Jeśli zwiążemy ją w ciasne snopki i przytwierdzimy do chaty, żadna ulewa nie wedrze się nam do środka.

Gniewko nieufnie wślizgnął się pod wiatę. Przesunął palcami po pylistym gruncie, a potem zbadał krawędź cegły. Suchość wprawiła go w osłupienie, spojrzał na Roberta inaczej niż przed chwilą.

– Spójrzcie! – zawołała Agnieszka, celując palcem w niebo. – Coś niesamowitego! Jakie ostre barwy!

Nad doliną rozpiął się potężny, podwójny łuk. Świetlisty most rzucony przez bogów między brzegami rzeki.

Gniewko pisnął z przerażenia. Rzucił się do przodu. Pochwycił jej dłoń, pociągnął ku ziemi. – Nie wolno! Nie wskazuj palcem! – Zacisnął palce na jej dłoni.

Zamarli, zaskoczeni gwałtownym wybuchem. – Dlaczego? Co się stanie? – zapytała łagodnie, kucając przy nim.

– Bo palec ci uschnie i odpadnie – wychrypiał; śledził wzrokiem jej dłoń w poszukiwaniu pierwszych oznak klątwy. – To Łuk Peruna. Nie wolno go pokazywać.

Wymienili zdumione spojrzenie. – Łuk Peruna? Wyjaśnij nam to.

Chłopiec, wciąż kurczowo trzymając dłoń opiekunki, zmierzył tęczę nabożnym, lękliwym spojrzeniem.

– Weles nienawidzi Swarożyca – zaczął. – Nasyła chmury, by skraść światło. Perun wpada w gniew, bo traci z oczu ludzkie sprawy. Grzmi i rozgania mrok. A potem jego łuk… – wskazał głową – …spija wodę z ziemi z powrotem do nieba. Tak ziemia odzyskuje suchość.

Patrzyli na niego w milczeniu.

– Zatem wróży pomyślność – próbowała ukoić lęk dziecka. – Pobiegniemy tam? Sprawdzimy, gdzie dotyka ziemi!

Odskoczył gwałtownie. – Nie! Nigdy! Nie wolno!

– Dlaczego? Co grozi komuś, kto podejdzie za blisko? – Robert nie odpuszczał.

– Łuk Peruna otwiera wrota. Kto przez nie przejdzie, tego bogowie odmienią. – Spojrzał na nich i ściszył głos do szeptu. – Bo… jak chłop pod niego wejdzie, to mu… – spuścił wzrok – …odpadnie i wyrosną piersi. Zrobi się z niego baba. A gdy baba pod niego wejdzie, to płaska się zrobi i chłopem się stanie.

Wpatrywali się w niego zaskoczeni. Robert stłumił uśmiech, widząc jego powagę.

Chłopiec, pragnąc dowieść swej racji, rozejrzał się konspiracyjnie i wskazał brodą odległą ścianę lasu. – U nas… tam, za lasem… mieszkają tacy dwaj. Bracia. Ale Rzepicha i baby ze wsi gadają, że żadni z nich bracia. Powiadają, że ten młodszy, Wit, był kiedyś dziewuchą. Musiał ganiać za tęczą i… wbiegł pod łuk. I teraz jest chłopem.

Tęcza na niebie powoli blakła. Milczeli, pozwalając, by słowa Gniewka zawisły w wilgotnym powietrzu. Agnieszkę przeszył dreszcz. Zmrużyła oczy, szukając w gęstwinie śladu chaty tajemniczych braci. Prędzej czy później tam pójdzie.

* * *

Kładli się spać. Gniewko leżał pod grubym futrem.

– Co to za stwór: szybko biega, śmieje się… – zaczęła Agnieszka cicho.

– I wie gdzie się kury niosą – dodał Robert.

– Domowik raduje się dzisiaj – szepnął chłopiec, głosem drżącym od śmiechu. – Lubi, gdy w chacie gości wesołość. I gdy trzymamy się razem.

Koniec

Komentarze

Gotowali zupę łzawiąc i dławiąc się

Niezamierzony rym. Łzawiąc można zamienić na ze łzami w oczach

 

– Twoja kolej, mądralo – Robert zmierzwił chłopcu włosy. – Wymyśl coś trudnego.

Moim zdaniem pierwsza kwestia dialogowa zakończona kropką.

 

W zadymionej izbie zaległa ciężka cisza

Zamieniłbym “ciężka” na “niezręczna”, co dodatkowo usuwa aliterację.

 

Leciałbym, aż do dusz matki, ojca, Sławomira i Mileny.

Dodawanie imion rodziców przez chłopca nie brzmi naturalnie.

 

Robert stłumił uśmiech, widząc jego powagę.

Zgrabniej: Robert stłumił uśmiech, zobaczywszy poważną minę Gniewka

 

Koniec pogodny, ale zestawienie śmiechu z ostatnią scenką wytrąca z rytmu czytania. Domyślam się, że nastąpiło jeszcze coś, co go rozbawiło, ale miałem wrażenie przeskoku nastroju. Gdyby po ostatnim, refleksyjnym zdaniu poprzedniej scenki ktoś z nich zaproponował jeszcze jedną zabawę, nawet bez jej opisu, łatwiej odnalazłbym się w zakończeniu. 

Rozdział, w którym niewiele się dzieje, ale buduje wiarygodność zżycia się bohaterów w rodzinę, czyli konieczny wypełniacz fabularny, żeby potem czytelnik nie narzekał, że za szybko się zgrali. 

 

 

poprawiłem wg twoich sugestii.

Dodawanie imion rodziców przez chłopca nie brzmi naturalnie.

to są imiona rodzeństwa. Chyba tak by powiedziało dziecko? o rodzicach z szacunkiem a o rodzeństwie po imieniu

 

Koniec pogodny, ale zestawienie śmiechu z ostatnią scenką wytrąca z rytmu czytania. Domyślam się, że nastąpiło jeszcze coś, co go rozbawiło

przypominał sobie radosne chwile z tego dnia. zmniejszyć jego emocje?

 

czyli konieczny wypełniacz fabularny,

tak, mam kilka takich rozdziałów, którymi popycham technologię do przodu, albo wprowadzam nowe osoby, tutaj Tęczowych Braci, dla których mam klika wątków pobocznych.

No i zawsze staram się wpleść trochę folkloru.

 

dzięki.

Ja bym nie studził jego emocji, bo to akurat dobrze zagrało, tylko dał mu jeszcze jakiś powód, żeby nie było zderzenia refleksyjnego zakończenia poprzedniego akapitu z wesołą końcówką. Można wspomnieć, że jeszcze w coś się bawili przed snem, będzie naturalniej.

Hej :)

Jak celnie ujął to marzan, konieczny wypełniacz fabularny. Ciepło, miło, wiarygodnie. Chyba już pora na wrzucenie jakiejś bomby albo chociaż takiej bombeluni :P

Z tymi imionami to ja też zrozumiałam, że to rodzice, a nie rodzeństwo.

 

Chyba już pora na wrzucenie jakiejś bomby albo chociaż takiej bombeluni :P

laugh

Były złośliwości i śmiech. W kolejnych będą również. Poważny konflikt mam w chwili, kiedy stawka będzie większa. Teraz ciągle nie wiadomo, czy dadzą sobie radę bez ingerencji wrogów. Teraz walka na widły czy coś mocnego byłaby niewiarygodna.

tylko dał mu jeszcze jakiś powód

dodałem, krótki powód do tego śmiechu

Nowa Fantastyka