w cieniach poddanego pokolenia
Yukio Mishimie poświęcam
w cieniach poddanego pokolenia
Yukio Mishimie poświęcam
AKT I
GŁOSY Z PRZEGNIŁEGO ŚWIATA
Chciałem kiedyś mieć żonę i dzieci. Postawić dom, „zasadzić drzewo”? – też bym się nie obraził. Marzyłem, że zostawię wnukom po sobie cokolwiek więcej niż tylko ślad w systemie kadrowym – „Obecny”. Kiedyś rzeźbiłem. Dłubałem coś z pasją, z przekonaniem, że ma to sens. Ale teraz? Po ośmiu godzinach roboty za psie pieniądze wracam do domu i zasypiam, zanim zdążę pomyśleć, czy cokolwiek mogę zdziałać…
Spoiler – nie mogę, jakim w ogóle prawem śmiem o tym myśleć?! To dla elyt, dla panów, którzy nie musieli pracować na swoje studia – nie dla ciebie, buraku, ciemniaku z polskiej pipidówy!
Z niedowierzaniem dziś przypominam sobie, że kiedyś chciałem mieć coś, z czego mógłbym być dumny.
Potrzebowałem autorytetów, jak mi się wydaję, i w pierwszej kolejności szukałem ich w domu. Ech, co tu dużo gadać! Moi rodzice dalej żyją w PRL-u – mentalnie, oczywiście. Do dziś wierzą, że moja pensja po studiach powinna rosnąć w nieskończoność, najlepiej do dwóch średnich krajowych. Że z gówno znaczącym magistrem rynek pracy bije się o moją osobę w kadrach…
Jasne, też bym chciał, ale bez znajomości? W tym kolesiowskim państwie, które odbiera chęci do życia z każdym dniem?
Rzecz logiczna, słyszę, nie podoba ci się? – idź na wybory. Głosuj. Na tych albo na tamtych. Zmieniaj rzeczywistość… chociaż w praktyce – to wszystko ta sama post-komunistyczna mafia!
Wyciągam telefon, pokazuję starym nagrania, fakty, wypowiedzi, jak, gdzie i ile kasy wyprowadzają bokiem, wszyscy, powiązani w jednym kółeczku i w ramach cyrku dla idiotów skłóceni – i co słyszę? Że jestem niewdzięczny. Że się nie znam. Że przesadzam. Że…
No tak, zapomniałem, matka u mnie autyzm podejrzewa!
Bo dlaczego, gówniarzu, nie możesz po prostu zaakceptować, że życie jest chujowe i robić na bogacza po tatusiu z uśmiechem na mordzie, a nuż – czasem rzuci ci jakieś ochłapy? Wielki pan, czerwony możny, przecież dorobił się uczciwie, z firmą założoną za Jaruzela, skupował za bezcen państwowe… przecież każdy mógł to zrobić, mój stary też, ale nie chciał po prostu!
Pamiętam jedną kłótnie w rodzinie, to był hit. Stryj z ojcem, jeden przeciw drugiemu. Można by pomyśleć – o, zaraz zacznie streszczać chłopina nudne dyskusje o ekonomii, o przyszłości kraju, o wartościach… Nic z tych rzeczy. Oni debatowali, która partia kradnie więcej. Bo to normalne, że to robią, grunt, żeby znaleźć takich, co to są w tym mniej wprawni. Ot, wyznacznik „sprawiedliwych” rządów, nie?
„Kradnom, ale przynajmniej dajom”, kluczowy statement mojego starego padł wyjątkowo późno, ale argument to, powiadam, nie do zbicia – jak warszafkowe „Ad hitlerum”, liberum veto pierdolone!
Idziesz na wybory i nagle się okazuje, że większość myśli dokładnie tak samo jak stary, że w sumie masz wybór, ale tak naprawdę to nie.
Trzeba nam dalej nagradzać nieudaczników za służalcze rządy względem każdego, nawet słabszych od siebie narodów… Każdego, byle nie obywateli własnego kraju, ma się rozumieć, oni niech robią na kolegów ministra!
A że życie musi być gówniane, że tylu osobom tak się kolesiostwo starych dziadów i pociotków podoba, zacząłem uciekać. W świat wirtualny, ile tylko się dało. Bo czy miałem inne opcje? Perspektywy na lepszą pensję – zerowe. Większość ogłoszeń o prace i tak wisi na internecie jak widmo, memento mori – co najwyżej. Relacje? Dziewczyny w większości nawet nie spojrzą, jeśli nie masz dziesięciu tysięcy na rękę, o ile nie jesteś Amerykańcem, czy innym Szkopem. Więc się zapuściłem. Wynajmuję pokój, w którym się zamykam zawsze po robocie. W drugim mieszka Hindus – kierowca taksówki. Właściwie się nie widujemy, to chociaż mam spokój.
Wstaję, idę do pracy, wracam. Jeśli nie padam od razu – gram. A przynajmniej grałem do niedawna.
Bo i tego mam już dość.
Chciałem choć na chwilę zagłuszyć wszystko. Przerysowaną przemocą, ratowaniem sztucznego świata, cokolwiek, byle wyrzucić z siebie napięcie. Ale nawet tam dopadła mnie rzeczywistość, niczego sobie te pierdolone chujki nie odpuszczą – moralizowanie odklejusów z wielkich miast, nachalne narracje, coraz bardziej oderwane od życia ścierwo z lewa. Grałem, żeby uciec od świata, a ktoś uparcie wciskał mi ten sam świat z powrotem do gardła!
Nawet nie jestem prawicowy – bo przecież to jest ten moment, że muszę się tłumaczyć, gdzie popierdolone libki będą nacierać, byle tylko w białych uderzyć. W nic od dawna nie wierzę, ale wszędzie słyszę, że jestem ekstremista. Że jakiś szur, że oszołom! Bo, kurwa, mi coś nie pasuje, a powinienem przecież tylko klaskać i konsumować, konsumować, konsumować, jak kretyni, i płacić horrendalne sumy za gówno.
Jak nawet już nie kupuje się gier, tylko „wypożyczam na czas nieokreślony”…!
Więc przestałem grać.
Filmy, seriale, książki – to samo. Nigdzie nie da się odsapnąć. Wszędzie to samo. Jeden przekaz, byle dalej od problemów szarego człowieka. Zaimki, kurwa, bez tego nie byłbym w stanie funkcjonować w mojej gównianej pracy, pedały i cała reszta tych pokrak pewnie tak samo!
W mediach sztuczne kłótnie. W życiu coraz gorzej. Każdy kolejny rząd bije rekordy zadłużenia, ale najważniejsze pytanie w debacie akurat musi brzmieć – „jak zrównać pensje siatkarek z siatkarzami?”
Aborcja, no tak, to też najważniejsze – bo w państwie, w którym i tak baby nie chcą mieć dzieci, gdzie współczynnik urodzeń leży i kopie rowa, muszę słuchać co chwilę prukwy po 50-tce, najlepiej grubej, nieatrakcyjnej lesbijki, że ona na gwałt musi mieć prawo zabić gówniaka w łonie…
Załamuje się tą pierdoloną Polską coraz bardziej, ilekroć sięgam, aby przeczytać wynaturzenia kolejnego nieinteligentnego intelektualisty z UW.
O, jeszcze „neutralność płciowa” w widmo-ogłoszeniach o prace – tego potrzebowałem! Żadnych widełek, żadnej przejrzystości, czy w ogóle kogokolwiek chcą zatrudniać, byle się „kierownice, mechaniczki, -iczki, -piczki”, zgadzały!
Przestałem się udzielać w internecie, na forach, gdziekolwiek. Bo kończyło się tym, że wyzywałem ludzi, nie szkoda mi ich, ale… sam miałem tego dosyć. Oni i tak, od razu mnie skwitowali – nazista, rasista, sto innych „-istów”. Jak mówisz o prawach pracownika, skarżysz się na kolesiostwo elitek, też jesteś faszolem! A najbardziej godne politowania, że oni nawet nie wiedzą, co te określenia znaczą – bo kryje się za nimi po prostu „zły człowiek”, tzn. ktoś, kto się z nimi nie zgadza.
Kurwa, ja nie mam żadnych poglądów, sram już na jakiekolwiek wartości i nie obchodzi mnie, co ktoś uważa; odkąd pamiętam walczę tylko, żeby mieć spokój w głowie… i widać, za dużo wymagam.
Co, że niby roszczeniowy gówniarz, „księżniczek”, „pysio misio” – jak te zjeby zawsze protekcjonalnie kwitują?
Moje odciski i blizny z prac przytakują!
Ach, no i koniec końców siedzę. Tylko. Wracam z pracy, gapię się w ścianę i milczę. Nawet do siebie już nie gadam, bo obwiniam „tego osobnika” za to, że musiał się urodzić. Mamy kosę, tak?
Mam już tyle lat, że wiem, że nic nie osiągnę, że za późno – nie mam znajomości – a starych przestałem już obwiniać. Sami i tak robią sobie dużo większą krzywdę, a potwierdzenie tego widzę zawsze, gdy wracam do domu – gdy telewizor z „samą prawdą całą dobę” gra nawet, gdy śpią…
Śpię po dwanaście godzin, budzę się zmęczony i znowu – robota. Przetraw. Powtórz. Śmieciowe żarcie w trakcie, ale tanie, byle nie smakowało, szło wstrzyknąć się w mój budżet. Przegryzasz ten syf i czujesz chemię w ustach, ale… bo to nie dla bogatych jest już wszystko, co dobre? Kolejny dzień zapierdolu, żeby ktoś inny mógł żyć w luksusie.
Co z tego najśmieszniejsze? Dyrektorka u mnie w pracy nie wie nawet, czy „mamy jakiś VAT”. Bo co to jest, na co to komu, jak się prowadzi firmę? Zawodowa córeczka tatusia! Szkoda, że nie ma szkoły, która uczy takiego zawodu, bo widzę w Excelu, że nieźle za to płacą…
Kierownik mnie nie znosi. Nie wiem za co, bo udaje, że nie ma problemu. Może dlatego, że jestem po nim jedynym facetem w biurze w jego wieku. Może widzi zagrożenie, „samiec alfa”? Tak czy siak, pewnie i tak nie przedłuży mi umowy – tak, dla zasady.
Chyba krzywo na ludzi patrzę, bo choć staram się podlizywać, kajać, byle tylko dali mi spokój – zawsze jest tak samo.
Wysyłam CV jak pojebany, gdzie tylko się da. Już nawet do KFC, byleby mieć za co żyć. Trzeci miesiąc – zero odpowiedzi, a w biurze zostały mi dwa miesiące.
Jest źle. Czuję, że dupa mi się pali… ale już nawet nie mam siły się tym przejmować.
Jestem zmęczony.
Coraz bardziej, z dnia na dzień.
Moje autorytety? Nie żyją od stu lat. Artyści, przywódcy – wszyscy należą do innego świata. Bo w tym… w tym się nie da żyć.
Chciałbym mieć za co walczyć. Mieć jakiś cel. Ale jedyne, co mogę zrobić, to pracować na czyjeś wakacje we Włoszech w połowie miesiąca (najlepiej każdego, bo przecież inaczej „idzie oszaleć”).
Awans? No proszę cię! Kto dziś utrzymuje jedną pracę przez rok? Ja już z 7 lat się staram, zapierdalam po godzinach i… Oj, wszędzie szukałem winy w sobie, ale czasem – po prostu się, kurwa, nie da.
Bo przecież pracuję dobrze. Naprawdę. Nigdy nie było skargi, że w dokumentach są błędy… ale co z tego? Jak kierownik pyta mnie o dokument z 2023 roku – a ja mówię, że odniosłem go do archiwum. Szukamy, zamieszanie na pół biura. Na końcu okazuje się, że chodziło mu o 2024… Leżał obok.
Przy pięciu osobach mówił, że o ten jebany ’23-ci mu chodzi, wiem, bo się upewniałem później.
Ale co z tego, jak nikt nic nie powiedział, kiedy mnie opieprzał?
– Przepraszam – mówię wyuczoną regułkę, gdy tylko nabiera oddech. – Poprawię się. To się więcej nie powtórzy.
Przepraszam, kurwa, że żyję!
Takich sytuacji mam dziesiątki. Ta była tylko z dzisiaj rano, a gdybym je spisywał…
No tak, jestem nikim, więc i tak nikt tego nie wyda!
Darujcie, że rozpoczynam wywód bez sensu!
Czasem myślę, że chciałbym urodzić się sto lat wcześniej. Wtedy przynajmniej było o co walczyć. Bieda, mordy, chuj wie co jeszcze – nieważne. Można było ryzykować– wygrać albo zginąć. Jedno i drugie miało sens.
Dziś tego nie ma.
Odebrano mi nawet możliwość pięknej śmierci!
Jeszcze pogorszyłem sprawę, zapisując się do psychiatry, zanim złożyłem papiery do szkoły oficerskiej. W wojsku jeszcze tacy jak ja mają minimalne zapatrywania na przyszłość, ale… Zaprzepaściłem wszystko, dlatego, że chciałem brać leki, byleby tylko z sobą wytrzymać.
Mogę iść najwyżej na najniższe stanowisko do policji albo do straży więziennej. I tyle. Całe życie jako trybik, a awans bez kolegi? – kurwa, pojebało?!
Nie mam nawet poczucia, że to moje miejsce. Mogę zniknąć z tego gównianego miasta, kraju – nikt nie zauważy. Chciałem wziąć psa ze schroniska, jakiegoś malutkiego, żeby chociaż mieć po co wychodzić na spacery, ugadałem się z Hindusem, że w sumie spoko, nie miał nic przeciwko… ale dostałem zakaz. Wynajmuję pokój od kobiety, która sama nie wie, jakiej jest płci, ale za to wie, czego mi nie wolno.
Powodu do dziś nie podała, i nie przekonała się nawet, gdy powiedziałem, że odkupie, jakby co wszystkie meble. Wątpię, po prawdzie, czy cokolwiek, co do niej mówię, dociera…
Na randce ostatnio też się popisałem. Wziąłem pierwszą dziewczynę, która się zgodziła. Miała obrzydliwe tatuaże, nie dbała o siebie jeszcze bardziej jak ja – ale żyję na tyle długo, że wiem, że nie można mi wybrzydzać. Inaczej to mizoginia, fatfobizm, rasizm, nazizm i… Ach, sobie daruję!
Poszliśmy na kawę, a gafę palnąłem już przy ladzie, zanim usiedliśmy.
Zamówiłem kawę z mlekiem.
Z mlekiem, kurwa, rozumiesz?!
I dostałem kilkugodzinny wykład o cierpieniu krów, że niby – „pośrednio przyczyniłem się do gwałtu”. Siedziałem i słuchałem jak w kościele na kazaniu, chociaż tam nie bywam, dokładnie tak się czułem…
Jak już się pożegnaliśmy, nie odzywałem się więcej, bo uznałem, że samotność jest jednak lepsza.
Uciekłem z domu, ze wsi na Lubelszczyźnie. Potem Lublin – bez znajomości nic nie załatwisz, bo i tak urząd i uczelnie to najwięksi pracodawcy tego zadupia. Zarżnęli nasz region całkowicie. Po ośmiu miesiącach prób znalezienia „czegoś lepszego”, przy pracy w gastronomii, miałem dość.
Więc Warszawa.
Miasto wielkich możliwości… Podobno. Tolerancyjne. Otwarte… A w praktyce – zamknięte bańki i ludzie, którzy nawet nie próbują zrozumieć drugiego człowieka. Byłeś na Nowym Świecie? Śmiało, może tysiąc osób, każdy coś gada, każdy się śmieje –nigdzie indziej nie będziesz czuł się tak bardzo sam.
I tak siedzę. Sam. Zamknięty w małym pokoiku. Bez niczego.
Chciałbym chociaż psa, ale mi zabroniono. Szukałem innych mieszkań, ale za drogie, albo na takich samych zasadach. Nie stać mnie na więcej, a w ogłoszeniach o lepszą pracę…
Dobra, już nie będę się powtarza!
Siadam przed laptopem. Walczę ze snem. Byle coś włączyć. Podcast, film, cokolwiek – niech tylko coś brzdąka.
Klikam, ale ekran miga. Gaśnie co chwilę.
– No nie, kurwa… Nie mam kasy na naprawy!
Wciskam przycisk. Laptop się włącza, wentylator wyje, ekran rozbłyska… i znowu czarny.
– No dawaj, nie teraz…!
Jeszcze raz. I jeszcze. Za trzecim razem system się ładuje, ale wszystko chodzi jakby w zwolnionym tempie. Kursor zacina się na ekranie.
Próbuję odpalić cokolwiek. Klikam nerwowo. Nic.
– Pierdolę to.
Nie zamykam laptopa, po prostu zostawiam, jak stał, i tak czarny, wyłączony. Kładę się na łóżku. Patrzę w sufit, powoli zbierając się do snu…
Cisza.
Próbuję zasnąć. Obracam się z boku na bok. Serce bije za szybko od energetyków, jakby coś było nie tak, ale nie wiem co (mało też mnie to obchodzi).
I wtedy…
Cichy dźwięk.
Najpierw ledwo słyszalny. Jakby melodia – rozciągnięta, nienaturalna, fałszująca.
Podnoszę się powoli.
Laptop jest zamknięty.
A jednak – to z niego gra.
Podchodzę. Gapię się w ekran czarny jak marker. Ale dźwięk jest wyraźniejszy. W tle… jakby głosy? Kobiety, mężczyźni, dzieci – szepczą coś niewyraźne. Strzępy słów dochodzą mi do uszu, jakbym puścił film za cicho, albo jakby ktoś mówił przez ścianę.
Zatrzaskuję laptop.
Znowu cisza.
Jestem wkurwiony, ale chociaż nie muszę słyszeć, jak puszcza jakieś randomowe dźwięki, uszkodzony.
Ledwie co siadam na łóżku, dźwięk wraca. Tym razem głośniej. Jakby nie z urządzenia, tylko… z pokoju.
– Co jest, kurwa…?!
Rozglądam się, co się dzieje – ale cisza. Ekran dalej jest czarny, szepty krążą mi nad uchem, ale czy to jakaś impreza na górze – nie mam pojęcia. Głosy zlewają się w jedno. Nie rozumiem słów, ale czuję, że są skierowane do mnie.
To w depresji są halucynacje? – zastanawiam się, idąc do szafki. Sięgam po leki i łykam bez wody. Przywykłem, chociaż od miesięcy nic absolutnie nie dają.
Czekam.
Może przejdzie.
Ale nic się nie zmienia.
Melodia się przeciąga, skrzypi, wwierca w głowę. Głosy narastają. Nie lubię imprez, a zaczynam czuć się jak w klubie. Lubię jak cokolwiek gra, ale nawet dla mnie – to było zdecydowanie za głośne.
Nie wytrzymuję.
Zakładam buty, kurtkę i wychodzę z trzaskiem drzwi.
Na klatce cisza.
Na zewnątrz zimno.
Szedłem przed siebie bez celu.
Byle dalej od tego dźwięku.
Wróciłem bardzo późno.
I nawet nie jestem pewien, czy w mieszkaniu naprawdę było już wtedy cicho, a przez sen… miałem wrażenie, że ciągle to słyszę…
AKT II
THE MESSAGE
Siedziałem przy biurku. Robota wre, chaos wokół. Ledwie powstrzymuję się, żeby nie opuścić głowy na blat. Każda tkanka mięśniowa w moim ciele błagała o spokój, ale go nie było.
Wczoraj wieczorem, podczas jakichś głupawych wygibasów laptopa, nie mogłem zasnąć. Ciągle wydawało mi się, że go słyszę – cichy klik, metaliczny szum, fałszywe echo klawiszy. Każda minuta snu była przerwana przez melodię i szepty, które wwiercały się w mój umysł, a ja nie miałem pojęcia, co w nich było, ani czy cokolwiek z tego było prawdziwe.
Próbowałem wbić się w rutynę. Liczby, programy, polecenia – robiłem wszystko jak automat. Tempo było jedynym sposobem, by nie myśleć. Wczoraj coś musiało mi paść na rozum, uznawałem, a mój umysł musiał wymyślić sobie zajęcie, żeby przetrwać, bo dni w biurze już się ze sobą zlewały. Ale nawet wtedy słyszałem hałasy – tłum w hali obok, choć wiedziałem, że byłem tam sam.
Nagle komputer zgasł.
– Nie teraz… – wymamrotałem, uderzając w klawiaturę.
Zero reakcji. Restartuję, wyciągam kabel, a po przegranych bitwach – w końcu sięgnąłem po telefon, żeby zadzwonić do informatyka. Wprowadziłem numer… i znów to usłyszałem.
Melodia.
Cicha, wyciszona, jakby telewizor z sąsiedniego pokoju. Głosy z wczoraj wróciły do akompaniamentu przeciągłej, fałszującej nuty, która wypełniała pokój i poruszała się gdzieś w przestrzeni, tak że nie mogłem od niej uciec. Serce waliło mi w piersi. Wstałem, przestraszony własnym cieniem.
Nie mogłem tego znieść. Poszedłem do gabinetu kierownika, zamierzałem wziąć urlop na żądanie, wytłumaczyć się chorobą, śmiercią psiecka – czymkolwiek, byleby mógł udać, że „rozumie”, ble, ble, i wypierdalaj z moich oczu.
Stał plecami do mnie przy oknie, spokojny jak posąg. Nie wzdrygnął się, nie ruszył. Przy uchu trzymał telefon, ale nic nie mówił, tylko wsłuchiwał się w szum z drugiej strony. Nie mogłem czekać, do cholery, bo melodia rozsadzi mi głowę, więc…
Chwyciłem go za bark, a choć zajęty – odwrócił się.
Twarz miał czarną jak ekran komputera, połyskującą za szkiełkiem. Przesuwające się wiadomości, memy, rolki, cała masa absurdalnej kultury wylewała się z niego bez choćby najmniejszego dźwięku.
Nie opuścił jednak telefonu, a szepty z niego… ułożył się w upiorny dżingiel.
Wyciekła z niego ta melodia, te szepty!
– Dlaczego się nie uśmiechasz? – pyta mnie ekran, a jego głos brzmi jak echo kilku osób naraz. – Nie masz nic, więc powinieneś być szczęśliwy… co z tobą nie tak?
– Co tu się…?
– Chcesz, żebym polecił ci coś, co zagłuszy tę anormalną pustkę?
Na tej potwornej quasi-twarzy ukazały się kolorowe reklamy, setki, jeśli nie dziesiątki – portali streamingowych, jakichś gier, nikomu niepotrzebnych bibelotów… Kolorowe obrazki, a mi wydały się gorsze od najgorszych wymysłów Lovecrafta.
Wybiegłem z gabinetu i popędziłem przez biuro. Niczym już się nie przejmowałem. Może to był jakiś wyciek gazu, halucynacje z miastowych oparów, czy inne cholerstwo?
Mijając nieruchome sylwetki współpracowników, zrozumiałem, że powstrzymali się od pracy. Stali i wpatrywali się we mnie, jakby zatrzymano film. Uśmiechy jednak, wszechobecne na każdej facjacie, były nienaturalne. Jedynie oczy krążyły i śledziły każdy mój ruch. Nie było słów, tylko zimne spojrzenia, wszechogarniające i głodne, jakby cała przestrzeń chciała mnie pożreć.
Wszedłem do windy, a tam – trzech starszych gości patrzyło na mnie, odsłaniając wybielone zęby. Mieli nienaganne garnitury, włosy po przeszczepie… a się bałem. Zostawiłem ich na parterze, choć udali się za mną powolnym krokiem. Wyszedłem przed przystanek Metro Politechnika i spojrzałem na wielkie bloki, wymalowane z reguły reklamami, a ostatnio – wzbogacone o telebimy.
Wielkie telewizory zgasły, niby na moje przybycie. Spojrzałem na przystanek, ale było pusto. Samochody przeszywały drogę, ale miałem wrażenie, że nie ma w nich kierowców. Szumiało mi w głowie i… tylko jedna melodia wisiała w powietrzu, ubierając rozgardiasz w przerażające klamry.
Wtedy też pojawia się ona – plastikowa, idealna jak lalka Barbie, nierealna prezenterka – stanęła na jednym, czarnym telebimie, niby w 3D i… spojrzała na mnie.
– Czemu nie jesteś szczęśliwy? – pyta, niby po donosie od mojego kierownika. Laska z reklamy… składa zażalenie, że nie pasuje mi produkt?
Jej głos przeszył mnie na wylot.
– Przecież niczego nie masz – mówiła oskarżycielsko – i gdzie tu widzisz problem, niewdzięczniku? Szczęście osiąga się tylko poprzez posiadanie niczego. Zawsze możesz coś sobie kupić, najlepiej pożyczyć! Żyjesz w idealnym świecie, a ty co…? Coś jest z tobą nie tak, skoro w tej wiecznej dobroci się dusisz, szanowny konsumencie. Lekarstwem na to nasz produkt i jeszcze jeden, jeśli będzie za mało. Kup to! – Wskazała wyskakującą z sąsiedniego ekranu reklamę. – dopóki pozwalamy ci mieć za co… Co, dalej nie czujesz naszej hojności? Nie widzisz, że ten produkt wspiera (Tu dźwięk się załamał i nie dosłyszałem… choć po prawdzie, nie miało to zapewne nawet znaczenia), a zatem podpisujesz się pod słuszną ideą… Czego ci ciągle mało i mało, istoto bez uczuć?!
Nie czekam na metro, olewam MPK-i, tu zwane po prostu autobusami. Biegnę do mieszkania z nogi, chociaż nie mam kondycji. Duszę się, pocę… a w tle, ilekroć widzę ekran – w sklepach, w rękach pojedynczych ludzi – przygrywa mi do ucieczki ta melodia.
Mieszkanie, choć postrzegane jak więzienie, odkąd pamiętam, staje się dla mnie ostatnią fortecą, ostoją spokoju. Dziękuję Bogu – w którego nawet nie wierzę! – że dotarłem na miejsce, padnięty jak po maratonie. Drżąc, zamknąłem drzwi i spróbowałem wyciszyć oddech. Rozwaliłem się na podłodze, bałagan pierwszy raz od dawna tak kłuje mnie w oczy.
Z oddali dostrzegłem biurko, a na nim – martwy laptop. Nic nie robi, nie gra, nie uruchamia się – jednak patrzyłem na niego, niby na czatownika, który aż prosił, żeby coś mi się przydarzyło, abym – znowu usłyszał melodię, poddał się wszechogarniającemu świat szumowi.
Umówiłem wizytę u psychiatry, prywatnie, a choć prosiłem natychmiast – w tym idealnym świecie idealnej szczęśliwości coraz więcej jest takich nieidealnych osób jak ja. Jacyśmy wszyscy bezczelni! Sami się przepychaliśmy w kolejce, jak padlinożercy walczące o ostatnią zdobycz, a i tym razem okazała się ona nie nie do przeskoczenia. Tydzień czekania wydaje się wiecznością, jak wyjaśniła mi oględnie młoda recepcjonistka, a ja musiałem wziąć, co dawali. Siedem dni czekania, zanim łaskawie znowu pozwolą mi sobie zapłacić za receptę, za tę namiastkę spokoju w pierdolonej kapsułce!
Rozłączyłem się, grzecznie podziękowałem i… rzuciłem telefon na łóżko, okraszając gest setką bluzgów.
I siedzę tak w ciszy, czekam, a echa melodii i szepty w głowie nie dają spokoju. Stawały się coraz głośniejsze, zrozumialsze, acz ja ogarniałem z tego tylko mniej i mniej. Nie chciałem, ale musiałem studiować, co tam rozbrzmiewa – nie dało się od tego uciec.
Zacząłem czuć poczucie winy, mimochodem. Bo nie rozumiem, a powinienem. Bo śmiem nie pasować… Winny jestem tego, że ostałem się – samotna reduta – niezadowolony martwotą ideału w idealnym świecie, w którym każdy powinien cieszyć się z… własnej niemocy, bierności? Że honor umarł, a społeczeństwo klaska nad tym z zachwytem?
Świat jest doskonały, jak jest, kto miał coś osiągnąć, ten osiągnął, za zgodą wyższych od niego, a ja… to ja zawalam wszystko, nie godząc się na doglądanie gnijącego truchła ideału. Mówię: „ale”, pytam: „dlaczego”, podważam autorytet niepodważalnych autorytetów – to moja zbrodnia przeciwko człowieczeństwu, grzech śmiertelny, którego cała ludzkość nie może mi wybaczyć.
Osaczony własnym umysłem, klaustrofobiczny w tej plastikowej rzeczywistości, zaczynałem rozumieć, że nie ma ucieczki. Czy dotychczas jeszcze się łudziłem…? Zaakceptowałem porażkę przed laty, jak myślałem, a teraz – co głupi, udaję, że odkryłem Amerykę? Nie mogę być sobą, nie mogę nie przyjąć z uśmiechem tej wspaniałości, którą wpycha mi się do ust. Oj, rośnie mi poczucie winy, rośnie, że śmiem odmawiać szczęścia, które ktoś włożył w swej wspaniałomyślności mi odsłonił, pieczętując własnym majestatem…
I wtedy dociera do mnie, że oszalałem.
AKT III
NIEBOSZCZYK OBNAŻONY
Siedziałem tu sam, enty już dzień.
Czas płynie jak w zwolnionym filmie, ledwie co zaczynałem rozróżniać noc od poranka. Nikt z pracy nie dzwonił. Telefon leżał obok, nieruchomy, jakbym nagle przestał istnieć. Straciłem kontakt z rzeczywistością; nie ogarniałem już, co się dzieje. Czy mnie zwolnili? Czy to tylko jakiś głupi test, czy koszmar, z którego zaraz się obudzę?
Powietrze w pokoju jest ciężkie, gęste od mojego milczenia, a ja zaczynam wątpić, czy to wszystko w ogóle jest prawdziwe. Czy świat na zewnątrz jeszcze istnieje, czy ja zostałem tu sam, w zawieszeniu między pewnością a ciszą, która zagłusza każdy mój oddech?
Nie wiem, czy ostatnie dni w ogóle się stały. Gdzie ja… kurwa, gdzie ja w ogóle jestem? Mało mi już zabrali, żeby jeszcze tym się przejmować? Co dalej… co dalej ze mną będzie – przecież wyszedłem z pracy, jakby nigdy nic? Bo wyszedłem, prawda?
Te głosy… nawet teraz je słyszę. Choć wyrzuciłem laptop, a telefon czasem przygrywa melodię – schowałem go pod poduszką – wystarczająco, by słyszeć, jakby ktoś dzwonił z pracy, ale za głęboko, żeby dźwięk dotarł do moich uszu. Jednak melodia trwa, szepty wciąż mówią, choć nikt nie byłby w stanie powiedzieć co. Słyszę je ze ścian, od każdego sąsiada, z reklam na blokach obok, przy szyldach sklepów – wszędzie. Cały świat przygrywa tę smutną, grobową przyśpiewkę, a ja powtarzam za tą kobietą z telebimu…
Dlaczego nie jestem szczęśliwy? Dlaczego, kurwa, chociaż biorę te leki, nie mogę się zadowolić… niczym? Chcę być jak ten osioł prowadzony za sznurek, chcę na wszystko przytakiwać, bezmyślnie żreć, co dadzą. Kłócić się, gdy powiedzą. Bić brawo, jak mi oznajmią, że padła z ust autorytetu mądrość. Nie chcę myśleć, nie chcę znowu źle się czuć. Mam dość. Wszystko już mi odebrano, a nie mogę tęsknić za czymś, czego mieć nie będę, czego mi mieć nie pozwolono…
Nie w głowie mi ideały. Dawno je zaduszono, Gott ist Tot! Koniec historii, panie Fukuyama! Kultury się rozmyły, nie istnieją, a ja muszę przepraszać za to, że żyję, że Amerykaniec 200 lat temu niewolnictwo, etc. Umarły i gniją, podobnie jak umiera i gnije cała cywilizacja, pławiąca się we własnym dobrobycie. Chcę. Bardzo chcę… Ale co właściwie mam już chcieć? I dlaczego nie mogę? Co jest ze mną nie tak? Dlaczego, kurwa… dlaczego?!
Słyszę pukanie do pokoju. Nie wiem, kto to – Hindus? Czy właściciele głosów, jedni z milionów? Uderzenia stają się mocniejsze i mocniejsze, a ja… już chyba wiem, co mam zrobić. Bo skoro jestem wadliwy, niby produkt po terminie – czyż nie do reklamacji powinienem się oddać?
Bo tym jestem, tak, produktem wspaniałego ustroju, który śmie śmieć?
Uciekałem każdym możliwym sposobem, każdą drogą… aż wyjścia się skończyły. Teraz jednak wiem. Nie muszę dłużej przeklinać, jestem spokojny. Wiem. Nóż sam znalazł się w mojej ręce, jakby przyzwany przez niewidzialną siłę. Robię wreszcie to, czego idealny świat oczekuje od wadliwych jednostek.
Patrzę w pustkę pokoju, do ściany, do siebie… i mówię sam do siebie, do świata, do… Ciebie – bo czy sam byłbyś zadowolony, gdyby krew ściekała ci z żył jak mi? Czy cieszy cię, że powoli odbierają ci wszystko – poczucie walki, sens, kulturę, każdy drobny moment, który mogłem nazwać własnym? Dobrze ci jako trybik konsumpcyjnego molocha? Dobrze ci w masie, w szeregu milionów takich samych ktosiów?
Ja mówię dość! Duszę się w tym „tolerancyjnym” świecie pełnym nietolerancyjnych ludzi, w którym każdy obłudnik wymaga, poucza, ocenia… W końcu ich nie słucham, mimo szumu, który pędzi przez moją głowę. Chcę tylko spokoju, a jak nie mogę żyć – odejdę na swoich zasadach.
Jeśli taki ma być mój koniec, niech chociaż on będzie mój…
JESTEŚ JUŻ CZĘŚLIWY, ŻE NICZEGO NIE MASZ?
jEStEś SZczęśLIWy, żE nIcZeGO nIE MaSZ?
Jesteś szczęśliwy, że niego nie masz?
Jesteś szczęśliwy…
…że niczego…
…niczego…
…nie masz?
…nie masz niczego?
NIE MASZ NICZEGO…
Cześć.
Zmęczyłam się czytaniem, złapałam się nawet na tym, że marszczę brwi :)
Akt pierwszy, moim zdaniem, jest za długi. Ogromną frustrację bohatera można szybko zauważyć. Dalsze wbijanie szpil zaczyna być udręką. Wszystko jest złe: praca, polityka, rodzina, czasy, kobiety… Nikt o mnie nie powie, że lubię radosne i szczęśliwe zakończenia, ale nawet dla mnie to było już z dużo. Jest jakaś granica. Do pewnego momentu można takim osobom jak bohater współczuć, można rozumieć. Można się nawet utożsamiać, bo każdy z nas żyje w jakiejś trudnej rzeczywistości. Dla każdego te problemy wyglądają po prostu inaczej. Tego bohatera natomiast nie rozumiem. Bardziej jawi mi się jako osoba, która uwiła sobie gniazdko w ciepłym gównie i jest jej za wygodnie, żeby wysilić się na wyjście z niego. Do tego ma ogromne poczucie wyższości.
Akt drugi był ciekawszy. Bardzo podobał mi się pomysł z twarzą kierownika. W ogóle wątek z ekranami jest ok. Wyrzuciłaby natomiast wątek z prezenterką. To już było takie przesadzone. Czytelnik zrozumiał przesłanie już wcześniej.
W drugim akcie pojawia się za to fragment, który bardzo mnie urzekł:
Świat jest doskonały, jak jest, kto miał coś osiągnąć, ten osiągnął, za zgodą wyższych od niego, a ja… to ja zawalam wszystko, nie godząc się na doglądanie gnijącego truchła ideału. Mówię: „ale”, pytam: „dlaczego”, podważam autorytet niepodważalnych autorytetów – to moja zbrodnia przeciwko człowieczeństwu, grzech śmiertelny, którego cała ludzkość nie może mi wybaczyć.
Osaczony własnym umysłem, klaustrofobiczny w tej plastikowej rzeczywistości, zaczynałem rozumieć, że nie ma ucieczki. Czy dotychczas jeszcze się łudziłem…?
Akt trzeci, czyli finał. No dość przewidywalny. Obstawiałam, że albo go zamkną, albo sam się zabije, albo odlecimy w stronę bardziej abstrakcyjną.
Ogólnie napisane jest to dobrze, obrazowo, ale można to skrócić. Tłumaczysz kilka razy pewne rzeczy, które już mamy podane na tacy. Gdyby skupić się na jego wewnętrznym udręczeniu, pominąć pogardę, przejść potem przez to załamanie do finału (może tego bardziej abstrakcyjnego), byłoby to bardziej wartkie.
Wiesz, czego mi brakuje w bohaterze, żeby go choć trochę zrozumieć? Inicjatywy. Sam się staje takim bezwolnym przedmiotem, jednocześnie gardząc podobnymi sobie tylko z innego bieguna.
Jeszcze końcówka. Kiedy już się zdecydował na odebranie sobie życia, mógłby skończyć z pogardą. Była to jego pierwsza konkretna decyzja, dowód jego wolności. Tu powinna pojawić się ulga, lekkość, spokój. Sam sobie odebrał “swój” koniec, bo wciąż był skupiony na tym, jak został pokrzywdzony przez świat.
No gościa nie polubiłam, ale za to niektóre momenty tekstu bardzo :)
Pozdrawiam.
Dziękuję za przeczytanie! Ogólnie narrator od początku, mówiąc wprost – nie potrafi znaleźć wyjścia z sytuacji, w której się znalazł, w obecnej rzeczywistości. Żyje w świecie, w którym gardzi, ale poza wysyłaniem CV – pomysłów nie posiada, a że nie ma już nawet “jak uciec”, przesada frustracji była celowa, to piekiełko, w którym narrator żyje; również nie sądziłem, aby ktokolwiek go polubił – sam też nie lubi nikogo. Nie wie, jak wykazać inicjatywe, co więcej miałby zrobić. Dzięki za uwagi, spróbuję skrócić początek, pozdrawiam.